niedziela, 31 lipca 2022


Bukiet suszonych róż leży na chodniku, na kamiennych schodach stoją cztery lampy nagrobne. Nad nimi stoi dwóch żołnierzy z brązu. Mają na sobie szerokie płaszcze i stalowe hełmy. Jeden z nich trzyma flagę i robi wymach prawą ręką, by rzucić granat. Drugi żołnierz klęczy za nim, z karabinem maszynowym w gotowości.

Drezno, Olbrichtplatz. Figury znajdują się w mieście od 1945 r., najpierw na Albertplatz, a teraz w pobliżu Muzeum Wojskowo-Historycznego Bundeswehry. Przedstawiają radzieckich żołnierzy w walce. Milcząco przypominają o zwycięstwie nad dyktaturą nazistowską i o poległych żołnierzach Armii Czerwonej.

Pomnik w Dreźnie był pierwszym pomnikiem wzniesionym dla żołnierzy radzieckich w Niemczech. Na terenie byłej NRD znajduje się wiele innych pomników i grobów wojennych żołnierzy Armii Czerwonej. Sowieckie miejsca pamięci od lat budzą kontrowersje, a rosyjska inwazja na Ukrainę na nowo rozpaliła debatę: jak wschodnioniemieckie miasta powinny poradzić sobie z tym dziedzictwem?

Ostatnie wydarzenia wokół pomnika w Dreźnie pokazują, że nie ma na to prostej odpowiedzi — ale że miasta i ich mieszkańcy muszą znaleźć odpowiedź. A wszystko zaczęło się od tweeta.

Pod koniec marca Stefan Scharf, członek Wolnych Demokratów (FDP) w Dreźnie, wezwał na Twitterze do rozebrania pomnika na Olbrichtplatz. Już dawno stracił on swój "czcigodny charakter" i powinien zostać wystawiony w muzeum, napisał Scharf. Nawiązuje on do 1. Gwardyjskiej Armii Pancernej ZSRR, która stacjonowała w Dreźnie podczas zimnej wojny. To te czołgi pomogły stłumić powstanie ludowe w NRD w 1953 r. i Praską Wiosnę w 1968 r. Dziś 1. Gwardyjska Armia Pancerna przemierza Ukrainę jako część sił rosyjskich. Pomnik żołnierzy radzieckich — uważa Scharf — powinien zniknąć z miasta.

Kilka tygodni po opublikowaniu tweeta Stefan Scharf nadal nie zmienił swojego stanowiska. — Nie chodzi o to, żeby zniknęła radziecka czy rosyjska historia — mówi — Ale ten pomnik ukrywa więcej niż mówi.

Za rosyjskim napisem — który wychwala "wieczną chwałę" żołnierzy Armii Czerwonej — jego twórcy ukryli inne walczące na wojnie narodowości ZSRR. I na dodatek, podkreśla Scharf, "napis na pomniku przedstawia Armię Czerwoną jako wyzwolicieli i ukrywa fakt, że radzieckie czołgi były używane przeciwko cywilom".

Polityk FDP nie jest osamotniony w swoich poglądach. Na swojej stronie internetowej ratusz nazywa pomnik "pomnikiem sprzeczności". Symbolizuje on wolę oporu wobec agresji reżimu nazistowskiego, ale jako pomnik zwycięski dokumentuje również "charakter systemu stalinowskiego i reżimu okupacyjnego".

Żądając demontażu, Scharf miał nadzieję, że jego tweety wywołają dyskusję. W kwietniu portal informacyjny Tag24 podjął dyskusję na ten temat. I prawdopodobnie tak tweet trafił do rosyjskiego konsula generalnego w Lipsku. Andrej Dronow napisał list bezpośrednio do burmistrza Drezna, Dirka Hilberta (FDP).

Pismo Dronowa jest dobrym przykładem rosyjskiego rewizjonizmu historycznego. Liczne radzieckie pomniki w Niemczech są "widocznymi znakami wdzięcznej pamięci Rosjan i żyjących dziś Niemców" — czytamy w nim. Pozwolenie na ich zniknięcie jest nie do pomyślenia, ponieważ "wymazałoby to to, co czyni nas, Rosjan i Niemców, wyjątkowymi". A więc ani słowa o Ukraińcach, Białorusinach czy innych narodowościach, które również walczyły w Armii Czerwonej.

List konsula generalnego wywołał w Dreźnie zdumienie. To niezwykłe, że przedstawiciel Federacji Rosyjskiej wykorzystuje tweet członka partii politycznej, by napisać list do burmistrza. Konsulowi ostatecznie odpisał radny Holger Hase, który jest przewodniczącym okręgu FDP. Napisał, że chociaż sprzeciwia się demontażowi pomnika, to Scharf miał prawo napisać taki tweet.

Hase uważa, że konsul generalny doskonale wiedział, że burmistrz jest niewłaściwym adresatem jego listu. Niemniej jednak "z pewnością było to zamierzone", by list trafił do miasta. W końcu burmistrz i rada miejska w uchwale po wybuchu wojny w Ukrainie wyraźnie opowiedzieli się przeciwko rosyjskiej agresji. — Nie wyobrażam sobie, żeby rosyjski konsulat nie potrafił odróżnić administracji miasta od partii politycznej — uważa Hase. Tweet o pomniku był dla Dronowa najwyraźniej dobrą okazją do publicznego poskarżenia się i do próby zdyskredytowania osób, które krytykują pomnik.

List Dronowa wykorzystuje schemat z rosyjskiej propagandy: twierdzenie, że stosunki między Berlinem a Moskwą psuje strona niemiecka — a nie rosyjska wojna napastnicza czy groźby ataków nuklearnych i zamrożenie dostaw gazu.

W podobnym duchu co list, rosyjski MSZ pod koniec czerwca próbował oczernić rząd w Berlinie. W oświadczeniu opublikowanym w rocznicę inwazji Niemiec na Związek Radziecki mówi się o "agitacji propagandowej" i "rusofobicznej histerii" w Niemczech. "Słowem i czynem urzędnicy berlińscy narażają na szwank rezultaty dziesięcioleci wysiłków Rosji i Niemiec, mających na celu przezwyciężenie powojennej wrogości, niechęci i nieufności między narodem rosyjskim i niemieckim" — czytamy w oświadczeniu Moskwy.

onet.pl/Die Welt

Kilka dni po rozpoczęciu przez Rosję inwazji na Ukrainę rosyjski samolot transportowy stanął na pasie startowym lotniska w Chartumie, stolicy Sudanu. Według dokumentów miał przewozić ciastka, ale Sudan praktycznie nigdy ich nie eksportuje, więc urzędnicy nabrali podejrzeń – opisuje CNN.

Choć pracownicy lotniska obawiali się, że próba zatrzymania samolotu może rozgniewać coraz bardziej prorosyjskie władze wojskowe Sudanu, ostatecznie przeszukali maszynę. W środku znaleźli kolorowe opakowania ciastek, a pod nimi – drewniane skrzynie zawierające tonę złota.

Lutowy incydent był jednym z co najmniej 16 znanych rosyjskich lotów szmuglujących złoto z Sudanu w ciągu ostatnich 18 miesięcy. Z wywiadów z wysoko postawionymi urzędnikami w Sudanie i USA wynika, że był częścią złożonej rosyjskiej operacji grabienia sudańskich zasobów, by wzmocnić Rosję w obliczu zachodnich sankcji gospodarczych – pisze CNN.

