środa, 17 sierpnia 2022


Wojska rosyjskie i zastępcze na Ukrainie prawdopodobnie działają w około sześciu grupach sił zorientowanych na: miasto Charków i północno-wschodni obwód charkowski; wzdłuż linii Izjum-Słowiańsk; obszar Siewiersk-Łysyczańsk; Bachmut; obszar miasta Avdiivka-Donieck; i południową Ukrainę. Grupy wokół Charkowa i Siwierska-Łysyczańska są prawdopodobnie budowane wokół rdzeni zaczerpniętych odpowiednio z Zachodniego i Centralnego Okręgu Wojskowego. Oś Izjum-Słowiańsk jest coraz częściej obsadzana przez niedawno utworzone bataliony ochotnicze, które prawdopodobnie mają bardzo małą siłę bojową. Żołnierze prywatnej kompanii wojskowej (PKW) Grupy Wagner prowadzą operacje wokół Bachmutu, podczas gdy siły wyprowadzone z Donieckiej Republiki Ludowej (DNR) dominują w rejonie miasta Awdijewka-Donieck. Oddziały z Południowego Okręgu Wojskowego (SMD) prawdopodobnie stanowiły pierwotny rdzeń sił w obwodach chersońskim i zaporoskim, ale zostały wzmocnione oddziałami Wschodniego Okręgu Wojskowego, Siłami Powietrznodesantowymi i Rosgwardią. Żadne z tych ugrupowań nie jest jednorodne – składają się na nie elementy różnych okręgów wojskowych, sił najemniczych i jednostek ochotniczych.

To rozlokowanie sugeruje, że Moskwa priorytetowo traktuje natarcie wokół Bachmutu i być może w kierunku Siwierska, jednocześnie starając się wykorzystać entuzjazm sił DNR, by przejąć teren, którego nie udało im się zająć od 2014 r., na osi Awdijewki. Duża koncentracja batalionów ochotniczych wokół Iziumu i Słowiańska sugeruje, że obszar ten nie jest przedmiotem uwagi Rosji i może być narażony na kontrataki ukraińskie. Zgrupowania sił w obwodzie chersońskim i wokół niego mogą stanowić poważne wyzwanie dla rosyjskiego dowodzenia i kontroli, zwłaszcza jeśli siły ukraińskie przeprowadzą tam kontrofensywę.

understandingwar.org

Od zakończenia wojny w Górskim Karabachu (GK) w 2020 r. na linii rozgraniczenia w GK oraz na bezpośredniej granicy Armenii i Azerbejdżanu regularnie dochodzi do inicjowanych przez Azerbejdżan incydentów zbrojnych (m.in. nad jeziorem Sew w maju 2021 r. czy we wsi Paruch w marcu 2022 r.). W ich efekcie Azerbejdżan przesuwa linię rozgraniczenia lub granicę państw na swoją korzyść, zajmując obszary ważne dla działań wojskowych. Na początku sierpnia siły azerskie przeprowadziły ofensywę w okolicach tzw. korytarza laczyńskiego, łączącego Armenię z GK, w efekcie której przejęły kontrolę nad kilkoma strategicznie położonymi wzgórzami.

Obecne status quo w GK zostało ukształtowane w wyniku zawartego pod patronatem Rosji rozejmu z 9 listopada 2020 r. Azerbejdżan przejął kontrolę nad ok. 75% terytoriów dotychczas kontrolowanych przez Ormian w GK i rozpoczął proces ich zabezpieczenia (m.in. rozminowania), odbudowy oraz likwidacji pozostałości ormiańskiego osadnictwa (m.in. obiektów kulturalnych i religijnych). Armenia zachowała ok. 25% dotychczasowego terytorium GK, wraz z korytarzem laczyńskim, łączącym GK i Armenię.

Gwarantem porozumienia stały się rosyjskie siły pokojowe (ok. 2 tys. żołnierzy), rozmieszczone w GK na pięć lat. Oprócz żołnierzy w GK stacjonuje kilkuset funkcjonariuszy FSB i ministerstwa ds. nadzwyczajnych. Pełnią oni obecnie nadrzędną rolę wobec sił zbrojnych Armenii i GK, również stacjonujących w GK. GK znajduje się de facto pod kontrolą Rosji – nadrzędną rolę wobec ormiańskiej administracji sprawuje dowództwo rosyjskiego kontyngentu wojskowego, które przejęło zarządzanie wszystkimi sferami funkcjonowania GK (ochrona granic i porządku publicznego, gospodarka komunalna, telekomunikacja). Co najmniej połowa obywateli GK uzyskała rosyjskie paszporty.

Grupa Mińska OBWE po 2020 r. straciła swoją rolę w procesie pokojowym, w który, niezależnie od siebie, zaangażowały się Rosja i UE. Rosja skupiła się na otwarciu regionalnych korytarzy transportowych, które umacniałyby jej pozycję jako ich gwaranta, tworząc w tym celu trójstronną grupę roboczą. UE włączyła się do mediacji w marcu br. – przewodniczący Rady Europejskiej Charles Michel doprowadził do powołania dwustronnej komisji ds. delimitacji granicy. Oba formaty jak dotąd nie doprowadziły do znaczących postępów w procesie pokojowym.

Azerbejdżan pozoruje gotowość do zawarcia układu pokojowego z Armenią, wykorzystując swoją silniejszą pozycję w konflikcie. Nie wyraża przy tym zgody na przywrócenie mandatu Grupy Mińskiej. Azerbejdżan stawia Armenii następujące warunki: uzyskanie eksterytorialnego korytarza do Nachiczewanu przez terytorium Armenii w wyznaczonym przez Azerbejdżan odcinku (przy południowej granicy z Iranem), delimitacja granic w oparciu o korzystne dla Azerbejdżanu mapy (istnieją ich różne wersje), wycofanie sił zbrojnych Armenii z GK i docelowe przejęcie kontroli nad całością GK. Postulaty te prawdopodobnie były podstawą azerskiej propozycji normalizacji wzajemnych relacji, wyrażonej w tzw. pięciu punktach ministra spraw zagranicznych Dżejhuna Bajramowa z marca br. (ich treść nie została opublikowana).

Równolegle do negocjacji Azerbejdżan utrzymuje wobec Armenii presję militarną, której granice są wyznaczane przez działania rozjemcze rosyjskiego kontyngentu w GK. Azerbejdżan, poprzez regularne inicjowanie incydentów zbrojnych, liczy na uzyskanie ustępstw politycznych ze strony Armenii oraz utrzymuje wojenną mobilizację własnego społeczeństwa.

Premier Armenii Nikol Paszynian wyraził bezprecedensową gotowość do ustępstw – m.in. poprzez przekazanie większości map zaminowania terenów odzyskanych przez Azerbejdżan czy rozpoczęcie wycofywania sił zbrojnych Armenii z GK. Warunkami Armenii są uwolnienie przez Azerbejdżan wszystkich przetrzymywanych jeńców, zagwarantowanie praw Ormianom zamieszkującym GK i wyrzeczenie się przez Azerbejdżan roszczeń wobec terytorium Armenii. Ormiański rząd nie zgadza się przy tym na azerską propozycję sposobu delimitacji granic i otwarcia korytarzy transportowych – m.in. korytarz do Nachiczewanu miałby być objęty nadzorem Ormian w zakresie kontroli paszportowych czy ceł i przebiegać w głębi terytorium Armenii, a nie przy granicy z Iranem, jak domaga się Azerbejdżan. Te postulaty były prawdopodobnie podstawą kontrpropozycji ormiańskiego ministra spraw zagranicznych (tzw. sześć punktów Ararata Mirzojana z 5 maja br.) wobec pięciu punktów Bajramowa. Armenia opowiada się przy tym za wznowieniem prac Grupy Mińskiej i przywrócenia jej mandatu jako głównego forum negocjacji.

Gotowość do ustępstw wobec Azerbejdżanu i prowadzona równolegle próba normalizacji z Turcją wywołują protesty i krytykę Paszyniana ze strony opozycji, skupionej wokół tzw. klanu karabaskiego i diaspory, a także napięcia w ramach elity rządzącej (był to jeden z powodów rezygnacji z urzędu prezydenta Armena Sarkisjana w lutym br.). Ich zdaniem Paszynian dąży de facto do rezygnacji z ormiańskiej kontroli nad GK, chcąc zagwarantować bezpieczeństwo terytorium Armenii, co jest przez jego przeciwników oceniane jako zdrada stanu.

Rosja pozostaje gwarantem bezpieczeństwa Armenii i po 2020 r. zwiększyła swoją obecność wojskową w tym państwie, wzmacniając kontyngent bazy wojskowej w Giumri oraz dyslokując żołnierzy do garnizonów w prowincji Sjunik, najbardziej narażonej na azerskie ataki. Jednocześnie Rosja skonsolidowała kontrolę nad GK, tworząc instrumenty do zagwarantowania swojej obecności wojskowej także po wygaśnięciu mandatu sił pokojowych w 2025 r. (m.in. poprzez proces paszportyzacji). Rozpoczęcie wojny na Ukrainie w lutym br. wymusiło jednak na Rosji taktyczną koordynację działań z Azerbejdżanem, w celu zabezpieczenia wpływów w GK. Dotyczyła tego prawdopodobnie wizyta prezydenta Azerbejdżanu Ilhama Alijewa 22 lutego br. w Moskwie, w przededniu rosyjskiej agresji wobec Ukrainy. Rosyjskie siły pokojowe w praktyce zwiększyły margines tolerowanych działań strony azerskiej. W konsekwencji Rosja wykorzystuje działania Azerów do podkreślenia swojej roli mediatora i rozjemcy w GK.

Turcja pozostaje najważniejszym sojusznikiem politycznym i wojskowym Azerbejdżanu. Jednak od 2021 r. prowadzi samodzielną próbę normalizacji relacji z Armenią, uzależniając jej powodzenie od ormiańskich ustępstw wobec Azerbejdżanu. Turcja chce w ten sposób zarówno wzmocnić azerską presję wobec Armenii, jak i skonsolidować swoje wpływy na Kaukazie Płd., domagając się otwarcia przez Armenię korytarza Azerbejdżan–Nachiczewan na warunkach strony azerskiej, co gwarantowałoby jej uzyskanie lądowego połączenia transportowego z Azerbejdżanem.

pism.pl

Serbia zintensyfikowała współpracę z NATO po oświadczeniu rosyjskiego ambasadora, że utworzenie rosyjskiej bazy wojskowej w republice znajduje się na "liście interesów" Moskwy. Jak podaje Kommiersant, powołując się na źródła w Belgradzie, serbskie wojsko zwiększa swoje zaangażowanie we współpracę z USA w bazie wojskowej "Jug" koło Bujanovaca na południu kraju. Prezydent Vučić jednocześnie podkreśla, że jego kraj "nie będzie się wstydził więzi z Rosją".

