środa, 8 czerwca 2022


Na stronie internetowej Bundeswehry wszystko wydaje się być w porządku. Niemiecka armia prezentuje się na niej w trzech słowach: „My. Służymy. Niemcom”. Ale „służba Niemcom” wcale nie jest taka łatwa. Od dawna niemieckie siły lądowe, lotnictwo i marynarka wojenna cierpią wskutek niekompletnego wyposażenia. Brakuje im w pełni sprawnych czołgów i śmigłowców, kamizelek kuloodpornych, plecaków i noktowizorów. Brakuje nawet ciepłej bielizny dla żołnierzy z oddziałów rozlokowanych na wschodniej flance NATO.

Minister obrony Niemiec Christine Lambrecht potępiła ten stan rzeczy. – Na papierze mamy 350 bojowych wozów piechoty Puma, z których tylko 150 jest w pełni sprawnych. Podobnie jest ze śmigłowcami szturmowymi Tiger; z 51 maszyn może wystartować tylko dziewięć – powiedziała podczas debaty w Bundestagu pod koniec kwietnia, poświęconej rosyjskiej inwazji na Ukrainę i nowo rozbudzonej potrzebie zapewnienia Niemcom bezpieczeństwa.

Teraz rząd niemiecki chce ponownie wziąć się za wojsko. Na jego wyposażenie i dozbrojenie przeznaczono specjalny fundusz w wysokości 100 mld euro, finansowany z zaciągniętego długu. Modernizacja Bundeswehry nie może zatem się nie udać z powodu braku potrzebnych na nią pieniędzy.

Niewykluczone jednak, że tak się stanie i to z winy odpowiedzialnego za to zadanie urzędu. Tak przynajmniej sądzą krytycy Federalnego Urzędu ds. Sprzętu, Technologii Informacyjnych i Wsparcia Technicznego Bundeswehry (BAAINBw). Tylko w jego centrali w Koblencji jest 6500 etatów. W sumie na potrzeby BAAINBw pracuje około 11 000 urzędników w 116 placówkach w całym kraju. Regulują oni nabywanie dosłownie wszystkiego – od zaawansowanych technologii wojskowych po skarpetki dla żołnierzy.

Wiadomo od lat, że BAAINBw pilnie wymaga reformy. Już kilku niemieckich ministrów połamało sobie na tym zęby. BAAINBw zarzuca się, że jest to administracyjny moloch działający w myśl zasad gospodarki planowej, który raczej opóźnia, niż przyspiesza konieczne procesy.

– Żyjemy w jednym z najbogatszych krajów na świecie, w samym środku Europy, mamy 184 000 żołnierek i żołnierzy, a oni nie mają tego wszystkiego, czego potrzebują. To skandal – oświadczyła krytycznie kilka dni temu pełnomocnik rządu federalnego ds. sił zbrojnych Eva Hoegl. Na przykład spadochroniarze od dziesięciu lat czekają na nowy kask – powiedziała w wywiadzie dla dziennika „TAZ”. Problem polega na tym, że ten kask, który jest używany w wojskach powietrzno-desantowych USA, „musi najpierw zostać gruntownie przebadany, żeby sprawdzić, czy pasuje także na niemieckie głowy i czy rzeczywiście chroni je tak, jak można by tego oczekiwać zgodnie z niemieckimi standardami” – wyjaśniła.

W wystąpieniu w drugim programie niemieckiej telewizji publicznej ZDF Hoegl podzieliła się wrażeniami z wizyty w batalionie czołgów Bundeswehry, który musiał pracować z 30-letnimi radioodbiornikami, przez co nie był w stanie porozumiewać się z innymi jednostkami NATO podczas wspólnych manewrów.

Inny problem to spór o G36. W 2015 roku o zakończeniu produkcji dotychczasowych karabinów szturmowych zadecydowała ówczesna minister obrony Ursula von der Leyen. Od 2017 roku trwały starania o znalezienie jego następcy.

„Dziś, w 2022 roku, cały ten proces utknął w sporze prawnym, który pozwoli na podjęcie decyzji w tej sprawie najwcześniej jesienią. To po prostu za długo, jak na stosunkowo prosty produkt, jakim jest karabin szturmowy” – pisze Frank Sauer z Uniwersytetu Bundeswehry w Monachium w odpowiedzi na zapytanie DW.

Czy zaopatrzenie jest główną przyczyną wszystkich nieszczęść, bo niemieckie regulacje dotyczące jakości sprzętu są absurdalne? Czy BAAINBw jest współwinny temu, że Bundeswehra jest dziś „w mniejszym lub większym stopniu po prostu goła”, jak zaskakująco otwarcie napisał generalny inspektor Bundeswehry Alfons Mais w serwisie społecznościowym LinkedIn podczas rosyjskiej inwazji na Ukrainę?

„To prawda, że niemiecka biurokracja w sferze obronnej jest absolutnie monstrualna” – ocenia Sauer. „Ale przerzucanie winy na BAAINBw nigdzie nas nie zaprowadzi” – dodaje. Ten urząd może bowiem działać tylko w ramach obowiązującego prawa, mając niewielkie pole manewru.

Wynika to z faktu, że musi on przestrzegać przepisów UE dotyczących przetargów publicznych, a także stosować się do decyzji politycznych. – Wiele zaistniałych problemów leży poza BAAINBw, ponieważ zasadniczo robi to, co mu się każe – mówi w wywiadzie dla DW Christian Moelling z Niemieckiego Towarzystwa Polityki Zagranicznej (DGAP). – Jeśli zmienią się ramy prawne i wytyczne polityczne, procesy będą mogły zostać uproszczone i przyspieszone – twierdzi.

Inną, choć znacznie trudniejszą opcją, byłoby przekroczenie granic możliwości prawnych, jak wyjaśnia dalej Christian Moelling. – Doświadczenie pracowników tego urzędu jest jednak takie, że jeśli skorzystają z tej swobody, a coś pójdzie nie tak, to wtedy nie otrzymają żadnej ochrony ze strony polityków. W najgorszym razie mogą zostać postawieni przed sądem i nikt wtedy nie stanie po ich stronie – dodaje.

Przyczyny drastycznych braków w wyposażeniu Bundeswehry leżą także w niedawnej przeszłości Niemiec. Po zakończeniu zimnej wojny niemieccy politycy narzucili siłom zbrojnym drastyczny kurs oszczędnościowy, a budżet obronny kraju uległ zmniejszeniu. Wiele rodzajów broni i systemów uzbrojenia stało się przestarzałych. Sprzęt był zaniedbany, a administracja coraz bardziej się rozrastała. „Ogólnie rzecz biorąc, bardzo wygodnie urządziliśmy się w czasach pokoju, a przy okazji całkowicie zbiurokratyzowaliśmy wiele spraw. Teraz to się na nas mści” – stwierdza Frank Sauer z Uniwersytetu Bundeswehry.

Pierwsze kroki w kierunku reform zostały już podjęte. Niemiecki rząd zdecydował, że pilnie potrzebny sprzęt może być zamawiany bezpośrednio bez większych procedur biurokratycznych zgodnie z unijnymi zasadami dotyczącymi sytuacji wyjątkowych. Zakupy bezpośrednie dotyczą także wszystkich produktów, których cena jest niższa niż tysiąc euro za sztukę. „Ale to nie wystarczy” – uważa ekspert. Jego zdaniem brakuje tu lepszych procesów i jasnego podziału odpowiedzialności. Bez usprawnienia i przyspieszenia procedur, zwłaszcza zamówienia na duży sprzęt będą znów trwały zbyt długo. 

Frank Sauer wzywa do zasadniczej zmiany mentalności i dotychczasowych struktur. Zapowiadany przez kanclerza Olafa Scholza zwrot w podejściu do Bundeswehry i polityki obronnej Niemiec oznacza, jak mówi, także „zmianę sposobu myślenia, zwiększenie elastyczności i szybkości działania, zgodnie z wymaganiami polityki bezpieczeństwa XXI wieku”. To musi się zacząć w ministerstwie obrony.

Christian Moelling z DGAP także pesymistycznie patrzy w przyszłość. Projekty, które mają być sfinansowane ze specjalnego funduszu dla Bundeswehry o wartości 100 mld euro, są dla niego ogromnym wyzwaniem logistycznym: – Mamy przed sobą górę zamówień, która wymaga niesamowitej ilości uwagi, kontroli i dopracowania, na co nie jesteśmy jeszcze należycie przygotowani – mówi. – Istnieje zatem duża możliwośc popełnienia błędów. Przez wiele lat będziemy świadkami nieprzyjemnych wydarzeń – przewiduje. 

Martwi go głównie to, że największy nacisk może zostać położony nie na jakość zamówień, ale na dalsze przestrzeganie zalecanych procedur: – Ostatecznie może wyglądać to tak: wszystkie przepisy zostaną spełnione, a my stwierdzimy, że Bundeswehra nadal nie jest zdolna do obrony i działania.

dw.com

Walka o Siewierodonieck to rosyjska operacja informacyjna w formie bitwy. 

Jednym z głównych celów Moskwy jest stworzenie wrażenia, że Rosja odzyskała siły i teraz zdominuje Ukrainę. To wrażenie jest fałszywe. Rosyjskie wojsko na Ukrainie jest coraz bardziej wyczerpaną siłą, która nie może odnieść decydującego zwycięstwa, jeśli Ukraińcy się utrzymają.

Prezydent Rosji Władimir Putin próbuje więc zmienić swoją inwazję na Ukrainę w brutalną walkę woli. Postawił swoją armię na złamanie kolektywnej woli Ukraińców do walki za ich kraj. Jego własny naród raczej się nie ugnie. Na szczęście Ukraina tego nie potrzebuje. Jeśli Ukraińcy zdołają przetrwać obecną rosyjską burzę, a następnie kontratakować wyczerpane siły rosyjskie, wciąż mają wszelkie szanse, aby uwolnić swoją ludność i całą swoją ziemię.

Putin zgromadził szczątki rosyjskich sił bojowych w zabójczy amalgamat wokół miast Siewierodonieck i Łysyczańsk we wschodnim obwodzie ługańskim na Ukrainie. Ten zlepek czołga się naprzód, używając ogromnych ostrzałów artyleryjskich, aby zniszczyć wszystko na swojej drodze, pozwalając zdemoralizowanym i przestraszonym żołnierzom Rosji wejść na gruzy.

Obrońcy Ukrainy mądrze wycofują się w obliczu tego lekkomyślnego barbarzyństwa, ale za cenę własnego morale i woli kontynuowania walki. Żołnierze i obywatele Ukrainy krytykują swój rząd za to, że nie wspiera wojsk na liniach frontu. Ukraińcy po raz pierwszy od wygranej w bitwie pod Kijowem zaczynają wątpić, że mogą zwyciężyć. Opóźnienia w dostarczaniu pomocy Zachodu oraz odmowa USA i innych krajów dostarczenia pewnych potrzebnych systemów uzbrojenia podsycają te wątpliwości. A teraz na Zachodzie narastają głosy wzywające Ukrainę do ustępstw.

Wszystko to jest dokładnie tym, czego potrzebuje Putin. Nie może pokonać Ukrainy militarnie, dopóki Ukraińcy zachowają wolę walki, a Zachód wolę ich poparcia. Atakuje więc wolę obu stron, zmuszając własne wojska do najbardziej okrutnej i brutalnej ofensywy tej wojny, mając nadzieję, że przekona wszystkich, że wykorzysta masę i potęgę Rosji; którą władał Stalin, by pokonać Hitlera – a tym samym opór wobec jego żądań jest daremny. Putin wstrzymuje również krytyczne dostawy ukraińskiej żywności i paliw na eksport, mając nadzieję, że nałoży na Zachód wystarczająco wysokie koszty, aby skłonić go do porzucenia Ukrainy.

Ani Ukraińcy, ani ich przyjaciele na całym świecie nie mogą ulec Putinowi, ani dać się zwieść obecnemu mirażowi rosyjskich sukcesów i władzy, które prezentuje w bitwie pod Siewierodonieckiem. To jest miraż. Pęd Rosji w ługańskim jest desperacką grą dyktatora, który stawia resztki ofensywnej siły bojowej, którą może zebrać w nadziei, że złamie wolę kontynuowania walki przez wrogów. I niech twierdzi, że zabrał cały obwód ługański. Jest to historyczna śpiewka o determinacji Hitlera, by w 1942 roku zająć Stalingrad lub utrzymać Charków wbrew radom swojego dowódcy. Za tymi siłami nie stoją żadne rosyjskie rezerwy, które mogłyby kontynuować swoje sukcesy. Wręcz przeciwnie, Putin stworzył je tylko przez odebranie z pozostałych kluczowych osi sił, których potrzebuje do obrony przed ukraińskimi kontratakami. Ta ofensywa prawdopodobnie wkrótce zakończy się kulminacją, ponieważ nawet ten powolny, miażdżący pochód wyczerpie siły, który go przenoszą. A Putin przez dłuższy czas nie będzie mógł uruchomić kolejnego.

