czwartek, 14 lipca 2022


Choć w Rosji brak tradycji prężnego samorządu, nie znaczy to wcale, że żywa jest tam tradycja biurokratycznego centralizmu. Przed dojściem do władzy komunistów biurokracja rosyjska była stosunkowo nieliczna i mało sprawna. Biurokratyzację państwa ogromnie utrudniała rozległość kraju, niewielka gęstość zaludnienia, kiepska sieć komunikacyjna i chyba przede wszystkim brak funduszy. Władzom rosyjskim zawsze brakowało pieniędzy, a to, co miały, wolały wydać na wojsko. Za Piotra Wielkiego aparat administracyjny w Rosji – już wówczas największym państwie świata – pochłaniał 135.000 – 140.000 rubli rocznie, czyli 3–4 procent budżetu państwa. Jak skromna była to suma, świadczy następujący przykład. Pod wrażeniem porządku panującego w Inflantach, niedawno odebranych Szwedom, Piotr I nakazał w 1718 roku zbadać, jak funkcjonuje tam administracja. Dochodzenie wykazało, że rząd szwedzki przeznaczał na zarządzanie tą jedną prowincją, której powierzchnia liczyła może 50.000 kilometrów kwadratowych, tyle pieniędzy, ile car wydawał na całe imperium, obejmujące 15 milionów kilometrów kwadratowych. Zamiast jednak naśladować szwedzkie wzory, Piotr I kazał rozwiązać administrację w Inflantach.

Rosyjska biurokracja zajmowała mało miejsca nie tylko w budżecie państwa, była również niewielka w porównaniu z liczbą ludności. W połowie XIX wieku Rosja miała od 11 do 13 urzędników  państwowych na 10.000 mieszkańców. Było to trzy-, czterokrotnie mniej niż w ówczesnej Europie Zachodniej. Rosja moskiewska i Rosja imperialna, których biurokracja korzystała z wielkiej swobody działania i słynęła z samowoli, rozporządzały z pewnością zbyt szczupłym aparatem administracyjnym. Przeszkody na drodze do biurokratyzacji na pełną skalę usunięto dopiero w październiku 1917 roku, po zdobyciu władzy przez bolszewików. W tym czasie środki komunikacji i łączności były już tak nowoczesne, że ani odległość, ani klimat nie przeszkadzały centrali sprawować ścisłej kontroli nad odległymi guberniami. Pieniądze też nie były już problemem; przejęcie przez państwo całego majątku produkcyjnego zapewniło nowemu rządowi wszystkie środki, jakich potrzebował do celów  administracyjnych, a jednocześnie stanowiło świetny pretekst do zbudowania ogromnego aparatu  biurokratycznego.

Organizacja administracji rosyjskiej przed rokiem 1917 polegała na swoistym systemie dzierżawnym, który nie przypominał ani biurokratycznego centralizmu, ani samorządu. Jego prototypem była moskiewska instytucja kormlenija, która dawała służbie państwowej praktycznie wolną rękę w eksploatacji kraju, pod warunkiem jedynie, że w zamian przekaże ona państwu ustaloną część swoich dochodów. Reszta nie interesowała Korony. Katarzyna II z rozbrajającą szczerością objaśniła ten system – w takim zakresie, w jakim dotyczył on jej dworu – francuskiemu ambasadorowi:

Król Francji nigdy dokładnie nie wie, ile wydaje; nic nie jest zawczasu uregulowane ani ustalone. Ja robię inaczej: co roku ustalam kwotę, zawsze tę samą, na wydatki mojego stołu, na meble,  przedstawienia, stajnie, słowem, na całe gospodarstwo. Każę podawać na stoły w moim pałacu określoną ilość wina i określoną liczbę dań. To samo dotyczy wszystkich innych dziedzin administracji. Dopóki dostaję dokładnie tyle, pod względem jakości i ilości, ile żądałam, i nikt się nie skarży na zaniedbania w tej mierze, jestem zadowolona; jest mi zupełnie wszystko jedno, czy z ustalonej kwoty podkradną mi coś dzięki oszustwu bądź gospodarności...

Ten sam system panował w zasadzie w całym państwie, w każdym razie do drugiej połowy XIX wieku.

Słynna chciwość urzędników rosyjskich, zwłaszcza gubernialnych, szczególnie w guberniach oddalonych od stolicy, nie wynikała z jakichś osobliwych cech rosyjskiego charakteru narodowego ani nawet niskiego poziomu ludzi, którzy wybierali karierę urzędniczą. Jej przyczyną był system, w którym rząd, nie mając pieniędzy na administrację, nie tylko przez stulecia nie płacił urzędnikom pensji, ale wprost kazał im „żyć ze spraw urzędowych” (kormiatsia ot dieł). W państwie moskiewskim możliwości bogacenia się urzędników ograniczało do pewnego stopnia to, że sprawowali oni określone stanowisko na prowincji bardzo krótko. Aby wojewodowie mianowani na lukratywne stanowiska na Syberii nie przekraczali rozsądnego, w oczach władz, poziomu zdzierstwa, rząd wystawiał warty przy głównych drogach wiodących z Syberii do Moskwy, które rewidowały wracających wojewodów z rodzinami i konfiskowały nadwyżkę. W celu ich ominięcia obrotni dygnitarze wracali bocznymi drogami, przemykając się do domu jak złodzieje.

(...)

W Rosji carskiej zatem korupcja urzędników nie była aberracją, odstępstwem od przyjętej normy, jak to jest w większości krajów; była nieodłączną częścią systemu administracyjnego. Od czasu powstania Rusi Kijowskiej urzędnicy byli przyzwyczajeni do życia na koszt miejscowej ludności. Władzy  centralnej, choć się starała, brakowało środków, aby zmienić tę tradycję. I tak to trwało. W ciągu stuleci wykształcił się w Rosji cały łapówkarski savoir-vivre. Rozróżniano między „niewinnymi dochodami” (biezgriesznyje dochody) a „grzesznymi dochodami” (griesznyje dochody). Wszystko zależało od charakteru ofiary. „Grzeszne” były „dochody” osiągane kosztem Korony, takie jak defraudacja rządowych funduszy albo świadome fałszowanie danych żądanych przez jakiś urząd centralny. „Niewinne dochody” pochodziły z kieszeni społeczeństwa; były to pieniądze, które urzędnicy wymuszali od obywateli, opłaty pobierane przez sędziów za korzystny wyrok, a najczęściej napiwki za przyspieszenie załatwienia sprawy urzędowej. (...) Przyjmujący łapówkę często stosował się do niepisanego cennika i wydawał resztę. Inspektorzy rządowi nie patyczkowali się z urzędnikami szkodzącymi interesom państwa, zwłaszcza za Piotra Wielkiego i jego następców. Rzadko  interweniowali, gdy pokrzywdzonym był zwykły obywatel.

