środa, 3 sierpnia 2022


1 sierpnia Centralny Bank Rosji (CBR) zdecydował o przedłużeniu na kolejne pół roku (do 9 marca 2023 r.) ograniczeń dotyczących zakupu zachodnich walut w gotówce. Rosyjscy obywatele mogą wypłacić ze swoich kont lub depozytów walutowych założonych przed 9 marcem 2022 r. jedynie środki o wartości do 10 tys. dolarów – w dolarach lub euro, niezależnie od waluty, w której konto zostało założone. Po wyczerpaniu tego limitu pozostałe fundusze można otrzymać w rublach (po kursie dnia). CBR poinformował, że konta, na których znajduje się nie więcej niż 10 tys. dolarów, stanowią 90% wszystkich rachunków walutowych, nie przekazał jednak przy tym, jaka suma zdeponowana jest na pozostałych 10% rachunków. Ponadto banki mogą sprzedawać obywatelom w gotówce jedynie te zachodnie waluty, które trafiły do ich kas po 9 kwietnia 2022 r. Ograniczenia przedłużono także względem osób prawnych (rezydentów rosyjskich, tj. firm zarejestrowanych w Rosji). Na wydatki delegacyjne mogą one wypłacić w gotówce kwoty o wartości do 5 tys. dolarów – w dolarach, euro, funtach lub jenach.

Jednocześnie w ostatnich tygodniach CBR zdjął większość obostrzeń nałożonych pod koniec lutego br. na obrót zachodnimi walutami w formie elektronicznej. Od końca czerwca obywatele mogą przelewać za granicę ze swoich kont w rosyjskich bankach do 1 mln dolarów miesięcznie (lub podobną wartość w innej walucie zachodniej). Ponadto z rosyjskich firm zdjęto obowiązek wymiany na ruble przychodów eksportowych (wcześniej musieli oni przewalutowywać na wewnętrznym rynku nawet 80% tych przychodów). Eksporterzy (spoza sektora surowcowego) nie są już także zobligowani do repatriacji zarobionych za granicą środków i mogą je przetrzymywać na zagranicznych kontach.

Nadal obowiązują ograniczenia nałożone na nierezydentów. Nie mogą oni m.in. transferować swoich dochodów, zysków lub dywidend uzyskanych w Rosji za granicę ani kupować rosyjskich papierów wartościowych. Nie mają też możliwości zakupu walut zachodnich w gotówce.

1 sierpnia Wielka Brytania złagodziła sankcje, zezwalając podmiotom powiązanym z Rosją na korzystanie z usług ubezpieczeniowych i reasekuracyjnych w odniesieniu do statków, samolotów i komponentów dla nich w przypadku rejsów między Rosją i państwami trzecimi. Brytyjska spółka Lloyd’s jest największą firmą ubezpieczeniową na świecie.

Rosyjski rząd oszacował spadek produkcji branży metalurgicznej w II kwartale br. na 20%. W przypadku poszczególnych koncernów sytuacja jest znacznie gorsza – produkcja kombinatu w Magnitogorsku zmniejszyła się o 38%, a Siewierstali o 28%. Trend wynika z obniżenia popytu zarówno za granicą w związku z sankcjami, jak i na rynku wewnętrznym. Dodatkowo Kreml, w ramach wsparcia rynku budowlanego, w marcu br. wprowadził regulację cen na metale i wyroby z nich, co dodatkowo ograniczyło rentowność produkcji metalurgicznej. O spadku przychodów o 55% (do ok. 1,2 mld dolarów) w pierwszym półroczu 2022 r. poinformował również największy rosyjski koncern aluminiowy Rusał. W przypadku tego podmiotu zachodnie restrykcje zostały nałożone przede wszystkim na jego głównego właściciela Olega Deripaskę. Ponadto Australia zdecydowała o wstrzymaniu dostaw boksytów dla tego przedsiębiorstwa (surowca do produkcji aluminium).

Komentarz

W ramach przeciwdziałania negatywnym konsekwencjom sankcji finansowych nakładanych przez Zachód rosyjskie władze wprowadzały m.in. liczne ograniczenia walutowe. Polityka ta pozwoliła CBR opanować panikę wśród klientów banków, a także umocnić rubla, jednak jej ceną była utrata wymienialności rosyjskiego pieniądza. Obecnie rozliczenia w rublach możliwe są tylko z zainteresowanymi państwami. Oprócz tego wewnątrz Rosji funkcjonuje równolegle kilka kursów rubla. CBR rekomendował bowiem bankom sprzedaż zachodnich walut rosyjskim importerom i podmiotom spłacającym zobowiązania walutowe po kursie zbliżonym do giełdowego. Cena dolara dla pozostałych klientów powinna być o co najmniej 10 rubli większa. Ponadto banki sprzedające zachodnie waluty w gotówce oferują je po kursie nawet o 20–30 rubli wyższym od giełdowego. Kantory świadczą jedynie usługę skupu walut. Nadal pojawiają się prywatne oferty ich sprzedaży w sieciach społecznościowych – w takich przypadkach cenę ustala się w drodze negocjacji.

Wprowadzone restrykcje walutowe zdołały w pierwszych tygodniach ich obowiązywania stłumić popyt na waluty zagraniczne w Rosji i zapewnić stałą ich podaż na rynku. Wraz ze wzrostem przychodów eksportowych, wynikającym z wysokich cen surowców energetycznych na światowych rynkach, oraz wobec spadku importu (nawet o połowę) z powodu nałożonych sankcji kurs rosyjskiej waluty zaczął jednak dynamicznie się umacniać i jej wartość w ostatnich tygodniach bywała do 30% wyższa niż przed agresją na Ukrainę (za dolara płacono nawet ok. 52 rubli). Mocny pieniądz stał się poważnym problemem dla eksporterów i budżetu państwa w związku z kurczeniem się ich dochodów w przeliczeniu na rosyjską walutę. Mimo starań władz – m.in. sukcesywnego wycofywania się z restrykcji walutowych – rubel udało się osłabić w niewielkim stopniu. W efekcie rząd zapowiedział wprowadzenie w 2023 r. nowej reguły budżetowej, która ma polegać na skupowaniu (zapewne m.in. w juanach) nadwyżek walutowych na rynku. W ten sposób w ostatnich ośmiu latach Kreml gromadził swoje rezerwy.

Ograniczenia na obrót zachodnimi walutami w gotówce CBR wprowadził 9 marca 2022 r. Była to bezpośrednia reakcja na przyjęty przez USA i Unię Europejską zakaz wywozu do Rosji dolarów i euro. W rezultacie, mimo napływu ogromnych dochodów walutowych w postaci elektronicznej z eksportu surowców energetycznych, Rosja cierpi na niedobór dolarów czy euro w gotówce. Według szacunków CBR rosyjscy rezydenci posiadają ok. 85 mld dolarów w gotówce. Pod koniec lutego na bankowych kontach i w depozytach walutowych osób fizycznych znajdowało się ok. 90 mld dolarów, a do czasu wprowadzenia ograniczeń wypłacono z tej sumy ok. 18 mld dolarów. Nie wiadomo natomiast, jaką kwotę podjęto w ostatnich pięciu miesiącach.

Ze względu na ryzyko zablokowania operacji bankowych wskutek sankcji oraz trudności z korzystaniem z zachodnich walut stały się one de facto toksyczne dla Rosji. W efekcie w ostatnich tygodniach banki zaczęły pobierać wysokie opłaty za prowadzenie kont walutowych, a niebawem uzyskają możliwość ujemnego ich oprocentowania. Dodatkowo zagraniczne przelewy walutowe kosztują coraz więcej (ok. 3% wartości transakcji, lecz nie mniej niż 200 dolarów, euro czy funtów), a banki ustalają minimalną wartość dla takiej transakcji. W ten sposób starają się zachęcić obywateli do wymiany swoich wkładów na ruble lub ewentualnie na waluty państw przyjaznych Rosji.

osw.waw.pl

Podczas Letniego Wolnego Uniwersytetu i Obozu Studenckiego w Băile Tuşnad (węg. Tusnádfürdő) w Rumunii 23 lipca premier Węgier Viktor Orbán wygłosił przemówienie, które wywołało szereg kontrowersji w kraju i za granicą. Najwięcej krytyki spadło na niego za wypowiedź dotyczącą imigracji. Premier stwierdził, że w „kotlinie karpackiej” mogą współistnieć narody, lecz jest przeciwny „mieszaniu się ras”, tak jak ma to miejsce w Europie Zachodniej. Słowa te potępiły m.in. węgierskie organizacje żydowskie oraz prezydium Parlamentu Europejskiego (liderzy grup parlamentarnych i przewodniczący).

Orbán wskazał, że najważniejszymi wyzwaniami w najbliższych latach pozostaną demografia, imigracja i kwestie gender, a dopiero na czwartym miejscu wymienił wojnę rosyjsko-ukraińską. Podkreślił, że takie podejście wynika z odrzucenia przez Zachód oferty rozmów na temat bezpieczeństwa (nieprzyjmowanie Ukrainy do NATO i nierozmieszczanie zachodniej broni na jej terytorium) ze strony Moskwy. Zaznaczył, że to „nie jest nasza wojna”, a Węgry pozostają członkiem NATO, którego Rosja „nigdy nie zaatakuje”. Zaakcentował też, że Ukraina nie wygra tego konfliktu, zaś sankcje są boleśniejsze dla Zachodu niż dla Rosji. Dotychczasową strategię Sojuszu i UE w tej sprawie uznał za porażkę i oznajmił, że Węgry będą dążyć do jej zmiany zgodnie z założeniem, że celem działań należy uczynić nie wygranie wojny, lecz zawarcie pokoju. Jak podkreślił, Unia powinna stanąć „nie po stronie Ukrainy, ale między nią a Rosją”, a rozmowy pokojowe winny toczyć się nie między stronami konfliktu, lecz na linii USA–Rosja. Premier przekonywał, że na inwazji korzystają amerykańskie koncerny energetyczne, które chcą dostarczać surowce do Europy, Węgry nie zamierzają zaś rezygnować z rosyjskiego gazu, a jedynie mieć dostęp do alternatywnych źródeł jego pozyskania.

