niedziela, 17 lipca 2022


- Przez Gruzję przechodzi tak zwany południowy korytarz gazowy. Czy jego funkcjonowanie nie jest zagrożone?

Południowy Korytarz Gazowy jest jednym z priorytetowych projektów energetycznych UE. To transport "błękitnego paliwa" z rejonu Morza Kaspijskiego przez Gruzję i Turcję do krajów europejskich. Elementem realizacji tego celu ma być rozbudowa Gazociągu Południowokaukaskiego oraz budowa nowych: Transanatolijskiego i Transadriatyckiego.

Transportowany surowiec ma pochodzić głównie z azerskiego pola Szach Deniz. W dalszej przyszłości  planowane byłoby dołączenie do tego systemu  połączenia z Turkmenistanem.

Magistrala ma osiągnąć pełną zdolność przesyłową w tym roku. Oznacza to, że do Europy, z pominięciem Rosji, będzie mogło płynąć nawet 60 miliardów metrów sześciennych gazu rocznie. Turcja zaś ma szansę zostać prawdziwym gazowym hubem.

Nie bałbym się tu nawet obecnego zbliżenia Turcji z Rosją. To raczej wyraz osobistych decyzji Erdogana. Prędzej czy później Ankara wróci do dobrych stosunków z Zachodem.

- Gazociąg przebiega przez tereny zamieszkane przez mieszkających w Gruzji Ormian. To grupa tradycyjnie prorosyjska. Czy nie stanowi to jakiegoś zagrożenia dla bezpieczeństwa transportowanego gazu?

To jednak są lojalni obywatele Gruzji. Nie przewiduję więc żadnych komplikacji. A o tym, iż Gruzja zdecydowanie priorytetowo podchodzi do wszelkich instalacji związanych z korytarzem południowym, świadczy fakt, iż gazociąg BP przechodzący przez nasz kraj jest absolutnie wyłączony z prawodawstwa gruzińskiego. Zupełnie inaczej niźli w przypadku również tranzytowego gazociągu z Rosji do Armenii podlegającego w całości prawu gruzińskiemu.

Władze w Tbilisi traktują podejście do Południowego Korytarza Gazowego jako gest polityczny, akces do świata zachodniego. Dopóki to będzie aktualne, to projektowi nic nie grozi.

- Ostatnio odbywały się spotkania międzyrządowe przedstawicieli Rosji z Turkmenistanem. Czy to będzie miało jakieś znaczenie dla sprzedaży turkmeńskiego gazu do Europy?

To raczej element propagandowego tournée Putina po Azji Środkowej. Niezbyt mi się chce wierzyć, że Rosja coś tu osiągnie. Turkmenistan jak na razie ma tylko dwa kierunki eksportu swojej ropy czy gazu. Podstawowy kierunek to Chiny. Drugi kierunek to Iran i dalej do Pakistanu.

Dopiero kolejnym kierunkiem eksportu turkmeńskiego gazu jest Rosja. Miejmy nadzieję, że rychło doczekamy też eksportu surowca z Turkmenistanu do Europy. Choć widzę tu kilka problemów.

- Między Turkmenistanem i Azerbejdżanem jest tylko Morze Kaspijskie. Są plany, by gaz turkmeński eksportować właśnie tamtędy do Europy. Mówi się nawet o połączeniu tych dwóch krajów podmorskim gazociągiem. By powiązać te dwa systemy, wystarczyłoby rzekomo nie więcej, jak 40 kilometrów rurociągu. Bo ich instalacje prawie się spotykają na środku Morza Kaspijskiego.

Rosja i Iran naciskają, by tego połączenia nie układać. Szczególnie władze w Teheranie są przeciwne jakiemukolwiek wspomaganiu surowcowemu Zachodu. Przynajmniej do czasu utrzymywania przez Zachód antyirańskich sankcji.

Bardzo jednak wspierają projekt gazociągu transkaspijskiego Amerykanie. Teoretycznie jest to 40 kilometrów rury do ułożenia, ale ja uważam, że i tak trzeba by ułożyć gazociąg alternatywny, przez całe Morze Kaspijskie. A to już jest prawie 900 kilometrów.

Obecne bowiem połączenia gazociągowe Turkmenistanu i Azerbejdżanu z ich polami gazowymi na środku morza są nastawione technologicznie na obsłużenie wydobycia z dostawą do każdego z tych krajów oddzielnie.

- Amerykanie sondują władze irańskie odnośnie warunków, na jakich Teheran zgodziłby się dostosować do zakazu wytwarzania technologii nuklearnej. Jest chyba więc nadzieja na co najmniej zelżenie sankcji.

Trzeba mieć nadzieję, że to się w końcu stanie. Wtedy pewnie Persowie mogą wrócić do tematu dostaw swojego gazu na Zachód. Bezpośrednio przez pogranicze z Turcją, czy też przez system gazociągów Azerbejdżanu, Gruzji i potem Turcji. To by jednak oznaczało w pierwszym przypadku potrzebę ułożenia zupełnie nowego gazociągu, przez wysokie góry na pograniczu turecko-irańskim.

W tym kontekście wraca więc temat rozpoczęcia eksploatacji starego gazociągu (powstałego jeszcze w czasach sowieckich) pomiędzy Iranem i Azerbejdżanem. Tam trwają dyskretne próby przesyłu gazu do Azerbejdżanu. Z Baku ten surowiec byłby transportowany do Europy przez Turcję.

Władze w Baku mogą takie dostawy traktować co prawda jako przyszłościową konkurencję dla ich rozrastającego się złoża Szach Deniz. Obecnie jednak w tym kraju wydobywają około 16,5 miliarda metrów sześciennych gazu rocznie. Z tego 10 miliardów pozostaje w Azerbejdżanie, a sześć miliardów idzie na eksport. Czyli już z tego bilansu, gdy się weźmie zapotrzebowanie Gruzji i Azerbejdżanu, widać, że SOCAR (State Oil Company of Azerbaijan Republic, państwowa azerska spóła gazowo-naftowa - red.) musi jeszcze gaz importować, by wywiązywać się z kontraktów eksportowych.

- Ostatnio widać próby rozmów Turcji z Armenią. To szansa na normalizację, w pewnej perspektywie, stosunków między tymi krajami. Czy to mogłoby oznaczać, że Armenię można podłączyć do tego systemu przesyłania gazu?

Armenia ma sieć wiodącą z północy na południe. Na Zachód trzeba by więc układać zupełnie nowe sieci. W takim przypadku o wiele wygodniej jest ułożyć nową rurę z Iranu bezpośrednio do Turcji. Albo jednak doprowadzić do porozumienia Iranu z Azerbejdżanem, pozwalającego wejść z irańskim gazem do sieci azerskiej. Jest tam wystarczająca pojemność rur do transportowania nawet bardzo dużych ilości gazu.

Tym bardziej, że jest także nadzieja na rozbudowę infrastruktury do przetwarzania gazu na LNG (gaz skroplony – red.) w gruzińskim Poti. Ten kierunek pozwala na właściwie natychmiastowe rozpoczęcie transportowania do Europy wielkich ilości surowca.

Tyle że to właśnie Europa musi rozwijać sieć terminali, gdzie możliwe by było przyjmowanie LNG. Jak na razie tych terminali jest zdecydowanie za mało.

- Jest jeszcze temat współpracy Gruzji i Armenii z Iranem w kontekście dostaw surowców energetycznych z Teheranu do Tbilisi via Erywań.

Jak do tej pory Iran eksportował gaz do Armenii na potrzeby wytworzenia energii elektrycznej w jednej elektrowni. Potem cała ta energia była reeksportowana do Iranu.

Od jakiegoś jednak czasu strona irańska chciałaby zdecydowanie zwiększyć eksport gazu na Kaukaz. Ten gaz miałby teoretycznie być także transportowany do Gruzji.

Rosja się jednak temu kategorycznie sprzeciwia. Nawet w formule przedstawianego wariantowo swapu gazowego: irański gaz formalnie zakupowałaby Gruzja, on by jednak zostawał w Armenii, a Gruzja odbierałaby sobie odpowiednią ilość surowca z części transportowanej z Rosji przez Gruzję do Armenii. To by bowiem pozwalało, choćby w minimalnym zakresie i tylko potencjalnie, uniezależnić Armenię od rosyjskiego gazu. Byłby to znaczący precedens.

Nota bene te potencjalnie zwiększone dostawy gazu z Iranu oznaczałyby powiększenie przepustowości armeńskich magistrali. Strona irańska była gotowa przekazywać do Gruzji nawet do 500 milionów metrów sześciennych rocznie. Gruzini jednak do tego pomysłu podchodzą sceptycznie. Powodem jest fakt, iż tego rodzaju handel musiałby oznaczać jakieś nowe porozumienie z Gazpromem.

Trzeba też założyć, iż taki kierunek eksportu irańskiego gazu to tylko fragment planów perskich, dla wyjścia przez Gruzję do Europy. Nie może to być przyjemne dla Gazpromu.

Choć z drugiej strony magistrale gazowe w Iranie w dużej części również należą do spółek powiązanych z Gazpromem. Ponadto Iran jest sojusznikiem Rosji w Syrii. To jeszcze bardziej gmatwa całą sytuację.

Kontrakt Gruzji z Iranem to także jakby próba nacisku na dostawców azerskich z SOCAR, by obniżyli cenę gazu sprzedawanego na wewnętrzny gruziński rynek. Gdy tylko wyszły na jaw spekulacje o dostawach irańskiego gazu do Gruzji, momentalnie nadeszły informacje z Baku, że SOCAR jest gotów podnieść ilości gazu azerskiego, eksportowanego do Gruzji i zarazem zmniejszyć jego cenę.