Dowody wskazują również, że z Rosją współpracują sudańskie władze wojskowe, które umożliwiły wyprowadzenie złota wartego miliardy dolarów, co pozbawiło budżet zubożałego kraju bardzo istotnych dla niego środków. W zamian Rosja udzieliła wsparcia wojskowego i politycznego juncie, która brutalnie tłumi ruch demokratyczny.

Według amerykańskich urzędników Rosja aktywnie wspierała wojskowy zamach stanu z 2021 r., który obalił cywilny rząd przejściowy. — Od dawna wiemy, że Rosja eksploatuje surowce naturalne Sudanu. By utrzymać dostęp do tych surowców, Rosja zachęcała do wojskowego puczu – powiedział jeden z urzędników.

W centrum tego układu pomiędzy Rosją a sudańskimi generałami znajduje się rosyjski oligarcha Jewgenij Prigożyn, właściciel prywatnej firmy wojskowej znanej jako grupa Wagnera. Jej najemnicy oskarżani są o tortury, masowe zabójstwa i grabieże w kilku ogarniętych wojnami państwach, w tym w Syrii i Republice Środkowoafrykańskiej.

W Sudanie głównym narzędziem Prigożyna jest spółka Meroe Gold, która wydobywa złoto i szkoli rządową armię. W 2020 r. została objęta amerykańskimi sankcjami i obecnie działa pod przykrywką sudańskiej firmy al-Solag – twierdzi CNN.

— Poprzez Meroe Gold i inne firmy związane z pracownikami Prigożyna rozwinął on strategię grabienia surowców gospodarczych krajów afrykańskich, w których podejmuje interwencje, w zamian za wsparcie dla miejscowych rządów – ocenił Denis Korotkow z pracującego w Londynie zespołu Dossier Center, śledzącego przestępczą działalność osób związanych z Kremlem.

Złoto wywożone z Sudanu przez Rosjan nie jest rejestrowane, więc trudno ustalić jego dokładną wartość. Według informacji od sygnalisty z sudańskiego banku centralnego w 2021 r. zniknęły 32,7 tony złota, które byłoby warte 1,9 mld dol. Wiele źródeł ocenia jednak, że skala procederu jest większa, a szmuglowanych jest około 90 proc. całej produkcji złota w Sudanie.

Kilka lokalnych kół dziennikarskich, z ustaleń których CNN korzystała w przygotowaniu artykułu, znalazło się na celowniku junty i musiało emigrować. Według źródeł w strukturach bezpieczeństwa dziennikarka CNN Nima Elbagir znalazła się na liście osób, których junta chce się pozbyć.

Samolot przeszukany w lutym w Chartumie odleciał z ciastkami i toną złota. Według CNN interweniowali w jego sprawie wysoko postawieni wojskowi. Część urzędników, którzy wykryli przemyt, zostało przeniesionych na prowincję, a niektórych wcielono do wojska. — Zapłacili za to, że wykonywali swoją pracę – powiedziało CNN źródło zapoznane ze sprawą.

onet.pl/PAP

Autorzy cofają się do wydarzeń z 12 kwietnia. W tym dniu przewodniczący trzech komisji Bundestagu zatrzymali się na krótko w Warszawie w drodze do Kijowa. Szefowa komisji obrony Marie-Agnes Strack-Zimmermann (FDP), szef komisji ds. europejskich Anton Hofreiter (Zieloni) oraz kierujący komisją spraw zagranicznych Michael Roth (SPD) spotkali się z kolegami z Sejmu. W śniadaniu uczestniczył też wiceminister Szymon Szynkowski vel Sęk, co nadało spotkaniu oficjalny charakter – czytamy w analizie opublikowanej na pierwszej stronie gazety.

Jak podkreślają autorzy, rozmowa rozpoczęła się „nie najlepiej”. Szynkowski vel Sęk uważany jest za „twardego zawodnika” i „ostro zabrał się” za gości, krytykując opieszałość Niemiec w sprawie pomocy dla Ukrainy. Były wiceszef MSZ Michael Roth, który dobrze zna Szynkowskiego vel Sęka, kontrował jego argumenty. Pomimo tego Niemcy czuli się jak „biedni grzesznicy” podczas przesłuchania, a nie jak goście u przyjaciół. Aby „ratować sytuację”, troje niemieckich parlamentarzystów zaproponowało, by Polska zwróciła się do Berlina z prośbą o rekompensatę za przekazane Ukrainie czołgi.

Jak twierdzi strona niemiecka, Polacy zareagowali pozytywnie na propozycję. Atrakcyjna wydała się im perspektywa otrzymania kilku egzemplarzy najnowszego niemieckiego czołgu Leopard 2 A7.

Freidel i Schuller zaznaczają, że rozwój wypadków po spotkaniu w Warszawie następował wolniej niż się spodziewano. Podczas spotkania w amerykańskiej bazie Ramstein dwa tygodnie później nic jeszcze nie było jasne. Z Warszawy nadeszły sygnały zniecierpliwienia, niemiecki rząd nie zareagował na to. Podczas spotkania niemieckiej minister obrony Christine Lambrecht z szefem MON Mariuszem Błaszczakiem, strona niemiecka poleciła ustalenie szczegółów fachowcom.

Niemiecki resort obrony zaproponował Polsce 100 czołgów Leopard 1 A5 – model z lat 60., zmodernizowany w latach 80. Jak twierdzi strona niemiecka, Polacy wykazywali początkowo zainteresowanie tą ofertą, jednak potem zareagowali jak ktoś, kto zamówił Teslę, a otrzymał Trabanta. Warszawa powiedziała „Nein”.

Berlin bronił swojej oferty zaznaczając, że nie ma żadnych zobowiązań wobec Polski. Gdy Polska przekazywała Ukrainie swoje czołgi, nie było żadnej umowy o wymianę (Ringtausch). „Dopiero po fakcie próbowaliśmy nadać całej operacji charakter wymiany” – tłumaczy Roth. Z niemieckiego punktu widzenia Polska nie miała żadnych podstaw do „grymaszenia”.

Na początku lipca Niemcy wyszli Polsce naprzeciw. Nowa oferta przewidywała przekazanie 20 Leopardów 2 A4. Dostawy miały zacząć się dopiero w kwietniu 2023 roku. W Berlinie uważano, że porozumienie z Polską jest blisko. Planowano nawet wspólne oświadczenie prasowe obu ministerstw, jednak sprawa znów utknęła w miejscu. W tej sytuacji Szynkowski vel Sęk oskarżył Niemcy o wprowadzenie Polski w błąd. Obie strony obarczają się wzajemnie o odpowiedzialność za fiasko.

Strona niemiecka zwraca uwagę na fakt, że wkrótce po odrzuceniu niemieckiej oferty, Polska zawarła porozumienie z Koreą Południową o dostawę 1000 czołgów i kilkuset haubic. Berlin uważa, że czasowa zbieżność nie jest przypadkowa. Wyborcy PiS lubią, gdy ich politycy atakują Niemców.

„Być może Polacy chcieli wykorzystać sytuację w polityce wewnętrznej, uważając, że porozumienie z Niemcami niewiele daje, a wkrótce ma dojść do umowy z Koreą?” – zastanawiają się autorzy, powołując się na niejawne źródła.