Orbán wyeksponował wagę współpracy wyszehradzkiej, a obecne problemy na tym polu zrzucił na karb zmiany władzy w Czechach i na Słowacji, które „nie chcą już wchodzić w konflikty z Brukselą”, a także „zawirowań” w stosunkach węgiersko-polskich. Stwierdził również, że interes strategiczny obu tych państw jest zbieżny (trzymanie Rosji „z dala od siebie”, przetrwanie suwerennej i demokratycznej Ukrainy), a różnica dotyczy „odruchu serca”: „my postrzegamy wojnę jako konflikt dwóch narodów słowiańskich, do którego nie chcemy się włączać, a Polacy uważają go za swoją wojnę, którą niemalże sami też toczą”. Biorąc pod uwagę tę rozbieżność, „musimy spróbować zachować najwięcej, jak się da, z przyjaźni węgiersko-polskiej i sojuszu strategicznego na okres po wojnie”.

Trwający kilka dni letni uniwersytet w rumuńskim Siedmiogrodzie to największy, a przy tym odbywający się w swobodnej atmosferze zjazd środowiska Fideszu i przedstawicieli mniejszości węgierskich, z nielicznym udziałem osób spoza krajowego obozu rządzącego, ze strony rumuńskiej i z zagranicy. To tam w 2014 r. Orbán wygłosił jedno ze swoich najgłośniejszych przemówień – o odejściu od demokracji liberalnej. W latach 2020–2021 impreza nie doszła do skutku ze względu na pandemię.

Komentarz

Przemowa była najbardziej rozbudowanym od wyborów wystąpieniem programowo-ideologicznym Orbána. Po raz pierwszy od rozpoczęcia rosyjskiej inwazji na Ukrainę oświadczył on tak dobitnie, że Węgry chcą – pomimo niej i za wszelką cenę – podtrzymać politykę balansowania między Wschodem a Zachodem, w tym współpracę z Moskwą. Państwo próbuje „przeczekać” wojnę i dalej starać się o uzyskanie korzyści od partnerów zarówno zachodnich (środki UE i inwestycje, głównie niemieckie), jak i wschodnich (współpraca energetyczna z Rosją, inwestycyjna i handlowa z Chinami itd.). W dalszym ciągu będzie też gotowe oferować tym ostatnim daleko idące ustępstwa polityczne, m.in. powielać propagandę Kremla czy zabiegać o osłabienie wsparcia dla Kijowa. Rząd Orbána wydaje się opierać swoje kalkulacje na perspektywie zwycięstwa Rosji nad Ukrainą i jej powrotu do kooperacji z Zachodem, a ignorować obecne koszty utraty przez Węgry wiarygodności w oczach partnerów zachodnich.

Premier podtrzymuje swoją współpracę z europejską skrajną prawicą i radykalną, protrumpowską częścią Partii Republikańskiej w USA, licząc na wzrost znaczenia tych środowisk w efekcie pogłębiania się problemów ekonomicznych Zachodu. Służyły temu m.in. odwoływanie się w przemówieniu do popularnych w tych kręgach teorii spiskowych o „wielkim zastąpieniu” (celowa polityka osiedlania osób ras innych niż biała w państwach zachodnich), wypowiedzi o zabarwieniu rasistowskim czy duży nacisk położony na kwestie gender. Orbán podkreślił przy tym, że liczy na zmianę władzy w Stanach Zjednoczonych w 2024 r. Jego słowa wypychają go jednak coraz bardziej na margines polityczny Zachodu. W zeszłym roku Fidesz opuścił Europejską Partię Ludową i obecnie nie należy do żadnej frakcji w Parlamencie Europejskim, a od 24 lutego pogarszają się także stosunki Budapesztu z partnerami z Europy Środkowej.

Koncentracja na tematach ideologicznych i polityce międzynarodowej wydaje się świadomym zabiegiem mającym na celu zogniskowanie wokół nich debaty publicznej na Węgrzech, zwłaszcza w obliczu pogłębiającego się kryzysu ekonomicznego. W ostatnich tygodniach rząd wdrożył szereg niepopularnych rozwiązań – m.in. częściowo uwolnił ceny prądu i gazu dla gospodarstw domowych, dotychczas ograniczane administracyjnie i najniższe w UE. Utrzymanie niskich cen energii należało do głównych obietnic Fideszu w kampanii przed wiosennymi wyborami, w trakcie której oskarżał opozycję o plany ich podwyższenia. Wprowadzone w ostatnich tygodniach niekorzystne zmiany podatkowe dotknęły z kolei samozatrudnionych i małe przedsiębiorstwa (na tym tle wybuchły w lipcu kilkudniowe protesty). W obliczu trudnej sytuacji budżetowej prawdopodobnie dojdzie do kolejnych cięć. Węgry zmagają się też z gwałtowną deprecjacją forinta, który w ciągu ostatniego roku tracił na wartości niemal najszybciej spośród walut państw rozwiniętych – po tureckiej lirze i argentyńskim peso. W związku z tym rządzący Fidesz będzie kładł tym większy nacisk na spory ideologiczne toczone z opozycją w kraju i z zachodnią lewicą. Sięganie tak jak w minionych latach po temat zagrożenia imigracją jest jednak dla niego o tyle ryzykowne, że za rosnący napływ mieszkańców Afryki i Bliskiego Wschodu odpowiada również Rosja (m.in. ze względu na problemy wywołane blokadą eksportu ukraińskiego zboża). Stąd przekaz partii – bardziej niż na źródłach imigracji – skupi się zapewne na krytyce zachodniego modelu wielokulturowego.

Tezy Orbána spotkały się z licznymi krytycznymi reakcjami w regionie, zwłaszcza w Czechach, na Słowacji i w Rumunii. W komentarzach dominowały stwierdzenia, że premier Węgier w swojej retoryce przekracza kolejne granice, niebezpiecznie ocierając się o rasizm i ksenofobię charakterystyczne dla przywódców państw autorytarnych. Szczególnie w Czechach pojawiły się wątpliwości, czy kontynuowanie współpracy w V4 z takim partnerem ma jeszcze sens, choć część publicystów apelowała, żeby nie ulegać histerycznym reakcjom.

Zarazem należy zauważyć, że Orbán oprócz kilku kurtuazyjnych nawiązań do siedmiogrodzkich Węgrów unikał komentowania kwestii mniejszościowych, zapewne nie chcąc prowokować wyczulonych na nie władz rumuńskich, a także ukraińskich (np. uchylił się od odpowiedzi na pytanie o przyszłość zakarpackich Węgrów). Minister spraw zagranicznych Rumunii Bogdan Aurescu z zadowoleniem przyjął fakt, że strona węgierska wywiązała się z obietnic i nie wygłaszała podczas festiwalu kontrowersyjnych tez dotyczących relacji z Bukaresztem.

osw.waw.pl

Po kilku miesiącach negocjacji udało się wreszcie odblokować port w Odessie. Pierwszy statek z ukraińskim zbożem wypłynął w poniedziałek. Jest szansa na powrót do rozmów pokojowych z Rosjanami?

Ukraina nie znajduje się w tak kiepskiej sytuacji, żebyśmy musieli wnioskować o negocjacje z Rosją. To im zależy na rokowaniach. Cały kryzys z dostawami ukraińskiego zboża został wywołany przez Rosję po to, by mieć temat do komunikacji z Zachodem. Chcą wpływać poprzez to na Zachód, grożąc kryzysem migracyjnym, buntami i nową arabską wiosną. Weszliśmy w to, bo nie chcemy, by Europa, Bliski Wschód i kraje Afryki były szantażowane. Co więcej, nie chcemy, by doszło do głodu w najbiedniejszych regionach świata. Poza tym to element naszej polityki zagranicznej w Afryce.

A dlaczego zgodziła się na to Rosja?

Bo liczą na złagodzenie sankcji Zachodu. Co więcej, pozorują gest dobrej woli, bo chcą zacząć proces negocjacyjny. Nie radzą sobie wojskowo, więc dążą do zawarcia jakichś układów na wzór porozumień mińskich. Liczą na to, że przekonają Europę i USA, by zmusiły Ukrainę do zawarcia takich porozumień. Pilnie potrzebują zawieszenia broni, by przegrupować jednostki i się zregenerować. My zaangażowaliśmy siły, które dotychczas nie były wykorzystywane, a oni mają wymęczonych żołnierzy.

Sugeruje pan, że Putin ugrzązł w wojnie i nie ma planów na najbliższe tygodnie?

Może i ma plany, ale nie są one realistyczne, tak jak zajęcie Odessy czy Charkowa. Mówią, że wszystkie zadania zostaną wykonane, ale nie jest jasne, co mają na myśli. Nasz wywiad, a także zachodnie ośrodki analityczne mówią, że Rosjanie już miesiąc temu osięgnęli szczyt swoich możliwości w tej wojnie, a teraz są na wykończeniu.

A jeżeli Putin ogłosi powszechną mobilizację w Rosji?

