niedziela, 3 lipca 2022


Na czele organizacji stoją dwaj mężczyźni. Pierwszym z nich jest jej założyciel. Ten, od którego pochodzi niezwykła nazwa armii cieni: ppłk Dimitri Utkin, pseudonim bojowy Wagner. To były członek GRU, rosyjskiego wywiadu wojskowego, który odszedł z armii w 2013 r. W 2014 r. zebrał innych weteranów sił specjalnych i stworzył siły szybkiego reagowania do prowadzenia operacji celowych w separatystycznym regionie Donbasu w Ukrainie, które toczyły wtedy wojnę z proeuropejskim rządem w Kijowie. Grupa najemników wzięła nazwę od przydomka swojego przywódcy. Co ważne, wybrał on pseudonim Wagner w hołdzie dla niemieckiego kompozytora i ze względu na symboliczny charakter, jaki się z nim wiąże. Dimitrij Utkin jest bowiem wielkim wielbicielem Trzeciej Rzeszy i Adolfa Hitlera.

Fakt, że rosyjscy oficerowie podziwiają nazistów, może wydawać się paradoksalny. Być może częściową odpowiedzią jest rosnące znaczenie pansłowiańskiego neopogaństwa w Rosji.

Według Marata Gabidullina 30-40 proc. członków w szeregach Wagnera to wyznawcy rodzimowierstwa ("pierwotnej wiary"), ruchu słowiańskich neopogan, który powstał w latach 80. i który w kwestiach etnicznych silnie inspiruje się skrajnie prawicowym dyskursem rasowym w Niemczech. Niektórzy rodzimowiercy chcą powrotu do dawnych przedchrześcijańskich wierzeń i kultu sił natury. Poprzez swoje przywiązanie do ojczyzny, do ziemi rosyjskiej, przejawiają tendencje nacjonalistyczne: tylko tutaj bowiem naród rosyjski może rzekomo na nowo odkryć swoje prawdziwe wartości. Wielu z nich przejawia postawy antysemickie, ksenofobiczne czy też obsesję na punkcie czystości etnicznej i segregacji rasowej. Nie są jednak misjonarzami swojej wiary.

(...)

Pseudonim Wagner Dimitrija Utkina pozwala jego żołnierzom w bardzo szczególny sposób wykorzystywać język. Najemnicy nazywają siebie "muzykami". W mediach społecznościowych twierdzą, że są częścią "orkiestry" prowadzonej przez "kompozytora", która gra "koncerty" na całym świecie. W ten sposób dają do zrozumienia, że biorą udział w walkach. Na ich propagandowych filmach wideo w prawym górnym rogu widnieje portret niemieckiego kompozytora.

Marat Gabidullin w swoim raporcie również posługuje się metaforą muzyczną. Zmienia Utkina w "Beethovena" — pseudonim, który ma pozostawić czytelnika w niewiedzy, o kogo chodzi. Autor opisuje dowódcę, którego boją się jego "legioniści", który na przemian wydaje się wizjonerski i "przerażający". Mówi się, że od 2014 r. pod jego dowództwem służyło w sumie 10 tys. bojowników, w tym Marat. Obecnie dla Wagnera pracuje około 5 tys. najemników, gotowych w każdej chwili do wyjazdu na wojnę poza granice Rosji.

Inną kluczową postacią w Grupie Wagnera jest Jewgienij Prigożyn. Marat nie wspomina o nim otwarcie. Znają się dobrze, ale łączy ich pakt moralny. Oligarcha oddał mu cenne usługi, zanim Marat opuścił grupę w 2019 r.

Jewgienij Prigożyn urodził się 1 czerwca 1960 r. Podobnie jak Władimir Putin, pochodzi z Sankt Petersburga i podobnie jak on wykorzystał postsowiecki chaos, aby wybudować imperium. Ten były przestępca, który stał się jednym z najpotężniejszych ludzi w Rosji, jest czystym produktem podziemnego półświatka bojówek bezpieczeństwa, szpiegów, urzędników wywiadu, bossów mafii i byłych więźniów. Prigożyn dobrze zna to środowisko. W 1981 r., mając zaledwie 20 lat, został skazany na 13 lat więzienia za kradzieże, oszustwa i zmuszanie nieletnich do prostytucji. To doświadczenie ukształtowało go na zawsze.

Kiedy dziewięć lat później wyszedł z więzienia, ZSRR legło w gruzach. "Terapia szokowa" w latach 90. mająca na celu ożywienie rosyjskiej gospodarki stworzyła bezprecedensowe możliwości dla nowego pokolenia ludzi pozbawionych skrupułów. Zrobili oni wszystko, aby wyeliminować konkurencję. Prigożyn natychmiast rzucił się w wir biznesu. Angażował się we wszystko: kasyna, supermarkety w stylu zachodnim i wiele innych.

W końcu założył sieć z hot dogami, najpopularniejszymi postsowieckimi fast foodami. Prowadził też kilka luksusowych barów, które zostały entuzjastycznie przyjęte przez petersburską elitę polityczną. Pierwszy z nich, czyli Stary Dworzec Celny, od 1996 r. stał się ulubionym miejscem spotkań najbliższego kręgu mera Anatolija Sobczaka. Regularnie zabierał tam ze sobą jednego ze swoich wiernych doradców — niejakiego Władimira Putina.

Przy sałatce z krabami z Kamczatki lub blinach z kawiorem z jesiotra negocjowano obszerne kontrakty i przypieczętowywano mocne sojusze. Gdy przychodzili ważni goście, Prigożyn był na miejscu i nalegał, by obsługiwać ich osobiście. Poświęcenie to było bardzo cenione. Sukces przyszedł szybko i Prigożyn otworzył cztery kolejne luksusowe restauracje.

Zainspirowany restauracjami na łodziach nad Sekwaną w Paryżu, w 1998 r. otworzył Nową Wyspę. Wkrótce stała się ona ważnym miejscem spotkań dla Putina, który w grudniu 1999 r. został mianowany tymczasowym prezydentem Federacji Rosyjskiej. Obchodził tam swoje urodziny i zapraszał wysokich rangą gości, takich jak Jacques'a Chiraca latem 2001 r. W maju 2002 r. Putin jadł tam kolację z prezydentem USA George'em W. Bushem.

Dzięki swoim umiejętnościom kulinarnym Jewgienij Prigożyn zrobił błyskawiczną karierę. Zyskał przydomek Kucharz Putina i stał się ważnym graczem w kręgach władzy. Jego firma cateringowa Concord Catering zdobyła liczne kontrakty publiczne. Dbał o gościnność na oficjalnych imprezach, dostarczał posiłki do koszar wojskowych i otrzymał lukratywne zadanie zaopatrywania stołówek szkolnych. Pomimo zatrucia pokarmowego, które w 2017 r. dotknęło setki dzieci w rejonie Moskwy, Jewgienij Prigożyn nie został zatrzymany przez wymiar sprawiedliwości. Ponieważ Władimir Putin uczynił go wpływowym i bogatym człowiekiem.

W zamian za wsparcie ze strony Putina oligarcha wykonuje brudną robotę dla Kremla. Został objęty międzynarodowymi sankcjami i jest oskarżony przez FBI o zorganizowanie rosyjskiej ingerencji w wybory w USA w 2016 r. Mówi się, że jest on szefem Internetowej Agencji Badawczej. Jest to fabryka trolli, której zadaniem jest manipulowanie opiniami w sieciach społecznościowych. Waszyngton wyznaczył za jego głowę nagrodę: 250 tys. dolarów. Ale w grze w "złap mnie, jeśli potrafisz" Prigożyn jest prawdziwym mistrzem. Obecnie jest uważany za finansistę i przywódcę organizacyjnego Grupy Wagnera. Wspierać go w tym mają wysocy rangą urzędnicy wojskowi.

Od 2020 r. Prigożyn znajduje się również na liście sankcji UE za rolę, jaką odegrał "w działaniach Grupy Wagnera w Libii". Zarzuca mu się, że zagraża "pokojowi, stabilności i bezpieczeństwu". Pomimo coraz większej liczby przytłaczających dowodów na jego zaangażowanie w działania destrukcyjne — zarówno cyfrowe, jak i fizyczne — od Bliskiego Wschodu po Afrykę, miliarder bagatelizuje swoją rolę w rozmieszczaniu paramilitarnych oddziałów na całym świecie. Wytacza procesy każdemu, kto oskarży go o powiązania z Wagnerem. Zorganizował swoje firmy w taki sposób, że żadnej z nich nie można powiązać z działalnością grupy.

Ten brak przejrzystości jest doskonale zorganizowany. To typowy ojciec chrzestny mafii w starym stylu. Wszechobecny, ale niewidzialny. Wszechmocny i nietykalny. Mimo że cień "szefa kuchni" unosi się między wierszami opowieści Marata, autor nigdy tak naprawdę nie rozwodzi się nad tą toksyczną postacią. Chce uniknąć konsekwencji prawnych i aktów zemsty wynikających z bycia zbyt otwartym. Pozwalając głównym bohaterom zepchnąć się na drugi plan, Marat ma większą swobodę w opowiadaniu o szczegółach swojej kariery w Grupie Wagnera, którą lubi nazywać po prostu "firmą". Dla tej "firmy" wyruszał w bój do Ukrainy czy Syrii.