Informacje te potwierdził szef amerykańskiego Biura Współpracy Obronnej (Office for Defence Cooperation, ODC) Alexandro Pedraza, który koordynuje współpracę serbskiej armii z Pentagonem. Według niego Waszyngton i Belgrad planują rozwój bazy południowej jako "głównego ośrodka szkolenia serbskiej armii według standardów NATO oraz szkolenia serbskich jednostek specjalnych do operacji pokojowych".

W ubiegłym tygodniu prezydent Serbii Aleksandar Vučić powiedział, że republika nie będzie gościć baz wojskowych innych państw.

— Serbia nie potrzebuje niczyich baz wojskowych, Serbia zachowa neutralność militarną, sama wzmocni swoją armię, Serbia zadba o swój naród i będzie wystarczająco silna, by być samodzielna — mówił Vučić.

Wypowiedź Vučića pojawiła się trzy dni po tym, jak rosyjski ambasador w Belgradzie Aleksander Bocan-Charczenko zasugerował możliwość utworzenia rosyjskiej bazy wojskowej w republice. Nazwał to "sprawą interesującą" dla Moskwy, zaznaczając jednak, że utworzenie baz pozostaje "suwerenną sprawą" władz serbskich.

Choć Vučić wyraźnie odrzucił taką możliwość, podkreślił, że kraj "nie będzie się wstydził więzi z Rosją", a także z Chinami, USA i UE.

Wcześniej prezydent Białorusi Aleksander Łukaszenko powiedział, że "Serbia chciałaby siedzieć na trzech krzesłach: UE, USA, Rosja — ale już nie będzie mogła". W Belgradzie słowa te zostały zinterpretowane jako żądanie opowiedzenia się po stronie Moskwy, wyrażone przez Kreml za pośrednictwem białoruskiego sojusznika.

(...)

Serbia jest uważnie obserwowana przez Zachód, ponieważ tworzy nowy rząd i decyduje, czy przyłączyć się do sankcji przeciwko Rosji. Jednocześnie Vučić nie chce psuć stosunków z Moskwą, gdyż ta "dostarcza Serbii najtańszy gaz w Europie i wspiera ją w sprawie Kosowa".

onet.pl/The Moscow Times

wtorek, 16 sierpnia 2022


W obwodzie donieckim trwają intensywne walki na kilku kierunkach. Obrońcy starają się utrzymać pozycje na wschodnich obrzeżach Bachmutu, w miejscowościach na północny wschód (Bachmutśke i Sołedar) i południowy wschód (Kodema i Zajcewe) od miasta, a także na wschód od Siewierska (Hryhoriwka, Werchnokamjanśke i Iwano-Darjiwka). Rosyjskie ataki w kierunku miejscowości Wesełe i Wyjimka potwierdzają, że siły ukraińskie opuściły pozycje wzdłuż drogi Bachmut–Lisiczańsk i zorganizowały obronę na wschód od trasy Bachmut–Siewiersk. Najeźdźcy uderzyli w kierunku zachodnim z Gorłówki (Zalizne) oraz poszerzyli obszar starć na zachód od Doniecka. Strona ukraińska zdementowała doniesienia, jakoby stanowiąca punkt wyjścia do dalszego natarcia wzdłuż autostrady M04 miejscowość Pisky została w całości opanowana przez wroga. Jej informacje o walkach o Perwomajśke potwierdzają jednak, że Rosjanie przełamali dotychczasowe pozycje obrońców u wylotu trasy. Ukraińcy powstrzymują natarcie przeciwnika w rejonie Awdijiwki i na północ od niej w kierunku Kramatorska (Nowoseliwka–Ołeksandropil), odpierają ataki na Marjinkę oraz miejscowości na południe i południowy zachód od niej, jak również na pozycje przy granicy z obwodem zaporoskim.

Poza Donbasem walki toczyły się sporadycznie. Wojska ukraińskie odparły natarcia na pograniczu obwodów chersońskiego i mikołajowskiego (Suchyj Stawok–Łozowe i Zełenyj Haj–Nowohryhoriwka), na północ od Charkowa (Kozacza Łopań–Udy) oraz na pograniczu obwodów charkowskiego i donieckiego (Pasika–Bohorodyczne, Tychoćke–Dołyna, Dowheńke–Mazaniwka).

Zgodnie z ukraińskimi danymi Rosjanie zintensyfikowali ataki lotnicze na cele cywilne i wojskowe. Kontynuują też ostrzał artyleryjski i rakietowy pozycji i zaplecza sił przeciwnika wzdłuż całej linii styczności. 15 i 16 sierpnia miały miejsce jedne z najintensywniejszych ostrzałów Charkowa, atakowano również miejscowości na północ (Bohoduchiw, Złoczów) i południe (Merefa, Czuhujew) od niego. Permanentnie ostrzeliwane i bombardowane są Słowiańsk i Kramatorsk oraz Awdijiwka i Bachmut w obwodzie donieckim, rejony krzyworoski (głównie okolice Zełenodolśka) i nikopolski (Nikopol i Marganiec mają być ostrzeliwane przez artylerię rozmieszczoną po sąsiedniej stronie Dniepru, na terenie Zaporoskiej Elektrowni Jądrowej w Enerhodarze) obwodu dniepropetrowskiego, okolice miejscowości Hulajpołe i Orichiw w obwodzie zaporoskim oraz Mikołajów i Bereznehuwate w północno-wschodniej części obwodu mikołajowskiego. Poza obszarami walk rakiety spadły na Zaporoże oraz infrastrukturę kolejową w rejonie synelnykiwskim obwodu dniepropetrowskiego.

Ukraińskie artyleria i lotnictwo atakowały głównie bazy i składy amunicji wroga w obwodzie chersońskim (w rejonach kachowskim, heniczeskim i berysławskim oraz w Nowej Kachowce), a także w obwodach zaporoskim (Tokmak) i ługańskim (w Popasnej miał zostać zniszczony sztab najemników z tzw. grupy Wagnera). 13 sierpnia rano ukraińskie Dowództwo Operacyjne „Południe” dwukrotnie podało informację o ataku na most drogowy na zaporze Kachowskiej Elektrowni Wodnej, czego nie potwierdził później Kijów. Z kolei 14 sierpnia obrońcy mieli kolejny raz ostrzelać most Antonowski (samochodowy) koło Chersonia.

16 sierpnia rano doszło do pożaru i serii wybuchów w składzie amunicji w okolicach miasta Dżankoj na okupowanym Krymie. Resort obrony FR oświadczył, że nastąpiły one na skutek ukraińskiej dywersji. Lokalne władze zarządziły ewakuację 2 tys. mieszkańców miejscowości Azowśke i Majśke. Tego samego dnia miała też miejsce eksplozja na lotnisku wojskowym Gwardiejskoje koło Symferopola.

Minister obrony Ołeksij Reznikow ocenił łączną liczebność ukraińskich formacji mundurowych (głównie Sił Zbrojnych, Gwardii Narodowej, Służby Granicznej, Policji i Służby Bezpieczeństwa Ukrainy) po mobilizacji na blisko 1 mln żołnierzy i funkcjonariuszy. Siły przeciwnika oszacował na 137 tys. wojskowych. Ich trzon ma stanowić 111–115 batalionowych grup taktycznych. Na pytanie, czemu mimo przewagi liczebnej Ukraińcy muszą ustępować, odparł, że oddziały obrońców są rozmieszczone wzdłuż linii o długości 2500 km (z czego linia styczności walczących wojsk ma długość 1300 km) oraz w głębi terytorium kraju. Rosjanie mają także dysponować znaczącą (10–15-krotną) przewagą w zakresie ciężkiego uzbrojenia. Minister wskazał, że przed przygotowaniem kontrofensywy, której rezultatem ma być wyzwolenie okupowanej części terytorium Ukrainy, konieczne jest w pierwszej kolejności powstrzymanie agresora, a następnie ustabilizowanie linii frontu.

Reznikow oznajmił, że do kraju dotarły z Wielkiej Brytanii kolejne – najprawdopodobniej trzy – wieloprowadnicowe wyrzutnie rakiet M270 oraz zapas pocisków do nich. Do brytyjskiego programu szkolenia ukraińskich żołnierzy oficjalnie dołączyła Holandia, a Kanada i Nowa Zelandia, które już wcześniej zgłosiły swój akces, skierowały do Wielkiej Brytanii odpowiednio 90 i 120 instruktorów wojskowych. Łotwa przekazała Kijowowi cztery śmigłowce (dwa Mi-17 i dwa Mi-2) oraz sześć haubic samobieżnych 155 mm M109, a Słowacja – cztery armatohaubice samobieżne 155 mm Zuzana.

11 sierpnia Ministerstwo Obrony Ukrainy zdementowało doniesienia o udziale tamtejszych sił zbrojnych w zniszczeniu dwa dni wcześniej składów amunicji i sprzętu na lotnisku Saki na okupowanym Krymie. Tak wiceszefowa resortu Hanna Malar skomentowała artykuł zamieszczony w „The New York Times”, w którym wysoki rangą anonimowy oficer ukraiński oświadczył, że za wybuchami stali Ukraińcy. Malar skrytykowała też generała Dmytra Marczenkę, który twierdził, że Kijów planuje odbić Chersoń i zakończyć aktywną fazę wojny do końca roku. Tego rodzaju wypowiedzi wiceminister uznała za niebezpieczne i mogące utrudnić armii realizację planów operacyjnych. 16 sierpnia Biuro Prezydenta zasugerowało jednak, że za ostatnimi eksplozjami na Krymie stoją siły ukraińskie, i zapowiedziało, że w najbliższym okresie takich incydentów będzie więcej.

15 sierpnia Rada Najwyższa Ukrainy przedłużyła stan wojenny do 21 listopada. Zatwierdzono również dekret prezydenta o kontynuacji powszechnej mobilizacji. Parlament od początku inwazji już trzykrotnie zarządzał stan wojenny i mobilizację – 24 lutego na 30 dni, pod koniec marca – do końca maja, a w maju – na kolejne 90 dni, do 23 sierpnia.

Szef ukraińskiego resortu spraw wewnętrznych Denys Monastyrski przekazał, że w najbliższym czasie zostanie uchwalona ustawa o legalizacji posiadania broni. Zwrócił uwagę, że w wyniku rosyjskiej agresji stosunek społeczeństwa do tej kwestii zmienił się ze skrajnie negatywnego w pozytywny. MSW uważa, że obywatel powinien móc posiadać broń palną i używać jej, aby chronić swoje miejsce zamieszkania. W przeprowadzonym wcześniej sondażu na portalu Dija (odpowiednik serwisu e-Obywatel) wzięło udział ponad 1,7 mln osób, z których 59% opowiedziało się za umożliwieniem mieszkańcom posiadania broni.