Rosja nie wytrzyma tego gospodarczo, socjalnie i politycznie. System mobilizacyjny obowiązujący w Związku Radzieckim został zrujnowany. Nowego nie utworzono. To bardzo skomplikowany mechanizm, który tworzy się latami. Tego nie robi się w ciągu kilku miesięcy czy roku. Nie będą mieli czym uzbroić takiej liczby żołnierzy, a według sondaży co najmniej połowa Rosjan nie popiera kontynuacji tej wojny. Mobilizacja zniszczy obowiązującą w Rosji umowę społeczną. Polega ona na tym, że przeciętny Rosjanin leży na kanapie, przełącza kanały telewizyjne, patrzy, jak walczą inni, i podziwia ich zwycięstwa. A w przypadku mobilizacji musiałby zejść z kanapy i iść na wojnę. Kreml nie wie, jaką to wywoła reakcję społeczeństwa. A przecież pamięta, jak sto lat temu to właśnie zmobilizowani ludzie obalili cara. Mieli jechać na front i rzucać się pod niemieckie karabiny. Woleli obrócić broń przeciwko carowi i Rosja to doskonale pamięta.

To co pozostaje w takim razie Putinowi? Anektować okupowane już tereny i oznajmić Rosjanom, że odniósł zwycięstwo nad Dnieprem?

Liczą na to, że rozbiją nas, gdy się zderzymy ze sobą, i chcą uniemożliwić ukraińską kontrofensywę. Chcą przekonać nas i naszych zachodnich partnerów, że Ukraina nie jest zdolna do ofensywy. Szykują Ukrainie los podzielonej na dwie części Korei. A czy dokonają formalnie aneksji, nie jest ważne, to kwestie techniczne. Chcą zamrozić wojnę, zgromadzić siły i uderzyć ponownie za dwa, może za trzy lata.

Zamrożenie tego konfliktu raczej nie leży w interesach Ukrainy?

To nie jest dla nas rozwiązanie. Bo nie będziemy mogli normalnie żyć i budować. Wpadniemy w wyścig zbrojeń i wszystkie pieniądze będziemy musieli wydawać nie na odbudowę Ukrainy, lecz na przygotowanie do kolejnego etapu wojny. Poza tym nie wiemy, jak będą się zachowywać państwa Zachodu, gdyby do takiego zamrożenia doszło. W ukraińskim społeczeństwie istnieje konsensus co do tego, że powinniśmy zwyciężyć w tej wojnie i wypchnąć Rosję z terytorium naszego kraju.

To kiedy ruszy wielka kontrofensywa na południu, którą zapowiadał prezydent Zełenski?

Trudno powiedzieć, bo Rosjanie przerzucili tam teraz trzy swoje armie. Wszystkie ich siły desantowe są dzisiaj właśnie tam. Przerzucili najważniejsze siły z Donbasu, pozostawiając jedynie armie tak zwanych DRL i ŁRL (samozwańcze republiki Doniecka i Ługańska – red.), najemników Wagnera i dwa lub trzy rosyjskie bataliony. Dajemy im tam popalić, nigdzie nie mogą się przesunąć. Bo najważniejsze siły zgromadziły się na południu. A wojska desantowe nie nadają się do obrony, są przeznaczone do ofensywy. Zakładam więc, że za kilka dni mogą spróbować uderzyć np. na Mikołajów, spróbować okrążyć miasto. To będzie szaleństwem i rozgromimy ich, ale oni myślą inaczej.

Panuje przekonanie, zwłaszcza w europejskich mediach, że Ukraina otrzymała już wystarczająco ciężkiej broni z Zachodu i że nie tylko powstrzymuje Rosjan, ale i przechodzi do kontrofensywy. A my, mieszkańcy Unii Europejskiej, będziemy to obserwować i czekać, aż skończy się wojna. Czy to nie jest zbyt naiwny obraz sytuacji?

Zachodniej broni wciąż bardzo brakuje. Prowadzimy wielką kontynentalną wojnę, linia frontu to 1300 km. A ponad 2600 km musimy zabezpieczać. To bardzo skomplikowane. Mamy zachodnią broń, ale potrzebujemy jej więcej. I z tym jest problem. Co prawda delikatnie przesunęliśmy się do przodu na kierunku zaporoskim, dlatego tam przerzucają siły. Ale dla pełnowartościowej i efektownej ofensywy brakuje nam ciężkiego sprzętu. Co prawda Polska przekazała nam ogromną ilość czołgów, dobrze się sprawują. Trzeba jednak rozumieć, że to nie lokalna wojna, to duży kontynentalny konflikt, największa wojna od 1945 r. I z taką ilością broni z tym sobie nie poradzimy.

A gdyby każdy kraj zachodniej Europy wpierał Ukrainę z taką determinacją jak Polska?

Gdyby wspierały Ukrainę tak jak Polska, bylibyśmy już we Władywostoku. Ale nie każdy kraj ma możliwości i nie każdy kraj ma taką chęć pomocy Ukrainie. Jest wspólna solidarność, coś przekazują, ale Europa rozbrajała się od 1991 r. i wiele krajów nie ma po prostu wystarczającej ilości broni. Muszą ją wyprodukować.

Tymczasem Rosja stawia na rakiety manewrujące, którymi od początku wojny bombarduje ukraińskie miasta. Jak z nimi radzi sobie Kijów?

Po to jest obrona przeciwlotnicza. Dużo tych rakiet zestrzeliliśmy. Raz jest lepiej, a raz jest gorzej. Jesteśmy ogromnym państwem i obejmujemy obroną przeciwlotniczą milionowe miasta oraz bazy wojskowe. Obrony przeciwlotniczej jednak brakuje. Według naszych szacunków Rosjanie zużyli już 70 proc. pocisków, ale wciąż sporo ich mają. Widzimy też, że wykorzystują rakiety S-300 i S-400 do celów naziemnych, co jest bardzo kosztownym przedsięwzięciem, bo są oen przeznaczone do celów powietrznych. Bombardują nimi Mikołajów i Charków.

Amerykańskie wyrzutnie HIMARS pomogły Ukrainie?

Bardzo pomogły, bo w ciągu zaledwie pierwszych dwóch tygodni zniszczyliśmy ponad 50 magazynów z amunicją i sprzętem wojskowym. Przedtem dziennie wystrzeliwali około 45 tys. pocisków, teraz około 15 tys. To zasługa HIMARS. A przecież Rosjanie przeprowadzali ofensywę tylko dzięki temu, że mieli przewagę w artylerii. Zmieniliśmy zasady gry. Muszą przesuwać magazyny i centra logistyczne w głąb okupowanych terenów, a to ich znacząco spowalnia. Jak dostaniemy jeszcze więcej tych wyrzutni, to sytuacja jeszcze bardziej zmieni się na naszą korzyść.

rp.pl

wtorek, 2 sierpnia 2022


W preambule do podręcznika (według źródeł portalu Meduza bliskich administracji prezydenta, szefowie mediów propagandowych otrzymali go w drugiej połowie lipca) czytamy, co następuje: "Chrzest stał się podstawą umocnienia i jedności państwa rosyjskiego na kolejne setki lat. Wiara prawosławna uczy współczucia, miłości bliźniego i tolerancji dla innych. Wartości te stanowiły podstawę rosyjskiej cywilizacji i pozwoliły Rosji zjednoczyć setki narodów. Dziś przedstawiciele wszystkich narodów Rosji po raz kolejny zjednoczyli się, stając przeciwko ateistom i broniąc tradycyjnych wartości oraz prawa swoich dzieci do życia w zgodzie z nimi".

Stwierdza również, że przyjęcie prawosławia pomogło zjednoczyć "podzielone ziemie rosyjskie" i stworzyć państwo, którego wartością definiującą była "tolerancja".

Autorzy dokumentu przekonują dalej, że podobnie jak chrzest Rosji, wojna w Ukrainie położyła "fundamenty państwowe" tego kraju, a także "fundamenty rozwoju Rosji na kolejne stulecia". Autorzy, którzy nie są wymienieni z nazwiska, zapewniają, że wynika to ze "spójności społecznej" wokół armii i "strategicznego kursu" prezydenta. "Rosja ponownie stała się zdolna do wypełnienia swojej misji obrony uciśnionych" – zaznaczono w tekście.

Jednocześnie Kreml sugeruje, że wojnę rozpętał "kolektywny Zachód", który jest przekonany o "własnej wyjątkowości", a także o "niższości" prawosławnych. Autorzy podręcznika "zalecają" wyjaśnienie przyczyn wojny w następujący sposób:

Konflikt w Ukrainie został wzniecony rękami państw zachodnich, które przekazywały Ukrainie broń. Ukraina miała stać się platformą startową do ataku na Rosję. Strategiczny cel kolektywnego Zachodu nie zmienił się na przestrzeni wieków w odniesieniu do Rosji – powstrzymać, osłabić, rozczłonkować i całkowicie zniszczyć Rosję.

Zgodnie z dokumentem jednym z celów "operacji specjalnej" jest "walka z bezbożnikami", których w tekście określono jako "gwałcicieli, złodziei i morderców", którzy "nie wierzą w nic i sądzą, że zwalnia ich to z jakichkolwiek zobowiązań moralnych wobec innych ludzi".

Kreml nazywa też ukraińskie wojsko mianem "bezbożnego". Propagandziści stwierdzili, że Ukraińcy "składają ofiary i dokonują rytualnych mordów" oraz wykorzystują kobiety i dzieci jako "ludzkie tarcze".

Dla Ukranazistów (określenie stosowane w dokumencie) nie ma moralności. Oni nie rozumują w takich kategoriach i są prawdziwymi bezbożnikami. Nie obawiają się kary Bożej za swoje okrucieństwa. Wielu Ukranazistów to jawni sataniści i wyznawcy mizantropijnych kultów – oto tezy administracji Putina.

