niedziela, 29 maja 2022


Prezydent Rosji Władimir Putin zadaje Ukraińcom niewyobrażalne cierpienia i domaga się straszliwych poświęceń od własnego narodu w celu zdobycia miasta, które nie zasługuje na cenę, nawet dla niego.

Rosyjska inwazja na Ukrainę, która miała na celu przejęcie i okupację całego kraju, stała się desperacką i krwawą ofensywą mającą na celu zdobycie jednego miasta na wschodzie, jednocześnie broniąc ważnych, ale ograniczonych zdobyczy na południu i wschodzie. Ukraina dwukrotnie zmusiła Putina do określenia jego celów wojskowych. Ukraina pokonała Rosję w bitwie pod Kijowem, zmuszając Putina do zredukowania jego kolejnych celów wojskowych do zajęcia obwodów donieckiego i ługańskiego we wschodniej Ukrainie. Ukraina powstrzymała go również przed osiągnięciem tego celu, zmuszając go do skupienia się na samym dokończeniu zajęcia obwodu ługańskiego. Putin rzuca teraz ludźmi i amunicją w ostatnie główne skupisko ludności w tym obwodzie, Siewierodonieck, jakby zdobycie go wygrało wojnę dla Kremla. On się myli. Gdy bitwa pod Siewierodonieckiem dobiegnie końca, niezależnie od tego, która strona utrzyma miasto, rosyjska ofensywa na poziomie operacyjnym i strategicznym prawdopodobnie dojdzie do kulminacji, dając Ukrainie szansę na wznowienie kontrofensywy na poziomie operacyjnym w celu odepchnięcia sił rosyjskich.

Siły rosyjskie atakują Siewierdonieck, chociaż jeszcze go nie okrążyły. Dokonują zdobyczy terytorialnych i mogą odnieść sukces w zdobyciu miasta i obszarów dalej na zachód. Ukraińskie wojsko stoi przed najpoważniejszym wyzwaniem, jakie napotkało je od czasu izolacji Zakładów Azowstal w Mariupolu i w przypadku upadku Siewierodoniecka może w najbliższych dniach ponieść znaczącą taktyczną porażkę, choć taki wynik nie jest bynajmniej pewny, a rosyjskie ataki mogą ponownie utknąć w martwym punkcie.

Rosjanie płacą cenę za swój obecny taktyczny sukces, która jest nieproporcjonalna do jakichkolwiek realnych operacyjnych lub strategicznych korzyści, na jakie mogą liczyć. Sam Siewierodonieck jest ważny na tym etapie wojny przede wszystkim dlatego, że jest ostatnim znaczącym skupiskiem ludności w obwodzie ługańskim, którego Rosjanie nie kontrolują. Zajęcie go pozwoli Moskwie na zadeklarowanie pełnego zabezpieczenia obwodu ługańskiego, ale nie da Rosji żadnych innych znaczących korzyści militarnych czy gospodarczych. Jest to szczególnie prawdziwe, ponieważ siły rosyjskie niszczą miasto, atakując je i będą kontrolować jego gruzy, jeśli je zdobędą. Przejęcie Siewierodoniecka może otworzyć rosyjską naziemną linię komunikacyjną (GLOC) w celu wsparcia operacji na zachodzie, ale Rosjanom nie udało się zapewnić znacznie korzystniejszych GLOC od Izjum, częściowo dlatego, że tak bardzo skoncentrowali się na Siewierodoniecku.

W międzyczasie Rosjanie nadal robią bardzo ograniczone postępy w staraniach o przejęcie kontroli nad nieokupowanymi obszarami obwodu donieckiego. Rosyjskie wojska od tygodni borykają się z sforsowaniem linii kontaktowej sprzed 24 lutego, podczas gdy rosyjskie operacje ofensywne z Izyum na południe pozostają w dużej mierze w martwym punkcie. Zajęcie Siewierodoniecka mogłoby jedynie pomóc w podboju pozostałej części obwodu donieckiego, gdyby dało Rosjanom rozpęd do budowania kolejnych operacji, ale bitwa pod Siewierdonieckiem najprawdopodobniej uniemożliwi kontynuowanie rosyjskich operacji ofensywnych na dużą skalę.

Postęp Rosji wokół Siewierdoniecka wynika w dużej mierze z tego, że Moskwa skoncentrowała siły, sprzęt i materiały zaczerpnięte ze wszystkich innych osi na tym jednym celu. Wojska rosyjskie od tygodni nie były w stanie poczynić postępów na żadnej innej osi i w dużej mierze nawet tego nie próbowały. Mimo to ukraińscy obrońcy zadali straszliwe straty rosyjskim napastnikom w okolicach Siewierodoniecka. Moskwa nie będzie w stanie odzyskać dużej ilości skutecznej siły bojowej, nawet jeśli zajmie Siewierdonieck, ponieważ lekkomyślnie wykorzystuje tę siłę bojową, zdobywając miasto.

Siły ukraińskie ponoszą również poważne straty w bitwie pod Siewierodonieckiem, podobnie jak ukraińscy cywile i infrastruktura. Rosjanie skoncentrowali znacznie większą część swojej dostępnej ofensywnej siły bojowej na zajęcie Siewierodoniecka niż Ukraińcy, kształtując jednak gradient wyniszczenia generalnie na korzyść Kijowa. Ukraińcy nadal otrzymują zaopatrzenie i materiały od swoich sojuszników, jakkolwiek powolny i ograniczony może to być przepływ. Natomiast Rosjanie nadal wykazują wyraźne oznaki, że wykorzystują dostępne zasoby siły roboczej i sprzętu, nie mając powodu, by oczekiwać pomocy w nadchodzących miesiącach.

Narastają dowody erozji profesjonalizmu wojskowego w rosyjskim korpusie oficerskim. Ukraiński Zarząd Wywiadu Wojskowego (GUR) poinformował, że rosyjscy dowódcy próbują chronić sprzęt wojskowy, zabraniając kierowcom ewakuacji rannych żołnierzy lub dostarczania zaopatrzenia jednostkom, które posunęły się zbyt daleko. Odmowa narażania sprzętu do ewakuacji rannego personelu na polu bitwy – z wyjątkiem nadzwyczajnych okoliczności – jest rażącym naruszeniem podstawowych zasad profesjonalizmu wojskowego. Takie zachowanie może mieć poważny wpływ na morale i gotowość żołnierzy do walki i ryzyko odniesienia obrażeń poza ich własnymi liniami obronnymi. ISW nie może samodzielnie potwierdzić raportu GUR, ale komentarze rosyjskich milbloggerów stanowią dla niego pewne poszlaki. Rosyjski milblogger Aleksander Życzkowski skrytykował lekceważenie przez rosyjskie dowództwo wojskowe rezerwistów na zdegradowanym froncie obwodu zaporoskiego. Życzkowski zaznaczył, że za wysokie straty i przypadki szaleństwa wśród żołnierzy odpowiadają rosyjscy dowódcy. Inny milblogger, Aleksander Chodarkowski, powiedział, że rosyjscy dowódcy nie wysyłają posiłków w odpowiednim czasie, co uniemożliwia rosyjskim siłom odpoczynek między atakami naziemnymi.

