poniedziałek, 27 czerwca 2022


W takim razie jak oceniasz wsparcie Europy zachodniej?

Powtórzę się. Pomoc od Polski i Wielkiej Brytanii, nawet w porównaniu do innych państw Europy jest nieoceniona. Jak dodać do tego to co robią dla Ukraińców zmuszonych do ucieczki za granice zwykli Polacy to tego chyba najwięksi optymiści nie mogli się spodziewać - to fantastyczne. Warto zauważyć, że otwiera się nowa stronica w stosunkach polsko-ukraińskich, bo teraz nasze dzieci będą o tym wiedziały i będą pamiętały, a to właśnie one są przyszłością naszych narodów.

Jak wygląda obecnie sytuacja na froncie wschodnim? Jest ciężko?

Sytuacja jest w tej chwili pod kontrolą. Są straty, są odwroty, ale trzeba zrozumieć - wojna, w której nie ma taktycznych odwrotów istnieje tylko w filmach i książkach, wojna jest jak gra w szachy, czasem trzeba oddać pionka, żeby zdobyć wieże a czasem hetmana, żeby zrobić szach i mat. Sytuacja piechoty (Maur jest w piechocie) jest tym trudniejsza, że czasem trzeba jej kosztem po prostu kupić czas na coś większego...

Jakie wydarzenie podczas walk, w których uczestniczyłeś zapadło Ci najbardziej w pamięć?

Byłem zdumiony jakim mięsem jest piechota „Raszy". Nas czterech odparło trzy fale ofensywy ich jednostek. Musimy patrzeć na nasze odwroty, a czasem powolne kontrataki przez pryzmat ich zasobów ludzkich, a przede wszystkim z powodu ich artylerii i ciężkiego sprzętu. Tego jest niewiarygodnie dużo, pracują bez ograniczeń, mają nieograniczoną ilość amunicji. Teraz można zrozumieć, jak profesjonalna i zmotywowana jest ukraińska armia, bo przy tych wszystkich nieograniczonych zasobach zatrzymujemy ich, a czasem nawet odpychamy kilkukrotnie mniejszymi silami. Gdyby Europa była jednomyślna, w sprawie dostaw ciężkiej broni, wojna skończyłaby się bardzo szybko. W broni ciężkiej my im ustępujemy, ale w walce strzeleckiej niemal zawsze z nimi wygrywamy. To zabrzmi niewiarygodne, nawet trudno to sobie wyobrazić ale w takich walkach prawie nie mamy strat. Nasze straty to przede wszystkim miny, rakiety, pociski, odłamki pocisków czy bomby zrzucane przez awiacje. Należy zauważyć, że im absolutnie nie żal piechoty. Pędzą ich wprost na rzeź. My w Siewierodoniecku kładliśmy ich tysiącami, po prostu całymi oddziałami. Trudno w to uwierzyć, ale to prawda. To wywarło na mnie największe wrażenie, bo sami baliśmy się pierwszej walki, tej kontaktowej. Nie wiedzieliśmy, jak ich trenowano, ale gdy przyjechaliśmy na pozycje, po 20 minutach zaczęły się walki strzeleckie i sami byliśmy w szoku. Po prostu zostali zdmuchnięci. Wydawało nam się, że walczymy ze zmobilizowanymi separatystami, ale powiedziano nam, że przechwycili ich rozmowy i położyliśmy „dobrze wyszkolonych żołnierzy". Zdaliśmy sobie sprawę, że profesjonalizm zawodowych „raszystowskich" żołnierzy to mit. Oni "szkoląc się" w armii zamiatali place, czyścili toalety i budowali domy dla generałów. U nas tak było do 2014 roku, ale po Majdanie,  rozpoczęły się reformy w armii. Oni dalej tak pracowali, były jakieś oddziały na pokaz, a wszystko inne było zbędne i zaniedbane. I ich wszystkich wysłali na wojnę. Teraz oni po prostu zasypują nas trupami

Czego najbardziej potrzebujecie, by odnieść zwycięstwo?

Pomocy naszych partnerów i przyjaciół. Ważne, żeby wśród nich panowało zdecydowanie, jednomyślność i wspólne rozumienie jak wielkim zagrożeniem dla świata jest Rosja. Najważniejsze dla nas jest ciężkie uzbrojenie, nie mniej ważna jest pełna handlowa blokada Rosji.

Jak wy, żołnierze na froncie postrzegacie Prezydenta Zełeńskiego?

Jako głównodowodzącego. Nie jest osobą jednoznaczną i nie każdemu się podoba. Ja nie jestem zwolennikiem jego partii, ale on stanął na wysokości zadania. Podjął walkę, więc w czasie wojny jest naczelnym wodzem i my jesteśmy wobec niego lojalni - ta kwestia nie podlega dyskusji. O wszystkim innym porozmawiamy po wygranej wojnie. Putin uważał, że jeśli większość Ukraińców jest zawiedziona Zełeńskim, to Ukraińcy nie będą walczyć, o czym świadczy jego przemówienie do Sił Zbrojnych. Ukraińcy rzadko są zadowoleni ze swoich przywódców. Mamy to we krwi od naszych przodków Kozaków, ale to wewnętrzna sprawa Ukraińców. Głupotą było liczyć na to, że Ukraińcy w momencie zagrożenia z zewnątrz zbuntują się przeciwko swojej władzy. Jesteśmy ludźmi wolnymi. Możemy kłócić się, protestować. Możemy być niezadowoleni, ale jeśli ktoś z zewnątrz próbuje nam dyktować swoje warunki to jednoczymy się bardzo szybko, niemal natychmiast.

Może na koniec wywiadu chciałbyś powiedzieć coś Polakom od siebie?

Wy, Polacy w tym trudnym dla nas momencie potrafiliście zamknąć stronę niełatwych stosunków polsko-ukraińskich i to jest nieoceniony wkład. Dziękuję, Wam przyjaciele! Moje dzieci będą to wiedziały i zapamiętają!

defence24.pl

Niedzielny rosyjski atak rakietowy na Kijów był najpoważniejszym uderzeniem na stolicę Ukrainy od 29 kwietnia; ostrzał zakładów zbrojeniowych Artem należy odczytywać jako sygnał Kremla wobec Zachodu w kontekście trwającego szczytu G7 i planów dalszego wsparcia strony ukraińskiej - ocenił w najnowszym raporcie amerykański Instytut Badan nad Wojną (ISW).

W opinii analityków z waszyngtońskiego think tanku ataki rakietowe należy bezpośrednio wiązać z ważnymi wydarzeniami międzynarodowymi, których celem jest pomoc Ukrainie. Jak zauważono w komunikacie ISW, poprzedni zmasowany ostrzał Kijowa zbiegł się w czasie z wizytą w tym mieście sekretarza generalnego ONZ Antonio Guterresa.

Obranie na cel zakładów Artem, produkujących m.in. pociski rakietowe i komponenty sprzętu lotniczego, miało demonstracyjny charakter. Jak podkreślono w raporcie ISW, rosyjskie siły zaatakowały przedsiębiorstwo rakietami wystrzelonymi z bombowców operujących w rejonie Morza Kaspijskiego, wykorzystując maksymalny możliwy zasięg tego uzbrojenia.

Według ISW władze na Kremlu starają się dostosowywać rosyjskie ustawodawstwo, aby przeprowadzić "ukryty" pobór do wojska bez ogłaszania powszechnej mobilizacji. Amerykański ośrodek wskazał w tym kontekście, że Duma Państwowa, niższa izba parlamentu Rosji, ogłosiła plany rozpatrzenia poprawki do ustawy o służbie wojskowej, umożliwiającej oferowanie kontraktów młodym mężczyznom natychmiast po osiągnięciu przez nich pełnoletności lub ukończeniu szkoły średniej, bez wcześniejszej konieczności odbycia służby jako poborowi.

Amerykański think tank podkreślił, powołując się na szefa ukraińskiego wywiadu wojskowego generała Kyryła Budanowa, że armia agresora zaangażowała już na Ukrainie 330 tys. żołnierzy, co stanowi ponad jedną trzecią wszystkich rosyjskich sił.

W ocenie ISW za wiarygodne należy uznać doniesienia, że inwazją Kremla dowodzi obecnie generał Giennadij Żydko. Wojskowy, który dotąd stał na czele Głównego Zarządu Wojskowo-Politycznego rosyjskiej armii, miał zastąpić generała Aleksandra Dwornikowa. Według think tanku na prawdopodobieństwo takiego scenariusza wskazywała eksponowana rola Żydko podczas inspekcji rosyjskich wojsk w Donbasie, dokonanej 26 czerwca przez ministra obrony Siergieja Szojgu.

W nocy z niedzieli na poniedziałek ukraiński dziennikarz Roman Cymbaliuk zdementował na Facebooku informacje o wizycie Szojgu na Ukrainie. W jego opinii szef resortu przebywał wyłącznie w Biełgorodzie, na terytorium Rosji w pobliżu granicy z Ukrainą. Przyczynami takiej decyzji miały być obawy Kremla o bezpieczeństwo ministra oraz "niechęć do demonstrowania rzeczywistych strat armii" podczas inwazji.

onet.pl

niedziela, 26 czerwca 2022


Polityka za Obamy nie była jednak przełomowa. Program stymulacji fiskalnej był skromny i do dziś mówi się wiele o tym, że zbyt skromny (program Bidena jest 2,5 razy większy). Powołany na sekretarza skarbu Timothy Geithner, wcześniej blisko związany z Wall Street, zajmował się przede wszystkim wsparciem tonącego w toksycznych długach sektora finansowego. Rząd federalny wpompował w amerykańskie banki setki miliardów dolarów, a w tym samym czasie zarządy takich gigantów jak AIG wypłacały sobie gigantyczne bonusy. Dziennikarze oskarżali Geithnera o jastrzębie podejście do polityki gospodarczej, czyli przestrzeganie przed nadmiernymi wydatkami publicznymi i walkę z deficytem budżetowy. Robił to zarówno lewicowy tygodnik „New Republic”, jak i centrowy „The Washington Post”. Sam Obama w kampanii wyborczej zapowiadał podwyżki podatków, ale już podczas prezydentury obiecywał, że zrobi wszystko, aby zmniejszyć deficyt budżetowy o połowę.