Marat Gabidullin służył Wagnerowi i był w tym dobry. Otrzymał liczne ordery grupy, ale także oficjalne nagrody od państwa rosyjskiego za swoje zasługi, które zawsze były przyznawane mu w tajemnicy. Nagrody, co do których musiał cały czas kłamać.

Przez lata musiał kłamać na temat charakteru swoich zadań, obszarów, w których służył, ludzi, z którymi miał do czynienia. Kłamał, żeby nadal walczyć dla organizacji, która dawała porzuconym mężczyznom nową wiarę w siebie, a jednocześnie zamieniała ich w mięso armatnie, zmarnowane na geopolityczne ambicje Kremla.

Są to ludzie, których Marat chce uhonorować w swoim raporcie wewnętrznym, wydobywając ich z mroku. — Niektórzy z nich to "bohaterowie" — mówi. — Porządni ludzie, którzy zasługują na prawdę i zakończenie milczenia, jakie otacza tę tajną organizację — opowiada. Prawda to bardzo duże słowo. Powód powstania jego raportu, opowiedzianego z perspektywy pierwszej osoby.

Marat, jako żołnierz zawodowy, spędził dziesięć lat w rosyjskich siłach powietrznych. W 1993 r., dwa lata po upadku Związku Radzieckiego, opuścił koszary w stopniu porucznika, aby rozpocząć karierę w biznesie. Nieokiełznany kapitalizm triumfalnie wkroczył do kraju i każdy chciał dostać swój kawałek tortu. Dotyczyło to również wojska. Jednak wobec braku dużych pieniędzy Marat idzie w inną stronę. Zostaje płatnym zabójcą na usługach lokalnego bossa kryminalnego półświatka w Syberii i w końcu zabija człowieka z zimną krwią. Jego ofiarą jest mafioso z konkurencyjnego klanu, który "zasłużył na to".

Po trzech latach więzienia, kilku latach bezrobocia i depresji uzależnia się od alkoholu i dorabia dorywczymi pracami jako ochroniarz. Wtedy zaczyna już rozumieć, że nie ma już dla niego odwrotu i że nigdy nie będzie mógł wstąpić do regularnych sił zbrojnych. Gdy jego świat się rozpada, spotyka starego przyjaciela, który mówi mu o nowej prywatnej organizacji wojskowej, która nie przejmuje się zbytnio przeszłością swoich rekrutów. Byli więźniowie i pospolici przestępcy są mile widziani w jej szeregach, pod warunkiem, że mają doświadczenie i potrafią posługiwać się bronią.

Maratowi marzy się służba w wojsku i natychmiast szuka centrum rekrutacyjnego w Mołkino, niedaleko Krasnodaru w południowej Rosji. — Było nas wielu — wspomina. — Nie mogę jednak podać żadnych szczegółowych informacji o dokładnej lokalizacji tego miejsca ani o liczbie mężczyzn. Wszystko to mogłoby być wykorzystane przeciwko mnie. Mógłbym zostać oskarżony o ujawnienie tajemnic wojskowych — zaznacza.

Marat pozostaje ostrożny. Ponieważ centrum w Mołkino jest twardym dowodem na współpracę Wagnera z władzami rosyjskimi. Baza wojskowa, w której mieszkają najemnicy, znajduje się o rzut kamieniem od centrum szkoleniowego i koszar GRU, oficjalnego wywiadu wojskowego rosyjskiej armii. To miejsce, gdzie do szkolenia używa się takiej samej broni jak w wojsku i gdzie nic nie dzieje się bez zgody ministerstwa obrony Rosji.

W swoim raporcie Marat woli więc nie mówić nic, co mogłoby być objęte tajemnicą państwową. Jest to konieczny środek ostrożności i w żadnym wypadku nie świadczy o tym, że autor jedynie spekuluje. Czytając jego książkę, nie można zapomnieć, że Gabidullin jest pierwszym najemnikiem Wagnera, który zeznaje otwarcie, pod własnym nazwiskiem. Jest świadomy niebezpieczeństw, jakie wiążą się z jego rewelacjami. Oprócz ewentualnego oskarżenia, ryzykuje po prostu życiem. Dlatego też w jego książce oprócz nazwisk bojowników "wszystko jest prawdą" — zapewnia. Aby lepiej ich chronić, autor wspomina o nich tylko pod wymyślonymi przez siebie pseudonimami wojskowymi.

W jego opowieści można spotkać "Wilka", "Wodza" czy "Strzelca". Kolorowi, bohaterscy, niezwykle brutalni i często w problemami z depresją, ci współcześni gladiatorzy tworzą zgrane szeregi mrocznej armii.

Jego własny pseudonim to Dziadek. Przezwisko, które wymyślili jego towarzysze. Uważa, że to imię dobrze do niego pasuje. W chwili wstąpienia do szeregów Wagnera Marat miał 48 lat. Z siwą kozią bródką był najstarszy w swoim plutonie. W 2015 r. był wśród pierwszych 400 rekrutów. M-0346 to jego numer służbowy. W tamtym czasie selekcja była ostra, ale rozmowy kwalifikacyjne i testy wytrzymałościowe przeszedł bezbłędnie. Został potem poinformowany o celach Grupy Wagnera: jego zadaniem będzie reprezentowanie i ochrona interesów Rosji poprzez udział w konfliktach zbrojnych. Od razu przyciągnęła go ta patriotyczna wizja.

W kraju, gdzie średnia płaca nie przekracza 400 euro, Grupa Wagner obiecuje atrakcyjne zarobki. — Oczywiście jedną z głównych motywacji były pieniądze. Dobrze nam płacono. 950 euro miesięcznie za okres szkolenia w bazie, potem było od 1500 do 1800 euro za pierwsze zadania za granicą — mówi Marat.

Chociaż bycie najemnikiem grupy nie zapewnia ubezpieczenia społecznego ani odszkodowania dla rodzin w przypadku śmierci, za każdy udział w operacji bojowej są premie. Marat mógł zarobić nawet do 3 tys. euro miesięcznie. Zdobył niewielką fortunę, której starał się nie zmarnować. Mógł na przykład kupić mieszkanie na przedmieściach Moskwy.

Po trzech miesiącach przyspieszonego szkolenia zostaje wysłany na pierwszą misję do wschodniej Ukrainy, do Donbasu. Obszar, który Władimir Putin uważa za swój i o który rząd w Kijowie od 2014 r. toczy walki z popieranymi przez Moskwę separatystami. Tysiące bojowników zostało wezwanych z całej Rosji, aby wesprzeć separatystów. A wraz z tym strumieniem przybyły trzy bataliony (300 ludzi) z Wagnera.

Marat nie lubi wspominać tego epizodu w swojej biografii. — Na wojnie są różne sytuacje — wyjaśnia. — Jedną z nich jest sytuacja, gdy walczysz po niewłaściwej stronie ze względu na swoją narodowość, dla niewłaściwych ludzi, którzy jednak są wspierani przez twój rząd. To bardzo niekomfortowa sytuacja — zaznacza.

Z pewnością jedna z przyczyn tego niepokoju leży w charakterze zadań, jakie otrzymują najemnicy Wagnera. W 2014 i 2015 r. w Donbasie powstały niezliczone grupy separatystów, z których część nie znajdowała się pod kontrolą Rosji. Podbijały one terytoria, działały autonomicznie i stały się zbyt niezależne w oczach Kremla. Przeciwko tym separatystom wysyłano brygady Wagnera, aresztując ich przywódców i neutralizując oddziały poprzez konfiskatę broni i sprzętu. Czasami stosowano bardziej radykalne metody. Mówi się, że ludzie Wagnera brali udział w zamachach na kilkunastu przywódców separatystów, w tym na charyzmatycznego Aleksandra Bednowa, pseudonim Batman, który zginął w zasadzce w Ługańsku 1 stycznia 2015 r.

Marat Gabidullin zaprzecza, jakoby brał udział w tych operacjach. W rozmowach nigdy nie wahał się mówić o konflikcie w Ukrainie jako o wojnie domowej i poważnym błędzie Kremla. Błędzie, który stał się zbrodnią wraz z rosyjskim atakiem w lutym tego roku. Ta wojna przekonała go do ujawnienia się.

Po raz pierwszy Marat opowiada o swoim początkowym zadaniu dla prywatnej organizacji wojskowej. Relacjonuje doświadczenia z Ukrainy. Jak mówi, w Ukrainie nie chodziło o wyższe cele, takie jak walka z dżihadystami z Państwa Islamskiego. To był dla niego raczej niechlubny epizod, plama na jego biografii. Po prostu wypadek.

Jednak w tamtym czasie nie było dobrego powodu, by opuścić szeregi Wagnera. Po misji w Donbasie Marat pnie się w górę w organizacji. Z prostego żołnierza zostaje mianowany dowódcą jednostki rozpoznawczej, a pod koniec 2015 r. wyrusza do Syrii. Tam do 2019 r. weźmie udział w czterech misjach, które łącznie potrwają trzy i pół roku.

onet.pl/Die Welt

Przed inwazją Rosji na Ukrainę sytuacji Kamaza mógł pozazdrościć właściwie każdy inny producent aut ciężarowych. I sukcesów na polu sportowym, jak i gospodarczym. Kamaz 19 razy zwyciężał najtrudniejszy rajd świata, stając się dominatorem Dakaru w XXI wieku. Rosyjskie 10-tonowe "pustynne potwory", które spalały sto litrów paliwa na sto kilometrów, rozpędzały się do 100 km/h w 14 sekund. Pomagał w tym siedemnastolitrowy silnik V8 z 32 zaworami, dwie turbosprężarki i moc 730 koni mechanicznych. To parametry Kamaza K5, który wygrał tegoroczny Dakar, rozgrywany w styczniu w Arabii Saudyjskiej. Ta impreza zawsze była dla tego producenta bardzo istotna. Rosyjskiej propagandzie dawała sporo możliwości do pokazywania wyższości sprzętu krajowego nad tym zagranicznym.