Osoby dobrze poinformowane uważają, że szczególną rolę we fiasku porozumienia z Niemcami odegrał Szynkowski vel Sęk, który „pełni podobną rolę jak do niedawna ambasador Ukrainy Andrij Melnyk”.

rp.pl

Pierwsze 20 czołgów T-72 trafiło do Polski prosto z ZSRR w 1978 roku. W 8.Drezdeńskim Pułku Czołgów Średnich w Żaganiu wchodzącym w skład 11.Dywizji Pancernej utworzono kompanię szkolna czołgów T-72. Miała ona na stanie 16 czołgów T-72, co było zgodne z ówczesną strukturą polskich pułków czołgów dywizji pancernych. Miały one wtedy pięć kompanii po 16 czołgów i czołg dowódcy pułku czyli łącznie 81 maszyn (nie było w nich szczebla batalionowego).

W następnych latach podjęto w Gliwicach seryjną produkcję T-72 w kooperacji z innymi państwami Układu Warszawskiego. Pierwsze 10 czołgów zmontowano tam w 1981 roku z części dostarczonych z Niżniego Tagiłu, gdzie mieściła się radziecka fabryka czołgów i uroczyście przekazano je wojsku w dniu 19 lipca 1982 roku czyli dokładnie 40 lat temu (sic !). Do końca 1990 roku w Łabędach wyprodukowano około 1610 czołgów T-72, z których połowa trafiła do WP, a połowa na eksport m. in. do NRD, Węgier, Iraku, Iranu, Jemenu i Syrii.

W latach 1981-1985 do wojska trafiło około 218  T-72M, w latach 1985-1986 około 183 T-72A, a w latach 1986-1991 około 352 T-72M1. Razem z 20 dostarczonymi z ZSRR dało to liczbę 773 czołgów T-72. Przezbrajano w nie kolejne pułku czołgów średnich, które przy tej okazji przechodziły na strukturę batalionową. Pułk łącznie miał ich wtedy 94 w trzech batalionach po 31 (trzy kompanie po 10 i czołg dowódcy batalionu) i czołg dowódcy pułku.

W następnej dekadzie w Łabędach uruchomiono produkcję zmodernizowanych czołgów znanych jako PT-91 Twardy. WP otrzymało ich łącznie 233 sztuki. Niecała setka z nich była wyprodukowana od podstaw jako nowe czołgi, a kolejne powstawały już z przebudowania istniejących T-72 różnych wersji. Największą łączną liczbą czołgów T-72 i PT-91 dysponowaliśmy pod koniec ubiegłego wieku i było ich około 888. W następnych latach ich liczba zaczęła spadać.

defence24.pl

Rosyjscy okupanci promują organizację "Jesteśmy razem z Rosją" w okupowanych ukraińskich obwodach, prawdopodobnie prezentując fasadę „oddolnego” wezwania do rosyjskiej aneksji okupowanej Ukrainy i przygotowując się do sfałszowanych referendów w sprawie aneksji okupowanych terenów. Rosyjski urzędnik okupacyjny Władimir Rogin powiedział 27 lipca rosyjskiemu portalowi „Ruskij Mir” że „ruch przekształci się w skuteczną platformę, która przyspieszy proces wejścia regionu do Rosji”. Rosyjski kanał informacyjny „Readovka” poinformował 26 lipca, że ​​członkowie Jednej Rosji, partii politycznej prezydenta Rosji Władimira Putina oraz członkowie Wszechrosyjskiego Frontu Ludowego obsadzają kwaterę główną organizacji w okupowanych obwodach ukraińskich. Rosyjski gubernator rosyjskiego obwodu Penza, wysoki rangą członek Jednej Rosji Oleg Melnichenko, 29 lipca otworzył „biuro humanitarne” dla „Jesteśmy razem z Rosją” w Tokmak w obwodzie zaporoskim.

Możliwość ukraińskiej kontrofensywy na okupowany Chersoń może zakłócić rosyjskie próby przygotowania referendów w sprawie aneksji i zmuszenia chersońskich cywilów do rejestracji w celu uzyskania rosyjskich paszportów. Ukraińskie Centrum Oporu poinformowało 29 lipca, że ​​władze okupacyjne Jednej Rosji opuściły Chersoń 29 lipca. Centrum twierdziło, że członkowie partii przygotowywali się do referendum w sprawie aneksji w mieście pod przykrywką „działań humanitarnych” i zmuszali ukraińskich cywilów do zgłaszania się po rosyjskie paszporty w zamian za pomoc humanitarną. Centrum poinformowało, że członkowie partii uciekli, ponieważ obawiają się ukraińskiej kontrofensywy w mieście po strajku 26 lipca na moście Antoniwki. ISW nie mogła potwierdzić raportu Ukraińskiego Centrum Oporu. Jednakże, Rosyjski milblogger Jurij Kotyenok i prorosyjski portal „KhersonLife” donosili 29 lipca, że ​​władze okupacyjne organizują zakrojone na szeroką skalę „forum publiczne” pod auspicjami „Jesteśmy razem z Rosją” w Chersoniu 30 i 31 lipca, aby ogłosić „powrót prawa do samostanowienia i nowego historycznego przeznaczenia dla mieszkańców południowej Rosji”, tak niektóre źródła rosyjskie zaczęły odnosić się do ukraińskiego obwodu chersońskiego. Źródła rosyjskie twierdziły, że weźmie w nim udział ponad 500 delegatów. Odwołanie, przełożenie lub niska frekwencja na tym wydarzeniu sugerowałaby, że członkowie Jednej Rosji faktycznie uciekli z miasta w oczekiwaniu na ukraińską kontrofensywę.

Urzędnicy okupacji w dalszym ciągu ograniczali również użycie ukraińskiej waluty i próbują wymusić rubelizację okupowanych obszarów, ale mogą mieć ograniczony dostęp do rubli w gotówce. Szef administracji obwodu Ługańskiego Serhij Haidai powiedział 29 lipca, że ​​rosyjskie siły okupacyjne nie zainstalowały ani nie obsługiwały żadnych bankomatów w Kreminnie, Rubiżnym czy Popasnej od czasu zajęcia tych miast w maju i że sytuacja jest podobna w Siewierodoniecku i Łysychańsku. Haidai powiedział, że rosyjscy okupanci próbują wydawać emerytury pieniężne cywilom na okupowanych obszarach, ale mogą je dostarczać tylko pocztą.

understandingwar.org

sobota, 30 lipca 2022


Opisane wydarzenia zachodziły w kraju pod wieloma względami jedynym w swoim rodzaju. Rządzona (do 1905 roku) przez monarchię absolutną, administrowana przez wszechwładną biurokrację i złożona z kast społecznych Rosja przywodziła na myśl wschodnią tyranię. Jednak jej międzynarodowe ambicje oraz polityka gospodarcza i kulturalna, która wywodziła się z tych ambicji, rodziły w Rosji dynamizm mający swe źródła na Zachodzie. Sprzeczność między statycznym charakterem ustroju politycznego i społecznego a dynamizmem gospodarki i życia kulturalnego powodowała stan ciągłego napięcia. Nadawała krajowi cechę nietrwałości, oczekiwania; jak to określił pewien przybysz z Francji, Rosja robiła wrażenie jak gdyby „niedokończonej”.