Prezydent Wołodymyr Zełenski kontynuuje zmiany kadrowe w Służbie Bezpieczeństwa Ukrainy (SBU). 15 sierpnia zwolnił szefów jej zarządów regionalnych w obwodach kijowskim, tarnopolskim i lwowskim. Dotychczasowy szef służby w tym ostatnim – Artiom Bondarenko – został przeniesiony do Kijowa i obwodu kijowskiego. SBU poinformowała z kolei o likwidacji kilku kanałów nielegalnego przerzutu za granicę mężczyzn w wieku poborowym. Odnotowano, że niektóre trasy biegły do Rosji, zwłaszcza na okupowany Krym. Według danych służby przemytnicy działali w obwodach kijowskim, zaporoskim, charkowskim i czernihowskim. Koszt przerzutu z Czernihowa na Białoruś wynosił 100 tys. hrywien (ok. 2,7 tys. dolarów), a z Zaporoża na Krym – 5–10 tys. hrywien (135–270 dolarów). Od 24 lutego ukraińska służba graniczna zatrzymała ponad 700 osób, które próbowały przekroczyć granicę, posługując się sfałszowanymi dokumentami stwierdzającymi niezdolność do służby wojskowej (ich uzyskanie kosztuje do 3 tys. dolarów).

W reakcji na coraz częstsze bojkotowanie przez poborowych ustawy o powszechnej mobilizacji i uchylanie się od rejestracji w komisjach wojskowych głównodowodzący Wałerij Załużny zwrócił się do Ministerstwa Obrony o rozważenie złagodzenia zasad poboru. Zmiany mają pozwolić osobom uczącym się na wyższych uczelniach w kraju i za granicą na uzyskanie zwolnienia z mobilizacji.

Prezydent Zełenski odrzucił 16 sierpnia petycję 25 tys. obywateli wnioskujących o umożliwienie wyjazdu za granicę mężczyznom niemającym przeszkolenia wojskowego w wieku od 18 do 60 lat. Stwierdził, że zgodnie z art. 17 i 65 konstytucji ochrona suwerenności i integralności terytorialnej, a także obrona państwa jest obowiązkiem całego narodu. Przypomniał też dekret z 24 lutego „O powszechnej mobilizacji”, zgodnie z którym osoby zdolne do służby wojskowej, które wcześniej nie służyły w armii, mogą ją zasilić po przeszkoleniu na poligonach lub w ośrodkach szkoleniowych.

Mer Łucka Ihor Poliszczuk ocenił ryzyko ofensywy przeciwnika z terytorium Białorusi jako niskie i uznał, że na Wołyniu operuje wystarczająco dużo jednostek obrony terytorialnej, w tym wyróżniający się wyszkoleniem i wyposażeniem batalion „Łuck”. Ponadto służba graniczna buduje na granicy fortyfikacje – rowy przeciwczołgowe czy ogrodzenia żelbetowe. Ze względu na bagnisty teren wróg może poruszać się tylko po kilku drogach, które są dobrze widoczne z terytorium Ukrainy. Według Poliszczuka do uderzenia z Białorusi Rosjanie potrzebowaliby sił liczących do 20 tys. żołnierzy, a udział armii białoruskiej w ewentualnej operacji wojskowej wydaje się mało prawdopodobny.

Działania wojsk ukraińskich na południu kraju wywołują nerwowość rosyjskiego personelu. Według Kijowa wróg ewakuował z tych terenów część oficerów i ich rodziny w obawie przed potencjalnymi atakami rakietowymi, w tym możliwym zniszczeniem przepraw na Dnieprze. Odnotowuje się kolejne incydenty świadczące o aktywności ukraińskich grup dywersyjnych na zapleczu sił przeciwnika. W Melitopolu przy użyciu improwizowanego ładunku wybuchowego uszkodzono most kolejowy i instalacje retransmitujące rosyjskie programy telewizyjne. Ukraińską działalność dywersyjną potwierdzają komunikaty rosyjskiej Gwardii Narodowej – zawiadamiała ona m.in. o zatrzymaniu ponad 50 osób zaangażowanych w posunięcia przeciwko siłom okupacyjnym.

Strona ukraińska wielokrotnie informowała o pogarszającym się morale wrogich żołnierzy oraz trudnościach przeciwnika w naborze kadr mających zorganizować lokalną administrację na zajętych terytoriach. Doniesienia te potwierdza podpisanie przez Władimira Putina dekretu przyznającego funkcjonariuszom FSB przywileje, które mają zachęcić ich do pełnienia służby na Ukrainie. Osobom służącym w regionach z nią graniczących i na obszarze tzw. operacji specjalnej jeden dzień służby będzie naliczany jako dwa, a w przypadku ich śmierci rodzinom ma przysługiwać rekompensata w wysokości 5 mln rubli (ok. 80 tys. dolarów). Ponadto w razie kontuzji pracownik FSB będzie mógł otrzymać 3 mln rubli (ok. 50 tys. dolarów). Wcześniej zasada ta dotyczyła wyłącznie funkcjonariuszy straży granicznej FSB.

15 sierpnia prezydent Ukrainy wezwał wspólnotę międzynarodową do wprowadzenia nowych sankcji wymierzonych w rosyjski sektor atomowy, a Rosję – do opuszczenia terytorium Zaporoskiej Elektrowni Atomowej w okupowanym Enerhodarze. Zełenski podkreślił, że jakikolwiek incydent związany z wyciekiem materiałów radioaktywnych będzie zagrożeniem dla państw UE oraz krajów basenu czarnomorskiego, w tym Turcji. Tego samego dnia podobną uchwałę przyjęła Rada Najwyższa, która zaapelowała przy tym do ONZ i Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej o zorganizowanie specjalnej misji w celu zapewnienia bezpieczeństwa na terenie siłowni. 14 sierpnia 42 państwa (w tym wszyscy członkowie UE oraz m.in. USA, Wielka Brytania, Japonia i Turcja) wezwały Moskwę do wyprowadzenia swoich wojsk z elektrowni. Władze w Kijowie informują, że w ostatnich dniach okupanci kilkukrotnie celowo ostrzelali obszar obiektu (ostatni raz 11 sierpnia).

Według sondażu agencji Rejtynh 98% Ukraińców wierzy w zwycięstwo w wojnie z Rosją i popiera działania Sił Zbrojnych Ukrainy. Aktywność Zełenskiego popiera zdecydowanie 59% respondentów (w kwietniu wskaźnik ten wynosił 74%), a częściowo – kolejne 32% (w kwietniu – 20%). Za członkostwem w NATO opowiedziało się 72% badanych, a przeciwko – jedynie 7%. Prawie dwie trzecie (64%) ankietowanych wyraża przekonanie, że wojna przyniesie powrót do granic z 1991 r., 14% sądzi, że Ukraina odzyska wyłącznie tereny kontrolowane przed 24 lutego, a 10% – że tylko Donbas. Zaledwie 7% respondentów widzi możliwość, że kraj utraci część terytorium.

Zgodnie z danymi Państwowego Komitetu Statystyki wartość ukraińskiego eksportu towarów wyniosła w I półroczu 22,7 mld dolarów (spadek o 24% w stosunku do analogicznego okresu ub.r.), a importu – 25,2 mld dolarów (spadek o 19,9%). W czerwcu eksport wyniósł 3,2 mld dolarów (wzrost o 8,8% względem maja), a import – 4,7 mld dolarów (wzrost o 26,7%), brakuje jednak rozbicia na kategorie towarowe.

Komentarz

Powtarzające się eksplozje w miejscach bazowania wojsk i składowania amunicji na Krymie stanowią dla agresora potencjalnie większy problem niż niszczenie przez ukraińską artylerię przepraw i magazynów w bezpośrednim zapleczu linii frontu. Przyznanie przez resort obrony FR, że pożar magazynu amunicji i wyposażenia w rejonie miasta Dżankoj to efekt dywersji przeciwnika, ma wymiar nie tylko militarny, lecz także psychologiczny – Moskwa potwierdza, że nie kontroluje w pełni okupowanego od 2014 r. terytorium. Za element swoistej samoobrony informacyjnej Rosji należy uznać jej doniesienia o działalności ukraińskich dywersantów przy granicy FR (w pierwszej połowie sierpnia mieli oni trzykrotnie atakować infrastrukturę obronną w obwodzie kurskim). Podkreślając możliwości przeciwnika w zakresie przeprowadzania aktów dywersji, Moskwa stara się mobilizować lokalne społeczności wokół rzekomego zagrożenia ze strony Kijowa.

W związku z wysoce prawdopodobnym zaostrzeniem przez agresora działań antydywersyjnych, zapowiadane przez przedstawicieli ukraińskich władz kontynuowanie operacji nie musi oznaczać kolejnych doniesień o spektakularnych eksplozjach w składach amunicji. Zahamowanie bądź przynajmniej ograniczenie przez Rosję owej dywersji wydaje dużo bardziej prawdopodobne niż obniżenie zdolności Ukrainy do przeprowadzania bezpośrednich ataków na zaplecze jej wojsk (Moskwa ma ograniczone możliwości przeciwdziałania im, zwłaszcza w związku z dalszym dostarczaniem przez Zachód wyrzutni rakiet wraz z pociskami naprowadzanymi). Dotychczas sojusznicy nie zdecydowali się jednak przekazać Kijowowi rakiet o zasięgu większym niż 80 km (124 km w przypadku pocisków przeciwokrętowych), a te przedwojenne (Toczka-U i Wilcha) nie tylko zostały w dużej mierze wyczerpane, lecz także nie dysponują zasięgiem umożliwiającym zaatakowanie celów na Krymie (ponad 200 km). W razie przekazania Ukrainie przez państwa zachodnie rakiet o zasięgu pozwalającym na rażenie agresora w jego głębi operacyjnej Moskwa nie będzie w stanie skutecznie przeciwdziałać atakom.

Na obszarze znajdującej się od początku marca pod rosyjską okupacją Zaporoskiej Elektrowni Atomowej stacjonują jednostki wojskowe, które mają regularnie ostrzeliwać Nikopol i miejscowości położone po drugiej stronie Dniepru. Kijów i Moskwa oskarżają się wzajemnie o ostrzał siłowni. Choć ryzyko eksplozji reaktora wydaje się nikłe, to działania militarne na terenie obiektu zwiększają niebezpieczeństwo uszkodzeń różnych instalacji, które z kolei mogą spowodować m.in. lokalne skażenia radioaktywne (pociski spadały blisko magazynu zużytego paliwa). Do 12 sierpnia działały trzy z sześciu bloków stacji (o sumarycznej mocy 3 GW), lecz w wyniku ostrzału pracę jednego z nich wstrzymano w trybie awaryjnym. Elektrownia wciąż jest podłączona do ukraińskiej sieci elektroenergetycznej.

osw.waw.pl

W dniach 2–3 sierpnia przewodnicząca Izby Reprezentantów Nancy Pelosi złożyła na czele delegacji Kongresu USA wizytę na Tajwanie (z którym Stany Zjednoczone nie utrzymują formalnych stosunków dyplomatycznych) w ramach podróży do państw Azji: Singapuru, Malezji, Korei Południowej i Japonii.