- Cały trud fabryki i zespołu ukierunkowany jest na zwycięstwo w tym rajdzie. Jesteśmy dumni, że możemy pisać tak wyjątkową historię tej imprezy. Kamaz to legenda Dakaru, robimy, co w naszej mocy, by utrzymać dominację – deklarował jeszcze pół roku temu Władimir Czagin w rozmowie z Red Bullem, niedawnym sponsorem. "Car ciężarówek" ma na koncie aż siedem zwycięstw w Dakarze, a od kilku lat jest głównym menedżerem zespołu. Zespołu, którego kierowcy wspierani byli nie tylko przez popularnego producenta napojów, ale też amerykańskiego giganta oponiarskiego Goodyear. Do tego ruble dla dumy motoryzacji hojnie przelewali państwowi giganci - Gazprom czy VTB. Przekazywali oni niemal połowę z 13 mln dol., które co roku na rajdach miał zapewniony Kamaz Team.

Raj się skończył, bo krajowi giganci też odczuwają skutki sankcji i przykręcają kurek, gdzie mogą. Nie tylko dlatego Kamaz popada w stagnację, a nawet się cofa. Dzieje się tak również ze względu na sankcje Unii Europejskiej i Wielkiej Brytanii, a w końcówce czerwca, także po blokadach ministerstwa skarbu USA, które zabroniło transakcji z Kamazem i jego spółkami zależnymi. Jak uzasadnili amerykanie, stało się tak ze względu na to, iż auta tej marki były widziane, gdy rosyjskie wojsko przemieszczało się przez terytorium Ukrainy, a ciężarówki Kamaza, prawdopodobnie należące do rosyjskiego wojska, dojrzano także na Białorusi z rakietami Iskander. Na nic zdały się wielomiesięczne zapewnienia szefa Kamaza Siergieja Kogogina, że jego firma dawno przestała produkować sprzęt wojskowy. Przy okazji sankcji, które nałożyły też Australia, Kanada, Nowa Zelandia, Szwajcaria szybko uwidoczniło się, że rosyjski "potwór pustyni" nie jest aż tak bardzo rosyjski.

W najnowszych generacjach Kamazów — tych, które ostatnio zachwycały na Dakarze (modele K4 i K5), stosowano przecież kabiny Mercedesa. Produkcję silników diesla zapewniał chiński Weichai, który w przypadku dalszej współpracy też obawia się amerykańskich sankcji. Na dodatek w spółce Kamaza, która produkowała skrzynię biegów, większościowe udziały miał niemiecki ZF. Do tego od pewnego czasu w wyniku embarga na Rosję, Kamaz nie dostaje też niemieckich chłodnic i klimatyzacji od Webasto, akumulatorów Varty, smarów i olejów od francuskiego Motula i Totalu, nie ma też hamulców i części do zawieszenia od amerykańskiego Wabco i kilku innych sprawdzonych, importowanych komponentów. Na domiar złego mniej konstruktywna jest też współpraca z MAZ-em, bo największy producent ciężarówek na Białorusi, też podlega sankcjom UE.

Pomimo robionej jeszcze kilka miesięcy temu przez władze Kamaza dobrej miny do złej gry, teraz problemów nie da się już zbagatelizować, bo kończą lub skończyły się magazynowe zapasy niektórych elementów potrzebnych do konstrukcji nowych ciężarówek. Kogogin przyznał, że produkcja w tym roku spadnie nawet o 40 procent, a zeszłoroczna, ogólna sprzedaż niemal 79 tys. ciężarówek pozostanie marzeniem.

- Jeśli chodzi o naszą sprzedaż, głównym problemem będzie generacja K4 i K5. W biznesplanie na ten rok mieliśmy 16 tys. takich samochodów, ale teraz jest to nierealne — mówi prezes firmy, który ma nadzieję, że uda się wyprodukować około 3 tys. takich maszyn. - To dla nas bolesne, ponieważ na tych najdroższych samochodach zarabialiśmy najlepiej – dodaje.

Kamaz musi zatem ograniczyć produkcje flagowych modeli o ponad 80 procent, ale nie zawiesza działalności. Chce zwiększyć produkcję Kamazów K3, których konstrukcja pamięta jeszcze czasy Związku Radzieckiego. Ostatnio te modele były oferowane głównie do Afryki i krajów Ameryki Łacińskiej. W 2021 r. wyprodukowano ich tylko około półtora tysiąca sztuk (przy 45 tysiącach złożonych aut). Rosyjska motoryzacja ciężarówek cofnie się zatem o kilka dekad, ale cały czas pracuje, by podzespoły do K5 wytwarzać w Rosji. Zakłada, że ten proces uda się rozpocząć w 2023 roku. Na razie – tj. od czerwca pracownicy fabryk Kamaza przeszli na trzydniowy system pracy.

sport.pl

sobota, 2 lipca 2022


Bartosz Rydliński: Pani doktor. Chciałbym się zapytać o kluczowe momenty w historii Ukrainy do II wojny światowej. Z różnych względów polska opinia publiczna, również za sprawą edukacji w szkole, zna trochę tej historii, ale nie do końca. Jak z Pani perspektywy wygląda historia Ukrainy przed 1939 rokiem?

Olena Babakowa: Jak sam Pan powiedział, jestem historyczką z wykształcenia. Jak wszyscy Państwo wiedzą, nie tylko w Polsce, ale i w Ukrainie kurs uniwersytecki z historii a nauczanie historii w szkole bardzo się od siebie różnią. W pierwszym przypadku badamy te wyobrażone wspólnoty, tak jak o nich pisał Benedict Anderson. Analizujemy ich konstrukcje, różne fakty, różne narracje, z których następnie jest tworzony bogaty obraz dziejów historycznych.

Kurs szkolny natomiast jest oczywiście bardziej linearny, prowidencjalistyczny. Opowiada nam, jakie były początki dziejów, jak wszystko szło w jednej linii aż do powstania niepodległej Polski, albo w Ukrainie – niepodległej Ukrainy. Jeżeli mówimy o ukraińskim szkolnym nauczaniu historii, jak ono wygląda, jeżeli chodzi o dzieje sprzed 1945 roku, to jest to praktycznie cały program historii od klasy V do X. Wydarzenia po 1945 roku to jest dopiero końcówka klasy X i cała klasa XI. Do tego w Ukrainie są faktycznie dwa programy historii. Jeden to historia Ukrainy, a drugi to tak zwana historia ogólnoświatowa, czyli mamy pokazane ogólne tło – to, co się działo w świecie starożytnej Grecji, starożytnego Rzymu, Bizancjum, średniowieczu, odrodzeniu itd., a mały krok dalej jest omawiane, co działo się w tym czasie na obszarach, które my teraz nazywamy ziemiami ukraińskimi.

Jeżeli mamy mówić o sprawach kluczowych przed 1945 rokiem, a przypominam, że jest to tak naprawę większość tego programu, to wydaje mi się, iż to, co go różni od nauczanego w Polsce, to spora uwaga poświęcana okresowi starożytności. Przez położenie na północnym wybrzeżu Morza Czarnego obszar obecnej Ukrainy należał do terenów rzymskiej i greckiej kolonizacji w tym akwenie. Uczymy się więc historii greckich polis, rzymskiej i greckiej mitologii oraz oczywiście życia tych narodów, które z Grekami i Rzymianami wchodziły w konflikty, czyli Scytów oraz innych narodów stepu, które przybywały na ukraińskie ziemie ze wschodu. Właśnie tam powstało to, czym bardzo się szczycimy, czyli synteza kultur, to znaczy, kiedy spotykają się osoby z różnych cywilizacji, z różnych kultur, różnych religii, wyznań i kiedy na takim pograniczu tworzy się nowa tożsamość.

Jeżeli przeniesiemy się trochę dalej, to oczywiście Bizancjum. Ale Bizancjum w kontekście powstania pierwszego ukraińskiego państwa, czyli Rusi. Mówimy często o Rusi Kijowskiej, chociaż to państwo tak się nie nazywało. Termin „Ruś Kijowska” wymyślił jeden z największych ukraińskich historyków – Mychajło Hruszewski, który spisywał historię Rusi na przełomie XIX i XX wieku, kiedy starał się ułożyć jakiś konsekwentny schemat dziejów od początków Rusi–Ukrainy aż do powstania ukraińskiego państwa, a więc Ruś – państwo mocno związane z Bizancjum, okres chrztu Rusi–Ukrainy, czyli rządy księcia Wołodymyra, później jego syna Jarosława. Monumentalną obecność tych rządów wciąż można poczuć w przestrzeni miejskiej Kijowa, Czernichowa i innych starożytnych miast ukraińskich, Święta Zofia w Kijowie, wielka katedra zbudowana na podobieństwo Świętej Zofii w Istambule, w Konstantynopolu. Dalej, po Rusi i po Księstwie Halicko-Wołyńskim, które ukształtowały początki państwowości na ziemiach Ukrainy zachodniej, zaczyna się tak zwany okres problemowy.