Aż do manifestu październikowego z 1905 roku Rosja była autokracją. Stare ustawy zasadnicze określały suwerena, oficjalnie zwanego imperatorem, jako „niczym nie ograniczonego” i samowładnego. Pierwszy z tych przymiotników oznaczał, że monarchy nie krępują żadne ograniczenia konstytucyjne, drugi zaś, że nie zna ograniczeń instytucjonalnych. Władzę imperatora zdefiniowano po raz pierwszy w przepisach wojskowych Piotra Wielkiego (rozdz. 3, art. 20), obowiązujących nadal w roku 1900:

Jego Cesarska Mość jest monarchą samowładnym, który za swoje czyny nie musi odpowiadać przed nikim na świecie, potęgę i władzę nad swoimi państwami i ziemiami sprawuje zaś jako chrześcijański suweren, wedle własnego życzenia i dobrej woli.

Imperator był wyłącznym źródłem praw i rozporządzeń. W myśl artykułu 51 starych ustaw zasadniczych, „żadna godność czy urząd w monarchii nie może samodzielnie stanowić nowych praw, żadne prawo zaś nie może wejść w życie bez zatwierdzenia przez władzę samodzierżawną”. W praktyce przestrzeganie tak sztywnych reguł absolutyzmu w kraju liczącym 125 milionów mieszkańców i będącym piątą potęgą gospodarczą świata okazało się niemożliwe, z czasem więc stanowi urzędniczemu przekazywano coraz więcej uprawnień. Mimo to zasady samowładztwa przestrzegano surowo, a każda próba zakwestionowania jej słowem lub czynem wywoływała surowe represje.
 
Na pozór samowładztwo nie różniło się od europejskich monarchii za ancien régime’u, toteż zarówno w Rosji, jak i poza jej granicami uchodziło za anachronizm. Ale przy bliższym poznaniu i w świetle dziejów Rosji można zauważyć, że tamtejszy absolutyzm odznaczał się cechami szczególnymi, odróżniającymi go od absolutyzmu Burbonów, Stuartów czy Hohenzollernów. Zachodnich podróżników odwiedzających państwo moskiewskie w XVI–XVII wieku, kiedy absolutystyczny ancien régime osiągał szczyt, uderzały różnice między tym, do czego przywykli w swoich krajach, a tym, co widzieli w Rosji. W praktyce cechą szczególną rosyjskiego absolutyzmu w jego wczesnej postaci, która przetrwała od XIV do końca XVIII wieku, był brak instytucji własności prywatnej, na Zachodzie skutecznie stawiającej czoła władzy królewskiej. W Rosji nawet pojęcie własności (w rzymskim znaczeniu sprawowania absolutnej władzy nad przedmiotami) nie było znane aż do jego wprowadzenia, w drugiej połowie XVIII wieku, przez pochodzącą z Niemiec Katarzynę II. Moskiewska Rosja była zarządzana jak majątek prywatny, a jej mieszkańcy i ziemie wraz ze wszystkim, co kryły, uznawano za własność korony.

Od czasów Hobbesa taki typ ustroju zwano „patriarchalnym” lub „patrymonialnym”. Jego cechą wyróżniającą było połączenie władzy i własności: monarcha uważał się i uważany był przez swych poddanych za władcę królestwa, a jednocześnie za jego właściciela. W szczytowym okresie władza patrymonialna w Rosji opierała się na czterech filarach:

1. monopolu na władzę polityczną;
2. monopolu na zasoby gospodarcze i handel hurtowy;
3. roszczeniach władcy do nieograniczonych świadczeń ze strony poddanych i braku praw tak indywidualnych, jak zbiorowych (stanowych);
4. monopolu na informację.

Roszcząc sobie w początkach XVIII wieku prawo do statusu mocarstwa europejskiego, Rosja zmuszona była dorównać swym zachodnim rywalom w dziedzinie potęgi wojskowej, wydajności gospodarczej i kultury. Monarchia musiała więc dokonać częściowego demontażu instytucji patrymonialnych, które tak dobrze jej służyły, dopóki Rosja była w zasadzie mocarstwem orientalnym, współzawodniczącym z innymi mocarstwami orientalnymi. W połowie XVIII wieku monarchia uznała prawo własności ziemi i innych dóbr: pojęcie „własność” (sobstwiennost’, z niemieckiego Eigentum) w tym właśnie okresie weszło do słownictwa rosyjskiego. Jednocześnie korona zaczęła się wycofywać z produkcji i handlu. Choć według zachodnich standardów państwo rosyjskie około 1900 roku nadal dominowało nad gospodarką narodową, w kraju kwitł wolny rynek i prosperowały odpowiadające mu instytucje kapitalistyczne. Nawet gwałcąc prawa człowieka, carat respektował własność prywatną. Stopniowo rząd wyrzekał się także prawa do żądania od swych podwładnych nieograniczonych świadczeń, zwalniając z przymusowej służby państwu najpierw szlachtę (1762), a po upływie stulecia (1861) chłopów poddanych. W dalszym ciągu obstawał przy prawie do cenzurowania wydawnictw, ale ponieważ prawa tego nie egzekwował ani ściśle, ani konsekwentnie, nie ograniczał nadmiernie przepływu idei, tym bardziej że nie krępował ponad miarę swobody podróży za granicę.

Tak więc około roku 1900 ustrój patrymonialny należał do przeszłości z jednym wyjątkiem: politycznego ustroju kraju. „Uwłaszczając” społeczeństwo w dziedzinie gospodarczej, społecznej i kulturalnej, korona z uporem odmawiała przyznania mu głosu w dziedzinie ustawodawstwa i administracji. W dalszym ciągu utrzymywała, że ma wyłączne prawo do władzy ustawodawczej i wykonawczej, że car pozostaje „niczym nie ograniczony”, a przy tym „samowładny”, i że wszystkie prawa pochodzić muszą od niego. W tym czasie większość oświeconych Rosjan jako anomalię postrzegała niezgodność między ustrojem politycznym Rosji a jej rzeczywistością gospodarczą, społeczną, kulturalną, a nawet administracyjną. I jak, w rzeczy samej, pogodzić zaawansowany rozwój gospodarki przemysłowej i kultury Rosji z ustrojem traktującym jej mieszkańców jako nie dorosłych do samorządu? Dlaczego naród, który wydał Tołstoja i Czechowa, Czajkowskiego i Mendelejewa, miał być rządzony przez kastę zawodowych biurokratów, w większości pozbawionych wyższego wykształcenia, a w znacznej części skorumpowanych? Dlaczego Serbowie i Finowie mogli cieszyć się konstytucją i parlamentem, a Rosjanie nie?

Richard Pipes - Rewolucja rosyjska

Interwencja Sabiny Higgins początkowo przeszła niezauważona, gdy ukazała się w tym tygodniu na stronie z listami dziennika "Irish Times", w którym podano jedynie jej nazwisko i kod pocztowy w Dublinie, a nie fakt, że jest ona Pierwszą Damą Irlandii.

List został zauważony, gdy ambasador Rosji w Irlandii Jurij Fiłatow powiedział, że jej list "ma sens" i jest zgodny z rosyjskimi celami. Fiłatow dodał, że Higgins "sugeruje, że należy zrobić wszystko, by zakończyć działania wojenne tak szybko, jak to możliwe" i odzwierciedla twierdzenie Moskwy, że przeciwdziała ona "wojnie zastępczej prowadzonej przez USA i NATO".

— Ona jest przeciwko wojnie. Wszyscy jesteśmy przeciwko wojnie — powiedział Fiłatow gazecie "Irish Times".