Skąd możemy to wiedzieć? Wiemy to po części dlatego, że mieszankę sił rosyjskich prowadzących tę ofensywę stworzyły resztki jednostek rozbitych w bitwach pod Kijowem, Charkowem, Mariupolem i gdzie indziej, a nie ze świeżych jednostek lub oddziałów sprowadzonych z Rosji. Ciężko uszkodzone rosyjskie taktyczne grupy batalionowe, które wycofały się z Kijowa i Charkowa, zostały szybko zreformowane w Rosji, bez pozwolenia na odpoczynek, ponowne wyposażenie lub odpowiednie wchłonięcie uzupełnień, a następnie zostały wysłane z powrotem do walki na wschodzie Ukrainy. Wiele rosyjskich „jednostek” to podobno zlepki z kawałków innych jednostek, łączonych ad hoc, a następnie wrzucane do bitwy. Sami żołnierze są wyczerpani i zdemoralizowani. Odmowy walki szerzą się w armii rosyjskiej zarówno wśród żołnierzy, jak i oficerów, którzy nimi dowodzą.

Rosjanie dostosowali się do tej ponurej rzeczywistości, zmieniając swoją taktykę na coś, co przypomina I wojnę światową lub doktrynę „bitwy metodycznej” armii francuskiej z 1940 r. – ostrzały artyleryjskie niszczą wszystko w danym sektorze pola bitwy, a następnie wojska rosyjskie czołgają się naprzód przez ruiny. Ale nawet to podejście ma swoje ograniczenia. Zasoby rosyjskich dział artyleryjskich nie są nieskończone. Musieli gęsto skoncentrować artylerię w priorytetowych sektorach, odciągając ją od innych obszarów. Wyciągają artylerię (oraz czołgi i inny sprzęt) ze starożytnych zapasów z czasów sowieckich. Zaczęli też wyciągać technikę z białoruskich magazynów – prawdopodobnie ostatnie źródła sprzętu, które Putin może niezawodnie wykorzystać.

Zaopatrzenie w efektory artyleryjskie jest ważnym ograniczeniem w tego rodzaju wojnie z dwóch powodów. Po pierwsze dlatego, że Ukraińcy odcisnęli swoje piętno na rosyjskiej artylerii umiejętnym i celnym ogniem kontrbateryjnym (używając własnej artylerii do niszczenia wrogiej). Po drugie, ponieważ lufy artylerii (oraz czołgów) mają ograniczoną żywotność — po wystrzeleniu określonej liczby pocisków zaczynają tracić na skuteczności i trzeba je wymienić. Nie ma sposobu, aby przewidzieć, kiedy te czynniki zmuszą rosyjskie wojsko do ograniczenia swojej zależności od artylerii, ale w końcu to zrobią.

Ponadto rosyjscy żołnierze prawdopodobnie wypalą się, zanim wypalą swoją artylerię. Ukraińscy obrońcy zadają poważne straty wojskom rosyjskim na całym froncie, pomimo przyjętej rosyjskiej taktyki walca. Rosyjscy blogerzy wojskowi i inni przekazują skargi rosyjskich żołnierzy, że są poddawani niszczycielskiemu ostrzałowi ukraińskiej artylerii, nawet gdy tylko siedzą w swoich pozycjach obronnych. Wojska rosyjskie atakujące tam, gdzie siły ukraińskie utrzymują się na swoim miejscu, nadal ponoszą straty nawet po ostrzale artyleryjskim, który rzadko eliminuje wszelki opór.

Rosyjscy blogerzy, dokumenty ujawniające rosyjskie postępowania sądowe przeciwko żołnierzom i oficerom, którzy zdezerterowali lub odmówili rozkazów do walki, oraz raporty wywiadu o takich incydentach, wszystko to maluje obraz rosyjskiego wojska, które jest wyczerpane, zdemoralizowane, zdemotywowane i coraz bardziej złe z powodu traktowania przez dowództwo.

Podobne oznaki demoralizacji wykazują żołnierze ukraińscy w niektórych częściach frontu. Dobrze nagłośniony incydent ukraińskich ochotników odmawiających kontynuowania walk pod Siewierodonieckiem pod koniec maja, ujawnił i podsycił część złości i uraz w ukraińskim wojsku i ukraińskim społeczeństwie z powodu ekstremalnie trudnych warunków, z jakimi się borykają. Incydent ten doprowadził do przesadzonych nagłówków sugerujących, że ukraińscy żołnierze masowo dezerterują lub „uciekają” – co nie jest prawdą. Niemniej zjawiska gniewu, poczucia zdrady i frustracji w ukraińskich siłach zbrojnych są realne i niebezpieczne. Z czasem mogą stać się bardziej niebezpieczne, ponieważ skumulowany efekt wielu małych odczuć zbiera swoje żniwo. Stany Zjednoczone i Zachód muszą w większym stopniu brać pod uwagę fakt, że terminowe dostarczanie broni i zdolności siłom zbrojnym Ukrainy mają zasadnicze znaczenie dla podtrzymania ukraińskiego morale i woli kontynuowania walki w tym trudnym czasie. Opóźnienia i półśrodki mogą kosztować zarówno materialny teren i ofiary, jak i niematerialną nadzieję i wiarę w możliwość sukcesu.

time.com

– Ropa naftowa, gaz ziemny i energia elektryczna, dostęp do technologii i wytwarzania energii oraz ciepła: to wszystko stało się w sposób widoczny dla wszystkich, a nie tylko niektórych, polem do ostrej konkurencji – mówił pełnomocnik rządu ds. strategicznej infrastruktury energetycznej Piotr Naimski na konferencji Nafta i Gaz 2022. – W jakimś sensie jest to otrzeźwienie po agresji rosyjskiej na Ukrainie. Równocześnie jest to symptom nowej epoki, w którą wchodzimy – mówił gość konferencji. – Od trzech miesięcy mniej mamy w obszarze publicznym dyskusji na temat klimatu a więcej o bezpieczeństwie energetycznym. To objaw zwycięstwa zdrowego rozsądku.

– Rynki ropy i gazu są polem bitwy innym niż na Ukrainie, ale będącej elementem tej samej gry Rosji. Kryzys energetyczny wywołany manipulacjami Rosji na rynku gazu w Europie był wywołany tymi czy innymi oświadczeniami polityków rosyjskich – powiedział Piotr Naimski. – Oni coś ogłaszali, powtarzały to agencje rosyjskie, potem zachodnie, a potem rosła cena na giełdzie nawet o sto procent. To wykorzystanie narzędzi informacyjnych – ostrzegał.

– Te działania są skuteczne, bo konkurencja, o której powiedziałem na początku, podminowuje to, co zwykliśmy nazywać solidarnością w Europie. Europejska solidarność jest w sposób skuteczny podważana działaniami rosyjskimi. Ostatni tego przykład to żądanie Rosjan, by odbiorcy w Europie płacili w rublach. Chodzi o ruble, bo rozszerzenie sfery rublowej w finansach to cel rządu rosyjskiego, ale zasadniczy cel to poróżnienie krajów członkowskich w Unii Europejskiej został osiągnięty. Podział jest. Jedni uznali, że muszą zaakceptować ultimatum rosyjskie, inni postanowili, że są w stanie je odrzucić.

– Jesteśmy w tej wojnie. A jeżeli w niej jesteśmy, to ona ma konsekwencje. Prowadzenie wojny je ma w kosztach. Te koszty w sposób świadomy należy przyjąć i zorganizować się do ich przyjęcia. To początek dyskusji, a potem formowania taktyki i strategii dziś, jeżeli chodzi o dostawy ropy naftowej i gazu ziemnego – ocenił minister. – Jest chyba jasne, że surowce uważane za gorsze, niechciane źródła energii, te kopalne, one z nami pozostaną czy to się wszystkim podoba czy nie, przez najbliższe dwadzieścia lat z pewnością, bo dalej trudno planować. Warto się do tego przygotowywać, warto dbać o niezależność źródeł i dróg dostaw – mówił Naimski.

Minister mówił o roli instytucji unijnych. – Te organa mogą nam pomóc ewentualnie, ale nie powinny narzucać rozwiązań, które podważają bezpieczeństwo energetyczne w krajach europejskich – powiedział Piotr Naimski.

– Założyliśmy w 2016 roku, że w 2022 roku wraz z wygaśnięciem kontraktu jamalskiego, porzucimy gaz z Rosji. Tak zaplanowaliśmy wszystko w infrastrukturze przesyłowej, aby można było zastąpić dostawy ze Wschodu tymi z innych kierunków. W tym roku miesiąc po miesiącu oddajemy kolejne inwestycje służące temu celowi: połączenie gazowe z Litwą i Słowacją, rozbudowany gazoport w Świnoujściu, gazociąg Baltic Pipe z Norwegii przez Danię. On już jest. Będzie uruchomiony pierwszego października – wyliczał Naimski.

(...)

– Trzeba sobie uświadomić, że jest czas wojny. To będzie kosztowało. Nagła zmiana dostawców zwykle powoduje, że ci nowi chcą zdyskontować tę potrzebę. Można się spodziewać, że to będzie kosztowało więcej. To kwestia zrozumienia sytuacji geopolitycznej, w jakiej się znajdujemy. Trudno przewidzieć jak to się dalej potoczy. Dyskusje toczą się na arenie unijnej. Sankcje na ropę rosyjską będą dotkliwe, jeżeli zostaną wspólnie wprowadzone i oby tak się stało – mówił minister Naimski.

Przypomniał, że nowe moce magazynowe PERN dają możliwość zgromadzenia większych zapasów ropy naftowej i paliw oraz zwiększają elastyczność logistyki w tym sektorze.

– Sąsiedzi patrzą na nas z zazdrością. Podejmują szybko działania, które im wydawały się absolutnie nieracjonalne w przeszłości. Mówili o kosztach osieroconych terminali LNG. Tymczasem teraz w Niemczech zostały podjęte decyzje o nagłej budowie czterech terminali. Lepiej późno niż wcale. Niemcy uzależnione od rosyjskich dostaw to zagrożenie dla Polski. W związku z tym kibicujemy kolegom w Niemczech – powiedział gość konferencji.

biznesalert.pl

Chiński minister spraw zagranicznych Wang Yi podczas rozmów ze swoją niemiecką odpowiedniczką Annaleną Baerbock poparli ideę stworzenia swoistego korytarza dla eksportu zboża z Rosji i Ukrainy. – W obecnej sytuacji społeczność międzynarodowa powinna apelować o jak najszybsze zawieszenie broni oraz pomóc w stworzeniu „zielonego kanału” dla eksportu zboża z Rosji i Ukrainy – mówił szef chińskiego MSZ.

Wang Yi potwierdził również gotowość Pekinu do przeprowadzenia konsultacji w tej sprawie ze wszystkimi zainteresowanymi stronami. – Chiny nie mogą stać z boku przy rozwiązywaniu ważnych problemów, które przykuwają zwiększoną uwagę społeczności światowej – dodał minister.

Wydaje się, że inwazja Rosji na Ukrainę ma ograniczony wpływ na gospodarkę Państwa Środka, ponieważ kraj ten od kilku lat zabezpiecza swoje własne zapasy zboża, a także zwiększa niezależność w wielu innych obszarach. Bezpieczeństwo żywnościowe i samowystarczalność od dawna jest głównym tematem chińskich elit politycznych. Jednak wojna w Ukrainie daje Chinom więcej powodów do skupienia się na tej kwestii. Obecna niestabilność polityczna i rynkowa prawdopodobnie sprawi, że problem będzie coraz trudniejszy do zignorowania przez chiński rząd, dla którego samowystarczalność stała się kluczową doktryną ekonomiczną.

4 czerwca chińska agencji prasowa Xinhua przytoczyła słowa prezydenta ChRL Xi Jinpinga, który podkreślił znaczenie samowystarczalności w zakresie żywności. – Talerze Chińczyków muszą być wypełnione głównie chińskim zbożem – powiedział Xi.

Bezpośredni wpływ zakłóconych dostaw zbóż na Państwo Środka powinien być możliwy do opanowania. Według Goldman Sachs, Chiny rocznie importują około 7-10 procent ukraińskiej pszenicy i kukurydzy. Jednak w ostatnich latach import wzrósł, częściowo dlatego, że kraj uzupełnia swoje rezerwy strategiczne. W listopadzie 2021 roku chińskie media podały, że krajowe zapasy zboża są na historycznie wysokim poziomie i prawdopodobnie Pekin wykorzysta je do złagodzenia ewentualnych zagrożeń.

Warto zwrócić uwagę, że konsekwencją pandemii koronawirusa w Chinach oraz masowych lockdownów jest wysoka inflacja, a w nadchodzących miesiącach mogą pojawić się kolejne czynniki, które jeszcze bardziej podniosą ceny żywności. Ceny nawozów azotowych, które i tak rosły w związku z pandemią, mogą wzrosnąć jeszcze bardziej, ponieważ Rosja jest ich znaczącym eksporterem na chiński rynek, a konsumenci mogą jeszcze bardziej odczuć wzrost kosztów, ponieważ rosyjskie zakłady do produkcji wykorzystują gaz ziemny, który jest coraz droższy. Ukraina jest głównym eksporterem ziaren słonecznika, a brak podaży już teraz wywołuje wzrost cen innych zbóż, np. soi, która jest stosowana jako pasza dla trzody chlewnej – tymczasem to wieprzowina jest najchętniej spożywanym rodzajem mięsa w Chinach. Zatem wzrost cen pasz automatycznie podniesie ceny mięsa. Te wszystkie czynniki sprawiają, że inflacja w Państwie Środka utrzyma się na wysokim poziomie.