Gdy na prezydenturę Obamy spojrzy się jednak z szerszej perspektywy, to brak rewolucji nie powinien aż tak dziwić.

Wszystko zaczęło się od neoliberalnej rewolucji Reagana z lat 70. XX wieku, która wymusiła na Demokratach przyjęcie bardziej centrowego podejścia do gospodarki. Od lat 90. w Partii Demokratycznej do głosu zaczęło dochodzić skrzydło Nowych Demokratów (znanymi członkami byli między innymi Clintonowie), którzy silnie popierali konserwatyzm fiskalny i wspierali progresywną politykę tożsamościową. Obama nie wywodził się bezpośrednio z Nowych Demokratów, ale gdy w 2009 roku doszedł do władzy, to otoczył się ludźmi z tego środowiska. I choć starał się unikać politycznych etykiet, to według „Politico” na jednym ze spotkań Demokratów powiedział wprost: „I’am a New Democrat”.

Biden jest przeciwieństwem Obamy. Po niepozornym i znanym ze swojej koncyliacyjnej natury polityku nikt nie spodziewał się rewolucji.

Kiedy wygrał wybory, wiele mówiono o „powrocie do normalności” i „sprzątaniu po Trumpie”. Symbolem rosnących oczekiwań stała się okładka czasopisma „The Economist”, która przedstawiała Bidena na tle Białego Domu z wiadrem i mopem. Mało kto zauważył jednak, że po porażce Clinton z Trumpem w 2015 roku w Partii Demokratycznej doszło do przetasowań. Skrzydło Nowych Demokratów zostało całkowicie zmarginalizowane, a do głosu doszło młode pokolenie, znacznie bardziej lewicowe i otwarte na progresywną agendę gospodarczą. Biden znalazł się w sytuacji, w której poparcie dla ideowego zwrotu jest znacznie większe niż kiedykolwiek wcześniej. W dodatku tragiczna w skutkach pandemia COVID-19 zbudowała przyzwolenie na radykalne działania w sferze polityki. W wywiadzie dla „New Yorkera” Biden przyznał, że jest w sytuacji podobnej do Roosevelta i ma zamiar stawić czoło wyzwaniu.

Biden zrywa jednak nie tylko z dotychczasową ekonomią polityczną Partii Demokratycznej, ale przede wszystkim staje w całkowitej opozycji do polityki gospodarczej Trumpa (oraz Partii Republikańskiej ogółem). W ostatnim orędziu do Kongresu ogłosił, że pora zerwać z ekonomią skapywania, ponieważ nigdy nie działała. Pod tym z pozoru zwyczajnym zdaniem kryje się spora zmiana.

Czym jest ekonomia skapywania? Najogólniej, to zbiór propozycji gospodarczych, szczególnie popularnych w kręgach Partii Republikańskiej, które w centrum stawiają potrzebę obniżki podatków dla najbogatszych.

Zwolennicy ekonomii skapywania twierdzą, że więcej pieniędzy w kieszeniach bogatych to więcej pieniędzy w gospodarce w ogóle. W końcu to najbardziej majętne osoby finansują miejsca pracy, prowadzą przedsiębiorstwa i dokonują kluczowych inwestycji. Dobrobyt powinien zatem zacząć w magiczny sposób skapywać z góry na dół.

Ekonomia skapywania to termin, który nie jest do końca naukowy. O ekonomii skapywania mówią częściej politycy niż naukowcy. W kampanii wyborczej w 2015 roku Hilary Clinton nazwała propozycje reform podatkowych Trumpa „trumped-up trickle-down”, co oznacza „wyssane z palca skapywania”. Parę lat wcześniej członek nowozelandzkiej Partii Pracy nazwał teorię skapywania sposobem na obsikiwanie biednych przez bogatych.

Wolnorynkowy ekonomista Thomas Sowell wściekał się, gdy słyszał o ekonomii skapywania. Twierdził bowiem, że nikt nie proponuje rozwiązań, które jakkolwiek by ją przypominały. W jednej ze swoich książek pisał: „Żaden rozpoznawalny ekonomista z jakiejkolwiek szkoły myśli ekonomicznej nie proponował takiej teorii. To sofizmat rozszerzenia”.

(...)

Martin Luther King powiedział kiedyś o Stanach Zjednoczonych, że w kraju tym panuje socjalizm dla bogatych i surowy indywidualizm dla ubogich. Ekonomia skapywania jest przykładem socjalizmu dla bogatych. Reformy w jej duchu przeprowadzali różni prezydenci – od Cartera poprzez Reagana aż po Trumpa. Think-tanki blisko związane z Partią Republikańską, takie jak American Enterprise Institute, wielokrotnie silnie lobbowały za obniżkami podatków dla najbogatszych, przekonując, że to najlepsza metoda na szybki rozwój amerykańskiej gospodarki. Wpływ niższych podatków dla najbogatszych na wzrost jest jednak słabo potwierdzony w badaniach empirycznych. Jeżeli obniżki podatków mają mieć sens, to wyłącznie tych od najniższych dochodów. W innym wypadku możemy mówić o populizmie dla bogatych.

Taki populizm reprezentował Donald Trump, który pośród pojedynczych antyrynkowych rozwiązań przemycał szereg reform, które sprzyjały najbogatszym.

Pandemia nasiliła procesy, które doprowadziły do silnej polaryzacji amerykańskiego społeczeństwa i dojścia do głosu populistów. Pod koniec ubiegłego roku Stowarzyszenie Americans for Tax Fairness opublikowało analizę opartą o dane podatkowe, z której wynika, że majątek miliarderów wzrósł w czasie pandemii o bilion dolarów (znacznie więcej niż wyniosły programy pomocowe dla amerykańskich gospodarstw domowych). O rosnących nierównościach w krajach wysoko rozwiniętych ekonomiści dyskutują już prawie dekadę, co najmniej od wydania przełomowej książki Thomasa Piketty’ego w 2013 roku. Jak przekonuje ekonomistka Stefanie Stantcheva: „Pandemia COVID-19 pogorszyła nierówności w wielu wymiarach, wliczając w to regiony, sektory gospodarki, płeć czy różne klasy społeczne”. W spolaryzowanym politycznie świecie poparcie dla Bidena jest jednym z najniższych w historii urzędu i wynosi około 55 proc. Gorzej wypadał tylko Trump, którego na początku prezydentury popierało około 45 proc. społeczeństwa.

Być może również dlatego Biden gra „va banque”. Bidenomika zrywa z modelem myślenia o gospodarce, którego zakładnikami byli kolejni prezydenci Stanów Zjednoczonych, ponieważ nie ma wyboru.

oko.press

Kamieniem, który uruchomił lawinę niekorzystnych zdarzeń w światowej logistyce, była pandemia COVID-19. To ów pierwszy czarny łabędź. W końcu stycznia 2020 r. na ponad tydzień stanęły fabryki w Chinach. W sposób planowy, w związku z tygodniową przerwą z okazji Chińskiego Nowego Roku (24 – 30 stycznia). Jednak gros zakładów nie została otwarta w lutym i nawet w marcu. Dzięki styczniowym podróżom kilkuset milionów Chińczyków tlący się od listopada 2019 r. lokalnie w Wuhan wirus SARS-CoV-2 przerodził się w pandemię.

Zamówione wcześniej towary napływały do Europy czy Ameryki niemal przez cały pierwszy kwartał 2020 r. W końcu marca na tych rynkach nałożyły się na siebie: brak nowych dostaw towarów (z Chin) i zmrożenie popytu, po wprowadzonych restrykcjach administracyjnych i zamknięciu gospodarek. I wtedy uruchomione przez rządy krajów rozwiniętych programy osłonowe  przyniosły nieoczekiwany skutek – kumulację popytu.

Zszokowani konsumenci, nie wiedząc, jak długo będą tkwić w domu, już od połowy 2020 r. zaczęli kupować towary „na zapas”, a importerzy – „na skład”. Także dlatego, że handel przeniósł się z realu (zamknięte duże sklepy) do internetu, a ten potrzebował nowych dostaw. Konsumenci z krajów zachodnich lokowali pieniądze w nowych telefonach, sprzęcie RTV, meblach, biżuterii i zegarkach, mniej lub bardziej potrzebnych gadżetach.

Nie trafiały one natomiast do kas zamkniętych okresowo kin, stadionów, tropikalnych kurortów, do których nie można było dolecieć samolotami, gdyż te zostały uziemione.

Jak wskazują dane za 2021 r., tylko w USA na wydatki konsumpcyjne wpompowano od lata 2020 do lata 2021 r. 4,5 biliona dolarów. Statystyki Departamentu Handlu USA z grudnia 2021 r. wskazują, że konsumpcja osobista w USA osiągnęła w październiku 2021 r. rekordowe poziomy, przy czym konsumpcja usług zbliża się do poziomów sprzed pandemii, a towarów nadal rośnie.

Ten gwałtowny, nie rozłożony na 12 miesięcy 2020 r. popyt na towary spowodował, że w transporcie towarów od sierpnia tamtego roku rozpętało się istne pandemonium. Zaczęło brakować podstawowych składowych w łańcuchu dostaw: slotów (miejsc na statkach dla kontenerów), wolnych mocy za- i wyładunkowych w wielu portach z terminalami kontenerowymi, pustych kontenerów w Azji (szczególnie w Chinach) do załadunku towarów, bo były dekowane w portach odbioru i służyły, z braku powierzchni magazynowych, jako tymczasowe składy.

(...)