Wcześniej rzecznik chińskiego MSZ Zhao Lijian potwierdził, że przedstawiciele ChRL przekazali urzędnikom administracji amerykańskiej ostre ostrzeżenie dotyczące możliwej wizyty, a nieformalnie wskazywano nawet na możliwą odpowiedź militarną. Ostatecznie 4 sierpnia, po opuszczeniu przez delegację Tajwanu, Armia Ludowo-Wyzwoleńcza (ALW) rozpoczęła szeroko zakrojone ćwiczenia, włącznie z użyciem broni dalekiego zasięgu, skierowane w sześć sektorów rozmieszczonych wokoło wyspy. Wprowadzono też ograniczenia w imporcie niektórych produktów rolnych z Tajwanu. 5 sierpnia ChRL w odpowiedzi na wizytę ogłosiła też „osiem środków zaradczych” wobec USA: (1) odwołanie rozmów dowódców teatrów działań; (2) odwołanie rozmów koordynacyjnych w zakresie polityki obronnej (Defense Policy Coordination Talks); (3) odwołanie spotkań w ramach wojskowo-morskiego porozumienia konsultacyjnego (Military Maritime Consultative Agreement); zawieszenie współpracy w zakresie: (4) repatriacji nielegalnych imigrantów; (5) pomocy prawnej w sprawach karnych; (6) zwalczania przestępstw międzynarodowych; (7) walki z narkotykami; (8) zawieszenie rozmów w sprawie zmian klimatycznych. Dzień później sekretarz stanu Antony Blinken oskarżył Chiny o „nieodpowiedzialne kroki” w postaci zamknięcia kluczowych kanałów komunikacji oraz wezwał do natychmiastowego wstrzymania „prowokacyjnych” ćwiczeń wokół Tajwanu. W odpowiedzi ALW przedłużyła je do 15 sierpnia, a chińska telewizja państwowa podała, że armia będzie teraz przeprowadzać „regularne” manewry blisko wyspy. Tajwan z kolei zapowiedział własne, w zbliżonych lokalizacjach.

Komentarz

Sytuację od momentu ogłoszenia w połowie lipca planów wizyty należy uznać za patową. Jeżeli któraś ze stron by ustąpiła – tj. albo Waszyngton odwołał wizytę, albo Pekin nie zareagował w rzeczywiście niespotykany do tej pory sposób – to straciłaby twarz i okazała słabość. Przy jednoczesnych silnych napięciach wewnętrznych w obu państwach musiało to doprowadzić do eskalacji, która – choć dzisiaj wydaje się pod kontrolą – może w niezamierzony przez żadną ze stron sposób doprowadzić do poważnego incydentu międzynarodowego. Wprawdzie posunięcia Pekinu prześcigają pod kątem skali i intensywności dotychczasowe prowokacje w Cieśninie Tajwańskiej, lecz jak dotąd nie doszło do bezpośredniego naruszenia granic morza terytorialnego lub przestrzeni powietrznej Tajwanu. Mimo że strony nie podają szczegółów, to nawet przelot pocisków balistycznych nad wyspą prawdopodobnie miał miejsce na pułapie powyżej umownej granicy między atmosferą Ziemi i przestrzenią kosmiczną (tzw. linia Kármána, 100 km nad poziomem morza) przyjętej przez Międzynarodową Federację Lotniczą. Także Amerykanie, chociaż utrzymują obecność wokół Tajwanu, a ich samoloty zwiadowcze monitorują chińskie ćwiczenia, przełożyli długo planowany test międzykontynentalnej rakiety balistycznej Minuteman III, aby nie eskalować sytuacji. Wygląda na to, że w tej chwili żadna ze stron nie jest zainteresowana konfrontacją, więc podejmowane przez nie działania służą nade wszystko zachowaniu prestiżu.

Towarzyszące wizycie Pelosi napięcia są ściśle wpisane w kontekst polityki wewnętrznej ChRL. Problemy gospodarcze i zbliżający się jesienią br. XX Zjazd Komunistycznej Partii Chin (KPCh) – kluczowy dla utrzymania stanowiska i wpływów przez sekretarza generalnego Xi Jinpinga – zachęca jej kierownictwo do nacjonalistycznej retoryki i prowokacyjnych posunięć na arenie międzynarodowej w poszukiwaniu legitymizacji wewnętrznej. Dlatego nie można wykluczyć, że przywódcy partii planowali zaostrzyć sytuację wokół Tajwanu przed zjazdem, a obecność Pelosi dostarczyła im tylko dogodnego pretekstu – w kwietniu br., kiedy także miało dojść do wizyty przewodniczącej (wydarzenie odwołano z powodu wykrycia u niej SARS-CoV-2), Pekin aż tak bardzo nie protestował. Również w wypadku poprzednich kryzysów w Cieśninie Tajwańskiej ChRL inicjowała niepokoje międzynarodowe w celu mobilizacji wewnętrznej oraz wykorzystania ich w rozgrywkach w kierownictwie KPCh. Niepokojące jest jednak to, że obecny kryzys wskazuje, iż partia stała się zakładniczką własnej nacjonalistycznej retoryki. Nie można też wykluczyć, że Pekin będzie chciał uzyskać koncesje ze strony Waszyngtonu w zamian za obniżenie napięcia w Cieśninie Tajwańskiej. Mogą one dotyczyć dodatkowych taryf celnych nałożonych przez administrację Donalda Trumpa w 2019 r. Niemniej aktualnie ALW nie dysponuje jeszcze zdolnością do przeprowadzenia inwazji na wyspę Tajwan, więc ćwiczenia mają przede wszystkim wymiar polityczny.

Administracja Joego Bidena mogła się obawiać, że ustępstwo w obliczu napiętej w ostatnich miesiącach sytuacji w Cieśninie Tajwańskiej i doniesień medialnych o ewentualnej mniej lub bardziej ograniczonej operacji militarnej Pekinu wymierzonej w Tajpej przed zjazdem partii mogło zostać odebrane jako sygnał słabości i zachęcić chińskich przywódców do bardziej agresywnych działań nie tylko wobec Tajwanu. W efekcie lot delegacji z Kuala Lumpur do Tajpej odbył się wydłużoną trasą nad terytorium Malezji, Indonezji i Filipin, co wydaje się zbędnym środkiem ostrożności, ale miało podkreślić potencjał zagrożenia. Na opinię publiczną (także w wielu państwach Azji) oddziałuje również ostra, antycypowana w Waszyngtonie reakcja Pekinu, a zerwanie rozmów w kwestiach klimatycznych dowodzi, że ChRL nie jest gotowa wziąć na siebie współodpowiedzialności za to ważne globalnie zagadnienie. Wydaje się, że zwłaszcza wyznaczenie przez ALW na jeden z rejonów ćwiczeń obszaru znajdującego się w japońskiej wyłącznej strefie ekonomicznej wpłynie pozytywnie na postawę części społeczeństwa względem zwiększenia wydatków obronnych i zmiany pacyfistycznej doktryny obronnej. Demokratyczna administracja w Waszyngtonie stoi również w obliczu trudnych wyborów do Kongresu w listopadzie br., w których może stracić większość w obydwu izbach. Oprócz rosnącej inflacji republikańska opozycja wytyka Bidenowi słabość wobec ChRL. Jeszcze 20 lipca prezydent przekazał reporterom, że Pentagon uważa, iż wizyta Pelosi na Tajwanie to „nie jest teraz dobry pomysł”. Dzień później przewodnicząca skomentowała, że ważne jest, aby pokazać wsparcie dla Tajpej. 24 lipca były sekretarz stanu USA w administracji Trumpa Mike Pompeo zaoferował dołączenie do niej w ramach ponadpartyjnego porozumienia w tej kwestii (ostatecznie nie wziął udziału w podroży). Waszyngton nie mógł również zgodzić się na stworzenie precedensu, w którym to Pekin decyduje, kto z amerykańskiej elity może odwiedzać wyspę.

Napięcia wokół Tajwanu narastają od blisko dekady. Dojście do władzy w ChRL Xi Jinpinga w 2012 r. i wzrost tendencji autorytarnych reżimu, którym towarzyszy eskalacja nacjonalistycznej retoryki, rozbudził w części populacji i aparatu partyjnego trudne do zaspokojenia oczekiwania szybkiego „zjednoczenia” obu państw chińskich i wypchnięcia Stanów Zjednoczonych z regionu Azji Wschodniej. Równocześnie wybór w 2016 r. na prezydent Tajwanu Tsai Ing-wen z Demokratycznej Partii Postępu odbiera się jako wyraz coraz silniejszego wśród mieszkańców poczucia odrębności od Chin kontynentalnych. Wreszcie: zdławienie protestów i demontaż autonomii w Hongkongu po 2019 r. skompromitowały koncepcję „jeden kraj i dwa systemy”, która stanowiła fundament propozycji zjednoczeniowych wysuwanych przez ChRL wobec Tajwanu od końca lat 70. XX w. Na procesy wewnętrzne w obu państwach nałożył się wzrost niepokojów na linii Waszyngton–Pekin i ich wejście w de facto rywalizację mocarstwową w regionie Azji Wschodniej oraz poczucie zagrożenia równowagi międzynarodowej po rosyjskiej inwazji na Ukrainę. W tej sytuacji utrzymywanie gwarantowanego przez USA status quo w Cieśninie Tajwańskiej, które opiera się na założeniu, że w dalekiej przyszłości będzie możliwe pokojowe zjednoczenie ChRL i Tajwanu, okazuje się coraz trudniejsze. Wydaje się, że przesilenie i ułożenie na nowo relacji w trójkącie Pekin–Waszyngton–Tajpej jest nieuniknione.

osw.waw.pl

poniedziałek, 15 sierpnia 2022


W ostatnich latach, ze względu na wysokie cen uprawnień do emisji dwutlenku węgla i niskie ceny gazu ziemnego, energia elektryczna na warszawskiej giełdzie towarowej była droższa niż u sąsiadów. Aż do 2020 roku byliśmy znaczącym importerem energii elektrycznej, dochodząc wówczas do rekordowego salda – aż 13 TWh sprowadzonej energii elektrycznej.

Sytuację zmieniła odbudowa globalnej gospodarki po lockdownie i braki gazu w europejskich magazynach. Cena błękitnego paliwa w 2021 roku wystrzeliła, a wraz z nią ceny prądu na zachodnioeuropejskich giełdach. W ślad za gazem drożeć zaczął także węgiel kamienny. Zmiany nie znalazły jednak większego odzwierciedlenia na polskiej giełdzie. Ceny na TGE rosły znacznie wolniej niż na Zachodzie.

Krajowi producenci energii – co było wówczas zaskakujące − sprzedawali prąd po cenach produkcji kalkulowanych w oparciu o długoterminowe kontrakty na węgiel zawarte z polskimi kopalniami. W ten sposób już w drugiej połowie ubiegłego roku z importera staliśmy się eksporterem energii, a cały rok zamknęliśmy importem netto poniżej 1 TWh.

