poniedziałek, 5 września 2022


Jak na razie w okopach Donbasu powszechne jest odczucie ogromnej przewagi ogniowej nieprzyjaciela, przy słabym nasyceniu własnej armii sprzętem, zwłaszcza nowoczesnym,natowskim. Obecną sytuację na froncie oddaje powiedzenie, że u Rosjan jest dużo sprzętu i mało piechoty, a u Ukraińców odwrotnie, jest dużo piechoty i mało sprzętu.

O sytuacji w Donbasie, Witalij Markiw, żołnierz GN, mówi tak: "Przeciwnik przeważa w ilości artylerii lufowej - stawiając na ilość, a nie jakość. Ale ta znacząca przewaga jest odczuwalna w okopach. U nich jest bardzo dużo amunicji (...) tu na wschodzie nie odczuwamy, że u nich są problemy z amunicją. Tak, HIMARS-y zadały szkody, wykonały uderzenia po wielkich skupiskach rosyjskiej techniki. Ale przeciwnik się adoptuje i zaczyna tworzyć niewielkie składy (amunicji). Dlatego nam potrzeba chociażby osiągnąć parytet z możliwościami ich artylerii. Wtedy nastanie przełomowy moment w wojnie. Będziemy w stanie przeprowadzać zmasowane uderzenia i trzymać ich na dystans, i w okopach będzie łatwiej, i dobijemy wroga moralnie i psychicznie".

Taktyka niszczenia składów amunicji jest celowa, ale musi być rozpatrywana w czasie. "Głód amunicji" z jakim może się zetknąć agresor, nie będzie gwałtowny i z dnia na dzień, ale pierwsze jego symptomy, zdaniem niektórych analityków, mogą pojawić się za kilka miesięcy (np. za 2-3 miesiące, późną jesienią). Można przypuszczać, że składy amunicji w Zachodnim Okręgu Wojskowym, zwłaszcza w strefie przyfrontowej (obwody kurski, biełgorodzki, rostowski) zostały już "wyczyszczone", amunicję trzeba przywozić ze składów z centralnej i wschodniej Rosji. Jest to już widoczne w przypadku pocisków rakietowych, np. do systemów S-300 używanych do ostrzałów celów naziemnych, które przewożone są z Syberii. Mowa o zidentyfikowanym przypadku transportu pocisków systemu S-300 z odległego Ułan-Ude, kiedy to z początkiem sierpnia wyprawiono na zachód eszelon kolejowy (28 platform z 32 pociskami), który przybył na granicę z Ukrainą w trzeciej dekadzie sierpnia.

Potwierdzone jest również korzystanie z zapasów amunicji białoruskiej armii. Wedle ukraińskich analityków siły agresora mają obecnie dostęp do co najmniej kilku białoruskich składów i arsenałów amunicji.

Warto przypomnieć, że tylko w obszarze Rzeczyca-Homel, czyli na bezpośrednim zapleczu frontu w kampanii kijowskiej, znajdowały się cztery duże obiekty logistyczne (2271. Baza Saperskich Materiałów Wybuchowych, 1393. Baza Artyleryjskiej Amunicji, 1868. Baza Uzbrojenia Artyleryjskiego i 43. Arsenał Rakiet i Amunicji). Latem dostęp do białoruskich składów i arsenałów znacząco się poszerzył, źródła ukraińskie (np. grupa analityczna "Informacyjny Sprotyv") sugerują, że pełny dostęp siły agresora mają np. do trzech baz amunicji artyleryjskiej: 1405. Bazy Amunicji Artyleryjskiej (JW nr 42707) w Osipowiczach; 1393. Bazy Amunicji Artyleryjskiej (JW nr 52208) w Pionierze pod Homlem; 1868. Bazy Uzbrojenia Artyleryjskiego (JW nr 63604) w Homlu oraz trzech arsenałów: 25. Arsenału Uzbrojenia Rakietowo-Artyleryjskiego (JW nr 25819) w Nawakołasawie: 43. Arsenału Rakiet i Amunicji (JW nr 11724) w Dobruszu; 46. Arsenału Rakiet i Amunicji (JW nr 67878) w Bronnej Górze. W sierpniu miano wywieść z białoruskich składów i arsenałów 12 tys. ton amunicji.

Pozostałe po ZSRR gigantyczne zapasy amunicji mają jednak swoje dno. Analizy ukraińskie i zachodnie wskazują, że przy tak zmasowanym użyciu artylerii za kilka miesięcy pojawią się poważne problemy z amunicją wybranych kalibrów, z częściami zapasowymi, np. lufami, do zużytych armat i haubic, z silnikami do haubic samobieżnych i czołgów z przekroczonym resursem itd. Jak na razie ukraińscy oficerowie stwierdzali, że tu, czy tam, zmniejszyła się intensywność rosyjskiego ostrzału, jednakże na wybranych kierunkach wciąż jest to niezauważalne - dominują płynące z Donbasu opisy nieprawdopodobnie intensywnego ognia artylerii, trwającego całymi godzinami i dniami, które rujnują całe miejscowości, rozbijają okopy i betonowe umocnienia, utrzymują żołnierzy w okopach całymi dniami i generują duże straty w ludziach i sprzęcie. Na wybranych kierunkach ogień artylerii oznacza zmasowany ostrzał z najcięższych kalibrów - systemów 2S4 Tiulpan kal. 240 mm, 2S7/M Pion/Małka kal. 203 mm, termobarycznych TOS-1/2 itd. Do tego dochodzi jeszcze ogień bezpośredni, lub coraz częściej pośredni (korygowany z komercyjnych dronów) z czołgów, czy armat przeciwpancernych.

"Wał ogniowy", jak się czasami określa nieograniczone amunicją użycie środków ogniowych separatystyczno-rosyjskiej artylerii, nie musi być skuteczniejszy niż precyzyjne ostrzały ukraińskiej artylerii NATO-wskiej, operującej w rozproszeniu, ale ma również, co jest istotne, określony wpływ na psychofizyczną kondycję ukraińskich żołnierzy. Aby zachować zdolność bojową pododdziałów broniących kluczowych odcinków frontu należy zadbać o ich morale, wsparcie własną artylerią, czy lotnictwem, a przede wszystkim w odpowiednim momencie zrotować.

Póki co należy pamiętać, że SZ FR dysponują wciąż ogromnymi rezerwami sprzętu, w tym systemów artylerii, który można rozkonserwować i użyć na froncie. Znany jest przypadek związany z rozkonserwowaniem na terenie 94. Składu Wojsk Rakietowo-Artyleryjskich w Omsku armatohaubic 2S7 Pion. Na zdjęciach satelitarnych z wczesnego kwietnia widać na terenie arsenału 170 armatohaubic, na zdjęciu z 2 czerwca 135, a na zdjęciu z 18 lipca już tylko 110, co oznacza, że ok. 60 Pionów wywieziono z bazy i zapewne przywrócono do służby liniowej. Pojawiające się zdjęcia z rozerwanymi lufami armat, czy haubic, świadczą o ogromnym zużyciu sprzętu artylerii, są również wzmianki o tym, że separatyści (1. i 2. Korpusy Armijne) mają pewne problemy z amunicją (kłopoty dotyczyć mają sprzętu i amunicji 122 mm i 152 mm). Jednakże w tej fazie wojny wydaje się, że nie jest to odczuwalne na linii frontu.

defence24.pl

W grudniu 2005 roku w małej rosyjskiej miejscowości Babajewo w obwodzie wołogodzkim rozpoczęto budowę gazociągu, który otrzymał nazwę Griazowiec-Wyborg. Budowa nie miała jednak na celu dostarczenia gazu do rejonu wyborskiego w obwodzie leningradzkim (Gazpromowi do dziś nie udało się tego zrobić) – Babajewo było miejscem realizacji pierwszej fazy zakrojonego na szeroką skalę projektu Nord Stream.

Aby dostawy do krajów Europy Zachodniej nie były już uzależnione od tranzytu przez Ukrainę, Gazprom zdecydował się na budowę gazociągu pod Morzem Bałtyckim, który połączyłby bezpośrednio rosyjski Wyborg i niemiecki Greifswald.

Zanim przystąpiono do budowy, przygotowania projektu trwały około 10 lat. Rosyjscy naukowcy badali możliwość budowy od 1997 roku. Wybudowanie gazociągu ze złoża do Wyborga w Rosji odbyło się bez problemów; schody zaczęły się, gdy władze rosyjskie musiały uzyskać zgodę na budowę gazociągu od państw bałtyckich – Szwecji, Danii, Finlandii i Niemiec.

Operatorem nowego rurociągu została specjalnie utworzona w tym celu w Szwajcarii spółka Nord Stream AG. 51 proc. jej udziałów posiada Gazprom, a pozostałe 49 proc. należy do francuskich, holenderskich i niemieckich spółek gazowych.