Richard Pipes — Rosja carów

Kreml jak się zdaje nakazał rosyjskim „podmiotom federalnym” (regionom) utworzenie batalionów ochotniczych do udziału w rosyjskiej inwazji na Ukrainę, zamiast ogłaszać częściową lub pełną mobilizację w Rosji. Rosyjski korespondent wojenny i milblogger Maksim Fomin stwierdził, że Rosja rozpoczęła „mobilizację ochotniczą”, w której każdy region musi wygenerować co najmniej jeden batalion ochotniczy. Termin „mobilizacja ochotników” prawdopodobnie sugeruje, że Kreml nakazał 85 „podmiotom federalnym” (regionom, w tym okupowanym Sewastopolowi i Krymowi) rekrutować i motywować finansowo ochotników do tworzenia nowych batalionów, zamiast odnosić się do dosłownej mobilizacji polegającej na poborze lub przymusowym naborze z pomocą wszystkich rezerwistów w Rosji. Rosyjskie media podały, że urzędnicy regionalni rekrutują mężczyzn w wieku do 50 lat (lub 60 w przypadku odrębnych specjalizacji wojskowych) na sześciomiesięczne kontrakty i oferują pensje w wysokości od 220.000 do 350.000 rubli miesięcznie (około 3.750 do 6.000 USD). Oddzielne regiony oferują natychmiastową premię za rekrutację, która wynosi średnio 200.000 rubli (około 3.400 dolarów) wydanych z budżetu regionu i świadczeń socjalnych dla żołnierzy i ich rodzin. Rosyjskie media już potwierdziły utworzenie lub rozmieszczenie batalionów ochotniczych w Kursku, Kraju Nadmorskim, Republice Baszkirii, Republice Czuwastycznej, Czeczenii, Republice Tatarstanu, Moskwie, Permie, Niżnym Nowogrodzie i obwodach Orenburg na przełomie czerwca i lipca. Urzędnicy obwodu tiumeńskiego ogłosili utworzenie jednostek ochotniczych (nie konkretnie batalionu) 7 lipca. Obwody Niżny Nowogród i Orenburg na przełomie czerwca i lipca.

Bataliony ochotnicze mogłyby do końca sierpnia wygenerować około 34.000 nowych żołnierzy, jeśli każdy podmiot federalny wyprodukuje co najmniej jedną jednostkę wojskową liczącą 400 żołnierzy. Niektóre rosyjskie raporty i dokumentacja sugerują, że Kreml dąży do rekrutacji około 400 żołnierzy na batalion, którzy odbędą miesięczne szkolenie przed rozmieszczeniem na Ukrainie. Liczba mężczyzn może się różnić, ponieważ niektóre podmioty federalne, takie jak Republika Tatarstanu czy Czeczenia, tworzą odpowiednio dwa i cztery bataliony ochotnicze. Możliwe, że niektóre podmioty federalne mogą opóźniać lub nie uczestniczyć w tworzeniu batalionów, a urzędnicy w Wołgogradzie podobno milczą na temat tworzenia nowych jednostek. Nowo sformowane bataliony wyjeżdżają obecnie na poligony i prawdopodobnie zakończą swoje miesięczne szkolenie do końca sierpnia, ale nie będą gotowe do walki w tak krótkim czasie. Nie będą stanowić poważnej siły bojowej.

12 lipca rosyjscy milibloggerzy skrytykowali rosyjskie wojsko za pozyskiwanie irańskich bezzałogowych statków powietrznych w celu usprawnienia namierzania artylerii na Ukrainie, nie rozwiązując przy tym kwestii dowodzenia, które dużo poważniej ogranicza skuteczność rosyjskiej artylerii. Rosyjski kanał Telegram Rybar pisze 12 lipca, że ​​rosyjskie prośby i zatwierdzenie ostrzału artyleryjskiego przechodzą przez zawiły łańcuch dowodzenia, co skutkuje opóźnieniem od kilku godzin do kilku dni między rosyjskimi siłami naziemnymi wnioskującymi o ostrzał artyleryjski, rosyjskimi celowaniem i przeprowadzaniem rzeczywistych ataków. Rybar stwierdził, że siły rosyjskie w Syrii skróciły czas między namierzeniem a uderzeniem do mniej niż godziny. Rybar pisze, że choć rosyjskie zapotrzebowanie na więcej UAV jest jasne, i że irańskie bezzałogowce pomogły osiągnąć 40-minutowy czas trafienia celu na syryjskich poligonach, dodatkowe UAV nie rozwiązują problemów związanych z nadmiernie scentralizowanym rosyjskim dowództwem i nadmiernym poleganiem na artylerii na Ukrainie. Rosyjski milblogger Wojennyj Oswiedomitel utrzymuje, że siły rosyjskie miały do ​​czynienia z tym samym nadmiernie scentralizowanym dowództwem podczas pierwszej wojny czeczeńskiej, w której niezdolność rosyjskich sił lądowych do otrzymania wsparcia artyleryjskiego, bez przechodzenia przez łańcuch dowodzenia, hamowała reakcje na działania ofensywne wroga. Milblogger Yuzhnyi Veter wykazał, że czas reakcji ukraińskich sił artyleryjskich na cel nie przekracza 40 sekund.

understandingwar.org

środa, 13 lipca 2022


Rzecznicy w ministerstwach spraw zagranicznych zwykle służą do tego, by tonować i łagodzić jakąś np. ostrą wypowiedź szefa. W Rosji jest odwrotnie. Marija Zacharowa od siedmiu lat dowodzi polityką informacyjną resortu Ławrowa. Zasłynęła już tańczeniem „kalinki”, występami w stanie wskazującym, a ostatnio opublikowała na swoim profilu społecznościowym filmik na którym dość lubieżnie zajada się truskawkami. „Masza”, jak ją często nazywają media, budzi politowanie, żenuje, ale przede wszystkim jest od tego, by straszyć i gromić Zachód.

– Polscy politycy chodzą na amerykańskiej smyczy i upowszechniają ekstremistyczną ideologię, nienawiść i wszczynają konflikty, a teraz jeszcze grożą światu naruszeniem zasad nierozprzestrzeniania broni jądrowej i co najważniejsze, narażają polski naród na uderzenie – tak np. oświadczyła Zacharowa 12 czerwca.