Spadek importu prądu aż o 12 TWh i wzrost krajowego zużycia przełożyły się na rekordową produkcję energii w kraju – ponad 179 TWh (o 21 TWh większą niż w 2020 roku, z czego same elektrownie i elektrociepłownie opalane węglem kamiennym pokryły aż 12 TWh dodatkowego zapotrzebowania). W ten sposób konsumpcja węgla kamiennego w samej energetyce zawodowej wzrosła w ubiegłym roku aż o 6 mln ton. W całym kraju spaliliśmy 48 mln ton miałów węglowych, eksportując dodatkowo 3 mln ton, podczas gdy krajowe wydobycie wyniosło 37 mln ton. Energetycy ten gigantyczny wzrost zapotrzebowania pokrywali głównie zapasami (import miałów wyniósł 6 mln ton).

W ten sposób do końca 2021 roku rozeszły się spektakularne zwały węgla narosłe rok wcześniej, podczas lockdownu. Aby pokryć skokowy wzrost zużycia węgla, zapasy paliwa sprzedała nawet Rządowa Agencja Rezerw Strategicznych. Rząd, podobnie jak energetycy i analitycy, zakładał, że na początku tego roku sytuacja się uspokoi – ceny gazu spadną, wraz z nimi potanieje prąd na Zachodzie, a w ten sposób Polska ponownie stanie importerem energii.

W lutym Rosja napadła jednak na Ukrainę, ceny paliw wystrzeliły jeszcze bardziej, a w związku z tym popyt na prąd z Polski nie zmalał, choć nam węgiel, który moglibyśmy sprzedawać w postaci wytworzonej energii elektrycznej, już się skończył. Co więcej, górnicy, widząc, że na rynku mogą dostawać za węgiel znacznie więcej niż w ramach umów długoterminowych z energetyką, znacznie zmniejszyli dostawy węgla w ramach kontraktów. Z informacji WysokieNapiecie.pl wynika, że tylko jedna z grup energetycznych nie otrzymała aż 3 mln ton zakontraktowanego wcześniej węgla kamiennego z polskich kopalń.

Energetycy zaczęli więc w końcu sprzedawać prąd nie po kosztach wytwarzania z „taniego” krajowego węgla, ale po kosztach węgla z importu. Ceny prądu poszybowały więc także w Polsce, ograniczając eksport. Jednak zapasy węgla skurczyły się w końcu do tak niskiego poziomu, że energetycy zaczęli reagować w nowy sposób.

W połowie roku lawinowo wzrosły awaryjne odstawienia bloków energetycznych. Energetycy zgłaszają operatorowi sieci przesyłowych (Polskim Sieciom Elektroenergetycznym) ich niedyspozycyjność z powodu braku paliwa. Czasami zgłoszenia dotyczą całych bloków, czasami tylko części ich mocy. Nie oznacza to jednak, że bloki nie są w stanie pracować. Część ze zgłoszeń PSE wręcz odrzucają, jeżeli oznaczałoby to trudności w pokryciu zapotrzebowania na energię w kraju. W takiej sytuacji elektrownie muszą pracować.

Masowe zgłaszanie odstawień awaryjnych sprawiło jednak, że PSE niemal nie udostępnia już zdolności eksportu energii elektrycznej do obszaru sieci synchronicznej, czyli na te rynki, gdzie jest drożej i które chciałyby importować energię z Polski (do Niemiec, Czech i Słowacji). Jeszcze w pierwszej połowie roku zdolności eksportu na zachód i południe Europy wynosiły w sumie po ok. 3,5 GW. Już w czerwcu możliwości eksportu tam zostały ograniczone tylko do godzin nocnych, a od lipca Towarowa Giełda Energii publikuje praktycznie zerowe możliwości eksportu energii w tych kierunkach przez całą dobę. W rezultacie w czerwcu sprzedaż energii za granicę była niemal dziesięciokrotnie niższa niż w listopadzie 2021 roku (55 GWh względem ponad 500 GWh).

W ten sposób ceny na polskim rynku mogą być niższe bez „ryzyka” eksportu energii (czyt. węgla) do naszych sąsiadów. W efekcie różnice w cenach między Polską i Niemcami drastycznie wzrosły. Już w lipcu sięgały 90 euro/MWh.

(...)

Polska nie jest jedynym rynkiem, który zaczął chronić w ten sposób swoje zasoby energetyczne. W ostatnich dniach do ograniczania eksportu energii do Europy Zachodniej zaczęli przygotowywać się także Norwedzy, którym brakuje wody w zbiornikach hydroelektrowni. Poprzez nałożenie limitu ceny na gaz spalany w elektrowniach gazowych, od europejskiego rynku energii częściowo odcięli się także Hiszpanie i Portugalczycy. Wobec dość biernej postawy Komisji Europejskiej i sprzeciwu części państw UE do interwencji (uważają oni, że mechanizmy rynkowe znacznie lepiej odpowiedzą na obecny kryzys niż regulacje), europejski rynek energii zaczął się mocno dzielić. Takich różnic w cenach, wynikających z mniej lub bardziej widocznych interwencji, nie widzieliśmy od wielu lat.

Działania wytwórców energii odnoszą jednak zamierzony skutek. Zapasy węgla w Polsce rosną już trzeci miesiąc z rzędu i przy utrzymaniu eksportu energii na minimalnym poziomie, oraz wzroście importu węgla do maksymalnej przepustowości portów, przy spodziewanym wyhamowaniu zużycia energii w przemyśle, bilans miałów węglowych dla energetyki powinien się spiąć na styk, o ile zima nie będzie wyjątkowo mroźna.

wysokienapiecie.pl

Wołodymyr, Tatiana i Eugenia, emeryci z Rubiżnego w obwodzie ługańskim

Co jedli i pili: dwie łyżeczki startych surowych ziemniaków dziennie z dżemem, kompoty z gruszek i śliwek z piwnicy, trzy orzechy włoskie.

73-letni Wołodymyr, 71-letnia Tatiana i jej matka, 94-letnia Eugenia, mieszkali w domu w Rubiżnym, w obwodzie ługańskim. Na początku inwazji Eugenia nie mogła już chodzić. Linia frontu w Rubiżnym przechodziła przez teren, na którym znajdował się dom. Zostali odcięci od innych części miasta. Wychodzenie na zewnątrz było niebezpieczne, pociski leciały na podwórko. W wyniku jednego z tych trafień Wołodymyr częściowo stracił słuch.

Wołodymyr prowadził dziennik od początku wojny do połowy kwietnia. Za jego zgodą Meduza publikuje te fragmenty pamiętnika, które opisują głód w rodzinie mieszkańców Rubiżnego.

19 marca — została tylko jedna butelka z pięcioma lub sześcioma litrami wody. Nie można wyjść z domu. Trwa ostrzał.

22 marca — kończą się produkty i woda.

23 marca — strzelają do domów. Siedzimy na korytarzu, drżąc i modląc się. Nie ma czasu na przygotowywanie jedzenia. Nie ma wody. Po prostu smażymy ziemniaki. Nie zmywamy naczyń. Babcia Eugenia jadła dziś bardzo mało, jest słaba. Wyczerpuje się woda pitna. Opuszczenie podwórka jest niebezpieczne. Zjadamy resztki smażonych ziemniaków. Zjadłem gotowane płatki owsiane z ziemniakami, a Tatiana i babcia jadły ziemniaki. Otworzyliśmy trzylitrowy słoik gruszek z 2016 r., podajemy sok naszej babci.

25 marca — pozostał jeden, trzylitrowy słoik wody. Kiedy obieramy ziemniaki, nie myjemy ich tak dokładnie, jak wcześniej. Teraz w ogóle się nie myjemy. Nie wiem, co się dzisiaj wydarzy, ale woda się kończy.

26 marca — zjedliśmy ziemniaki smażone na parze i dwie gruszki ze słoika. Nie mamy wody do podlewania kwiatów w pomieszczeniach, więdną.

27 marca — chcę ciszy i spokoju, wody i chleba.

28 marca — zjadamy gruszki ze słoika. W słoiku pozostało pół litra wody...

29 marca — nie ma światła ani wody. Wszyscy na coś czekamy. Jedliśmy ziemniaki i popijaliśmy kroplami soku gruszkowego. Babcia śpi, ale musisz ją obudzić, żeby mogła jeść. Teraz jest 9.40. Siedzimy i myślimy, co robić. Nie można wyjść w poszukiwaniu wody: strzelają bez ostrzeżenia.

30 marca — jedliśmy ziemniaki i popijaliśmy kompotem śliwkowym. Mam ostatnią puszkę. Nie ma nic innego do picia poza nim.

31 marca — nasza wiara w światło i wodę powoli gaśnie. Wydaje się, że nie doczekamy się już niczego.

1 kwietnia — nie ma na czym smażyć ziemniaków. Jemy je na surowo, po trochu. Z 20 kg, które kupiłem, zostało ich tylko garstka.

2 kwietnia — poszedłem do szopy i piwnicy po kompoty, bo w domu nie było ani kropli wody. Co dać babci?

3 kwietnia — jadłem z mamą starte surowe ziemniaki z powidłami śliwkowymi. Umyte kompotem przyniesionym wczoraj.

5 kwietnia — rano policzyłem pozostałe ziemniaki: 12 sztuk. Podzieliłem je na trzy kupki po cztery. Jedną z nich wyczyściłem i przetarłem na tarce. Zjadamy kilka łyżek gęstego dżemu. Modlimy się, ufając tylko Bogu. Dzisiaj zjedliśmy z Tatianą dwa małe starte surowe ziemniaki. Babcia ma osobny posiłek. Ona więcej śpi.

6 kwietnia — wczoraj zmniejszyliśmy porcję śniadania i obiadu. Do dwóch ziemniaków — dla mnie i dżemu jabłkowego dla mojej mamy i babci. Jadłem starte ziemniaki z marmoladą śliwkową i trzema kawałkami orzecha włoskiego zmieszane z wiśniami kompotowymi. Na jutro zostały dwa małe ziemniaki. Nie można iść do piwnicy. Co zrobimy, nie wiem.

8 kwietnia — pijemy kompot z puszek, które przyniosłem z piwnicy. Kończą się.

10 kwietnia — kończymy nasze ostatnie zapasy kaszy manny namoczonej w zimnej wodzie. Jest tylko trochę dla każdego. Musimy jechać do miasta, może jest pomoc humanitarna.

11 kwietnia — skończyło się nam dzisiaj jedzenie. Zostało kilka słoików z dżemem. Bez pomocy humanitarnej, zginiemy.

12 kwietnia — jedzenie się skończyło. Mały makaron moczymy w wodzie przez pięć godzin i jemy z powidłami śliwkowymi. Stopniowo kończy się woda pitna, którą przyniosłem z piwnicy. Wolontariusze nas nie odwiedzają.

14 kwietnia — zjadłem wczoraj namoczony makaron. Uzupełniony nową wodą. Modlimy się do Pana!

Pożywienie rodziny Wołodymyra w najgorszych dniach wojny: małe tarte surowe ziemniaki z marmoladą śliwkową — dwie do trzech łyżeczek na osobę.