- Gruzińskie instalacje transportujące gaz próbowały przejąć rosyjskie firmy.

Rosjanie mają największą ochotę na przejęcie gazociągu tranzytowego z Rosji do Armenii. Na taką transakcję absolutnie jednak nie pozwalają kolejne rządy w Tbilisi. Trzeba też pamiętać, iż wedle gruzińskiego prawa nie można wykupić na własność portów. Stąd rosyjskie przejęcie terminala naftowego w Poti przez Rosnieft nie jest bezwarunkowe. Instalacje te podlegają nadal gruzińskiemu prawu. W szczególności zapisom o zwalczaniu praktyk monopolistycznych.

Na razie brak jest więc możliwości prawnych przejmowania instalacji energetycznych przez inwestorów rosyjskich. Można to sobie wyobrazić tylko w tym przypadku, gdyby gruzińskie władze zmieniły wektor polityczny z prozachodniego na prorosyjski.

- Jak teraz wygląda sprawa monetyzacji przesyłu gazu przez Gruzję do Armenii? Tbilisi zawsze obstawało za opłatą "w naturze", a Rosjanie chcieli zmieniać warunki kontraktu na opłatę w gotówce.

Rosjanie przekazują już teraz pieniądze za przesył gazu do Armenii tranzytem przez Gruzję. A te pieniądze (wedle stawek stosowanych w Europie za przesył gazu w stosunku do długości gazociągu – dokładnej kwoty podać nie mogę, bo to jest tajemnica handlowa) automatycznie są przelewane do Baku jako opłata za dostarczany gaz azerski. Tym sposobem Gruzja nie wykorzystuje nawet grama rosyjskiego gazu.

Zresztą podobnie jest i w przypadku ropy. Działające w Gruzji stacje benzynowe Lukoilu otrzymują benzynę z Europy (kupowaną na giełdzie paliwowej w Rotterdamie) oraz z Azerbejdżanu. Rosyjskie paliwa bowiem, wedle instytutu jakości, nie spełniają norm stosowanych w Gruzji.

- Z Kazachstanu przez Gruzję do Europy miałaby być także transportowana ropa.

Kazachowie mają obecnie wielki problem, bo Rosjanie zablokowali transport ropy z Kazachstanu do portu w Noworosyjsku. Tym bardziej więc ważny jest tranzyt przez Gruzję. Ta sytuacja będzie stymulowała szybką rozbudowę floty tankowców operujących na wodach Morza Kaspijskiego. Kazachowie obecnie, prócz tranzytu do Azerbejdżanu, wysyłają ropę rurociągiem także do Chin.

Władze w Astanie (...) w rewanżu zablokowały prawie dwa tysiące rosyjskich wagonów z węglem mających jechać do Rosji. Ponadto Kazachstan ma możliwość także na dalszy „rewanż” wobec Rosji. Władze tego kraju już dyskretnie anonsowały, że trzeba zmienić warunki rosyjskiej dzierżawy kosmodromu w Bajkonurze. Rosjanie płacą co prawda za dzierżawę tego obiektu około 250 milionów dolarów rocznie, ale alternatywy za bardzo nie mają.

Jednocześnie Rosjanie nie mają praktycznie prawie żadnego udziału właścicielskiego w polach wydobywczych kazachskiej ropy. Bowiem margines akcji, jakie posiadają rosyjskie firmy w kazachskich polach wydobywczych, nie dają im żadnej możliwości do wetowania jakichkolwiek decyzji.

Na dodatek Kazachstan jest największym producentem uranu w świecie. Na ten segment gospodarki kazachskiej również wpływu Rosjanie nie mają. Choć jakieś niewielkie ilości akcji w firmach wydobywczych posiadają. O wiele większe pakiety w tych firmach jednak mają przedstawiciele francuskiego i amerykańskiego biznesu.

- Ropę z Kazachstanu potem jednak trzeba transportować przez Gruzję...

Z gruzińskich portów w Kulebi i Supsie można wywozić nawet do 7-8 milionów ton ropy rocznie. Stamtąd surowiec jest transportowany tankowcami bezpośrednio do rumuńskiej Konstancy. Ponadto ropociąg Baku - Tbilisi - Ceyhan nie jest także w pełni wykorzystany. Obecnie płynie tam nie więcej jak 35 milionów ton ropy rocznie. Choć istniejące możliwości pozwalałyby na przesył nawet 60 milionów ton ropy rocznie.

To wszystko jest ropa azerbejdżańska. Azerowie bowiem w swojej polityce praktycznie w całości postawili na eksport surowca na Zachód. Tyle że ropa w tym kraju powoli się kończy.

Pozostaje mieć nadzieję, że w przyszłości będą te możliwości transportowe wykorzystywały firmy z Kazachstanu.

- Czy decyzja władz Unii Europejskiej o nieprzyznaniu statusu kandydata do Wspólnoty nie będzie działała jako element rozczarowujący i powodujący zmianę gruzińskich nastrojów na prorosyjskie?

Jedyne demonstracje, jakie w tej sprawie się odbywały w Tbilisi, były protestem przeciwko władzom gruzińskim, które nie wypełniają wcześniejszych zaleceń unijnych odnośnie standardów demokratycznych, takich jak niezależność sądownictwa, wolne media czy nieograniczająca demokracji ordynacja wyborcza. W tej sprawie Bruksela przedstawiła 12 punktów, które władze gruzińskie muszą zrealizować, jeśli chciałyby uzyskać status kandydata. Zalecenia zostały ogłoszone publicznie.

Gruzini więc wiedzą, z czego rozliczać swoje władze. Bo marzenie proeuropejskie jest tu powszechne. Tym bardziej więc nie widzę możliwości zmiany nastawienia Gruzji w kwestii kontaktów z Europą w dziedzinie energetyki.

wnp.pl

Komentator dziennika wskazuje też, że po raz pierwszy od 1991 roku bilans handlowy Niemiec spadł do poziomu minusowego, a żadna niemiecka firma nie znajduje się w pierwszej setce najbardziej wartościowych na świecie.

"Ale nikogo to już nie obchodzi" - stwierdza autor i dodaje, że Niemcy uwielbiają się naśmiewać z USA. "Podzielony kraj, kapitalizm na Dzikim Zachodzie, broń! Ale bez względu na to, jak podzielona jest Ameryka, jej gospodarka działa. Dolar jest mocny i nawet dość stary i słaby prezydent jak Joe Biden przewodzi pewniej niż niejeden młody podmiot moralny w Europie" - pisze Poschardt.

Poschardt ostro krytykuje też transformację energetyczną, nazywając ją "wyśmiewaną na całym świecie". Podkreśla, że nawet w obliczu "brutalnej wojny napastniczej w Europie, która jest też wynikiem nieudolnej zagranicznej polityki Merkel", władze nie podejmują się prób skorygowania obranego kursu.

"Strach nie jest dobrym doradcą, jak mówi przysłowie. W niemieckiej polityce prowadzi to faktycznie do kuriozalnych decyzji. Po średniej wielkości awarii elektrowni atomowej w Japonii, napędzany sondażami ówczesny, czarno-żółty (od tradycyjnych kolorów określających partie –przyp. red.) rząd przeforsował zwrot energetyczny, który teraz rozbija się o nasze nogi. Wall Street Journal już w 2019 roku mówił o ‘najgłupszej polityce energetycznej świata'" - punktuje autor komentarza.

Widoki na przyszłość są, zdaniem komentatora, mało optymistyczne. "Niemcy upadną podczas nadchodzącej recesji na nos. Optymiści wierzą, że mentalność i krajobraz polityczny szybko ułożą się na nowo. Realiści mówią jednak o spadku, z którego możemy się już nie podnieść" - konstatuje Pochardt.

wp.pl

Ponieważ nie ogłoszono powszechnej mobilizacji, a wysyłanie do operacji specjalnej młodych żołnierzy służby zasadniczej jest społecznie nieakceptowalne, zdecydowano się na ukryte sposoby uzupełniania „kadrowego głodu" armii, m.in. sięgnięcia po ochotników, którzy z różnych przyczyn, zazwyczaj finansowych, godzą się na podpisanie kontraktu i uczestnictwo w wojnie (jak mówi rosyjska propaganda - operacji specjalnej). W ciągu kolejnych tygodni wojny można się spodziewać, że proces formowania batalionów ochotniczych będzie kontynuowany, a pierwsze z nich znajdą się na linii frontu, jako uzupełnienie strat związków taktycznych.

W połowie czerwca, wiceszef Głównego Zarządu Operacyjnego Sztabu Generalnego SZU gen. Ołeksij Hromow, stwierdził, że w pełnoskalowej wojnie przeciwko Ukrainie uczestniczy ok. 330 tys. ludzi w różnych formacjach SZ FR. 150 tys. żołnierzy w składzie batalionowych grup taktycznych (BTG), a więc bezpośrednio na froncie; kolejnych 70 tys. w komponencie lotniczym i morskim; ponad 80 tys. w uruchomionej rezerwie mobilizacyjnej; 7 tys. w rezerwie mobilizacyjnej BARS; 18 tys. w jednostkach Rosgwardii; 8 tys. w prywatnych firmach wojskowych, w rodzaju „Grupy Wagnera".