Pojedyncze publikacje z takim przesłaniem pojawiały się już wcześniej. Na przykład na początku czerwca RIA Nowosti opublikowała materiał z nagłówkiem "Kozi łeb. Satanizm i okultyzm stały się ideologią Ukraińskiego Frontu Ludowego".

Kreml znajduje jeszcze więcej analogii między wojną w Ukrainie a bitwą nad Newą. Tezy te zostały wymienione w podręczniku, który został przygotowany na początku lipca. Połowa miesiąca to tradycyjnie rocznica bitwy, która miała miejsce w 15 lipca 1240 r.

Po pierwsze, autorzy dokumentu wyjaśniają, że "kolektywny Zachód" od wieków próbuje podzielić Rosję. Wyjaśnia też, czym jest ów "kolektywny Zachód". Według kremlowskich propagandzistów, w różnych okresach pod tym terminem rozumiano: Zakon Krzyżacki, Szwecję, Rzeczpospolitą Obojga Narodów, imperium Napoleona, III Rzeszę i NATO.

Zgodnie z oficjalną wykładnią Moskwy wszystkie te państwa praktykowały tę samą taktykę: obrócić przeciwko Rosji "ludy mieszkające w pobliżu jej granic". Tu autorzy wyciągają bezpośrednią analogię do "kolektywnego Zachodu", który "pompował" Ukrainę bronią i rozmieścił tam "sieć biolaboratoriów" (zdementowany fake news o rzekomych amerykańskich laboratoriach, które miały produkować broń biologiczną – red.).

Jednak, jak czytamy w przewodniku, wszystkie zachodnie ataki na Rosję kończą się tak samo. "Społeczeństwo jednoczy się wokół narodowego przywódcy i wykazując się odwagą i bohaterstwem na polu walki, odpiera najeźdźców". Kreml "zaleca" prorządowym mediom i politykom systemowym zwrócić uwagę, że rzekomo doszło do tego po zwycięstwie w bitwie nad Newą i po rozpoczęciu wojny na Ukrainie, choć nie ma na ten temat żadnych wiarygodnych danych.

Jeden z rozdziałów dokumentu nosi tytuł "Siła w prawdzie!". Słowa te przypisuje się Aleksandrowi Newskiemu, ale kroniki podają, że książę przed bitwą wypowiedział zupełnie inne zdanie: "Bóg nie w potędze, lecz w prawdzie" (i ten cytat znajduje się również w tekście kremlowskim).

"Za rosyjskimi żołnierzami stała prawda: bronili swojego domu, a więc zwycięstwo nie mogło być inne niż nasze" – piszą autorzy dokumentu. Fragmenty na temat "operacji specjalnej" nie wspominają ani słowem o obronie domu, ale podkreślają za to, że rosyjscy żołnierze są też "pewni swojej racji, bo kontynuują zadanie swoich dziadów i pradziadów, jakim jest zniszczenie nazizmu."

Kreml uważa, że Zachód od wielu lat chce zniszczyć Rosję, aby przejąć jej zasoby. Jak zauważają autorzy podręcznika, te zasoby uległy zmianie. Podczas gdy wcześniej była to sama ludność, teraz Zachód chce surowców.

"Zachodnie społeczeństwo konsumpcyjne wymaga wielu zasobów. Zachód wyczerpał własne surowce wieki temu. Stało się to przyczyną kolonializmu i neokolonializmu. Zachód wprost mówi, że Rosja ma zbyt wiele zasobów jak na jedno państwo i dlatego trzeba ją podzielić".

Przy tych wszystkich argumentach propagandziści stawiają przed czytelnikami tezę, że wojna w Ukrainie to "uderzenie wyprzedzające". Teza ta została już wykorzystana przez prorządowe media i samego Putina.

"Rosyjskie kierownictwo i Władimir Putin osobiście zapobiegli atakowi na Rosję. Podjęto decyzję o rozpoczęciu specjalnej operacji wojskowej, co pozwoliło uniknąć powtórki z 22 czerwca 1941 r., kiedy to wojska hitlerowskie przeprowadziły inwazję na terytorium Rosji" – w ten sposób autorzy podręcznika do propagandy porównują działania Kremla i kierownictwa sowieckiego, najwyraźniej na niekorzyść tego ostatniego.

onet.pl/meduza.io

Wybory parlamentarne we Włoszech zostały zaplanowane na 25 września, po tym, jak premier Mario Draghi podał rząd do dymisji, a prezydent Sergio Mattarella zadecydował o rozwiązaniu parlamentu. Włoskie media sugerują, że za upadkiem rządu mogli stać Rosjanie, którym zależy, by wybory wygrała proputinowska prawica.

Związana z Putinem Grupa Wagnera kontroluje przepływ migrantów z Libii do Włoch — donosi "La Repubblica". "Libia jest armatą wycelowaną w kampanię wyborczą: imigracja jest chyba najpotężniejszą bronią dla tych, którzy mają interes w destabilizacji, a zatem w ingerowaniu we wrześniowe głosowanie" – powiedział anonimowo dziennikowi "La Repubblica" pracownik służb bezpieczeństwa.

Kilka tygodni po inwazji Rosji na Ukrainę włoski kontrwywiad ostrzegał, że Rosja będzie próbowała wykorzystywać swoje wpływy w Libii, by zwiększyć napływ osób szukających azylu w Europie.

Od początku tego roku drogą morską dotarło do Włoch 39 tys. migrantów — to niemal dwa razy więcej niż w całym 2021 r. i trzykrotnie więcej niż w 2020 r., kiedy migrację ograniczyła pandemia.

Jak pisze "La Repubblica", "z portów Cyrenajki kontrolowanych przez rosyjską brygadę najemników zaczęło nagle wypływać więcej łodzi, niż w ciągu ostatnich dwóch lat". Łodzie rybackie, które ledwie płyną, załadowane są setkami ludzi.

onet.pl/larepubblica.it

— Co przewiduje siódmy pakiet sankcji? Czy Rosja doświadczy nowych ograniczeń?

A. Zagrebelska:  — Siódmy pakiet udoskonalił sankcje nałożone wcześniej na Rosję. Przewiduje zakaz importu złota, w tym biżuterii, eksportu towarów podwójnego przeznaczenia i najnowszych technologii do Federacji Rosyjskiej. Ograniczenia uniemożliwiają elicie Kremla ominięcie poprzednich sankcji poprzez utrzymywanie swojego majątku w złocie, aby uchronić go przed dewaluacją.

W. Łanowyj: — Złoto jest drugim po energetyce najbardziej dochodowym towarem eksportowym w Rosji. Według Federalnej Służby Celnej w 2021 r. kraj sprzedał za granicę ponad 302 tony złota o wartości 17,4 mld USD. Lwia część obrotów (266 ton) przypadła na Wielką Brytanię, która również zakazała jego importu. W wyniku sankcji rosyjskie banki nie mogą już sprzedawać złota na najważniejszych giełdach metali szlachetnych, LME w Londynie i COMEX w Nowym Jorku. Tak, Rosja może przestawić się na inne rynki zbytu, takie jak ZEA, Turcja, Chiny, ale wielkość przychodów z eksportu będzie znacznie mniejsza.

— Dlaczego UE usunęła niektóre ograniczenia nałożone wcześniej na Rosję, w szczególności związane z handlem żywnością i ropą?

A. Nowak: — Żeby zaprzestać manipulacji Rosji, że Unia Europejska i Ukraina aranżują kryzys żywnościowy na światowych rynkach. Przecież aby zapobiec głodowi na świecie, zwłaszcza w najbiedniejszych krajach, potrzebne są dostawy nie tylko ukraińskiego, ale i rosyjskiego zboża.

A. Zagrebelska: — Jeśli chodzi o zwolnienie z restrykcji transakcji finansowych na ropę i żywność, jest to raczej krok na korzyść koalicji antywojennej. Ponieważ umożliwia państwom trzecim, które nadal kupują rosyjską ropę i żywność i nie przystępują do sankcji, płacić za nią w euro, a nie w rublach czy juanach.

— Rosyjskie serwisy informacyjne doniosły, że UE zniosła zakaz dostarczania towarów dla rosyjskiego lotnictwa cywilnego, a  rosyjskie samoloty otrzymają niezbędne części zamienne do naprawy. To prawda?

A. Zagrebelska: — Żadnego złagodzenia sankcji lotniczych nie ma. Siódmy pakiet przewiduje jedynie zapewnienie możliwości wymiany informacji z organami nadzoru Federacji Rosyjskiej i UE w dziedzinie lotnictwa. Chodzi tylko o dostęp do informacji związanych z kontrolą ruchu lotniczego.

— Wcześniej Kanada zrobiła wyjątek od sankcji i zgodziła się przekazać Niemcom turbinę gazową dla "Nord Stream 1". Czyżby to nie krok wstecz?

A. Zagrebelska: — Ale widzimy, że państwo-agresor odmawia teraz przyjęcia naprawionej turbiny. To kolejne potwierdzenie, że naprawdę jej nie potrzebuje. Rosja szuka sposobów na ograniczenie dostaw gazu do Europy, aby ograniczyć pompowanie surowca do magazynów gazu i wywołać panikę na rynkach z powodu rosnących cen i ryzyka przerw w dostawach gazu w zimie. W rzeczywistości Rosja szantażuje. Ale z czasem to będzie słabnąć, bo już trwają prace nad eksploatacją nowych światowych złóż, budują się alternatywne szlaki logistyczne.