Nord Stream podzielił kraje na dwa obozy: Rosja wraz z Niemcami, Holandią i Francją forsowała projekt, bo był dla nich korzystny; Ukraina, jako główny kraj tranzytowy dla rosyjskiego gazu, odnosiła się do niego bardzo krytycznie. Pozycję Ukrainy wspierały Stany Zjednoczone – amerykański establishment natychmiast dostrzegł w gazociągu kolejną dźwignię, którą Władimir Putin może wykorzystać do wywierania presji na kraje europejskie.

Przeciwko budowie gazociągu wystąpiła również Polska i państwa bałtyckie: Estonia na przykład kategorycznie odmówiła udziału w projekcie. Z kolei prezydent Białorusi Alaksandr Łukaszenka nazwał Nord Stream „najgłupszym projektem Rosji” i zaproponował, aby zamiast niego położyć drugą nitkę gazociągu Jamał-Europa, która również przebiegałaby przez Białoruś. Jego słowa zostały odebrane na Kremlu jako potwierdzenie, że Nord Stream musi powstać.

9 kwietnia 2010 roku nad zatoką w pobliżu Wyborga zebrała się delegacja, którą w karelskich lasach trudno było sobie wyobrazić – na otwarcie gazociągu przybyli prezydent Rosji Dmitrij Miedwiediew, kanclerz Niemiec Angela Merkel, jej poprzednik Gerhard Schröder, który przewodniczył wówczas komitetowi akcjonariuszy Nord Stream AG, premier Holandii Jan Peter Balkenende, komisarz UE ds. energii Günther Oettinger oraz prezes Gazpromu Aleksiej Miller.

Podczas uroczystej ceremonii spawania dwóch rur, które symbolizowały połączenie europejskiej i rosyjskiej sieci gazowej, Dmitrij Miedwiediew wziął do ręki marker i napisał tylko jedno słowo – „Powodzenia”. Uczestnicy uroczystości zgodzili się, że Nord Stream to nowy punkt strategicznego partnerstwa między Rosją a UE, a rosyjskie media określały projekt jako „drugie okno na Europę”.

8 listopada 2011 roku Nord Stream został oficjalnie uruchomiony: rola Ukrainy jako kraju tranzytowego natychmiast się zmniejszyła, ponieważ od tamtego momentu gaz mógł być dostarczany bezpośrednio do krajów zachodnich. Aby całkowicie zamknąć „kwestię ukraińską”, kierownictwo Gazpromu zdecydowało się na budowę dwóch kolejnych gazociągów: Nord Stream 2 i Turecki Potok. Ich działanie pozwoliłoby w zasadzie na wyłączenie Ukrainy z dostaw gazu do innych krajów europejskich.

(...)

Jak wiemy od jednego z byłych pracowników Gazprom Export (biuro zajmujące się dostawami Gazpromu do UE), po tym, jak wiele krajów europejskich odmówiło zakupu rosyjskiego gazu, biuro właściwie przestało prowadzić działalność komercyjną – pracownicy pozostali na swoich stanowiskach, ale zamiast zwykłej pracy musieli odpowiadać na gniewne listy od europejskich kontrahentów.

– Nie było zwolnień – po prostu zamiast naszych wcześniejszych obowiązków pojawiły się inne. Nasze obowiązki zmieniły się w działania na polu prawa: do partnerów europejskich wysyłaliśmy listy z informacją, że zgodnie z rozporządzeniem prezydenckim od kwietnia przejdziemy na płacenie w rublach. Pisali do nas, że nie zgadzają się na wypłatę w rublach z takich czy innych powodów, na co my odpowiadaliśmy tak: „Przykro nam, nie możemy nic zrobić, to jest rozporządzenie prezydenta. Jeśli nie wyrazicie zgody, nie otrzymacie gazu”. Po tej korespondencji dostawy do niektórych krajów ustały – mówi nasz rozmówca.

Inny pracownik spółki zależnej Gazprom Nieft, potwierdza, że po rozpoczęciu konfliktu gazowego w korporacji nie było żadnych zwolnień na dużą skalę ani poważnych reorganizacji: co więcej, gdy kurs rubla po gwałtownych wahaniach wrócił do obecnych wartości (ok. 60 rubli za dolara), kierownictwo wprowadziło nieplanowaną podwyżkę płac o 10 proc..

– W zasadzie [po rozpoczęciu wojny] po prostu niektóre projekty zaczęły zwalniać, inne – przyspieszać: na przykład [przyspieszono] wszystko, co dotyczyło substytucji importu. Nastąpiła redystrybucja budżetu. W firmie początkowo krążyły plotki, że przez jakiś czas nie będą podnosić wynagrodzeń, ale okazało się, że tak nie jest: byłem świadkiem, jak zatrudniano nowych ludzi, niektórzy awansowali, a niektórym zwiększono wypłaty – opowiada obecny pracownik spółki Gazprom Nieft.

Jak mówi były pracownik Gazprom Export, w związku z konfliktem Gazprom musiał całkowicie zamknąć gazociąg Jamał-Europa, ponieważ przebiega on przez Polskę, z którą oficjalnie nie można dokonywać transakcji. Zdaniem naszego źródła pomimo działań wojennych paliwo nadal płynie do niektórych krajów UE rurociągiem Uriengoj-Pomary-Użhorod, który przebiega przez Ukrainę. Dostawy gazociągiem Nord Stream do Niemiec zostały znacznie ograniczone i obecnie gazociąg jest wykorzystywany w zaledwie 20 proc. swojej przepustowości.

Według raportu Gazpromu, który został opublikowany 16 sierpnia, od stycznia do połowy sierpnia 2022 roku dostawy do krajów spoza sojuszniczej Wspólnoty Niepodległych Państw (WNP) – przede wszystkim do krajów Unii Europejskiej, spadły o 36,2 proc. i wyniosły 78,5 mld metrów sześciennych. W tym samym czasie wydobycie spadło o 13,2 proc., a popyt na gaz spółki nieznacznie spadł, także na rynku krajowym – o 2,3 proc.

Nie wiadomo, skąd w tej sytuacji Gazprom bierze pieniądze na zwiększenie wynagrodzeń i rozwój własnych projektów. Nasze źródła wśród pracowników spółki zwracają uwagę, że w odrabianiu strat pomagają najpewniej zawyżone ceny surowców – były one wysokie jeszcze przed wojną. Teraz cena za 1000 metrów sześciennych przekroczyła 2600 dolarów – tak wynika z danych londyńskiej giełdy ICE. W styczniu – ostatnim przedwojennym miesiącu – cena za tysiąc metrów sześciennych gazu oscylowała wokół granicy tysiąca dolarów; w 2021 roku średnia cena gazu eksportowanego z Rosji wynosiła 274 dolary za tysiąc metrów sześciennych.

– Ceny [od początku wojny] podwoiły się, choć już wcześniej były bardzo wysokie. Nawet przy takim ograniczeniu dostaw Gazprom raczej będzie zyskiwać – uważa były pracownik biura Gazprom Export.

Zgadza się z nim inny z naszych rozmówców, pracownik spółki Gazprom Nieft.

– Gazprom i tak stracił sporą część zysków, ale nie jest to sytuacja krytyczna. Firma jest de facto monopolistą w Rosji i jednym z największych graczy gazowych na świecie, więc daleko jej do bycia na skraju bankructwa – zauważa nasz rozmówca.

W nowym raporcie Gazprom straszy europejskich klientów: przedstawiciele spółki twierdzą, że zachodnie sankcje i zmniejszenie wydobycia spowodują, że zimą cena przekroczy 4 tys. dolarów za tysiąc metrów sześciennych. Ceny utrzymywały się blisko tym wyliczeniom tylko raz w całej historii – na początku marca tego roku rekordową cenę 3,9 tys. dolarów za tysiąc metrów sześciennych ustalono ponieważ kraje europejskie obawiały się, że tranzyt Gazpromu przez Ukrainę zostanie całkowicie przerwany. Ponieważ tak się nie stało, cena gazu zaczęła wkrótce spadać.

Analityk ekonomiczny i ekspert rynku ropy i gazu Michaił Krutichin, uważa jednak, że prognoz Gazpromu nie należy traktować poważnie.

– Wszystkie prognozy Gazpromu cechują się kłamstwami, co pokazała już historia. Przypomnijmy prognozy dotyczące kapitalizacji Gazpromu czy zapotrzebowania Europy na rosyjski gaz. Wszystkie te kłamstwa były przeznaczone dla uszu prezydenta – nikogo innego. A teraz wszystkie te prognozy dotyczące cen w Europie są przeznaczone tylko dla niego – stwierdził ekspert.

Od początku wojny gazowej Gazprom często informował o zwiększeniu dostaw do Chin: jego ostatni raport wykazał wzrost eksportu do tego kraju. Wcześniej rosyjski monopolista gazowy informował o 60-procentowym wzroście dostaw do Chin w pierwszych czterech miesiącach roku. Dla analityków, którzy pojawiają się w rosyjskich mediach państwowych, stało się to powodem do twierdzenia, że Gazprom mógłby łatwo przeorientować swoje dostawy i zastąpić rynek europejski azjatyckim.

Jednak, jak mówi Krutichin, w rzeczywistości Chiny nie są tak obiecującym kierunkiem, jeśli chodzi o dostawy rosyjskiego gazu.