A to tylko mała próbka jej pozbawionych często sensu wypowiedzi. Nie o sens tutaj zresztą chodzi. Zacharowa ma uderzać w Zachód tak brutalnie, jak się da. Jeśli Ławrow mówi coś dosadnie, to „Masza” pójdzie kilometry dalej i „dorzuci do pieca”. Nazwie amerykańskiego prezydenta dziadkiem, zarzuci mu sklerozę, przepowie rozpad Wielkiej Brytanii i upadek USA. Zacharowa nie bawi się w finezyjne metafory i kurtuazję. Właściwie mówi językiem rosyjskiej ulicy. Prosto i dosadnie.

To co mówi nie ma już znaczenia dla dyplomatów. Jej zadaniem jest, by przekaz rosyjskiego MSZ o świecie był spójny z kremlowską propagandą, a nawet ją formował na odcinku zagranicznym. Stąd świat Zacharowej i Ławrowa to prosty podział: dobra Rosja walcząca z „faszystowską” nawałą wspieraną przez USA i sojuszników.

belsat.eu

Możesz powiedzieć, jak obecnie zorganizowany jest transport rannych?

Każda grupa zadaniowa, bądź jednostka powinna posiadać na miejscu własnego medyka lub osobę, która jest medycznie przeszkolona i jest w stanie od razu, po wystąpieniu zdarzenia osobę ranną przygotować do transportu i udzielić podstawowych zabiegów TC3, czyli na przykład założenie opasek uciskowych, udrożnienie dróg oddechowych, zlikwidowanie dysfunkcji układu oddechowego. Nasz punk medyczny jest ulokowany jakieś 1200 metrów za pierwszą linią i jeżeli jest potrzeba wyjeżdżamy bezpośrednio do miejsca, gdzie jest osoba poszkodowana. My robimy wszystkie niezbędne zabiegi, jeśli wcześniej nie zostały przeprowadzone i samochodem 4x4 wieziemy poszkodowanego w tył, gdzie jest już normalna droga. Stamtąd może już odebrać poszkodowanego wojskowa karetka pogotowia, która jest przygotowana do ustabilizowania funkcji życiowych. Kiedy jest taka potrzeba, my również wykonać część czynności stabilizujących życie. Sama ewakuacja jest bardzo niebezpieczna, dlatego że między umocnionymi pozycjami Rosjanie przy pomocy dronów prowadzą ostrzał artyleryjski. Często przemieszczanie się z punktu do punktu przypomina pływanie w oceanie, gdzie mamy do czynienia z rekinami, które pływają między wyspami. Nasza ekipa jeździ na pickupie. Mamy kierowcę, który jest osobą odpowiedzialną za zapewnienie nam bezpieczeństwa pracy, czyli to jest ten uzbrojony gość. Najczęściej jest to żołnierz ukraiński. Kolejnymi osobami są pomocnik i ratownik. Ta dwójka zajmuje się „zapakowaniem" poszkodowanego i stabilizacją jego życia podczas transportu. Oczywiście na tyle, na ile warunki pozwalają. Tak wygląda organizacja na okoliczność zabezpieczonych i umocnionych punktów oporu. Kiedy dochodzi do działań, mających charakter ataku czy ofensywy to tamta organizacja pomocy wygląda inaczej. Jest płynnie dostosowywana do realiów i warunków.

(...)

Czy obecnie wykorzystujecie szpitale polowe? Transportujecie rannych drogą powietrzną?

Na tym odcinku, na którym my jesteśmy nie używa się śmigłowców do celów sanitarnych. Jest bardzo duże zapotrzebowanie na śmigłowce, które mogłyby walczyć, że nie przeznacza się ich do celów związanych z transportem rannych. Na naszym odcinku wszystko odbywa się drogą lądową. Szpitali polowych, ze względu na zabezpieczenie takiego miejsca, raczej się nie wykorzystuje. Sprawa prosta i banalna. Szpitale na namiotach, szpitale na kontenerach są zdecydowanie bardziej wrażliwe na działania przeciwnika niż szpitale w budynkach. Czasami tworzy się punkt ambulatoryjny w oparciu o budynki, piwnice i podpiwniczenia, gdzie opatruje się lżejsze rany, albo stabilizuje się poszkodowanego, jeżeli jego transport dalej byłby niebezpieczny. Właściwe szpitale wojsko opiera o już funkcjonujące szpitale cywilne.

W mediach często pojawiają się informację, w których opisywane są rosyjskie ostrzały ukraińskich medyków. Czy wojska rosyjsjanie ostrzeliwują punkty pomocy medycznej bądź karetki?

Oczywiście, że tak. Począwszy od Majdanu strzelano do oznaczonych medyków i ostrzały trwają do chwili obecnej. Oznaczone karetki obrywały już na początku. W 2021 roku była bardzo głośna sprawa, gdzie na pasie ziemi niczyjej po rzekomym zawieszeniu broni weszli medycy, którzy zostali ostrzelani przez separatystów vel Rosjan. Na chwile obecną to też ma miejsce. Szpitale są ostrzeliwane. Międzynarodowe prawo humanitarne konfliktów zbrojnych zwyczajnie nie działa. Rosjanie mają świadomość tego, że kiedy oberwie medyk to w pododdziale morale opadnie. Inni medycy będą się obawiali później udzielać pomocy, a z drugiej strony żołnierze będą bali się iść w przód mając w głowie, że w razie obrażeń nikt im nie pomoże.

Jak wygląda zdrowie psychiczne u żołnierzy? Zachowanie spokoju w takich sytuacjach musi być trudne.

To są ludzie, którzy po dźwięku lotu pocisku czy rakiety wiedzą gdzie spadnie. Kiedy spada dalej niż 100 metrów to nawet się nie chowają do ziemianki. Po pewnym czasie człowiek i jego psychika przyzwyczaja się do tego, że coś lata, przyzwyczaja się do działań artylerii. Na tym odcinku, na którym ja byłem Ukraińcy tak dobrze przygotowali swoje pozycje, że są w stanie przetrwać atak artyleryjski i psychicznie się do niego dostroić. Nie jest powiedziane, że za jakiś czas to nie wypłynie, nie jest powiedziane, że psychika nie traci na tym, co się teraz zbiera.

defence24.pl

Energetyka słoneczna bardzo szybko przyczyniła się do zbijania cen energii elektrycznej w letnich szczytach zapotrzebowania odbiorców. W czerwcu średnia cena energii o godzinie 13 wynosiła ok. 600 zł/MWh, podczas gdy szczyt wieczornego zapotrzebowania wyceniano na 1350 zł/MWh. W części Europy duży udział fotowoltaiki i farm wiatrowych prowadzi do osiągania ujemnych cen na giełdach.