Higgins nie poparła bezpośrednio moskiewskiego punktu widzenia na wydarzenia, ale zrzuciła odpowiedzialność za zakończenie wojny na barki prezydentów Rosji i Ukrainy. Pochwaliła również ocenę historyka z University College Cork, że NATO "wrzuca broń w przegraną bitwę" i że Ukraina powinna zgodzić się na oddanie terytorium zajętego przez Rosję. — Nie będzie pokoju, ani nawet zawieszenia broni, jeśli Ukraina nie zgodzi się na demilitaryzację i rezygnację z jakichkolwiek ambicji przystąpienia do NATO — napisał ostatnio Geoffrey Roberts. Higgins nazwała jego poglądy "głęboko przemyślanymi".

Rząd i kancelaria prezydenta Irlandii Michaela D. Higginsa odmówiły komentarza. W kuluarach urzędnicy państwowi wyrażali jednak konsternację, że urząd prezydenta — ceremonialna głowa państwa, która ma unikać dzielących debat politycznych — podważa proukraińskie stanowisko Irlandii.

Prezydent, podobnie jak wielu przedstawicieli irlandzkiej lewicy, tradycyjnie niechętnie patrzy jednak na kapitalizm i NATO oraz sympatyzuje z reżimami socjalistycznymi — chwalił np. Fidela Castro po śmierci kubańskiego dyktatora w 2016 r.

W zeszłym miesiącu Higgins zirytował rząd, krytykując go za nieumiejętność rozwiązania kryzysu mieszkaniowego, który charakteryzuje się niebotycznymi cenami i czynszami, spowodowanymi dużymi inwestycjami ze strony zagranicznych funduszy nieruchomości.

Przedstawiciele rządu powiedzieli, że są zaniepokojeni faktem, iż Sabina Higgins podąża śladem swojego męża, przesuwając irlandzkie tradycje polityczne. — Jej list brzmi tak, jakby Ukraińcy stali u bram Moskwy. Jest to przerażająco naiwne samo w sobie i całkowicie niestosowne — mówi POLITICO jeden z irlandzkich urzędników państwowych.

81-letni prezydent chętnie wypowiada się na temat poezji i rodzimej kultury, cieszy się też większym poparciem społecznym niż jakikolwiek minister w gabinecie. Podczas gdy w polityce Irlandii od dziesięcioleci dominują partie centroprawicowe, Higgins dwukrotnie z powodzeniem wygrał już wybory — w 2011 i 2018 r. Jego obecna kadencja trwa do 2025 r.

Od początku jego żona cieszy się dużym uznaniem jako Pierwsza Dama, zastępując męża na imprezach i udzielając się w prezydenckich podcastach, gdzie m.in. czytała antywojenną poezję. — Kiedy rosyjski ambasador chwali twoje zdanie na temat inwazji na Ukrainę, czas przemyśleć swoje stanowisko — uważa jednak John McGahon, senator z rządzącej w Irlandii partii Fine Gael.

onet.pl

W ostatnich miesiącach fake newsy skupiały się w przeważającej części na wojnie w Ukrainie i nastrojach antyuchodźczych, by podsycać niechęć do naszych wschodnich sąsiadów oraz dzielić społeczeństwo w kwestii chęci pomocy.

Jak podkreśla zespół Weryfikacji NASK, teraz pojawiają się nowe wątki: to braki w sklepach i kryzys energetyczny.

„Na części profili zaczęły pojawiać się informacje dotyczące wykupowania cukru i innych towarów spożywczych. Dominująca narracja w tych przekazach wskazuje na to, iż produkcja cukru w 60 proc. jest zarządzana przez Niemców i stąd braki w naszych sklepach. Pojawiają się również posty informujące, że zaczyna brakować w sklepach podstawowych produktów spożywczych. Działania te mają wzbudzić panikę, która w efekcie spowoduje nadmierne i niepotrzebne wykupowanie produktów oraz wpłynie na nastroje społeczne” – przestrzega zespół specjalistów NASK.

Innym tematem, który ma wzbudzić panikę są informacje wokół kryzysu energetycznego i „niesprawiedliwości związanej z dopłatami do węgla”.

„Pojawiają się również treści dezinformacyjne, iż polski rząd wspiera energetycznie Ukrainę i stąd możliwość kryzysu w Polsce oraz, że pojawiła się prośba UE o dzielenie się gazem z Niemcami, którzy z kolei za plecami UE dogadują się z Rosją. Należy zachować daleko posuniętą czujność oraz nie udostępniać informacji, które mają na celu wywołanie paniki” – wskazuje NASK.

cyberdefence24.pl

piątek, 29 lipca 2022


Zdobycie elektrowni atomowej w Czarnobylu przez siły rosyjskie na początku inwazji na Ukrainę nie było przypadkiem, ale częścią długotrwałej operacji Kremla mającej na celu infiltrację państwa ukraińskiego za pomocą tajnych agentów - pokazuje opublikowane w czwartek śledztwo przeprowadzone przez agencję Reutera.

Kiedy po południu 24 lutego pierwsze pojazdy opancerzone rosyjskich najeźdźców dotarły do Czarnobylskiej Elektrowni Atomowej, natknęli się oni na jednostkę Gwardii Narodowej Ukrainy, której zadaniem była obrona obiektu. W niecałe dwie godziny, bez walki 169 gwardzistów złożyło broń, a rosyjskie siły przejęły Czarnobyl.

Autorki artykułu podkreślają, że upadek Czarnobyla był anomalią w pięciomiesięcznej wojnie: "udaną operacją typu blitzkrieg w konflikcie wszędzie indziej charakteryzowanym przez miażdżący ukraiński opór".

Pięciu anonimowych rozmówców agencji Reutera posiadających wiedzę na temat przygotowań Kremla powiedziało, że planiści prezydenta Władimira Putina wierzyli, że z pomocą tych agentów Rosja będzie potrzebowała jedynie niewielkiej siły militarnej i kilku dni, by zmusić administrację ukraińskiego prezydenta Wołodymyra Zełenskiego do rezygnacji, ucieczki lub kapitulacji.

Poprzez wywiady z dziesiątkami urzędników w Rosji i na Ukrainie oraz przegląd ukraińskich dokumentów sądowych i oświadczeń skierowanych do śledczych, związanych ze śledztwem w sprawie postępowania osób pracujących w Czarnobylu, agencja Reutera ustaliła, że infiltracja ta sięgała znacznie głębiej niż przyznano publicznie.

"Oprócz wroga zewnętrznego mamy niestety wroga wewnętrznego, który jest nie mniej niebezpieczny" – powiedział agencji sekretarz Rady Bezpieczeństwa Narodowego i Obrony (RBNiO) Ukrainy Ołeksij Daniłow.

Jego zdaniem w czasie inwazji Rosja miała agentów w ukraińskich sektorach obrony, bezpieczeństwa i organów ścigania. Daniłow odmówił podania nazwisk, ale powiedział, że takich zdrajców należy "zneutralizować" za wszelką cenę.

Ukraińska Służba Bezpieczeństwa Ukrainy (SBU) prowadzi śledztwo, czy Gwardia Narodowa działała niezgodnie z prawem, oddając broń wrogowi w Czarnobylu - przekazał agencji lokalny urzędnik, czego nie skomentowała sama SBU.