Rok 2021 nasilał te tendencje. Przyfrunęły też szare łabędzie, nieoczekiwane, mniejszej skali wydarzenia. Pandemonium przerodziło się w containergeddon, jak poziom problemów stopniowali analitycy rynku.

W marcu wypadek kontenerowca Ever Given zablokował żeglugę Kanałem Sueskim na ponad tydzień, a przez ponad dwa miesiące skutki opóźnień odczuwała 1/5 globalnego transportu morskiego. Gdy opanowano tę sytuację kolejna fala COVID-19 spowodowała zamknięcie na trzy tygodnie trzeciego największego na świecie portu w Yantian (leży w jednej z dzielnic Shenzhen). Armatorzy omijali go, ale eksporterzy chińscy musieli przesuwać towary do innych portów, co spowodowało spiętrzenia w nich i wydłużyło czas transportu.

W lipcu tajfun In-Fa uderzył we wschodnie Chiny, ograniczając dostęp do głównych portów, takich jak Szanghaj i Ningbo. Na kotwicy stało wówczas wokół nich ponad 360 statków (w końcu listopada – już „tylko” o połowę mniej).

Łącznie jeszcze w połowie listopada 2021 r. problemy z rozładunkiem towarów na bieżąco przeżywało 77 proc. z portów kontenerowych na świecie (dane Sea-Intelligence). Czekało przed nimi codziennie po ok. 300 statków (ok. 5,5 proc. światowej floty).

Największe dramaty przeżywały porty Los Angeles i Long Beach. Zdjęcia satelitarne pokazywały, że od końca sierpnia na kotwicach zaczęło czekać lub dryfowało wzdłuż wybrzeża po 7 – 9 dni od 80 do 90 kontenerowców. Przez te porty na rynek amerykański trafia ok. 40 proc. importowanych towarów konsumpcyjnych. Nie mogły przeładować w terminie większej ilości towarów, a place składowe zapchane zostały kontenerami czekającymi na odbiór, bo niewydolny w ich odbiorze okazał się transport samochodowy i przestarzała sieć kolejowa.

obserwatorfinansowy.pl

W branży na rodzimej ziemi królowały wtedy Polskie Odczynniki Chemiczne - państwowy moloch w stanie rozkładu. A substancje chemiczne były na wagę złota. Potrzebowały ich fabryki, szpitale, uczelnie. Gdy rozeszła się wieść, że do Polski wkroczył niemiecki potentat, w biurze Karola rozdzwoniły się telefony.

- Szef mówi: zrobimy objazd. Pojedziemy do Gliwic, Krakowa, Lublina. Atlas drogowy wziął, policzył kilometry, wyszło mu, że zdążymy. Tłumaczę: - Herr Martin, tak się nie da, w jeden dzień nie ma szans. Zbeształ mnie: Herr Karol, ja nie będę jechał 40 na godzinę. Spokorniał, jak do Lublina wjechaliśmy o trzeciej nad ranem - opowiada Karol.

Herr Martin zderzenie z polskimi "najntisami" przeżył jeszcze nie raz. - Szukałem miejsca na magazyn chemiczny - wspomina Karol. - Tam, gdzie jest dziś warszawski Mordor, były resztki Instytutu Elektroniki. Jedziemy, wchodzimy do środka, i widzimy: wielka sala, jedno biurko, za stołem facet w puchowej kurtce, gazetę czyta, przepija herbatą ze słoika. Czysty Bareja. Musiałem z pięć razy powtarzać szefowi, że tak, ten facet ma wszystkie umocowania.

(...)

Karol pamięta do dziś, jak jego firma dostała zlecenie z orbisowskiego hotelu na Ścianie Wschodniej. Mieli dostarczyć technologię do tunelu pralniczego. Karol pojechał, opowiada o rozwiązaniach, pobiera próbki wody, już ma się żegnać, gdy dyrektor mówi: - Rozumiem, że cenę podnosimy o dziesięć procent i te dziesięć procent zostaje dla mnie?

Karol na to: - Wie pan, my pana zaprosimy na targi w Niemczech i tam pan sobie porozmawia z naszymi szefami.

- Pańska konkurencja mówiła, że mi to podpiszą od ręki.

- Ale ja mam lepszą aparaturę. Do widzenia - zakończył Karol. Takich propozycji miał na pęczki. Gimnastykować trzeba się było na przykład na granicy. - A zegara na ścianę pan nie ma, bo kuchnię odnawiam? - pytał celnik, otwartym tekstem sugerując, co mogłoby przyspieszyć odprawę firmowych odczynników.

(...)

Karol pamięta: to nie stres był najgorszy, ale godziny tłuczenia się w samochodzie, przejechane kilometry, no i bankiety, na których trzeba być. A wypić tam lubili wszyscy. Konferencje, ogniska i inne eventy - to był stały zestaw "zacieśniania relacji" z klientem. Na takim ognisku wiele rzeczy dało się załatwić. "Rep" mógł się dowiedzieć, że dyrektor fabryki rusza z dużym projektem i będzie potrzebował dostaw. A pan profesor uruchomił nowe laboratorium. - Wszyscy mówili: wy to macie fajnie, w kółko imprezy. A ja miałem cztery popijawy w tygodniu. Oszukiwałem, że dzisiaj tylko wino, albo lałem wodę do kieliszka. Jedyna grupa, której się nie dało oszukać, to weterynarze. Wszystkie spotkania z nimi to murowane popijawy - wspomina Karol.

Zapamiętał dobrze imprezę w mieście O.: - Panowie wzięli się za upijanie mnie. Krzyknąłem, że przyjechałem samochodem i chcę wrócić do hotelu. Na co oni: nie ma problemu, tu jest komendant policji. Ej, Józek, powiedz mu - zawołali. I wstaje facet, zatacza się, mówi: No, naprawdę jestem komendantem. Pij, chłopie, a w razie czego mówisz, że ode mnie z imprezy jedziesz.

gazeta.pl

sobota, 25 czerwca 2022


20 czerwca w kwaterze głównej NATO odbyło się spotkanie przedstawicieli Szwecji, Finlandii i Turcji, podczas którego dyskutowano na temat tureckich obiekcji dotyczących członkostwa dwu pierwszych ww. państw w Sojuszu. Rozpoczęcie takich rozmów zapowiedział na początku czerwca sekretarz generalny NATO Jens Stoltenberg, jednak ze względu na niechętne stanowisko Ankary dopiero teraz doszły one do skutku. Chcąc doprowadzić do przełomu przed szczytem NATO w Madrycie (29–30 czerwca), Stoltenberg przyjął rolę mediatora i publicznie podkreślał zasadność tureckich zastrzeżeń. W połowie czerwca odwiedził Szwecję i Finlandię i rozmawiał telefonicznie z prezydentem Recepem Tayyipem Erdoğanem. Rozmowy nie przyniosły rozwiązania spornych kwestii, ale zapowiedziano ich kontynuowanie.

W połowie maja, kilka dni przed złożeniem przez Szwecję i Finlandię wniosków o przyjęcie do NATO, Ankara wystąpiła z daleko idącymi postulatami wobec obu tych państw i zablokowała rozpoczęcie negocjacji akcesyjnych. Tureckie żądania dotyczą m.in.: ekstradycji łącznie 33 osób, ukrócenia wszelkich relacji między rządami Szwecji i Finlandii a organizacjami powiązanymi z Partią Pracujących Kurdystanu (PKK) i ruchem Fethullaha Gülena (uznawanymi przez Ankarę za ugrupowania terrorystyczne), uniemożliwienia działania na swoim terytorium organizacjom prokurdyjskim bądź antytureckim, zaprzestania emitowania przez państwowych nadawców wywiadów i nagrań o charakterze prokurdyjskim lub antytureckim oraz zniesienia embarga na dostawy uzbrojenia i sprzętu wojskowego do Turcji.

Komentarz

Obiekcje Ankary dotyczą przede wszystkim Szwecji. Kraj ten ma największą kurdyjską diasporę w państwach skandynawskich (liczącą prawdopodobnie ponad 100 tys. osób, które przesiedliły się głównie z Turcji). Wywodzi się z niej spora liczba aktywistów, artystów oraz kilkunastu posłów do Riksdagu. Turcja domaga się ekstradycji niektórych kurdyjskich działaczy, a także postaci powiązanych z ruchem Gülena, obwinianego za próbę przeprowadzenia nieudanego puczu w 2016 r. Ze względów wewnątrzpolitycznych Szwecji trudno będzie się ugiąć w tej kwestii. Zaczęła ona jednak zmieniać retorykę, wskazując na uwzględnienie tureckich interesów bezpieczeństwa w swojej polityce, znowelizowała prawo antyterrorystyczne oraz zapowiedziała, że nie będzie blokować umożliwienia sprzedaży broni do Turcji po akcesji do NATO (Szwecja nie wprowadziła formalnego embarga, ale od 2019 r. nie wydaje pozwoleń). Zarzuty Ankary wobec Sztokholmu dotyczą też wsparcia udzielanego przez rządzących Socjaldemokratów syryjskim Kurdom – politycznej organizacji PYD i bojówkom YPG/YPJ. Organizacje te, choć wspierane przez USA w walce z Państwem Islamskim, powiązane są z PKK i traktowane przez Turcję jako ugrupowania terrorystyczne (Ankara od 2016 r. prowadzi przeciw nim operacje wojskowe w północnej Syrii). W listopadzie 2021 r. Socjaldemokraci, którzy potrzebowali jednego głosu do powołania rządu Magdaleny Andersson, podpisali porozumienie z posłanką pochodzenia kurdyjskiego, w którym obiecali wsparcie wymienionych ugrupowań w Syrii. W konsekwencji m.in. minister spraw zagranicznych Szwecji spotykała się z przedstawicielami obu organizacji, choć rząd zaprzecza jakoby państwo szwedzkie finansowało lub dozbrajało te ugrupowania. Mimo obiekcji Ankary obowiązywanie porozumienia potwierdzono w pierwszym tygodniu czerwca w związku z głosowaniem nad wotum zaufania dla ministra sprawiedliwości (premier Andersson groziła wówczas ewentualną dymisją rządu). Rząd wygrał je, ale zarazem przekreślił szanse na szybki kompromis z Turcją.