W połowie kwietnia Tatiana i Wołodymyr zostali ewakuowani do szkoły w tzw. Ługańskiej Republice Ludowej, skąd władze samozwańczej republiki zorganizowały ewakuację do Rosji. Wołodymyr i Tatiana prosili o zabranie Eugenii. Żołnierze walczący pod rosyjską flagą odmówili. Tłumaczyli, że kobieta jest stara i niepełnosprawna.

30 kwietnia znajomi rodziny dostali się do domu Wołodymyra i Tatiany i znaleźli ciało Eugenii. Kobieta zmarła z głodu. Kilka dni później Eugenia i wiele innych ofiar została pochowana w masowym grobie w pobliżu Rubiżnego.

onet.pl/Meduza

„Aby uniknąć porażki, USA muszą zmusić Zełenskiego do zasiądnięcia do stołu negocjacyjnego – to byłby najlepszy scenariusz dla USA..." - szef departamentu północnoamerykańskiego MSZ FR A. Dorchiev (via TASS).

„USA są na krawędzi wojny nuklearnej z Moskwą i Pekinem... Ukraina musi zostać uznana za faktycznego członka NATO” - H. Kissinger.

Mark Feygin /były rosyjski prawnik i polityk reprezentujący Pussy Riot/ uważa, że ​​podczas gdy USA i Chiny osiągnęły już porozumienie, Rosjanie próbują wyrazić swoje życzenia za pośrednictwem Dorchieva i promować swoją retorykę z „użytecznymi idiotami”, takimi jak Kissinger. Aleksiej Arestowicz /ukraiński analityk polityczny i wojskowy pochodzenia polsko-białorusko-rosyjskiego, bloger, terapeuta, major rezerwy Sił Zbrojnych Ukrainy/, unikając obrażania Kissingera, skomentował, że „z zainteresowaniem słuchał opinii specjalisty od polityki amerykańskiej”.

Komentując próbę Moskwy zmuszenia Ukrainy do negocjacji poprzez wywieranie nacisku na zachodnich sojuszników (poprzez umowę zbożową, a obecnie ZNPP /Zaporoska elektrownia jądrowa/), Arestowicz zwrócił uwagę, że Kreml obawia się poważnej porażki na południu Ukrainy. Rosja boi się:

1) Wyzwolenia Chersonia, masowego okrążenia i schwytania rosyjskich żołnierzy.

2) Poważnego ukraińskiego ataku na Melitopol, który całkowicie skompromitowałby rosyjskie operacje w Chersoniu, Melitopolu, Energodarze i Mariupolu.

wartranslated.com

Pomimo rażącego i niesprowokowanego naruszenia przez Rosję prawa międzynarodowego oraz integralności terytorialnej i suwerenności Ukrainy Indie zajęły zniuansowane, niejednoznaczne i ogólnie neutralne stanowisko. Wstrzymały się w głosowaniu nad kluczowymi rezolucjami potępiającymi rosyjską agresję – 25 lutego w Radzie Bezpieczeństwa ONZ (RB ONZ, w której Indie mają niestały mandat na kadencję 2021–2022) oraz na specjalnej sesji Zgromadzenia Ogólnego ONZ 2 marca, kiedy były jednym z 35 państw wstrzymujących się od głosu (141 państw głosowało przeciwko Rosji). Od stycznia 2022 r. do końca kwietnia Indie wstrzymały się w sumie kilkanaście razy w różnych głosowaniach nad krytycznymi inicjatywami wobec Rosji zgłoszonymi na forach międzynarodowych, w tym w Radzie Praw Człowieka ONZ i Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej.

Gdy agresja już trwała, w lutym br., Indie powstrzymały się także od potępiania Rosji w publicznych wypowiedziach (m.in. w notatkach po rozmowach telefonicznych z przywódcami Rosji, Ukrainy czy państw i instytucji UE) i dalej określały wojnę, używając takich sformułowań jak: „wydarzenia w Ukrainie”, „sytuacja”, „napięcie” – bez wyraźnego wskazania agresora. Jeden z indyjskich polityków opozycyjnych zauważył, że Indie „jedynie nawoływały do deeskalacji konfliktu przez zaangażowane strony, tak jakby oba kraje były równo odpowiedzialne za walkę, podczas gdy w rzeczywistości jest tu oczywisty agresor i wyraźna ofiara”. Tylko jeden indyjski dokument – wiadomość od ambasadora Indii w Kijowie, wystawiony w dniu inwazji przez dyplomatę najwyraźniej zszokowanego tragiczną sytuacją – przyznał, że „Ukraina jest zaatakowana”.

W oficjalnym stanowisku Indie przekonywały, że tylko dialog i dyplomacja mogą prowadzić do deeskalacji i wielokrotnie wzywały do „natychmiastowego zaprzestania przemocy i zakończenia wszelkich działań wojennych”. W pierwszych wypowiedziach w tej sprawie podkreślały jednak, „że uzasadnione interesy bezpieczeństwa wszystkich stron powinny być w pełni brane pod uwagę”, co zgadzało się z uzasadniającą inwazję retoryką Rosji. Wyjaśniając stanowisko podczas głosowania w Radzie Bezpieczeństwa ONZ 25 lutego, przedstawiciel Indii przyznał jednak, że jego kraj jest „głęboko zaniepokojony ostatnimi wydarzeniami na Ukrainie” i wezwał „do podjęcia wszelkich wysiłków w celu natychmiastowego zaprzestania przemocy i wrogości”. Co najważniejsze, podkreślił, że „współczesny porządek światowy został zbudowany na Karcie Narodów Zjednoczonych, prawie międzynarodowym oraz poszanowaniu suwerenności i integralności terytorialnej państw”, oraz że „wszystkie państwa członkowskie muszą respektować te zasady w poszukiwaniu konstruktywnej drogi naprzód”. Niektórzy wpływowi indyjscy komentatorzy i stratedzy uznali to wręcz za najbardziej w historii otwarty i ostry wyraz indyjskiej publicznej „dezaprobaty” wobec rosyjskich działań. Choć może być to prawda, taka „dezaprobata” nie zrobiła żadnego wrażenia na Rosji, która publicznie dziękowała Indiom „za wyważone stanowisko zademonstrowane w ONZ”. W mniejszości znalazły się opinie takie jak wyrażona przez Harsha Panta z Observer Research Foundation (ORF), który otwarcie skrytykował Rosję za jej agresję, nie oskarżał NATO o prowokację i wzywał Indie do przemyślenia swoich związków z rosyjskim reżimem.

W kolejnych tygodniach, gdy rosyjski atak na Ukrainę przeciągał się, nie osiągając żadnego ze swoich celów, a działania wojenne przeciwko ludności cywilnej były coraz bardziej widoczne, Indie podjęły pewne kroki w celu zdystansowania się od Rosji. W dyskusji w Radzie Bezpieczeństwa ONZ na początku kwietnia Indie „jednoznacznie potępiły” zabójstwa w Buczy (chociaż ponownie bez wskazywania, kto był za nie odpowiedzialny) i poparły „wezwanie do niezależnego śledztwa”. Zintensyfikowały pomoc humanitarną dla Ukrainy, wysyłając do końca maja ponad 90 ton darów. Indyjscy urzędnicy poczynili liczne uwagi, sygnalizując, że Indie nie popierają Rosji, i że wojna nie będzie miała zwycięzców. Minister spraw zagranicznych Subrahmanyam Jaishankar podsumował 24 marca w Rajya Sabha (wyższej izbie parlamentu), że stanowisko Indii opierało się na sześciu zasadach i obejmowało „natychmiastowe zaprzestanie przemocy, powrót do dialogu i dyplomacji, zakotwiczenie globalnego porządku w prawie międzynarodowym, karcie ONZ, integralności terytorialnej, dostępie humanitarnym”. W kolejnej debacie w Lok Sabha (niższej izbie parlamentu) minister Jaishankar odrzucał zachodnią krytykę Indii, mówiąc, że jego kraj zajął „zasadnicze stanowisko” i wybrał jedną stronę w tym konflikcie, to znaczy „stronę pokoju i poparcie dla natychmiastowego zakończenia przemocy”. Indie nadal jednak nie potępiły agresora i nie przystąpiły do sankcji wobec Rosji.

Chociaż to ambiwalentne stanowisko rozczarowało wielu na Zachodzie, Indie miały dobry powód, by zachować równowagę i nie zrazić żadnego ze swoich partnerów. Od wybuchu wojny największym zmartwieniem i priorytetem Indii była ewakuacja tysięcy obywateli, głównie studentów, którzy utknęli na Ukrainie. W tej sytuacji potrzebne były dobre stosunki zarówno z Rosją, jak i  z Ukrainą. Dlatego też kolejne rozmowy telefoniczne premiera Indii Narendry Modiego z prezydentem Putinem i prezydentem Zełenskim koncentrowały się na stworzeniu warunków do bezpiecznej ewakuacji Indusów z oblężonych miast, m.in. Charkowa i Sumów. W ramach operacji Ganga zorganizowano w sumie 90 lotów z krajów sąsiadujących z Ukrainą, aby ewakuować ponad 18 tys. obywateli Indii. Jednak nawet po zakończeniu operacji stanowisko Indii niewiele się zmieniło. W praktyce Indie kontynuowały normalne interesy z Rosją, przygotowując się na zwiększony import tańszej ropy i wprowadzając mechanizmy płatności ruble za rupie, który mógł pomóc Rosji obejść sankcje.

Łagodne podejście Indii do Rosji jest zakorzenione w doświadczeniach historii, a także w bliskich związkach obronnych, strategicznych i ideologicznych. Rosja jest przyjacielem i zaufanym partnerem od czasów zimnej wojny, kiedy zapewniała Indiom wsparcie dyplomatyczne, sprzęt wojskowy i pomoc gospodarczą. Mówiąc szerzej, odmowę potępienia rosyjskiej inwazji na Ukrainę tłumaczono „strategiczną zależnością od Rosji, a także priorytetami bezpieczeństwa w regionie Indo-Pacyfiku”. Wielu komentatorów wskazywało na Chiny jako istotny czynnik, sugerując, że „jeśli Indie mają stawić czoła Chinom, potrzebują partnerstwa obronnego z Rosją”. Większość ekspertów tłumaczyło głosowanie Indii w Radzie Bezpieczeństwa ONZ, odwołując się do nadmiernego uzależnienia Indii od dostaw rosyjskiej broni (do 70%), zwłaszcza w czasie, gdy mają do czynienia z odradzającą się potęgą – Chinami – wzdłuż spornej granicy w Himalajach. Inni bagatelizowali ten argument, wskazując na zmniejszający się udział rosyjskiej broni w arsenale Indii, ale podkreślając tradycyjny światopogląd wynikający z polityki niezaangażowania, preferencji dla porządku wielobiegunowego, powiązań ideologicznych z Rosją i jej roli w budowaniu indyjskiej „strategicznej autonomii”.