Źródło agencji "mające bezpośrednią wiedzę o planie inwazji" podało, że w listopadzie 2021 r. Rosja zaczęła wysyłać na Ukrainę tajnych agentów wywiadu, których zadaniem było nawiązanie kontaktów z urzędnikami odpowiedzialnymi za zabezpieczenie elektrowni w Czarnobylu. Celem agentów było zapewnienie, że po wkroczeniu wojsk rosyjskich nie dojdzie do zbrojnego oporu. Źródło to twierdzi też, że Czarnobyl służył również jako miejsce zrzutu dokumentów z kwatery głównej SBU, a opłaceni ukraińscy urzędnicy przekazali rosyjskim szpiegom informacje o tym, jak wygląda przygotowanie wojskowe Ukrainy.

Agencja Reutera nie była w stanie zweryfikować tych twierdzeń, jednak ustaliła, że Kijów prowadzi co najmniej trzy śledztwa w sprawie postępowania osób pracujących w Czarnobylu. Na podstawie dokumentów sądowych wiadomo, że śledztwo zidentyfikowało co najmniej dwie osoby podejrzane o przekazywanie informacji rosyjskim agentom lub w inny sposób pomaganie im w przejęciu elektrowni.

Jednym z podejrzanych o zdradę jest 47-letni pułkownik SBU Walentyn Witer, który w czasie rosyjskiego ataku był szefem ochrony zakładu.

Sześć dni przed rosyjską inwazją Witer udał się na zwolnienie lekarskie. W dniu ataku, 24 lutego, kiedy personel w elektrowni wiedział, że w ich stronę zmierza kolumna rosyjskich pojazdów opancerzonych, Witer zadzwonił do szefa oddziału czarnobylskiej Gwardii Narodowej i powiedział mu: "Oszczędź swoich ludzi". Witer nie miał oficjalnej władzy nad Gwardią Narodową, a dziennikarze agencji Reutera nie byli w stanie ustalić, czy dowódca posłuchał słów Witera, gdy jednostka poddała się po rozmowach z rosyjskimi najeźdźcami.

Kiedy po 36-dniowej okupacji rosyjscy żołnierze w końcu wycofali się z Czarnobyla, zabrali Pindaka i większość jego jednostki jako jeńców.

SBU poinformowała, że prowadzi również dochodzenie w sprawie byłego wysokiego urzędnika wywiadu, Andrija Naumowa, w sprawie podejrzenia o zdradę za przekazanie tajemnic bezpieczeństwa Czarnobyla obcemu państwu. Został on zatrzymany na terenie Serbii w czerwcu w samochodzie z dużą ilością gotówki i kamieniami szlachetnymi.

Źródła agencji Reutera potwierdziły też doniesienia, że Kreml planował postawić przedsiębiorcę i byłego parlamentarzystę Olega Cariowa na czele marionetkowego rządu w Kijowie, a były ukraiński prokurator generalny ujawnił agencji w czerwcu, że ukraiński polityk i przyjaciel Putina Wiktor Medwedczuk posiadał rosyjski zaszyfrowany telefon do komunikacji z Kremlem.

Chociaż rosyjska kampania infiltracji nie przyniosła zamierzonych efektów, to "wywołała jednak podejrzenia i nieufność na niektórych szczeblach państwa ukraińskiego, co ograniczyło jego zdolność do rządzenia, zwłaszcza w pierwszych dniach po inwazji" - komentują autorki artykułu.

Zełenski 17 lipca zwolnił szefa Służby Bezpieczeństwa Ukrainy (SBU) Iwana Bakanowa i prokurator generalną Irynę Wenediktową.

Prezydent poinformował wtedy również, że na Ukrainie zarejestrowano 651 postępowań karnych wobec pracowników organów ścigania w związku ze zdradą stanu i kolaboracjonizmem, ok. 200 osób poinformowano o możliwości popełnienia przestępstwa, a ponad 60 pracowników prokuratury i SBU zostało na ukraińskim terytorium okupowanym przez siły rosyjskie i współpracuje z przeciwnikiem.

bankier.pl/PAP

Daniel Czyżewski: To nas chyba prowadzi do tematu węglowego. Pani minister, kto zawinił w sprawie dostaw węgla?

Minister klimatu Anna Moskwa: To pytanie ma w sobie tezę – że ktoś zawinił i że węgla nie będzie. To nieprawda, to krążące w mediach komunikaty, z których nic nie wynika. Podgrzewa to tylko nastroje i szerzy panikę.

Ale do mediów przeciekły Pani listy w tej sprawie do premiera.

W narracji mediów pojawiły się tezy, że „były listy". Ale nikt nie pytał, czy one były prawdziwe. Resorty tego nie potwierdzały. Wolałabym, żebyśmy nie rozmawiali o plotkach, nie jesteśmy tą narracją zainteresowani. Czujemy się odpowiedzialni za to, żeby węgiel był, czuwaliśmy nad tym jeszcze przed wprowadzeniem sankcji. Nie chcę wchodzić w dyskusję o plotkach, bo to węgla do Polski nie sprowadzi.

To porozmawiajmy o liczbach. Ile tego węgla sprowadzamy? Pani mówiła w czerwcu o 8 mln ton, w lipcu pojawiły się informacje o awaryjnym zamówieniu 4,5 mln ton.

Od początku roku sprawa wygląda następująco: 2,7 mln ton węgla wjechało do Polski z Rosji i do Polski nie trafia już węgiel z tego kraju. Ten surowiec jest i na składach, i w gospodarstwach domowych, większość pewnie została zakupiona. Według danych z 19 lipca, od 1 stycznia do końca czerwca  z kierunków innych niż rosyjski zaimportowano do Polski ok. 3 mln t –w dużej mierze z Australii i Kolumbii. Na tę chwilę, wiemy o 7 mln t zakontraktowanych na II półrocze, negocjowane są kolejne kontrakty. Częściowo jest to węgiel energetyczny, częściowo jest to węgiel do ciepłowni. Sprowadzają go głównie podmioty skarbu państwa. Ok. 20-40 % węgla z każdego ładunku jest odsiewane tak, by mógł trafiać do gospodarstw domowych. Ten odsiany surowiec trafia do dużych hubów, skąd węgiel mogą odebrać składy. Poza tym mamy dostępny węgiel PGG. Uruchamiamy też porty poza Polską, np. w państwach bałtyckich.

Jakub Wiech: To wynika z problemów w samych portach czy na dalszym etapie logistyki?

Chodzi o obie te przyczyny, ale oba wyzwania są pod kontrolą. Problemem jest np. wielkość statków, dostępność portowych urządzeń do przeładunku, żeby nie robić tego ręcznie. Dotychczas droga morska była wykorzystywana w imporcie węgla na dużo mniejszą skalę. A nam chodzi również o tempo. Ministerstwo Infrastruktury i Ministerstwo Aktywów Państwowych mają teraz przed sobą trudne zadanie, którym dobrze zarządzają

A kiedy zawarto pierwsze kontrakty mające zapełnić lukę po węglu rosyjskim?

Na pewno przed embargo już były zamawiane dostawy.

Daniel Czyżewski: Polska eksportuje węgiel, nawet więcej niż w latach poprzednich. Nie dało się tego wstrzymać?

Ostatnio znów powstało dużo mitów dotyczących eksportu polskiego węgla. To jest głównie węgiel koksujący, minimalna sprzedaż kopalni Bogdanki np. na Ukrainę oraz podmiotów prywatnych. Wprowadzenie zakazu eksportu jest wymagające legislacyjnie. Takiej decyzji na poziomie Unii Europejskiej nie było, a wprowadzenie ograniczeń wolności handlu jest zabronione. Pewne próby w tym zakresie podejmowały Węgry, ale szybko zainteresowała się tym Komisja Europejska, bo to obecnie niezgodne z prawem. Niemniej, spółki Skarbu Państwa węgla energetycznego nie wywożą. Prywatne podmioty eksportują ten węgiel, ale to też działa w drugą stronę – w Polsce pojawia się surowiec np. z Czech. 