Malejący profesjonalizm wśród rosyjskich oficerów może dać szanse siłom ukraińskim. Rosyjskie morale, już i tak niskie, może dalej spaść, jeśli takie zachowanie będzie się upowszechniać i trwać. Jeśli rosyjskie wojska utknięte na drugorzędnych osiach stracą wolę walki, ponieważ bitwa o Siewierdonieck pochłonie znaczną część dostępnej rosyjskiej ofensywnej siły bojowej, Ukraina może mieć szansę na przeprowadzenie znaczących kontrofensyw, które mają duże szanse powodzenia. Ta perspektywa jest niepewna, a Ukraina może nie być w stanie wykorzystać okazji, nawet jeśli się pojawi, ale obecny model rosyjskich operacji generuje poważne luki, które Kijów prawdopodobnie będzie próbował wykorzystać.

understandingwar.org

Podczas gdy opozycja demokratyczna, część środowisk artystycznych i liberalna inteligencja mówią o całkowitej dyskredytacji kraju przez władze i potrzebie „wynalezienia Rosji na nowo”, wciąż mało wiemy o tym, co tak naprawdę myśli o inwazji na Ukrainę rosyjskie społeczeństwo.

Cenzura wojenna została wprowadzona na początku marca 2022 roku ustawą karzącą nawet 15 latami więzienia za fake newsy o rosyjskiej armii. Pogłębiła ona problemy, z jakimi od lat mierzyli się socjologowie próbujący badać nastroje społeczne w coraz bardziej represyjnym systemie. Obecnie nielegalne stało się nawet nazywanie wojny wojną, podobnie jak informowanie o sytuacji na froncie. Dotyczy to przede wszystkim liczby ofiar po stronie rosyjskiej (ministerstwo obrony ukrywa te dane) i przestępstw, jakich dopuszczają się „wyzwoliciele Ukrainy od nazizmu”. Doniesienia o masakrach cywilów czy maruderstwie propaganda nazywa „antyrosyjską prowokacją”.

Rosjanie konsumują zatem całkowicie wypaczony przekaz medialny i wiedzą, że nieprawomyślność podlega karze. Według organizacji broniącej praw człowieka Agora dotychczas wszczęto co najmniej 53 sprawy karne za „fejki”. Sypią się też kary za „dyskredytację” rosyjskiej armii – nowe wykroczenie administracyjne, za które grozi grzywna. Do tej pory sądy rozpatrzyły ponad 2 tysiące takich spraw.

W połowie grudnia 2021 roku w sondażu państwowego ośrodka WCIOM dotyczącego stosunku Rosjan do Ukrainy jedynie 9% ankietowanych uznało ją za państwo wrogie Rosji. Można zakładać, że deklarowane poparcie dla inwazji byłoby wówczas na podobnym poziomie. Pośrednio świadczą o tym badania niezależnego Centrum Lewady z 2021 roku, z których wynikało, że Rosjanie boją się wojny i jej nie chcą. Obecnie jednak w różnych sondażach (zarówno niezależnych, jak i państwowych ośrodków) deklarowane poparcie dla „wojskowej operacji specjalnej” w Ukrainie plasuje się średnio między 70% a 80%.

W sondażu Centrum Lewady z końca kwietnia 74% respondentów poparło działania rosyjskiej armii (przeciwników było 19%), podczas gdy w marcu poparcie dla nich wynosiło 81%. Między marcem a kwietniem z 53% do 45% spadł udział osób popierających je „zdecydowanie”, a z 6% do 11% wzrósł odsetek tych, którzy są „zdecydowanie przeciwko”. Jak wskazuje dyrektor Centrum Lewady, Denis Wołkow, w porównaniu ze „zdecydowanie popierającymi”, wśród respondentów, którzy „raczej popierają” działania rosyskiej armii, dwukrotnie więcej jest tych, którzy odczuwają lęk lub wręcz przerażenie w związku z sytuacją, a poczucie dumy jest wśród nich wyraźnie słabsze.

Może to świadczyć o narastaniu wątpliwości – bądź co do sensu inwazji, bądź jej przebiegu czy skuteczności (choć 73% wierzy w zwycięstwo Rosji, a jedynie 7% obciąża swój kraj odpowiedzialnością za ofiary i zniszczenia). Świadomość rosyjskich niepowodzeń wsącza się powoli do obiegu informacyjnego przez szczeliny w propagandowych zasiekach. Ci sami propagandyści, którzy jeszcze niedawno grzmieli o „denazyfikacji całej Ukrainy”, dzisiaj wielokrotnie wychwalają wciąż te same drobne sukcesy rosyjskiej armii na Donbasie, strasząc jednocześnie Zachód rosyjską bronią nuklearną. Władimir Putin wygłosił nijakie przemówienie w najważniejszym dniu rosyjskiego kalendarza, 9 maja: w obliczu faktów nawet on nie wykrzesał z rosyjskiej kampanii sukcesów, którymi można by się pochwalić.

Jest jednak zbyt wcześnie, by na podstawie dotychczasowych badań prognozować długofalowe trendy, tym bardziej że deklarowane poparcie dla prezydenta utrzymuje się na stabilnie wysokim poziomie (82% w kwietniu, praktycznie bez zmian w porównaniu z marcem).

Mimo że przytoczone liczby zdają się świadczyć o powrocie imperialnej euforii, jaką pamiętamy z okresu po aneksji Krymu, w rzeczywistości Rosjanom daleko do „krymskiego” entuzjazmu. Żeby zrozumieć mechanizmy deklarowanego poparcia, dużo bardziej przydatne są badania jakościowe, pogłębione wywiady prowadzone przez niezależnych socjologów (m.in. z Centrum Lewady czy Public Sociology Laboratory), których celem jest analiza sposobu argumentacji i mechanizmów myślenia respondentów, przede wszystkim zwolenników władzy. W przeciwieństwie do badań ilościowych nie są one reprezentatywne dla całości społeczeństwa. Podczas takich wywiadów kładzie się nacisk nie na pytania „plebiscytowe” (czy jest pan/pani „za” czy „przeciw”), ale takie, które mają ujawnić motywacje respondentów, a często – niekonsekwencje w udzielanych odpowiedziach i ich przyczyny.