Tureckie zastrzeżenia i żądania w mniejszym stopniu dotykają Finlandii. Wynika to z faktu, że kurdyjska diaspora w tym państwie jest o wiele mniejsza (na koniec 2021 r. liczyła 15 850 osób), wywodzi się głównie z Iraku, a mieszkańcy pochodzenia kurdyjskiego nie są tak aktywni politycznie jak w Szwecji. Ankara ma domagać się ekstradycji łącznie 12 osób, z których połowa ma mieć powiązania z PKK, a reszta z ruchem Gülena. Od 2019 r. do początku czerwca 2022 r. wpłynęło z Turcji 10 wniosków o ekstradycję, nie ujawniono jednak listy nazwisk. Rozpatrzono już siedem, a dwie osoby przekazano tureckim służbom. W ostatnich latach Helsinki przyjęły szereg aktów prawnych mających na celu walkę z terroryzmem, a obecne przepisy w tym zakresie nie odbiegają od regulacji innych państw UE. Sprawą możliwą do rozwiązania wydaje się również kwestia blokowania eksportu fińskiej broni do Turcji (Helsinki nie nałożyły wprawdzie oficjalnego embarga, ale też nie wydawały pozwoleń). Trudny do przyjęcia dla tamtejszych władz byłby postulat wpływania na nadawców publicznych. Niemniej dla Finlandii, której członkostwo w NATO zaczęło być postrzegane jako fundamentalny krok dla zapewnienia bezpieczeństwa kraju, spełnienie tureckich żądań nie stanowi takiego wyzwania jak dla Szwecji. Prezydent Sauli Niinistö zdementował jednak pogłoski o jednostronnym porozumieniu z Turcją i podjęciu rozmów z NATO niezależnie od Sztokholmu. Przedstawiciele władz przygotowują społeczeństwo na możliwość zamrożenia procesu akcesyjnego, wskazując przy tym, że zostali oszukani przez prezydenta Erdoğana, który jeszcze w marcu miał zapewniać o braku obiekcji wobec ewentualnego przystąpienia Finlandii do Sojuszu.

Mimo zaangażowania sekretarza generalnego NATO trudno będzie wypracować kompromis do końca czerwca, przed szczytem w Madrycie. USA najwyraźniej nie chcą się włączyć w rozwiązanie sporu i preferują negocjacje między Sztokholmem i Helsinkami a Ankarą w ramach NATO. Socjaldemokratyczny rząd Szwecji ze względu na zaplanowane na wrzesień wybory parlamentarne nie będzie skłonny do ustępstw, obejmujących np. wypowiedzenie politycznego porozumienia z kurdyjską posłanką. Szwedzko-tureckie spory w kwestiach kurdyjskich będą mogły być złagodzone dopiero po wyłonieniu nowego rządu. Otwarte pozostaje też pytanie, czy podnoszone przez Turcję zastrzeżenia wobec polityki Sztokholmu i Helsinek są głównymi punktami, którymi kieruje się Ankara, hamując proces akcesji obu państw do NATO. Planowane rozszerzenie Sojuszu Turcja może traktować jako okazję do wzmocnienia swojej pozycji w nim, rozwiązania problemów w relacjach z niektórymi jego członkami (dotyczących wspierania lub tolerowania organizacji kurdyjskich czy ruchu Gülena w innych państwach NATO, zniesienia embarga na dostawy broni – przede wszystkim przez USA), uregulowania sporów z Grecją (demilitaryzacja wysp na Morzu Egejskim) czy uzyskania przyzwolenia Zachodu na kolejną ofensywę w północnej Syrii i stworzenie strefy buforowej wzdłuż granicy z nią. Napięcia w stosunkach ze Szwecją i Finlandią są elementem rozgrywki wewnątrzpolitycznej przed wyborami prezydenckimi i parlamentarnymi w Turcji w 2023 r. Proces akcesji obu państw do Sojuszu może w związku z tym wydłużyć się nawet o rok.

osw.waw.pl

piątek, 24 czerwca 2022


Nocą siły ukraińskie rozpoczęły wycofywanie się z Siewierodoniecka i przeprawiły się pod rosyjskim ostrzałem przez rzekę Doniec do Lisiczańska (łączące oba miasta mosty są zniszczone, a na pozostałych kierunkach nie ma możliwości odwrotu). Według szefa administracji wojskowo-cywilnej obwodu ługańskiego Serhija Hajdaja żołnierze otrzymali rozkaz opuszczenia ostatnich pozycji w rejonie przemysłowym (zakłady Azot). Obrońcy odpierają ataki na Boriwśke na południe od Siewierodoniecka oraz na południowych obrzeżach Lisiczańska (w okolicy zajętej przez Rosjan m. Myrna Dołyna). Są jednak oni stamtąd wypierani na południowy zachód od miasta (przy granicy z obwodem donieckim nieprzyjaciel zajął bronioną wiele dni miejscowość Mykołajiwka). Rosjanie mieli także wkroczyć do okrążonych Hirśkego i Zołotego. Obrońcy powstrzymali próby natarcia na południowo-wschodnich obrzeżach Bachmutu (w pobliżu m. Kłynowe), a także na północ od Słowiańska (w rejonie Bohorodyczne–Dołyna) oraz na Marjinkę na zachód od Doniecka. Niepowodzeniem miała się zakończyć rosyjska dywersja na tyły wojsk ukraińskich w północno-zachodniej części obwodu chersońskiego.

Rosyjskie uderzenia artyleryjskie i lotnicze obejmują pozycje i zaplecze ukraińskie wzdłuż całej linii styczności. Poza Donbasem atakowane były m.in. Charków i miejscowości na południe i wschód od niego, trzy rejony na południe od Krzywego Rogu, miejscowości na obrzeżach Zaporoża, a także na pograniczu obwodów mikołajowskiego i chersońskiego. Kontynuowany jest ostrzał przygranicznych obszarów obwodów czernihowskiego i sumskiego. W obwodzie charkowskim, pomiędzy Mikołajowem i Chersoniem, oraz w Donbasie działania rosyjskie spotykają się z kontrakcją ukraińskiej artylerii i lotnictwa.

Waszyngton ogłosił, że w dodatkowym pakiecie wsparcia wojskowego (wartym 450 mln dolarów) znajdą się kolejne wieloprowadnicowe wyrzutnie pocisków rakietowych HIMARS, kilkadziesiąt tysięcy sztuk amunicji, a także patrolowce przybrzeżne. O dotarciu na Ukrainę pierwszej partii wyrzutni HIMARS poinformował minister obrony Ołeksij Reznikow. Przeszkolonych do ich obsługi zostało 60 ukraińskich żołnierzy. Ambasador Ukrainy w Berlinie Andrij Melnyk podał, że w ramach kontraktu z Diehl Defence (o wartości 178 mln euro na koszt Niemiec) armia ukraińska otrzyma systemy przeciwlotnicze IRIS-T (najprawdopodobniej 10 sztuk).

Wiceminister obrony Hanna Malar przedstawiła informację o systemie zachodniej kontroli nad procesem dostaw i wykorzystania przez Ukrainę przekazywanego jej uzbrojenia i sprzętu wojskowego. Kijów musi się pod tym względem dostosować do wymogów Stanów Zjednoczonych i Unii Europejskiej, a nie spełnienie zobowiązań grozi wstrzymaniem dostaw. Ukraińska wiceminister zaapelowała o niepublikowanie informacji podważających wizerunek Ukrainy jako wiarygodnego partnera konsumenta broni, określiła je jako rosyjski sabotaż.

Według ministra obrony Wielkiej Brytanii Bena Wallace’a, Zachód nie dysponuje dostateczną ilością amunicji dla wsparcia armii ukraińskiej w warunkach długotrwałej wojny. Ukraina miała dotychczas otrzymać blisko 300 tys. sztuk amunicji artyleryjskiej, które przy intensywności ognia porównywalnej z rosyjską (z uwzględnieniem dysproporcji w ilości artylerii) wystarczą na 40 dni. Jej uzupełnienie po tym terminie nie będzie możliwe z racji wyczerpania przez sojuszników dotychczasowych zapasów. Władze brytyjskie miały rozpocząć rozmowy z przemysłem nt. zwiększenia tempa produkcji amunicji.

Sztab Generalny Ukrainy poinformował, że Białoruś planuje przekazanie armii rosyjskiej rezerwy sprzętu wojskowego. W białoruskich bazach przechowywania rezerw prowadzone są prace przywracające zakonserwowany sprzęt do użytku bojowego. W ocenie ukraińskich wojskowych białoruski sprzęt wojskowy zasili rosyjskie jednostki walczące na wschodzie i południu Ukrainy. Zwrócono też uwagę na budowę infrastruktury wojskowej na lotnisku Ziabrauka w obwodzie homelskim, które prawdopodobnie będzie wykorzystane przez rosyjskie siły powietrzne. Obecnie istnieje groźba wznowienia wykorzystania terytorium i przestrzeni powietrznej Białorusi do ataków rakietowych oraz przerzutu grup dywersyjnych i rozpoznawczych na terytorium Ukrainy, przede wszystkim w celu dokonania sabotażu na szlakach wsparcia logistycznego. Po raz kolejny podkreślono, że Białoruś nie ma wystarczających sił i środków do samodzielnej ofensywy na dużą skalę.