– Porównajmy. W ubiegłym roku Gazprom dostarczył 155 mld metrów sześciennych gazu do Europy i 10 mld do Chin. Rurociąg Siła Syberii jest stopniowo rozbudowywany; swoją projektową pojemność osiągnie w 2025 roku. Jego docelowa przepustowość wynosi 38 mld metrów sześciennych. Nie ma możliwości, żeby te 38 mld zastąpiło 155 mld metrów sześciennych w Europie od 2025 roku – wyjaśnia analityk.

Mimo takiego stanu rzeczy rosyjskie władze nie wpadają w rozpacz: w połowie kwietnia Władimir Putin polecił rządowi przyspieszenie prac nad wschodnią infrastrukturą do transportu gazu. Chodzi przede wszystkim o projekt Siła Syberii-2, czyli gazociąg, który miałby połączyć syberyjskie złoża, działające dotychczas na potrzeby dostaw do Europy, z regionem Sinciang-Ujgur w zachodnich Chinach. O pomyśle budowy mówi się od ponad 10 lat, ale gazociąg wciąż jest na etapie projektowania.

– Chcą zbudować gazociąg na około 100 mld metrów sześciennych, który zastąpi dostawy do Europy. Ale są dwa problemy: po pierwsze budowa rury o takiej przepustowości na takim dystansie do Chin potrwa co najmniej 12-15 lat. Po drugie Chiny nie podpisały i nie zamierzają podpisać umowy na import dodatkowych ilości gazu z Rosji. Otrzymują wystarczające ilości bez dodatkowego rosyjskiego gazu – uważa Krutichin.

Według eksperta sytuację dodatkowo komplikuje fakt, że Chiny kategorycznie odmawiają przyjęcia rosyjskiego gazu w tranzycie przez Mongolię. Z kolei Gazprom nie ma praktycznie żadnych innych perspektyw poza Chinami na kierunku azjatyckim.

– A gdzie jeszcze wysłać [gaz] przez rurę? Przynajmniej dwa razy w roku urzędnicy podróżowali z Delhi do Moskwy i z Moskwy do Delhi, aby omówić projekt gazociągu do Indii. Ale ciężko pokazać na mapie, jak taki rurociąg miałby biec – przez co i dokąd. Urzędnicy się bawią, dostają za to pieniądze, jest budżet na promocję pomysłów, ale gazociągu nie ma i raczej nie będzie – mówi.

Dla krajów europejskich, które stopniowo rezygnują z rosyjskich dostaw, jedną z głównych alternatyw staje się ciekły gaz ziemny – eksport LNG z USA do UE do końca czerwca przekroczył – choć nieznacznie – dostawy Gazpromu.

belsat.eu

Wczesnym latem 1966 roku członkowie jednego z zespołów badawczych geologów pracujących na Jamale natknęli się na złoże gazu ziemnego. Po pierwszych badaniach było już jasne, że to odkrycie będzie dla Związku Radzieckiego asem w rękawie. Pole gazowe Urengoj wkrótce otrzymało oficjalny status „supergiganta”: z zasobami przekraczającymi 10 bilionów metrów sześciennych zajęło trzecie miejsce na świecie.

Aby wydobyć i zagospodarować taką ilość zasobów ZSRR potrzebował ogromnych inwestycji. To wtedy po raz pierwszy pojawił się pomysł dostarczania gazu do Europy Zachodniej.

Trzy lata później, wiosną 1969 roku, radziecki minister handlu zagranicznego Nikołaj Patoliczew pojechał na targi handlowe do niemieckiego Hanoweru. Tam spotkał się ze swoim odpowiednikiem – ministrem gospodarki Republiki Federalnej Niemiec Karlem Schillerem. Wkrótce wydano oficjalny komunikat, o którym od lat dyskutowano na posiedzeniach Biura Politycznego: Moskwa zaoferowała Niemcom Zachodnim dostawy ropy naftowej i gazu.

Kolejnym powodem, dla którego ZSRR postawił w tej kwestii na kraje zachodnioeuropejskie, była gwałtowna zmiana polityki Chińskiej Republiki Ludowej. W 1969 roku doszło do eskalacji konfliktu między państwami na Wyspie Zhenbao (znanej też pod rosyjską nazwą Damanskij): wtedy to armia chińska pod osłoną nocy zajęła wyspę, a rano otworzyła ogień do radzieckich strażników granicznych. To właśnie po tym incydencie chińskie przywództwo w ZSRR zaczęto nazywać „wrogim”, a kurs polityczny Mao Zedonga „awanturniczym”. Poważnie dyskutowano wówczas o potencjalnej „wojnie na dwa fronty” – przeciwko Chinom i państwom zachodnim. Aby temu zapobiec, ówczesny sekretarz generalny Nikita Chruszczow zaczął szukać sojuszników w Europie. Pomysł na transeuropejski gazociąg nie mógł pojawić się w lepszym momencie.

W Bonn – ówczesnej stolicy Niemiec Zachodnich – radziecka propozycja została początkowo przyjęta chłodno. Przeciwni jej politycy powoływali się na możliwe „zagrożenie dla bezpieczeństwa RFN” oraz „interesów sojuszników” (w pierwszej kolejności chodziło o Stany Zjednoczone). Jednak presję na urzędnikach wywarli biznesmeni, którzy byli zainteresowani dostawami radzieckiego gazu: po pierwsze, potrzebowali dużo większych ilości gazu, niż te którymi wtedy dysponowali – rozważano nawet dostawy z Iranu, a po drugie, Związek Radziecki był gotów zaciągnąć u krajów zachodnich kredyty i kupić od firm europejskich rury oraz urządzenia.

Przemysł gazowy rozwijał się w Europie aktywnie od końca XIX i początku XX wieku, jednak w tym czasie większość paliwa była raczej produkowana niż wydobywana. Gaz sztuczny powstawał np. w wyniku przeróbki węgla kamiennego. Taki gaz był wykorzystywany do ogrzewania domów, do gotowania na kuchenkach gazowych oraz w przemyśle – do wytwarzania energii elektrycznej w elektrowniach. Gaz koksowy był jednak stopniowo wycofywany z codziennego użytku – między innymi dlatego, że wytwarzał o połowę mniej ciepła niż gaz ziemny.

Rozpoczęły się negocjacje, które trwały przez dziewięć miesięcy. Już wtedy władze radzieckie postrzegały rurociąg jako poważny instrument nacisku politycznego. Na przykład radzieckie MSZ w tajnym piśmie stwierdziło, że projekt ten „uzależni od Związku Radzieckiego najważniejszy sektor gospodarczy RFN, a mianowicie przemysł energetyczny”. Ponadto radzieccy dyplomaci wierzyli, że przekupieni tanim radzieckim gazem niemieccy biznesmeni będą wywierać presję na swój rząd, by nie podejmował drastycznych kroków, które zaostrzyłyby stosunki ze Związkiem Radzieckim.

Na pewien czas kraje musiały zapomnieć o różnicach politycznych. – Chodziło o interes, on był dla przedstawicieli obu stron najważniejszy – pisał uczestnik tych negocjacji adwokat Eberhard Kranz. Gazociągowa „transakcja stulecia”, jak ją natychmiast nazwała prasa, została zawarta w sali hotelu Kaiserhof w Essen w Niemczech. Umowa przewidywała, że Związek Radziecki będzie dostarczał gaz ziemny do RFN przez 20 lat. Zacząć trzeba było jednak od sporych inwestycji – pierwszą dostawę odłożono do 1973 roku. Zachodnioniemieckie firmy natychmiast zaczęły dostarczać Związkowi Radzieckiemu rury o dużej średnicy potrzebne do budowy rurociągu, a Deutsche Bank z kolei otworzył dla Związku Radzieckiego linię kredytową w wysokości ponad miliarda marek.

Gazociąg połączył Nowy Urengoj z Niemcami Zachodnimi: jednak na prośbę RFN gazociąg został wybudowany z pominięciem NRD – przez socjalistyczną Czechosłowację. W 1973 roku Niemcy otrzymali pierwsze dostawy radzieckiego gazu ziemnego, który swoją drogą pojawił się w samą porę, ponieważ świat stał właśnie u progu światowego kryzysu naftowego. Kraje Europy Wschodniej, takie jak na przykład Polska, Czechosłowacja czy Węgry, otrzymywały gaz ze Związku Radzieckiego od połowy lat 60. XX wieku, kiedy to oddano do użytku gazociąg Przyjaźń.

„Transakcja stulecia” była punktem wyjścia dla serii umów gazowych, które Związek Radziecki i RFN podpisywały co kilka lat. Niektóre z nich wygasły stosunkowo niedawno, bo w 2008 roku. Geografia sowieckiej współpracy szybko się rozszerzyła – podobne kontrakty szybko gazowe zawarto z Austrią, Włochami, Francją i Finlandią.