To nie jedyna niedawna obawa o bezpieczeństwo żywnościowe Pekinu. Wojna handlowa z USA w 2018 roku również uwypukliła podatność Chin na wstrząsy. Kraj stara się zwiększyć wewnętrzną produkcję upraw, jednak jest to trudne do pogodzenia mając na uwadze rozwój wielkich miast na żyznych polach na wschodzie Chin. Urbanizacja sprowadziła siłę roboczą do miast i zmniejszyła powierzchnię gruntów ornych. Kraj potrzebuje więc lepszej technologii, aby zwiększyć ilość plonów. Prawdopodobnie będzie się to wiązało ze zwiększeniem produkcji żywności GMO. W ostatnich miesiącach rząd w Pekinie zrewidował przepisy w tym zakresie.

biznesalert.pl

Indyjskie firmy naftowe są w trakcie negocjowania nowych kontraktów na dostawę rosyjskiej ropy naftowej przez kolejne 6 miesięcy. Rosjanie oferują duże upusty, a nawet poniesienie kosztów transportu i podatków.

Jak podają lokalne media, umowa z Rosnieftem ma być uzupełnieniem istniejących już kontaktów. Rosjanie są zdesperowani by sprzedać jak największe wolumeny ropy poza swoje granice i jak przekonują, to po ich stronie będą leżały koszty wysyłki oraz ubezpieczenia surowca w takcie transportu do Indii. 

Indie prowadzą rozmowy bezpośrednio z rosyjskim producentem, ponieważ światowi pośrednicy ograniczyli swoje usługi w obawie przed sankcjami.

Bezprecedensowa ilość rosyjskiej ropy trafiła do Indii w ubiegłym miesiącu, gdy europejscy nabywcy walczyli o zamienniki i negocjowali umowy z krajami Bliskiego Wschodu.  

Tymczasem Indie kupiły od końca lutego do początku maja ponad 40 milionów baryłek rosyjskiej ropy, czyli o około 20% więcej niż cały import w 2021 roku. Rosyjskie dostawy tylko w maju wyniosły 740 000 baryłek dziennie, w porównaniu z 284 000 baryłek w kwietniu i 34 000 baryłek rok temu.

Kupowanie taniej ropy naftowej z Rosji okazuje się być bardzo korzystne dla Indii, które obecnie borykają się z inflacją i wysokimi cenami paliwa. Kwestią otwartą nadal pozostaje forma płatności za surowiec.

energetyka24.com

Jeszcze kilka dni przed wybuchem wojny w Ukrainie rosyjski rubel znalazł się pod presją ryzyka geopolitycznego, a zbrojny atak Rosji na Ukrainę 24 lutego spowodował jego dynamiczne osłabienie. Było to m.in. efektem gwałtownego wzrostu popytu na waluty obce wraz z ich późniejszym wycofaniem z Rosji. Według Centralnego Banku Rosji (CBR) w okresie między 21 i 28 lutym zależne banki zagraniczne i nierezydenci dokonali zakupu walut obcych na kwotę 429,4 mld rubli (ponad 6 mld dolarów) – była to zdecydowanie większa skala zakupów niż w poprzednich okresach kryzysowych.

W marcu br. kurs USD/RUB osiągnął historyczne szczyty na poziomie 144, co stanowiło wzrost o ponad 80 proc. względem poziomów sprzed wojny w Ukrainie. Powstanie istotnej nierównowagi podaży i popytu na rynku walutowym oraz ograniczenie możliwości interwencji banku centralnego (brak możliwości wykorzystania rezerw dewizowych z powodu ich zamrożenia w ramach antyrosyjskich sankcji) zmusiły CBR do wprowadzenia środków zaradczych, takich jak podwyżka stóp procentowych z 9,50 proc. do 20,00 proc. oraz ograniczenia ruchu kapitału.

W miarę ustabilizowania się sytuacji na rynku wprowadzone ograniczenia były stopniowo łagodzone. Zmniejszono udział przychodów eksporterów wymagany do przewalutowania z poziomu 80 proc. do 50 proc. oraz wydłużono termin, w którym ta wymiana powinna nastąpić z 3 do najpierw 60 dni, a następnie do 120 dni. Jednocześnie ustalono wyższe limity dla przelewów w walutach obcych za granicę przez osoby fizyczne (do 50 tys. dol.), czy też zniesiono prowizję za operacje kupna dolarów, euro i funtów (najpierw obniżono z 30 proc. do 12 proc.).

Mimo łagodzenia ograniczeń na rynku walutowym doszło do silnego ruchu spadkowego, który sprawił, że rosyjska waluta umocniła się o niemalże 60 proc. wobec dolara. Ponadto aprecjacja rubla następowała, kiedy rosyjski bank centralny przystąpił do obniżenia głównej stopy procentowej – w kwietniu i maju 2022 r. CBR trzykrotnie obniżył stopy procentowe łącznie o 900 b.p. do poziomu 11,00 proc. Warto jednak zwrócić uwagę, o ile pierwsze dwie decyzje nie miały istotnego wpływu na kurs, o tyle majowa obniżka stóp procentowych zaskoczyła uczestników rynku, gdyż miała miejsce podczas niezaplanowanego spotkania CBR, a jej skala była większa od oczekiwań. Tym samym decyzja ta powstrzymała serię spadków kursu USD/RUB.

Odpowiadając na to pytanie, można wymienić kilka czynników oddziałujących na kurs zarówno w krótkim, jak i w długim terminie. W krótkim terminie istotny impuls aprecjacyjny wynika często z okresów płatności podatkowych, przypadających na drugą połowę każdego miesiąca, podczas których eksporterzy wymieniają waluty obce na ruble. Istotne znaczenie dla rubla w tym kontekście ma sprzedaż walut przez eksporterów płacących podatek od wydobycia surowców. W maju 2022 r., wsparty okresem płacenia podatków, kurs rubla nabrał impetu i po raz pierwszy od 2018 r. przełamał psychologiczny poziom 60 dol.

Kolejny czynnik polega na gwałtownym spadku importu spowodowanego sankcjami krajów Zachodu przy relatywnie niższym tempie spadku eksportu. W marcu Rosja wstrzymała publikację oficjalnych statystyk dot. handlu zagranicznego (za wyjątkiem rachunku obrotów bieżących). Niemniej jednak przedstawione przez CBR prognozy szacują spadek importu w br. w zakresie od 32,5 do 36,5 proc., a eksportu – od 17 do 21 proc. Spadek aktywności importerów powoduje niższy popyt na waluty obce i umacnia rubla.

Główna przyczyna natomiast wydaje się być związana z ograniczeniem ruchu kapitału wynikającego nie tylko z decyzji CBR, ale też ze strony zagranicznych inwestorów. Rosja z powodu dodatniego salda na rachunku obrotów bieżących historycznie występowała w roli kredytodawcy dla inwestorów zagranicznych. Jednocześnie krajowy popyt na kredyt w walutach obcych był zawsze relatywnie niski – maksymalnie 3 proc. od całości udzielonych kredytów osobom fizycznym w okresie od 2019 r. do stycznia 2022 r. oraz w przedziale 4–28 proc. w przypadku osób prawnych od 2018 r. do stycznia 2022 r.

Nadwyżka na rachunku obrotów bieżących w Rosji za pierwsze cztery miesiące bieżącego roku wyniosła 95,8 mld dol., co jest poziomem 3,5-krotnie większym niż w analogicznym okresie ubiegłego roku. Ponadto oczekuje się, że rosyjska gospodarka w 2022 r. może osiągnąć rekordowo wysokie dodatnie saldo na rachunku obrotów bieżących, wynikające z dysproporcji spadku importu i eksportu. Potwierdzają to też prognozy CBR – nadwyżka na poziomie 145 mld dol. (wobec 122 mld dol. w 2021 r.). Zbrojna agresja Rosji przeciwko Ukrainie spowodowała, że od marca br. inwestorzy zagraniczni nie są zainteresowani (z powodu sankcji lub ze względów etyczno-politycznych) zaciąganiem kredytów w walutach obcych w Rosji. Powoduje to nadpłynność walut obcych na rosyjskim rynku walutowym i działa aprecjacyjnie na rubla.

Nałożenie na Rosję sankcji spowodowało ucieczkę zagranicznych inwestorów z rosyjskich rynków i spadek płynności, co przekłada się na wyższą zmienność kursu. Potwierdza to skala ostatniej reakcji na niespodziewaną decyzję centralnego banku – wzrost kursu USD/RUB w ciągu trzech dni po decyzji o 18 proc.

Nadmierne umocnienie krajowej waluty jest niekorzystne zarówno dla rosyjskich eksporterów, jak i budżetu. Dlatego po tym jak pierwsza fala paniki obserwowana na rynku w marcu została stłumiona, regulator przywraca warunki finansowe do „normalności”, zbliżając je do stanu przed 24 lutego br. W tym kontekście można spodziewać się, że podczas zaplanowanego na 10 czerwca posiedzenia CBR stopy procentowe zostaną obniżone o 150 b.p. do 9,50 proc.

Ponadto latem będą zapadać rublowe depozyty osób fizycznych otwarte na początku marca na okres 3-6 miesięcy po najwyższym oprocentowaniu (wg danych CBR średnie oprocentowanie takich depozytów w marcu wynosiło 19,70 proc.). Oprocentowanie nowych depozytów będzie już znacząco niższe, co zwiększy atrakcyjność zakupu walut obcych za środki otrzymane po zakończeniu czasu trwania depozytów.

Przywrócenie stóp procentowych do poziomu sprzed 24 lutego 2022 r. wraz z podwyższonym popytem na waluty obce powinno zwiększyć presję deprecjacyjną na rubla w ciągu najbliższych miesięcy. Ponadto w przypadku stopniowego przywracania importu (w miarę przezwyciężania problemów logistycznych) oraz potencjalnie większego spadku eksportu (z powodu przyjmowanych nowych sankcji), rubel prawdopodobnie powróci do poziomów obserwowanych w ubiegłym roku, czyli w granice przedziału 70–80 dol.

obserwatorfinansowy.pl

wtorek, 7 czerwca 2022


Michał Sutowski: Czy wojna w Ukrainie zepchnie politykę klimatyczną w Europie na dalszy plan? Czy wręcz przeciwnie?

Edwin Bendyk: Zacznijmy od tego, że jednym z czynników motywujących Putina do agresji mogła być właśnie polityka klimatyczna Unii Europejskiej. Wielu ekspertów wskazuje, że jesteśmy obecnie w momencie tzw. peak carbon, czyli maksymalnego uzależnienia od źródeł węglowych i węglowodorowych. Kiedy Europa go przekroczy, to eksporterzy paliw kopalnych, tacy jak Rosja, tracą lewar negocjacyjny. Oczywiście jeszcze przez wiele lat mogliby sprzedawać nam gaz, ropę i węgiel, ale relacja sił w tym układzie zmienia się już tylko na ich niekorzyść.

A skoro lepiej nie będzie…

To jest ostatni moment na próbę osiągnięcia celu strategicznego, jakim jest odbudowa imperium i jego strefy wpływów poprzez wykorzystanie dostępnych Rosji instrumentów mocy – siły zbrojnej i kontroli dostępu do krytycznych dla państw europejskich surowców. Najprawdopodobniej jednak Putin uzyskał odwrotny efekt – wojna przyspieszy to, co Europa i tak miała w planie.

Czyli?

Transformację energetyczną i odejście od paliw kopalnych. Przecież nawet niemiecka Energiewende, tak często u nas wyśmiewana jako ideologiczny humbug, skrywający naiwność lub lewe interesy z Rosją, była i jest, przy wszystkich zastrzeżeniach, konsekwentnie realizowaną strategią. Jej celem jest uzyskanie pełnej niezależności energetycznej.

No to coś słabo wychodzi, skoro jeszcze pół roku temu Niemcy kończyli budować kolejną rurę pod Bałtykiem do sprowadzania miliardów metrów sześciennych rosyjskiego gazu.

Bo strategia długofalowa i polityka bieżąca to dwie różne rzeczy. Na tym pierwszym poziomie Niemcy zakładali nie dozgonną miłość z Rosją, tylko uzyskanie w połowie stulecia samowystarczalności energetycznej opartej na systemie odnawialnych źródeł energii.

A do czego im była ona potrzebna?

To konieczność strategiczna wynikająca choćby ze znaczenia przemysłu dla gospodarki niemieckiej, a tym samym znaczenia dostępu do energii i jej kosztu dla konkurencyjności. Nie można też nie doceniać tradycji intelektualnej – już ponad 100 lat temu noblista z chemii Wilhelm Ostwald rozwijał filozofię monizmu, której fundamentem była zasada poszanowania energii jako czynnika spajającego rzeczywistość. Świadomość, że termodynamika jest podstawą procesów życiowych i gospodarczych, jest w Niemczech silnie zakorzeniona.