Jakub Wiech: Czy znane są jakieś szacunki dotyczące tego, ile będzie kosztować węgiel na rynku detalicznym w najbliższych miesiącach?

Dla nas punktem odniesienia są ceny notowane w portach ARA. To jest taki główny punkt odniesienia dla całej Unii Europejskiej. Dziś węgiel sprzedawano tam za ok. 340 dolarów za tonę.

Czyli dopłata węglowa starczy na... 1,5 tony?

O, to kolejne pytanie-pułapka! Ujmę to w ten sposób: analizujemy sytuację w całej Polsce. Wiemy np., że ze względu na łagodną zeszłoroczną zimę w polskich gospodarstwach domowych zostało trochę zapasów węgla. Według szacunków GUS średnie zużycie tego surowca w gospodarstwie domowym w czasie zimy to ok. 3 tony. A więc te 3 tysiące złotych dają średnie wsparcie w wysokości 1000 złotych dopłaty do każdej tony. Oczywiście możemy wejść w narrację, że będziemy chodzić po piwnicach i sprawdzać, ile kto ma węgla, ale to chyba nie o to chodzi. Zależy nam na zapewnieniu skutecznej i szybkiej pomocy – w tej pomocy przyjęliśmy średnią wartość 1000 złotych na tonę. Z kolei na zarzuty dotyczące braku warunków mogę odpowiedzieć tak: gdybyśmy kazali to wszystko liczyć urzędnikom w gminach czy obywatelom przynosić rachunki, to wykluczylibyśmy tych, którzy już kupili węgiel i zajęłoby to bardzo dużo czasu, a nam chodzi o szybkie wsparcie. Wyobraźmy sobie, jakie obciążenie dla samorządów stworzyłyby takie dodatkowe warunki.

Daniel Czyżewski: Mam kilka pytań, ale ze sobą związanych. Czy umowa społeczna z branżą górniczą będzie renegocjowana? Czy spółki skarbu państwa będą inwestować w zwiększenie wydobycia w najbliższych latach? Czy spółki energetyczne będą stawiać nowe bloki węglowe?

Wszystko, o czym Pan mówi, to jest proces przede wszystkim ewaluacji i aktualizacji polityki energetycznej. To jest praprzyczyna tych nowych założeń. Zakończyliśmy analizę bloków energetycznych. Mamy analizę zapotrzebowania energetycznego na najbliższe lata. PSE prowadzi to w sposób stały - aktualizacje zapotrzebowania na źródła stabilne, plan rozwoju OZE. Z tych analiz nam wyszło, że są okresy, gdzie potrzebujemy więcej tych źródeł stabilnych niż zakładaliśmy.

Czyli będą potrzebne nowe bloki węglowe?

Niekoniecznie, przypomnę, że mamy ich w Polsce dosyć dużo i mieliśmy plan zamykania tych bloków, ich wychodzenia z systemu. Dokonaliśmy ponownej ekonomicznej i technicznej analizy każdego z tych bloków, które bloki w prosty sposób, przy prostych pracach modernizacyjnych da się na pewien okres wydłużyć. Stworzyliśmy całą serię wskaźników, aby wybrać najbardziej efektywny model i mamy to już zamknięte. Głównie chodzi o tzw. dwusetki, różne działania optymalizacyjne, ale głównie o modernizację. Nie mówimy o wszystkich blokach, wyselekcjonowaliśmy listę bloków, które mogłyby zostać w sieci.

Jakub Wiech: A jak długa to lista?

Na razie się tym nie dzielimy. Efektem analizy będzie informacja, w jaki sposób to wpłynie na ewentualne zapotrzebowanie na wydobycie, bo nie zawsze musi to być zwiększenie zapotrzebowania. Analizujemy czy i jak wpłynie to na proste działania optymalizacyjne i zwiększenie wydobycia w kopalniach. Na dziś nie zamykamy ewentualnej kwestii zwiększenia wydobycia. Analizy musimy dokończyć. Dziś nie wpływa to na umowę społeczną i jej główne założenia, czyli rok 2049. Notyfikacja umowy społecznej jest jednak w toku, Komisja Europejska kieruje regularnie do nas nowe pytania, odbywają się spotkania. Bieżąca potrzeba zwiększenia wydobycia nie będzie mieć charakteru rewolucyjnego. Nie jesteśmy oczywiście w stanie znacząco zwiększyć wydobycia od 16 kwietnia do grudnia. To są działania typu praca w sobotę, przyspieszenie wywozu węgla. Idziemy więc w kierunku optymalizacji. Z zadziwieniem obserwuje, że na każdym posiedzeniu Rady Europejskiej objawia się nowe państwo, które mówi o zwiększeniu wydobycia i udziału węgla w energetyce. Ostatnio to była Grecja, mówiono o podwojeniu wykorzystania mocy węglowych. Oficjalnie podobne plany zadeklarowała Austria, a na poprzednich radach w wielu komunikatach szereg innych państw

Jakub Wiech: Na jak długo Grecy chcieli wzrostu mocy w węglu?

Daniel Czyżewski: Czy chodzi o chwilowy wzrost, awaryjny czy długoterminowy?

Chodziło o dłuższy okres. Minister nie mówił o dacie, natomiast patrząc na moc o której mówił, to nie jest jednorazowe działanie. Mówił o zwiększeniu z produkcji energii z węgla brunatnego, która obecnie wynosi 5TWh do 10TWh. Austriacka minister również potwierdziła wzrost wykorzystania mocy węglowych, na poprzednich posiedzeniach także Holandia, Niemcy i Hiszpania zadeklarowały swoje plany z tym zakresie. Szczególną niespodzianką była Hiszpania, gdzie proces realizacji umowy społecznej właściwie się skończył. Trudno jest dziś znaleźć państwo, które takich działań by nie prowadziło. Państwa , które mają atom są w innej sytuacji, chociaż Czesi na pewno też zwiększają wydobycie. Widzimy nowe pozwolenia i decyzje środowiskowe w przygranicznych kopalniach. Czesi dosyć szybko i gorączkowo przeprowadzają po swojej stronie te procesy. Można postawić tezę, że na dzisiaj każdy, kto ma moce węglowe, w jakimś stopniu po nie sięga. Łącznie z komisarzem Timmermansem, który już dwukrotnie powiedział, że węgiel absolutnie tak. Jednocześnie w czerwcu we Wrocławiu powiedział naszym górnikom, że znajdzie im lepszą i bezpieczniejszą pracę. Nie zdążyłam na ostatniej Radzie UE dopytać, gdzie konkretnie, ale byłoby to ciekawe.

energetyka24.com

W ostatnim czasie rosyjski minister spraw zagranicznych Siergiej Ławrow odwiedził Egipt, Kongo, Ugandę i Etiopię. Jego wizyty to część coraz bardziej zagorzałej walki między Moskwą a Zachodem o wpływy w krajach afrykańskich.