Władze ukraińskie informują o stałej aktywności agentury rosyjskiej pracującej na rzecz rosyjskiego rozpoznania wojskowego. W Kijowie zatrzymano dwóch obywateli Ukrainy przekazujących dane geolokalizacyjne obiektów infrastruktury kolejowej i punktów kontrolnych na drogach prowadzących do miasta. Na początku czerwca szef kijowskiej obwodowej administracji wojskowej Ołeksij Kułeba zdecydował o intensyfikacji kontroli przestrzegania godziny policyjnej ze względu na dużą aktywność wrogich grup dywersyjnych.

Państwowy Komitet Graniczny Ukrainy ujawnił, że od początku agresji ok. 5 tys. mężczyzn podjęło próbę nielegalnego opuszczenia kraju. W miejscach, gdzie nie ma punktów kontrolnych, straż graniczna zatrzymała ich 3,5 tys., a ponad 1 tys. próbowało przekroczyć granicę, posługując się sfałszowanymi dokumentami. Proceder przemytu mężczyzn trwa i stał się nową formą przestępczości.

Według informacji pozyskanych przez Siły Operacji Specjalnych Ukrainy Rosjanie planują zorganizować 11 września tzw. referenda w sprawie dalszej przyszłości okupowanych obwodów chersońskiego i zaporoskiego. Plany okupantów nadal napotykają na opór ludności. Niedobór kadr próbuje się rozwiązać przez rotacyjne, trwające miesiąc delegacje urzędników z Rosji. Stałym zagrożeniem dla władz okupacyjnych jest aktywność ukraińskich grup dywersyjnych. Szef wywiadu wojskowego Ukrainy przyznał, że w obwodzie chersońskim działa rozbudowana siatka partyzantów. Władze kolaboranckie przyznały, że w ostatnich dniach dokonano zamachów na osoby współpracujące z Rosjanami. W Czornobajiwce wysadzono w powietrze samochód kolaboranckiego szefa administracji Jurija Turulowa, który w wyniku zamachu został lekko ranny, ostrzelano samochód współpracującego z Rosjanami deputowanego Ołeksija Kowalowa, a w Chersoniu zginał działacz organizacji „Nowa Rosja”. Na terenach okupowanych rozrzucane są ulotki ostrzegające kolaborantów, że mogą stać się obiektem ataku ze strony „ukraińskich partyzantów”.

Rada Europejska na szczycie UE w Brukseli potępiła działania Rosji blokującej ukraińskie porty na Morzu Czarnym i uniemożliwiającej przez to eksport zboża z Ukrainy. Państwa unijne obarczyły Moskwę jednostronną winą za sprowokowanie kryzysu żywnościowego na świecie oraz wezwały Rosję do natychmiastowego zaprzestania ataków na obiekty rolnicze i umożliwienia odwozu zboża z ukraińskich portów, zwłaszcza z Odessy. Unia Europejska poparła także zaangażowanie sekretarza ONZ w rozwiązanie kryzysu.

Komentarz

Wypowiedź brytyjskiego ministra obrony stanowi pierwsze oficjalne przyznanie przez jednego z głównych donorów Ukrainy nieprzygotowania Zachodu do długotrwałej wojny. Wcześniej o wyczerpywaniu zapasów amunicji i przenośnych zestawów rakietowych, a także pozostającego w dyspozycji państw NATO posowieckiego uzbrojenia i sprzętu wojskowego, donosiły amerykańskie media. Przedstawiona przez Wallace’a sytuacja stanowi konsekwencję powszechnych na Zachodzie wieloletnich redukcji potencjału militarnego i przekształcania sił zbrojnych w kierunku struktur mających brać udział przede wszystkim w operacjach wielonarodowych, w których przeciwnikiem miały być głównie nieregularne formacje zbrojne. Decyzje o redukcji potencjału podejmowano jeszcze w miesiącach bezpośrednio poprzedzających rosyjskie uderzenie na Ukrainę (m.in. Wielka Brytania zaplanowała kolejne zmniejszenie liczebności wojsk lądowych), a sojusznicza reakcja na rosnącą agresywność Rosji miała charakter symboliczny (wielonarodowe batalionowe grupy bojowe na wschodniej flance NATO).

W zaistniałej sytuacji dbałość Zachodu o los przekazywanego Ukrainie uzbrojenia i nakładane na Kijów ograniczenia w zakresie jego wykorzystania podyktowane są nie tylko obawami o eskalację konfliktu, lecz także świadomością ograniczoności posiadanych zasobów. W sytuacji przedłużania wojny Zachód staje przed wyborem zwiększenia presji na Ukrainę celem wymuszenia ustępstw wobec Rosji w nadziei zakończenia wojny na drodze dyplomatycznej lub szybkiej intensyfikacji produkcji zbrojeniowej, by w dalszym ciągu móc wspierać ukraińskie działania militarne. Dotychczasowe dostawy z Zachodu pozwalają jedynie na uzupełnienie przez armię ukraińską części ponoszonych strat i nie dają szans na powstrzymanie agresji, a tym bardziej wyparcie przeciwnika.

Wzrasta znaczenie skuteczności działań kontrwywiadowczych ukraińskich służb specjalnych. Przedłużający się konflikt zbrojny zintensyfikował aktywność rosyjskiej agentury w głębi kraju, której działania wspierają zdolności rozpoznawcze armii rosyjskiej. Szczególnie niebezpieczną formą ich aktywności jest przekazywanie precyzyjnych danych geolokalizacyjnych pozwalających na wykonanie precyzyjnego uderzenia rakietowego. Zagrożenie działalnością agenturalną jest nadal wysokie, rosyjskie służby specjalne nadal pozyskują nowych współpracowników, m.in. wśród osób, które przemieściły się ze wschodnich do centralnych i zachodnich regionów Ukrainy. Armia rosyjska, przywiązująca dużą wagę do rozpoznania sił ukraińskich, magazynów sprzętu wojskowego i infrastruktury kolejowej, będzie kontynuować ataki rakietowe, licząc na sparaliżowanie transportu uzbrojenia i jednostek armii ukraińskiej na front.

osw.waw.pl

Szczyt działań wojennych w Donbasie nie zapobiegł radykalnej odnowie przywództwa separatystycznych republik. W obu przypadkach doszło do zmiany osób na kluczowych stanowiskach w rządzie, a w tzw. Donieckiej Republice Ludowej (DRL) także do wymiany premiera. Główną cechą wyróżniającą nową falę nominacji jest otwarta obecność rosyjskich menedżerów, którzy wcześniej pozostawali w cieniu.

Takie decyzje personalne dobrze wpisują się w ogólny zarys "operacji specjalnej" Putina — maski zostały zrzucone, nie ma potrzeby dłużej udawać. Samozwańcze republiki Donbasu nie muszą już naśladować niepodległych państw — a ostatnie nominacje zdają się wskazywać, że Donbas jest skazany na stanie się kolejnym rosyjskim regionem.

Kreml nie spieszy się jednak z ostatecznym rozbiciem DRL i ŁRP (czyli tzw. Ługańskiej Republiki Ludowej) , nie będąc w pełni przekonanym o sukcesie wojny z Ukrainą.

Wojna, która rozpoczęła się pod hasłem obrony Donbasu przed rzekomo nieuchronną ukraińską agresją, dramatycznie zmieniła status "republik ludowych". Porozumienia mińskie, które już wtedy miały nikłe szanse na realizację, przestały istnieć wraz z pierwszymi uderzeniami rakietowymi rosyjskich sił zbrojnych, co oznacza, że imitacja państwowości "republik ludowych" straciła sens.

Wcześniej miały one zostać włączone do Ukrainy jako koń trojański, blokując w ten sposób zbliżenie Kijowa z Zachodem i siejąc wirus wiecznych konfliktów społecznych w kraju. Teraz nie ma potrzeby reintegracji Donbasu (a niektórzy w rosyjskich elitach są nadal optymistycznie przekonani, że wkrótce w ogóle Ukrainy nie będzie).

Na tym tle otwarta legalizacja rosyjskich urzędników jako ministrów w DRL i ŁRL nie jest zaskakująca. Zwłaszcza że pierwsze kroki w tym kierunku zostały poczynione jeszcze przed wojną. W latach 2020-2021 funkcję wicepremiera DRL pełnił Władimir Paszkow, były wicegubernator obwodu irkuckiego.

Pośpiech, z jakim Moskwa, w samym środku działań wojennych, zmieniła skład rządów separatystów, można wyjaśnić dwoma czynnikami. Pierwszym, zewnętrznym, jest zmiana politycznego kuratora Donbasu na Kremlu. Pompatyczna wizyta w regionie pierwszego zastępcy szefa administracji prezydenta Federacji Rosyjskiej Siergieja Kirijenki nie pozostawiła wątpliwości, że to właśnie jemu powierzono misję zastąpienia Dmitrija Kozaka, który popadł w niełaskę po porażce porozumień mińskich. Nowy premier Republiki Donieckiej, Witalij Choczenko, jest absolwentem szkoły gubernatorów i finalistą konkursu Liderzy Rosji, któremu patronuje Kirijenko.

Drugi powód jest wewnętrzny: ostateczne odsunięcie od władzy w republikach protegowanych zbiegłego ukraińskiego oligarchy Serhija Kurczenki (on sam od początku zniknął i został objęty sankcjami UE). Proces ten rozpoczął się w zeszłym roku, kiedy nowym właścicielem przemysłu w Donbasie został rosyjski inwestor Jewgienij Jurczenko, który miał stworzyć w Donbasie wizytówkę "rosyjskiego świata".

Po Choczence na stanowiskach kierowniczych w republikach pojawili się inni przedstawiciele rosyjskiej biurokracji. Były urzędnik rosyjskiego Ministerstwa Budownictwa Jewgienij Sołncew został wicepremierem DRL, a Aleksander Kostomarow, były wicegubernator obwodów uljanowskiego i lipieckiego, został zastępcą szefa administracji tzw. prezydenta DRL. W ŁRL były wicegubernator obwodu kurgańskiego Władisław Kuzniecow znalazł się na fotelu pierwszego wicepremiera. I nie są to oczywiście ostatnie nominacje.