Jak wynika z tych wywiadów, bezkrytycznych zwolenników wojny jest stosunkowo niewielu. Według Aleksieja Lewinsona, socjologa Centrum Lewady, mogą oni stanowić około 20% społeczeństwa, podobnie liczna jest grupa przeciwników. Pozostali to tzw. bagno (ros. bołoto) – ludzie de facto bez poglądów, dostosowujący się do wymogów okoliczności. Co ważne, odpowiedzi tych samych osób mogą się różnić nawet w zależności od okoliczności prowadzonej rozmowy.

Robiące karierę w internecie sceny patriotycznego wmożenia (quasi-faszystowskie w swej poetyce mityngi poparcia dla inwazji, dzieci ustawione w kształt litery „Z”, uczniowie i studenci skandujący hasła poparcia) są na ogół zorganizowanymi przez władze, wyreżyserowanymi ustawkami, do udziału w których zmusza się ludzi uzależnionych od państwa: lokalnych urzędników czy pracowników sektora budżetowego. Dekonstrukcja transmisji z imprezy propagandowej na moskiewskim stadionie Łużniki 18 marca, przeprowadzona przez rosyjskich blogerów, podważyła zarówno wiarygodność oficjalnej liczby 200 tysięcy uczestników, jak i ich entuzjazm (wiele osób szybko opuściło stadion – najpewniej niedługo po tym, jak odhaczyli się na listach obecności). Wykorzystywanie dzieci w celach politycznych, ich indoktrynacja spotyka się nierzadko z ostrą reakcją rodziców – szczególnie w wielkich miastach; wielu dyrektorów i nauczycieli również nie wykazuje się gorliwością we wdrażaniu odgórnych poleceń w tej kwestii.

O chłodnym stosunku do wojny świadczy też m.in. niskie poparcie dla powszechnej mobilizacji, w tym rosnąca liczba żołnierzy i funkcjonariuszy Rosgwardii (formacji łączącej cechy sił wojskowych i policyjnych, służącej do pacyfikacji zajętych terenów), którzy odmawiają walki w Ukrainie (obrońcy praw człowieka szacują, że ich liczba idzie w tysiące). Jednak ponieważ Rosja formalnie nie jest w stanie wojny z Ukrainą, władze mają ograniczone narzędzia nacisku na nieposłusznych. Symptomatyczny był także marcowy komunikat władz wojskowych w Petersburgu. Po tym, jak nagłośniono przypadki wysyłania na wojnę źle wyszkolonych poborowych, władze przyznały, że z uwagi na „wojnę psychologiczną ze strony wrogów Rosji”, wzrasta lęk przed służbą wojskową i nasilają się nastroje antypaństwowe. Od 24 lutego w Rosji próbowano podpalić co najmniej 13 komisji wojskowych. W kwietniowym ogólnorosyjskim sondażu niezależnej grupy Russian Field 56% mężczyzn oznajmiło, że nie wzięłoby udziału w „operacji specjalnej”. Największą gotowość do walki deklarowali emeryci i ludzie z wysokimi dochodami – czyli ci, którzy i tak nie zostaliby wysłani na front z racji wieku albo możliwości wykupienia się od służby.

Trudno rozpoznać, jaka część Rosjan w pełni świadomie i samodzielnie wybiera postawę antyukraińską, a jaka deklaruje ją bezrefleksyjnie, ze strachu, z obojętności, albo żeby ankieter, w oczach respondenta uosabiający państwo, po prostu dał już spokój. Choć Centrum Lewady odnotowuje wysoki poziom deklarowanej dumy z armii i prezydenta (około połowy ankietowanych), to niewiele niższy jest poziom negatywnych emocji: w związku z aktualną sytuacją około 40% Rosjan odczuwa wstyd, wzburzenie, gniew bądź depresję. Bardziej świadczy to o polaryzacji niż o jedności społeczeństwa.

Przeciwko wojnie jest najczęściej najmłodsza grupa wiekowa (18–29 lat – odsetek sprzeciwu wynosi w niektórych badaniach nawet 50%), mieszkańcy wielkich miast, osoby czerpiące informacje z internetu, w tym mediów społecznościowych, a także ludzie najbiedniejsi – świadomi, że to oni staną się pierwszymi ofiarami geopolitycznych awantur Kremla. Jak wynika z marcowego sondażu Russian Field, poziom poparcia jest też nieco niższy wśród kobiet oraz wśród osób, które wyjeżdżają za granicę.

Za suchą matematyką ankiet kryje się zatem bogaty wielogłos emocji i motywów, jakie skłaniają ludzi do deklarowania poparcia dla Putinowskiej agresji.

Władza niemal całkowicie zawłaszczyła język opisu świata, delegalizując konkurencyjne narracje. W sondażach nie wolno pytać o stosunek do „wojny”, a sformułowanie „operacja specjalna” już na wstępie prowadzi do wypaczania języka, jakim myśli się i mówi o inwazji, a zatem i stosunku do niej. Od piewszego dnia agresji władze dążyły do pełnej blokady informacyjnej i mobilizacji społeczeństwa „wokół flagi”, w tym poprzez eskalację zmasowanej kampanii propagandowej, demonizującej Ukrainę i Zachód w duchu orwellowskim. Kampania ta jest prowadzona w telewizji, szkołach, na uczelniach i w przestrzeni miejskiej. Hasła i symbole wojny naklejane są na billboardy czy środki transportu publicznego (litery „Z” czy „V” na prywatnych samochodach spotyka się rzadko). Jej ważnym elementem jest przekonywanie odbiorców, że większość popiera prezydenta i jego politykę oraz że krytyka własnego państwa jest tożsama ze zdradą.

Celem władz jest nie tyle przekonanie odbiorców do jednej, „kanonicznej” wersji wydarzeń, ile ich zombifikacja: pozbawienie zdolności samodzielnego myślenia, oszołomienie i sianie chaosu semantycznego. „Zombie” mają bezrefleksyjnie przyjąć dowolną narrację; dzięki temu propaganda ma być zdolna elastycznie dostosowywać przekaz do szybko zmieniających się okoliczności i skutecznie sprzedawać go odbiorcom. A jakie treści sprzedaje? Rosja nie zabija cywilów i nie niszczy miast. Rosja przeprowadza punktowe uderzenia na obiekty wojskowe „z chirurgiczną precyzją”. Ukraińscy cywile są ofiarami zbrodniczych działań własnej armii i bojowników nazistowskich ugrupowań, którzy robią z nich żywe tarcze. Rosja nigdy na nikogo nie napadała pierwsza, Rosja zawsze się broniła. Na Zachodzie panuje nowy nazizm – rusofobia. Zagrożone jest samo istnienie narodu rosyjskiego. „Gdybyśmy my nie uderzyli, uderzono by na nas, to była kwestia dni” (nieprzypadkowo w tym kontekście wykorzystuje się nieprzygotowanie ZSRR na hitlerowską agresję w 1941 roku). Społeczeństwo przyjmuje te zdania jako prawdziwe z kilku powodów.