Ambiwalentne stanowisko Indii w sprawie wojny było dla wielu państw Zachodu niemiłą niespodzianką. Można było oczekiwać, że Indie jako kraj demokratyczny o coraz większych powiązaniach z USA i UE oraz jako kraj promujący się jako strażnik prawa międzynarodowego i suwerenności państw tym razem zachowają się inaczej niż w przypadku aneksji Krymu przez Rosję w 2014 r. Ambasadorowie państw członkowskich UE w Nowym Delhi pracowali za kulisami i wypowiadali się publicznie, starając się przekonać Indie do potępienia rosyjskiej agresji. UE określiła głosowanie ONZ z 2 marca jako „test dla ludzkości”, w którym wstrzymanie się od głosu nie mogło być dobrą opcją. Europejczycy i Amerykanie uważali, że „rosyjska inwazja jest tak rażącym naruszeniem porządku opartego na zasadach, który same Indie pielęgnują, że te powinny były zrobić trochę więcej niż tylko wstrzymać się”.

Jednocześnie jednak wielu ekspertów ostrzegało Zachód przed twardą grą z Indiami, ponieważ mogła ona rodzić „ryzyko zaszkodzenia relacjom, które pozostają kluczowe dla zrównoważenia Chin w regionie Indo-Pacyfiku” i proponowali jako lepsze inne podejście, polegające na „uznaniu dylematów bezpieczeństwa Indii w odniesieniu do Rosji i Chin” oraz pomocy „Nowemu Delhi w zmniejszeniu jego długoterminowej zależności od rosyjskiej broni”. Argumentowano nawet, że z pomocą Zachodu rosyjska inwazja na Ukrainę może okazać się dla indyjskiego sektora obronnego tym, czym dla liberalizacji gospodarczej kraju był kryzys z 1991 r., przyznając jednocześnie, że „proces indygenizacji i dywersyfikacji [przemysłu zbrojeniowego] zajmie dekadę, jeśli nie dłużej”.

Chociaż ostrożne podejście jest bardziej zrozumiałe z perspektywy Indo-Pacyfiku, także w Europie pojawiły się głosy wzywające państwa Zachodu, aby nie „naciskały Indii, by potępiły Rosję”, a  w zamian zachęcające, by „złożyć Nowemu Delhi lepszą ofertę niż robi to Moskwa”. Inni posunęli się nawet dalej, sugerując, że zamiast naciskać na Indie, by opowiedziały się po jednej ze stron, to UE powinna zademonstrować, że „jest wiarygodnym partnerem” i osłabić „zależność Indii od Rosji”. W tym podejściu Unia powinna nie tylko zacieśnić współpracę w dziedzinie obronności i eksportu broni, ale także działać na rzecz „silniejszej indyjskiej gospodarki”. Było to więc równoznaczne z sugestią, że neutralność Indii wobec rażącego łamania przez Rosję prawa i zasad międzynarodowych nie powinna być krytykowana, ale nagradzana.

Po początkowych wahaniach instytucji UE i państw członkowskich zwyciężył pogląd pojednawczy, wynikający ze strategicznych i ekonomicznych kalkulacji europejskich interesariuszy. Wydaje się więc, że stanowisko Indii nie tylko nie zaszkodziło ich oficjalnym stosunkom z UE, ale nawet – paradoksalnie – skłoniło Unię do podwojenia wysiłków na rzecz zacieśnienia współpracy dwustronnej. Ambasador Niemiec w Indiach zauważył niedawno, że „wojna Putina pokazała, że potrzebujemy przyjaciół, sojuszników i krajów, które podzielają wartości takie jak demokracja i wolność”.

W marcu 2022 r. – po wcześniejszych miesiącach niezdecydowania – UE wyznaczyła w końcu głównego negocjatora umowy o wolnym handlu (FTA) z Indiami, otwierając drogę do wznowienia rozmów. 7 marca strony spotkały się na inauguracyjnych konsultacjach w sprawie Afryki, otwierając kolejny obszar współpracy strategicznej. Specjalny wysłannik UE ds. Indo-Pacyfiku Gabriele Visentin złożył wizytę w Nowym Delhi pod koniec marca, aby zapewnić partnerów, że chociaż UE „nie była zadowolona” z głosowania Indii na forum ONZ w sprawie rezolucji dotyczących Ukrainy, wierzy, że „Indie i UE nadal podzielają te same wartości w globalnym porządku”.

Przewodnicząca Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen złożyła wizytę w Nowym Delhi w dniach 23–25 kwietnia w celu pogłębienia dwustronnej współpracy. Spotkała się m.in. z premierem Modim, prezydentem Ram Nathem Kovindem, ministrem spraw zagranicznych Jaishankarem, była także głównym gościem Raisina Dialogue, flagowej indyjskiej konferencji o sprawach międzynarodowych. W przemówieniu otwierającym konferencję pochwaliła indyjską demokrację, przypomniała okrucieństwa popełnione przez Rosję w Buczy, opisała zagrożenia dla całego świata wynikające z rosyjskich działań, ale powstrzymała się od jakichkolwiek odniesień do stanowiska Indii w sprawie wojny czy bezpośredniej presji na to państwo. Ważnym efektem wizyty była decyzja o powołaniu Rady Handlu i Technologii, dopiero drugiej tego typu po wspólnej z USA. Zapowiedziano, że negocjacje w sprawie umowy o wolnym handlu zostaną oficjalnie wznowione w czerwcu (faktycznie nastąpiło to 16 czerwca).

Wizyty Modiego w Niemczech, Danii i Francji na początku maja pokazały, że państwa członkowskie również wolą koncentrować się na przyszłości, aby nie drażnić Indii i nie ryzykować powodzenia dwustronnej współpracy z powodu stanowiska wobec wojny. Kiedy inny wysoki rangą urzędnik UE potwierdził 30 maja po spotkaniu z nowym indyjskim wiceministrem ds. spraw zagranicznych, że partnerstwo strategiczne UE–Indie opiera się na „wspólnych wartościach i zobowiązaniu do opartego na zasadach porządku światowego”, stało się jasne, że Unia zaakceptowała stanowisko Indii, a współpraca będzie kontynuowana. Stosunki UE–Indie w praktyce wróciły do normalnego stanu, a obie strony zgodziły się nie zgadzać w sprawie wojny na Ukrainie.

pism.pl

Rosja przed rozpoczęciem inwazji miała posiadać ponad 2000 lufowych samobieżnych systemów artyleryjskich o różnych kalibrach. Dominował w nich kaliber 152,4 mm, będący odpowiednikiem NATO-wskich 155 mm. Uzupełnienie stanowiły 122 mm armatohaubice o mniejszym zasięgu ostrzału, 120 mm moździerze używane przez wojska powietrzno-desantowe. Zaś dopełnieniem tego były systemy 203 i 240 mm, mogące niszczyć najwytrzymalsze budowle ochronne, ale także mogące strzelać amunicją atomową. Ilość posiadanego tego typu uzbrojenia sprawia, że Rosja jest niewątpliwą potęgą w zakresie artylerii samobieżnej, zwłaszcza jeżeli bierzemy jej ogólny potencjał ogniowy.

Przechodząc jednak do osiągów poszczególnych typów, sprawa wygląda już inaczej. Dominują w Rosji dalej systemy o dość krótkim przewodzie lufy, co przekłada się na znacznie mniejszą donośność niż np. nowoczesne zachodnie AHS jak PzH 2000 czy Krab. Zasięg prowadzonego ognia dla danego systemu artyleryjskiego jest obecnie jedną z najważniejszych cech, jakie obecnie określają czy dane rozwiązanie jest spełniającym wymagania pola walki, czy też nie. W przypadku rosyjskiej samobieżnej artylerii lufowej, ten parametr był zaniedbany przez lata, ze względu na chęć kompatybilności amunicji wyprodukowanej przez dekady trwania ZSRR. Skutkowało to taką, a nie inną konstrukcją głównego uzbrojenia.

Zasięg miał być rekompensowany przez ilość posiadanych systemów artyleryjskich. Pokutuje to w przypadku np. 2S19 Msta-S, która przez to ograniczenie ma donośność, w przypadku użycia zwykłej amunicji, zaledwie na poziomie 24-26 km. Inną ważną cechą, jaką powinien posiadać nowoczesny system artyleryjski, jest celność prowadzonego ognia. Jednak w przypadku większości rosyjskich samobieżnych armatohaubic często nie można mówić o osiąganiu celności na poziomie charakteryzującym zachodnich odpowiedników. Rosjanie braki nadrabiają ilością AHS, która względem połączonych sił Niemiec, Francji, Wielkiej Brytanii, Polski, Hiszpanii, Włoch dalej jest zatrważająca.

(...)

Rodzaje i ilość samobieżnej artylerii lufowej znajdującej się w aktywnej służbie:

2S1 Goździk 150-230
2S3 Akacja 800
2S4 Tulipan 40-60
2S5 Hiacynt 100-115
2S7 Małka 60-100
2S9 Nona 280
2S19 Msta-S 500-800
2S23 Nona-SWK 42-50
2S34 Chosta >50
2S35 Koalicja-SW 70-75

Widzimy zatem, że Rosja w linii posiadała zaledwie 570-875 nowoczesnych lufowych samobieżnych armatohaubic, które mogą konkurować w pewnych kwestiach z odpowiednikami NATO-wskimi (tymi nowoczesnymi). Jednak znacznie większa ilość omawianego sprzętu przedstawia standard lat 70-80 XX wieku, zwłaszcza jeżeli chodzi o donośność głównego uzbrojenia. Oczywiście przez lata prowadzono różnego rodzaju prace modyfikacyjne i modernizacyjne przy starszych rodzajach AHS, chcąc tanim kosztem zwiększyć takie parametry jak mobilność czy celność prowadzonego ognia. Jednak ogólna ilość lufowych samobieżnych systemów artyleryjskich przygniatałaby każde państwo świata. Nie jest wiadome, ile sztuk Rosjanie przygotowali do ataku w składzie sił inwazyjnych, jednak obserwując materiały filmowe i zdjęciowe widać na nich praktycznie każdy z wymienionych powyżej systemów poza Koalicją-SW. Zatem rosyjskie dowództwo najprawdopodobniej nie miało "pod ręką" odpowiedniej ilości np. 2S19 Msta-S, które stanowią dość powszechnie użytkowany nowoczesny AHS. Można to wytłumaczyć dużym deprecjonowaniem ukraińskiej armii lub chęcią nie "marnowania" najlepszego sprzętu. Pojawienie się takich systemów jak 2S34 Chosta czy 2S23 Nona-SWK, które w armii Federacji Rosyjskiej występują w ilościach śladowych, było dość dużym zaskoczeniem Zważywszy, że są to rodzaje artylerii, które nie zostały wyprodukowane w dużej ilości ze względu na niewystarczające spełnienia oczekiwań dowództwa i żołnierzy.