Na tym kontynencie Zachód ma przewagę w pewnych sferach: wpływy ekonomiczne oraz rozbudowane programy inwestycyjne i humanitarne. Z kolei Rosja stawia na projekty energetyczne, dostarczanie najemników dla kleptokratycznych dyktatorskich reżimów, propagandowe spekulacje o „zachodnim kolonializmie” i groźby głodu. Do tego zdaje się, że Moskwa nie cofnie się przed niczym w doborze metod i celów.

Kilkudniowe tournée Siergieja Ławrowa po Afryce jest wychwalane przez kremlowską propagandę jako „geopolityczny przełom” i dowód na to, że Kreml wcale nie znajduje się w międzynarodowej izolacji. Poprzednia próba pokazania, że Rosja nie wszędzie jest niemile widziana miała miejsce na początku lipca podczas szczytu ministrów spraw zagranicznych G20 w Indonezji.

Wiele działań dyplomatycznych i propagandowych Moskwy jest ukierunkowanych na stworzenie prostego obrazu: "Izolację Rosji forsuje tylko garstka państw zachodnich, ale reszta świata nadal z nami współpracuje i cieszy się z wielobiegunowości ustanowionej dzięki Władimirowi Putinowi."

Antyzachodni sztandar „walki antyimperialistycznej” nie zdominował jednak szczytu G20. Zgromadzeni na Bali ministrowie spraw zagranicznych nie chcieli fotografować się z Ławrowem, co nieoficjalnie stało się przyczyną jego wcześniejszego wyjazdu z Bali. Najwyraźniej wiele spraw nie poszło tak, jak planował Kreml, skoro Ławrow musiał uciekać ze strategicznie ważnego dla Putina szczytu, w którym uczestniczyli przedstawiciele najpotężniejszych gospodarek świata niezachodniego.

Chiny, Turcja, Argentyna, Brazylia, Indie, Meksyk, Arabia Saudyjska – to właśnie do tych krajów odwołuje się Moskwa, gdy mówi, że „niemożliwe jest odizolowanie Rosji”. Zdaniem Kremla zawsze znajdą się bogate kraje z szybko rozwijającymi się gospodarkami, które będą mieć w nosie „waszą demokrację” czy „waszą Ukrainę”. Na polu państw G20 Ławrow powinien był zatriumfować tym geopolitycznym cynizmem. Przegrał on jednak bitwę o G20.

Teraz rosyjski minister spraw zagranicznych musi odnieść „strategiczne zwycięstwo” przynajmniej na zubożałym kontynencie afrykańskim.

Afryka jest jednym z obszarów ekspansji Kremla już od kilku lat. Rosja nie dysponuje potencjałem gospodarczym ZSRR i nie może sobie pozwolić na utrzymywanie przyjaźnie nastawionych reżimów afrykańskich, jak to czynił Związek Radziecki w czasie zimnej wojny. Obecność gospodarcza Rosji w Afryce jest znacznie mniejsza niż USA, Europy czy Chin dlatego, że gospodarka rosyjska sama w sobie jest niewielka. Rosja sprzedaje broń i zboże do krajów afrykańskich i rozwija tam pewne projekty energetyczne, ale żadna z tych przewag nie może się równać z ogromnymi zachodnimi i chińskimi inwestycjami w gospodarkę i infrastrukturę Afryki.

W latach 2017-2018 Moskwa zaczęła zajmować się w tzw. eksportem bezpieczeństwa. Innymi słowy, Moskwa sprzedaje usługi swoich paramilitarnych sił najemnych najbardziej niestabilnym rządom Afryki. Najemnikom z grupy Wagnera towarzyszyły czasem całe kontyngenty rosyjskich politologów. W zamian Rosjanie otrzymywali udziały w kopalinach, a także wpływy polityczne w zajętych afrykańskich stolicach.

„Najemnicy” z różnym skutkiem wpływali na sytuację w różnych krajach. W Republice Środkowoafrykańskiej „wagnerowcy” przejęli pełną kontrolę nad lokalnym blokiem władzy. W Mali rosyjscy najemnicy pomagają lokalnej juncie wojskowej w walce z fundamentalistami islamskimi i dopuścili się już zbrodni wojennych. W Sudanie Rosjanom nie udało się pomóc dyktatorowi Omarowi al-Bashirowi utrzymać się u władzy – został obalony w 2019 roku przez generałów armii. W Mozambiku, gdzie grupa Wagnera została poproszona o pomoc w walce z powstaniem dżihadystów w jednej z prowincji, rosyjscy najemnicy zostali pokonani i opuścili kraj. W Libii rosyjscy najemnicy przez długi czas walczyli po stronie lokalnego przywódcy rebeliantów Chalify Haftara, ale nawet z ich pomocą nie był on w stanie objąć władzy w stolicy kraju.

Podczas afrykańskiego tournée Ławrow w swoich wystąpieniach starał się przerzucić winę za światowy kryzys żywnościowy z Rosji blokującej ukraińskie porty morskie na kraje zachodnie.

W praktyce nie udało mu się jednak zawrzeć żadnych przełomowych traktatów z krajami afrykańskimi. Ale lista państw odwiedzonych przez rosyjskiego ministra spraw zagranicznych jest dość charakterystyczna pod względem gospodarczym. W Egipcie, Etiopii, Kongo i Ugandzie Rosja rozwija ambitne projekty energetyczne.

W Egipcie Rosyjska Państwowa Korporacja Energii Jądrowej (Rosatom) rozpoczęła niedawno budowę elektrowni atomowej El Dabaa. W Etiopii i Ugandzie korporacja również prowadzi negocjacje z rządem w sprawie współpracy w zakresie energii jądrowej. W Kongo rosyjska spółka RusGazEngineering pracuje nad projektem budowy ropociągu Pointe Noire-Brazzaville-Oyo-Ouésso.

Jednak wciąż jednym z głównych kierunków ekspansjonizmu Kremla na kontynencie pozostają „regiony ciemności” – niestabilne, graniczące z upadkiem państwa, kraje, których elity szukają oparcia w zagranicznych bagnetach i są obojętne na takie wartości zachodniej cywilizacji jak prawa człowieka i demokracja. Innym sposobem, w jaki Kreml umacnia swoje wpływy, jest tworzenie własnych struktur medialnych w Afryce. Obecnie propagandowa telewizja informacyjna RT, „prześladowana” w krajach europejskich, otwiera swoje pierwsze afrykańskie biuro. Będzie miało siedzibę w RPA, a kierować nim będzie południowoafrykańska dziennikarka Paula Slier, która wcześniej prowadziła biuro RT w Jerozolimie.

Zachód, który od zakończenia pierwszej zimnej wojny nie poświęcał Afryce zbyt wiele uwagi, zaczął z opóźnieniem reagować na geopolityczną aktywność Moskwy. Niedawno podróż na kontynent odbył prezydent Francji Emmanuel Macron.  Podczas jego wystąpienia w Beninie publicznie odpowiedział na ciągłe spekulacje kremlowskiej propagandy na temat „zachodniego imperializmu i kolonializmu”.

– Rosja jest jednym z ostatnich kolonialnych imperiów. Zdecydowała się ona na inwazję na sąsiedni kraj w celu obrony swoich interesów. To jest wojna o terytorium. Uważano, że takie wojny zniknęły już z kontynentu europejskiego – powiedział francuski prezydent.

Zauważył też, że Moskwa rozpoczęła „nowy typ wojny hybrydowej”, wykorzystując groźbę głodu jako narzędzie szantażu wobec społeczności światowej.

belsat.eu