Po pierwsze, na długo przed inwazją Rosjanie w dużej mierze zobojętnieli na tematykę ukraińską, obecną w mediach od 2013 roku. 24 lutego bieżącego roku przyjęli zatem pierwszą gotową narrację, jaką im zaoferowano. Po drugie, rosyjskie władze instrumentalnie rozgrywają zapotrzebowanie społeczeństwa na poczucie wyjątkowości („jesteśmy lepsi niż reszta”, „racja jest po naszej stronie”) oraz potrzebę posiadania wroga. Po trzecie, narracja jest wszechobecna, przytłacza figurami retorycznymi, hiperbolami ilustrującymi skalę zła, z jakim rzekomo walczy rosyjska armia.

Po czwarte, wszystkie znaczące niezależne media albo zaprzestały działalności, przynajmniej na jakiś czas, w związku z represjami, albo zostały zdelegalizowane w Rosji, albo są blokowane. Najważniejszymi źródłami niezależnej informacji pozostają obecnie serwisy YouTube i Telegram. Dziennikarze kontynuują pracę, lecz żródła rzetelnej informacji są rozproszone, co utrudnia dotarcie do niej. Dostęp do wielu stron jest możliwy jedynie przy użyciu VPN.

Po piąte, większość Rosjan nie sięga po niezależne informacje, bo albo nie jest gotowa na przyjęcie trudnej prawdy o wojnie, albo na przyznanie, że tę prawdę znają. Wymagałoby to bowiem podjęcia dyskusji o zbiorowej winie i odpowiedzialności. Istnieje też silna obawa przed dyskredytacją państwa, które pozostaje w zasadzie jedynym trwałym punktem odniesienia dla tożsamości zbiorowej.

Najbardziej szokuje odrzucanie faktów, relacji przyjaciół czy krewnych z Ukrainy. Opowieści z pierwszej ręki przegrywają z telewizją (jako główne źródło informacji traktuje ją dwie trzecie respondentów). Wiele rodzin doświadcza w związku z tym głębokich podziałów, szczególnie międzypokoleniowych, gdyż polaryzacja według kryterium wieku jest najsilniejsza. Jak w majowym wywiadzie dla „Gazety Wyborczej” stwierdził socjolog Grigorij Judin, agresywne odrzucanie, wypieranie faktów to reakcja człowieka, który wszystko wie i rozumie, ale próbuje za wszelką cenę uratować swój „kruchy wewnętrzny świat”.

Z kolei w rozmowie z „Wyborczą” w marcu bieżącego roku Aleksiej Lewinson z Centrum Lewady skonstatował: „ludzie chcą być oszukiwani”. Daje o sobie znać atomizacja społeczna i depolityzacja – ludzie zamykają się w swoim świecie, którego granice rzadko wykraczają poza najbliższą rodzinę i wąski krąg przyjaciół. Jak jednak donoszą specjaliści, w ostatnich miesiącach znacząco wzrosła liczba osób zwracających się o pomoc psychologiczną.

Choć Rosjanie nie mają spójnego wyobrażenia na temat celów „operacji specjalnej”, przedstawiane przez nich interpretacje sensu inwazji (obrona granic Rosji, obrona ludności DNR i ŁNR, zapobieżenie człokostwu Ukrainy w NATO) odzwierciedlają zmienny przekaz forsowany przez telewizję. Daje też o sobie znać swoisty „efekt utopionych kosztów”, widoczny zwłaszcza w wypowiedziach członków rodzin poległych żołnierzy: „trzeba iść do końca, do zwycięstwa, przecież oni nie zginęli na darmo”.

Innym powodem wysokiego deklarowanego poparcia dla władz jest obawa przed represjami, zorganizowanym hejtem w internecie, przemocą oraz ostracyzmem społecznym (zwłaszcza w mniejszych zbiorowościach) przy jednoczesnym braku poczucia sprawczości i wiary w sens protestu. O skali obaw świadczy wzrost odsetka odmów udziału w ankietach. Jak wskazują sondaże Russian Field (większość ośrodków w ogóle nie podaje takich danych), w marcu sięgnął on 95% i był znacząco wyższy niż w lutym. W jednym z marcowych sondaży jedna piąta ankietowanych oświadczyła, że obawia się brać udział w podobnych badaniach. 68% z nich nie była zadowolona z sytuacji w kraju, wyraźna większość odczuwała też negatywne emocje w związku z „operacją specjalną”. Można zakładać, że nastroje takie są właściwe przede wszystkim osobom, które uchylają się od uczestnictwa, natomiast zwolennicy władz wypowiadają się o wiele chętniej. W rozmowach z socjologami ludzie mówili: „to chyba niebezpieczne pytania, lepiej nie odpowiadać, politycznych pytań nie chcę”; „od nas i tak nic nie zależy”; „ojej, chlapnę coś, a wy mnie potem posadzicie”. Były też i pogróżki: „wasze pytania są nielegalne, jeśli teraz zadzwonię do FSB, to do domu na noc nie wrócicie”.

Ten ostatni przykład jest istotny: podczas wojny zauważalnie wzrosła liczba donosów z pobudek „patriotycznych”. Do donoszenia wprost zachęcają władze (m.in. rozsyłając smsy z apelem, by informować o podejrzanej aktywności czy nieprawomyślnych wypowiedziach innych osób). Według informacji niezależnych mediów, moskwianie znajdowali w skrzynkach pocztowych listy z propozycjami donoszenia na politycznie nieprawomyślnych sąsiadów, „wyrażających nienawiść wobec Rosji i Putina” lub finansujących działalność Nawalnego (który w świecie putinowskiego totalitaryzmu odgrywa rolę Emmanuela Goldsteina).

Znaczna część społeczeństwa jest sfrustrowana złą sytuacją społeczno-ekonomiczną, korupcją i bezprawiem.

Paradoksalnie przyłączenie się do agresora (władzy państwowej) to – jak wyjaśniają socjologowie – sposób obrony w sytuacji, kiedy człowiek ma dojmujące poczucie, że stał się ofiarą okoliczności. Poparcie dla propagandy wojennej może być ujściem dla buntu i frustracji z powodu świadomości przegranej zarówno na poziomie indywidualnym, jak i zbiorowym. Przyzwyczajenie do życia w systemie opartym na przemocy skutkuje przeświadczeniem, że zarówno w polityce zagranicznej, jak i wewnętrznej decydujące jest prawo siły, nie siła prawa.