Coraz większe znaczenie dla uzupełniania strat i odtwarzania zdolności ofensywnych będą mieć tzw. bataliony ochotnicze, coraz częściej imienne, formowane również przez władze administracyjne regionów FR. Proces ten dopiero się zaczyna i w razie przedłużania się wojny, można spodziewać się jego intensyfikacji. Główną zachętą dla ochotników są zazwyczaj bardzo korzystne warunki finansowe, nawet 200-300 tys. rubli na miesiąc i bogaty pakiet socjalny.

(...)

W całej Rosji trwa zakrojona na dużą skalę akcja agitacyjna wzywająca do podpisywania krótkoterminowych kontraktów wojskowych, w ten sposób ochotnicy, zazwyczaj po krótkim okresie szkolenia, formalnie stają się żołnierzami kontraktowymi. Unika się w ten sposób wysyłania na wojnę (operację specjalną) poborowych (zgodnie z nowy prawem z maja br. pierwszy kontrakt wojskowy mają prawo podpisać Rosjanie do 50 roku życia, wcześniej granica wynosiła 40 lat).

Szkolenie wojskowe skrócono do minimum. Jeśli na wojnę w Afganistanie szkolenie w Armii Radzieckiej trwało 4-6 miesięcy, to teraz trwa w skrajnych przypadkach 7-10 dni. Zaniżono również wymogi zdrowotne. Intensywne szkolenie jest jakoby zwłaszcza w Czeczenii, z instruktorami tzw. uniwersytetu specnazu w Gudermesie, gdzie są elementy nie tylko przygotowania strzeleckiego, ale również podstawy taktycznej medycyny i przygotowanie ideologiczne. Ponieważ bataliony ochotnicze rzucane są na główne odcinki frontu, straty wśród ochotników, zwłaszcza w przedziale wieku 40-50, są duże.

Tymczasem prawie w całej Rosji formowane są nowe bataliony ochotnicze. W Obwodzie Niżnonowogrodzkim formowany jest ochotniczy batalion pancerny. Zapisy ochotników odbywają się poprzez obwodową organizację „Rosyjskiego Związku Weteranów Afganistanu", skąd chcących służyć w wojskach pancernych, kieruje się do komisariatów wojskowych w miejscu zamieszkania. Plakat zachęcający ochotników do wstąpienia w szeregi „obrońców ojczyzny" oferuje w tym przypadku: jednorazową wypłatę 200 tys. rubli; żołd od 250 tys. rubli na miesiąc; status „weterana działań bojowych"; specjalny pakiet socjalny, w tym dla rodziny; minimalny czas kontraktu 6 miesięcy.

(...)

Warunki finansowe w batalionach ochotniczych są bardzo kuszące, wahają się w przedziale od 200 do nawet 350 tys. rubli miesięcznie, przy czym jest to kilka razy więcej niż w przypadku zwykłego żołnierza kontraktowego i średnich zarobków (dla porównania średnia szeregowego żołnierza na kontrakcie to ok. 92 tys. rubli, średnia płaca w Obwodzie Niżnonowogrodzkim ok. 44 tys. rubli).

Do procesu formowania jednostek ochotniczych włączyły się również organizacje kombatanckie oraz władze administracyjne poszczególnych regionów, które przejmują na siebie m.in. obowiązki wyposażenia batalionu. Władze administracyjne miast czy regionów, których budżety obciążone są formowaniem i ekwipowaniem batalionów, a proces ma charakter terytorialny, chcą zachować pewną odrębność w symbolice i tradycji, np. poprzez nazwę jednostki, czy znaki naramienne. Przykładowo w Obwodzie Orenburskim, gdzie formowany jest kontraktowy ochotniczy batalion strzelców zmotoryzowanych „Jaik", zachowane mają być odrębne komponenty umundurowania – „szewrony i inne rozpoznawalne elementy" związane z Orenburgiem. W skład batalionu może wejść każdy chętny w wieku 18-50 lat, niekoniecznie z przeszkoleniem wojskowym, z głównym wymogiem niekaralności, przy miesięcznym żołdzie w wysokości 200 tys. rubli.

Przykładowo w Baszkiri, przy wsparciu władz regionalnych, sformowano batalion ochotniczy im. Minigały Szajmuratowa, generała sowieckiej (baszkirskiej) kawalerii, walczącego w Donbasie z nazistami w 1943 r. W lipcu baszkirski batalion (450 ludzi) zakończył formowanie i został odprawiony na Ukrainę; ogłoszono nabór do drugiego batalionu.

(...)

W niektórych przypadkach w proces formowania batalionów włączone mogą zostać konkretne centra szkoleniowe lub związki taktyczne. Przykładowo ochotniczy batalion „Tigr" formowany jest na bazie 155 Brygady Piechoty Morskiej w Kraju Nadmorskim. Ochotnicy batalionu przejść mają miesięczny, dwuetapowy, proces przygotowania wojskowego na dwóch poligonach piechoty morskiej (Bamburowo i Gornostaj). Dla chętnych jest możliwość zdania egzaminów i uczestnictwa w „operacji specjalnej" w składzie 155 BPM.

Powodem formowania tzw. batalionów ochotniczych, nie jest oczywiście społeczne zapotrzebowanie, ale przede wszystkim „głód kadrowy" SZ FR, na który składają się wysokie straty osobowe, przedłużająca się wojna i wynikająca z tego konieczność rotacji jednostek, na tle nieogłoszenia stanu wojny i mobilizacji, a zatem niewystarczające rezerwy kadrowe. Oczywiście inną korzyścią dla Kremla jest pokazanie powszechnego poparcia dla tzw. „operacji specjalnej", które w Rosji jest rzeczywiście relatywnie wysokie (wg sondażu niezależnej Lewady z kwietnia działania na Ukrainie poparło 74% uczestników sondażu, wg rządowego VTSIOM z maja 72%).

defence24.pl

sobota, 16 lipca 2022


Kazachstan od samego początku wojny na Ukrainie wykazywał pewną wstrzemięźliwość w reakcjach na rozwój wydarzeń. Mogło to dziwić, gdyż raptem dwa miesiące przed rosyjską inwazją na Ukrainę prezydent Kazachstanu Kassym Żomart-Tokajew dzięki wsparciu militarnemu Rosji pozbył się konkurenta tj. Nursułtana Nazarbajewa i jego wpływów. Operacja kazachska wydawała się majstersztykiem Putina, zwłaszcza, jeśli weźmie się pod uwagę jego plany ataku na Ukrainę. Nazarbajew był ostatnią osobą z kierownictwa ZSRR, która utrzymała się u władzy. Tymczasem w swojej tyradzie tuż przed agresją na Ukrainę, Putin właśnie ostatnią ekipę przywódczą ZSRR, do której Nazarbajew należał jako I sekretarz Komunistycznej Partii Kazachskiej SRR od 1989 r., oskarżył o spisek przeciwko radzieckiej państwowości motywowany partykularnymi interesami i ambicjami. Usunięcie Nazarbajewa „oczyszczało" więc atmosferę, gdyż na Tokajewie nie spoczywała odpowiedzialność za podejmowane wówczas decyzje, więc Putin mógł oczekiwać, że do jego narracji historycznej prezydent Kazachstanu podejdzie z obojętnością. Ponadto Rosja zademonstrowała sprawność w przerzucie swoich sił do Kazachstanu oraz w mobilizacji Organizacji Układu Bezpieczeństwa Zbiorowego (ODKB). To ostatnie było tym bardziej znamienne, że w 2020 r., gdy Azerbejdżan zaatakował (za zgodą Rosji) Armenię, to ODKB pozostało bezczynne. Rosja pokazała więc, że to ona decyduje gdzie i kiedy będą używane siły ODKB i że to ona udziela inwestytury w Kazachstanie.

Moskwa mogła więc oczekiwać, że Tokajew nie będzie chciał z nią zadzierać i będzie wiernym wasalem. I tak by zapewne było gdyby Rosja nie okazała swojej słabości na Ukrainie. Zamiast błyskawicznej operacji, naśladującej amerykańską interwencję w Iraku w 2003 r., obalenia Zełeńskiego i zainstalowania wiernego sobie reżimu, nastąpiła totalna kompromitacja i wejście w długotrwałą, wyniszczającą wojnę oraz skonsolidowanie (przynajmniej do pewnego stopnia) Zachodu przeciwko sobie. W takiej sytuacji nawet Chiny musiały zrewidować swoje kalkulacje i zachować wstrzemięźliwość we wspieraniu Rosji. Kazachstan na tym etapie nie wyróżniał się jednak wśród pozostałych państw ODKB. W głosowaniu Zgromadzenia Ogólnego ONZ nad potępieniem rosyjskiej inwazji na Ukrainę Kazachstan wstrzymał się od głosu, podobnie jak inni członkowie ODKB (z wyjątkiem Białorusi, która była przeciw). Z kolei w głosowaniu nad zawieszeniem Rosji w Radzie Praw Człowieka Kazachstan, podobnie jak pozostałe państwa ODKB, z wyjątkiem Armenii, która nie wzięła udziału w głosowaniu, był przeciw.