Bartosz Rydliński: Chciałem się właśnie zapytać, ile w tym okresie „problemowym” widzimy styczności z nauką historii w Polsce? Chociażby Bunt Chmielnickiego?

Olena Babakowa: Po pierwsze, problemowy okres nie był spowodowany przez Chmielnickiego. Był z innej przyczyny. Jeżeli spojrzymy na to, jak historia Ukrainy była pisana, XIX wiek – klasyk. Tak samo jak w Polsce w XIX wieku rośnie zainteresowanie historią pisaną, konstrukcją narracji narodowej, powstaniem linearnej, narodowej historii dziejów. Dla ówczesnych ukraińskich historyków było oczywiste, że Ruś to są początki państwa ukraińskiego, natomiast dotychczasowa ukraińska historiografia nazywała ten czas okresem litewsko-polskim, nie zapominajmy, że oprócz Polski było tam też Wielkie Księstwo Litewskie. Powstał zatem problem, bo dla Hruszewskiego i dla jego szkoły historycznej ten czas był swoistym okresem depresji na ziemiach ukraińskich – stracona państwowość, panowanie innych państw, wiara katolicka. Mimo że tak naprawdę ten okres w ramach współistnienia w Rzeczypospolitej był też czasem tolerancji, multikulturalizmu, rozumianego w kategoriach nowoczesnych, ale jednocześnie napiętych relacji z czasów Chmielnickiego, czyli z połowy wieku XVII, i właśnie to napięcie zdominowało cały okres między wiekiem XIV a XVII. Problem w tym, że XIX-wieczni ukraińscy historycy oceniali ten czas niezbyt przychylnie, również ze względu na swoje relacje z polskim ruchem narodowym.

Po drugie, na wspomniane stulecia długo patrzono przez pryzmat imperialnej historiografii rosyjskiej, a później radzieckiej. W 1918 roku Polska odzyskała niepodległość, a Ukraina została przyłączona do Związku Radzieckiego, a więc tamten okres wczesnonowożytny był uważany za pewne wypaczenie w normalnym charakterze dziejów, że była Ruś – kolebka trzech narodów, o czym bardzo lubi wspominać Wladimir Putin, potem znów jesteśmy razem w ramach Imperium Rosyjskiego, a minione trzy stulecia to było takie nie wiadomo co.

W latach 90., kiedy Ukraina rozpoczęła tworzenie nowej podstawy programowej, okazało się, że nie ma przystępnej, klarownej wersji tego, co się działo z tym kawałkiem ziemi – między połową XIV a końcem XVIII wieku, czyli co to było. Wtedy z inicjatywy zachodnich partnerów w Ukrainie powstała bardzo ważna książka Historia Ukrainy do 1795 roku autorstwa Natalii Jakowenko. Przetłumaczona również na język polski, nawet wydana w Polsce dwa razy. Nie jest to szkolny podręcznik, nie jest to nawet podręcznik uniwersytecki, aczkolwiek jest to bardzo syntetyczna wersja historii Ukrainy od początku dziejów do końca XVIII wieku. Tam właśnie widzimy, że powstanie Chmielnickiego, które i przez ukraińską historiografię, i przez ukraińską szkołę jest traktowane jako powstanie o charakterze narodowo-wyzwoleńczym, miało też charakter społeczno-gospodarczy. Ukraina była wtedy obszarem, gdzie wolności było o wiele więcej niż w Małopolsce czy na Mazowszu, gdzie układy feudalne nie były aż tak daleko rozwinięte i gdzie miejscowy lud nie czuł się zbyt zadowolony z tego, że jakaś monarchia w Krakowie czy w Warszawie chce zwiększyć pańszczyznę, chce większych podatków i tak dalej.

Chmielnicki, owszem, jest ważnym bohaterem, kiedy mówimy o tym okresie przed XVIII wiekiem, przed rozbiorami Polski, natomiast mam wrażenie, że w ostatnich latach równie ważni co Chmielnicki są przedstawiciele szlachty ukraińskiej: Ostrogscy, Zasławscy, Sanguszkowie – z urodzenia Rusini, Ukraińcy, ale którzy dzięki Unii Lubelskiej dołączyli się do polskiego parlamentaryzmu i właśnie jako przedstawiciele ukraińskich elit współkształtowali państwo polskie – I Rzeczpospolitą. Są to narracje nawet jeżeli nie godzące, to pokazujące, że kultura ukraińska i polska w tym okresie miały nie tylko clash - nie tylko się ścierały, ale także było o wiele więcej przestrzeni do dialogu i współdziałania.

new.org.pl

Podczas czerwcowej wizyty turkmeńska głowa państwa podróżowała limuzyną Aurus Senat rosyjskiej produkcji. Następnie media obiegła informacja, że Republika Turkmenistanu kupiła to właśnie auto - swoją pierwszą limuzynę tej marki.

Rosjanie kusili Aurusem rodzinę Berdymuchamedowów już od kilku lat. Podczas I Kaspijskiego Forum Ekonomicznego, które odbyło się w sierpniu 2019 r. w Awazie nad brzegiem Morza Kaspijskiego, były premier Dmitrij Miedwiediew pokazał ojcu Serdara - Gurbanguły Berdymuchamedowi - właśnie Aurusa Senat. Auto zostało wyprodukowane specjalnie na potrzeby tej demonstracji w kolorze Luster White. Kolorystyka miała zaspokoić umiłowanie Gurbanguły do bieli. Ojciec Serdara jest przeciwnikiem ciemnych aut i w swoim czasie zakazał ich importu z zagranicy. Co więcej, władze nakazywały mieszkańcom Aszchabadu przemalowanie ciemnych aut już będących w ich posiadaniu na jasne – białe lub srebrne.

(...)

Komentując wizytę swojego turkmeńskiego partnera w Moskwie, Putin stwierdził, że podczas rozmów "szczególną uwagę" poświęcono współpracy energetycznej. Nic w tym dziwnego – Turkmenistan jest krajem zasobnym w węglowodory.

Wedle danych Statistical Review of World Energy 2021 wydanym przez koncern BP, na koniec 2020 r. w Turkmenistanie znajdowało się przeszło 7,2 proc. udokumentowanych światowych zasobów gazu ziemnego.

Jak wynika z komunikatu zamieszczonego na stronie rządowej Federacji Rosyjskiej, w przeddzień spotkania głów państw rosyjski wicepremier Aleksandr Nowak zauważył, że jego kraj pomaga Turkmenistanowi w transporcie ropy. Strony współpracują w przemyśle naftowym i kontynuują odbudowę infrastruktury energetycznej Turkmenistanu.

Aleksandr Nowak podkreślił, że sektor paliwowo-energetyczny odgrywa główną rolę w relacjach gospodarczych obu krajów. Ocenił, iż Gazprom i Turkmengaz utrzymują udaną współpracę w tej dziedzinie. Przejawem tego jest kontrakt na zakup/sprzedaż turkmeńskiego gazu od 1 lipca 2019 r. Kontrakt zawarty na pięć lat przewidywał dostawy około 5,5 mld metrów sześciennych turkmeńskiego gazu corocznie do Rosji.

Rosyjski ambasador w Aszchabadzie Aleksandr Błochin informował, że w ubiegłym roku jego kraj miał kupić około 10 mld metrów sześciennych gazu z Turkmenistanu, czyli prawie dwa razy więcej niż w 2020 r. Media donosiły wówczas, że stosunkowo tani gaz z Turkmenistanu i innych krajów regionu Azji Środkowej umożliwił Rosji zwiększenie eksportu tego surowca do Europy.

Rosja interesowała się rozwojem współpracy z Turkmenistanem również z nadzieją, że docelowo kraj rozwinie dostawy do gazociągu Nord Stream 2.

W świetle obecnych wydarzeń Kreml nie potrzebuje już wzrostu dostaw turkmeńskich węglowodorów, więc nasuwa się pytanie, dlaczego Rosji zależy na rozwoju współpracy z Turkmenistanem w dziedzinie energetyki.

Kilka dni po zakończeniu wizyty na łamach rosyjskiego portalu pravda.ru ukazał się artykuł „spotkanie prezydentów FR i Turkmenistanu - początek odpowiedzi Rosji na szantaż gazowy”. Z publikacji wynika, że Rosja jest gotowa pomagać w rozmowach z Afganistanem na temat  gazociągu Turkmenistan-Afganistan-Pakistan-Indie (TAPI). Chętnie chciałaby budować afgański odcinek tego rurociągu. Przy czym gdyby udało się wreszcie sfinalizować TAPI, sama miałaby ochotę dostarczać nim swój gaz. W ten sposób udałoby się jej rozwiązać kwestie reorientacji eksportu gazu z rynku europejskiego na azjatycki.

Wizyta Berdymuchamedowa w Rosji pokazuje, że Turkmenistan nie zamierza wychodzić z orbity wpływów rosyjskich, a wręcz przeciwnie. Berdymuchamedow, obłaskawiany przez Kreml, może być trudnym partnerem dla UE, jeżeli chodzi o rozwój współpracy w sektorze energetycznym.  