Ostatnia dekada pokazała, że ani uliczne demonstracje, ani niezależne media, ani do niedawna silne zalążki społeczeństwa obywatelskiego nie są w stanie powstrzymać represyjnego kursu władz. W ciągu ostatnich dwóch lat zlikwidowano wszelkie struktury, jakie dzisiaj mogłyby się stać motorem protestu antywojennego, a wielu oponentów reżimu znalazło się na przymusowej emigracji. Zwłaszcza na prowincji silne jest przekonanie, że „przetrwa ten, kto milczy”. To zatem nie „donbaski entuzjazm”, ale konformizm, mimikra: Rosjanie wiedzą, że najlepiej być niewidocznym dla własnego państwa, przyłączyć się do większości, nie wychylać się. Towarzyszy temu nadzieja, że „problem” niedługo się rozwiąże, choć wielu jest przekonanych, że jeśli nie sama wojna, to skutki konfrontacji z Zachodem utrzymają się bardzo długo. Paradoksalnie, i jednych, i drugich te rozbieżne przekonania doprowadzają do wyboru strategii adaptacji, a nie oporu.

Od końca lutego zespół Public Sociology Laboratory prowadził pogłębione wywiady w Rosji (online i offline – te ostatnie w Moskwie i Petersburgu). Choć nie należy wysnuwać daleko idących wniosków na podstawie badań jednego ośrodka, można roboczo zarysować kilka typów sojuszy, jakie obywatele Rosji są gotowi zawrzeć z władzą.

1) Sojusz domyślny. Dotyczy bezrefleksyjnych konsumentów propagandy państwowej, na ogół nie korzystających z innych źródeł informacji, posługujących się kliszami narracyjnymi serwowanymi przez telewizję. Jednak im więcej czasu upływa od początku inwazji, tym większa część tych osób jest gotowa poddawać w wątpliwość serwowany im obraz świata.

2) Sojusz imperialny. Dotyczy zdeklarowanych, świadomych zwolenników „projektu imperialnego” (chodzi o odzyskiwanie przez Rosję dominującego wpływu w tzw. przestrzeni poradzieckiej i skuteczne przeciwstawianie się Zachodowi), którzy ukształtowali swoje przekonania na długo przed wojną. Wiedzą, co się dzieje w Ukrainie, ale uważają, że ofiary na wojnie są nieuniknione. Popierają politykę zagraniczną Putina, nawet jeśli krytykują politykę wewnętrzną. Są też najmniej podatni na perswazję.

3) Sojusz przeciwko wspólnemu wrogowi. Ta grupa wolałaby, żeby wojny nie było, ale skoro już się rozpoczęła, to usprawiedliwiają ją potrzebą przeciwstawienia się NATO. Co ciekawe, tacy ludzie niekoniecznie ufają kremlowskiej propagandzie; mogą sięgać po alternatywne źródła informacji. Są też świadomi poważnych skutków społeczno-ekonomicznych wojny.

4) Sojusz taktyczny, charakterystyczny dla osób osobiście związanych z Donbasem. Stają one po stronie Kremla, nawet jeśli są ogólnie krytyczne wobec rosyjskich władz, bo nadrzędnym celem pozostaje obrona tożsamości ludności regionu przeciwko „ukrainizacji” i zakończenie trwającego od 2014 konfliktu.

5) Sojusz mimo wszystko. To zwolennicy podejścia right or wrong, my country. Mogą oni odnosić się krytycznie zarówno do celów, jak i metod wojny, ale nie są w stanie zwrócić się przeciwko ojczyźnie.

Czas pokaże, czy przesączająca się powoli do świadomości społecznej prawda o kosztach wojny (ludzkich i materialnych) doprowadzi do odrodzenia się nastrojów krytycznych wobec władz, które nasilały się w ostatnich latach przed inwazją. Jeśli nawet tak się stanie, w przewidywalnej przyszłości nie doprowadzi to do aktywizacji protestu. To nie postawy społeczne, ale wyłącznie klęska Rosji na polu bitwy może zmienić losy tej wojny.

new.org.pl

sobota, 28 maja 2022


Doskonalenie wozów bojowych dotyczy najczęściej kilku obszarów. Najprościej zastosować nową amunicję oraz przyrządy obserwacyjno-celownicze. Więcej wysiłku wymaga od inżynierów zastosowanie nowego głównego uzbrojenia (armaty) oraz nowego silnika/układu przeniesienia mocy. Największym wyzwaniem jest zwykle wzmocnienie bazowego opancerzenia, co często wymaga np. skonstruowania nowej wieży (co zdarzyło się np. dwukrotnie w przypadku czołgów Leopard). Prostszą alternatywą bywa zastosowanie opancerzenia dodatkowego w postaci ekranów i modułów zewnętrznych, dodanych do dotychczasowego pancerza.

W przypadku czołgów z rodziny T-54 pierwszy etap modernizacji miał dość ograniczony charakter. Zaczęto na nich instalować armaty stabilizowane najpierw w jednej (1954 r.), a potem w dwóch płaszczyznach (1956 r.). Wprowadzono nocne przyrządy obserwacyjno-celownicze (1957 r.) oraz osprzęt do forsowania rzek po dnie (1958 r.). Zastosowano trwalsze gąsienice (1966 r.) i unowocześnione środki łączności. Nietypową modernizacją było wprowadzenie w przedziale bojowym wykładzin pochłaniających promieniowanie przenikliwe (1962 r.). Dalsze zmiany – wdrożenie nowej amunicji, zastosowanie zewnętrznego opancerzenia dodatkowego itd. wprowadzano w trakcie kapitalnych remontów tych czołgów na przełomie lat 70. i 80. ub. wieku, gdy były już produkowane w ZSRR wozy bojowe kolejnych dwóch generacji.

Twórcy T-54, czyli inżynierowie z KB-60 przy fabryce nr 75 w Charkowie kierowani przez A. Morozowa wykazywali niewielkie zainteresowanie modernizacją starszych czołgów koncentrując się na opracowaniu wozu nowej generacji – późniejszego T-64. Gdyby czołg ten powstał na czas, takie podejście byłoby jak najbardziej zasadne. Niestety, na przeszkodzie stanęły zarówno czynniki obiektywne, jak i subiektywne. Prawdopodobnie największy wpływ na późniejsze problemy miało żądanie wojska, aby nowy czołg był pod każdym względem lepszy od T-54 (siła ognia, opancerzenie, ruchliwość w terenie), a równocześnie nie był od niego znacząco cięższy. Zmusiło to konstruktorów do poszukiwania oryginalnych i często ryzykownych rozwiązań, wskutek czego ryzyko techniczne (prawdopodobieństwo stworzenia nieudanej konstrukcji) systematycznie rosło. Nowy wóz musiał być nie konstrukcją ewolucyjną, bazującą na sprawdzonym T-54, a rewolucyjną.