— Czy na następnej liście sankcji zobaczymy embargo na gaz? Kraje UE każdego dnia płacą Gazpromowi za gaz 200 mln USD. W tym roku Federacja Rosyjska zwiększy przychody ze sprzedaży gazu do krajów europejskich do rekordowych 100 mld USD.

A. Zagrebelska: — Embargo na gaz pojawi się, gdy świat, a mianowicie UE, zdoła zmniejszyć zużycie gazu i zwiększyć jego produkcję do takiego poziomu, że wyjście rosyjskiego gazu z rynków zachodnich nie doprowadzi do znaczącego wzrostu jego cen, a w efekcie, do wzrostu dochodów Rosji. Przypomnę, że UE oświadczyła, że zamierza pozbyć się uzależnienia od rosyjskiego gazu najpóźniej w 2027 roku.

— Czy Moskwa odczuwa skutki sankcji? Co mówią najnowsze dane?

A. Zagrebelska: — Sankcje już zmieniły Rosję w kraj trzeciego świata. One są jak nowotwór, który daje coraz większe przerzuty i niszczy rosyjską gospodarkę. Podam tylko kilka faktów. Produkcja gazu w Federacji Rosyjskiej spadła już o 35 procent w porównaniu z rokiem ubiegłym. Rosyjski import spadł o ponad 50 procent. Realna inflacja w Federacji Rosyjskiej przekroczyła 50 procent. Sprzedaż samochodów spadła o 95 procent. Wydatki konsumentów spadły o 20 procent. Zachodnie firmy, które wytwarzały 40 procent PKB Rosji, opuściły kraj. Ponad pół miliona fachowców o wysokich kwalifikacjach wyemigrowało. Po raz pierwszy od wielu lat Rosja boryka się z 2-procentowym deficytem budżetowym i to pomimo, że ceny ropy i gazu biją rekordy. Część rezerw walutowych Rosji, która pozostała nie zamrożona, również nie wzrosła, ale zmniejszyła się po raz pierwszy od wielu lat i to w rekordowym tempie — o 75 mld USD od początku wojny na pełną skalę.

ukrayina.pl

poniedziałek, 1 sierpnia 2022


Rosjanie zintensyfikowali ostrzał i bombardowania Charkowa, Mikołajowa, Nikopola i miejscowości leżących w ich pobliżu oraz na południe od Krzywego Rogu (głównie w okolicach Zełenodolśka). Uderzenie na Mikołajów nocą 31 lipca obrońcy ocenili jako jedno z najcięższych od rozpoczęcia wojny. Ostrzeliwany nieprzerwanie od kilkunastu dni Nikopol oczekuje na przyznanie mu statusu miasta znajdującego się w strefie działań bojowych (wraz ze związanym z tym wsparciem finansowym dla ewakuowanych instytucji i mieszkańców). Stałymi celami artylerii i lotnictwa agresora pozostają pozycje i zaplecze sił ukraińskich wzdłuż linii styczności wojsk, a także przygraniczne obszary obwodów czernihowskiego i sumskiego. W wyniku ostrzału (w tym rakietowego) szczególnie ucierpiały Bachmut, Kramatorsk i Słowiańsk w obwodzie donieckim oraz Hulajpołe i Orichiw w obwodzie zaporoskim. Władze w Kijowie wezwały do ewakuacji całą ludność Donbasu, a lokalna administracja zaapelowała o to samo do mieszkańców leżących w rejonach działań wojennych miejscowości obwodu zaporoskiego. Najeźdźcy kontynuowali również uderzenia rakietowe na cele w obwodach odeskim i kirowohradzkim.

Ukraińskie Dowództwo Operacyjne „Południe” powiadomiło o kolejnych atakach z wyrzutni HIMARS, których celami stały się ponownie kolejowy most Antonowski na Dnieprze (miał zostać wyłączony z ruchu) oraz rosyjski wojskowy skład kolejowy w obwodzie chersońskim. Z kolei ukraińskie lotnictwo miało zbombardować pozycje agresora w rejonie Biłohirki na styku obwodów chersońskiego i mikołajowskiego. W wyniku ostrzału zaplecza sił rosyjskich w okupowanej części obwodu zaporoskiego miało dojść do wycofania ich jednostek z dwóch dotychczasowych pozycji (Werchnij Tokmak i Czernihiwka).

Najeźdźcy kontynuują natarcie na Bachmut, wychodząc na jego wschodnie przedpole w okolicy Pokrowśkego. Obrońcy odpierają ataki w rejonie Werszyna–Zajcewe i Jakowliwka–Sołedar, odpowiednio na południowy i północny wschód od miasta. Rosyjska grupa rozpoznawcza miała zostać odparta także na północ od Siewierska. Na południe od Bachmutu, po częściowym opanowaniu wsi Semyhirja, rosyjskie natarcie w kierunku zachodnim powstrzymywane jest w rejonie Dołomitne–Trawnewe. Walki trwają na północ i północny zachód od Doniecka – w pobliżu Awdijiwki, gdzie najeźdźcy mieli osiągnąć częściowy sukces, i miejscowości Pisky. Natarcie na północ od Awdijiwki w kierunku Kramatorska powstrzymano w rejonie Nowoseliwka Druha–Krasnohoriwka. Fiaskiem miały zakończyć się również próby przełamania obrony ukraińskiej na południowy zachód od Doniecka.

Rosjanie wznowili działania w rejonie Bałakliji w obwodzie charkowskim, gdzie obrońcy mieli dwukrotnie odeprzeć wrogie pododdziały rozpoznawcze. Niepowodzeniem miały się zakończyć kolejne ataki na pozycje ukraińskie na północ od miasta Barwinkowe (w rejonie Brażkiwki i Dmytriwki, po obu stronach drogi z Iziumu) oraz na północny zachód od Słowiańska.

Strona ukraińska i zewnętrzni obserwatorzy informują o przemieszczaniu się kolejnych jednostek rosyjskich do przygranicznego obwodu biełgorodzkiego i na okupowany Krym, a także dodatkowych wojsk do obwodu chersońskiego (na kierunek Krzywego Rogu) i zaporoskiego (miała się tam znaleźć część sił działających dotychczas na kierunku Słowiańska). Najeźdźcy postawili na Dnieprze w rejonie Chersonia co najmniej jeden most pontonowy i uruchomili przeprawę promową. Mają też wzmacniać osłonę uszkodzonych i nowych przepraw (w tym z wykorzystaniem środków walki radioelektronicznej) oraz przemieszczać do obwodu dodatkowy sprzęt inżynieryjny.

Minister obrony Ołeksij Reznikow oznajmił, że Włochy zatwierdziły czwarty pakiet pomocy wojskowej dla Ukrainy. Jego szczegółów nie ujawniono. Norwegia przekazała 14 samochodów opancerzonych Iveco LAV III, a fundacja byłego prezydenta Petra Poroszenki – zestaw dronów rozpoznawczych H10 Poseidon Mk II. Na dostarczenie ma oczekiwać pierwszych osiem armatohaubic samobieżnych Krab z kontraktu zawartego przez Polskę i Ukrainę na początku czerwca. Resort obrony Litwy poinformował o zamiarze przekazania kolejnych 10 transporterów gąsienicowych M113, a Niemiec – 16 mostów czołgowych Biber (na bazie czołgów Leopard 1). O przesłanie Kijowowi batalionowego kompletu czołgów (sowieckich T-72 lub ich jugosłowiańskiej wersji) zadecydował rząd Macedonii Północnej. Według ambasadora Ukrainy w Londynie Wadyma Prystajki Wielka Brytania ma w najbliższym czasie dostarczyć do kraju dwa niszczyciele min, najprawdopodobniej klasy Sandown, których obsługiwania uczą się tamtejsi marynarze.

Prezydent Wołodymyr Zełenski wezwał ONZ i Międzynarodowy Komitet Czerwonego Krzyża do wyjaśnienia okoliczności tragicznych wydarzeń w Ołeniwce, gdzie 29 lipca w wyniku eksplozji w budynku z przetrzymywanymi ukraińskimi jeńcami zginęło co najmniej 50 osób. Stwierdził jednoznacznie, że była to celowa, zorganizowana przez Rosjan masakra jeńców wojennych oraz że „powinno nastąpić prawne uznanie Rosji za państwowego sponsora terroryzmu”. Sztab Generalny Ukrainy zaprzeczył oskarżeniom przeciwnika, że za tragedię odpowiada armia ukraińska, która rzekomo miała ostrzelać budynek. Ukraiński wywiad wojskowy i SBU oskarżyły o śmierć jeńców rosyjską formację militarną tzw. Wagnerowców.

Siły okupacyjne niezmiennie napotykają opór miejscowej ludności i są zmuszone tworzyć struktury administracyjne opierające się na urzędnikach przywożonych z Rosji. Na terenie obwodów chersońskiego i zaporoskiego powołano tymczasowe zarządy rosyjskiego MSW, które mają się zająć zwalczaniem przejawów „ekstremizmu” i organizować wydawanie rosyjskich paszportów, a także nadzorować pracę kolaboranckich struktur bezpieczeństwa. W Chersoniu, gdzie odnotowuje się aktywność ukraińskich grup dywersyjnych, samozwańcze władze podjęły kroki prewencyjne mające utrudnić stawianie oporu okupantowi. Ogłoszono, że za wydanie nielegalnie posiadanej broni zostanie wypłacona nagroda w wysokości: 10 tys. rubli za broń bojową, 6–8 tys. rubli za myśliwską, 2 tys. rubli za pociski artyleryjskie i miny, a za wskazanie miejsca, gdzie znajduje się amunicja – 500 rubli. Osoby, które wydadzą broń, nie będą podlegać odpowiedzialności karnej. Według informacji ukraińskiego wywiadu wojskowego na okupowanych terytoriach obwodów chersońskiego i zaporoskiego zaktywizowały się placówki partii Jedna Rosja, które tworzą tzw. listy wyborców i przygotowują 20 lokali w celu przeprowadzenia we wrześniu referendum aneksyjnego.