Jeszcze w pierwszym kwartale tego roku turkmeńskie media informowały, że Aszchabad prowadzi rozmowy z Azerbejdżanem, Turcją, Gruzją i Unią Europejską na temat możliwości budowy gazociągu o przepustowości od 10 do 30 miliardów metrów sześciennych gazu rocznie.

W pierwszej dekadzie maja z wizytą do stolicy Turkmenistanu, udała się Terhi Hakala, stała przedstawicielka UE ds. Azji Środkowej. Ta doświadczona fińska dyplomatka przeprowadziła rozmowy z najważniejszymi urzędnikami w kraju oraz z Serdarem Berdymuchamedowem. Wśród celów wizyty znalazły się różne kwestie, ale nie ma wątpliwości, że absolutnym priorytetem była energia.

Zacieśnianie przez Moskwę relacji z Aszchabadem wzbudza skojarzenia ze strategią Pekinu, polegającą na opanowaniu jak największej liczby geograficznych źródeł surowców energetycznych. W tym przypadku nie chodzi jednak o zabezpieczenie własnych potrzeb gospodarczych, ale wzmocnienie swojej pozycji negocjacyjnej wobec Zachodu.

Wedle artykułu zamieszczonego na portalu mk.ru, Putin zaprosił młodego Berdymuchamedowa do Rosji po to, aby go przekonać do niepodejmowania pośpiesznych działań na rzecz budowy gazociągu, którym popłynąłby turkmeński gaz do Europy.

Mimo wszystko lepiej byłoby, gdyby Serdar Berdymuchamedow uświadomił sobie, że spełnienie życzeń Kremla nie będzie służyło interesom gospodarczym samego Turkmenistanu. Mniej potencjalnych krajów - odbiorców jego węglowodorów - w praktyce oznaczać będzie gorszą pozycję negocjacyjną Aszchabadu podczas rozmów dotyczących cen sprzedaży tego surowca. Obecnie największym importerem gazu z Turkmenistanu są Chiny. Import ten szacuje się na około 40 mld metrów sześciennych gazu rocznie.

wnp.pl

Jeden z najbardziej znanych i – co istotne – poważanych w rządzących obecnie Stanami Zjednoczonymi środowiskach liberalnych komentatorów oraz ekspertów do spraw międzynarodowych Fareed Zakaria w niedawnym tekście opublikowanym na łamach Washington Post przypomina, że Rosja jest państwem "schyłkowym". Równocześnie jednak, jak przypomina Zakaria, w 1914 r. to Austro-Węgry, będące wówczas schyłkowym właśnie mocarstwem, doprowadziły do wojny światowej.

Zakaria w bardzo intelektualnie uczciwym tekście pisze, że mylił się krytykując senatora Mitta Romneya, gdy ten kandydując na urząd prezydenta Stanów Zjednoczonych w 2012 r. określił Rosję jako największe zagrożenie dla Stanów Zjednoczonych. Zakaria argumentuje przy tym, że pokonanie Rosji jest w istocie formą prowadzenia polityki w stosunku do Chin, które — jeśli Zachód zdoła powstrzymać Rosję — otrzymają bardzo wyraźny i czytelny sygnał co jest dopuszczalne w relacjach międzynarodowych, a co dopuszczalne nie jest i czego Zachód nigdy nie zaakceptuje.

Na chiński aspekt relacji z Moskwą zwraca uwagę również Raymond Kuo z niezwykle wpływowego i uważanego za intelektualne zaplecze przynajmniej części establishmentu wojskowego think-tanku Rand Corporation.

Kuo zauważa, że pomysł odwrócenia manewru prezydenta Richarda Nixona, który podczas słynnej wizyty w Chinach w 1972 r. zdołał przeciągnąć komunistycznie Chiny na stronę USA w konfrontacji z Sowietami (co obecnie miałoby oznaczać próbę przeciągnięcia Rosji na stronę Zachodu w konfrontacji z Chinami) jest obarczony fundamentalnym ryzykiem, sprowadzającym się do tego, że po pierwsze Putin inaczej niż Mao i generalnie Chińczycy z natury kłamie i nie dotrzymuje umów, a po drugie ma tak naprawdę bardzo niewiele do zaoferowania. Co bardzo istotne artykuł Kuo opublikowany został na stronie RealClearDefence.com, który uważany jest za portal bardzo bliski Pentagonowi.

Do uwag Kuo warto dodać, że od lat tworzonym przez Rosjan mitem było to, że Moskwa obawia się ekspansji Pekinu na Syberię. Na szczęście Putin, usiłując stworzyć oś z Pekinem, argument o rzekomej obawie Rosji przed Chinami sam, własnymi rękoma, pogrzebał.

W tym samym kierunku co Zakaria i Kuo wydaje się zmierzać również Loren Thompson, będący jednym z szefów Lexington Institute, który jest think-tankiem, którego działalność finansowana jest przez amerykańskie korporacje zbrojeniowe i który zazwyczaj również wyraża poglądy amerykańskiego kompleksu wojskowo-zbrojeniowego.

Thomson zauważa, że Chiny, w przeciwieństwie do Rosji, zarówno z powodów geograficznych jak i politycznych oraz militarnych zagrażają tak naprawdę wyłącznie Tajwanowi, a Xi Jinping w przeciwieństwie do Władimira Putina zachowuje się w sposób przewidywalny i racjonalny. Inny jest też charakter zagrożenia. Rosja tak naprawdę jest wyzwaniem wyłącznie militarnym, które w istocie bardzo łatwo jest pokonać (a tym samym należy je pokonać jako pierwsze).

Chiny z kolei są wyzwaniem ekonomicznym i państwem, któremu tak naprawdę nie opłaca się burzyć porządku światowego. Chiny, jak argumentuje Thomson, można — w razie czego — powstrzymać dyslokacją jednej amerykańskiej brygady na Tajwanie. Aby postawić z kolei tamę rosyjskiemu rewanżyzmowi i agresji konieczne jest przerzucenie poważniejszych sił do Europy. Z wszystkich tych powodów to Rosją należy zająć się w pierwszej kolejności.

onet.pl

Co się stało?

Występując 17 czerwca podczas forum ekonomicznego w Petersburgu Władimir Putin nazwał prezydenta Kazachstanu Kasyma-Żomarta Tokajewa nie jego imieniem, lecz frazą, która brzmiała mniej więcej jak: "Kiemieżam Iszemilewicz". Siedzący obok Putina Tokajew jedynie ze zdumieniem spojrzał na rosyjskiego prezydenta.

Czy to pierwszy raz?

Nie! Putin regularnie zamienia imię i nazwisko patronimiczne [nazwisko utworzone od imienia ojca, używane powszechnie obok imienia i nazwiska m.in. w Rosji i na Białorusi; w przypadku Kasyma-Żomarta Tokajewa patronimik to Kemeluły, w wersji rosyjskiej — Kiemielewicz — red.] w nieartykułowany łamacz językowy, w którym nawet przy silnym pragnieniu trudno usłyszeć "Kasym-Żomart Kiemielewicz".

Np. w styczniu 2022 r. podczas spotkania liderów państw Organizacji Układu o Bezpieczeństwie Zbiorowym z sympatią odnosił się do niejakiego "Kiemiela Żomartowicza".

(...)

Czyli Putin od lat błędnie wymawia nazwiska polityków — i nie zostało to zauważone?

Okazuje się, że tak. Weźmy na przykład byłego prezydenta Kirgistanu Ałmazbeka Szarszenowicza Atambajewa.
  • W 2015 r. Putin nazywa go "Ałambek Szarszynycz"
  • W 2019 r., po konflikcie z nowym prezydentem, Atambajew leci do Moskwy i zamienia się w "Ałoja Reszerszenowicza"
  • W tym samym roku Putin spotkał się z następcą Atambajewa Sadyrem Nurgodżojewiczem Dżaparowem i nazywa go na przykład "Sałmaszaczem"
(...)

Putin celowo czy przypadkowo przekręca nazwiska i imiona polityków?

Trudno powiedzieć na pewno, ale na przykład Andriej Sołdatow, dziennikarz i ekspert rosyjskich służb bezpieczeństwa, uważa, że ​​Putin "zawsze pamięta nazwiska i dobrze przygotowuje się do rozmowy". Oznacza to, że jeśli przekręca nazwy, robi to celowo.

Z jednej strony w ten sposób "dekoncentruje rozmówcę i daje sobie więcej czasu na odpowiedź", z drugiej strony, redukując imię i patronimik dosłownie do dwóch niewyraźnych samogłosek, demonstruje "bardzo ksenofobiczne rosyjskie urzędnicze chamstwo".

Równie chamska, zdaniem Sołdatowa, jest praktyka rusyfikowania patronimików, tworzenie z nich znajomych form, w rodzaju "Szaripycza" (były prezydent Tatarstanu Mintimer Szaripowicz Szajmijew) czy "Nurgaliicza" (obecny prezydent Tatarstanu Rustam Nurgalijewicz Minnichanow). — To bardzo protekcjonalna i upokarzająca forma zwracania się do rozmówcy — mówi Sołdatow.

Putin dość często demonstruje takie protekcjonalny ton — na przykład besztając tego samego Minnichanowa jak dziecko.

Może to jest spuścizna Związku Radzieckiego i tak było wtedy przyjęte?