Ostatecznie wymagania wojska spełniono, ale proces tworzenia nowego czołgu, a szczególnie jego dopracowywania trwał znacznie dłużej, niż zakładano, a liczne zastosowane innowacje (silnik o nietypowej konstrukcji, nowy układ jezdny, automat ładowania armaty) sprawiały wiele nieprzyjemnych niespodzianek, zanim zostały „okiełznane”. Z czasem ujawniła się jeszcze jedna słabość nowej konstrukcji: w walce o ograniczenie masy zaprojektowano pojazd bardzo niewielki, o ciasnym wnętrzu. Jakiekolwiek zmiany wyposażenia były przez to bardzo utrudnione, a więc potencjał modernizacyjny nowego wozu był ograniczony. Jego produkcja była na dodatek znacznie bardziej skomplikowana, niż T-54, a obsługa w jednostkach wymagała wyższego poziomu kultury technicznej. Braki w tej ostatniej dziedzinie prowadziły do częstych awarii, głównie układu napędowego i licznych, zwykle nieuzasadnionych narzekań i skarg z jednostek.

zbiam.pl

Bałtyk zamienia się w strefę zdominowaną przez NATO. Finlandia i Szwecja, składając wnioski o przyłączenie się do Sojuszu, znacznie wzmocniły nasze bezpieczeństwo. Możemy za to dziękować głównie jednemu człowiekowi - Władimirowi Putinowi.

- To istotne wzmocnienie bezpieczeństwa naszego państwa. Absolutnie. Zwłaszcza wobec daleko idącej słabości naszej Marynarki Wojennej - mówi Gazeta.pl generał Mieczysław Gocuł, były szef Sztabu Generalnego RP. Finlandia i Szwecja może na papierze nie mają potężnych sił zbrojnych, ale są one w przemyślany sposób skrojone pod możliwości obu państw oraz warunki, w jakich może przyjść im walczyć.

- To nie są kraje, które chcą wejść do NATO na kredyt. Oba dysponują istotnym potencjałem, który wzmocni sojusz - uważa gen. Gocuł.

Jeszcze pół roku temu trudno było sobie wyobrazić taki rozwój sytuacji. Finowie i Szwedzi owszem utrzymywali dobre i bliskie relacje z NATO, ale nie mieli planów wstępowania do Sojuszu. Oba państwa ceniły sobie swoją neutralność i pozostawanie na uboczu sporów NATO-Rosja. Poparcie społeczne dla ewentualnej akcesji oscylowało w Finlandii od lat w rejonie 20-30 procent. W Szwecji było nieco wyższe, ale nadal w rejonie 30-40 procent. Tyle pozwalało na utrzymywanie partnerstwa z NATO, ale nie na dążenie do formalnego wstąpienia do układu.

- Od wielu lat przy tworzeniu sojuszniczych planów działania w obszarze Morza Bałtyckiego traktowano Finlandię i Szwecję jako państwa partnerskie, współdziałające. Nawet przy założeniu ich formalnej neutralności. Bo będąc neutralnym można być obojętnym albo pomocnym. I zakładano to ostatnie, pewnego rodzaju wsparcie dla NATO - mówi gen. Gocuł. W ostatnich latach coraz częściej wojska Finlandii i Szwecji wspólnie ćwiczyły z siłami Sojuszu. Zwłaszcza jeśli chodzi o działania w powietrzu.

- Jako kraje partnerskie brali też udział od lat w ćwiczeniach zarządzania kryzysowego. Ich oficerowie regularnie pojawiali się na różnych spotkaniach. Zapamiętałem ich jako zawsze bardzo dobrze wyszkolonych, z dużą wiedzą, rzeczowych i asertywnych - mówi były szef Sztabu Generalnego.

Finowie i Szwedzi zakładali, że zagrożenie dla nich ze strony Rosji jest na tyle małe, że wstąpienie do NATO i uwikłanie się w rywalizację obu potęg tylko zwiększy szanse uwikłania się w prawdziwy konflikt. Woleli więc budować swoje specyficzne siły zbrojne, zaprojektowane tak, aby maksymalnie zniechęcić Moskwę do myślenia o użyciu siły do wywarcia presji na swoje państwa. Finowie opierają się na małej armii zawodowej, ale wspartej w wypadku konfliktu przez rzesze dobrze przeszkolonych rezerwistów, którzy razem mogliby się skutecznie bronić, wykorzystując bardzo sprzyjający teren: czyli mnóstwo lasów, jezior i terenów podmokłych. Szwedzi natomiast na również niewielkiej armii zawodowej, ale z relatywnie silnym lotnictwem i flotą, które miałyby utrudnić Rosjanom dotarcie do szwedzkiego terytorium.

Sytuacja wyglądała tak od dekad i pewnie nadal by wyglądała, gdyby nie najlepszy akwizytor NATO, czyli Putin. Podejmując decyzję o niesprowokowanej agresji na pełną skalę na Ukrainę, rosyjski przywódca ostatecznie zmienił postrzeganie rzeczywistości przez Finów i Szwedów. Bycie neutralnym, poza NATO i utrzymywanie przynajmniej poprawnych stosunków z Rosją przestało dawać poczucie bezpieczeństwa. Wręcz przeciwnie, patrząc na to co rosyjskie wojsko wyprawia w formalnie neutralnej Ukrainie. Poparcie dla akcesji do NATO w obu państwach poszybowało do górę i w ciągu miesiąca przebiło 50 procent. 17 maja 2022 roku, w mniej niż trzy miesiące od rosyjskiej agresji, Finlandia i Szwecja formalnie złożyły wnioski o akcesję do NATO.

Pomimo faktycznych bliskich związków obu państw z Sojuszem, ich formalne wstąpienie do niego i tak dużo zmieni. - Ich potencjał będzie można wpisać już wprost do tak zwanej tabeli sił. To zbiór możliwości Sojuszu, na podstawie którego określa się, jakie ambicje można realizować, czyli na przykład takie to a takie operacje na wybranym teatrze - tłumaczy gen. Gocuł. Żadnych niejasności, żadnych domysłów, pełne zaangażowanie w postaci na przykład 120 nowoczesnych samolotów wielozadaniowych, które mają być w najbliższej dekadzie wymieniane na nowsze. Do tego Finowie zamówili 70 odpalanych z powietrza rakiet dalekiego zasięgu JASSM-ER, Szwedzi budują jedne z najnowocześniejszych małych okrętów podwodnych A26, Finowie szykują się do zamówienia nowych fregat. Przykłady można mnożyć, zwłaszcza wobec decyzji obu państw o zwiększaniu wydatków na obronność.