Leonid Breżniew, który zastąpił Chruszczowa na stanowisku sekretarza generalnego KC KPZR, próbował nawet negocjować eksport radzieckiego gazu do Japonii i Stanów Zjednoczonych, ale kraje odniosły się do pomysłu sceptycznie. Amerykański establishment robił co w jego mocy, aby zapobiec rozprzestrzenianiu się wpływów sowieckich: pojawiły się nawet obawy, że w przypadku działań wojennych na terytorium Europy, ZSRR wykorzysta zbudowany rurociąg do zaopatrywania swoich wojsk w paliwo.

– Wyobraźcie sobie: tankowanie rosyjskich czołgów bezpośrednio z gazociągów – mówił przewodniczący Komitetu ds. Wschodnioeuropejskich Relacji Gospodarczych Niemiec Otto Wolf von Amerongen, nazywając amerykańskie argumenty absurdalnymi.

Program współpracy z krajami europejskimi nosił nazwę „pieniądze za gaz”. Ta koncepcja utrzymywała się wiele lat nawet po rozpadzie ZSRR.

belsat.eu

Sławna z czasów ZSRR rosyjska piosenkarka Alla Pugaczowa opublikowała na Instagramie post poświęcony reżyserowi Nikicie Michałkowowi. Pugaczowa udostępniła fragment końcowej sceny filmu "Niewolnica miłości" Michałkowa, w którym bohaterka mówi: "Panowie. Panowie, jesteście bestiami. Panowie, zostaniecie potępieni przez waszą ojczyznę, żołnierze".

"Piękny film. Piękny reżyser. Gdzie zniknął ten wspaniały człowiek, Nikita Michałkow?" — napisała Pugaczowa.

Po wybuchu wojny w Ukrainie Michałkow wielokrotnie krytykował Pugaczową, która opuściła Rosję tuż wybuchu wojny i wróciła do Rosji dopiero kilkanaście dni temu. Michałkow powiedział wówczas o niej: — Ciekawe, na co liczyli, wracając do Rosji, mam na myśli szczury, które natychmiast zdradziły swoją ojczyznę? Na koniec swego programu włączył piosenkę "Nie żyj w niekochanym kraju", której towarzyszyły zdjęcia Pugaczowej, rapera Oxxxymirona, i innych artystów, którzy po wybuchu wojny wyjechali z Rosji.

onet.pl/meduza.io

niedziela, 4 września 2022


Josep Borrell, wysoki przedstawiciel Unii Europejskiej ds. wspólnej polityki zagranicznej, bezpieczeństwa i obrony, lubi porównywać europejskie armie do japońskich miniaturowych roślin. — Po zimnej wojnie skurczyliśmy nasze siły do armii drzewek bonsai — powiedział w zeszłym tygodniu. — Jeśli każde państwo europejskie po prostu zwiększy swoje zdolności wojskowe zgodnie ze swoimi zapowiedziami od początku wojny na Ukrainie, rezultatem będzie duże marnotrawstwo zasobów. Będziemy mieli po prostu 27 większych drzewek bonsai.

Tak wygląda wyzwanie, przed którym stoją europejskie rządy, gdy w czasie imperialistycznej agresji Rosji, walczą o odbudowę dawno zaniedbanego uzbrojenia. Komisja Europejska szacuje, że odkąd rosyjskie czołgi wjechały do Ukrainy, członkowie Unii ogłosili plany dodatkowych wydatków na obronę w wysokości 200 mld euro w ciągu najbliższych lat.

Jeśli jednak nie skoordynują zakupów sprzętu, nie zharmonizują wymagań wojskowych i harmonogramów zamówień, a także nie skłonią rywalizujących ze sobą przemysłów obronnych do współpracy, kraje UE ryzykują roztrwonienie pieniędzy podatników na wielką skalę, ale na wszystko to Władimir Putin nie zadrży.

— Wszyscy zdajemy sobie sprawę, że musimy wydawać więcej, ale musimy też wydawać lepiej — powiedział Thierry Breton, komisarz UE odpowiedzialny za przemysł obronny i przestrzeń kosmiczną.

Niestety, na razie główne europejskie potęgi nie idą w tym kierunku. Wręcz przeciwnie, każdy kraj wydaje się iść własną drogą, a wiele z nich decyduje się na zakup broni od dominujących amerykańskich producentów broni, zamiast budować wspólny europejski przemysł obronny.

"Podstawowym problemem pozostaje fakt, że krajom europejskim wciąż brakuje prawdziwie kooperatywnego sposobu myślenia, jeśli chodzi o wspólne rozwijanie, nabywanie i eksploatowanie zdolności obronnych" napisali Ian Bond i Luigi Scazzieri z Centre for European Reform.

NATO i Europejska Agencja Obrony wielokrotnie identyfikowały kluczowe braki w zdolnościach, które sprawiają, że siły europejskie nie są w stanie prowadzić operacji bez pomocy USA. Chodzi m.in. o brak strategicznego transportu lotniczego, samolotów i satelitów wywiadowczych, obserwacyjnych i rozpoznawczych, dronów, rakiet obrony powietrznej i zapasów precyzyjnie kierowanej amunicji.

Europejskie zapasy zostały uszczuplone przez dostawy sprzętu i amunicji wysłane do Ukrainy, na obronę przed Rosją. Duża część nowych pieniędzy przeznaczonych na zbrojenia będzie potrzebna właśnie na uzupełnienie tych arsenałów.

Próbując zaaranżować wzrost wydatków obronnych Europy, Komisja zaproponowała nowe zachęty — w tym początkowy fundusz w wysokości 500 mln euro na dwa lata oraz zwolnienie z podatku VAT — aby zachęcić kraje członkowskie do wspólnej produkcji i zakupu broni, w grupach co najmniej czterokrajowych, aby uniknąć niepotrzebnego dublowania się i zapewnić interoperacyjność nowych systemów.

Jednak, bardziej niż jakakolwiek inna dziedzina, obrona pozostaje w centrum narodowej suwerenności i wiele rządów UE nie chce, aby Bruksela forsowała program "kupuj europejskie" lub naciskała na zamówienia broni. Niechętnie też łączą swoje ograniczone zasoby wywiadowcze, co jest jednym z powodów, dla których Europejczycy nie przewidzieli wojny na Ukrainie, w przeciwieństwie do Stanów Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii.

onet.pl/Politico

dr Robert Czulda: Jak w ostatnich latach zmieniło się środowisko bezpieczeństwa wokół Norwegii?

dr Paalem Hilde: Bez wątpienia wojna na Ukrainie wiele zmieniła, ale jednocześnie tych zmian jest mniej, niż mogłoby się wydawać. Większość konsekwencji, w tym decyzje NATO, odnoszą się do Europy Środkowej i Wschodniej. Dotyczy to chociażby utworzenia wielonarodowych grup batalionowych dla Polski, Litwy, Łotwy, Estonii, Bułgarii, Węgier, Rumunii i Słowacji. Północ Europy, w tym miejsce, w którym Norwegia graniczy z Rosją, pozostaje spokojna. Potwierdził to kilkukrotnie szef obrony Królestwa Norwegii – nie notujemy żadnych nietypowych form aktywności.

Paradoksalnie, w porównaniu z poprzednimi latami aktywność Rosjan nawet spadła, bowiem wiele jednostek, które stacjonują na Półwyspie Kolskim, została wysłana na Morze Czarne. To zarówno okręty desantowe jak i jednostki lądowe. Nie ma więc bezpośredniego pogorszenia sytuacji, chociaż jednocześnie Norwegię dotykają niewątpliwe zmiany w europejskiej architekturze bezpieczeństwa.

A relacje z Rosją? Jak one się zmieniły?

Po 2014 roku zawieszono współpracę wojskową, a teraz Norwegia włączyła się w pakiet sankcji przeciwko Rosji. Trzeba mieć na uwadze, że w strefie przygranicznej kwitło wiele form współpracy na poziomie społecznym. Te w dużym stopniu zostały zamrożone, chociaż utrzymujemy ze stroną rosyjską kontakt w wybranych aspektach, chociażby w zakresie operacji poszukiwawczo-ratunkowych, czy też pomiędzy służbami kontroli granicznej.

Dodajmy, że ciągle działa gorąca linia między dowództwem Floty Północnej a Połączonym Sztabem Norwegii. Minister spraw zagranicznych Norwegii Anniken Huitfeldt wyraziła gotowość Norwegii do dalszych kontaktów w ramach Rady Arktycznej i na poziomie relacji dwustronnych, by w ten sposób „uniknąć nieporozumień w sytuacji napięć" i by „utrzymać niski poziom napięć na Dalekiej Północy". A zbrojenia Norwegii? Czy będą większe?

Procentowy udział wydatków na zbrojenia w odniesieniu do PKB w tym roku spadnie. Trend ten zapewne utrzyma się w przyszłym roku. Nie jest to jednak efekt redukcji wydatków, ale dla nas korzystnego efektu wojny. Ceny ropy naftowej i gazu ziemnego poszły w górę, co przekłada się na nasz budżet – Norwegia zarabia na tym krocie. To powoduje pewne niezadowolenie i głosy krytyczne, jak chociażby swego czasu z Polski.