Dodatkowo, farmy fotowoltaiczne, które podpisały z rządem kontrakty na sprzedaż energii przez 15 lat w ramach rozstrzygniętych aukcji OZE, sprzedają dziś energię znacznie powyżej ustalonych kontraktów różnicowych. Całą nadwyżkę finansową ponad ustalone stawki zwrócą rządowemu Zarządcy Rozliczeń. Te pieniądze mogłyby w przyszłości posłużyć do obniżania cen dla odbiorców w postaci np. ujemnej opłaty OZE na rachunkach, pomniejszających ostateczną kwotę do zapłaty, bądź jako fundusz wsparcia dla najbiedniejszych odbiorców. Rząd na razie nie zdecydował co zrobić z tymi nadwyżkami.

Jednak rosnące ceny wieczorami także są częściowo pokłosiem wzrostu mocy fotowoltaiki w systemie. Poza elektrowniami szczytowo-pompowymi, które dziś są wykorzystywane do magazynowania nadwyżek mocy z PV w ciągu dnia i produkcji energii elektrycznej wieczorem, gdy słońce zachodzi, a gospodarstwa domowe i transport szynowy zużywa więcej mocy, reszta elektrowni jest mniej elastyczna. Stare kotły węglowe najlepiej czują się przy stałym niezmiennym obciążeniu, ale ze względu na rosnącą ilość fotoenergii muszą redukować dostarczaną do systemu moc w ciągu dnia i szybko podnosić generacje wieczorem. Taką pracę zaczęły odpowiednio drożej wyceniać.

Łączny rachunek wciąż jest jednak dodatni – czyli średnie dobowe ceny z fotowoltaiką są niższe niż gdyby jej nie było. Dodatkowo pozwala to zaoszczędzić też ogromne ilości węgla. Tylko od stycznia do maja, dzięki fotowoltaice, spaliliśmy w Polsce ok. 1,5 mln ton węgla kamiennego mniej, a do końca roku zaoszczędzimy w ten sposób 4-5 mln ton. Dzięki samym domowym instalacjom fotowoltaicznym uda się więc spalić w tym roku o ok. 40 tysięcy wagonów węgla mniej. To wszystko w sytuacji, gdy zapasy węgla przy elektrowniach są na najniższym poziomie od lat, nieznacznie przekraczając dziś 4 mln ton, co wystarczyłoby na zaledwie 3 tygodnie pracy bez dostaw paliwa.

wysokienapiecie.pl

wtorek, 12 lipca 2022


Wojska rosyjskie nieustannie ostrzeliwują tereny przygraniczne w obwodach czernihowskim (Seńkiwka, Mykołajiwka), sumskim (Esmań, Ołeksijiwka, Szostka) i charkowskim (w tym Charków – przy użyciu rakiet Iskander – oraz miejscowości położone na wschód i południowy wschód od miasta). Obrońcy mieli skutecznie powstrzymać próbę ofensywy najeźdźcy w obwodzie charkowskim na linii Koczubejiwka–Dementijiwka, zaś w rejonie Małe Wesełe i Petriwka (na północny wschód od Charkowa) – unieszkodliwić wrogą grupę dywersyjno-wywiadowczą.

Intensywne walki toczą się na granicy obwodów charkowskiego i donieckiego na trasie M03 prowadzącej z Iziumu do Słowiańska od strony północno-zachodniej. Obrońcom udało się odeprzeć atak wroga na linii Dowheńke–Pasika i Krasnopilla–Dołyna. Okupant dokonuje masowych ostrzałów i bombardowań okolicznych wsi (m.in. Mazaniwki, Bohorodycznego, Dibrownego, Adamiwki, Karnauchiwki), a także Słowiańska i sąsiednich miejscowości (m.in. Siewierska Hryhoriwki, Biłohoriwki, Serebrianki, Zakitnego, Spirnego). Równie intensywne działania, mające umożliwić podejście do Słowiańska, okupant realizuje z kierunku wschodniego i północno-wschodniego. Natarcie na linii Zołotariwka–Werchniokamjanśke zostało jednak odparte przez obrońców.

Agresor przygotowuje się do ofensywy na Bachmut – ostrzelano m.in. dworzec kolejowy i bloki mieszkalne w miejscowości Czasiw Jar oraz podjęto nieudaną próbę przejęcia Elektrociepłowni Wuhłehirśkiej. Intensywnych ostrzałów artyleryjskich i rakietowych oraz nalotów lotniczych Rosjanie dokonują na południe od Kramatorska w rejonie Awdijiwki, Kurachowego i Nowopawliwki. Ukraińcy mieli powstrzymać wroga na linii Awdijiwka–Jasynuwata oraz w Marjince.

Na południu kraju agresor skoncentrował swoje wysiłki na ostrzale artyleryjskim i rakietowym pozycji ukraińskich na całej długości frontu (miejscowości wzdłuż granic obwodów chersońskiego z mikołajowskim i dniepropetrowskim: Apostołowe, Zełenodolśk, Osokoriwka, Wełyka Kostromka, Dobrianka, Biła Krynycia, Lubomyriwka, Kyseliwka, Kałyniwka, Basztanka). Obrońcy mieli powstrzymać uderzenie grup dywersyjno-wywiadowczych w rejonie Olhynego i Kniaziwki, uszkodzono także punkt dowódczy artylerii oraz obiekt dowództwa Rosgwardii. Okupant dokonał też ostrzału rakietowego Mikołajowa, zaś w rejonie Odessy zbombardował elementy infrastruktury cywilnej.

Sztab Generalny Sił Zbrojnych Ukrainy poinformował, że do Wielkiej Brytanii przybyła pierwsza grupa spośród 10 tys. żołnierzy ukraińskich mających wziąć udział w szkoleniach obsługi zachodnich systemów artyleryjskich. Kurs potrwa kilka miesięcy i jest realizowany w ramach wartego ponad 2,3 mld funtów programu wsparcia ukraińskiej armii przez Zjednoczone Królestwo.

Ministerstwo Obrony USA potwierdziło przekazanie kolejnych czterech systemów artylerii rakietowej HIMARS oraz tysiąca sztuk precyzyjnej amunicji artyleryjskiej. Dostawa ma zostać zrealizowana w ramach nowego pakietu pomocy o wartości niemal 400 mln dolarów. Liczba wyrzutni HIMARS w posiadaniu ukraińskiej armii zwiększy się tym samym do 12.