W czasach przedwojennych można było nawet założyć, że takie przetasowania personalne doprowadzą do pewnej normalizacji życia w Donbasie, na tyle, na ile jest to możliwe w warunkach wieloletniej okupacji wojskowej i dyktatury. Przy wszystkich swoich wadach były rosyjski wicegubernator czy wiceminister byłby bowiem lepszy od lokalnych watażków, którzy przejęli władzę — zarówno pod względem kompetencji, jak i złagodzenia obyczajów. Ale wraz z wybuchem wojny cała kremlowska hierarchia władzy zaczęła szybko mutować w militarystyczną i wkrótce ta różnica może stać się nieistotna.

W obniżeniu statusu lokalnych elit i zastąpieniu ich bezpośrednimi rosyjskimi nominatami kryje się czysto ekonomiczna kalkulacja. Wkrótce do Donbasu zaczną napływać pieniądze budżetowe na odbudowę i odnowę, a Moskwa nie wierzy w miejscowych urzędników. Moskwie oczywiście chodzi o to, że jeśli przyznane fundusze zostaną nieuchronnie roztrwonione, to powinny przynajmniej trafić do właściwych kieszeni. Wyhodowanie nowego Kurczenki, który potem stanie się bólem głowy Kremla, nie jest już rosyjskim planem. Jak zauważył rzecznik Kremla po rewolucji kadrowej: — Kreml szanuje nominacje w rządzie DRL.

Na tle zmiany rządu interesujący jest los najjaśniejszego polityka Donbasu — prezydenta DRL Denisa Puszylina. W ciągu ostatnich lat wykazał się on niezwykłą wolą politycznego przetrwania i jest niemal jedynym z pierwszego szeregu przywódców "rosyjskiej wiosny", który wciąż jest u steru.

Puszylinowi udało się przetrwać burzliwe początki "republik ludowych", przejąć władzę po śmierci poprzedniego przywódcy DRL Aleksandra Zacharczenki (choć początkowo Puszylin nie był traktowany poważnie) i zasiąść na urzędzie pod rządami trzech kremlowskich manipulatorów Donbasu — Surkowa, Kozaka, a teraz Kirijenki.

W Doniecku, gdzie Puszylin ma wielu wrogów, krążą plotki, że zostanie poproszony o odejście w następnej kolejności, ale jak na razie bardziej realistyczna wydaje się opcja, że zachowa stanowisko, przynajmniej tak długo, jak długo DRL będzie istnieć w obecnej formie. W końcu, otoczony rosyjskimi urzędnikami na stanowiskach ministerialnych i doradczych, i tak będzie pod całkowitą kontrolą Kremla.

Nawet w przypadku pełnej integracji Donbasu z Rosją Puszylin ma duże szanse na utrzymanie władzy już jako głowa podmiotu Federacji Rosyjskiej. Można tu przywołać przykład niezatapialnego przywódcy Krymu, Siergieja Aksionowa, który pozostaje na stanowisku od 2014 r., choć status krymskiej nomenklatury w rosyjskiej hierarchii jest znacznie wyższy niż Donbasu.

W każdym razie przyszłość Donbasu i jego elity rządzącej nie jest jeszcze przesądzona, a plany Kremla w tej sprawie nie są ostatecznie ukształtowane. Oczywiście, wiele będzie zależało od przebiegu wojny. Kijów kategorycznie odmawia jakichkolwiek ustępstw terytorialnych, ale prawdopodobieństwo, że Ukraina będzie w stanie w pełni odzyskać Donbas, jest bardzo małe.

Niemniej jednak Kreml najwyraźniej nadal nie jest zdecydowany, co zrobić z tymi terytoriami. Z jednej strony quasi-państwowość DRL i ŁRL staje się coraz bardziej formalna i są one coraz mocniej osadzone w wewnętrznych strukturach Rosji. Z drugiej strony, nie ma pośpiechu, by je zlikwidować, a wręcz przeciwnie, próbuje się dodać im międzynarodowej legitymizacji. Republiki te mają ambasady w Moskwie, w Syrii podnoszona jest kwestia ich uznania, a procesy, które republiki prowadzą wobec zagranicznych więźniów, mają oczywiście na celu zachęcenie krajów zachodnich do bezpośrednich kontaktów z DRL i ŁRL.

Idealnym scenariuszem dla Kremla byłaby ostateczna aneksja Donbasu, wraz z przejętymi terytoriami na południu Ukrainy, w formie kolejnego referendum. Moskwa mogłaby wtedy spróbować narzucić tę aneksję jako warunek pokoju zniszczonemu wojną Kijowowi. Jednak niepewna pozycja Rosji w obwodach chersońskim i zaporoskim do tej pory nie pozwoliła na realizację tego pomysłu. Ludność i tamtejsze elity są wrogo nastawione do okupanta, a lokalni kolaboranci są regularnie mordowani. Ukraina nie traci też nadziei, że zwiększone dostawy zachodniej broni pozwolą jej na przeprowadzenie skutecznej kontrofensywy.

Pomimo wielu brawurowych deklaracji o rychłym przyłączeniu do Rosji Moskwa nie spieszy się z organizacją referendów w stylu krymskim na okupowanych terytoriach, powołując się na względy bezpieczeństwa. Oprócz chwiejnej kontroli rolę odgrywają tu także jastrzębie plany Kremla dotyczące całej Ukrainy — aneksja poszczególnych terytoriów oznaczałaby przynajmniej tymczasowe porzucenie myśli o kontrolowaniu reszty. A to jest psychologicznie niemożliwe dla Putina, który na razie postawił na wojnę.

Dlatego też, jeśli wydarzenia przybiorą niekorzystny dla sił rosyjskich obrót, Kreml może przypomnieć sobie o idei Noworosji — buforowej konfederacji oddzielającej Federację Rosyjską od wrogiej Ukrainy, która na zawsze stała się już wroga. I tu model ŁRL-DRL mógłby stać się modelem bazowym, bo do tego właśnie został stworzony w 2014 r.

onet.pl/The Moscow Times

Po ponad trzech miesiącach agresji Rosji przeciw Ukrainie działania wojskowe koncentrują się w regionie Donbasu, a intensywność walk i straty obu stron rosną. Kalkulacje Rosji i Ukrainy, a także ich potencjały wojskowe sugerują kontynuację walk co najmniej do nastania zimy. Dlatego też rozstrzygnięcia na froncie w ciągu następnych 3–6 miesięcy będą miały kluczowe znaczenie z perspektywy politycznego rozwiązania konfliktu. Rosja nawet bez oficjalnej mobilizacji rezerw dysponuje ogromną przewagą nad Ukrainą w zakresie takich zdolności jak czołgi, bojowe wozy piechoty, ciężka artyleria, pociski kierowane, lotnictwo i marynarka wojenna. Rosja może zakładać powiększenie swojej przewagi wraz z eliminacją rezerw amunicji i zaplecza remontowego Ukrainy oraz potencjalnie słabnącą wolą polityczną Zachodu świadczenia Ukrainie pomocy materialnej w postaci uzbrojenia i amunicji.

Zmiany zakresu pomocy wojskowej udzielanej Ukrainie odzwierciedlają zwroty w charakterze wojny, trafności ocen i definicji interesów państw wspierających Ukrainę. W fazie przygotowań przed rosyjską agresją (grudzień 2021 r. – luty br.) pomoc ok. 20 państw polegała na dozbrojeniu Ukrainy bronią strzelecką, zestawami kierowanych pocisków przeciwpancernych i przeciwlotniczych. Dominującym założeniem Zachodu było zajęcie przez Rosję Kijowa. Przekazana broń miała być użyteczna tak w obronie, jak i w ruchu oporu przeciwko okupantowi. W tym okresie 33 kraje przekazały też Ukrainie wiele zestawów pierwszej pomocy medycznej i indywidualnej ochrony, które miały redukować straty obrońców. Następnie (marzec br.) pomoc objęła dostawy amunicji, ręcznych i mobilnych zestawów przeciwlotniczych oraz pocisków powietrze–powietrze typu radzieckiego, kompatybilnych z uzbrojeniem Ukrainy. Równolegle uruchomiono też dostawy radzieckich typów czołgów, wozów bojowych i artylerii z Czech, Polski i Słowacji.

Pomoc wojskowa dla Ukrainy miała głównie charakter bilateralny, bez zaawansowanej koordynacji lub planowania. Jeszcze przed wojną Niemcy zablokowały transfery haubic D-30 z Estonii oraz wykorzystanie Agencji Wsparcia i Zakupów NATO (NSPA). Propozycja uzupełnienia zdolności Bułgarii, Polski i Słowacji w przypadku transferu ich samolotów MiG-29 na Ukrainę również nie znalazła poparcia USA i NATO. Przedłużająca się wojna obronna i ciągle rosnące potrzeby Ukrainy doprowadziły w kwietniu br. do uruchomienia przez USA Grupy Kontaktowej ds. Obrony Ukrainy (UDCG). Pracuje w niej ok. stu oficerów łącznikowych z zainteresowanych państw i z Ukrainy, ulokowanych w bazie USA w Ramstein. W UDCG działają obecnie trzy komórki robocze – ds. wymiany informacji wywiadowczych, bieżących oraz długoterminowych potrzeb Ukrainy. Grupa spotyka się też co miesiąc na szczeblu ministerialnym (trzecie takie spotkanie odbyło się w Brukseli 15 czerwca). UDCG obejmuje obecnie 50 państw (początkowo – 43). Biorąc pod uwagę politykę Niemiec i Francji nie należy jednak oczekiwać, aby grupę włączono w struktury NATO. Ścisła i formalna współpraca między Sojuszem a UDCG wpisałaby się zresztą w rosyjską propagandę ,,wojny zastępczej” NATO z Rosją. Kluczową rolę w tej grupie pełni tandem USA – Wielka Brytania, istotne są wkłady państw Europy Środkowej zainteresowanych co najmniej powrotem do status quo sprzed 24 lutego br.