To bardzo dobrze brzmi, ale czy decyzja o wyjściu z atomu też opierała się na takiej filozofii?

Nie, to katastrofa w Fukushimie doprowadziła do bezsensownych decyzji o wyłączeniu istniejących i działających bloków przed końcem ich żywotności technologicznej. To się wydarzyło pod presją polityczną i wynikało z innej, silnej w Niemczech tradycji oporu przeciw atomowi, sięgającej początku lat 70. Tamta decyzja była błędem, ale ona nie zmienia tego, że model transformacji niemieckiej zmierza konsekwentnie do celu.

To Niemcy, a reszta?

Podobnie z transformacją w wymiarze unijnym, co zresztą zapisano w europejskim Zielonym Ładzie i potwierdzono już po napaści Rosji na Ukrainę w programie Repower EU. Zakłada on przyspieszone odejście od importu nośników energii z Rosji poprzez dywersyfikację źródeł i wzrost intensywności transformacji technologicznej w kierunku OZE oraz wzrostu efektywności energetycznej.

Realne to jest?

To, czy plan się powiedzie, zależeć będzie nie tylko od determinacji politycznej, ale także rozwoju nowych technologii energetycznych, zwłaszcza w kluczowym aspekcie, jakim jest ich wydajność mierzona wskaźnikiem EROEI – ilości energii uzyskiwanej z jednostki energii włożonej w działanie systemu. O tym czynniku często zapomina się w debacie, a ma fundamentalne znaczenie – to on zdecydował o sukcesie ropy naftowej w XX wieku.

Jeśli dobrze rozumiem, polityka klimatyczna może nam się udać lub nie, ale tak czy inaczej, jej kontynuacja ustawia Rosję w niekorzystnej pozycji na dłuższą metę.

Tak – wygląda na to, że taka konstatacja połączona z błędną analizą sytuacji w Ukrainie skłoniła Putina do inwazji w lutym tego roku. Dodajmy zresztą, że to założenie Rosjan – że jedno mocne uderzenie w centrum wywoła dekompozycję państwa ukraińskiego – miało pewne podstawy.

I że Ukraińcy będą Rosjan witać kwiatami?

Nie, to przekonanie było fundamentalnie błędne, ale już to, że struktura państwowa się rozleci – nie było zupełnie absurdalne. Wielu ekspertów ukraińskich też się tego obawiało, a jeszcze w listopadzie ubiegłego roku niespełna 10 procent pytanych w ankietach Ukraińców twierdziło, że ich państwo wypełnia swoje zadania.

Spróbujmy zatem odpowiedzieć, dlaczego Ukraińcy się utrzymali jako państwo?

Na pełne analityczne wyjaśnienie trzeba będzie poczekać, wiele rzeczy wiemy już jednak na pewno. Ukraińcy zbudowali po 2014 roku strukturę, którą czasem nazywa się horyzontalnym państwem sieciowym. To wynik po części przekonania, że w warunkach ukraińskich nie da się zbudować systemu władzy o silnym centrum. To przekonanie zgodne jest wszakże ze współczesnymi koncepcjami zarządzania publicznego wskazującymi, że przy złożoności społeczeństwa i wyzwań, z jakimi trzeba się mierzyć, zdecentralizowany system policentryczny jest efektywniejszy.

Ale centrum nie lubi dzielić się władzą. Zazwyczaj.

Oczywiście, centrum zawsze ma pokusy, by koncentrować władzę i nie uniknął jej też Wołodymyr Zełenski. Było to widać podczas pandemii, kiedy wybuchł bunt merów przeciwko prezydentowi – otwarcie sprzeciwiali się rozporządzeniom sanitarnym narzucanym z Kijowa. Reforma ustrojowa rozpoczęta pod hasłem decentralizacji we wspomnianym 2014 roku i domknięta w swych najważniejszych punktach w roku 2020 uchroniła jednak Ukrainę przed autorytarnym przejęciem władzy i co najważniejsze, sprawdziła się w trakcie wojny.

Stereotypowo głównym przeciwnikiem władzy centralnej w Ukrainie byli nie merowie, ale regiony.

Tak, ale w ramach reformy decentralizacyjnej skonsolidowano gminy – kiedyś było ich mrowie, blisko 11 tysięcy – w dużo większe, zdolne do samodzielnego funkcjonowania organizmy. Odbyło się to przede wszystkim kosztem siły regionów. Nie przebiegało to bez napięć, ale konflikt o wpływy okazał się twórczy.

I jak się rozstrzygnął?

W jego trakcie wykrystalizował się układ, w którym władze na poziomie obwodów i rejonów mają charakter mieszany, tworzą je pochodzące z wyborów rady oraz powoływane centralnie obwodowe i rejonowe organy administracji państwowej. Poziom podstawowy samorządu tworzy 1470 gmin, którymi kierują władze wybierane lokalnie. Wyjątkiem jest Kijów, gdzie władza jest podzielona między mera pochodzącego z wyboru i szefa Państwowej Administracji Miasta Kijowa powoływanego przez prezydenta kraju.

Co ciekawe, proces reform i konsolidacji gmin najsprawniej przebiegał na wschodzie, stąd Dnipro czy Zaporoże okazały się najlepiej przygotowane do ataku. (...)

A dlaczego decentralizacja pomogła przygotować się do wojny? To raczej kontrintuicyjne.

Bo władze w Kijowie skoncentrowały się na rzeczach, na które miały realny wpływ, na przykład rozwoju infrastruktury krytycznej oraz armii. Szybko zmodernizowany internet, bezpieczeństwo informatyczne i polityka informacyjna koordynowana na poziomie państwa pozwoliły na skuteczną obronę przed cyberagresją i dezinformacją. Przez kilka lat wykonano zatem gigantyczną robotę, w którą sami Ukraińcy nie do końca wierzyli. No, może poza armią, bo jej unowocześnienie widoczne było z roku na rok i było wielkim powodem do dumy. Coroczne defilady w Dzień Niepodległości 24 sierpnia przypominały duchem i rozmachem te znane z Paryża na 14 lipca.

Ale państwo to nie tylko wojsko i internet. Reszta też zadziałała?

Nie można zapominać o wielkiej reformie policji, budowanej po 2014 roku praktycznie od zera, żeby wyeliminować kulturę „chabaru”, czyli systemowego łapówkarstwa. To się całkiem nieźle udało, bo jak pisze dziennikarka Natalia Humeniuk, przed 2014 rokiem kontakt z policją wywoływał strach, a dziś jest ona instytucją cieszącą się dużym zaufaniem społecznym.

A poza tym?

Pewne rzeczy były nieoczywiste, dopóki nie przeszły testu zderzeniowego. I taki test pomyślnie przeszedł na przykład system bankowy, co dla wielu ekspertów z Ukrainy, z którymi rozmawiałem, było powodem dumy, ale i miłego zaskoczenia. Okazało się, że Narodowy Bank Ukrainy (NBU), mimo uwikłania w politykę, okazał się instytucją zdolną także do przeprowadzenia poważnych reform systemowych. I o ile w wielu krajach dotkniętych wojną system bankowo-finansowy siada, o tyle w Ukrainie działa bez przerwy. Problemy były przez pierwsze trzy dni inwazji, ale przecież i u nas wtedy zabrakło pieniędzy w bankomatach, natomiast teraz obieg finansowy działa nieprzerwanie.

Po czym to widać?

Uchodźcy z Ukrainy zabrali swoje karty kredytowe do Polski i u nas wydają także pieniądze ukraińskie – na konta spływają im ukraińskie zasiłki lub pensje, jeśli pracują zdalnie. Banki prowadzą akcję kredytową – zakończona niedawno wiosenna akcja siewna była wspierana tanim kredytem dla rolników. Ba, NBU zniósł niedawno wprowadzoną ze względów wojennych kontrolę kursu hrywny, co oznacza nie tylko przekonanie o stabilności waluty, ale i finansów publicznych. Oczywiście, nie można zapominać, że gwarantem tej stabilności jest pomoc zagraniczna. Bardzo ważnym elementem infrastruktury integrującej ukraińskie państwo i społeczeństwo stał się też system zdalnych usług publicznych, tzw. DIJA – od skrótu „państwo i ja”, ale też słowa „działanie”.

Taki ukraiński e-obywatel?

Ale dużo bardziej rozbudowany niż nasz. Ich system przeszedł swój crash-test w czasie pandemii, kiedy to pod koniec 2021 roku uruchomiono system zachęt do szczepień – w pełni zaszczepieni zyskiwali prawo do premii w wysokości 1500 hrywien przelewanych na konto w banku, które potem można było przeznaczyć na wydatki kulturalne lub na podróże wewnątrz Ukrainy – skorzystało z tego kilka milionów osób. Przez aplikację smartfonową możesz też wystąpić o zasiłek, jeśli jesteś uchodźcą wewnętrznym, albo zgłosić zniszczenie nieruchomości. Cały system bezpieczeństwa w czasie wojny też działa elektronicznie – sygnały ze stacji radarowych są zsynchronizowane z alarmami bombowymi, a na końcu dostajesz informację na smartfon, że leci rakieta i trzeba biec do schronu.

To wszystko zrobiono za rządów Zełenskiego?

To wszystko jest dość wyrafinowane, bardziej niż w wielu krajach na Zachodzie, i rzeczywiście udało się to zrobić w ostatnich kilku latach. Zełenski w kampanii wyborczej obiecywał, że przeniesie państwo do smartfona, i faktycznie dowiózł to zadanie – razem z 31-letnim ministrem ds. cyfryzacji Mychajło Fiodorowem.

To był projekt wdrażany z myślą o przyszłej wojnie?

Impulsem do modernizacji systemów teleinformatycznych, w tym wzmocnienia odporności systemu bankowego, był pamiętny rosyjski cyberatak w lipcu 2017 roku, po którym padła ukraińska infrastruktura cyfrowa – dotknięte zostały banki, szpitale, serwisy rządowe i samorządowe. Teraz, mimo że mamy wojnę na pełną skalę, nie słyszymy o czymś podobnym, najwyżej Rosjanie się chwalą, że udało im się zhakować dokumenty rady miasta we Lwowie. Natomiast infrastruktura krytyczna się broni i działa.

Ale jak to możliwe? W przestrzeni cyfrowej Rosja uważana jest za potęgę.

Okazało się, że słabe skądinąd państwo inaczej niż dotąd zdefiniowało źródło siły. Zobaczyło ją nie we władczości politycznej, tak jak to sobie Jarosław Kaczyński wyobraża – że lider powie i tak ma być – ale w zdolności koordynacyjnej i umiejętności lewarowania rozproszonych zasobów. Oraz w trosce o elementy niezbędnej infrastruktury, choć nawet w tym wypadku budowano ją w modelu decentralizacyjnym, tak jak w przypadku sieci dostępu do internetu. I coś, co przez lata było symbolem ukraińskiego zacofania, dziś jest jednym z filarów systemu odporności państwa.

Rozumiem, że właśnie ta „odporność” jest kluczowym pojęciem?

Tak, przestano myśleć w kategoriach wąsko rozumianego bezpieczeństwa, za którym idzie zawsze logika hierarchii i łańcuchów dowodzenia, za to skupiono się na odporności, gdzie bezpieczeństwo jest tylko elementem, a nie kluczem.

I co to dokładnie znaczy?

Najważniejsze jest to, jak system może wchłonąć uderzenie, a potem wrócić do sprawnego działania. Oni ten system w zeszłym roku dopięli prawnie, weszła w życie między innymi ustawa o narodowym oporze, a także rozporządzenie prezydenta o narodowym systemie odporności. Do jego elementów składowych należą wspomniane samorządy i współpraca między nimi w układzie wielopoziomowego zarządzania horyzontalnego. Nie można też zapominać o roli społeczeństwa obywatelskiego oraz zagwarantowanych konstytucyjnie mechanizmów partycypacji społecznej we władzy poprzez tak zwane rady obywatelskie.

Czyli że dogadują się między sobą, a nie czekają na rozkaz z góry?

Współpracują także z „górą”, poprzez kongres miast i regionów Ukrainy, czyli ciało doradcze prezydenta, które spotkało się jeszcze w lutym w sprawie koordynacji obrony. A kiedy ruszyła inwazja, to absorpcja uderzenia po pierwszym szoku zachodziła przede wszystkim na poziomie lokalnych wspólnot i wojska.

Ale wojskiem zarządza się raczej z góry na dół.

Oczywiście, siłami zbrojnymi kieruje charyzmatyczny generał Wałerij Załużny, a politycznie minister obrony Ołeksij Reznikow, który jednak wie, kiedy się usunąć na bok, by nie zasłaniać głównodowodzącego, czyli prezydenta Zełenskiego. Ale mimo tych wyraźnych elementów hierarchii operacyjny system zarządzania armią polega na koordynacji działań mniejszych oddziałów przy dużej autonomii dowódców na niższym szczeblu.