Pod egidą rosyjskiej Służby Wywiadu Zagranicznego (SWZ) kształtowana jest „polityka historyczna” mająca uzasadnić prawa Rosji do terytorium Ukrainy. Szef służby Siergiej Naryszkin, który stoi na czele Rosyjskiego Towarzystwa Historycznego, stwierdził, że należy podjąć badania obiektów związanych z Rosją na terenie Donbasu i innych zajętych obszarów kraju oraz włączyć je do Państwowego Rejestru Obiektów Dziedzictwa Kulturowego Narodów Rosji.

Szef Komendy Głównej Policji Ihor Kłymenko oświadczył, że wszczęto 320 postępowań karnych dotyczących przywłaszczenia pomocy humanitarnej, zaś 43 osobom przedstawiono akty oskarżenia w sprawach kradzieży wsparcia materialnego przeznaczonego na potrzeby sił zbrojnych i przymusowych przesiedleńców. W obwodzie lwowskim policja zatrzymała ludzi, którzy próbowali handlować amunicją wojskową, a w dniepropetrowskim – grupę handlującą pomocą humanitarną o wartości 1,3 mln hrywien (ponad 35 tys. dolarów). W obwodzie rówieńskim przestępcy sprzedawali samochody, które zakupiono na potrzeby wsparcia sił ukraińskich, a w Tarnopolu jedna z organizacji charytatywnych przywłaszczyła sobie prawie 2 mln hrywien (ponad 50 tys. dolarów) przekazanych przez obywateli w ramach zbiórek publicznych.

1 sierpnia z portu w Odessie wypłynął pierwszy statek z ukraińskimi produktami rolnymi, co stało się możliwe dzięki podpisanemu 22 lipca porozumieniu ws. odblokowania transportu morskiego z trzech ukraińskich portów. Masowiec „Razoni” pod banderą Sierra Leone z ładunkiem 26 tys. ton kukurydzy porusza się korytarzem, którego bezpieczeństwo gwarantują strony porozumienia – ONZ i Turcja – i kieruje się do libańskiego portu Trypolis. W Odessie znajduje się 16 kolejnych statków gotowych do transportu. Minister infrastruktury Ołeksandr Kubrakow poinformował, że w najbliższych tygodniach Ukraina planuje osiągnąć pełną zdolność przeładunkową, a eksport produkcji rolnej ma zapewnić tamtejszej gospodarce 1 mld dolarów dochodu miesięcznie.

Także 1 sierpnia wchodzi w życie embargo UE na import węgla z Rosji na podstawie przyjętego 7 kwietnia piątego pakietu sankcji. W ramach restrykcji wprowadzono zakaz zakupu, importu i transportu węgla i innych paliw kopalnych pochodzących lub eksportowanych z Rosji. Wcześniej Unia co roku sprowadzała tamtejszy węgiel o wartości 8 mld euro.

28 lipca UE zdecydowała o dwuipółkrotnym zwiększeniu importu energii elektrycznej z Ukrainy. Operatorzy europejskiego systemu energetycznego ENTSO-E wyrazili zgodę na wzrost jej eksportu z tego kraju ze 100 do 250 MW na dobę. Obecnie ukraińską energię kupują Polska, Słowacja, Rumunia i Mołdawia. Po rozpoczęciu inwazji przestały ją natomiast sprowadzać Węgry. Państwowa spółka Ukrenerho ocenia, że wzrost importu energii z Ukrainy pozwoli UE na dalsze ograniczanie zużycia rosyjskiego gazu, a w przyszłości na zastąpienie do 5 mld m3 tego surowca rocznie.

Premier Denys Szmyhal oświadczył, że 1 sierpnia wpłynęła pierwsza transza z wartej 1 mld euro pomocy finansowej UE. Drugiej należy się spodziewać następnego dnia. Są one częścią większego wsparcia makrofinansowego na rzecz przeciwdziałania skutkom wojny o łącznej wartości 9 mld euro. Z kolei Narodowy Bank Ukrainy ogłosił, że w 2022 r. PKB kraju zmniejszy się o jedną trzecią, a inflacja przekroczy 30%. Jednocześnie jego analitycy przewidują, że w latach 2023–2024 nastąpi trend wzrostowy, który osiągnie poziom 5–6% rocznie – dzięki ożywieniu popytu konsumpcyjnego, wznowieniu procesów technologicznych i logistycznych oraz aktywizacji działalności inwestycyjnej, zwłaszcza w związku z perspektywą integracji europejskiej.

Komentarz

Od czasu wycofania sił z północnej Ukrainy oraz części obwodów charkowskiego i mikołajowskiego Rosja nie organizowała dużych przemieszczeń wojsk na teatrze działań ani nie sprowadzała nowych jednostek do graniczących z napadniętym krajem obwodów. Względnie stabilna sytuacja utrzymywała się od połowy maja. Według danych Pentagonu w operację zaangażowanych było 110 batalionowych grup taktycznych. Obserwowane obecnie natężenie ruchu sił agresora należy wiązać z jednej strony ze zwiększeniem zdolności armii ukraińskiej w zakresie precyzyjnych uderzeń na zaplecze przeciwnika (Ukraina dysponuje 12 wyrzutniami systemu HIMARS, do których otrzymała pociski naprowadzane na cel za pomocą GPS, w najbliższym czasie ma dostać kolejne cztery wyrzutnie), z drugiej zaś – z rosnącym prawdopodobieństwem podjęcia przez Kijów kroków o charakterze ofensywnym, wymuszonych dotychczasową polityką informacyjną.

Zdecydowanie większe zagrożenie dla rosyjskiej operacji niż potencjalna kontrofensywa stanowią wspomniane wyżej rosnące zdolności ukraińskiej artylerii. Z tego względu należy przyjąć, że agresor wznowi działania ofensywne jako pierwszy i będzie się starał odsunąć pozycje obrońców jak najdalej od obszarów, gdzie mają zostać przeprowadzone zaplanowane przez Moskwę na wrzesień pseudoreferenda na temat przyszłości okupowanych terenów. Ewentualnie wojska najeźdźcze będą się starały zmusić przeciwnika (wraz z jego nowo pozyskanymi możliwościami) do przesunięcia głównego ciężaru zaangażowania do innych regionów. W tym kontekście za najbardziej prawdopodobne należy uznać uderzenie agresora na Charków i/lub Zaporoże i miasto Dniepr (prowadzone równocześnie po obu stronach rzeki Dniepr).

Rosja przywiązuje dużą wagę do tworzenia „historycznych” podstaw aneksji zajętych terytoriów. Obejmując patronat nad operacją mającą ugruntować pogląd o jej „cywilizacyjnej” roli imperialnej na terenach ukraińskich, wywiad zagraniczny FR aktywnie włączył się w plan falsyfikacji wydarzeń historycznych. Celem tych działań jest doprowadzenie do ostatecznej „deukrainizacji” okupowanych obszarów i zatarcia pamięci o dążeniu Ukraińców do niezależności. Osobisty udział w kampanii dyrektora SWZ wskazuje na to, że kreowanie „polityki historycznej” stało się domeną służb specjalnych, a jej realizacja jest traktowana jako operacja o znaczeniu strategicznym.

osw.waw.pl

Najważniejszą bronią kumulacyjną II WŚ był jednak niemiecki Panzerfaust – produkowany od sierpnia 1943 roku przechodził stałą ewolucję. Pierwsze wersje (Faustpatrone, Panzerfaust Klein; Panzerfaust 30) pokonywały do 150 i 200 mm stali, ale ich zasięg efektywny wynosił zaledwie 30-40 m. Kolejne wersje – Panzerfaust 60 i 100 pokonywały już 200 mm stali, zaś ich zasięg maksymalny wynosił do celów stacjonarnych /ruchomych odpowiednio dla obu wersji  80/150 m i 60/100 m. Zasięgi efektywne były jednak prawie o połowę mniejsze. Przede wszystkim Panzerfausty były produkowane masowo – do końca Trzeciej Rzeszy powstało 8,5 mln wszystkich wersji (!) i to właśnie owa broń przyczyniła się do znacznego uodpornienia niemieckiej piechoty na ataki sowieckich czołgów - zwłaszcza w ostatnim roku wojny kiedy brakowało dział przeciwpancernych, pancernych i czołgów. Jednakże tylko w jednym przypadku użycie Panzerfaustów i Panzerschrecków miało wymiar operacyjny. W 1944 roku podczas operacji wyborsko - pietrozawodzkiej wojska Sowietów przełamały pozycje obronne Finów i w bardzo sprawnie przeprowadzonej operacji zdobyły Wyborg już 20 czerwca. Następnego dnia rozpoczęto natarcie które miało doprowadzić do wdarcia się w przestrzeń operacyjną, a w konsekwencji – rzucić Finlandię na kolana. W efekcie doszło do bitwy pod Tali-Ihantala w której ostatnie rezerwy Finów usiłowały załatać wyłom w froncie. Różnicą jedna stała się nagła jakościowa zmiana w fińskich możliwościach przeciwpancernych. Do połowy czerwca piechota Finów dysponowała bowiem zaledwie 1854 Panzerschreckami dostarczonymi od kwietnia 1944 roku (i 18 tys. pocisków do nich). Była to zbyt szczupła ilość, która nie wystarczała wobec zastraszająco szybko szybko wykruszających się w walce nielicznych armat ppanc oraz czołgów i dział samobieżnych. Finowie stanęli przed problemem niemożności skutecznego zwalczania sowieckich nawał pancernych wspartych artylerią – mimo trudnego lesistego terenu. Jednakże już 19 czerwca niemieckie kutry torpedowe dostarczyły finom 9 tysięcy Panzerfaustów, zaś trzy dni później Luftwaffe dostarczyła następne 5 tysięcy sztuk. Dostawy owe umożliwiły skuteczne odtworzenie zdolności przeciwpancernych, które wraz z determinacją i sprawnym dowodzeniem pozwoliły na osiągnięcie podczas krwawej i heroicznej bitwy pod Tali-Ihantala pata, który wraz z sytuacją geopolityczną i postępami Aliantów w Normandii przyczynił się do zaprzestania prowadzenia natarcia przez sowietów 18 lipca i rozpoczęcia negocjacji, które 4 września przerodziły się w zawieszenie broni zaś 19 września w rozejm. Jest to bodajże jedyny znany przykład z lat drugiej wojny światowej kiedy określony rodzaj broni (w tym wypadku Panzerfaust) miał bezpośrednie przełożenie na wynik walk i w rezultacie – ostateczny rezultat całej operacji.