Nie ma jednak przekonania co do konieczności drastycznego zwiększenia wydatków na zbrojenia. Nie spodziewałbym się, aby Oslo poszło drogą Polski i państw bałtyckich. Nie sądzę, aby Norwegia zwiększyła wydatki powyżej 2% PKB, ani nawet, aby w najbliższej przyszłości osiągnęła taki poziom. Nie ma bowiem powszechnego poczucia nieuchronnego zagrożenia, a politycy mają ważniejsze sprawy niż obrona. Nie wygrywają oni wszak wyborów kupowaniem czołgów, lecz dzięki nowym szpitalom, drogom i szkołom.

W jak dużym stopniu wojna na Ukrainie zmieniała podejście do Rosji w norweskich kręgach wojskowych?

Norweska polityka bezpieczeństwa uległa zmianie w latach 2007-2008. Wcześniej Rosja była oczywiście brana pod uwagę w kalkulacjach nad bezpieczeństwem, ale nie uznawano jej za bezpośrednie zagrożenie. W tamtym okresie Norwegia skoncentrowana była na misji w Afganistanie i działaniach poza obszarem traktatowym NATO. Rosyjska interwencja w Gruzji stała się czynnikiem zmian. Norwegia, razem z Polską i państwami nadbałtyckimi, zaczęła wtedy naciskać na sojuszników, by zwiększyć koncentrację na zagrożeniach i wyzwaniach u naszych granic. W tym sensie początek wojny w 2014 roku nie doprowadził do jakiegoś gruntowego przeorientowania norweskiego podejścia wobec Rosji.

Oslo w pewnym momencie dostrzegło, że NATO koncentruje się praktycznie tylko wyłącznie na Wschodniej Flance i na Morzu Bałtyckim. Dlatego też około 2016 roku zaczęto czynić starania, by zwiększyć zainteresowanie również północnym wymiarem i działaniami na akwenach. Owocem norweskich zabiegów było utworzenie w 2018 roku Dowództwa Sił Połączonych Norfolk, które przejęło na siebie odpowiedzialność w NATO za działania morskie. To ten wymiar jest dla Norwegii najważniejszy.

Co do obecnej fazy wojny, rozpoczętej w lutym 2022 roku, to jeszcze pod koniec ubiegłego roku, a nawet na początku bieżącego, nie brak było pojawiających się w mediach znaczących w Norwegii polityków, którzy przestrzegali przed prowokowaniem Rosji i postulowali pozostanie na uboczu. Teraz takie głosy ucichły. Nie ma ich w debacie publicznej.

(...)

W ostatnim czasie pojawiło się sporo artykułów, z których niektóre brzmiały sensacyjnie – Norwegia porzuca zimnowojenną politykę, wedle której Oslo nie pozwala żadnym obcym siłom na stałą obecność w czasie pokoju. Teraz jednak pojawiły się doniesienia o wydzieleniu bazy na potrzeby sił NATO oraz zgodzie na obecność Amerykanów w czterech innych bazach. A jak sprawa ta wygląda w rzeczywistości?

Co do ograniczeń to Norwegia sama je sobie narzuciła, gdy wchodziła do NATO w 1949 roku. Żadne obce jednostki bojowe nie mogą być na stałe rozmieszczone na jej terytorium w czasie pokoju. W latach 2017-2020 mieliśmy u siebie kilkuset US Marines, ale ich obecność była przedstawiana jako rotacyjna. Ich wycofanie potwierdza słuszność takiej narracji. Teraz, w obliczu wojny na Ukrainie, pojawiają się głosy, by politykę zrewidować, ale nie dostrzegam żadnej politycznej siły, która byłaby gotowa to zmienić. Norwegia niezmiennie uznaje, że oczekiwałaby wsparcia w momencie pojawienia się kryzysu. Jednocześnie Oslo uważa, że gromadzenie na swoim terytorium baz materiałowych i realizowanie regularnych ćwiczeń to działania wystarczające.

(...)

A jakie miejsce w norweskich analizach zajmuje Arktyka?

Od dawna Norwegia to jedno z tych państw NATO, które mówi o Arktyce i zachęca Sojusz, by przykładał do tego obszaru większą uwagę. Przez długi czas przyjęta narracja wynikała z faktu, iż Oslo nie chciało jednoznacznie mówić o Rosji jako zagrożeniu. Podnoszono więc kwestię Arktyki jako takiej. Po 2014 roku takie ograniczenia znikły. Obecnie NATO w swych dokumentach pisze więcej o Dalekiej Północy, przez którą rozumie się Atlantyk Północny i europejską część Arktyki. Ta ostatnia pokrywa się z obronnymi zainteresowaniami Norwegii.

W ostatnich latach nie brak artykułów i komentatorów alarmujących o nowej zimnej wojnie na obszarze Arktyki. Mowa o nieuchronnej rywalizacji o surowce, a nawet o konfliktach zbrojnych. Czy taki obraz jest prawdziwy z perspektywy państwa bezpośrednio obecnego w tym regionie?

Wiele w tym medialnego szukania sensacji. Dotyczy to także amerykańskiej obsesji zwalczania chińskich wpływów w Arktyce. Gdzie niby są Chiny w Arktyce? Pekin wyraża zainteresowanie, szuka szans na inwestycje, ale w porównaniu z chińskimi aktywnościami w Afryce, czy Ameryce Południowej to ich obecność w Arktyce jest niewielka.

Media od dawna piszą o arktycznych pokładach ropy naftowej i gazu ziemnego. Aż do wojny na Ukrainie ceny surowców były relatywnie niskie, przez co ich eksploatacja po prostu była nieopłacalna. Mówimy o bardzo skomplikowanym procesie wydobycia, z dala od brzegu. Nie jest przypadkiem, że komercyjne zainteresowanie pozostaje niewielkie. To samo tyczy się linii tranzytowych – kolejnego medialnego tematu. Być może w przyszłości będzie to opłacalne, ale póki co zainteresowanie jest małe. Niewiele statków decyduje się przechodzić szlakami arktycznymi.

Inny medialny temat to odbudowa przez Rosję baz w Arktyce. To prawda – mowa jest zarówno o konstruowaniu nowych jak i remontach tych z czasów Związku Sowieckiego. Ich cel to zarówno ochrona surowców i obszarów na północy jak i zabezpieczenie północnych przejść. Jeśli Rosja chce zwiększyć ich przepustowość to musi mieć na całym szlaku instalacje, także do działań poszukiwawczo-ratunkowych. Przed kim Rosja miałaby się bronić w Arktyce? Kto napadnie tam Rosję? Nikt. Im więcej Rosja wydaje pieniędzy w Arktyce, tym mniej ma ich na inne obszary. Niech więc wydają.

defence24.pl

Ukraińscy urzędnicy wprost oświadczyli 3 września, że ​​trwająca ukraińska kontrofensywa na południu Ukrainy jest celowo metodyczną operacją degradacji rosyjskich sił i logistyki, a nie mającą na celu natychmiastowe odzyskanie dużych obszarów terytorium. Ukraiński doradca prezydenta Ołeksij Arestowycz powiedział 3 września Wall Street Journal, że ​​obecnym celem sił ukraińskich na południu jest „systemowe ostrzeliwanie armii Putina oraz że wojska ukraińskie powoli i systematycznie odkrywają i niszczą operacyjny logistyczny system zaopatrzenia Rosji za pomocą uderzeń artylerii i broni precyzyjnej”. Oświadczenie Arestowycza jest odzwierciedleniem oceny ISW, że trwająca kontrofensywa prawdopodobnie nie przyniesie natychmiastowych zysków, a siły ukraińskie dążą do przerwania kluczowych węzłów logistycznych wspierających rosyjskie operacje na południu i osłabienia rosyjskich zdolności wojskowych.

understandingwar.org

sobota, 3 września 2022


Plan Putina /Władimir Putin miał przesunąć datę zajęcia całego obwodu donieckiego z 31 sierpnia na 15 września/ zbiegł się także ze zintensyfikowanymi działaniami zbrojnymi oddziałów ukraińskich na południowym froncie. Ukraińcom udało się przerwać front pod Chersoniem, a 109 Pułk tzw. Donieckiej Republiki Ludowej uciekł z pola walki. Początek ukraińskiego uderzenia był zsynchronizowany z ostrzałem kluczowych magazynów, węzłów logistycznych oraz kwater, z których korzystają Rosjanie. W ostatnim czasie Ukraińcy zniszczyli systemy obrony przeciwlotniczej S-300, wyrzutnie rakiet Grad i Uragan, czołgi oraz haubice. Zgrupowanie „Kachowka" informowało, że Rosjanie mają dostęp tylko do pieszych przepraw bo oprócz promu, uszkodzony został kolejowy most Antonowski oraz most w Nowej Kachowce. Jako, że rosyjskie zgrupowanie obsadzające południowy front jest zaopatrywane i wspierane głównie z Krymu – Moskwa rozkazała przerzucać z półwyspu siły, by „łatać" południowy front.

Spod krymskiego Symferopolu wysłano kolumny wojskowe. Pierwsza, która wyjechała liczyła 400 samochodów. Potem zaczęto formować kolejną. Na Krym pospiesznie mają być przerzucane transporty wojenne. Zauważono w rosyjskich transportach - haubice samobieżne Msta-S i Goździk, czołgi T-72 oraz T-80, bojowe wozy piechoty i ciężarówki, a także cysterny z paliwem.