Dlaczego to się mogło udać? Wojsko mało gdzie jest strukturą podatną na reformy, nie mówiąc o takich, które uderzają w tradycyjną hierarchię.

Nie można zapominać o rodowodzie nowej armii ukraińskiej budowanej na ruinach skorumpowanego, zdegenerowanego i zinfiltrowanego przez rosyjską agenturę systemu, jaki pozostawił Wiktor Janukowycz. Nowe siły zbrojne powstawały w dużej mierze na bazie zaciągu ochotniczego i takich jednostek jak „Azow”. Ich kultura i duch kształtowały się na podstawie legendarnych aktów bohaterstwa, by wspomnieć obronę lotniska w Doniecku przez słynnych „cyborgów”. Ale też ważnym doświadczeniem jest trauma po takich krwawych tragediach, jak kocioł pod Iłowańskiem w roku 2014 i pod Debalcewem w 2015.

Rozumiem, że to zmniejsza zagrożenie korupcją czy wrogą infiltracją, ale jednak wpływ nacjonalistów i weteranów wojny na armię może też budzić niepokój. Oni raczej nie kojarzą się z tzw. liberalnymi wartościami.

Tyle że istotnym aspektem tego „ludowego” charakteru ukraińskiego wojska jest również to, że od 2014 roku zaciągają się do niego kobiety i osoby LGBT+. Po latach braterstwa/siostrzeństwa broni ich udział w szeregach stał się w pełni normalny i akceptowany – niedawne badania opinii publicznej pokazały, że Siły Zbrojne Ukrainy są dziś najbardziej otwartą na osoby LGBT+ strukturą w Ukrainie. Mają one nawet prawo do noszenia specjalnej naszywki z jednorożcem, która upamiętnia czasy, kiedy armia raczej kojarzyła się z homofobią, a oficerowie mówili, że geje i lesbijki nie istnieją. W odpowiedzi powstał znak jednorożca, który też przecież nie istnieje.

A kobiety w wojsku ukraińskim „istnieją”?

Stanowią coraz ważniejszą część armii, tworząc tuż przed wojną 15 procent stanu bojowego SZU. Dowodzą czołgami, pododdziałami artyleryjskimi, a snajperki budzą postrach wśród rosyjskiej kadry oficerskiej systematycznie odstrzeliwanej przy każdej nadarzającej się okazji.

W efekcie trwającego osiem lat procesu powstała armia o wysokim morale, świetnie wyszkolona dzięki transferowi wiedzy z USA, Kanady, Wielkiej Brytanii, Polski i jednocześnie bardzo uspołeczniona. Istotnym aspektem tego uspołecznienia jest pamięć o bohaterach i weteranach, poczynając od kultu Niebiańskiej Sotni jako ofiary założycielskiej nowej Republiki. Na Cmentarzu Łyczakowskim we Lwowie powstała nowa kwatera poległych w wojnie trwającej od 2014 roku, ma tam swój grób m.in. Wasyl Slipak, śpiewak Opery Paryskiej, który zrezygnował z kariery artystycznej i zaciągnął się na ochotnika. Zginął na froncie w 2016 roku.

Jaką rolę odgrywa w tym wszystkim obrona terytorialna?

Jej system ma charakter regionalny z zakorzenieniem lokalnym – gminy są „współwłaścicielami” jednostek i partycypują w ich organizacji. Do tego dochodzi jeszcze sieć milicji ludowych powoływanych w gminach w czasie wojny – teraz jest ich około 400 – które dostają broń, jeśli lokalny dowódca wojskowy wyrazi na to zgodę. A w miejscowościach, gdzie nie było regularnego wojska, jak w Irpieniu czy w Buczy, jednostką samoorganizacji były nawet spółdzielnie mieszkaniowe. To wszystko bardzo udanie zadziałało, cały ten model optymalnego wykorzystania zasobów społecznych, które trudno dostrzec w normalnym czasie.

Mówisz o systemach organizowanych przez państwo, ale jak się w tym wszystkim mieści gospodarka?

Znów, w wielu sektorach ona wciąż nie jest scentralizowana, na przykład ukraińskie rolnictwo nie przeszło etapu koncentracji kapitałowej. W czasie wojny to rozproszenie rolnictwa okazało się źródłem sporej odporności. Oczywiście są trudności w dostawach, ale jednak nie ma głodu, ani nawet racjonowania żywności.

A inne branże?

Zapaść jest oczywiście duża – na przykład zużycie energii elektrycznej, które jest niezłym miernikiem aktywności gospodarczej, początkowo spadło prawie o połowę, choć odpowiadały za to głównie zakłady ciężkiego przemysłu w Zaporożu czy Mariupolu, jak Azowstal.

A ilu ludzi jest bez pracy?

Jeśli chodzi o działalność przedsiębiorstw czy poziom bezrobocia, to niestety brakuje rzetelnych statystyk. Jednak biorąc pod uwagę rozkład terytorialny wytwarzania PKB, szacowano, że w pierwszych dniach agresji działaniami wojennymi dotknięte były obszary odpowiadające za 35 procent PKB Ukrainy. Teraz to zeszło do 20 procent – głównie dzięki odblokowaniu Kijowa i Charkowa. Oczywiście otwarte pozostaje pytanie, jak będzie kształtował się popyt i możliwości produkcji w kolejnych miesiącach. Porty morskie są zablokowane, a połączenia lądowe niewystarczające do kontynuacji eksportu, choć Ukraińcy cały czas je modernizują, przykładem jest kolejowe połączenie z Polską.

Wojna to oczywiście stan nadzwyczajny w gospodarce i polityce, ale o ile dobrze rozumiem, te reformy decentralizacyjne – w kontrze do interesów oligarchów – również przeprowadzono w wyjątkowych warunkach?

Tak, to było po rewolucji godności, kiedy po ucieczce Wiktora Janukowycza obowiązki prezydenta pełnił Ołeksandr Turczynow, przewodniczący Rady Najwyższej. To stworzyło pewne okno możliwości do radykalnych zmian – legitymację formalną do rządzenia miał człowiek niezwiązany interesami wynikającymi z normalnej walki o władzę i jej sprawowania. A do tego to był czas porewolucyjnego interregnum, a więc i dużych oczekiwań i presji społeczeństwa na to, że coś się istotnie musi zmienić.

I ta radykalna zmiana polegała właśnie na decentralizacji władzy?

Tak, choć nie potrafię powiedzieć, na ile decydująca była wówczas kalkulacja, że upodmiotowienie gmin zmniejszy rolę i wpływy władz regionów najmocniej zblatowanych z oligarchami. Faktem jest, że wzmocnienie polityki lokalnej automatycznie osłabiło oligarchów, ale także możliwości oddziaływania Rosji.

W jaki sposób?

W 2019 roku powstało opracowanie, z którego wynikało, że decentralizacja zwiększa odporność na wojnę hybrydową, bo trudniej podejmować działania agresywne, gdy na miejscu działa tyle niezależnych podmiotów, a zatem i źródeł kształtowania odpowiedzi. Rozproszenie oraz koncentracja elit na interesie lokalnym sprawiły, że wpływy i rosyjskie, i oligarchiczne, znacznie się zmniejszyły.

A co z tego mieli tak zwani zwykli ludzie?

Udział z wpływów z podatku PIT pozostających w gminach jest po tej reformie większy niż w Polsce. To pozwoliło na poprawę jakości usług publicznych – taki był zresztą zamysł, żeby ludzie szybko i namacalnie odczuli, że jakość życia się poprawia. Rozwiązania podpatrzono w Polsce, korzystając z tego, co się sprawdziło w naszych reformach samorządowych. Różnice na korzyść są uderzające, co wie każdy, kto był na przykład w Charkowie w 2013 roku i rok później. Mimo że miastem kierował ten sam mer, to jednak miało się wrażenie, że jest się w zupełnie innym świecie. Zresztą wszędzie, od Charkowa po Zakarpacie, intensywność inwestycji wzrosła gwałtownie, pomimo relatywnej biedy i braku środków europejskich.

Ale co się dokładnie poprawiło?

Choćby to, że zaczęły normalnie działać bazowe usługi komunalne, jak wywożenie śmieci czy komunikacja publiczna. W Iwano-Frankiwsku autobusy są wprawdzie trzydziestoletnie, ale zaczęły jeździć według rozkładu. Ulice zaczęto naprawiać według planu potrzeb określanych lokalnie, a nie poleceń z regionu. No i do tego dochodzi rozwój lokalnej klasy średniej, częściowo finansowany pracą na emigracji.

Transferami do domu? Jak u Polaków z Wielkiej Brytanii?

Tak, ale też przywożeniem środków i inwestowaniem lokalnie. Powstało bardzo wiele partnerstw publiczno-prywatnych czy prywatno-społecznych zorientowanych między innymi na tworzenie i upowszechnianie kultury. Na nią w ukraińskim państwie pieniędzy zawsze było za mało, więc klasa średnia zaczęła sama się angażować, na przykład we wspomnianym Iwano-Frankiwsku około setki mieszkańców zrzuciło się po tysiąc euro i utworzyli coś w rodzaju spółdzielni „Tepłe Misto”, która rozkręciła atrakcyjny lokal z misją, przeznaczający zysk na działalność kulturalną.

Czyli organizacje pozarządowe nadrabiają braki pozostawione przez państwo?

Raczej inicjatywy nieformalne, spontaniczne. W Ukrainie, zresztą podobnie jak w Polsce, ciągle nie ma kultury organizacyjnej jak we Francji lub Wielkiej Brytanii, gdzie jak masz jakiś problem do załatwienia, to zakładasz stowarzyszenie. Tu działa raczej metoda wiecowa, czyli skrzykiwanie się, żeby coś wspólnie ogarnąć. Stowarzyszenie czy fundację zakładasz, jak już musisz, bo inaczej nie dostaniesz grantu. Z tego też względu więcej jest w Ukrainie energii społecznej niż instytucjonalnych możliwości jej organizacji.

Mówisz o procesie, który kojarzy się ze wzrostem aspiracji w czasach powoli rosnącego dobrobytu, wytwarzania nadwyżek, na przykład przez emigrantów, i bardzo stopniowego przechodzenia kolejnych grup w kierunku wartości tzw. postmaterialistycznych. Ale to wszystko pasuje do czasów pokoju. Czy wojna nie cofa Ukrainy do poprzedniej epoki, tej sprzed rewolucji godności? W Polsce mamy zresztą pamięć wojny nie jako czasu rozwoju nowej elity, ile dekapitacji tej starej.

Mimo całego okrucieństwa wojna toczy się jednak na ograniczonym terytorium, a najważniejsze ośrodki kulturo- i ideotwórcze Ukrainy są wolne: Kijów, Charków, Odessa, Dnipro czy Lwów. Owszem, wielu ludzi z nich wyjechało, ale swych funkcji nie straciły. A na przykład w Charkowie, wielkim ośrodku akademickim, większość kadry naukowej pozostała na miejscu i organizuje życie uczelniane i kulturalne. Od marca prowadzone są w Ukrainie prace nad planami powojennej odbudowy, aktywnie działają think tanki prywatne i publiczne.

Choć wciąż nie wiadomo, kiedy i czym się ta wojna skończy. I jaki będzie punkt wyjścia do tej odbudowy.

Niewiadomych jest mnóstwo, bo samo rozstrzygnięcie nie jest pewne. Jest też w Ukrainie świadomość, że wojna jest częścią polityki, nie tylko ukraińskiej, ale i światowej. I że jej wygrana i ochrona życia obywateli to jedno, a wejście w złożony proces polityczny, którego częścią jest rosyjska agresja, to druga sprawa. Stąd też budowanie planów odbudowy pełni funkcję integracyjną, to znaczy do wewnątrz, ale też ma znaczenie z punktu widzenia układania się z partnerami z Zachodu.

Do wewnątrz – żeby Ukraińcy wiedzieli, o co walczą?

Wiemy z wielu badań, między innymi Roberta Axelroda opisanych w książce Evolution of Cooperation, że fundamentem, na którym ludzie gotowi są działać i poświęcać się dla grupy, jest wiedza o tym, jaka nagroda czeka w przyszłości. A więc najpierw musisz tę przyszłość zdefiniować. Określić tę wartość, dla której warto ryzykować życie – inną niż uniknięcie cekaemu enkawudzisty, który strzela, jak nie pójdziesz do boju. Ukraińcy wiedzą, że to jest wojna o przyszłość, o styl życia, który już mieli, a jego przewagi dowodzą sami Rosjanie.

To znaczy?

Dowodzą tego, kradnąc na potęgę podstawowe artykuły: pralki czy dywany. Wraz z inwazją pękł mit, że Rosja jest społeczeństwem bogatszym od Ukrainy. On był podsycany propagandowo przez Putina, ale też znajdował rezonans w społeczeństwie ukraińskim. Nie przypadkiem tak duża część migracji zarobkowej kierowała się do Rosji, postrzeganej jako najbliższy bogatszy kraj. A tu nagle hordy nadciągające w rosyjskich mundurach odtworzyły stereotyp Związku Radzieckiego z roku 1939 czy 1944.