Do konfliktu Rosji z Kazachstanem zapewne by nie doszło, gdyby Rosja sama go nie rozkręciła. Warto przy tym podkreślić, że żadne z państw ODKB nie uznało tzw. Donieckiej i Ługańskiej Republiki Ludowej i (delikatnie mówiąc) nie okazało gotowości do włączenia się do wojny. Nawet Łukaszenko, choć de facto uczestniczył w ataku na Ukrainę, to oficjalnie się od tego odcinał, a Białoruś wprawdzie „wyraziła zrozumienie" dla decyzji Rosji o uznaniu DNR i ŁNR ale sama tego nie zrobiła. Rosja nie próbowała nawet zażądać od ODKB wsparcia swojej inwazji, choć mogłaby to zrobić bez trudu, wykorzystując do tego oskarżenia, że Ukraina zaatakowała rosyjskie terytorium. Moskwa wiedziała jednak, że państwa ODKB zrobią wszystko by się wymigać z udzielenia pomocy, więc mogłoby to się dla Rosji skończyć potężną kompromitacją i faktyczną likwidacją ODKB. Najwyraźniej jednak Rosja liczyła, że Kazachstan, będący czwartą pod względem wielkości b. republiką radziecką (po Rosji, Ukrainie i Uzbekistanie) i największym po Rosji członkiem ODKB, da innym „dobry przykład". W końcu dopiero co Tokajew dostał od Kremla inwestyturę. Ponadto z perspektywy imperializmu rosyjskiego Kazachstan jest niemal tak samo ważny jak Ukraina i Białoruś, gdyż 20 % tamtejszej populacji to etniczni Rosjanie.

Kazachstan nie miał jednak zamiaru wplątywać się w rosyjską awanturę na Ukrainie, gdyż wiedział, że uderzy to w jego interesy i sprowadzi do roli rosyjskiej kolonii. Lampkę ostrzegawczą włączył zresztą sam Putin kwestionując w swej prowojennej tyradzie prawo byłych republik sowieckich do państwowości. Taka postawa Kazachstanu rozsierdziła propagandystów rosyjskich, takich jak m.in. szefowa Russia Today Margarita Simonian i jej męża Tigrana Keosajana. Ten drugi w kwietniu zaczął otwarcie wygrażać Kazachstanowi, co jednak poskutkowało jedynie potępieniem go przez kazachski MSZ. Gdyby Rosja była na tym etapie rozsądna to wykorzystałaby Kazachstan do omijania sankcji, gdyż sygnały, że jest on skłonny do współpracy w tym zakresie płynęły wówczas z Nur-Sultanu. Przełom nastąpił jednak w połowie czerwca, na Forum Ekonomicznym w Petersburgu, na który Tokajew przybył jako jeden z zaledwie kilku przywódców państwowych. W czasie debaty z udziałem Putina kazachski przywódca podkreślił, że Kazachstan nie ma zamiaru uznawać separatystycznych republik. Tokajew sprytnie wspomniał przy tym o Tajwanie, w uzasadnieniu takiej decyzji, a tym samym zasłonił się niejako Chinami. Putin uznał to za policzek i postanowił „ukarać" Kazachstan, doprowadzając w ten sposób do eskalacji. Było to przy tym działanie emocjonalne i nieprzemyślane i nic nie wskazuje na to by Rosja miała jakiś plan dalszych działań.

Tuż po zakończeniu forum w Petersburgu Rosja postanowiła więc „zdyscyplinować" Kazachstan ograniczeniem eksportu kazachskiej ropy przez port w Noworosyjsku. Kazachstan zamiast spodziewanej przez Kreml reakcji „ruki po szwam" od razu odgryzł się, blokując 1700 wagonów z rosyjskim węglem, tłumacząc to koniecznością zastosowania się do sankcji unijnych nałożonych na Rosję. Według Tokajewa, w przeciwnym razie Kazachstan sam będzie narażony na unijne sankcje (co ciekawe takie kraje jak Turcja nie za bardzo się tym przejmują, choć w przeciwieństwie do Kazachstanu są w NATO). To doprowadziło do dalszej eskalacji i na początku lipca rosyjski Nadmorski Sąd Rejonowy w Noworosyjsku postanowił o zawieszeniu aktywności terminala Konsorcjum Rurociągu Kaspijskiego na 30 dni, podając jako pretekst kwestie ekologiczne. Oznaczało to wstrzymanie przesyłu ropy rurociągiem kaspijskim z Kazachstanu do Noworosyjska i dalej do Europy (rurociąg ten odpowiedzialny jest za sprzedaż 2/3 kazachskiej ropy). Głównym udziałowcem rurociągu jest przy tym sama Rosja (31 %, ponadto Lukoil kolejne 12,5 %), podczas gdy Kazachstan ma 20, 75 % udziałów. Co prawda 11 lipca Sąd Okręgowy zmienił tą decyzję nakładając na spółkę jedynie grzywnę ale w międzyczasie Kazachstan znów się odgryzł wycofując się z Międzypaństwowego Komitetu Walutowego Wspólnoty Niepodległych Państw i sugerując poszukiwanie alternatywnej drogi eksportu ropy do Europy.

Kazachstan wyraźnie „puszcza oko" w kierunku Zachodu ale póki co ani on ani Rosja nie przekroczyli czerwonej linii we wzajemnych stosunkach, a entuzjazm niektórych zachodnich komentatorów może się okazać „wishful thinking". Wycofanie się z Międzypaństwowego Komitetu Walutowego WNP ma znaczenie symboliczne. Również pozostałe działania obu stron odbywają się póki co bardziej w sferze retoryki i wzajemnych kuksańców. Nic nie wskazuje natomiast na to by Kazachstan zamierzał wycofać się z ODKB czy też Euroazjatyckiej Unii Gospodarczej, co byłoby rzeczywistym ciosem dla Rosji. Ponadto Kazachstan nie ma zbyt wielu możliwości alternatywnego eksportu swojej ropy.

Dla Rosji eskalacja konfliktu jest niekorzystna z wielu powodów. Po pierwsze, Kazachstan mógłby odgrywać ważną rolę w procederze łagodzenia skutków nałożonych sankcji. Po wprowadzeniu sankcji, to stąd dostarczana była waluta do Rosji, do Kazachstanu przeniosło się wiele rosyjskich firm w celu obejścia sankcji, w kazachskich bankach Rosjanie zaczęli otwierać rachunki bankowe by mieć dostęp do międzynarodowych operacji. Ponadto Kazachstan mógł służyć (i do czasu rozkręcenia konfliktu przez Rosję – służył) jako klucz dla „równoległego" handlu zagranicznego Rosji i Białorusi. Po drugie, asertywność Kazachstanu i bezsilność Rosji to ważny sygnał dla innych państw ODKB oraz pozostałych sojuszników tego kraju, że jego mocarstwowość jest wątpliwa.

Pewność siebie Tokajewa oznacza, że nie zakłada on by Rosja była w stanie dokonać w Kazachstanie przewrotu. Teoretycznie ma do tego instrumenty, zważywszy na liczebność mniejszości rosyjskiej, a także inne powiązania Kazachstanu z Rosją, w tym wpływy w służbach i armii. Jednakże już raz w tym roku Rosja przeceniła swoje wpływy, więc wybierając wariant siłowy ryzykowałaby utratą wszelkich wpływów, tak jak to się stało na Ukrainie. Otwarcie drugiego frontu byłoby ponad siły rosyjskiej armii, nie radzącej sobie nawet na jednym, tj. na Ukrainie. Ponadto oznaczałoby to też koniec ODKB i marzeń odbudowy ZSRR, zwłaszcza że Rosja nie graniczy z pozostałymi członkami ODKB (poza Białorusią). Pewność siebie Tokajewa wynika też zapewne z tego, że jest przekonany, iż Chiny nie pozwolą Rosji na przeprowadzenie jakiejkolwiek operacji przeciwko niemu. To też znak, że Pekin, a nie Moskwa, jest i będzie głównym rozgrywającym w tym regionie. Kazachstan gra też z Turcją w ramach Organizacji Państw Turkijskich i można się spodziewać, że będzie zainteresowany wzmocnieniem tego formatu. Nie można jednak zapominać, że Turcja prowadzi własne deale z Rosją, przypominające bazar, gdzie przestrzenie wspólnego zainteresowania, takie jak m.in. Azja Centralna, podlegają przehandlowywaniu. W styczniu Turcja sondowała czy może wysłać „siły pokojowe" do Kazachstanu, konkurując w ten sposób z Rosją ale wówczas miała mniej kart w ręku. Teraz ma ich więcej, więc można się spodziewać, ze relacja Kazachstanu z Turcją ulegną wzmocnieniu, choć Tokajew zachowa ostrożność, znając naturę relacji turecko-rosyjskich. O ile Rosja nie zdecyduje się na wariant siłowy, a byłby to z jej strony błąd (niemniej wojna na Ukrainie pokazuje, że Moskwa niekoniecznie działa racjonalnie), to Kazachstan nie zerwie z nią relacji, a Zachód będzie dla niego jedynie partnerem handlowym i instrumentem balansowania. Kwestią otwartą pozostaje też na ile USA gotowe byłyby wesprzeć Kazachstan w przypadku użycia siły przez Rosję. Z jednej strony wyrwanie Kazachstanu z orbity rosyjskiej byłoby ogromnym sukcesem i geopolitycznym ciosem dla Kremla, z drugiej jednak istnieją bardzo istotne różnice między Kazachstanem a Ukrainą i beneficjentem dalszego uniezależniania się tego pierwszego mogą być raczej Chiny i ewentualnie Turcja, a nie Zachód.

defence24.pl

Grupa niemieckich naukowców i ekspertów wojskowych w otwartym liście, który ukazał się w dzienniku „Frankfurter Allgemeine Zeitung” (FAZ), oświadczyła, że nie widzi obecnie możliwości „poważnego rozwiązania dyplomatycznego” w odniesieniu do wojny w Ukrainie. 22 autorów wzywa wręcz do „zwiększenia poziomu i ilości zachodnich dostaw broni” do Ukrainy, aby kraj ten mógł zapobiec zawarciu pokoju na czyichś warunkach.