Co ciekawe, wysyłanie dodatkowego sprzętu i wojsk rosyjskich pod Chersoń oznacza, iż Siłom Zbrojnym Ukrainy jeszcze łatwiej je niszczyć. Jak raportuje agencja Ukrinform w następnych dniach Rosjanie stracili kolejne składy amunicji, przeprawy promowe, sześć czołgów, haubicę Msta, wyrzutnię rakietową Grad i osiem pojazdów opancerzonych. W ukraińskich precyzyjnych ostrzałach zginęło 102 rosyjskich żołnierzy.

Ukraińcy cały czas nękają ogniem przeprawy na Dnieprze. Od razu w mediach pojawiły się pytania czy to właśnie rozpoczęła się tak szeroko omawiana możliwa ukraińska kontrofensywa? Z pewnością Siłom Zbrojnym Ukrainy udało się pokazać, że posiadają inicjatywę operacyjną oraz że rosyjskie siły pod Chersoniem są narażone na ich precyzyjny ostrzał. Pospieszne „łatanie" frontu przez Rosjan także wystawia takie siły na kolejne uderzenia rakietowe. Odciąża również ukraińskich żołnierzy na innych odcinkach frontu, ponieważ Rosjanie od początku inwazji pokazali, że w rozproszeniu nie są w stanie osiągać założonych celów.

Potwierdziły się także głosy, że działania na froncie wojny obronnej 2022 roku nie są spektakularnymi bitwami ale mozolnym odbijaniem miejscowości – po miejscowości. Prawdopodobnie by zachować rezerwy na dalszy przebieg walk Kijów nie wysyła żołnierzy do ryzykownych szturmów.

defence24.pl

piątek, 2 września 2022


31 sierpnia premier Armenii Nikol Paszynian i prezydent Azerbejdżanu Ilham Alijew, przy udziale przewodniczącego Rady Europejskiej Charles’a Michela, rozmawiali w Brukseli na temat uregulowania konfliktu karabaskiego i normalizacji stosunków dwustronnych: delimitacji granicy, przygranicznego bezpieczeństwa, odblokowania szlaków komunikacyjnych, uwolnienia jeńców wojennych i wyjaśnienia losów osób zaginionych, wreszcie – przyszłości samego Górskiego Karabachu. Uzgodniono, że szefowie dyplomacji obu państw spotkają się w ciągu miesiąca i będą kontynuować prace nad projektem traktatu pokojowego. Do następnego spotkania Alijewa i Paszyniana ma dojść w listopadzie (w Brukseli).

Komentarz

Było to szóste spotkanie premiera Armenii i prezydenta Azerbejdżanu po zakończeniu wojny karabaskiej w 2020 r., w tym już czwarte w Brukseli (poprzednie miały miejsce w grudniu 2021 r. oraz w kwietniu i maju br.; wcześniej politycy dwa razy spotkali się w Rosji). Mimo braku wymiernych efektów w postaci podpisanych dokumentów czy zawartych porozumień, a także powtarzających się eskalacji napięcia w strefie konfliktu (do ostatniej doszło na początku sierpnia) z całą pewnością można mówić o postępie w negocjacjach. Świadczą o tym: realizacja uzgodnień z poprzednich spotkań (zgodnie z zapowiedzią powstała i odbyła już dwa spotkania komisja dwustronna ds. delimitacji wspólnej granicy, kierowana przez wicepremierów, podano również czas i miejsce kolejnego jej posiedzenia ) oraz kontynuacja dialogu.

Na przeszkodzie szybszej finalizacji procesu pokojowego – byłoby nią zawarcie traktatu obejmującego nawiązanie stosunków dyplomatycznych – stoi cały szereg wymagających rozstrzygnięcia kwestii szczegółowych (w warunkach braku zaufania pomiędzy stronami). Dodatkowym czynnikiem ryzyka jest wewnętrzna sytuacja w Azerbejdżanie i Armenii. Istnieje obawa, że każdy kompromis zostanie przyjęty przez oba społeczeństwa i część elit jako zdrada interesów narodowych i wykorzystany przez opozycję do ataku na władze (w dużo większym stopniu dotyczy to Armenii). Z tego powodu komunikaty wydawane w Baku i Erywaniu po kolejnych spotkaniach zawsze nieco się różnią, zaś szczegóły rozmów nie są ujawniane.

Po kolejnym spotkaniu liderów Armenii i Azerbejdżanu, zaaranżowanym przez Charles’a Michela, można mówić o przejęciu inicjatywy przez UE w karabaskim procesie pokojowym. Wprawdzie do ostatniej rozmowy wicepremierów obu państw doszło 30 sierpnia w Moskwie (oprócz dwustronnej komisji ds. delimitacji obaj uczestniczą w trójstronnej, armeńsko-azerbejdżańsko-rosyjskiej grupie roboczej, której zadaniem jest przygotowanie odblokowania regionalnego systemu szlaków komunikacyjnych) – ale następna ma odbyć się już w Brukseli. Prestiż Rosji obniża fakt, że rozlokowane w rejonie konfliktu siły pokojowe nie są w stanie zapobiegać lokalnym incydentom zbrojnym i eskalacjom napięcia. Nie oznacza to jeszcze, że pozycja państwa rosyjskiego na Kaukazie Południowym uległa trwałemu osłabieniu. Wykorzystując posiadane instrumenty (polityczne, militarne, gospodarcze) oraz wpływy (m.in. wśród karabaskich Ormian), Moskwa może doprowadzić np. do destabilizacji w regionie konfliktu i tym samym wymusić korzystne dla siebie rozwiązania – choćby przedłużenie obecności sił pokojowych. W swoich działaniach musi się jednak liczyć z interesami Turcji – a pogorszenie relacji z tym krajem bardzo utrudniłoby jej wymianę handlową z zagranicą w warunkach wojny na Ukrainie oraz sankcji (Turcja nie pojawiła się w komunikatach po spotkaniu Alijewa i Paszyniana; proces normalizacji armeńsko-tureckiej biegnie równolegle z karabaskim procesem pokojowym).

W przededniu spotkania strona ormiańska przekazała Azerbejdżanowi miasto Laczyn oraz dwie wsie leżące w korytarzu laczyńskim, łączącym Armenię z separatystycznym Górskim Karabachem. W ten sposób wypełniony został kolejny punkt z dokumentu kończącego drugą wojnę karabaską (9/10 listopada 2020 r.). Od września ruch tranzytowy odbywa się po nowej drodze, położonej nieco na południe od starej, przeniesiono na nią też posterunki rosyjskich sił pokojowych. Wcześniejsze oddanie do użytku zbudowanej trasy (we wspomnianym dokumencie zapisano, że w ciągu trzech lat, czyli do jesieni 2023 r., ma zostać wyznaczony dopiero jej przebieg) jest wynikiem zdecydowanych działań i asertywności Baku, które chce jak najszybciej skonsumować wojenny sukces i zintegrować odzyskane tereny z resztą kraju. Azerbejdżan przeforsował to rozwiązanie, korzystając z przewagi nad Armenią, wsparcia ze strony Turcji oraz biernej postawy Rosji. Musi jednak brać pod uwagę, że dalsze tego typu kroki mogą doprowadzić do gwałtownych protestów w Armenii, zaś ewentualny upadek Paszyniana oznaczałby znaczne spowolnienie, jeśli nie zamrożenie procesu pokojowego.

osw.waw.pl

1 września Gazprom poinformował, że od 1 stycznia do 31 sierpnia br. wydobył 288,1 mld m3 gazu, co oznacza spadek o 49,1 mld m3, czyli o 14,6% w stosunku do analogicznego okresu w roku ubiegłym. Z wyliczeń agencji Bloomberg dokonanych na podstawie powyższych danych wynika, że dobowe wydobycie gazu przez koncern w sierpniu wyniosło 829 mln m3 , co stanowi wzrost o 7,1% względem poziomu z lipca br.

W swoim komunikacie Gazprom powiadomił również, że we wskazanym okresie eksport gazu do państw tzw. dalekiej zagranicy (Europa bez państw bałtyckich oraz Turcja i Chiny) wyniósł 82,2 mld m3, co oznacza spadek o 49,1 mld m3, czyli o 37,4% w stosunku do analogicznych miesięcy w roku ubiegłym. Jednocześnie koncern zaznaczył, że systematycznie rosną dostawy surowca do Chin gazociągiem Siła Syberii. Nie ujawnił jednak na razie szczegółowych danych dotyczących wolumenów. W komunikacie oceniono też, że w okresie styczeń–sierpień światowe zapotrzebowanie na gaz spadło o 40 mld m3, z czego 29 mld m3 przypadło na państwa członkowskie UE. Zwrócono także uwagę, że według stanu na 30 sierpnia zapełnienie magazynów gazowych na Ukrainie wynosi 13,1 mld m3 (zdaniem Gazpromu powinno to być minimum 19 mld m3). Stwierdza się ponadto, że choć teoretycznie da się zwiększyć ich zapełnienie, to realnie nie ma takiej możliwości.