Skoro kradną, to znaczy, że są po prostu biedniejsi?

Fakty grabieży, czasem karykaturalne, były dla Ukraińców potwierdzeniem, że to oni mieli rację, budując swój model państwa i społeczeństwa. To przesunięcie wartości w Ukrainie ostatnich lat było podobne do tego w Polsce w czasie transformacji: odkrycie wartości pracy, ale też sensu życia opartego na własnym dorobku. To wszystko, co zrobili Rosjanie, potwierdza słuszność obranej drogi. I teraz chodzi o nałożenie na to wizji przyszłości i planu, który do niej doprowadzi: może być jeszcze lepiej. Nasze poświęcenie przybliża nas do Unii Europejskiej, a zniszczoną infrastrukturę odbudujemy nowocześniejszą.

Ukraińcy w to wierzą?

Na pewno pozbywają się właśnie typowego dla krajów posowieckich kompleksu niższości, jak wszędzie pomieszanego z narcyzmem zbiorowym, który przed wojną wychodził bardzo mocno w badaniach. Kiedy pytano obywateli o źródła dumy, o państwie nie mówili w ogóle. Teraz to się zmienia, narasta przekonanie, że los jest w naszych rękach i że mamy na niego wpływ. I to w tym kontekście Zełenski ze swoją niewątpliwą zdolnością do opowiadania przekonujących historii, roztacza wizję powojennej Ukrainy jako wielkiego Izraela.

Co to konkretnie ma znaczyć?

Sednem tej opowieści jest przekaz, że warunkiem biologicznego i kulturowego przetrwania narodu jest posiadanie suwerennego, silnego również w wymiarze militarnym państwa. Ukraińska pamięć historyczna naznaczona jest lękiem przed ciągle powtarzającą się apokalipsą: rewolucja i wojna domowa 1917–1921, Wielki Głód, druga wojna światowa, likwidacja UPA i antyradzieckiego podziemia przez NKWD po 1945 roku, w końcu Czarnobyl. Jak wylicza Jarosław Hrycak, Ukraińcy z milionami ofiar znajdują się w czołówce martyrologicznych statystyk.

Obawiają się powtórki?

Przekonanie o zagrożeniu egzystencjalnym, biologicznym istnienia narodu jest wśród Ukraińców bardzo silne, ponad 60 procent z nich jest przekonanych, że stawką obecnej wojny nie jest tylko pokój, ale przetrwanie. Z tego właśnie wynika pogląd, że Ukraina musi być państwem jak Izrael, to znaczy nie tylko zapewniającym dostęp do usług publicznych, ale też gwarantującym przetrwanie – chodzi o jakiś rodzaj demokracji zmilitaryzowanej. Notabene, wpływowy publicysta Witalij Portnikow krytykował na początku wojny elity polityczne, że zmarnowały czas po 2014 roku – wydając za dużo na infrastrukturę i jakość życia, a za mało na zbrojenia – bo Ukraina powinna być, jego zdaniem, jak Sparta.

To ma sens?

Trudno powiedzieć, bo też gdyby Ukraina się intensywniej zbroiła, to zapewne i Rosjanie by wcześniej zaatakowali. Nikt jednak nie kwestionuje założenia, że Ukraina musi być w stanie sama się obronić, czego pochodną jest jakiś wariant demokracji zmilitaryzowanej opartej na silnej armii.

Ale żeby mieć izraelską armię i państwo, trzeba mieć izraelską gospodarkę i technologię…

Oczywiście, przy czym Izrael też nie od razu to miał. Takie cele są zapisane wprost w założeniach do rządowego planu odbudowy przygotowywanych przez ministrę gospodarki Julię Swyrydenko pod koniec kwietnia: kompleks przemysłowo-zbrojeniowy ma być rdzeniem przyszłej gospodarki i źródłem technologii.

Jedna branża to udźwignie?

Obok przemysłu lotniczego i kosmicznego oraz informatycznego – to o tyle logiczne, że właśnie tam Ukraińcy już mają duże kompetencje. Ich informatycy od lat świadczą usługi dla biznesu na całym świecie, a słynne rakiety Neptun, które zatopiły okręt „Moskwa”, to przecież produkt ostatnich lat. „Pokrzywa” z kolei, czyli system zarządzania ogniem artylerii, jest efektem genialnej syntezy amerykańskiego know-how, ukraińskich programistów i inżynierów, którzy wykorzystali najprostsze, dostępne w zwykłych sklepach elementy – komercyjne drony i tablety.

Ale najzdolniejsi nawet informatycy nie wystarczą, do takich projektów potrzebne jest państwo rozwojowe rodem z książek Mariany Mazzucato.

Paradoks, a może raczej rozdwojenie jaźni polega na tym, że w gronach eksperckich Ukrainy dominuje równocześnie paradygmat neoliberalny, co w dużej mierze wynika z krytycznego spojrzenia na realne ukraińskie państwo ostatnich lat. Sama Swyrydenko pisze o kompleksie przemysłowym i równocześnie – że państwo ma nie wpływać na biznes i dążyć do maksymalnej deregulacji. Z jednej strony mamy zbiór idei odpowiadający na liberalny idiom, jaki dominuje wśród elit, z drugiej zaś konieczność prowadzenia gospodarki wojennej.

Gospodarka wojenna to chyba przeciwieństwo wolnego rynku?

Z perspektywy celów wewnętrznych, gdzie chodzi o pewną wizję czy wręcz marzenie na przyszłość – te sprzeczności nie są najważniejsze. To ma być motywator do działania, ale też pewna rama do szukania optimum społecznego dla rozwoju. Inna sprawa, że te wszystkie plany i pomysły mają też pełnić funkcję zewnętrzną, to znaczy skłonić do zaangażowania świat zachodni.

Żeby przygotował dla Ukrainy plan Marshalla?

Tak, przy czym chodzi o to, by Ukraińcy mogli w jak największym stopniu kontrolować proces odbudowy. Aby nie były to narzucone inwestycje w to, czego akurat Zachód potrzebuje, lecz by odpowiadały na ukraińskie potrzeby – a jednocześnie były finansowane z zewnątrz. To finansowanie musi mieć kilka etapów. Na teraz kluczowe jest zasilanie kryzysowe, które umożliwia funkcjonowanie państwa w czasie wojny – i strumień środków faktycznie płynie, równoważąc budżet.

A dalej?

Drugi etap to odbudowa podstawowej infrastruktury – i tutaj Ukraińcy liczą na rekwizycję kapitału rosyjskiego zamrożonego na Zachodzie. No i wreszcie fundusz rozwojowy służący modernizacji gospodarki, w którym muszą partycypować Unia Europejska i USA. Przy czym większość ekspertów wskazuje, że to muszą być przede wszystkim inwestycje prywatne, kapitałowe, bo wraz z nimi płynie know-how i technologie.

Ale prywatny kapitał nie pali się do inwestowania gdzieś, gdzie w każdej chwili może wybuchnąć wojna.

Propozycja w rządowym planie odbudowy jest taka, by utworzyć system gwarancji politycznych na poziomie UE lub poszczególnych państw UE. Na zasadzie, że jeśli Siemens chciałby produkować w Ukrainie pociągi, ale kalkulacja ryzyka jest niekorzystna, to minimalizuje je rząd niemiecki, gwarantując, że jak rakieta zniszczy fabrykę, to koncern dostanie wypłatę z kasy publicznej.

I Niemcy na to pójdą?

Nie wiemy, czy to rozwiązanie realne, ale pisanie takich planów to również gra – pokazywanie, że to Ukraińcy są gospodarzem projektu, że komunikują wartości, które mają przyświecać zmianie. A do tego w tych planach zaszyte są alternatywne scenariusze, na wypadek gdyby Zachód nie stanął na wysokości zadania. Zaszyte, dodam, bardzo chytrze.

Co masz na myśli?

Autorzy planu zakładają, że elementem integracji europejskiej musi być usprawnienie szlaków logistycznych, z takim założeniem, żeby każdy towar na eksport mógł się w ciągu 72 godzin znaleźć na terytorium Unii Europejskiej. Za tym idzie konkretny postulat odblokowania portów morskich, bo połączenia lądowe nie mogą obsłużyć całego wolumenu towarów.

Ale Ukraina nie jest w stanie tych portów odblokować sama – Rosjanie panują nad Morzem Czarnym.

I dlatego na dłuższą metę chce odejść od eksportu wolumenowego na rzecz wyrobów wysoko przetworzonych. Jak czytamy w rządowym dokumencie, za tonę rudy żelaza można uzyskać sto kilkadziesiąt dolarów, a za tonę maszyny wykonanej z jej użyciem na przykład 20 tysięcy dolarów. Oczywiste jest, że produkcja wysokiej wartości dodanej zmienia strukturę potrzeb logistycznych.

A co w krótkiej perspektywie?

A no właśnie. Ukraińcy sugerują, że jeśli nie będą mogli sprzedawać swojego zboża i oleju słonecznikowego za granicę, to zrobią to samo co Brazylia, czyli zaczną je przeznaczać na krajową produkcję biopaliw. Ale tu jest ukryta dodatkowa informacja. Tak się bowiem składa, że jeśli 15–20 procent paliw w Ukrainie będzie biopaliwami, to zmniejszy się presja na eksport, ale to zboże przecież odgrywało ważną rolę w bilansie żywnościowym i energetycznym na świecie. Zwłaszcza w krajach, których losem Europa musi być zainteresowana, jeśli chce przeprowadzić swoją transformację.

Dlaczego?

Niedawny kontrakt gazowy Włoch z Algierią jest tego przykładem: UE najpierw musi zdywersyfikować źródła kopalne, zanim przejdzie na niskoemisyjne, a potem z kolei będzie potrzebowała metali ziem rzadkich – Afryka jest nieodzowna z obydwu tych perspektyw. Tyle że Afryka ze spokojem politycznym, a nie będąca w stanie buntu głodowego. I Ukraińcy chytrze na to wskazują: pomóżcie nam w kwestii eksportu zboża, bo jak nie, to sobie będziemy radzić inaczej…

Sceptyk powie, że papier zniesie wszystko. Czy te wszystkie plany mają sankcję polityczną? W sensie, że realnie ktoś chce je realizować?

Dziś nad strategiami i planami na czas powojenny pracują dziesiątki osób i jest to wszystko koordynowane przez państwo. Zełenski powołał nawet radę do spraw powojennej odbudowy Ukrainy, w której znajduje się kilkanaście zespołów roboczych, naprawdę potężna machina. Działa całkiem dobrze rozwinięta sieć think tanków, jak Narodowy Instytut Studiów Strategicznych funkcjonujący pod patronatem prezydenta od 30 lat. Przygotowuje bardzo dobrej jakości materiały analityczne dla organów centralnych. Już w czasie wojny NISS opublikował kilkusetstronicowe opracowanie na temat odporności w czasach zmiany.

Pojawiają się też inicjatywy obok państwa – jak niedawny „szkic planu odbudowy” przygotowany przez grupę międzynarodowych ekonomistów z udziałem m.in. Kennetha Rogoffa czy Timofieja Myłowanowa, rektora Kijowskiej Szkoły Ekonomii.

Ale czy te plany są na serio? W Polsce też pisano takie strategie. I dla Polski, za granicą.

Wojna przekonała Ukraińców, że poziom zaangażowania Zachodu zależy od tego, czy oni sami wykażą, że warto im pomagać. Pamiętają, ile czasu musiało minąć od początku inwazji do szczytu w Rammstein, gdzie zdecydowano o daleko idącej pomocy. Nawet Amerykanie długo zwlekali z wysłaniem czegoś więcej niż javelinów i dopiero po odblokowaniu Kijowa, kiedy okazało się, że Ukraińcy potrafią przejść do kontrofensywy, pojawiła się na Zachodzie wiara, że oni mogą tę wojnę wygrać. A za nią poszły dostawy ciężkiej broni. I podobnie z każdym elementem odbudowy.

To znaczy?

Chodzi o równoważenie między tym, co Ukraińcy mają, i pozyskiwaniem zasobów z jednej strony, a z drugiej o kształtowanie polityki rozwojowej na własnych warunkach. Jarosław Żaliło, wiceszef wspomnianego NISS, mówi, że kluczowe jest myślenie na dwóch wektorach: terytorialnym i parametrycznym. Ten pierwszy zakłada, że konkretne wsie i miasta wymagają odbudowy, na co w miarę łatwo znaleźć inwestorów. I tak na przykład Włosi zobowiązali się odbudować teatr w Mariupolu, Duńczycy jakieś całe miasto, ktoś inny konkretną dzielnicę Charkowa. Takie podejście ułatwia crowdfunding pomocy, rozprasza wysiłek i daje szanse znalezienia darczyńców i wykonawców. Opiera się to na entuzjazmie samorządów, ale też lokalnych wspólnot na Zachodzie.

Rozumiem jednak, że nie wystarczy znaleźć kilkuset miast w bogatej Europie Zachodniej, żeby odbudowały Ukrainę ze zniszczeń?