Nie, radzieccy przywódcy odpowiedzialnie podeszli do kwestii poprawnej wymowy imion rozmówców, mówi sowietolog Nikołaj Mitrochin, który w latach 2007-2019 przeprowadził ponad 130 wywiadów z byłymi pracownikami KC KPZR.

– Robotnicy KC i aparatu partyjnego pamiętali tysiące imion i nazwisk. I zawsze byli gotowi zidentyfikować osobę po nazwisku. Nie tolerowano publicznego okazywania pogardy, takich ludzi na wczesnym etapie usuwano z aparatu – tłumaczy.

Według Mitrochina upadek "kultury aparaturowej" nastąpił między latami 80. i 90., kiedy język władzy stał się bardziej szowinistyczny. A nasilenie przyszło wraz z dojściem do władzy Putina, który wbrew wizerunkowi "uprzejmego Niemca" nie był ani klasycznym aparatczykiem, ani nie pochodził z nomenklatury sowieckiej.

– Wtedy [w pierwszych latach Putina] część urzędników z dawnej prawdziwej nomenklatury zaczęła przywracać aparat kulturowy. W zasadzie pokolenie [Siergieja] Kirijenki w administracji prezydenckiej [komunikuje się] już normalne. Ale Putinowi i niektórym z jego chuliganów brakuje ogłady. Poczynając od jego spóźnień na wszystkie ważne spotkania, niepasujące ciuchy, slangowe wyrażenia, a skończywszy na lekceważeniu imion – mówi.

W ostatnich latach, kierując się tą logiką, cały aparat dostosował się do gustów przywódcy, dlatego nawet tak doświadczeni politycy, jak minister spraw zagranicznych Siergiej Ławrow czy minister przemysłu i handlu Denis Manturow, pozwalają sobie na publiczne chamstwo bez żadnych konsekwencje dla ich kariery.

onet.pl

piątek, 1 lipca 2022


Niełatwo jest dziś wytłumaczyć młodym ludziom czym był „realny socjalizm” i jak funkcjonował. Podstawową zasadą ustroju gospodarczego była państwowa regulacja cen i centralne planowanie wszystkiego, począwszy od wydobycia węgla a skończywszy na  produkcji i  zużyciu papieru toaletowego na głowę (o ile możemy w tym przypadku mówić o głowie).

Oczywiście prąd jako jeden z najważniejszych „środków produkcji” musiał być tani, stąd władze PRL utrzymywały sztucznie bardzo niskie ceny dla ludności i przedsiębiorstw. Prowadziło to do ogromnego marnotrawstwa i permanentnych deficytów mocy, mimo potężnych inwestycji w nowe elektrownie. Nawet ówcześni urzędnicy zdawali sobie sprawę z absurdów tego systemu. „Energia nie może być tania a system ekonomiczno–finansowy musi sprzyjać jej oszczędzaniu. Energochłonność nie jest winą energetyków, ale struktury gospodarki wynikającej z całego splotu błędów w jej rozwoju. W pogoni za ilością nie liczyliśmy się z tym, ile ona kosztuje. Energia rozpływa się w powietrzu a wraz z nią ciężkie miliardy złotych i ciężka praca – mówił w 1982 r. w wywiadzie dla „Życia Gospodarczego” Ryszard Nodzyński, wicedyrektor Departamentu Planowania w Ministerstwie Górnictwa i Energetyki. Wtórował mu szef Państwowej Dyspozycji Mocy Jerzy Bekker. - „Energia elektryczna jest relatywnie tania, co nie sprzyja jej oszczędzaniu. Przykładowo w 1970 r. średnia miesięczna płaca równa była wartość 2,6 tys. kWh, dziś równa jest 10 tys. kWh”.

Po 1989 r. zaczęła się potężna fala zatorów płatniczych - za prąd nie płaciły kopalnie, huty, fabryki samochodów, problemy miały nawet szkoły. Energetycy odcinali im prąd, przedsiębiorstwa płaciły... trochę, prąd wracał a potem zabawa zaczynała się od nowa.  Zaczęły się też kradzieże prądu, energetycy opisywali ponad sto rozmaitych sposobów "obchodzenia" liczników.

A jednocześnie firmy zrozumiały, że muszą ograniczyć zużycie prądu i inwestować w energooszczędne technologie. Dzięki temu polska gospodarka stała się trzy razy mniej energochłonna niż w czasach PRL. Deficyt mocy - zmora z czasów PRL - zniknął.

wysokienapiecie.pl

Niepokój sąsiadów wynika ze świadomości, jak symboliczne znaczenie ma dla Niemców problem inflacji. W kolektywnym psyche wciąż eksponowane miejsce zajmuje upadek pieniądza z wczesnych lat 20. XX wieku i czarno-białe fotografie pokazujące palenie bezwartościowymi reichsmarkami w piecach. W RFN żywe jest przekonanie, że hiperinflacja zatruła fundamenty Republiki Weimarskiej i była w istocie preludium do przejęcia władzy przez Hitlera. Badania historyków wprawdzie temu przeczą, ale mit trzyma się mocno. Emocje wokół inflacji podgrzewają też wspomnienia pozytywne – radykalna reforma walutowa Ludwiga Erharda, sukces „twardej” marki i autorytet niezależnego Bundesbanku. Dzięki tym osiągnięciom, jak sądzi wielu obywateli Republiki Federalnej, powojenne Niemcy stały się ostoją stabilności i zbudowały swoje państwo dobrobytu.

Niechęć do inflacji to jednak nie tylko odbicie doświadczeń z historii, ale też twarde interesy związane z modelem „reńskiego” kapitalizmu. Niemiecki biznes najlepiej radzi sobie z innowacjami stopniowymi, które wymagają długoterminowego planowania i przyjmowania założeń co do przyszłych kosztów kapitału i płac. Bez przewidywalnej, oswojonej inflacji jakiekolwiek kalkulacje nie mają sensu, dlatego tak ważne dla firm było zaufanie do deklaracji banku centralnego.

Duże znaczenie dla niemieckich poglądów na sferę pieniądza ma też pozycja międzynarodowego wierzyciela osiągnięta dzięki kumulowaniu nadwyżek handlowych. W połowie 2021 r. wyrażała się ona wskaźnikiem NIIP (net international investment position) na poziomie 2,1 biliona euro. W oczywistym interesie RFN jest ochrona realnej wartości tej kwoty – także dzięki utrzymaniu niskiej inflacji w państwach-dłużnikach i promowaniu restrykcyjnej polityki makroekonomicznej.

Z powyższych powodów spór wokół przyczyn obecnej drożyzny ma wyższą temperaturę niż w innych krajach (choć dyskusjom Larry Summersa i Paula Krugmana w USA też niczego nie brakuje). Jego bieguny tworzą z jednej strony ordoliberalni tradycjonaliści, z drugiej zaś keynesiści i zwolennicy nurtów heterodoksyjnych w ekonomii (MMT). Pośrodku jest cichsza, ale systematycznie rosnąca grupa odżegnująca się od pryncypialnych interpretacji i odwołująca się przede wszystkim do badań empirycznych.

Dla ordoliberałów inflacja to generalnie zjawisko monetarne wynikające z zalewania rynków nadmierną ilością pieniądza. Winę za obecny skok cen ponosi więc przede wszystkim Europejski Bank Centralny (EBC). Grzeszyć zaczął już dekadę temu, skupując z rynku – w reakcji na kryzys – ogromne ilości obligacji rządowych (tzw. QE – luzowanie ilościowe) i jednocześnie redukując do zera stopy procentowe. Pozwoliło to rządom na prowadzenie luźnej polityki fiskalnej i podbiło popyt globalny.

W pandemii ta metoda została nie tylko powtórzona, ale i jeszcze rozszerzona (np. przez program PEPP). Tani pieniądz i środki z rządowych „tarcz” trafiły do gospodarki spętanej lockdownem i problemami podażowymi, co musiało się skończyć inflacją. Najgorsze z perspektywy tradycjonalistów jest to, że nawet teraz EBC nie zamierza zmieniać polityki i godzi się ze swoim toksycznym wpływem na sferę fiskalną. Tymczasem, zdaniem Hansa-Wernera Sinna, byłego szefa Ifo, pierwszym krokiem powinno być pożegnanie z „diabelskim wynalazkiem” QE, a potem podwyższenie stóp procentowych. W przeciwnym razie Niemcy i strefę euro czeka długotrwała stagflacja przypominająca męki lat 70 XX wieku.

Według innej interpretacji obecny poziom inflacji wynika głównie z przejściowych czynników – niskiej bazy oraz naturalnego po kryzysie odbicia popytu, na który nałożyły się pandemiczne problemy z dostawami z Azji i gwałtowny skok kosztów frachtu morskiego. Kolejne przyczyny to globalny wzrost cen energii, a także przywrócenie w Niemczech regularnej stawki podatku VAT, obniżonej w połowie 2020 r. ze względu na kryzys. Restrykcyjna polityka monetarna bynajmniej nie sprawi, że powyższe czynniki znikną, za to może bardzo zaszkodzić gospodarce. Scenariusz mocnych podwyżek stóp procentowych to zduszenie popytu, słabsze ożywienie, a może nawet powrót – po niemal dekadzie spokoju – problemu bezrobocia. Często w tym kontekście przypomina się lato 2011 r., gdy EBC pod wodzą Jean-Clauda Tricheta podniósł stopy procentowe o 0,25 proc. Nawet tak mała zmiana wywołała panikę na rynkach finansowych, ponieważ uznały ją za zagrożenie dla odradzającej się koniunktury.