Naloty Rosji niszczą zaplecze przemysłowo-obronne i remontowe Ukrainy, co uniemożliwia jej uzupełnianie strat nowym lub wyremontowanym uzbrojeniem. Kwestie polityczne i bezpieczeństwa stanowią dla zachodnich partnerów Ukrainy ograniczenie w zakresie transferów najnowszego sprzętu wojskowego. Nawet systemy NATO starszych generacji wymagają wielu tygodni lub miesięcy szkoleń, a budowa zaplecza logistycznego dla nich trwa jeszcze dłużej. Dlatego najprostszą opcją pomocy Ukrainie są uzbrojenie, amunicja i części o standardach radzieckich z Europy Środkowej, choć te także mogą ulec wyczerpaniu.

Najistotniejsze jest pilne uzupełnienie luk w zdolnościach Ukrainy w zakresie ciężkiej artylerii i sprzętu zmechanizowanego. Duża intensywność walk oznacza, że coraz trudniej będzie zapewnić Ukrainie dostawy amunicji o kalibrach radzieckich. W Europie Środkowej istnieją jeszcze linie produkcyjne i zapasy rakiet artyleryjskich typu Grad, które mogłyby zostać wykorzystane do wsparcia Ukrainy. Już dostarczonym ok. 150 haubicom kal. 155 mm NATO (z kilku państw Sojuszu i z Australii) towarzyszyć muszą kolejne dostawy amunicji oraz radarów artyleryjskich i dronów rozpoznania, które mogą wspierać artylerię. Transfery precyzyjnej amunicji krążącej (dronów kamikadze) mogą uzupełnić zasoby ukraińskich wojsk, ale nie wypełnią przepaści ilościowej między artylerią Ukrainy i Rosji. Pierwsza partia siedmiu systemów rakietowych HIMARS oraz MLRS z USA i Wielkiej Brytanii nie zaspokoi nawet minimum potrzeb Ukrainy. Aby Rosja utraciła inicjatywę, potrzebne byłoby ponadto zwiększenie zdolności manewrowych sił Ukrainy dzięki nowym czołgom i wozom bojowym. Sytuację Ukrainy poprawiają pozostałości zaplecza remontowego i wciąż sprawne T-72 z Europy Środkowej lub czołgi zdobyte na Rosjanach. Mobilność ukraińskich sił może też wzmocnić realizowana dostawa ok. 250 transporterów M-113 i 100 wozów rodziny BMP-1, pod warunkiem uzupełnienia spodziewanych strat kolejnymi ich transferami.

Bardziej złożonym wyzwaniem są zdolności sił powietrznych i marynarki wojennej Ukrainy. Krótkoterminowo luki te zapełniły poradzieckie i zachodnie systemy przeciwlotnicze krótkiego zasięgu, a także zestawy średniego zasięgu S-300 ze Słowacji. Ukraina apeluje jednak o dalszą pomoc w zakresie obrony przeciwlotniczej i przeciwrakietowej. Za tymczasowe rozwiązanie państwo to uznaje dostawy rakiet i części dla wielozadaniowych samolotów MiG-29. Wsparcie lotnicze dla ukraińskich sił lądowych zapewniają obecnie lekko uzbrojone drony TB2 Bayraktar oraz dostawy śmigłowców Mi-17 i Mi-24. Wciąż niepotwierdzone są spekulacje mediów o planach przekazania Ukrainie zaawansowanych i lepiej uzbrojonych dronów MQ-1 z USA. Dla obrony Ukrainy w dłuższej perspektywie konieczne będzie przezbrojenie jej lotnictwa na samoloty zachodnie, w pierwszej kolejności szturmowe A-10. Niewielka obecnie flota i obrona wybrzeża Ukrainy nie pozwala także na odblokowanie jej portów. Zatopienie krążownika Moskwa za pomocą rakiet Neptun jest sukcesem trudnym do powtórzenia, ponieważ siły ukraińskie posiadają tylko kilkanaście wyrzutni tego typu, a zakład je produkujący został zbombardowany. Powstałą lukę w obronie można tymczasowo zapełnić pociskami krótkiego zasięgu, np. systemami Harpoon. Dla skutecznego odstraszania Rosji na Morzu Czarnym potrzebne będą jednak pociski o dalszym zasięgu, a także odbudowa choćby części floty Ukrainy (75% jej zdolności i zaplecza utracono już wraz z okupacją Krymu).

Najbliższe miesiące będą kluczowe dla obrony Ukrainy. Wojna ma dla niej egzystencjalny charakter i tak powinna być rozumiana przez jej partnerów. Ze względu na rosyjską przewagę w kilku kategoriach uzbrojenia utrzymuje się ryzyko strat terytorialnych, materialnych i ludzkich. Dotychczasowa pomoc wojskowa dla Ukrainy jest niewystarczająca przy intensywności trwającego konfliktu i wymaga zwiększenia skali oraz tempa dostaw.

Działalność grupy UDCG wymaga utrzymania amerykańskiego przywództwa i wysokiego poziomu finansowania pomocy, zgodnie z założeniami ustawy Lend-Lease Act. W związku z wielomiesięcznymi opóźnieniami dotychczasowe obietnice Niemiec są niewiarygodne – deklarowane ilości pomocy i terminy jej dostawy nie dają możliwości wpływania na obecną fazę sytuacji wojskowej. Pilna pomoc USA i Wielkiej Brytanii musi też brać pod uwagę konieczność zachowania zdolności obronnych innych państw regionu ze względu na potencjalne zagrożenia ze strony Rosji i Białorusi.

Konieczne jest utrzymanie determinacji koalicji chętnych państw co do pomocy wojskowej Ukrainie. Wiele bieżących potrzeb Ukrainy i luk w jej zdolnościach można zaspokoić dostawami w ramach UDCG dzięki nadwyżkom uzbrojenia z krajów geograficznie oddalonych od rejonu konfliktu (także spoza Europy, np. Kanady i Australii). Główni partnerzy Ukrainy powinni też wyjść poza bieżące potrzeby i tymczasowe rozwiązania w zakresie zdolności jej lotnictwa oraz floty. Znaczenie strategiczne Ukrainy wymaga stopniowej odbudowy obu rodzajów sił zbrojnych w celu skuteczniejszego odstraszania i efektywnej obrony przed długofalowym zagrożeniem ze strony Rosji.

Potrzebne jest także nasilenie międzynarodowych sankcji wobec przemysłu wojskowego Rosji, choć ich wpływ na zdolności produkcji takiego uzbrojenia jak czołgi czy pociski kierowane nie da pożądanych efektów w krótkim czasie. Przykłady Iranu i Korei Płn. pokazują zresztą, że wciąż możliwa jest duża niezależność od zagranicznych technologii, a Rosja na pewno będzie próbowała ją sobie zapewnić.

pism.pl

Niezależny portal Ludzie Bajkału (ros. Люди Байкала) zebrał dane o 184 pochodzących z Buriacji żołnierzach, którzy zginęli na Ukrainie. Dziennikarze brali dane z powszechnie dostępnych źródeł, jak miejscowe gazety, strony internetowe administracji regionalnej, czy sieci społecznościowe, a następnie weryfikowali je, kontaktując się z rodzinami zmarłych. Należy podkreślić, że ich publikacja może być obecnie w Rosji traktowana jako ujawnienie tajemnicy państwowej.

Rosyjskie władze wciąż nie przyznają, że prowadzą wojnę z Ukrainą i nazywają ją “specjalną operacją wojskową”. Od początku inwazji Ministerstwo Obrony jedynie dwa razy podało liczbę zabitych: 2 marca mówiło i 498 żołnierzach, a 25 marca o 1 351. Z kolei według niezależnego portalu Mediazona zgodnie z informacjami w regionalnych mediach i sieciach społecznościowych do 3 czerwca zginęło 3211 obywateli Rosji. Najbardziej wykrwawiony został niewielki muzułmański Dagestan z 190 zabitymi, na drugim miejscu jest Buriacja z 184.

Jak podają Ludzia Bajkału, nie są to jednak z pewnością dane kompletne. Według portalu informacje o poległych w marcu podawane były w głównych regionalnych mediach. Obecnie przeczytać można o nich prawie wyłącznie w lokalnych gazetach, na stronach władz miejskich i rejonowych, szkół czy organizacji społecznych, jeśli będzie o to zabiegać rodzina. Jak pokazały przypadki śmierci dwóch żołnierzy wychowanych w domach dziecka, o ich pogrzebach społeczeństwo nie jest informowane.

Pogrzeby poległych na Ukrainie są w Buriacji wydarzeniami publicznymi i odbywają się z ceremoniałem wojskowym. W związku z tym, że często grzebanych jest do pięciu żołnierzy, organizowane są w budynkach mogących pomieścić kilkaset osób – salach sportowych, domach kultury, a gdy takich nie ma – także w parkach i przed pomnikami poległych w II wojnie światowej. Uroczystości są przeprowadzane według odpowiedniego ceremoniału: najpierw odprawiane są buddyjskie lub prawosławne modlitwy, potem przemawia urzędnik czy wojskowy, a następnie trumny przewożone są na cmentarz.

Jak zauważa portal Ludzie Bajkału – początkowo w pogrzebach udział brali najwyżsi urzędnicy regionu, z Aleksiejem Cydenowem włącznie. Obecnie w ceremoniach tych uczestniczą urzędnicy niższego szczebla, zazwyczaj przewodniczący miejskiej lub wiejskiej administracji.