W ostatnich dniach doszło do kolejnego ograniczenia dostaw rosyjskiego gazu na rynek UE. Zgodnie z wcześniejszymi zapowiedziami 31 sierpnia w godzinach rannych wstrzymano tranzyt surowca gazociągiem Nord Stream 1. Przerwa w eksploatacji ma potrwać do 3 września do godz. 3.00. Również 31 sierpnia Gazprom wstrzymał dostawy gazu dla francuskiej spółki Engie. Decyzję uzasadnił tym, że strona francuska do 30 sierpnia (do końca dnia roboczego) nie uregulowała płatności za import surowca w lipcu br. Gazprom ograniczył także 31 sierpnia o ok. 26% dostawy gazu dla włoskiej firmy Eni (z 27 do 20 mln m3 na dobę).

1 września rzecznik prezydenta FR Dmitrij Pieskow oświadczył, że kryzysowa sytuacja związana z eksploatacją gazociągu Nord Stream 1 jest bezpośrednią konsekwencją sankcji przeciwko Rosji. Zaznaczył, że wprowadzane przez państwa zachodnie restrykcje (w tym te przyjęte przez Wielką Brytanię) uniemożliwiają realizację wielu długoterminowych umów serwisowych i generują szereg problemów dla Gazpromu. W podobnym tonie wypowiedział się 31 sierpnia prezes tego koncernu Aleksiej Miller. Stwierdził on, że ze względu na europejskie ograniczenia sankcyjne wykorzystuje się tylko 20% przepustowości Nord Streamu 1 („Europa sama wpadła w sankcyjną pułapkę”). Zapowiedział także zgromadzenie rekordowych zapasów gazu w magazynach znajdujących się na terenie Rosji (zaznaczył, że obecne zapełnienie wynosi 92%).

Irański minister ds. ropy Javad Owji oznajmił, że w najbliższym czasie zostanie zawarta umowa między firmą NIOC a Gazpromem w sprawie zakupów i dostaw swapowych gazu. W lipcu br. oba podmioty podpisały memorandum o współpracy strategicznej, zakładające m.in. wspólne projekty w sektorze wydobywczym, przedsięwzięcia infrastrukturalne oraz transakcje wymiany gazu i produktów naftowych.

31 sierpnia rzecznik Rady Bezpieczeństwa Narodowego USA John Kirby zapowiedział, że 2 września ministrowie finansów państw G7 omówią inicjatywę wprowadzenia progu cenowego na zakup rosyjskiej ropy.

1 września. wicepremier FR Aleksandr Nowak oświadczył, że Rosja nie będzie dostarczać ropy do tych państw, które wprowadzą limity cenowe na rosyjski surowiec. Ponadto zapowiedział, że Moskwa jest za przedłużeniem porozumienia OPEC+ (w tym roku wygasa umowa zawarta w kwietniu 2020 r.). Dodał, że tę decyzję władz popierają również rosyjskie firmy naftowe. Pod koniec sierpnia minister energetyki Arabii Saudyjskiej deklarował, że wkrótce rozpoczną się prace nad nowym porozumieniem OPEC+.

Trzy japońskie firmy – Tokyo Gas, Kyushu Electric Power i JERA (joint venture Tokyo Electric Power Co. i Chubu Electric Power Co.) – odnowiły kontrakty na dostawy LNG z rosyjskiego projektu Sachalin 2. Od 5 sierpnia jego nowym operatorem jest spółka Sachalinskaja Energija.

Komentarz

Choć Gazprom od początku roku znacząco ograniczył produkcję i eksport gazu, to nie wiąże się to na razie z poważniejszymi konsekwencjami finansowymi dla samego koncernu. Według informacji przekazanych 30 sierpnia br. przez wiceprezesa zarządu koncernu Famila Sadygowa w pierwszych sześciu miesiącach br., pomimo spadku wolumenu sprzedaży do tzw. dalekiej zagranicy o 31%, spółka odnotowała zysk w wysokości 2,5 bln rubli (dla porównania w okresie styczeń–czerwiec 2021 r. kształtował się on na poziomie 968,5 mld rubli). Tego samego dnia Gazprom poinformował, że rada dyrektorów będzie rekomendować wypłatę dywidendy za pierwsze półrocze w wysokości 51 rubli za akcję. Korzystne wyniki finansowe są przede wszystkim konsekwencją wysokich cen gazu i ropy, które rekompensują na razie znaczące spadki wolumenów eksportu. O ile w 2021 r. średnia cena gazu na hubie TTF wyniosła (według kalkulacji Gazpromu) ok. 568 dolarów za 1 tys. m3, o tyle w tym roku wartości cenowe w poszczególnych miesiącach znacząco przekraczały te ubiegłoroczne (przykładowo w lipcu 1 tys. m3 surowca na TTF kosztował średnio ponad 1700 dolarów). Nie można wykluczyć, że wyniki finansowe za drugie półrocze również okażą się korzystne dla koncernu. Uwzględniając charakter formuł cenowych przewidzianych w długoterminowych kontraktach Gazpromu (modyfikacje cen następują z kwartalnym, sześcio- lub dziewięciomiesięcznym opóźnieniem), efekty znaczących wzrostów na gazowych rynkach spotowych oraz wzrostów cen ropy mogą być widoczne dopiero w kolejnych miesiącach. Ostateczne wyniki będą jednak również uzależnione od skali ewentualnych dalszych ograniczeń w rosyjskim eksporcie gazu do odbiorców europejskich.

Zauważalna w sierpniu nieznaczna zwyżka sprzedaży do odbiorców tzw. dalekiej zagranicy (w stosunku do lipca) to najprawdopodobniej konsekwencja zwiększenia dostaw do Chin rurociągiem Siła Syberii. Sam Gazprom podkreśla, że miesięczne wolumeny eksportu gazu tą magistralą regularnie przekraczają zakontraktowane na ten rok wartości.

Choć komunikaty Gazpromu dotyczące wielkości produkcji i eksportu surowca publikowane są mniej więcej co dwa tygodnie, to dopiero w najnowszym z nich koncern po raz pierwszy od inwazji Rosji na Ukrainę zwrócił uwagę na niski poziom zapełnienia ukraińskich magazynów gazowych. Biorąc pod uwagę potrzeby państw europejskich w zakresie gromadzenia zapasów na nadchodzący sezon grzewczy i systematyczne zmniejszanie podaży przez Gazprom, nie można wykluczyć, że w najbliższym czasie dojdzie do ograniczenia lub wstrzymania eksportu surowca rurociągiem biegnącym przez Ukrainę. Taki scenariusz sygnalizują wprost niektóre rosyjskie media, a oficjalnym pretekstem mogłoby się stać np. wprowadzenie przez UE maksymalnego pułapu cenowego na dostawy gazu z Rosji (rozważane w Brukseli). Całkowite wstrzymanie dostaw rosyjskiego surowca do Europy wpisywałoby się w obserwowaną w ostatnich miesiącach logikę eskalowania kryzysu gazowego przez Moskwę.

W komunikatach na temat wielkości produkcji i wolumenów błękitnego paliwa dostarczanych na poszczególne rynki Gazprom nie ujawnia danych dotyczących wielkości dostaw do odbiorców wewnętrznych. Koncern publikuje jedynie, o ile zmniejszyły się one w kolejnych miesiącach w stosunku do analogicznych okresów ub.r. (w okresie styczeń–sierpień br. spadły o 4,7 mld m3 , czyli o ok. 2,9% r/r). Przy jednoczesnym braku publikacji danych mających być punktem odniesienia nie da się ocenić, ile surowca ostatecznie trafia do odbiorców krajowych, a ile po wydobyciu ulega zniszczeniu. W ostatnich tygodniach w mediach doniesienia sugerujące, że w okolicach stacji kompresorowej Portowaja (która umożliwia eksport surowca z Rosji gazociągiem Nord Stream 1) spalane są znaczące ilości gazu. Ich wartość szacowano na 10 mln dolarów dziennie. Agencja Rystad Energy ocenia, że w Rosji może dochodzić do spalania ok. 4,34 mln m3 surowca na dobę.

osw.waw.pl

W drugiej połowie sierpnia ceny gazu na giełdach europejskich osiągały kolejne rekordy. 26 sierpnia na holenderskim TTF cena kontraktów na następny miesiąc wzrosła przejściowo do ponad 346 euro/MWh, prawie dwukrotnie bijąc dotychczasowy rekord z tygodnia po wybuchu wojny na Ukrainie. Jednocześnie da się zaobserwować niespotykaną do tej pory zmienność cen – jednego dnia, tego samego 26 sierpnia, w ciągu kilku godzin spadły one o ok. 60 euro. Choć od tego czasu także regularnie spadały – ostatniego dnia sierpnia do nieco poniżej 240 euro za MWh – to rynek pozostaje w napięciu, a zbliżająca się zima zwiastuje kolejne wzrosty.