wolskiowojnie.pl

Monarchia sprawowała rządy w Rosji za pomocą pięciu instytucji: aparatu urzędniczego, policji bezpieczeństwa, szlachty, wojska i Cerkwi prawosławnej. Stan urzędniczy wywodził się ze służby domowej średniowiecznych książąt, pierwotnie niewolników, i aż po wiek XX zachował silne ślady swego pochodzenia. Urzędnicy występowali nadal głównie w roli osobistej służby monarchy, a nie jako słudzy narodu. Nie uważali państwa za coś odrębnego i nadrzędnego w stosunku do monarchy i jego biurokracji. Wstępując na służbę, urzędnik rosyjski przysięgał wierność nie państwu czy narodowi, lecz osobie władcy. Pełnił służbę wyłącznie wedle kaprysów monarchy i swych bezpośrednich przełożonych. Wyżsi urzędnicy mieli prawo wyrzucić podwładnego z pracy bez konieczności przedstawiania powodów i bez dawania możliwości obrony. Regulamin służby zamykał przed wyrzuconym urzędnikiem wszelką drogę Odwołania:

Urzędnicy, którzy zdaniem swych zwierzchników nie nadawali się do wykonywania swoich obowiązków, z jakichkolwiek względów [okazywali się] niegodni zaufania albo popełnili wykroczenie, o którym ich zwierzchnik wiedział, ale którego nie można było dowieść za pomocą faktów, mogą być zwolnieni ze służby przez właściwych zwierzchników według ich uznania. [...] Urzędnicy bezceremonialnie zwalniani ze służby wedle uznania ich zwierzchników, bez choćby powiadomienia ich o przyczynach, nie mają prawa zaskarżenia takiego postanowienia. Ich prośby o przywrócenie na poprzednie stanowisko lub o rozprawę sądową muszą nie tylko pozostać bez rozpoznania, ale nie mogą być nawet przyjęte przez Senat Rządzący ani przez Kancelarię Jego Cesarskiej Mości...

Jakby dla podkreślenia, że urzędnicy państwowi wywodzą się z poddańczej służby domowej, nie mogli oni – bez względu na szczebel w hierarchii – bez zezwolenia wystąpić ze służby. Jeszcze w 1916 roku ministrowie, których większość sprzeciwiała się wówczas polityce cara, musieli prosić o zezwolenie na podanie się do dymisji, na co w licznych wypadkach car wręcz odmawiał zgody – sytuacja dla Europejczyka trudna nawet do pojęcia. 

Z wyjątkiem sędziów i pewnych kategorii specjalistów od urzędników rosyjskich nie wymagano dowodów posiadanego wykształcenia. W przeciwieństwie do ówczesnej Europy, gdzie nominacje urzędników państwowych wymagały bądź świadectwa szkolnego, bądź zdania egzaminu, albo jednego i drugiego, w Rosji nie dbano o cenzus nowo przyjmowanych. Celem zakwalifikowania na stanowisko  kancelisty, będące odskocznią na najniższy szczebel kariery urzędniczej, kandydat musiał się wykazać jedynie umiejętnością czytania i poprawnego pisania oraz opanowaniem podstaw matematyki. Aby przejść na kolejny szczebel, musiał zdawać egzamin sprawdzający poziom wiedzy wymagany od absolwenta szkoły średniej. Wdrapawszy się na najniższy szczebel służby państwowej, urzędnik nie musiał już nigdy potem wykazywać się żadnymi dodatkowymi umiejętnościami i wspinał się po drabinie kariery dzięki wysłudze lat i rekomendacji zwierzchnika. W rezultacie urzędnicy imperialni byli mianowani i awansowani na podstawie nieokreślonych kryteriów, które w praktyce sprowadzały się głównie do bezwzględnej wierności dynastii, do ślepego posłuszeństwa
w wykonywaniu poleceń oraz do niekwestionowanej akceptacji status quo.

Jako osobiści słudzy cara urzędnicy imperatorskiej biurokracji stali ponad prawem. Urzędnika można było zaskarżyć i postawić przed sądem wyłącznie za zgodą przełożonego. Bez takiego upoważnienia sądownictwo było bezsilne, jeśli idzie o stawianie urzędników w stan oskarżenia. Zgody na sądzenie urzędników udzielano bardzo rzadko, a to z dwóch powodów. Skoro, przynajmniej w teorii, wszystkich mianował car, nieudolność urzędnika w pełnieniu powierzonych mu obowiązków rzucała niekorzystne światło na przenikliwość cara. Po drugie, zawsze istniało niebezpieczeństwo, że gdyby zezwolono oskarżonemu urzędnikowi występować przed sądem we własnej obronie, mógłby wplątać w sprawę swych zwierzchników. W praktyce więc urzędników winnych jakiegoś wykroczenia przenoszono bez rozgłosu na inne stanowisko, a gdy byli dostatecznie zasłużeni, awansowano ich do imponujących, ale pozbawionych jakiegokolwiek znaczenia godności w Senacie lub w Radzie Państwa. W takich sprawach nawet sam car musiał ulegać panującym obyczajom. Po wypadku kolejowym, w którym omal nie postradał życia, Aleksander III chciał postawić przed sądem ministra transportu. W końcu wyperswadowano mu ten zamiar, argumentując, że publiczna rozprawa przeciw ministrowi, który urząd ten piastował przez 14 lat, oznaczałaby, że „niezasłużenie cieszył się zaufaniem monarchy”. A to oznaczałoby, że car pomylił się w ocenie. Zdaniem niektórych współczesnych brak odpowiedzialności rosyjskiego stanu urzędniczego przed prawem czy jakimkolwiek organem zewnętrznym w stosunku do biurokracji stanowił o podstawowej różnicy między aparatem urzędniczym w Rosji i w Europie Zachodniej. W istocie był to tylko jeden z licznych przejawów ducha patrymonialnego, ciągle mocno zakorzenionego w państwie rosyjskim. 

W szeregach rosyjskiej biurokracji, zwłaszcza w ostatnich latach monarchii, znajdowało się wielu wykształconych i oddanych urzędników. Szczególnie liczni byli w ministerstwach i urzędach mieszczących się w Petersburgu. Angielski historyk Rosji, Bernard Pares, w trakcie częstych przed 1917 rokiem wizyt w tym kraju zauważył, że bez munduru czinownik okazywał się często intelektualistą, zatroskanym tymi samymi sprawami, które niepokoiły ogół społeczeństwa. Gdy jednak przywdział mundur i wypełniał obowiązki służbowe, oczekiwano od niego, aby zachowywał się wyniośle i arogancko. Warunki służby, zwłaszcza brak poczucia bezpieczeństwa, faktycznie sprzyjały służalczości wobec przełożonych i chamstwu wobec wszystkich pozostałych. Po urzędniku oczekiwano, że dla świata zewnętrznego będzie kimś bezgranicznie zadufanym:

U podłoża zawsze występowała chęć przedstawienia „władzy” jako wszechwiedzącego, rozważnego, a w ostatecznym rachunku nieomylnego zespołu sług państwa, bezinteresownie działających wespół z monarchią w dobrze pojętym interesie Rosji.

Nieodłącznym elementem tego autorytetu była tajemniczość, przyczyniająca się do podtrzymania złudnego obrazu władzy nie  znającej ani niezgody, ani niepowodzeń. Biurokracja najbardziej bała się jawności spraw publicznych, której opinia publiczna domagała się od połowy XIX wieku.

Richard Pipes - Rewolucja rosyjska

niedziela, 31 lipca 2022


Bukiet suszonych róż leży na chodniku, na kamiennych schodach stoją cztery lampy nagrobne. Nad nimi stoi dwóch żołnierzy z brązu. Mają na sobie szerokie płaszcze i stalowe hełmy. Jeden z nich trzyma flagę i robi wymach prawą ręką, by rzucić granat. Drugi żołnierz klęczy za nim, z karabinem maszynowym w gotowości.

Drezno, Olbrichtplatz. Figury znajdują się w mieście od 1945 r., najpierw na Albertplatz, a teraz w pobliżu Muzeum Wojskowo-Historycznego Bundeswehry. Przedstawiają radzieckich żołnierzy w walce. Milcząco przypominają o zwycięstwie nad dyktaturą nazistowską i o poległych żołnierzach Armii Czerwonej.