I dlatego – to jest ten drugi wektor – potrzebna jest wizja celów sektorowych na poziomie całego kraju, tak żeby suma tych lokalnych odbudów składała się w parametry zmiany systemu pod względem na przykład efektywności energetycznej czy zaawansowania technologicznego poszczególnych branż. Koordynacja pracy na rzecz tych celów będzie się dokonywała w napięciu między dominującymi postawami liberalnymi a reżimem gospodarki wojennej.

I co zwycięży? „Spontaniczna gra sił rynkowych”, „ręczne sterowanie” czy coś pośrodku? I w jakim układzie politycznym?

Nie wiemy, jak Ukraińcy z tego wybrną, to znaczy, jaki system polityczny z tego powstanie. Przymus silnej koordynacji będzie ich pchał w kierunku centralizacji władzy i silniejszej legitymacji rządu w Kijowie. Z drugiej strony oni wiedzą, jak efektywna okazała się właśnie decentralizacja. To będzie kwestia układu sił wewnątrz, ale też przyjętych modeli wypracowywania konkretnych decyzji rozwojowych – są różne metodologie, jak choćby panele technologiczne znane z Danii. Ale dziś jest za wcześnie, by o tym wszystkim przesądzać.

To hasło „wielkiego Izraela”, rozwój przemysłu lotniczego i zbrojeniowego – to wszystko wydaje się funkcjonalne i sensowne z punktu widzenia obrony państwa i wysokowartościowej produkcji na eksport. Zastanawia mnie jednak, jak to się ma do zielonej transformacji całej Europy. Czy Ukraina dla UE mogłaby zostać funkcjonalnym odpowiednikiem Rosji w nowych czasach – epoce schyłku paliw kopalnych?

Na pewno Ukraina ma dużo niezbędnych do europejskiej transformacji zasobów. Jej wielkim walorem jest metalurgia, choć trzeba ją zmodernizować w kierunku przyjaźniejszym środowisku – wtedy będzie mogła służyć budowie potencjału OZE. Ukraińcy mają też olbrzymie zasoby gazu ziemnego, pod tym względem ustępują w Europie tylko Norwegii, choć w ostatnich latach zaniedbali inwestycje w tym obszarze, stając się importerem, a mogliby eksportować ten surowiec. Gaz będzie istotny nie tylko jako nośnik energii, ale też surowiec do produkcji nawozów sztucznych.

Do tego dochodzi, jak rozumiem, spory potencjał produkcji energii elektrycznej z wiatru i słońca.

Tak, a to ma przełożenie na wszystkie praktycznie branże. Bo Ukraińcy mogą stać się takim „near-shoringowym” zapleczem Europy Zachodniej, która chciałaby przesuwać swoją produkcję gdzieś w pobliże. Co więcej, na przykład Niemcy mogą wiele obecnych funkcji Polski przenieść właśnie do Ukrainy, a to z tego względu, że my już mamy problemy ze wskaźnikami śladu węglowego produkcji. Wysokie emisje naszej energetyki zaczną wkrótce uniemożliwiać niemieckim firmom zlecanie podwykonawstwa w Polsce.

A Ukraina ma energię atomową.

Tak, ponad 50 procent elektryczności czerpią z reaktorów jądrowych i mogą dużo szybciej zazielenić gospodarkę niż my w tej chwili. W tej chwili mają wręcz problem nadmiaru produkcji prądu z elektrowni atomowych, co najlepiej można rozwiązać, generując z niego paliwo i akumulować je w postaci wodoru.

Odbudowa to jest czas na eksperymenty?

Jak najbardziej. Przecież to jest doskonała okazja do wypróbowywania nowych rozwiązań, na przykład w urbanistyce czy architekturze. Domy z garażami służącymi za schrony, ale też całe kompaktowe osiedla w miejsce zniszczonych miast – tu jest duże pole do popisu. Oni mogą zatem potencjalnie stać się atrakcyjnym zapleczem surowcowym i wykonawczym, a zarazem są świadomi – czego my nie chcemy zrozumieć – że kluczem do ich transformacji są Niemcy. Politycznie, ze względu na ich rolę w UE, ale też gospodarczo, ze względu na zasoby kapitału i technologii, których nikt inny nie ma w tej masie. Jeśli w Ukrainie ma się dokonać głęboka zmiana gospodarcza, to tak jak w Polsce dokona się ona za sprawą transferu technologii z Niemiec.

Mogą być Polską bis?

Tak, taką Polską jak po 1989 roku, z wysokiej jakości kapitałem ludzkim, bliskością geograficzną i niezłą infrastrukturą. Plus – w ich wypadku – zasoby naturalne i żywność, istotne dla rynku europejskiego, ale i stabilizacji sytuacji w Afryce. Można więc wyobrazić sobie Ukrainę jako komponent układu, w którym Unia Europejska obejdzie się bez Rosji znacznie szybciej, niż to zakładano. I to nie znaczy, że musimy zupełnie zrezygnować z handlu z Rosją – byle on nie był istotny strategicznie, to znaczy, żeby Rosja nie mogła wykorzystywać handlu jako broni.

A czy nie będzie raczej tak, że Amerykanie zechcą przejąć większość gospodarczego tortu? A Niemcy się spóźnili z zaangażowaniem i pomocą Ukrainie?

Sami Ukraińcy stawiają na Niemcy, ze względu na bliskość. W dzisiejszych czasach, przy kursie na deglobalizację i skracanie łańcuchów produkcji, integracja gospodarcza przebiega raczej w wymiarze regionalnym.

No ale jest jeszcze kwestia strategiczna – to Amerykanie będą gwarantem bezpieczeństwa Ukrainy.

I taka na przykład branża zbrojeniowa może być podporządkowana wpływom Amerykanów. Ale poza tym niekoniecznie. Pamiętajmy, że w Polsce po 1989 roku to wprawdzie Amerykanie byli najbardziej aktywni, gdy chodzi o kształtowanie modelu politycznego, to oni byli kluczowi w sprawach bezpieczeństwa – ale kapitał amerykański w gospodarce ma u nas niewielkie znaczenie na tle niemieckiego, francuskiego czy holenderskiego. I Ukraińcy doskonale to rozumieją. Jarosław Hrycak pytany przeze mnie: „A jak wam Polska może pomóc?”, powiedział: „Dziękujemy za wszystko, jesteście wspaniali, robicie, co możecie, ale pomóżcie nam jeszcze dotrzeć do Niemców”.

Te wszystkie perspektywy w pierwszej kolejności zależą tak naprawdę od wyniku wojny?

To oczywiste, ale też od tego, na ile Ukrainie uda się przełożyć mobilizację wojenną na późniejszą politykę. Żeby, krótko mówiąc, trzeci Majdan nie zakończył się rozczarowaniem, a życia publicznego nie zdominowały traumy powojenne i rozliczenia. Teraz wszyscy są zmobilizowani, ale w warunkach pokoju pojawią się na pewno pytania, czy Mariupol musiał upaść, a z drugiej strony – czy było warto go bronić tak długo. Zełenski jest bohaterem wojny, ale nie wiemy, czy będzie bohaterem pokoju, czy czeka go los Churchilla, czy Trumana. Wojenna jedność już zaczyna pękać i uruchamiają się wzory polityki sprzed wojny.

A to się w czym objawia?

Znowu wrogiem numer jeden Zełenskiego stał się Petro Poroszenko, którego stacje telewizyjne zostały w kwietniu wyrzucone z platformy cyfrowej emisji, a wcześniej nie zostały włączone do wojennego systemu „Zjednoczonych Wiadomości” polegającego na wspólnym nadawaniu programu informacyjnego przez sojusz wybranych przez władze centralne instytucji medialnych. Nie wiemy też, jaka będzie dynamika migracji z i do Ukrainy, bo przecież transfery pieniężne były ważnym źródłem rozwoju na poziomie mikro.

A domaganie się przez Ukrainę rychłego członkostwa w Unii Europejskiej ma sens? Wydaje się to mało prawdopodobne, choćby ze względu na sprzeciw społeczeństw na Zachodzie.

Oni ten cel maksimum sprzedają językiem moralnym z jednej, i racjonalnej kalkulacji z drugiej strony – a równocześnie osiągają konkretne efekty. Przykładowo, system energetyczny Ukrainy został zintegrowany z unijnym w marcu, o rok wcześniej, niż planowano. Opowieść o dążeniu do integracji ułatwia wymuszenie różnych inwestycji logistycznych. To argument za odblokowaniem transportu morskiego, ale też za tym, żebyśmy na przykład dokończyli połączenia kolejowe z Ukrainą po naszej stronie. To wszystko razem będzie przynosiło zmianę, następować będzie funkcjonalna integracja kolejnych obszarów.

I w ten sposób Ukraina może się integrować z Unią Europejską nawet bez formalnej procedury członkostwa?

Dobrze by było. Także dlatego, że Ukraińcy poza gospodarką mogą wnieść do zjednoczonej Europy coś jeszcze. Bliskie jest mi przekonanie, jakie wyraził francuski filozof Marc Crépon w „Libération”. Twierdzi on mianowicie, że Ukraina przeżywa swój moment francuski z końca XVIII wieku, czyli tworzenia „narodu uniwersalnego”, w którym naród objawia się jako podmiot polityki, tyle że w warunkach XXI wieku. Crépon przekonuje, że po odzyskaniu niepodległości w 1991 roku, które zwieńczyło wielowiekowy proces budowania narodu politycznego i państwa, w końcu Ukraińcy zyskali warunki do życia umożliwiającego rozwijanie rozumu krytycznego, kwestionowania warunków i prowadzenia politycznego sporu.

Czyli warunki dla polityki i krytyki rzeczywistości w duchu oświecenia.

Jak żywa i intensywna była to krytyka, świadczą kolejne Majdany, masowe zrywy przeciwko złamaniu demokratycznej umowy społecznej. W toku tego procesu Ukraińcy wyrobili w sobie głęboką niezgodę na życie w kłamstwie, strachu i podporządkowaniu. A oświeceniowy charakter tego ruchu ujawnia się zdaniem Crépona w zindywidualizowanej odpowiedzialności, w niezgodzie na narzucenie jakiejś ustalonej z góry przez absolut lub obcą siłę tożsamości.

Ukraińskie doświadczenie stwarza zatem szansę na odnowienie mitu narodu oświeceniowego jako nośnika rdzennych wartości Europy: wolności, pluralizmu politycznego, wieloetnicznej wspólnoty politycznej opartej na krytycznym rozumie i wspólnej wyobraźni.

Czyli jakiej?

Zbudowanej z wielu etnosów: ukraińskiego, tatarskiego, żydowskiego i ponad setki innych, które nie tylko żyją w zgodzie, ale i tworzą ukraińskie elity polityczne i kulturalne w wymiarze krajowym i lokalnym. Wizja takiego pluralistycznego narodu politycznego zaczęła krzepnąć w czasie rewolucji godności na Majdanie, a teraz stwarza szansę, by w warunkach powojennych zbudować na niej projekt, który stawi czoła wyzwaniom, jakie trapiły Ukrainę przed wojną, jak korupcja czy dysfunkcyjny system sądowy. Oni rekonstruują dziś klasyczną demokrację liberalną, w którą my w Europie przestaliśmy już z pełnym przekonaniem wierzyć. To może być wielki wkład Ukrainy w europejską odnowę.

Nie tylko więc Zachód może w tej wojnie ratować Ukrainę? To może zadziałać i w drugą stronę?

Dla Zachodu to może być ostatni moment, żeby się skonsolidować. Stawką zwycięstwa w wojnie, a potem integracji UE z Ukrainą będzie zatem sama możliwość konsolidacji, choć bez możliwości odzyskania hegemonii globalnej. To wielkie pytanie, w ramach filozofii politycznej, na ile to narodowotwórcze doświadczenie ukraińskie może być inspirujące dla całej Europy.

krytykapolityczna.pl

Wraz z umiarkowanymi postępami „specjalnej operacji wojskowej” na Ukrainie, propagandowy rosyjski kanał NTV zwrócił się do specjalisty od przewidywania przyszłości z pytaniem o jej perspektywy. Specjalista stwierdził jednoznacznie, że zwycięstwo Rosji już niedługo.

Jak opisuje należąca do Gazpromu telewizja NTV, Iwan Fomin, 86-letni mieszkaniec Borisoglebska w obwodzie woroneskim, ma wyjątkowy dar. Nie dość, że ma zdolności lecznicze, to umie także przewidywać klęski żywiołowe, epidemie i wstrząsy polityczne. Wróż w czasach ZSRR wykorzystywał swoje umiejętności ku chwale sowieckiej ojczyzny. Był członkiem specjalnego wydziału KGB, założonego w latach 60 ubiegłego wieku przez profesora akademii nauk, filozofa Aleksandra Spirkina, założyciela laboratorium percepcji pozazmysłowej w KGB ZSRR.

Z opublikowanego w 2006 r. Komsomolskiej Prawdzie artykule o laboratorium KGB tzw. „ekstrasensów” (czyli ludzi posiadających dodatkowy zmysł) wynika, że zdolności Fomina było widać, gdy sadził w ogrodzie marchewkę z żoną. Zasiane przez niego warzywa rosły dwa razy szybciej niż żony. Jasnowidz miał też rzekomo przewidzieć trzęsienie ziemi w Armenii. A wiosną 2002 roku – katastrofę helikoptera gubernatora kraju krasnojarskiego Aleksandra Lebedzia.