Główny Zarząd Wywiadu Ministerstwa Obrony Ukrainy informuje, że w związku z dużymi stratami osobowymi Federacja Rosyjska zintensyfikowała nabór do prywatnych firm wojskowych. Ze względu na brak ochotników rekrutuje się więźniów odbywających kary (również za najcięższe przestępstwa); obiecuje się im pełną amnestię po sześciu miesiącach służby. Proces ten ma odbywać się w zakładach karnych w Republice Adygei, Rostowie, Petersburgu i Niżnym Nowogrodzie. Rekruci są transportowani na poligon wojskowy we wsi Molkino (Kraj Krasnodarski), który jest bazą treningową związanej z Kremlem prywatnej firmy wojskowej Wagner. W ciągu dwóch miesięcy rosyjska armia zamierza zmobilizować w ten sposób 10 tys. osób, po czym skierować te oddziały do Donbasu. Ponadto FSB ma w poszczególnych regionach zacieśniać kontrolę nad rodzinami i bliskimi żołnierzy, którzy walczą lub polegli na Ukrainie, próbując w ten sposób przeciwdziałać rozpowszechnianiu przez nich informacji przeczących polityce propagandowej Kremla.

W okupowanym przez wojska rosyjskie Melitopolu w obwodzie zaporoskim miała miejsce nieudana próba zamachu na kolaboracyjnego szefa administracji rejonu melitopolskiego Andrija Sihutę. Jest on członkiem prorosyjskiej, zdelegalizowanej partii Opozycyjna Platforma – Za Życie, oskarżonym przez Prokuraturę Generalną Ukrainy o kolaborację i zdradę stanu – od początku inwazji miał przekazywać stronie rosyjskiej informacje o lokalizacji jednostek Sił Zbrojnych Ukrainy, sprzętu wojskowego i broni. W czerwcu br. Sihuta donosił o organizowaniu dostaw produkcji rolnej z rejonu Melitopola (m.in. czereśni) na rynki rosyjskie – na okupowany Krym, do Moskwy i Petersburga.

9 lipca prezydent Wołodymyr Zełenski odwołał ambasadorów z Niemiec, Czech, Węgier, Norwegii i Indii. Według niego decyzje te wynikają z konieczności rotacji i stanowią normalną procedurę. Wszyscy dyplomaci pełnili swoje funkcje pięć lat lub dłużej. Jak dotąd nie potwierdzono spekulacji medialnych, aby Andrij Melnyk, były ambasador w Berlinie, miał objąć stanowisko wiceministra spraw zagranicznych. W tym kontekście wymienia się natomiast Jewhena Perebyjnisa, byłego ambasadora w Czechach.

Kongresmenka z Partii Republikańskiej Victoria Spartz skierowała 8 lipca list otwarty do prezydenta Joego Bidena, w którym domaga się przedstawienia Kongresowi informacji związanych z szefem Biura Prezydenta Andrijem Jermakiem. W piśmie zwraca uwagę, że Jermak mianował na swojego zastępcę Ołeha Tatarowa, który blokuje zakończenie konkursu na szefa Specjalnej Prokuratury Antykorupcyjnej (SAP) i jest podejrzewany o korupcję. Dzień później Spartz opublikowała oświadczenie, w którym zarzuciła Jermakowi m.in.: ujawnienie informacji, które doprowadziło do fiaska operacji zatrzymania najemników tzw. grupy Wagnera w 2020 r., opóźnianie zakupów broni dla armii, zapewnianie kierownictwa kraju, że nie dojdzie do rosyjskiej agresji, oraz sabotaż obrony Chersonia, którego konsekwencją było okrążenie Mariupola. W odpowiedzi Marcy Kaptur, demokratyczna kongresmenka będąca współprzewodniczącą grupy wsparcia dla Ukrainy w Kongresie, stwierdziła, że nie ma podstaw do podważania lojalności któregokolwiek urzędnika Biura Prezydenta, i skrytykowała Spartz za dostarczanie argumentów rosyjskiej propagandzie. Rzecznik Zełenskiego ocenił, że jest to wewnętrzna sprawa między Kongresem i prezydentem USA.

Komentarz

Poza realizacją priorytetowego zadania, jakim jest przejęcie pozostałej części obwodu donieckiego (w tym zdobycie kontroli nad największymi miastami Słowiańskiem i Kramatorskiem), rosyjska armia coraz częściej podejmuje intensywne działania na kierunku charkowskim oraz na południowym odcinku frontu, na granicy obwodu chersońskiego z mikołajowskim i dniepropetrowskim. Aktywność w okolicach Charkowa to próba znalezienia słabych miejsc obrony ukraińskiej i możliwości potencjalnej ofensywy na tym kierunku. Z kolei działania na froncie południowym wynikają z tego, że ukraińskie wojska próbują tam odzyskać inicjatywę, a tym samym angażują siły rosyjskie do obrony zajętych wcześniej miejscowości. Do posunięć ukraińskiej armii na południu kraju nawiązał minister obrony Ukrainy Ołeksij Reznikow, który oświadczył, że prezydent Zełenski wydał rozkaz odbicia obwodu chersońskiego – w tym celu zmobilizowanych ma zostać milion żołnierzy. Wspomniał jednak przy tym, że warunkiem jest uzyskanie od zachodnich partnerów dalszej pomocy wojskowej. Na tym etapie działań operacyjnych deklarację tę należy jednak uznać za skierowaną przede wszystkim do zachodnich partnerów i służącą zmobilizowaniu ich do intensywniejszego wsparcia militarnego, a także przekonaniu ukraińskiego społeczeństwa o aktywnej i zdecydowanej postawie władz w Kijowie.

Victoria Spartz urodziła się na Ukrainie i była pierwszym przedstawicielem Izby Reprezentantów, który odwiedził Kijów po wybuchu wojny. Niektóre formułowane przez nią zarzuty wydają się w świetle dostępnych informacji nieuzasadnione (jak sabotaż obrony Chersonia). Część z nich pojawiała się natomiast w ukraińskich mediach jeszcze przed rosyjską agresją, w tym zatwierdzenie wyników konkursu na kierownika SAP, którego zwycięzcą okazała się osoba niegwarantująca lojalności wobec Biura Prezydenta.

osw.waw.pl

Na początku czerwca ukraińskie wojsko miało wystrzeliwać po 5000-6000 pocisków artyleryjskich dziennie. Tak twierdził w wywiadzie dla "Guardiana" Wadim Skibicki, wiceszef wywiadu wojskowego Ukrainy. Oznacza to w dużym przybliżeniu 200-250 ton amunicji artyleryjskiej dziennie. I Ukraińcom ciągle jest jej mało. Skibicki twierdzi, że Rosjanie wystrzeliwują jej w ciągu dnia kilka razy więcej. Oznacza to nawet około tysiąca ton amunicji artyleryjskiej.

- Nie mieliśmy do czynienia z tak intensywną wojną od czasów tej w Wietnamie. A wówczas nawet Amerykanom w pewnym okresie brakowało zwykłych bomb lotniczych i musieli o nie prosić europejskich sojuszników - mówi Gazeta.pl dr Michał Piekarski z Instytutu Studiów Międzynarodowych Uniwersytetu Wrocławskiego.