Dziennikarze zauważają, że z pewnością wszyscy polegli nie zostali jeszcze pochowani. Zwracają uwagę, że początkowo okres między śmiercią a pogrzebem wynosił nawet dwa miesiące – obecnie jest to około tygodnia. Tłumaczą to faktem trudności logistycznych w początkowej fazie wojny. Daty śmierci są jednak podane tylko w 108, a daty pogrzebu w 98 nekrologach z 184 zarejestrowanych. Według nich w lutym zginęło 17 mieszkańców Buriacji, w marcu 84, w kwietniu 19, w maju 53, a od początku czerwca 4 – mogłoby to wskazywać na przycichnięcie walk w kwietniu, lub wycofaniu w tym czasie buriackich jednostek na spokojniejsze odcinki.

Portal nie pisze przy tym o zabitych, których ciała wciąż nie zostały sprowadzone do domu. Według ukraińskich władz, stronie rosyjskiej nie zależy na odzyskaniu swoich zabitych, którzy spoczywają w prowizorycznych grobach i chłodniach. Nie ma statystyk, które mówiłyby, ilu mieszkańców Buriacji zginęło, ale wciąż nie zostało pochowanych.

Autorzy analizy zauważają, że Buriacja jest jednym z najbiedniejszych regionów Federacji Rosyjskiej. W 2020 roku zajęła 81. miejsce pod względem standardu życia na 85 rosyjskich regionów (sąsiedni obwód irkucki był 55. na liście). W tym samym 2020 roku aż 20 proc. mieszkańców regionu miało dochody poniżej minimum egzystencji – dla porównania w 2013 roku było to 17,5 proc. mieszkańców. W 2019 roku Ułan-Ude zostało uznane za najgorsze pod względem jakości życia z 78 wielkich miast Rosji.

(...)

Jak powiedzieli dziennikarzom krewni zabitych, armia jest dla Buriatów jedyną szansą na dostatnie życie.

Przykładem może być 33-letni sierżant Michaił Garmajew, który w cywilnym życiu jako elektryk zarabiał 11 tysięcy rubli (900 złotych), a jako żołnierz kontraktowy 50 tysięcy rubli (ponad 4 tysiące złotych). Tyle samo jako żołnierz kontraktowy otrzymywał 34-letni Amgałan Tudupow – wcześniej jako nauczyciel wychowania fizycznego zarabiał 7 tysięcy rubli (580 złotych). Obaj polegli na Ukrainie.

Bezrobocie lub niskie zarobki sprawiły, że walczyć na Ukrainę pojechało 23 mężczyzn ze wsi Sielenduma – to co 20 mężczyzna w wieku poborowym z tej wsi.

Matka poległego Stiepana Osiejewa z rejonu Kiachtinskiego powiedziała Ludziom Bajkału, że służba kontraktowa w armii była dla jej syna koniecznością.

– Nie mogłam dać mu dobrego wykształcenia, by mógł lepiej żyć. Jedynym wyjściem dla nas było wysłanie go na służbę kontraktową. Przyszło mu walczyć – powiedziała Lidija Osiejewa.

Portal zauważa, że 19,5 proc. pochowanych uczestników walk na Ukrainie to oficerowie i chorążowie: dwóch podpułkowników, 3 majorów, 4 kapitanów, 16 starszych lejtnantów, 1 starszy chorąży i 3 chorążych. Pierwszym z podpułkowników był zastępca dowódcy 11. Samodzielnej Gwardyjskiej Brygady Desantowo-Szturmowej Denis Glebow, drugim dowódca dywizjonu artylerii reaktywnej Dmitrij Dormidontow.

Autorzy analizy sięgają przy tym po wypowiedź eksperta Królewskiego Instytutu Badań nad Obronnością i Bezpieczeństwem. Samuel Cranny-Evans stwierdził w rozmowie z BBC, że wysokie rosyjskie straty wśród oficerów wynikają z typowego dla rosyjskiej armii stylu dowodzenia, zgodnie z którym to oficer prowadzi żołnierzy, a podoficerowie zajmują się przede wszystkim obsługą sprzętu.

Jak zauważa z kolei portal Ludzie Bajkału, fakt iż 19,5 pochowanych w Buriacji uczestników wojny nosiła oficerskie pagony oznacza przede wszystkim, że w transporcie do domu ich szczątki mają wyższy priorytet, niż szeregowych żołnierzy.

Według portalu, najmłodszym znanym poległym na Ukrainie mieszkańcem Buriacji był 18-letni Dawid Arutiunian. Z kolei najstarszym 50-letni ochotnik Wiaczesław Siergiejew. Średnia długość życia poległych wynosiła 29,3 roku, osierocili oni 90 dzieci. Zgodnie ze znanymi danymi, w wyniku wojny śmiertelność buriackich mężczyzn w wieku 18-45 lat wzrosła o 63 proc. Z kolei w grupie mężczyzn do 30 roku życia wzrosła o 300 proc. – a więc czterokrotnie.

belsat.eu/baikal-journal.media

Jedynym sposobem na przebicie się poza tę rzeczywistość propagandy, jest spełnienie kilku ważnych warunków.
  1. Po pierwsze, należy mieć dostęp do alternatywnych źródeł informacji, aby móc porównywać i wybierać między różnymi wersjami.
  2. Po drugie, trzeba mieć czas na przestudiowanie tych źródeł.
  3. Po trzecie, należy wyrobić w sobie nawyk refleksji i analizy, kwestionowania autentyczności tego, co się przeczytało, zobaczyło i usłyszało. A jeśli myślicie, że ten ostatni warunek jest bardzo prosty i naturalny, to jesteście w wielkim błędzie.
Krytyczne i analityczne myślenie wymaga wysiłku i zasobów – niełatwo je wykształcić w sytuacjach stresowych lub gdy brakuje czasu i energii. Zdolność do kwestionowania tego, co dzieje się wokół nas, to luksus, który jest sprzeczny z naturalną tendencją do wygładzania ostrych krawędzi i unikania nieprzyjemnych emocji. Przeciętnie ludzie znacznie bardziej lubią jasne odpowiedzi niż wątpliwości i pytania. Propaganda daje im te odpowiedzi.

Oddziaływanie każdej informacji staje się głębsze i szersze, jeśli nie ma nic, co mogłoby z nią konkurować, tzn. nie ma innych źródeł i innego spojrzenia na sytuację. Jedną z głównych cech wielu współczesnych liderów na różnych szczeblach jest niska tolerancja dla braku solidarności. Głosy powinny być jednomyślne, poparcie gorące i pełne pasji, nie powinno być miejsca dla odmiennych opinii (tzn. wszelkich opinii innych niż "przyjęte").

Należy przy tym pamiętać, że często mamy do czynienia raczej z demonstracją solidarności niż z jej rzeczywistym istnieniem. Dobrze świadczą o tym liczne filmy z udziałem osób, które popierają działania militarne Rosji przeciwko Ukrainie, ale nie są gotowe zgłosić się jako ochotnicy, aby rzeczywiście wziąć w nich udział. Słowa są puste i dlatego ludzie je wypowiadają.

Ludzie z natury są konformistami i mają tendencję do powtarzania tego, co robią wszyscy wokół nich. Podkreślam jednak raz jeszcze: solidarność społeczna w sprawie wojny w Ukrainie, którą jako Rosjanie demonstrujemy i widzimy, wcale nie oznacza, że jest ona prawdziwa. Oczywiście, państwo może nawet polegać na demonstrowanej solidarności jako na zasobie, ale nie może – ku mojemu wielkiemu szczęściu – używać jej do bombardowania miast czy strzelania do ludzi.

Czy Rosjanie rozumieją, co robią, kiedy solidaryzują się z ideami przemocy ze strony państwa? Nie jestem pewien, ponieważ ludzie rzadko myślą systematycznie i dogłębnie, wiążąc wszystkie swoje pomysły i działania na mocną nić Wielkiej Inteligentnej Idei. Świat, który istnieje w naszych głowach, jest bardziej plecionym kocem niż jednolitą tkaniną. Ta plecionka jest złączona kompromisami, fikołkami logicznymi i zniekształceniami poznawczymi. Można się temu dziwić, mieć pretensje o lenistwo i głupotę Rosjan, ale przypomnę, że umiejętność refleksji nad własnym życiem, złożenia go w całości w głowie i życia według swoich zamierzeń i pomysłów jest rzeczą rzadką i trudną, która nie każdemu się udaje. Jeśli udało Ci się osiągnąć sukces, nie dyskredytuj tych, którym się nie udało. Nie zasługują na to.

Propaganda z powodzeniem wykorzystuje postawy zakorzenione w naszych mózgach. Dzieląc ludzi na grupy, nastawia ich przeciwko sobie, tworząc zaciekłe konflikty. Ludzki mózg lubi i potrafi dostrzegać różnice i na ich podstawie grupować obiekty – to jedna z podstawowych zdolności naszego mózgu. Nazwanie mieszkańców innego kraju nazistami to gra na podziały, a także tworzenie wizerunku wroga i degenerata. Jeśli można zaszkodzić komuś z zewnątrz, a jednocześnie przynieść korzyść własnej grupie (ludziom, klasie lub przypadkowo wybranej drużynie), chętnie wybieramy tę opcję.

Zasada ta nosi nazwę altruizmu zaściankowego i jest już dobrze zbadana. Występuje w życiu codziennym, ale propaganda wyolbrzymia różnice do tego stopnia, że nie da się ich pogodzić, konstruuje zagrożenia, które nie istnieją w rzeczywistości. Dlaczego państwo potrzebuje propagandy? To pytanie nie jest już dla mnie.

Trudno nam będzie pozbyć się tych zasad, które są nam wpojone. Są one nieodłączną częścią ludzkiej natury, podobnie jak skłonność do współpracy i konformizmu. Możemy jedynie zadbać o to, by ograniczyć szkody wynikające z naszego specyficznego sposobu myślenia. Pewnego dnia ta wojna się skończy i będziemy żyć w nowym świecie. Nie wiem dokładnie, co nas czeka, ale wiem, że to, jak będzie wyglądał świat po wojnie, zależy od nas samych.

onet.pl