Jeśli Ukraina ulegnie rosyjskiej agresji, Moskwa prawdopodobnie zaplanuje kolejne wojny, „aby zniszczyć europejski porządek bezpieczeństwa” – ostrzegają sygnatariusze artykułu gościnnego w FAZ. Należą do nich między innymi: ekspert wojskowy Carlo Masala z Uniwersytetu Bundeswehry w Monachium, historyk wojskowości Soenke Neitzel z Uniwersytetu w Poczdamie oraz kilku byłych generałów Bundeswehry.

Swoim komentarzem zaprzeczają otwartemu listowi niemieckich pisarzy, dziennikarzy i filozofów, którzy w tygodniku „Die Zeit” pod koniec czerwca wezwali do najszybszego zakończenia wojny. List ukazał się pod tytułem: „Zawieszenie broni teraz”!

W artykule gościnnym w FAZ 14 lipca autorzy ostrzegają, że pokoju nie da się osiągnąć za pomocą pochopnego „rozwiązania dyplomatycznego”.

„Byłby to sygnał dla prezydenta Rosji Władimira Putina, że inwazje są nagradzane zdobyciem terytorium, wymazaniem suwerennych państw i geopolityczną ekspansją władzy” – uważają profesorowie i byli wojskowi.

dw.com/DPA

W piątek Główny Urząd Statystyczny (GUS) poinformował, że ceny towarów i usług konsumpcyjnych w czerwcu br. wzrosły rdr o 15,5 proc., a w porównaniu z poprzednim miesiącem ceny wzrosły o 1,5 proc.

Bank PKO BP odnotował, że podobnie jak wskazywał szacunek flash, do wzrostu inflacji w czerwcu przyczyniły się głównie ceny paliw (dodały 0,7 pp) i nośników energii (dodały 0,4 pp). "W konsekwencji w dalszym ciągu narasta dysproporcja pomiędzy zmianami cen towarów (drożeją już o 16,8 proc. r/r) i usług, których ceny rosną wyraźnie wolniej (w czerwcu: 11,5 proc. r/r)" - zwrócili uwagę analitycy.

Według szacunków PKO BP inflacja bazowa wzrosła do 9,1-9,2 proc. rdr, dodając do CPI 0,3 pp. "W skali miesiąca ceny z wyłączeniem żywności i energii wzrosły o 0,6-0,7 proc. - najmniej od grudnia 2021" - zauważyli eksperci, dodając, że "presja inflacyjna stopniowo wytraca impet".

"Wśród komponentów bazowych nadal obserwujemy relatywnie silne wzrosty usług z dużym udziałem kosztów pracy (np. usługi lekarskie). W czerwcu silnie wzrosły ceny w turystyce zorganizowanej, w tym głównie wyjazdów zagranicznych (prawie 11 proc. m/m i 41 proc. r/r). Nadal silnie rosły ceny w restauracjach i hotelach (1,3 proc. m/m; 15,9 proc. r/r). Spadły za to ceny odzieży i obuwia, które pierwszy raz od października 2021 r. uplasowały się poniżej wzorca sezonowego" - wskazano.

"W połączeniu z wyhamowaniem wzrostu cen w kategoriach dóbr i usług innych niż podstawowe, dane mogą być pierwszym sygnałem, że ograniczanie popytu przez gospodarstwa domowe ogranicza możliwości dalszego przerzucania wyższych kosztów na konsumentów" - skomentowali analitycy.

W ocenie PKO BP "w kolejnych miesiącach" o zmianach inflacji nadal decydować będą "głównie" ceny nośników energii, paliw i żywności. "Wśród tych pierwszych w czerwcu pierwsze skrzypce nadal grały ceny opału (122 proc. r/r), jednak w kolejnych miesiącach należy oczekiwać także narastania dynamiki cen ciepła i gazu" - przewidują eksperci.

"Biorąc pod uwagę bieżące trendy na stacjach paliw (silne spadki) i żywności (słabsze wzrosty) oraz dalsze hamowanie impetu inflacji bazowej zakładamy, że lipiec może być pierwszym od lutego br. (kiedy wprowadzano tarcze antyinflacyjne) miesiącem bez wzrostu inflacji" - prognozują analitycy banku.

PAP

BiznesAlert.pl: Co dane mówią o kryzysie energetycznym w Europie?

Georg Zachmann: Mamy problem nie tylko w Europie, ale na skalę globalną. Zużycie ropy wzrosło o około 10 procent po pandemii koronawirusa. Wydobycie wzrosło tylko o sześć procent i ten fakt podnosi ceny. Podobnie jest z LNG, na które wzrosło zapotrzebowanie szczególnie przez fakt, że Rosja zatrzymała dostawy więc Europa musi coraz bardziej polegać na dostawach z rynku gazu skroplonego. Mamy też lokalne problemy z energetyką w Europie, jak niskie wytwarzanie energii z energetyki jądrowej we Francji. Nie ma już dodatkowych źródeł pozwalających zwiększyć dostępność surowca. Jedyne wyjście to redukcja zapotrzebowania.

Czy to jest jedyne wyjście?

Jeśli zmniejszymy zużycie w celu obniżki cen pomożemy konsumentom w Europie i poza nią. Na naszym kontynencie biedniejsze kraje nie mogą sobie pozwolić na zakup surowców, bo są wykupywane przez najbogatszych, którzy subsydiując sektor podnoszą ceny. Subsydia sprawiają więc, że bogatsi wykupują biedniejszym surowce sprzed nosa. Rozwiązaniem nie będzie więcej subsydiów. Oznaczałyby one więcej pieniędzy w systemie, ale nie więcej surowców.

Jak się przygotować?

Powinniśmy zacząć dekadę temu. Na początku ataku Rosji na Ukrainę było już jasne, że energetyka jest bronią polityczną Rosji, której ta użyje. Jest niezwykle ważne, aby kraje europejskie jak Niemcy, Włochy czy Austria nie były wystawione na szantaż energetyczny. Jednakże zależność tych krajów od surowców z Rosji jest nadal wysoka. Ministerstwo gospodarki i klimatu Niemiec robi to, co należy w celu zmniejszenia zapotrzebowania na gaz, ale z drugiej strony są tacy politycy, którzy nauczeni doświadczeniami pandemii koronawirusa, unikają wzywania populacji do zmiany zachowania przez tę trudną sytuację.

Co by się stało, gdyby Rosja całkowicie zatrzymała dostawy gazu do Europy?

Jeśli Rosja to zrobi, pojawią się ograniczenia dostępu do gazu. Do odpowiedzi pozostaje pytanie o skalę takich ograniczeń, czy będzie chodziło o przykręcenie termostatów czy raczej czekają nas blackouty oraz wyłączenia przemysłu w Niemczech. Odpowiednie ograniczenia pozwoliłyby przejść przez następną zimę. Im lepiej się przygotujemy, tym mniejsze będziemy mieli problemy. Myślę, że jeśli będziemy odpowiednio przygotowani, Putin nie zatrzyma dostaw gazu.

Co z energetyką jądrową?

Wytwarzanie z energetyki jądrowej nie jest małe. To około 9 GW mocy. Z drugiej strony narracja polityczna głosi, że łatwiej zamknąć część przemysłu zamiast otwierać na nowo debatę o energetyce jądrowej. To będzie zależało od decyzji politycznej.

Czy Polska i Niemcy, a szerzej cała Unia Europejska, są skazane na współpracę w dobie kryzysu energetycznego?

Jesteśmy w tej sytuacji razem. Wiele krajów zyskałoby na tym, gdyby Polska obstając za wspólną zasadą solidarności energetycznej. Dane pokazują, że Polska da sobie radę zimą, ale rząd w Warszawie powinien pilnować, aby gazociąg Baltic Pipe był gotowy na czas a gazowce z LNG docierały w tak dużej liczbie jak w ostatnich miesiącach. Ograniczenie zużycia gazu w Polsce było większe w Polsce niż innych krajach. Przygotowała się ona bardzo dobrze. Jeżeli Polska pomoże teraz innym krajom unijnym poprzez reeksport do sąsiadów, będzie to cenne wsparcie z perspektywy jedności europejskiej wobec kryzysu.

Co z pomysłem zakazu importu gazu rosyjskiego przedstawionym po ataku Rosji na Ukrainę?

Do rozwiązania jest problem coraz większych pieniędzy przekazywanych Rosji za coraz mniej dostarczanego gazu. Rosjanie wysyłają nam gaz, bo czyni nas on zależnym od nich i daje im przewagę. Nie powinniśmy się obawiać reakcji na tak wysokie ceny gazu z Rosji. Unia Europejska nie powinna jednak odcinać się od Rosji na zawsze. Mamy infrastrukturę, więc Europa powinna rozwinąć silne instytucje pozwalające bezpiecznie kupować surowce rosyjskie. Jedna agencja zakupowa mogłaby zarządzać naszą zależnością i pozwolić uniknąć podziałów między krajami członkowskimi w sprawie dostaw gazu z Rosji w przyszłości.

Wizja współzależności z Rosją zawiodła w przeszłości.

Wierzyliśmy, że Unia Europejska może utrzymywać relacje z Rosją jak z klientem biznesowym, ale czas zrozumieć, że to polityka. Dlatego też potrzebna jest kontrola polityczna nad cenami i wolumenami dostaw.