Szalejące ceny coraz mniej odzwierciedlają bieżącą sytuację rynkową – horrendalny rekord osiągnięty został niemal w środku lata, kiedy tradycyjnie zapotrzebowanie utrzymuje się na relatywnie niskim poziomie. Co więcej, pomimo problemów z dostępnością surowca zapełnianie europejskich magazynów postępuje w dość dobrym tempie – średniounijny poziom ich wypełnienia wyniósł pod koniec miesiąca już 80%. Wreszcie: wyraźnie widoczne jest też obniżanie się – w związku z sytuacją na rynku – popytu na gaz w Europie. Według dostępnych danych za pierwsze półrocze br. jego zużycie w krajach członkowskich UE spadło o prawie 12% względem analogicznego okresu roku poprzedniego i o 6,5% w porównaniu ze średnią z ostatnich pięciu lat.

Wszystko to wskazuje na dużą nerwowość na rynku europejskim. Niespotykana zmienność i wysokie ceny odstraszają niektórych jego uczestników, zdarzają się przypadki renomowanych firm odstępujących od wykonania kontraktów i pojawiają się opinie, że handel na europejskich giełdach jest o krok od załamania. Coraz bardziej oczywiste staje się też to, że zapaść potrwa dobrych kilka lat, a Europę czeka więcej niż jedna trudna zima.

Przyczyny

Obecna sytuacja wiąże się z trwającym już od roku i nasilającym się kryzysem, którego końca nie widać. Ceny gazu rosną, a dostępność niezakontraktowanego surowca na świecie spada. Utrzymujące się rekordowe dostawy LNG do Europy oraz większe zakupy surowca przez kraje azjatyckie – Chiny i Japonię – szykujące się do zimy oznaczają, że maleje elastyczność podaży i możliwość przyciągnięcia dodatkowych wolumenów gazu, np. dzięki dalej rosnącym cenom. Tymczasem przed nami wciąż sezon grzewczy i pół roku tradycyjnie wyższego zapotrzebowania oraz potencjalnych skoków konsumpcji w przypadku silnych i/lub długotrwałych mrozów. Problemy i niepokój na rynku podsycane są w dużym stopniu niekończącą się wojną na Ukrainie i wrogimi wobec UE działaniami Moskwy. Rosja jednoznacznie wykorzystuje dostawy gazu jako broń w wojnie ekonomicznej z Europą. Gazprom od roku obniża eksport do UE, a od wiosny jego spadki są coraz bardziej zauważalne. Ostatnio dostawy ustały nie tylko do tych firm i państw, które odmówiły uiszczenia płatności za gaz w rublach (Polska, Bułgaria, Finlandia, Dania, Holandia), lecz także – w związku z niesprecyzowanymi problemami z wypełnianiem kontraktu – do francuskiej Engie. Po znaczących ograniczeniach przesyłu przez Ukrainę i całkowitym zaprzestaniu używania rurociągu jamalskiego (maj br.) od czerwca rosyjski koncern zmniejsza dostawy Nord Streamem. W ostatnich tygodniach wykorzystanie szlaku nie przewyższało 20% jego mocy, a na okres 31 sierpnia – 2 września Gazprom ogłosił nieplanowane całkowite wstrzymanie przesyłu, jako pretekst wykorzystując problemy techniczne w stacji kompresorowej Portowaja (szerzej zob. Gazprom zapowiada czasowe wstrzymanie Nord Streamu 1; kolejne problemy KTK). W warunkach „ciasnego rynku” każde ograniczenie eksportu z Rosji będzie odbijać się na sytuacji rynkowej. Jednocześnie niepokój – i ceny – podsycać może utrzymywanie niepewności co do ciągłości i poziomu dostaw. Gry Moskwy będą stawały się coraz bardziej odczuwalne wraz ze wzrostem zapotrzebowania na surowiec w Europie i wchodzeniem przez nią w sezon grzewczy. Moskwa jest gotowa w pełni to wykorzystywać.

Trudności na europejskim rynku tego lata spotęgowała fala upałów, która przyniosła wzrost zapotrzebowania na energię (potrzebną m.in. do chłodzenia). Wysokie temperatury i susza skutkowały też niespotykanym obniżeniem poziomu wody w tamtejszych rzekach, co ograniczyło możliwość wykorzystania transportu rzecznego do przesyłu surowców energetycznych (m.in. węgla w Niemczech – por. Niemcy: problemy z logistyką węgla kamiennego). Wreszcie: przedłużają się w dużej części niespodziewane problemy techniczne elektrowni atomowych we Francji – nie pracują aż 32 ze wszystkich 56 obiektów tego typu. Tym samym produkcja energii tą metodą jest najniższa od 30 lat, rośnie wykorzystanie innych jej źródeł (w tym gazu), a kraj pierwszy raz od dekady stał się importerem elektryczności, zamiast – tak jak zwykle – sprzedawać ją za granicę i pomagać stabilizować sytuację na europejskim rynku energetycznym.

Skutki

Narastający, niespotykany kryzys gazowy coraz bardziej dotyka europejskie gospodarki i społeczeństwa, pogłębiając kryzys ekonomiczny w UE. Szczególnie wyraźnie widać to w sektorach gazochłonnych. Wytwórcy nawozów ogłaszają kolejne ograniczenia produkcji lub wstrzymywanie niektórych linii produkcyjnych (norweska Yara, polskie Azoty czy litewska Achema). Według szacunków ICIS ma to dotyczyć do 70% nawozów wytwarzanych w Europie, co już odbija się na rynku żywności. Spadki produkcji i wzrosty cen dotyczą też innych rynków, m.in. stali (ostatnie podwyżki ogłoszone przez ArcelorMittal) i aluminium. Wielokrotnie wyższe ceny gazu przyczynią się również do bankructw, ubiegania się przez część firm o wsparcie państwowe (por. apel Uniperu o zwiększenie pomocy o 4 mld euro) i przenoszenia produkcji poza Europę. Tym samym widoczny do tej pory spadek zapotrzebowania na ten surowiec (np. w przypadku niemieckiego przemysłu tylko w lipcu o 21% r/r) wiąże się w dużej mierze nie z działaniami strukturalnymi, ale z destrukcją popytu i szkodami dla gospodarek państw unijnych.

Sytuacja na rynku gazu jest też jednym z istotniejszych czynników napędzających kryzys na rynku energetycznym oraz przyczynia się do coraz większych problemów na rynkach innych surowców – w tym węgla i ropy. Ceny energii elektrycznej w państwach UE również biją kolejne rekordy (29 sierpnia w Niemczech kontrakty na następny rok osiągnęły zawrotną cenę 1000 euro/MWh) oraz są wyjątkowo zmienne (w ciągu kilku dni spadły o połowę). Potęguje to problemy ekonomiczne i jest coraz trudniejsze dla gospodarstw domowych. Według wypowiedzi medialnych prezesa głównego włoskiego stowarzyszenia przemysłowców Confindustria obecny szok na rynkach energetycznych niesie zagrożenie dla 20 tys. firm i 370 tys. miejsc pracy w kraju. Skokowo (i nierównomiernie w UE) rosną rachunki gospodarstw domowych, bankrutują kolejni dostawcy energii, a państwa członkowskie wdrażają indywidualnie kolejne działania ochronne mające ulżyć najbardziej poszkodowanym.

Planowane działania

Skala kryzysu, jego coraz powszechniejszy charakter oraz brak perspektyw jego wyhamowania sprawiają, że problemy energetyczne stają się jednym z kluczowych wyzwań dla Europy i intensyfikują dyskusje na temat możliwych przeciwdziałań. 29 sierpnia strukturalne reformy rynku elektryczności i interwencję kryzysową zapowiedziała przewodnicząca KE Ursula von der Leyen. Komisarz ds. energii Kadri Simson jeszcze w lipcu zadeklarowała, że KE przedstawi w październiku analizę dostępnych rozwiązań, a propozycja ustawodawcza powinna być gotowa w 2023 r. Aby uzgodnić możliwe do podjęcia na poziomie unijnym działania prezydencja czeska zwołała na 9 września nadzwyczajną radę energetyczną. Coraz powszechniejsze stają się wezwania do zniesienia powiązań pomiędzy cenami gazu i energii elektrycznej (po Hiszpanii i Włochach ostatnio apelują o to Austria, Belgia i Czechy, a zainteresowane takim rozwiązaniem przejawiają Francja i Niemcy) oraz wprowadzenie limitu cen gazu, a możliwe, że także prądu.

Regulowanie cen miałoby ograniczyć katastrofalne skutki ekonomiczno-społeczne ich wzrostów. Jednocześnie wyzwaniem pozostaje, jak wprowadzić niezbędne – jak się wydaje – reformy. Jedne z największych obaw dotyczą tego, że w przypadku ustanowienia limitu cen zniknąłby naturalny bodziec do – kluczowego dla przetrwania kryzysu i odrodzenia po nim gospodarek – zmniejszenia zużycia energii i gazu (czego przykładem jest rosnąca konsumpcja w Hiszpanii, która w maju wdrożyła takie ograniczenia w odniesieniu do cen gazu).

osw.waw.pl