Pozwala to sobie wyobrazić, jak ogromne ilości amunicji i uzbrojenia pochłania intensywna współczesna wojna. I to jest poważny problem dla państw wspierających Ukrainę, ponieważ od końca zimnej wojny na coś takiego się nie przygotowywały. Wręcz przeciwnie, likwidowały zapasy oraz zdolności konieczne do intensywnego konfliktu. Bo to miała być przeszłość, bo pieniądze były potrzebne na inne cele. Aż Władimir Putin zapukał do drzwi.

Współczesny przemysł zbrojeniowy jest bardzo odległy od stereotypowych wizji z filmów o II wojnie światowej, czy choćby zimnej wojnie. Żadne państwo nie produkuje czołgów, samolotów i rakiet w takim tempie, aby z fabryki wyjeżdżało po kilkanaście, czy kilkadziesiąt dziennie. Coś takiego wymaga wojennej mobilizacji gospodarki i dużych wydatków, a świat jest jednak na stopie pokojowej. Tak więc nawet gdybyśmy chcieli masowo zbroić Ukraińców w nowoczesną zachodnią broń, a oni byliby w stanie szybko i sprawnie ją przyjmować, to nie mielibyśmy jej skąd wziąć.

Największy współczesny program zbrojeniowy, czyli amerykańskie F-35, ma w przyszłym roku osiągnąć szczyt tempa rocznej produkcji. Ma to być 165 maszyn, czyli średnio niecały samolot na dwa dni. To jednak we współczesnych realiach skala wyjątkowa. Francuzi na przykład starają się obecnie zwiększyć produkcję swoich myśliwców Rafale z dwóch do trzech miesięcznie, ale ma to się im udać dopiero około 2026 roku. Ukraińskie lotnictwo straciło od początku wojny co najmniej 29 maszyn.

Na polskim podwórku wyprodukowanie 96 armatohaubic Krab i pojazdów wsparcia zamówionych w ostatnich dniach 2016 roku, zaplanowano na siedem lat i ma się zakończyć w 2024 roku. Oznacza to średnio kilkanaście armatohaubic rocznie. Tempo mało imponujące biorąc pod uwagę, że od początku wojny Ukraina straciła już ponad 40 sztuk różnego rodzaju dział samobieżnych. Kraby to pierwsze działa kalibru 155 mm w polskim wojsku, więc razem z nimi zaczęto zamawiać odpowiednią amunicję w zakładach Dezamet. I tutaj też widać względnie skromną skalę produkcji. Od 2014 do dzisiaj zamówiono 37 tysięcy pocisków. Czyli tyle, ile ukraińska artyleria ma wystrzeliwać mniej więcej w tydzień.

Całkiem nowych czołgów w państwach NATO prawie się nie produkuje. Standardową praktyką są głębokie modernizacje i przebudowy maszyn wyprodukowanych w znacznych ilościach jeszcze w czasach zimnej wojny. Takie będą na przykład nasze nowe M1 Abrams, ponieważ Amerykanie do ich produkcji używają wielu elementów starszych wozów tego typu trzymanych na składach. Niemcy prawdopodobnie są w stanie produkować niewielkie ilości zupełnie nowych Leopardów 2. W tym przypadku na rynku po prostu nie ma już dostępnych starych modeli w akceptowalnym stanie, które można by wykorzystywać jako bazę do gruntownych przebudów.

(...)

- Zmobilizowanie naszych gospodarek zajęłoby raczej lata. I to nie w takim sensie jak w czasie II wojny światowej, bo trudno sobie wyobrazić poparcie społeczne i polityczne dla prawdziwej wojennej mobilizacji, która nie dość, że kosztuje ogromne pieniądze, to jeszcze wymusza wprowadzenie na przykład racjonowania określonych dóbr - mówi dr Piekarski. - Co więcej, taką mobilizację byłoby trudno przeprowadzić ze względu na atrofię koniecznego do tego przemysłu ciężkiego i maszynowego w Europie oraz USA - dodaje. Kilka dekad temu było jeszcze sporo zakładów, które można było przestawić na tory wojenne i na przykład, zamiast maszyn do pisania produkować karabinki. Teraz tego rodzaju zakłady są głównie w Chinach.

- W praktyce w najbliższych miesiącach jesteśmy w stanie dostarczać Ukrainie to, co mamy, albo to co już wcześniej zamówiliśmy na własne potrzeby - stwierdza dr Piekarski.

To oznacza kolejny problem. Zapasy uzbrojenia w państwach zachodnich są niewielkie, nie licząc USA. Po zimnej wojnie wydatki na siły zbrojne mocno obcięto, a po kryzysie finansowym w latach 2007-2008 szorowały po dnie. - Zachodnie wojska same mają poważne deficyty w sprzęcie. Na przykład przeciwlotniczym. Po zakończeniu zimnej wojny szykowaliśmy się głównie na operacje ekspedycyjne w odległych krajach, a teraz musimy na nowo uzbrajać się do klasycznej wojny - mówi ekspert. Przykładem może być Holandia, która pod koniec zimnej wojny miała na stanie 445 czołgów Leopard 2. W 2011 roku sprzedano ostatni i rozwiązano wojska pancerne. Do dzisiaj przyszła refleksja, ale odtworzyć takie zdolności to trudna i kosztowna sprawa. Od 2016 roku Holendrzy używają więc 18 niemieckich Leopardów 2 w ramach połączonej holendersko-niemieckiej brygady zmechanizowanej.

To, co masowo produkowano w czasach zimnej wojny, do dzisiaj jest już przestarzałe jak na standardy wojsk zachodnich. W zdecydowanej większości zostało więc wycofane z użycia, a potem często dla oszczędności wycofane nawet ze składów i złomowane lub sprzedane do mniej wymagających państw. Niemcy miały pod koniec zimnej wojny 2,1 tysiąca wozów bojowych piechoty Marder. Dzisiaj używają ich 300, a kilkadziesiąt jest w rezerwie. 400 trafiło do Chile, Indonezji i Jordanii. Setka trafiła do prywatnego zapasu producenta, koncernu Rheinmetall. Reszta na złom. Szczytem możliwości wsparcia Ukrainy byłaby więc ta setka prywatnych i kilkadziesiąt z rezerwy Bundeswehr. Gdyby była wola polityczna. Nie jest jednak jasne czy Berlin zdecydował się na ten transfer.

Niewielkie są też zapasy amunicji. Również ze względu na oszczędności i wysoką cenę nowoczesnych systemów precyzyjnych. (...)