Pomnik w Dreźnie był pierwszym pomnikiem wzniesionym dla żołnierzy radzieckich w Niemczech. Na terenie byłej NRD znajduje się wiele innych pomników i grobów wojennych żołnierzy Armii Czerwonej. Sowieckie miejsca pamięci od lat budzą kontrowersje, a rosyjska inwazja na Ukrainę na nowo rozpaliła debatę: jak wschodnioniemieckie miasta powinny poradzić sobie z tym dziedzictwem?

Ostatnie wydarzenia wokół pomnika w Dreźnie pokazują, że nie ma na to prostej odpowiedzi — ale że miasta i ich mieszkańcy muszą znaleźć odpowiedź. A wszystko zaczęło się od tweeta.

Pod koniec marca Stefan Scharf, członek Wolnych Demokratów (FDP) w Dreźnie, wezwał na Twitterze do rozebrania pomnika na Olbrichtplatz. Już dawno stracił on swój "czcigodny charakter" i powinien zostać wystawiony w muzeum, napisał Scharf. Nawiązuje on do 1. Gwardyjskiej Armii Pancernej ZSRR, która stacjonowała w Dreźnie podczas zimnej wojny. To te czołgi pomogły stłumić powstanie ludowe w NRD w 1953 r. i Praską Wiosnę w 1968 r. Dziś 1. Gwardyjska Armia Pancerna przemierza Ukrainę jako część sił rosyjskich. Pomnik żołnierzy radzieckich — uważa Scharf — powinien zniknąć z miasta.

Kilka tygodni po opublikowaniu tweeta Stefan Scharf nadal nie zmienił swojego stanowiska. — Nie chodzi o to, żeby zniknęła radziecka czy rosyjska historia — mówi — Ale ten pomnik ukrywa więcej niż mówi.

Za rosyjskim napisem — który wychwala "wieczną chwałę" żołnierzy Armii Czerwonej — jego twórcy ukryli inne walczące na wojnie narodowości ZSRR. I na dodatek, podkreśla Scharf, "napis na pomniku przedstawia Armię Czerwoną jako wyzwolicieli i ukrywa fakt, że radzieckie czołgi były używane przeciwko cywilom".

Polityk FDP nie jest osamotniony w swoich poglądach. Na swojej stronie internetowej ratusz nazywa pomnik "pomnikiem sprzeczności". Symbolizuje on wolę oporu wobec agresji reżimu nazistowskiego, ale jako pomnik zwycięski dokumentuje również "charakter systemu stalinowskiego i reżimu okupacyjnego".

Żądając demontażu, Scharf miał nadzieję, że jego tweety wywołają dyskusję. W kwietniu portal informacyjny Tag24 podjął dyskusję na ten temat. I prawdopodobnie tak tweet trafił do rosyjskiego konsula generalnego w Lipsku. Andrej Dronow napisał list bezpośrednio do burmistrza Drezna, Dirka Hilberta (FDP).

Pismo Dronowa jest dobrym przykładem rosyjskiego rewizjonizmu historycznego. Liczne radzieckie pomniki w Niemczech są "widocznymi znakami wdzięcznej pamięci Rosjan i żyjących dziś Niemców" — czytamy w nim. Pozwolenie na ich zniknięcie jest nie do pomyślenia, ponieważ "wymazałoby to to, co czyni nas, Rosjan i Niemców, wyjątkowymi". A więc ani słowa o Ukraińcach, Białorusinach czy innych narodowościach, które również walczyły w Armii Czerwonej.

List konsula generalnego wywołał w Dreźnie zdumienie. To niezwykłe, że przedstawiciel Federacji Rosyjskiej wykorzystuje tweet członka partii politycznej, by napisać list do burmistrza. Konsulowi ostatecznie odpisał radny Holger Hase, który jest przewodniczącym okręgu FDP. Napisał, że chociaż sprzeciwia się demontażowi pomnika, to Scharf miał prawo napisać taki tweet.

Hase uważa, że konsul generalny doskonale wiedział, że burmistrz jest niewłaściwym adresatem jego listu. Niemniej jednak "z pewnością było to zamierzone", by list trafił do miasta. W końcu burmistrz i rada miejska w uchwale po wybuchu wojny w Ukrainie wyraźnie opowiedzieli się przeciwko rosyjskiej agresji. — Nie wyobrażam sobie, żeby rosyjski konsulat nie potrafił odróżnić administracji miasta od partii politycznej — uważa Hase. Tweet o pomniku był dla Dronowa najwyraźniej dobrą okazją do publicznego poskarżenia się i do próby zdyskredytowania osób, które krytykują pomnik.

List Dronowa wykorzystuje schemat z rosyjskiej propagandy: twierdzenie, że stosunki między Berlinem a Moskwą psuje strona niemiecka — a nie rosyjska wojna napastnicza czy groźby ataków nuklearnych i zamrożenie dostaw gazu.

W podobnym duchu co list, rosyjski MSZ pod koniec czerwca próbował oczernić rząd w Berlinie. W oświadczeniu opublikowanym w rocznicę inwazji Niemiec na Związek Radziecki mówi się o "agitacji propagandowej" i "rusofobicznej histerii" w Niemczech. "Słowem i czynem urzędnicy berlińscy narażają na szwank rezultaty dziesięcioleci wysiłków Rosji i Niemiec, mających na celu przezwyciężenie powojennej wrogości, niechęci i nieufności między narodem rosyjskim i niemieckim" — czytamy w oświadczeniu Moskwy.

onet.pl/Die Welt

Kilka dni po rozpoczęciu przez Rosję inwazji na Ukrainę rosyjski samolot transportowy stanął na pasie startowym lotniska w Chartumie, stolicy Sudanu. Według dokumentów miał przewozić ciastka, ale Sudan praktycznie nigdy ich nie eksportuje, więc urzędnicy nabrali podejrzeń – opisuje CNN.

Choć pracownicy lotniska obawiali się, że próba zatrzymania samolotu może rozgniewać coraz bardziej prorosyjskie władze wojskowe Sudanu, ostatecznie przeszukali maszynę. W środku znaleźli kolorowe opakowania ciastek, a pod nimi – drewniane skrzynie zawierające tonę złota.

Lutowy incydent był jednym z co najmniej 16 znanych rosyjskich lotów szmuglujących złoto z Sudanu w ciągu ostatnich 18 miesięcy. Z wywiadów z wysoko postawionymi urzędnikami w Sudanie i USA wynika, że był częścią złożonej rosyjskiej operacji grabienia sudańskich zasobów, by wzmocnić Rosję w obliczu zachodnich sankcji gospodarczych – pisze CNN.

Dowody wskazują również, że z Rosją współpracują sudańskie władze wojskowe, które umożliwiły wyprowadzenie złota wartego miliardy dolarów, co pozbawiło budżet zubożałego kraju bardzo istotnych dla niego środków. W zamian Rosja udzieliła wsparcia wojskowego i politycznego juncie, która brutalnie tłumi ruch demokratyczny.

Według amerykańskich urzędników Rosja aktywnie wspierała wojskowy zamach stanu z 2021 r., który obalił cywilny rząd przejściowy. — Od dawna wiemy, że Rosja eksploatuje surowce naturalne Sudanu. By utrzymać dostęp do tych surowców, Rosja zachęcała do wojskowego puczu – powiedział jeden z urzędników.

W centrum tego układu pomiędzy Rosją a sudańskimi generałami znajduje się rosyjski oligarcha Jewgenij Prigożyn, właściciel prywatnej firmy wojskowej znanej jako grupa Wagnera. Jej najemnicy oskarżani są o tortury, masowe zabójstwa i grabieże w kilku ogarniętych wojnami państwach, w tym w Syrii i Republice Środkowoafrykańskiej.

W Sudanie głównym narzędziem Prigożyna jest spółka Meroe Gold, która wydobywa złoto i szkoli rządową armię. W 2020 r. została objęta amerykańskimi sankcjami i obecnie działa pod przykrywką sudańskiej firmy al-Solag – twierdzi CNN.

— Poprzez Meroe Gold i inne firmy związane z pracownikami Prigożyna rozwinął on strategię grabienia surowców gospodarczych krajów afrykańskich, w których podejmuje interwencje, w zamian za wsparcie dla miejscowych rządów – ocenił Denis Korotkow z pracującego w Londynie zespołu Dossier Center, śledzącego przestępczą działalność osób związanych z Kremlem.

Złoto wywożone z Sudanu przez Rosjan nie jest rejestrowane, więc trudno ustalić jego dokładną wartość. Według informacji od sygnalisty z sudańskiego banku centralnego w 2021 r. zniknęły 32,7 tony złota, które byłoby warte 1,9 mld dol. Wiele źródeł ocenia jednak, że skala procederu jest większa, a szmuglowanych jest około 90 proc. całej produkcji złota w Sudanie.

Kilka lokalnych kół dziennikarskich, z ustaleń których CNN korzystała w przygotowaniu artykułu, znalazło się na celowniku junty i musiało emigrować. Według źródeł w strukturach bezpieczeństwa dziennikarka CNN Nima Elbagir znalazła się na liście osób, których junta chce się pozbyć.

Samolot przeszukany w lutym w Chartumie odleciał z ciastkami i toną złota. Według CNN interweniowali w jego sprawie wysoko postawieni wojskowi. Część urzędników, którzy wykryli przemyt, zostało przeniesionych na prowincję, a niektórych wcielono do wojska. — Zapłacili za to, że wykonywali swoją pracę – powiedziało CNN źródło zapoznane ze sprawą.

onet.pl/PAP