Zdaniem byłego szefa Sztabu Generalnego niebagatelne znaczenie będzie miał też czynnik świeżej krwi w Sojuszu. - Tak jak mówiłem, to naprawdę wartościowi żołnierze ze swoimi nowymi dla NATO pomysłami, ideami i spojrzeniem - uważa gen. Gocuł. Znikną też dotychczasowe ograniczenia we wspólnych ćwiczeniach, czy wymianie informacji. Do tej pory przedstawiciele Finlandii i Szwecji musieli na przykład wychodzić ze spotkań i narad, kiedy poruszano tematy uznawane przez NATO za niejawne. - To ma w praktyce ogromne znaczenie dla tak zwanej interoperacyjności, czyli zdolności do wspólnego prowadzenia działań - mówi generał.

Wielkim wkładem obu państw w NATO będzie ich terytorium, a zwłaszcza przestrzeń powietrzna nad nim. Nieskrępowany dostęp do niej znacznie upraszcza działanie sił powietrznych Sojuszu w całej Skandynawii, czy na przykład loty transportowe z USA do państw bałtyckich. Ogólnie pozycja Sojuszu na północ od Polski znacząco się umocni. - To sytuacja o podobnym znaczeniu, jak kiedyś wstąpienie Turcji do NATO. Ogromna wartość dodana - podkreśla gen. Gocuł.

Nie zmienia tego fakt, że Turcja obecnie w sposób bardzo głośny wyraziła sprzeciw wobec akcesji Finlandii i Szwecji. Chodzi głównie o wcześniejszą, zwłaszcza szwedzką, krytykę postępowania Turcji wobec Kurdów i opozycji politycznej oraz udzielanie schronienia przedstawicielom organizacji, które państwo tureckie oficjalnie uznaje za terrorystyczne. Do tego nałożenie ograniczeń na eksport broni i technologii militarnych. Jest jednak właściwie pewne, że to nie jest twarde i ostateczne "NIE", ale negocjacje. Turcja próbuje jak najwięcej zyskać na tej sytuacji, wobec ochłodzenia się jej relacji w ostatnich latach zwłaszcza z USA. Nie wydaje się prawdopodobne, aby ostatecznie nie doszło do rozszerzenia NATO. Proces wstąpienia Finlandii i Szwecji w szeregi Sojuszu ma potrwać około roku.

Doprowadzenie do takiej sytuacji świadczy o tym, jak bardzo błędnie ocenia rzeczywistość Putin i jego otoczenie. Od lat deklarują, że zbliżanie się NATO do granic Rosji to dla niej śmiertelne zagrożenie. Jeszcze pod koniec 2021 roku Rosjanie głosili, że odsunięcie się Sojuszu to jedno z ich podstawowych żądań wobec Zachodu. Po czym zrobili coś, co wręcz wepchnęło dwa strategicznie ulokowane w ich pobliżu państwa w ramiona NATO. Tym samym dwukrotnie wydłużyli granicę Rosji z Sojuszem. Do niecałego tysiąca kilometrów doszło tysiąc kilometrów granicy z Finlandią. Drugie największe miasto Rosji, Sankt Petersburg, sąsiaduje z NATO już z dwóch stron w odległości 100-150 kilometrów. Kaliningrad jest właściwie otoczony przez państwa NATO już z każdej strony. Zatoka Fińska staje się nie do przebycia przez okręty i samoloty rosyjskie w wypadku konfliktu. Zamiast się martwić o Daleką Północ i kraje bałtyckie, rosyjskie dowództwo musi teraz się głowić, co zrobić z całym obszarem na północ od Białorusi. Jakby na to nie patrzeć, to jest to ogromny problem.

Choć Rosja w oficjalnych komunikatach go bagatelizuje, twierdząc, że wstąpienie obu państw do NATO wiele nie zmienia i Rosja nie czuje się z tego kierunku zagrożona. Z drugiej strony politycy mówią o konieczności rozmieszczenia dodatkowych sił na granicy z Finlandią, a w rosyjskiej telewizji państwowej padają standardowe groźby pod adresem Finów i Szwedów, że oto uczynią z siebie cele dla rosyjskiej broni jądrowej. - Obszar Morza Bałtyckiego będzie teraz zdominowany przez NATO, co z perspektywy Rosjan w sposób oczywisty jest poważnym problemem - mówi gen. Gocuł.

Jest przy tym oczywiście możliwe, że cała narracja Kremla o zagrożeniu ze strony NATO i chęć odsuwania go od granic Rosji, to jedynie retoryka na potrzeby wewnętrzne, czyli umacnianie przekonania obywateli o zagrożeniu i jednocześnie wywieranie presji na Zachód. Jak widzimy bowiem w praktyce, inwazja na Ukrainę w żaden sposób nie przybliża Rosji do deklarowanego celu odsunięcia NATO od swoich granic. Zwłaszcza że ukraińskie wstąpienie do Sojuszu nie było nigdy realną perspektywą, ze względu na pewny opór wielu państw członkowskich.

Inwazja wzmocniła jednak NATO, a co za tym idzie w pewnym zakresie nasze bezpieczeństwo. - Nie zmieni to jednak faktu, że w Obwodzie Kaliningradzkim rosyjskie wojsko ma istotne siły, znacznie wykraczające ponad to, co konieczne do obrony. Tak długo jak one tam będą, tak długo NATO będzie podkreślać swoją siłę na Bałtyku - stwierdza gen. Gocuł. - Trzeba pamiętać, że wroga nie można lekceważyć. Rosja zostanie tam, gdzie jest. Niezależnie od tego, jak się skończy ta wojna - dodaje.

gazeta.pl

Niemiecki kanclerz, który stanowczo odmawia wizyty w Kijowie, a nawet nie chce, by Ukraina "wygrała" wojnę, od marca znajduje się pod ostrzałem z powodu zwlekania z dostawą czołgów na Ukrainę.

Kiedy w zeszłym miesiącu Scholz ugiął się pod presją i zgodził się wysłać trochę ciężkiej broni, zaskoczył Ukraińców, sojuszników i ekspertów swoją decyzją o dostarczeniu czołgów przeciwlotniczych, o które Kijów nie prosił, a jednocześnie nadal wstrzymywał się z dostawą czołgów bojowych i bojowych wozów piechoty, do których wysłania Ukraina namawiała Zachód.