Fomin, choć na emeryturze, uważnie śledzi wydarzenia na Ukrainie – też je podobno z góry przewidział. A teraz dokładnie wie, kiedy nastąpi kapitulacja „reżimu Zełenskiego”. Według medium obecny prezydent Ukrainy wkrótce ucieknie z kraju. Wpatrując się fotografię ukraińskiego prezydenta, stwierdził, że Wołodymyr Zełenski bardzo boi się o swoją przyszłość. Dostało się też prezydentowi USA. Wróż KGB stwierdził, że Joe Biden ma podobnie niestabilną psychikę jak ukraiński prezydent.

Na końcu padła też data ucieczki ukraińskiego polityka, który ma znaleźć schronienie w Polsce lub na Litwie. Data okazała się też dosyć symboliczną – 17 września. Czyli rocznicę napaści ZSRR na Polskę w 1939 r. Jednak jak trzeźwo zauważyło NTV, nie podał on jednak, w którym to roku ma nastąpić.

Sprawę skomentował Igor Girkin – rosyjski nacjonalista, w przeszłości minister obrony „Donieckiej Republiki Ludowej”, który niezwykle krytycznie ocenia rosyjskie dowództwo i władze na Kremlu.

– No to koniec ! Gdy „bojowych ekstrasensów” rzucono już do walki. Siły Zbrojne Ukrainy, jesteście w pułapce! A niedługo trzeba pomyśleć o dołączeniu bojowych szamanów! Generalnie nie ma się czym martwić i na pewno nie będą potrzebne żadne mobilizacje. 17 września Zełenski ucieknie na Litwę lub do Polski, a 18 można spokojnie wyznaczyć paradę zwycięstwa – napisał w jadowitym komentarzu na swoim kanale na Telegramie.

Rosyjski pułkownik rezerwy Specnazu GRU – czyli wojskowego wywiadu – wyśmiał przy tym urzędowy optymizm panujący wśród kremlowskiej elity. Odniósł się do słów rzecznika Władimira Putina – Dmitrija Pieskowa.

– Oczywiście podzielamy optymizm, ale co do szczegółów, nie komentujemy tego i uważamy, że to prerogatywa Ministerstwa Obrony – powiedział Pieskow, odpowiadając na pytanie, czy Kreml podziela optymizm Wiaczesława Nikonowa, zastępcy szefa Komisji Spraw Międzynarodowych Dumy Państwowej i wnuka Wiaczesława Mołotowa.

Potomek komisarza spraw zagranicznych ZSRR w wywiadzie dla Komsomolskiej Prawdy stwierdził, że podczas operacji specjalnej na Ukrainie „wszystko idzie bardzo dobrze” i że teraz przechodzi ona prawie bez strat wśród rosyjskich żołnierzy.

– Po tym, jak 80-letni „bojowy jasnowidz” został wciągnięty do operacji wojskowych, nie powinno już być już mowy o „optymizmie”, ale o przygotowaniach do świętowania zwycięstwa. Kreml jest więc nadal bardzo skromny – dodał Girkin.

Nieprzypadkowo programowi poświęconemu jasnowidzeniom Fomina nadano tytuł „Nasz dziadek Wanga”. Rosyjskie media propagandowe wcześniej latami zajmowały się przepowiedniami bułgarskiej jasnowidzki Wangeliji Pandewej Dimitrowej, znanej jako Baba Wanga. W języku rosyjskim słowo „Wanga” stało się synonimem słowa „jasnowidz”. Powstał nawet czasownik: „wangować”, oznaczający skłonność do wieszczenia rozmaitych wydarzeń.

belsat.eu

Grupa bolońska poinformowała o wstrzymaniu udziału we wszystkich jej strukturach przedstawicieli Białorusi i Rosji już 11 kwietnia, po tym, jak Związek Rektorów Rosji poparł wojnę na Ukrainie, zaś rektorzy i dyrektorzy organizacji akademickich Rosji złożyli podpisy pod pismem popierającym politykę Władimira Putina.

Wtedy to grupa wsparcia procesu bolońskiego wystąpiła z apelem o wykluczenie przedstawicielstwa Rosja, ale o Białorusi nie było jeszcze mowy. Potem członkowie EHEA i członkowie konsultacyjni zostali poproszeni o zerwanie współpracy i kontaktów z organami państwowymi Rosji i innych państwa wspierających jej inwazję na Ukrainę – chodzi przede wszystkim o Białoruś.

Zastępca ministra nauki i szkolnictwa wyższego Rosji Dmitrij Afanasjew oświadczył wtedy, że państwa popierające wojnę nie muszą z tego powodu zrywać żadnych omów.

– Powiedziałbym, że to system boloński wyszedł z Rosji, a nie my z niego – skomentował.

Rosja i Białoruś stały się tym samym pierwszymi państwami wykluczonymi z procesu bolońskiego. Do tej pory nie istniała nawet procedura wykluczenia.

Proces boloński to ruch mający na celu stworzenie Europejskiej Przestrzeni Szkolnictwa Wyższego. Został uruchomiony w 1999 roku, po podpisaniu Deklaracji bolońskiej. Celem EHAE jest wprowadzenie trójstopniowego systemu edukacji uniwersyteckiej, składającego się ze studiów licencjackich, magisterskich i doktorskich. Państwa uczestniczące w procesie bolońskim powinny też przestrzegać określonych standardów nauczania i organizacji procesu edukacji wyższej.

belsat.eu

W Rosji Władimira Putina dysydentem można zostać już w wieku 12 lat. Tak stało się w przypadku Kiryłła, szóstoklasisty z Moskwy. Jego błąd polegał na tym, że podczas lekcji historii na początku marca zapytał nauczyciela, dlaczego Putin rozpoczął wojnę i kiedy się ona skończy.

Nauczyciel odpowiedział, że wojna skończy się wraz z kapitulacją Ukrainy, ponieważ w Kijowie zapanował faszyzm. Kiryłł wyraził co do tego wątpliwości. Kilka dni później do drzwi rodziny zapukała policja z wezwaniem do stawienia się w sądzie. O sprawie poinformowała "Nowaja Gazieta".

W Dagestanie uczennica podczas ceremonii rozdania dyplomów krzyczała do mikrofonu "Nie dla wojny" i nazwała Putina "diabłem". Niedługo później, pod naciskiem władz, opublikowała w sieci filmik z przeprosinami i wycofała swoje słowa.

W Penzie uczniowie zgłosili na policję nauczyciela, który w prywatnej rozmowie skrytykował wojnę i nazwał Rosję "państwem zbójeckim jak Korea Północna". Nauczyciel jest teraz oskarżony o "rozpowszechnianie fałszywych informacji o siłach zbrojnych Rosji" i grozi mu do 10 lat więzienia.

Te trzy przypadki są przykładem zmian, jakie wojna oznacza dla rosyjskiego systemu edukacji. Nie chodzi tylko o atmosferę braku zaufania, kiedy uczniowie i studenci, nauczyciele i wykładowcy obrzucają się nawzajem wyzwiskami, ale także o zmiany strukturalne. Przez lata reżim Putina wprowadzał swój program do szkół. Do tej pory istniały w nim jednak luki, które teraz znikają.

W najnowszej wersji rosyjskiego standardu edukacyjnego FGOS, który określa zawartość podręczników i programów nauczania, po raz pierwszy pojawił się punkt "wychowanie patriotyczne". Nowa wersja FGOS została przyjęta rok temu i jest obecnie bardzo wygodna dla władzy: Wychowanie patriotyczne może być wykorzystane do uznania wojny Rosji w Ukrainie za pozbawioną alternatywy.

Ministerstwo Edukacji pokazało, jak to działa na początku marca, kilka dni po rozpoczęciu wojny. W każdej szkole w kraju odbyła się lekcja, podczas której nauczyciele uzasadniali wojnę na Ukrainie. Wcześniej otrzymali oni przewodnik z pytaniami i odpowiedziami na temat rzekomego "faszyzmu i nazizmu" w Ukrainie i wrogiego Zachodu — przewodnik po szkolnej propagandzie. Takie konspekty do historii, wiedzy o społeczeństwie czy nauki literatury są teraz, trzy miesiące po rozpoczęciu wojny, czymś normalnym.

Jednocześnie są one jasnym przesłaniem dla dyrektorów szkół i nauczycieli, którzy walczyli o wolność i którzy do tej pory wychowywali uczniów tak, by ci byli wolni i samodzielnie myśleli w niesprzyjających okolicznościach: wasz upór graniczy ze zdradą. Niezależny związek zawodowy nauczycieli w Rosji odnotowuje w ostatnich miesiącach coraz więcej przypadków wywierania presji politycznej na kolegów.

Nowe wytyczne pojawiają się też w nowych wydaniach podręczników szkolnych. Redaktorzy wydawnictwa szkolnego Oświecenie, które działa od czasów Związku Radzieckiego, otrzymali od przełożonych instrukcje, by zminimalizować wzmianki o Kijowie i Ukrainie w podręcznikach szkolnych. — Stoimy przed zadaniem udawania, że Ukrainy w ogóle nie ma — powiedział serwisowi Mediazona jeden z redaktorów Oświecenia.

Wszelkie odniesienia do niepodległej państwowości ukraińskiej muszą być w nowych podręcznikach stłumione. Ruś Kijowska, średniowieczne prekursorskie państwo Ukrainy i Rosji, ma po prostu stać się Rusią. Jeśli chodzi o chrystianizację w 988 r., nie powinno się już mówić o "chrzcie Kijowa" przez księcia Włodzimierza, ale o "chrzcie stolicy".

Przy takim nastawieniu nagle możliwe jest wszystko. Od nowego roku szkolnego w Rosji od pierwszej klasy będzie więc prowadzona "edukacja historyczna" w ramach przedmiotów "Moje środowisko" oraz "Podstawy kultur religijnych i etyki świeckiej". Ponadto na początku każdego tygodnia w szkołach ma być grany hymn i wciągana rosyjska flaga. Rząd przeznacza 1 mld rubli na zakup symboli państwowych, takich jak flagi i herby.

Rosyjskie uniwersytety także są dostosowywane do nowych warunków. Przez lata studenci byli poddawani naciskom lub usuwani z uczelni za opozycyjne poglądy. Dziś wystarczy po prostu być przeciwnym wojnie z Ukrainą. Ponad 250 rektorów rosyjskich szkół wyższych jasno dało do zrozumienia swoim studentom, jaka postawa jest od nich pożądana.

W liście otwartym poparli oni wojnę i wezwali do "denazyfikacji" i "demilitaryzacji" Ukrainy. Wśród nich znalazł się Nikita Anisimow, rektor elitarnej Wyższej Szkoły Ekonomicznej w Moskwie, która była postrzegana jako ostoja liberalizmu w rosyjskim systemie edukacji. Uczelnia Anisimowa zlikwidowała moduł "Prawa człowieka i demokratyczna administracja", a Moskiewski Uniwersytet Państwowy — moduł "Dziennikarstwo polityczne" na kursie dziennikarstwa. Władza uznała te przedmioty są politycznie wątpliwe.

Rosyjskie Ministerstwo Edukacji chce przekształcić uniwersytety w rodzaj szkoły dla młodych dorosłych. Niedawno ministerstwo zaleciło wprowadzenie na rosyjskich uczelniach stanowiska prorektora ds. edukacji. Dla urzędników ważne jest teraz, by absolwenci byli nie tylko "formowani" jako specjaliści, ale także "jako pełnoprawni obywatele rosyjskiego społeczeństwa" — powiedział niedawno wiceminister edukacji Piotr Kuczerenko.

"Funkcja edukacyjna" systemu edukacji jest bliska sercu samego Putina, który zna ją z czasów sowieckich — i który chce przekształcić uniwersytety w "miejsca edukacji" z czasów ZSRR. Ogłoszone przez Ministerstwo Edukacji plany wycofania się z europejskiego Procesu Bolońskiego (systemu koordynacji programów nauczania europejskich uczelni wyższych) wpisują się w te założenia.

Według ministra edukacji Walerija Falkowa system boloński jest dla Rosji "zakończonym etapem". Według niego Rosja potrzebuje "własnego, unikalnego systemu edukacji" opartego na "interesach gospodarki narodowej". Przyszłość studiów licencjackich i magisterskich na rosyjskich uniwersytetach jest więc niepewna, a wyniki rosyjskich studentów nie będą już porównywalne za granicą kraju.

Oznacza to, że dalsze studia na europejskich uniwersytetach będą dla Rosjan utrudnione, podobnie jak uznawanie za granicą rosyjskich dyplomów. W ten sposób Moskwa chce powstrzymać emigrację wysoko wykwalifikowanych pracowników. Rosyjska izba wyższa parlamentu stwierdziła ostatnio, że system boloński jest "odkurzaczem", który wysysa "mądrych ludzi" z Rosji do "państw nieprzyjaznych".

onet.pl