Czy w obliczu jeszcze głębszego kryzysu energetycznego jest nadzieja? Co z transformacją energetyczną?

Mam nadzieję, że ostatecznie będzie dobrze. Koszt technologii Odnawialnych Źródeł Energii oraz efektywności energetycznej spada do poziomu komercyjnego. Jeśli przerwaliśmy handel z Rosją, a ceny energii pozostaną wysokie, transformacja energetyczna pójdzie dzięki tym uwarunkowaniom naprzód. Rozwój terminali LNG oraz wodoru jako rozwiązanie mnie nie przekonuje z punktu widzenia kosztów. Należy obniżyć zużycie energii w Europie i zwiększyć użycie OZE. W ten sposób staniemy się prawdziwie niezależni od Rosji.

biznesalert.pl

Zachodni politycy próbowali ukryć przed wyborcami, że jedynym pewnym sposobem na zmniejszenie dochodów Rosji ze sprzedaży ropy naftowej jest recesja największych gospodarek - uważa John Kemp, publicysta Reutersa.

Zdaniem Kempa zarówno amerykańscy, jak i europejscy przywódcy nie zdecydują się na celowe osłabienie swoich gospodarek, aby zwiększyć ekonomiczną presję na Moskwę, ponieważ „ubóstwo nie jest atrakcyjną opcją w walce wyborczej”.

Równocześnie prognozuje, że jeśli doszłoby do recesji, to „prawdopodobieństwa nałożenia surowych sankcji znacznie wzrośnie” - tak w odniesieniu do bieżącego, jak i przyszłego roku. Spowolnienie gospodarcze w naturalny sposób zmniejszy bowiem zapotrzebowanie na surowiec, co pozwoli rynkowi złapać nieco oddechu i otworzy nowe możliwości przeciwdziałania agresywnej polityce Putina. „W czasie recesji dochody Rosji ucierpiałyby podwójnie - na skutek połączenia niższych cen i mniejszych wolumenów” - dodaje.

Autor Reutersa przypomina w swoim felietonie, że w 2021 roku Rosja wydobyła 536 mln ton ropy, co pozwoliło jej zdobyć drugą pozycję w zestawieniu największych producentów. Pierwszą zajęły Stany Zjednoczone (711 mln t), zaś trzecią Arabia Saudyjska (515 mln t). Według BP przełożyło się to odpowiednio na 13%, 17% i 12% udziałów w globalnym wydobyciu.

W ostatnich miesiącach, jak wspomina Kemp, mieliśmy do czynienia z sytuacją, w której ceny rosły szybciej niż spadały wolumeny rosyjskiego eksportu, przez co uderzenie naftowe nie było zbyt dotkliwe dla Rosjan.

energetyka24.com

11 lipca, zgodnie z wcześniejszymi zapowiedziami i coroczną praktyką, Gazprom wstrzymał dostawy gazu dla odbiorców europejskich gazociągiem Nord Stream 1 (NS1), prowadzącym z Rosji do Niemiec po dnie Morza Bałtyckiego.

Choć przerwa w dostawach ma mieć charakter techniczny (związany z planowymi pracami konserwacyjnymi), szereg europejskich komentatorów i urzędników (w tym minister gospodarki Niemiec Robert Habeck, minister gospodarki i finansów Francji Bruno Le Maire czy wiceprzewodniczący Komisji Europejskiej Valdis Dombrovskis) wyraża obawy, że po jej zakończeniu (21 lipca) dostawy nie zostaną w pełni ani nawet w części przywrócone. Już w czerwcu Gazprom zmniejszył – ze 167 mln m3 do 66 mln m3 na dobę – dostawy gazu przez NS1, powołując się m.in. na problemy związane z zatrzymaniem wskutek sankcji w Kanadzie remontowanych w tym kraju turbin gazowych marki Siemens do stacji kompresorowej. Rzecznik prezydenta Rosji Dmitrij Pieskow odrzucił kierowane wobec Moskwy oskarżenia, iż decyzje mają charakter polityczny, i wskazał (8 lipca), że zwrot turbiny pomoże zwiększyć dostawy po przerwie technicznej.

10 lipca minister energetyki Kanady Jonathan Wilkinson zapowiedział, że rząd zezwoli na zastosowanie wyjątku od wprowadzonych przez ten kraj sankcji i wyda czasową,  odwoływalną zgodę na dostarczenie do Niemiec przeznaczonych dla rosyjskiego Gazpromu turbin gazowych Siemensa remontowanych w należących do spółki córki tej firmy zakładach w Montrealu. Według przecieków medialnych (opublikowanych w kanadyjskim dzienniku „The Globe and Mail” 13 lipca) zgoda ma obowiązywać przez dwa lata i dotyczyć sześciu turbin. Decyzję Kanady skrytykowały władze Ukrainy, w tym prezydent Wołodymyr Zełenski. Tego samego dnia ukraińskie MSZ w ustnej nocie przekazało swój protest ambasadorowi tego kraju w Kijowie. Także resorty energetyki i spraw wewnętrznych Ukrainy wezwały kanadyjski parlament do wstrzymania zwrotu turbiny, argumentując, że w przeciwnym razie Moskwa uzyska wsparcie w jej wojnie hybrydowej przeciwko Europie. W oświadczeniu podkreślono, że strona rosyjska nie korzysta z istniejących możliwości zwiększenia dostaw gazu przez terytorium Ukrainy.

10 lipca decyzję rządu Kanady z zadowoleniem przyjął kanclerz Niemiec Olaf Scholz, a 11 lipca poparł ją również Departament Stanu USA. Stwierdzono przy tym, że jej wdrożenie pozwoli Niemcom i innym państwom europejskim na uzupełnienie zapasów surowca i zabezpieczenie się przed rosyjskim szantażem energetycznym. Tego samego dnia rzecznik rządu RFN oświadczył, iż strona niemiecka przyjęła do wiadomości krytyczne stanowisko władz Ukrainy odnośnie do zwrotu turbiny, i podkreślił, że sankcje UE nie obejmują sprzętu związanego z dostawą gazu ziemnego. Podobną ocenę przedstawił rzecznik Komisji Europejskiej.

8 lipca podczas narady z członkami rządu poświęconej kompleksowi paliwowo-energetycznemu prezydent Władimir Putin wezwał urzędujący gabinet i rosyjskie firmy energetyczne do przygotowania się na zachodnie embargo na import rosyjskich nośników energii oraz do intensyfikacji działań na rzecz dywersyfikacji ich eksportu na kierunki południowe i wschodnie.

11 lipca sąd Kraju Krasnodarskiego w Rostowie nad Donem, po apelacji konsorcjum KTK/CPC (operatora rurociągu naftowego z kazaskiego złoża Tengiz do rosyjskiego terminalu w Noworosyjsku), zmienił postanowienie sądu rejonowego w Noworosyjsku z 5 lipca i zastąpił wstrzymanie działalności tej spółki na 30 dni w związku z naruszeniami w sferze ochrony środowiska (a w konsekwencji funkcjonowania ropociągu) grzywną w wysokości 200 tys. rubli (aktualnie równowartość ok. 3,3 tys. dolarów).

13 lipca opublikowano comiesięczny raport Międzynarodowej Agencji Energetycznej (MAE), z którego wynika m.in., że wydobycie ropy naftowej w Rosji wzrosło w czerwcu o 490 tys. baryłek na dobę (b/d) – do 11,07 mln b/d, a eksport tego surowca zmniejszył się w czerwcu do 7,4 mln b/d, tj. o 250 tys. b/d względem maja br. (z czego ok. 5 mln b/d przypadało na ropę surową, a ok. 2,4 mln b/d na produkty naftowe, których wolumen eksportu nie zmienił się). Jednocześnie dochody Rosji z eksportu ropy zwiększyły się w czerwcu w porównaniu z majem o 700 mln dolarów i przekroczyły poziom 20 mld dolarów miesięcznie. Wynikało to ze wzrostu średniej ceny ropy marki Urals, która w czerwcu (według danych Ministerstwa Finansów FR) wyniosła 87,25 dolara za baryłkę, tj. o 10,7% więcej niż w maju br.

13 lipca agencja ratingowa Moody’s podała, że planowane przez Niemcy ograniczenie udziału importu gazu ziemnego z Rosji do 10% do 2024 r. będzie bardzo dużym wyzwaniem (mimo że w kwietniu br. udało się już zmniejszyć ten odsetek z 60 do 35%). Z kolei Włochy mogą całkowicie uniezależnić się od importu gazu z tego kierunku do 2025 r. Według ocen agencji ewentualne wstrzymanie przez Rosję dostaw surowca przez NS1 i wynikające z tego problemy spowodują straty szacowane odpowiednio na 3–6% PKB Niemiec oraz 1–3% PKB Włoch.