Wojna trwa już kolejny miesiąc i widzimy za pomocą m.in. filmów zamieszczanych w serwisie Twitter czy zdjęć satelitarnych, że Rosjanie ściągają ze składnic sprzętowych czy jednostek różnego rodzaju samobieżne systemy lufowe, aby uzupełnić braki, zarówno w siłach inwazyjnych, jak i jednostkach, które przekazały tym pierwszym sprzęt. Podobnie jak z czołgami, czy jakimkolwiek ciężkim sprzętem wojskowym, jest on w różnym stanie technicznym. Rosjanom trochę zajmie przywrócenie go do sprawności, w przypadku tego, który leżał "pod chmurką" przez ostatnie lata, czy wręcz dekady. Dodatkowo Rosjanom potrzeba nowych luf, ponieważ te obecnie wykorzystywane w poszczególnych systemach artyleryjskich dość szybko się zużywają. Symbolem tego stanu rzeczy jest np. zdjęcie zniszczonej lufy w 2S7M, spowodowanej nadmiernym przegrzaniem się jej. Najpewniej będą one pozyskiwane z tych armatohaubic, które nie nadają się już do remontu. Pozyskanie przez Ukrainę nowych systemów artyleryjskich, o zasięgu przewyższającym większość rosyjskich odpowiedników, powoduje także większe straty Rosjan, które muszą uzupełniać. W przypadku utraty Goździków czy Akacji będzie to dość łatwe, gorzej w przypadku utraty takich systemów jak Nona-SWK czy 2S19 Msta-S.

Rosjanie w ramach odpowiedzi na coraz większą ilość Krabów, PzH 2000 czy Caesarów decydują się na ściąganie ze składów właśnie Pionów/Małek, które jako jedyne mogą je skontrować przy maksymalnej donośności systemów zachodnich (jeżeli mówimy o artylerii lufowej), oraz prowadzić ogień na dystansie zapewniającym względne bezpieczeństwo od ukraińskich Goździków, Akacji czy pozyskanych M109A3/A4. Na filmach z transportów kolejowych widzimy także 2S5 Hiacynty, które mogą wyrównać dysproporcje donośności, jednak kosztem zerowej ochrony załogi czy celnością ognia.

O ile w przypadku rosyjskich rezerw czołgów, wiele w miarę nowoczesnych maszyn jak T-80U znajdowało się w składnicach i ich przywrócenie do służby stanowi duże zwiększenie potencjału jednostek, do których trafią pojazdy, o tyle w przypadku AHS sprawa wygląda gorzej dla Rosjan. Poza około 150 2S19 Msta-S (obecnie pewnie znacznie mniej) nie ma najprawdopodbniej na składnicach nowoczesnych samobieżnych lufowych systemów artyleryjskich. Mogących być takim wzmocnieniem jak np. polskie Kraby w ukraińskiej artylerii. Nie oznacza to jednak, że Rosja ma w odwodzie tylko przestarzałe Goździki i Akacje, dalej posiada znaczą liczbę różnych systemów artyleryjskich, które mogą strzelać dalej niż np. podarowane Ukrainie M109 z Norwegii i Belgii. Przykładem takiego sprzętu są 2S5 czy 2S7, których Rosjanie mają mieć dalej w rezerwie odpowiednio 850 i 260, zatem więcej niż Ukraina miała wszystkich AHS. Donośność tego pierwszego można spokojnie porównywać z nowoczesnymi systemami zachodnimi, ale raczej tylko to. Przejdźmy zatem do szacunków dotyczących rosyjskich AHS znajdujących się w rezerwie sprzętowej.

Rodzaje i ilość samobieżnej artylerii lufowej znajdującej się w rezerwie:

2S1 Goździk 2000
2S3 Akacja 1000
2S4 Tulipan 390
2S5 Hiacynt 850
2S7 Pion 260
2S9 Nona 500
2S19 Msta-S 150

(...)

Donośność poszczególnych rodzajów samobieżnych lufowych systemów artyleryjskich w kilometrach :

2S1 Goździk 15,5-22
2S3 Akacja 18,5-24
2S4 Tulipan 9,5-20
2S5 Hiacynt 28-40
2S7 Małka 37,5-55,5
2S9 Nona 8,8-12,8
2S19 Msta-S 24-36
2S23 Nona-SWK 8,8-12,8
2S34 Chosta 7,2-14
2S35 Koalicja-SW 40-80?

(...)

defence24.pl

niedziela, 14 sierpnia 2022


"Ukraińskie oddziały ewakuowały się z Chersonia praktycznie bez walki". To twierdzenie wciąż krąży po mediach społecznościowych w Ukrainie. Prawda jest jednak taka, że choć od inwazji wojsk rosyjskich minęło już prawie pół roku, to zarówno w Ukrainie, jak i w światowej opinii publicznej niewiele wiadomo o tym, jak rzeczywiście wyglądały walki o to miasto na południu Ukrainy.

Wielu ludzi wciąż wierzy, że wojska rosyjskie wkroczyły do miasta w niemal paradnym stylu. Nie można z całą pewnością stwierdzić, co dokładnie wydarzyło się w tych dniach pod koniec lutego, ponieważ trudno jest niezależnie zweryfikować wydarzenia wojenne w czasie wojny, zwłaszcza w okupowanym regionie. Jednak żołnierze, którzy byli tam w tym czasie, przedstawiają inny obraz niż poddanie się bez walki.

Bohaterów Ukrainy z Chersonia, czyli ludzi, którzy otrzymali to najwyższe ukraińskie odznaczenie właśnie za walki w okolicach Chersonia w pierwszych dniach inwazji, jest w kraju niewielu. Porozmawialiśmy z jednym z nich, Dmytro Czawalakiem, dowódcą kompanii w 59. samodzielnej brygadzie piechoty zmotoryzowanej.

24 lutego jego jednostka walczyła z rosyjskimi spadochroniarzami, którzy zdobyli strategicznie ważny most na Dnieprze w Antoniówce koło Chersonia. Oddziałom ukraińskim groziło całkowite otoczenie. Czawalak poprowadził jednak swoją jednostkę do ataku i został za to odznaczony jako bohater.

Opowiada nam, co się wtedy wydarzyło — i jak ocenia sytuację na południu Ukrainy dzisiaj. Bo w międzyczasie sytuacja się zmieniła i może mieć decydujący wpływ na przebieg wojny.

Ale zacznijmy od początku.

Od początku lutego batalion Czawalaka stacjonował w okolicach Oleszek, po wschodniej stronie Dniepru, w obwodzie chersońskim. O wschodzie słońca 24 lutego nagle usłyszeli eksplozje rakiet i bomb. Młody ukraiński oficer mówi, że początkowo nie odebrał tych uderzeń jako ostrzału jego pozycji, ale raczej jako ponowną prowokację. Założył, że rosyjskie wojsko prowadzi chaotyczne ostrzały, by wywołać napięcie na południu Ukrainy i zmusić ją do wysłania dodatkowych oddziałów, których zabrakłoby na Donbasie.

Jak wielu innych obserwatorów, Czawalak zakładał, że inwazja będzie się koncentrować na wschodzie. Jednak kiedy dowiedział się o przebiciu się z Krymu rosyjskich wojsk, które szybko zmierzały w kierunku Chersonia, natychmiast zrozumiał, że to musi być wojna na dużą skalę. Porucznik dobrze wiedział, że po przełamaniu granicy administracyjnej między okupowanym Krymem a Ukrainą, Rosjanie mogli wybrać tylko jedną drogę do Chersonia: przez most w Antoniówce.

Gdyby Ukraińcy zdołali uprzedzić Rosjan i zabezpieczyli się na moście, mogliby zatrzymać napastników daleko od Chersonia. Kompania Czawalaka została tam wysłana właśnie w tym celu. Ale oddziały ukraińskie przybyły za późno. Rosjanie zdążyli już wprowadzić na most swoje siły desantowe z pomocą helikoptera. Gdy Ukraińcy chcieli wycofać się przez most na zachodni brzeg w kierunku Chersonia, zostali ostrzelani na podejściach z moździerzy i karabinów maszynowych.

Ukraińcom groziło całkowite okrążenie od strony wschodniej, ponieważ duża część wojsk rosyjskich ruszyła z Krymu i kontrolowała most w Antoniówce, jedyną drogę odwrotu. Aby uratować oddziały ukraińskie, most musiał zostać odbity. Do tej misji przydzielono kompanię czołgów i oddział Czawalaka.

Kompania czołgów rozpoczęła szturm na most i udało jej się zająć pozycję po drugiej stronie — choć z ofiarami. Kompania Czawalaka podążyła za nimi, by zabezpieczyć most. — Czołgiści dali nam osłonę — mówi porucznik. Rosyjscy spadochroniarze otworzyli ogień do oddziału Czawalaka, byli pierwsi ranni i zabici.

— Główny atak Rosjan był skierowany na naszych czołgistów — mówi Czawalak. — Wróg ostrzeliwał ich głównie pociskami przeciwpancernymi.

W ten sposób Rosjanom udało się zniszczyć ukraiński czołg. Ale kiedy oddział Czawalaka zaatakował, rosyjskie zapasy pocisków były już na wyczerpaniu. — Przez pierwsze 200 m wciąż byliśmy ostrzeliwani z moździerzy — mówi. — Ale gdy podeszliśmy bliżej, Rosjanie porzucili moździerze i uciekli.

Zajęcie mostu zajęło ukraińskiej piechocie kilka godzin. Okazało się, że rosyjscy spadochroniarze nie mieli doświadczenia bojowego, powiedział Czawalak. Popełnili błędy, które dla zawodowych żołnierzy są wręcz nie do pomyślenia: — Ustawili swoją technikę bezpośrednio na moście, czyniąc z niej łatwy cel, strzelając chaotycznie i nie dając sobie nawzajem żadnej osłony.

Po przerwie w walkach ukraińska piechota zajęła pozycje. Most autostradowy w Antoniówce przecina linia kolejowa — żołnierze Czawalaka postanowili zająć tam pozycje i w ten sposób osłaniać wycofywanie się pozostałej części brygady z Chersonia. Ta strategia pozwoliła Ukraińcom przejść przez most w sposób uporządkowany i z minimalnymi stratami, uciekając tym samym z okrążenia.

Sam Czawalak został ciężko ranny podczas walki. — Nagle poczułem ostry ból w okolicy pachwiny — opowiada. — To snajperzy strzelali do nas.

Na podstawie szybkości ognia zakłada, że było ich trzech. — Zdjęliśmy jednego z nich, znajdował się za znakiem gazowym przy stacji benzynowej. Pozostałych dwóch nie wykryliśmy — opowiada.

— Wszystko stało się szybko i z adrenaliną. Zemdlałem — mówi. Został przewieziony do szpitala w Chersoniu i poddany operacji. Kiedy się obudził, lekarze powiedzieli mu, że Chersoń został zajęty przez wojska rosyjskie.

Patrioci ukrywali Czawalaka przez trzy miesiące, aż mógł opuścić okupowane miasto. Dołączył do swojej jednostki, która do tego czasu wycofała się do Mikołajowa.

onwt.pl/Die Welt