Przeciwnicy „normalizacji” polityki pieniężnej ostrzegają również przed wybuchem kryzysu zadłużeniowego na południu strefy euro. Koniec QE, nie wspominając już o wyższych stopach, sprawi, że takie państwa jak Włochy czy Grecja będą mieć ogromne problemy z obsługą wynoszącego 150-200 proc. PKB długu publicznego. To z kolei będzie oznaczać destabilizację sektora bankowego: wiele banków trzyma w swoich bilansach obligacje tych państw, co wystawia ich rating na spore ryzyko.

obserwatorfinansowy.pl

Grzegorz Sroczyński: Kiedy się zorientowałeś, że wszystko się sypie?

Kamil Skoneczny: Wcześnie. My - logistycy i zakupowcy - mamy trochę inny start, jeśli chodzi o covid. U nas zaczęło się sypać już w styczniu 2020 w czasie chińskiego Nowego Roku, kiedy pojawiły się informacje o wirusie z Wuhan i Chińczycy wprowadzili 20-dniowy lockdown. „Siedźcie w domach". Wielkie miasta, które znałem ze służbowych podróży, teraz widziałem na telewizyjnych migawkach kompletnie puste. W Europie te obrazki funkcjonowały na zasadzie ciekawostki - "Patrzcie, ale jaja, Chińczycy się pozamykali!" - ale dla polskich firm zaczął się dramat, bo zamknięto chińskie porty, lotniska, koleje. Jak spojrzę na miesiące obrotowe naszej firmy, to mamy kompletny dół. Wszystko zamarło. Przez miesiąc nic z Chin nie wyjechało ani do Ameryki Północnej, ani do Ameryki Południowej, ani do Europy...

No ale kiedy to było?! Prawie dwa lata temu, a światowy transport do dziś totalnie leży. Dlaczego?

Poczekaj. Kończy się kryzys, Chińczycy wracają do pracy, wszyscy zaczynają cisnąć, żeby te towary ruszyły. I faktycznie statki ruszyły. Kontenerowiec płynie z Chin miesiąc, dokładnie 32 dni. Kiedy po miesiącu żeglugi kontenerowce dopłynęły tutaj, to covid akurat rozkręcił się na dobre w Europie i USA, ruszyła fala lockdownów i nie miał kto tego wszystkiego rozładować. Największy bałagan transportowy powstał, kiedy Amerykanie zaczęli chorować na covid i zamknęli porty. Statek, który miesiąc stał z towarem w Chinach i nie mógł wypłynąć, dopływa w końcu do USA i słyszy: „A teraz czekaj". „Ile?". „Nie wiemy". Część płynie do innego portu, ale tam też albo lockdown, albo połowa pracowników choruje. I teraz wyobraź sobie sytuację, że przed portem stoi siedemdziesiąt kontenerowców, a każdy ma pojemność 22 tysiące TEU.

TEU?

To jednostka pojemności statków: twenty-foot equivalent unit. 1 TEU odpowiada kontenerowi „dwudziestce".

Dwudziestce?

No dobra: przeciętny TIR, którego widzisz na autostradzie, wiezie ładunek 2 TEU, co odpowiada dwóm kontenerom po 20 stóp lub jednemu kontenerowi o długości 40 stóp. Jeśli więc w porcie stoi na kotwicy 70 wielkich statków po 22 tysiące TEU, no to masz tam w sumie… zaraz… 770 tysięcy TIR-ów.

Ile?!

No tyle, tyle. W jednym porcie. I weź to potem rozładuj. W takim pojedynczym kontenerze masz dziesiątki tysięcy iPhonów i maców. Albo 22 tony ubrań dla Nike. I to wszystko stoi. Za to jest zapłacone, kasa przelana, ludzie czekają. Niby tak się łatwo mówi: no dobra, i co z tego, najwyżej ktoś nie dostanie iPhone’a na święta...

No właśnie.

Tak? To pomyśl o firmach, które mają produkty sezonowe. Ubrania. Stworzyli kolekcję na lato, a ona przypływa we wrześniu. Co taki Reserved ma z tym zrobić? Albo towary na święta. One powinny przypłynąć do Polski w październiku i najpóźniej do połowy miesiąca trafić do magazynów, bo jeszcze przecież przepakowanie, sprawdzenie sprzętu, sprawdzenie kartonów, rozesłanie do sklepów.

I przypłynęły?

Nie bardzo. Ani w zeszłym roku, ani w tym.

(...)

W świecie przed pandemią to wszystko jakoś działało?

Tak. Hulało.

I co się właściwie stało, że nie może wrócić do normy?

Czkawka.

Przez półtora roku?!

Cała nasza wspaniała globalizacja wisi na transporcie morskim. Drogą morską idzie 2/3 światowego handlu. I wszyscy byli pewni, że to zawsze będzie działać. Nikt się nie przejmował, że są wąskie gardła, jak Kanał Sueski czy panamski. Wiesz, jakie ludzie podpisywali kontrakty? Brał taki człowiek zlecenie od wielkiego koncernu spożywczego na stojaki reklamowe do sklepów na całym świecie. Projekt zrobił tutaj, w Polsce, ale produkcję zamawiał oczywiście w Chinach. W umowie z koncernem miał zapis, że jeden dzień spóźnienia i za fakturę dostanie dziesięć procent mniej. Po dziesięciu dniach spóźnienia za towar dostanie okrągłe zero, a jedenastego dnia - uwaga - to on zaczyna koncernowi płacić. Pytam go: „A jak coś się posypie i te stojaki z Chin nie dotrą na czas?". „Ryzykuję. Ale wie pan, ile zarobię, jak się uda? Poniżej 500 procent marży to ja się w ogóle po takie zamówienie nie schylam".

I w świecie sprzed pandemii on mógł być pewny, że zamówi towar 10 tysięcy kilometrów stąd i wszystko dotrze na czas?

Mniej więcej. W każdym razie te gigantyczne odległości były oczywiste i naturalne. Nikt się nad nimi nie zastanawiał.

To było zdrowe?

Dlaczego tacy ludzie jak ja - siedzący w logistyce - nie otwierają dużych firm import-eksport? Dlaczego ja nigdy nie stworzę takiego LPP? Ponieważ widzę za dużo problemów i znam za dużo przykładów z życia. Miałem klientów, którzy rozkręcali firmy działające na całym świecie, a nie znali angielskiego. Dogadywali się dzięki translatorowi Google. Ci ludzie nie bali się niczego, nigdy nie widzieli żadnych problemów, kładli firmy na łopatki i zakładali nowe. Świat przed pandemią właśnie w ten sposób działał - na zasadzie pewnej beztroski. Ja zawsze widzę problemy, zresztą logistykowi za to się płaci, żeby umiał przewidzieć różne fakapy.

Statki stanęły w korkach, pociągi stanęły w korkach i do dziś ten cały światowy handel nie wrócił do normy?

Nie wrócił.

gazeta.pl

czwartek, 30 czerwca 2022


Przed wojną, przez 10 lat, Tetiana Potocka-Jewczuk zajmowała się turystyką: organizowła pielgrzymki w Ukrainie i poza jej granicami. Ale kiedy rozpoczęła się inwazja Rosjan na pełną skalę, poświęciła się pracy wolontariackiej.

Wszystko zaczęło się niespodziewanie: ojciec przyjaciela zmarł z powodu koronawirusa w Charkowie. A pani Tetiana odważyła się pojechać po jego ciało samochodem. – Od tego czasu ludzie, którzy stracili swoich bliskich w czasie wojny, zaczęli dzwonić i prosić o pomoc – mówi Potocka-Jewczuk. - Przywieźli mi  samochód chłodnię z Holandii i tak zaczęły się moje podróże do kostnic w obwodzie mikołajowskim, charkowskim, donieckim i dniepropietrowskim - dodaje wolontariuszka.

Kobieta relacjonuje, że im bliżej linii frontu, tym mniej cywilnych samochodów spotyka. - Jesteś praktycznie sama na drodze. Czasami widzię tylko auta podobne do mojego, którymi też zabierane są ciała zmarłych - mówi pani Tetiana. - To jest przerażające, wszystko przypomina apokaliptyczny film.

Od kwietnia wolontariuszka dostarczyła ponad sto ciał żołnierzy do różnych miast i wsi w Ukrainie. Średnio jedna podróż trwa cztery dni, bo trzeba obejść wysadzone mosty i zbombardowane drogi.

- Jednym z trudnych etapów misji jest identyfikacja ciał – mówi kobieta. - Jeśli ciało jest w dobrym stanie, mniej wiećej w całości i mam zdjęcie, identyfikacja jest szybka. Musisz jednak zajrzeć do każdej paczki. W takich momentach moje serce pęka z bólu. Są to jednak najczęsciej ciała okaleczone, w związku z tym procedura identyfikacji jest trudniejsza i zajmuje więcej czasu. Specjaliści muszą zrobić badanie DNA i dopiero wtedy biorę ciało.

Najtrudniejszy – przede wszystkim bardzo emocjonalny – jest moment spotkania z bliskimi.