14 lipca rzeczniczka MSZ FR Maria Zacharowa określiła dyskutowane w ramach grupy G7 plany wprowadzenia limitów cenowych na ropę eksportowaną przez Rosję jako „antyrynkowe, awanturnicze i woluntarystyczne”. Zagroziła też, że ich wcielenie w życie doprowadziłoby do wzrostu światowych cen tego surowca. Wcześniej wiceminister spraw zagranicznych Siergiej Riabkow nazwał te doniesienia wojną psychologiczną toczoną przeciwko Rosji przez Zachód. O takich planach debatowano już z inicjatywy USA m.in. na szczycie G7 w Elmau w dniach 26–28 czerwca br. Wcześniej, w maju br., mówiła o nich sekretarz skarbu USA Janet Yellen. Według przecieków medialnych zakładałyby one ustalenie akceptowalnego ograniczonego poziomu cenowego na eksportowaną przez Rosję ropę naftową przy jednoczesnym ustanowieniu restrykcji grożących za jego przekroczenie (zwłaszcza w postaci zakazu ubezpieczania frachtu). 14 lipca agencja Bloomberg poinformowała, że rząd FR opracował plan wprowadzenia w październiku br. narodowego standardu ropy i skłonienia odbiorców do nabywania surowca na rosyjskiej platformie zakupowej (a nie na międzynarodowych giełdach). Intencją Moskwy jest osiągnięcie do wiosny 2023 r. satysfakcjonującego poziomu obrotów i ceny, co zabezpieczy ją przed ewentualnymi limitami cenowymi ustanawianymi przez państwa zachodnie. Jak dotąd podejmowane od ponad 10 lat próby stworzenia przez Rosję własnego standardu ropy były nieskuteczne z uwagi na zbyt małe ilości sprzedawanego na moskiewskiej giełdzie Spimex surowca.

Według statystyk Indii eksport rosyjskiej ropy naftowej do tego kraju wzrósł w czerwcu do średnio 950 tys. b/d, tj. o 15,5% względem maja br. Dzięki znaczącemu upustowi na surowiec marki Urals Rosja ma obecnie ok. 20% udziału w indyjskim imporcie ropy i stanowi przy tym drugie po Iraku jej źródło. Z kolei wstępne dane dotyczące Chin sugerują, że Rosja, której eksport na tym kierunku kolejny miesiąc kształtował się na poziomie ok. 2 mln b/d, pozostawała największym importerem surowca do ChRL. Wzrasta też eksport rosyjskiego gazu ziemnego do Chin gazociągiem Siła Syberii. Według danych Gazpromu z 1 lipca w I półroczu 2022 r. zwiększył się on wobec analogicznego okresu ub.r. o 63,4%. Prognozy koncernu przewidują wyeksportowanie tym szlakiem w br. ok. 15 mld m3 surowca.

Komentarz

Zatrzymanie przez Kanadę zwrotu do Rosji turbiny gazowej dla stacji kompresorowej Portowaja k. Wyborga (działającej na gazociągu Nord Stream 1) spowodowane było tym, że użyto w niej napędu stworzonego na bazie silnika lotniczego Rolls-Royce’a wykorzystywanego także w samolotach bojowych, co uznano za technologię podwójnego przeznaczenia. Kolejna taka turbina nadal znajduje się w zakładach w Montrealu należących do brytyjskiej firmy Industrial Turbine Company Limited (ITCL) – spółki córki niemieckiej firmy Siemens. Decyzja rządu Kanady o zwrocie turbiny do Niemiec nastąpiła w wyniku porozumienia zawartego po intensywnych zakulisowych rozmowach niemiecko-kanadyjskich, zapewne w konsultacji z władzami USA. Przekazanie turbiny (według doniesień kanadyjskich mediów już ją wysłano) stronie rosyjskiej ma nastąpić w ciągu około trzech tygodni. Porozumienie kanadyjsko-niemieckie ma też umożliwić remont kolejnych pięciu turbin Siemensa dla Gazpromu.

Oczekiwanie (wyrażane w niektórych komentarzach niemieckich czy amerykańskich), że zwrot turbiny spowoduje przywrócenie przez Gazprom normalnego poziomu dostaw gazu przez NS1 (którego przepustowość wynosi 170 mln m3 na dobę) jest mało realistyczne. U źródeł decyzji Moskwy o znaczącym ograniczeniu przesyłu przez NS1 leżą bowiem intencje polityczne. Ma się ona przyczynić do wzrostu cen gazu na rynku europejskim i wywołania na nim perturbacji, utrudnić napełnienie magazynów surowca (zwłaszcza w RFN) przed sezonem grzewczym, a przede wszystkim – spowodować szkody gospodarcze u czołowych odbiorców europejskich (szczególnie w Niemczech, silnie uzależnionych od importu z Rosji). Celem jest wywołanie niepokojów społecznych, które w zamyśle Kremla miałyby wpłynąć na rewizję postawy poszczególnych rządów wobec Rosji i wojny rosyjsko-ukraińskiej, w tym zwiększyć ich polityczną presję na Kijów, aby szybko zakończyć gorącą fazę konfliktu na warunkach korzystnych dla Moskwy.

Rosja bez trudu mogłaby zastąpić większość zakontraktowanego przesyłu przez NS1, zwłaszcza wykorzystując biegnący przez Ukrainę gazociąg Braterstwo (a także biegnący przez Polskę gazociąg jamalski), jednak nie robi tego, lecz utrzymuje dostawy tylko tym jednym szlakiem na niezmienionym poziomie ok. 41 mln m3 na dobę (przy przewidzianym w obowiązującym kontrakcie poziomie 109 mln m3 na dobę, z czego 77 mln m3 przez jedyny czynny obecnie punkt odbioru Sudża). O złej woli strony rosyjskiej świadczy też to, że komunikat Gazpromu poprzedzający znaczącą redukcję (o 60%) przesyłu przez NS1 w czerwcu br. wymienia wśród przyczyn nie tylko zatrzymanie turbin gazowych w Kanadzie, lecz także wyrobienie resursu technicznego przez inne turbiny (w sumie w stacji Portowaja pracuje ich osiem, w tym jedna rezerwowa) i rzekomo ujawnione, bliżej nieokreślone problemy techniczne z silnikami. Również krótki komunikat Gazpromu z 13 lipca informujący, że koncern nie otrzymał gwarancji zwrotu remontowanych w Kanadzie turbin i w związku z tym nie może zagwarantować zwiększenia dostaw gazociągiem NS1, sugeruje, że będzie się on z tym wstrzymywał.

Należy zatem oczekiwać, że Rosja będzie nadal szantażować odbiorców europejskich arbitralnym ograniczaniem (albo nawet czasowym wstrzymywaniem) dostaw gazu, tym bardziej że ustępstwo Niemiec i Kanady, w połączeniu z bliskimi paniki komentarzami części europejskich elit dotyczącymi spodziewanego kryzysu energetycznego w Europie, potraktuje ona jako dowód na skuteczność swojej agresywnej taktyki.

osw.waw.pl

piątek, 15 lipca 2022


„Moi żołnierze oszacowali, że w ciągu godziny wystrzelili w nas 500 pocisków. Jeśli odjąć czas, w którym atakuje piechota, ostrzeliwują nas średnio 10-12 godzin na dobę. Wychodzi na dobę blisko 5000 pocisków tylko na niewielki sektor jaki broni „Swoboda" - mówił kpt. Gwardii Narodowej, Petro Kuzyk, dowódca ochotniczego batalionu „Swoboda" 4 Brygady Operacyjnej GN, walczącej wówczas jeszcze w Rubiżnem, potem wycofanej do Siewierodoniecka. W czasie walk o Siewierodonieck ostrzał był równie zmasowany i tak dokuczliwy, że batalion „Swoboda" zastosował taktykę maksymalnego zbliżenia się („przyklejenia się"), do pozycji piechoty nieprzyjaciela. Tyle, że działało to przez 1-2 dni, po czym Rosjanie zaczęli kłaść znowu nawały ogniowe, bez troski o własną piechotę.

Z kolei artyleria ukraińska używana jest w rozproszeniu, stawia na celność i szybkość ognia, gdzie warunkiem przeżycia jest szybka zmiana pozycji. Obie strony przywiązują znaczącą uwagę do rozpoznania pozycji przeciwnika i ognia kontrbateryjnego. Uwidacznia się w tym względzie znaczenie dronów, które wykrywają stanowiska artylerii, naprowadzają na nią celny, kilkusalwowy ogień, i oceniają skutki ataków. Kluczowym jest więc wykonanie zadania ogniowego, i natychmiastowa zmiana pozycji.

Armatohaubice kal. 155 mm mają w tej kwestii znacząca przewagę, chociażby ze względu na precyzję i większe zasięgi, jednakże nie zawsze możliwe jest trzymanie się poza zasięgiem oddziaływania artylerii npla. Znaczenie również ma przewaga sprzętu samobieżnego i opancerzonego, nad ciągnionym, który daje większe możliwości obsłudze na przeżycie.

Do ognia kontrbateryjnego, zwłaszcza do celów o szczególnym znaczeniu, stosowany jest cały arsenał uzbrojenia, nie tylko artyleria lufowa, ale i rakietowa prowadząca ostrzał powierzchniowy amunicją kasetową, również amunicja krążąca, a nawet rakiety operacyjne Toczka-U.

(...)

W pełnoskalowej, długotrwałej wojnie artylerii, kluczowym czynnikiem – jak się okazuje – może być, i jest na Ukrainie, amunicja. Nie jest przypadkiem, że celem artylerii czy rakiet taktyczno-operacyjnych są również składy amunicji na bezpośrednim zapleczu frontu. W przypadku armii ukraińskiej amunicja, a raczej jej kurczące się szybko zasoby, to poważny problemem. O tym, że amunicji na Ukrainie jest relatywnie mało, a sprzęt artylerii (np. lufy) jest zużyty sygnalizowano jeszcze przed wojną. Przy niebywałej intensywności ognia artylerii w Donbasie, lufy szybko się zużywają, co ma wpływ na malejącą celność. Również ogień kontrbateryjny szybko degraduje sprzęt artylerii, bowiem nakryta ogniem bateria to nie tylko zabici i zniszczony sprzęt, ale również ranni, kontuzjowani i uszkodzone działa czy haubice. Zastępca ministra obrony narodowej Denys Szarapow stwierdził, że w wyniku ognia kontrbateryjnego średnio dla sześciodziałowej baterii artylerii 2 z 6 dział/haubic (ok. 30%) odnoszą na tyle poważne uszkodzenia od odłamków, np. poprzez zniszczenie kluczowych mechanizmów, że konieczna jest ich naprawa (remont).