Zachód ma więc teraz wiele braków do nadrobienia, po tym jak Rosja zdołała ostatecznie wyrwać go z pokojowego uśpienia. - Odtwarza swoje siły, niektóre państwa planują ich rozbudowę, na przykład Polska, a do tego dochodzi potrzeba wspomagania Ukrainy. To stawia przed zachodnim przemysłem zbrojeniowym ogromne wyzwanie. Czeka nas jego ogromna rozbudowa - uważa dr Piekarski.

Rozbudowa zajmie jednak lata. Utrzymanie w międzyczasie strumienia pomocy dla Ukrainy będzie istotnym wyzwaniem. Zwłaszcza że ukraińskie wojsko w zdecydowanej większości używa jednak sprzętu o radzieckich korzeniach, a tego w NATO się już nie produkuje, poza amunicją w Bułgarii, Czechach, Polsce czy Słowacji. Popyt na nią jest aktualnie bardzo wysoki. Zdecydowanie wyższy niż możliwości produkcyjne zakładów w państwach wspomagających Ukrainę. Trwa więc walka na rynku broni o dostawy z całego świata, gdzie Rosjanie mają być bardzo aktywni i starają się przebijać oferty składane na rzecz Ukraińców głównie przez amerykańskich oraz izraelskich pośredników. Starają się też blokować skupywanie poradzieckiej broni z państw trzecich. Jeszcze na długo przed tą fazą wojny prowadzili skrytą kampanię obliczoną na zmniejszenie zapasów amunicji dostępnej dla Ukrainy, wysadzając składy w Czechach, czy fabryki w Bułgarii.

gazeta.pl

Zdaniem płk. Lewandowskiego dalszy atak w Donbasie jest najbardziej prawdopodobny. Konkretnie na wspomniany Kramatorsk i Słowiańsk. - I nie mówię o przyczynach politycznych. Rosyjska logistyka jest bardzo mało elastyczna. Jak już zbudowali cały system zaopatrywania oddziałów walczących w tym rejonie, to nie będą go w stanie szybko przenieść na przykład na Zaporoże. Raczej będą go wykorzystywać dalej tam, gdzie jest - uważa wojskowy.

Dla Rosjan głównym problemem jest zaopatrywanie oddziałów w amunicję. - Potrzebują jej dziennie setki ton i to jest duży wysiłek. Z paliwem teraz mniejszy problem, bo mają specjalne oddziały kładące szybko polowe rurociągi od stacji kolejowych daleko na zapleczu do rejonu walk - tłumaczy płk Lewandowski. Amunicji Rosjanie potrzebują bardzo dużo, bo ich sposób walki jest oparty w znacznej mierze na artylerii. Tak jak wielokrotnie opisywaliśmy. Zgnieść przeciwnika ogniem, tak aby relatywnie słabe oddziały przeprowadzające właściwy atak miały jakieś szanse. - I ich kolejna operacja będzie wyglądać tak samo jak poprzednia. Artyleria i jeszcze raz artyleria - uważa wojskowy. - Ukraińska artyleria na szczęście robi się coraz lepsza. Mają już sporo zachodnich systemów, a jak dostaną w końcu większą liczbę HIMARSów i MLRSów (zachodnie wyrzutnie rakiet kierowanych - red.), to porządnie napsują krwi Rosjanom - dodaje.

Zdaniem polskiego wojskowego Ukraińcy generalnie mają lepsze morale i lepszych, bardziej elastycznych oraz samodzielnych dowódców. Poza tym obie strony mają walczyć podobnie. - Ta wojna bardziej przypomina I wojnę światową niż nasze wyobrażenia o konflikcie XXI wieku. Zwłaszcza kiedy przychodzi do ofensyw - mówi płk Lewandowski. - Obie strony stosują taką samą taktykę: ogień artyleryjski na pozycje przeciwnika, podejście i nawiązanie walki, jak idzie dobrze, to idziemy naprzód, jak nie to się cofamy i znów artyleria. I wojna światowa - tłumaczy. Dlatego kiedy zacznie się kolejna runda intensywnych walk w Donbasie, to wszystko wskazuje na więcej tego co widzieliśmy już dotychczas. I dotychczas wiązało się to z kosztownymi, ale jednak sukcesami Rosjan.

gazeta.pl

poniedziałek, 11 lipca 2022


W latach 2000. nastąpił rozkwit subkulturowego nacjonalizmu w Rosji i w Ukrainie. Moskwa i St. Petersburg, Kijów i Charków stały się prawdziwymi ośrodkami wymiany doświadczeń między działaczami ultraprawicowymi.

Jednocześnie do 2014 r. nacjonaliści z Rosji koncentrowali się na Ukrainie. Co roku jeździli do Ukrainy na tematyczne festiwale muzyczne i koncerty, które odbywały się w Kijowie, Charkowie i innych miastach. Jeden z najbardziej znanych nazywał się "Perun Fest", a zorganizował go lider ukraińskiej neonazistowskiej grupy Sokira Peruna (ukr. Topór Peruna) Arsenij Biłodub.

Sokira (której repertuar obejmuje m.in. piosenkę o Holokauście ze słowami "sześć milionów słów kłamstw wymyślonych przez Żydów") aktywnie koncertowała w Rosji. Publiczność na takich koncertach była jak najbardziej zróżnicowana: skinheadzi, fani black metalu, fani piłki nożnej – wspomina w rozmowie z Meduzą jeden z gości tych prawicowych koncertów.

— Nie pamiętam konfliktów na gruncie szowinizmu. Chyba że ??nieliczni zwolennicy UNA-UNSO trochę się spięli. Ich wygląd, grzywki na głowie, fajki i haftowane koszule, wywołał tylko uśmiech. Nie komunikowaliśmy się z nimi, ale trzymali się osobno, mieli własne towarzystwo — mówi rozmówca Meduzy.

— Spędziłem dwa tygodnie w ramach delegacji we Lwowie i Iwano-Frankowsku. Wszędzie rozmawialiśmy po rosyjsku. Nigdy nie widzieliśmy, żeby ktoś odmówił rozmowy w tym języku. Dosłownie szukaliśmy tej "rusofobii" i nie znaleźliśmy jej. Mogę zaświadczyć, że w tym czasie nawet zachód Ukrainy był absolutnie lojalny wobec Rosjan — mówi skrajnie prawicowy działacz ukraiński Siergiej "Bocman" Korotkicz (który, jak sam twierdzi, uczestniczył w tworzeniu batalionu Azow).

Dodaje, że dopiero potem Rosja "zachorowała na wielkomocarstwowy imperialny szowinizm".

onet.pl

"Wszyscy regularnie czyścimy telefony, żeby nie znaleźli niczego, co mogłoby ich sprowokować. Po naszej rozmowie też będę musiała natychmiast usunąć wszelkie ślady kontaktu" – zastrzega.