- Rodzice klęczą, jest szalony krzyk wdowy i przerażone oczy dzieci – taty już nie ma! I powtarzasz tylko jak mantrę: „Przepraszam, przepraszam, nie uratowali". Najtrudniej jest spojrzeć im w oczy, czasami po prostu je opuszczam, a w środku mam piekło – przyznaje kobieta. Niedawno przywiozła do Równego 31-letniego bohatera Konstantyna Dmitriewa, który zgłosił się na ochotnika do pójścia na wojnę w 2015 roku. Potem wrócił do domu, ale inwazja Putina zmusiła go do ponownego chwycenia za broń. Zginął w wyniku nalotu w obwodzie ługańskim. Pozostawił żonę i dwuletnią córkę.

- Po każdym pogrzebie wracam do domu i długo płaczę, a potem znów wsiadam do samochodu i ruszam w drogę. Bo to są nasi żołnierze i zasługują na honor - podsumowuje Tetiana Potocka-Jewczuk. 

ukrayina.pl

Siły rosyjskie kontynuują natarcie na Lisiczańsk i Bachmut. Według coraz bardziej ograniczonych informacji przekazywanych przez stronę ukraińską wciąż trwają walki w okolicach Werchniokamjanki (m.in. o zlokalizowaną tam rafinerię lisiczańską). Obrońcy mieli powstrzymać przeciwnika w rejonie miejscowości Kłynowe i Nowołuhanśke (m.in. odeprzeć szturm w pobliżu Elektrociepłowni Wuhłehirśkej) oraz Berestowe i Spirne na drodze Lisiczańsk–Bachmut. Najeźdźcy mieli też zostać odepchnięci w okolicach Pawliwki na zachód od Doniecka oraz Dementijiwki na północ od Charkowa. Artyleria i lotnictwo agresora nieprzerwanie atakują pozycje i zaplecze wojsk ukraińskich wzdłuż całej linii styczności, a także w przygranicznych obszarach obwodu sumskiego. Przeprowadziły również uderzenia rakietowe na Mikołajów oraz w rejonie Odessy i miasta Dniepr. Kolejną dobę celem ostrzału i bombardowań ukraińskich była Wyspa Wężowa. 30 czerwca strona rosyjska potwierdziła, że nocą doszło do wycofania rozmieszczonego tam garnizonu.

Norweski minister obrony Bjørn Arild Gram poinformował o zamiarze przekazania Ukrainie trzech wieloprowadnicowych wyrzutni pocisków rakietowych M270 (wcześniej mają one jednak zostać zmodernizowane w Wielkiej Brytanii) oraz 5 tys. granatów. Z kolei władze Czech podjęły decyzję o dostarczeniu Kijowowi dronów rozpoznawczych korygujących ogień artylerii. W nowym brytyjskim pakiecie wsparcia o wartości 1,2 mld dolarów mają się znaleźć zestawy przeciwlotnicze, bezzałogowe statki powietrzne, sprzęt walki radioelektronicznej oraz „tysiące sztuk” wyposażenia osobistego żołnierzy.

Rosjanie kontynuują działania przyspieszające aneksję zajętych terytoriów. Status i zasady pracy funkcjonariuszy kolaboranckich organów ścigania w obwodzie chersońskim będą regulowane zgodnie z aktami prawnymi – w tym kodeksem karnym – Federacji Rosyjskiej. W Melitopolu najeźdźcy zmuszają mieszkańców do wymiany paszportów na rosyjskie oraz tablic rejestracyjnych z ukraińskich na oznaczone „TWR” (Tauryda). W przypadku odmowy grożą wstrzymaniem wypłat świadczeń socjalnych lub wynagrodzenia. Administracja okupacyjna Mariupola stosuje nowe metody zbierania danych na temat osób pozostających w mieście. W tym celu zainicjowano przyjmowanie wniosków o otrzymanie odszkodowania za mienie zniszczone podczas działań wojennych. Dokument zawiera obowiązkową deklarację, że nieruchomość została uszkodzona w wyniku ostrzelania przez Siły Zbrojne Ukrainy. Konieczne jest również podanie personaliów wszystkich właścicieli lokali mieszkalnych oraz osób w nich zameldowanych, a także wskazanie miejsca ich aktualnego zamieszkania. Jeżeli składający wniosek stwierdzi, że ma krewnego, który wyjechał na terytorium kontrolowane przez Ukrainę lub za granicę (z wyłączeniem Białorusi i Rosji), to nakłania się go do nawiązania kontaktu z nim i uzależnia od tego wypłatę rekompensaty. Procedura ma cechy operacji rosyjskich służb specjalnych służącej pozyskaniu nowych informatorów.

Władze okupacyjne doniosły o wznowieniu funkcjonowania portu w Berdiańsku, który opuścił pierwszy statek z ładunkiem 7 tys. ton zboża. Celu podróży jednostki nie sprecyzowano – miała się ona udać do jednego z „zaprzyjaźnionych krajów”. Bezpieczeństwo rejsu zapewniają okręty Floty Czarnomorskiej z bazy marynarki wojennej w Noworosyjsku. Na zajętym przez Rosjan terytorium zgromadzono podobno 1,5 mln ton zboża, z czego większość ma zostać „wyeksportowana”.

Szef Komitetu Śledczego FR Aleksandr Bastrykin zaproponował utworzenie „międzynarodowego trybunału ds. zbrodni reżimu kijowskiego w Donbasie i na Ukrainie”. W jego skład mogliby wejść przedstawiciele krajów Wspólnoty Niepodległych Państw, BRICS i Szanghajskiej Organizacji Współpracy. Dodał, że nie ma czasu do stracenia, ponieważ państwa zachodnie aktywnie pracują nad powołaniem trybunału przeciwko Rosji, mającego osądzić uczestników „wojskowej operacji specjalnej”.

Oceniając przebieg konfliktu z Ukrainą, Władimir Putin oznajmił, że wojska rosyjskie osiągają wyznaczone cele, i że nie warto mówić o terminie zakończenia „operacji specjalnej”. Ponownie oskarżył też Zachód o podżeganie Kijowa do prowadzenia agresywnej polityki wobec Moskwy i próbę utworzenia trwałego przyczółku destabilizacji w pobliżu rosyjskich granic.

29 czerwca Ukraina podpisała z UE umowę o liberalizacji przepisów z zakresu transportu drogowego. Dokument, który wszedł w życie następnego dnia, przewiduje m.in. zniesienie obowiązku posiadania przez przewoźników zezwoleń zarówno w przewozach dwustronnych, jak i tranzytowych. Powinno to usprawnić wymianę towarową, co ma dla Ukrainy szczególne znaczenie w kontekście utrzymującej się od początku agresji blokady morskiej. Umowę zawarto na jeden rok z możliwością jej prolongowania.

(...)

Komentarz

Wycofanie garnizonu agresora z Wyspy Wężowej należy uznać za bezpośredni skutek ostrzału i bombardowań prowadzonych w ostatnich tygodniach przez siły ukraińskie z rejonu Odessy. Rosjanie nie byli w stanie wyeliminować wyrzutni rakiet rozmieszczonych na terenach nadbrzeżnych (Kijów starał się zdezawuować działania wroga, informując o bezcelowym bombardowaniu plaż), a tym bardziej umocnić się na wyspie w warunkach konsekwentnego ostrzału (okopanie się utrudnia skalisty grunt, wyspa ma także stosunkowo niedużą powierzchnię – 0,205 km²). Wycofanie nie oznacza oddania Wyspy Wężowej przeciwnikowi – stanowi ona dla Rosji istotną wartość z punktu widzenia działań w zachodniej części Morza Czarnego oraz rozpoznania i kontroli (w ramach strefy A2/AD) sytuacji w krajach południowo-wschodniej flanki NATO. Z analogicznych powodów – oddalenia potencjalnego zagrożenia od Odessy i nadczarnomorskich państw NATO – armia ukraińska przy wsparciu zachodnim stara się odzyskać wyspę. W przypadku jej zajęcia garnizon będzie się jednak borykał z tymi samymi problemami – ciągłym ostrzałem i bombardowaniami ze strony wroga. Należy przyjąć, że w obecnych okolicznościach żadna ze stron nie jest w stanie utrzymać się na wyspie, a jej przyszłość – ponowne zajęcie przez Rosjan lub powrót pod zwierzchnictwo ukraińskie – zależy od tego, czy Moskwa zamierza zrealizować pierwotny plan opanowania rejonu Odessy.

Komentarz Putina na temat przebiegu agresji świadczy o tym, że Kreml nie zamierza zakończyć działań bojowych po opanowaniu granic administracyjnych obwodów wchodzących w skład Donbasu i przyłączeniu zajętych terytoriów obwodów chersońskiego i zaporoskiego. Moskwa, uważająca Ukrainę za przyczółek aktywności militarnej USA i NATO, będzie przedłużać konflikt zbrojny w nadziei na wyczerpanie zdolności militarnych armii przeciwnika. Kontynuowanie wojny „na wycieńczenie” ma zmusić władze w Kijowie do przerwania ognia i przyjęcia niekorzystnych warunków zawarcia pokoju – uznania zdobyczy terytorialnych Rosji, zagwarantowania realizacji jej interesów politycznych i gospodarczych na Ukrainie oraz demilitaryzacji, rozumianej jako osłabienie współpracy wojskowej z Zachodem i redukcja sił zbrojnych.

(...)

osw.waw.pl