(...)

Sygnalizowane przez Kijów wyczerpanie się zasobów amunicji posowieckiej, zresztą nie tylko na Ukrainie, ale i kurczące się możliwości pozyskiwania jej na świecie (m.in. w wyniku oddziaływania Rosji na państwa trzecie), nie jest wyłącznym problemem ukraińskiej armii. Kijów deklaruje, że jedynym wyjściem jest przejście na amunicję NATO-wską, na razie 155 mm. Jednak problem amunicji może pozostać nierozwiązany w kolejnych tygodniach i miesiącach nawet po przejściu na amunicję 155 mm, co jest ukraińską nadzieją, bowiem kraje zachodnie nie dysponują taką ilością amunicji, jaka jest w tej chwili potrzebna. Powiedział o tym wyraźnie minister obrony Wielkiej Brytanii Ben Wallace, który stwierdził, że Zachód nie dysponuje dostateczną ilością amunicji, którą można by przekazać na Ukrainę, w warunkach długotrwałej, wielomiesięcznej wojny. Ukraina miała dotychczas otrzymać blisko 300 tys. sztuk amunicji artyleryjskiej, które przy obecnej intensywności ognia starczą szacunkowo na ok. 40 dni. Potem jej uzupełnienie będzie niemożliwe z racji wyczerpania posiadanych zasobów, koniecznym byłoby zwiększenie tempa bieżącej produkcji amunicji przez zakłady przemysłowe.

(...)

Wiceminister obrony Ukrainy Hanna Malar stwierdziła, że armia ukraińska zużywa dziennie do 6 tys. pocisków artyleryjskich, podczas gdy armia rosyjska ok. 60 tys. Dla porównania, jeśli artyleria ukraińska wystrzeliwuje dziennie 5-6 tys. pocisków, to zakłady Artem w ciągu roku wyprodukowały 14 tys. nowych pocisków 152 mm, a więc na 2-3 dni intensywnych walk.

Co ciekawe, przebywający na froncie redaktor portalu Censor.net, Jurij Butusow, już w kwietniu sygnalizował, że ograniczenia w zużyciu amunicji mają wpływ na intensywność ukraińskiego ognia, a artyleria jest kluczowym elementem obrony – wezwanie skutecznego ognia artylerii kasuje każde natarcie npla, ale z kolei brak wsparcia własnej artylerii stanowi duży problem i grozi taktycznymi kryzysami. „Przeciwnik przesuwa się tam, gdzie widzi, że nie ma celnego korygowanego i stałego ognia artylerii. Tam gdzie dochodzi do boju kontaktowego ukraińska armia ma przewagę. Tam, gdzie w boju możemy zastosować chociażby kilka dziesiątków pocisków na armatę, ukraińska armia ma przewagę, i wroga odrzucają. Ale jeśli limity na strzelanie są mniejsze niż potrzeby do ostrzału – ciężko utrzymać pozycje, i tam Rosjanom gdzieniegdzie udaje się przełamać naszą obronę. Bo jeśli strzela przeciwnik, ale po nim strzelają w odpowiedzi, ludzie wytrzymują. Nie wytrzymują, kiedy przez dłuższy czas po wyznaczonych celach nie ma komu prowadzić ostrzału" – pisał Jurij Butusow w trzeciej dekadzie kwietnia, kiedy jeszcze nie mówiono głośno o stratach w Donbasie i problemach z amunicją.

(...)

Jedyna szansa strony ukraińskiej to efektywne i mądre wykorzystanie, w sumie nielicznych, najnowszych systemów artylerii jak Caesar, Krab, PzH2000, Himars, na granicy ich zasięgów, z precyzyjnym ostrzałem „snajperskim", z ich przeżywalnością na polu walki, jako kluczowym priorytetem (wysoka efektywność ogniowa pozostaje poza dyskusją). Tak operują już kołowe Caesar, wg algorytmu manewr-ogień-manewr, przy czym wykonanie bojowego zadania zajmuje 3-5 minut (zajęcie pozycji, ogień, zmiana pozycji), a ostrzał prowadzony jest z szybkostrzelnością praktyczną 4-5 strzałów w minutę, na znane odległości 17 i 22 km, a więc poza zasięgiem sowieckiego kalibru 122 mm, a z amunicją wspomaganą jeszcze dalej.

Ograniczenia w amunicji artyleryjskiej i większe rozśrodkowanie sił i środków npla, spowodowało z czasem zmianę taktyki ukraińskiej artylerii – zamiast nawał ogniowych, po 50-60 pocisków na działo z początku wojny, kładzionych na kolumny, czy obszar koncentracji wojsk npla, obecnie stosuje się „artyleryjski sniping", czyli niszczenie npla celnym, korygowanym z drona ogniem, przy jak najmniejszym zużyciu amunicji i natychmiastowej zmianie pozycji.

defence24.pl

Korupcja urzędników, wszechobecna w Rosji moskiewskiej i imperialnej, była objawem głębszego schorzenia – bezprawia, które jest zawsze jej wiernym towarzyszem.

Aż do reformy sądownictwa w 1864 roku, ale pod pewnymi względami (...) jeszcze później, Rosja nie znała niezależnego wymiaru sprawiedliwości. Był on tu częścią administracji, dbał więc przede wszystkim o interesy władz. Aż do progu współczesności przestępstwa popełnione przez jedną osobę prywatną na szkodę drugiej lub przez urzędnika na szkodę osoby prywatnej nie obchodziły państwa.

W Rzymie wymiar sprawiedliwości oddzielił się od administracji już w II wieku p.n.e. W krajach o tradycji feudalnej, czyli w przeważającej części Europy Zachodniej, rozdział ten nastąpił u schyłku średniowiecza. W Anglii pod koniec XIII wieku doradcy prawni króla mieli własne miejsce obok pełnomocników administracyjnych i fiskalnych. Również we Francji powstał w tym czasie, jako odrębna instytucja, sąd zwany parlamentem paryskim. Pod tym względem Rosja przypominała starożytne monarchie wschodnie, gdzie wymiarem sprawiedliwości zajmowali się w ramach swoich obowiązków urzędnicy królewscy. W państwie moskiewskim każdy prikaz miał sekcję sądowniczą działającą zgodnie z własnym systemem wymiaru sprawiedliwości, któremu podlegali wszyscy ludzie należący do jego administracyjnej kompetencji – dokładnie tak, jak to było wcześniej, w okresie rozbicia dzielnicowego, w wielkich majątkach prywatnych. Sprawiedliwość wymierzali też wojewodowie na swoim obszarze administracyjnym. To samo dotyczyło Kościoła. Ważniejsze sprawy o przestępstwa przeciwko państwu rozpatrywał car i Duma.

Jak należało się spodziewać, Piotr I, a zwłaszcza Katarzyna II, podjęli starania, aby stworzyć odrębny aparat wymiaru sprawiedliwości, ale napotkali na nieprzezwyciężone przeszkody, wśród nich brak kodeksu praw. Jedyny istniejący kodeks, pochodzący jeszcze z 1649 roku, w dużej mierze zdezaktualizował się, a w każdym razie nie dawał wskazówek, w jaki sposób załatwiać skargi jednego poddanego przeciwko drugiemu. Nawet gdyby osiemnastowieczny sędzia przypadkiem zadał sobie trud rozpatrzenia sprawy, nie dysponował przepisami, którymi mógłby się przy tym posłużyć. Aż do czasów Mikołaja I nic się w tym zakresie nie zmieniło. Dopiero za rządów tego cara opublikowano w końcu zbiór praw wydanych od roku 1649 roku, a potem ogłoszono nowy kodeks. Ale ponieważ procedura sądowa nadal miała tradycyjny charakter, Rosjanie unikali sądów jak zarazy. Aż do reformy z 1864 roku rząd nie wszczynał postępowania sądowego, chyba że chodziło o jego własne sprawy; wszelkie procesy cywilne i rozprawy o przestępstwa pospolite odbywały się z oskarżenia prywatnego. Zwykle przypominały licytację, którą wygrywała strona oferująca więcej pieniędzy wszechwładnemu sekretarzowi. Wszystko to fatalnie pogarszało jakość życia. Według modnej teorii pochodzącej od Marksa prawo i sądy są po to, aby bronić interesów klas posiadających. Doświadczenie historyczne mówi jednak, że jest inaczej. Ci, którzy mają władzę, mogą się obejść bez sądów i praw, bo i bez nich robią, co chcą; to biedni i słabi potrzebują wymiaru sprawiedliwości. Ten, kto nie zgadza się z tym twierdzeniem, niech porówna ogólne warunki życia i poczucie bezpieczeństwa ludzi niższych stanów w krajach o krótkiej tradycji prawnej, na przykład Azji Południowo-Wschodniej, z Europą Zachodnią i Stanami Zjednoczonymi, gdzie jest ona bardzo stara i ugruntowana.

Richard Pipes — Rosja carów