"Ich stosunku do mieszkańców nie da się ani określić, ani przewidzieć. Czasem zachowują się normalnie, a czasem – jeśli coś nie idzie po ich myśli – mogą w najlepszym przypadku kogoś pobić, w najgorszym – zabrać w miejsce, z którego nikt dotąd nie wrócił" – mówi kobieta.

23-latka wymienia przypadki włamań do restauracji, sklepów, biur czy hoteli; niezliczone akty wandalizmu i nadużyć. "W mieście dochodzi do mnóstwa wypadków na drogach. Rosjanie nie zwracają uwagi na sygnalizację świetlną, pasy dla pieszych, ograniczenia prędkości. Wiecznie chodzą pijani. Po wypadkach po prostu odjeżdżają i nie można zrobić niczego, żeby ich ukarać" – tłumaczy.

Kobieta zwraca również uwagę na szczególnie trudne położenie pozostających w Chersoniu emerytów. "Władze okupacyjne robią wszystko, żeby najstarsi nie dostawali swoich emerytur. Chcą ich w ten sposób zmusić do przyjęcia rosyjskich paszportów, rosyjskiej waluty i rosyjskich porządków. Młodzi chwytają się każdej pracy, jaka się trafi, ale co mają zrobić seniorzy?" – pyta retorycznie młoda Ukrainka.

Odpowiadając na pytanie o stan zaopatrzenia sklepów, mieszkanka Chersonia zaznacza, że "większość handlu odbywa się na targach". "Ludzie zwożą z okolicznych sadów i gospodarstw owoce i warzywa, a potem handlują nimi w swoich samochodach" — tłumaczy. "Jest zdecydowanie lepiej niż na początku, gdy myśleliśmy, że najzwyczajniej umrzemy z głodu" – wspomina.

Do miasta – według relacji 23-latki – niemal niemożliwe jest sprowadzenie ukraińskich produktów. "Część sklepów pozostaje w rękach starych właścicieli, którzy pomimo rosyjskich blokad próbują ściągać towary ukraińskie. Inne są pod kontrolą Moskwy, która zaopatruje je swoimi produktami, starając się udowodnić, że »ruski mir« nam się opłaca" – tłumaczy kobieta.

"Mamy też ogromny problem z komunikacją; ukraińskie sieci telefoniczne nie działają, ludzie ustawiają się w punktach, gdzie można złapać Wi-Fi i stamtąd, ciasno upchani, próbują nawiązać kontakt z najbliższymi" – wyjaśnia mieszkanka okupowanego miasta.

Wskazuje, że w mieście aktywne są również komórki zbrojnego oporu, a sami mieszkańcy nie mają wątpliwości co do ukraińskiej przyszłości Chersonia. "Są pewne grupy, organizowane oddolnie, które polują na kolaborantów. Kilku z nich już zabili, resztę zabiją wkrótce – każdy dostanie to, na co zasłużył" – zapewnia kobieta. "Oczywiście okupanci zastawiają na partyzantów pułapki, przeszukują samochody, mają listy osób, których szukają" – dodaje.

"Ja sama staram się nie uczestniczyć w tym, co Rosjanie próbują tu organizować. Nie kupuje ich produktów, nie zmienię paszportu, nie kupię rosyjskiego numeru telefonu. Kiedyś organizowaliśmy manifestacje, chcieliśmy jasno pokazać, że nie są tu mile widziani, ale zaczęli nas po prostu atakować" – mówi 23-latka.

onet.pl

Patrząc zaś szerzej – zauważymy, że dla Zachodu jeszcze atrakcyjniejszym krajem do inwestowania niż Ukraina była Rosja. Jeśli zaś chodzi o Europę, to głównym inwestorem w Rosji były Niemcy. Po zapaści 2014 r. niemieckie koncerny, mimo gospodarczych ograniczeń, zaczęły odbudowywać swoją pozycję w Rosji. A ich roczne inwestycje zaczęły przekraczać 3 mld euro rocznie.

Wielki biznes, wielkie koncerny, były zafascynowane Rosją i możliwościami handlu. 140 mln konsumentów, bogactwa naturalne – to wszystko rozbudzało wyobraźnię. I kształtowało niemiecką politykę. Co interesujące – niemiecko-rosyjska wymiana handlowa była na poziomie wymiany niemiecko-węgierskiej. I była trzykrotnie niższa niż wymiana niemiecko-polska! Lecz te dane na niemieckich menedżerach nie robiły żadnego wrażenia. Liczył się miraż przyszłych interesów w Rosji.

Tymczasem ten miraż od kilku lat jest weryfikowany przez realia. Większość niemieckich firm, które inwestowały w Rosji, kończyła ze stratami. To powodowało, że zaczęły się wycofywać z niemieckiego rynku. W roku 2011 działało w Rosji 6300 firm z udziałem kapitału niemieckiego. W roku 2021 było ich już tylko 3651. I zapowiadano, że to nie koniec, że będą się wycofywać kolejne. Biznes wyliczał – płytki rynek, wysokie koszty działalności, niejasne przepisy, wszechobecna korupcja. A do tego doszły ostatnie posunięcia administracji.

Otóż jeszcze przed inwazją na Ukrainę, w grudniu 2021 r., prezydent Putin podpisał ustawę, na mocy której przebywający w Rosji cudzoziemcy mają być regularnie badani pod kątem zażywania narkotyków, chorób zakaźnych, takich jak HIV, kiła, gruźlica i koronawirus. Także dzieci powyżej szóstego roku życia oraz współmałżonkowie mają co trzy miesiące poddawać się badaniom, w tym "badaniom rentgenowskim z wysokim poziomem promieniowania".

Obowiązkowe są również "rozmowy z psychologami", podkreślał niemiecki portal RND. Dla zachodnich menedżerów pracujących w Moskwie i Petersburgu ustawa była szokiem. Zwłaszcza że musieli godzinami czekać na badania i wyniki. "Jest oczywiste, że jeszcze więcej firm spakuje manatki w 2022 r., jeśli wkrótce nie zostaną znalezione rozwiązania, które ustabilizują klimat biznesowy", mówił Matthias Schepp, szef Niemiecko-Rosyjskiej Izby Handlu Zagranicznego.

Taki zresztą, jak mówili przedstawiciele biznesu, był zamysł Moskwy. Żeby zachodni menedżerowie nie chcieli pracować w Rosji i żeby ich stanowiska przejęli miejscowi. Ale to już jest przeszłość. Niemiecko-Rosyjska Izba Handlu Zagranicznego, która jeszcze 14 lutego 2022 r. promowała wielką kampanię lobbingową na rzecz rosyjsko-niemieckich kontaktów, ucichła. Za to mówi się coraz więcej o przyszłej odbudowie Ukrainy.

onet.pl