Najnowsze potępienie Scholza nadeszło w tym tygodniu ze strony prezydenta Andrzeja Dudy, który oskarżył niemiecki rząd o złamanie obietnic dotyczących wsparcia wojskowego dla Ukrainy, która właśnie weszła w czwarty miesiąc intensywnych walk. Polska przekazała Ukrainie ponad 200 czołgów produkcji radzieckiej i liczyła na to, że Niemcy zastąpią je nowoczesnymi niemieckimi odpowiednikami, powiedział Duda, dodając, że Berlin nie dotrzymał zobowiązania w tej sprawie.

Niechęć Scholza do dostarczenia broni wywołała także krytykę ze strony rządzącej koalicji, w skład której wchodzą socjaldemokraci kanclerza, Zieloni i liberalni Wolni Demokraci (FDP).

– Krytyka ze strony Polski jest zrozumiała – powiedział Anton Hofreiter, poseł Zielonych i przewodniczący komisji ds. europejskich Bundestagu. – Niemcy i tak cieszą się złą reputacją w Unii, ponieważ zbyt słabo koordynujemy działania z naszymi europejskimi partnerami. Musimy nad tym pilnie popracować.

Presja na Niemcy rośnie, bo w ostatnich dniach armia ukraińska z trudem powstrzymuje rosyjską ofensywę na Donbasie, co wywołało ponowne wezwania do udzielania większego wsparcia.

(...)

Jeszcze przed inwazją Rosji Ukraina nalegała na Niemcy, piątego co do wielkości eksportera broni na świecie, by przysłały pojazdy opancerzone, przede wszystkim bojowy wóz piechoty Marder i czołg Leopard.

– Brakuje jednak woli politycznej, by naprawdę coś zrobić – powiedział POLITICO Andrij Melnyk, ambasador Ukrainy w Niemczech.

Niemiecki rząd przedstawiał różne argumenty, dlaczego nie jest w stanie spełnić prośby Kijowa, najpierw twierdząc, że nie może dostarczać broni do stref kryzysowych, a następnie – po przemówieniu Scholza zapowiadającego Zeitenwende (epokową zmianę) pod koniec lutego – argumentując, że niemieckie czołgi wymagają zbyt wielu szkoleń dla ukraińskich żołnierzy, po czym wycofał się z tego stwierdzenia.

Berlin twierdził ponadto, że nie może udostępnić żadnych czołgów z własnych rezerw. Jednak niemieckie firmy zbrojeniowe, takie jak Rheinmetall, informują, że mogłyby bezpośrednio dostarczać wycofane z eksploatacji czołgi ze swoich zapasów, gdyby tylko Scholz udzielił im na to zezwolenia. (Kontrahenci z branży obronnej potrzebują zgody rządu na eksport broni).

– To także byłoby Zeitenwende, jeśli 100 Marderów zalegających u producenta zostanie dopuszczonych do eksportu – powiedział Marcus Faber, poseł FDP zajmujący się polityką obronną, odnosząc się do tego, co Berlin okrzyknął mianem epokowej zmiany w swojej polityce obronnej po inwazji Rosji.

Ukraińscy urzędnicy twierdzą, że już w marcu rozpoczęli rozmowy na temat Mardera z firmą Rheinmetall, która poinformowała ich, że może zrealizować dostawę w ciągu kilku tygodni. Jednak do tej pory Berlin nie wyraził zgody na zawarcie umowy.

W tym tygodniu niemiecka wiceminister obrony Siemtje Möller przedstawiła nowe uzasadnienie dla wstrzymania dostaw Marderów, pojazdów opancerzonych z lat 70. używanych do transportu żołnierzy na polu walki, twierdząc, że państwa NATO wspólnie uzgodniły, że nie będą wysyłać na Ukrainę żadnych czołgów bojowych ani bojowych wozów piechoty typu zachodniego.

Słowa Möller wywołały natychmiastową reakcję niemieckiej centroprawicowej opozycji. – Takie porozumienie nie istnieje – powiedział Roderich Kiesewetter, poseł Unii Chrześcijańsko-Demokratycznej, argumentując, że Möller "rozpowszechnia fake newsy". – Brak jakiegokolwiek porozumienia tego rodzaju potwierdzają różne źródła, między innymi bezpośrednio w NATO.

Möller wycofała się za pośrednictwem rzecznika, twierdząc, że jej zamiarem było jedynie zwrócenie uwagi na fakt, że inni sojusznicy, jak USA, również nie dostarczają Ukrainie nowoczesnych, wyprodukowanych na Zachodzie pojazdów pancernych, takich jak amerykański czołg M1 Abrams.

Biorąc jednak pod uwagę, że amerykańskie czołgi są oddalone o tysiące kilometrów w Ameryce Północnej i wymagałyby znacznie bardziej intensywnego szkolenia niż niemieckie Mardery, które można dostarczyć na ukraińską granicę w mniej niż 24 godziny, argumentacja Möller wydała się wielu dość ekscentryczna.

Co więcej, Stany Zjednoczone są głównym dostawcą broni na Ukrainę – ich pomoc dla Ukrainy jest większa niż pomoc całej Unii Europejskiej – i w przeciwieństwie do Niemiec nie złożyły Ukrainie obietnic, których nie spełniły.

Zamiast wysyłać czołgi bezpośrednio do Ukrainy, Berlin zaproponował wysłanie Leopardów i Marderów do wschodnich partnerów NATO, którzy z kolei mogą dostarczyć Ukrainie swoje czołgi pozostałe z czasów sowieckich. Niemieccy urzędnicy argumentują, że ten program wymiany, znany jako Ringtausch, jest korzystny dla Ukrainy, ponieważ dostaje ona te same radzieckie czołgi, z którymi jej żołnierze i mechanicy są już zaznajomieni, a wschodnia flanka NATO jest modernizowana pod względem wojskowym.

O ile jednak Niemcy z powodzeniem wdrożyli taki "Ringtausch" z Czechami, o tyle ostra krytyka ze strony Dudy podkreśla, że Berlinowi trudno jest zrealizować taki układ z Polską, choć w środę Berlin odrzucił zarzut, że złamał jakiekolwiek obietnice.

Mimo całej krytyki prawdą jest również, że Niemcy ostatnio zwiększyły swoje wsparcie materialne.

W tym tygodniu Berlin obiecał, że do końca lipca wyśle na Ukrainę pierwszy zestaw 15 Gepardów, samobieżnych dział przeciwlotniczych, zbudowanych na podwoziu czołgu Leopard 1 oraz przeszkoli ukraińskie załogi czołgów. Niemcy zobowiązały się również do dostarczenia kolejnych 15 pojazdów do końca sierpnia.

Mimo że czołgi te zostały wycofane z użycia około 12 lat temu, eksperci twierdzą, że nadal są najnowocześniejsze, jeśli chodzi o rozpoznawanie zbliżających się samolotów lub śmigłowców przeciwnika i neutralizowanie ich za pomocą dwóch 35-milimetrowych działek.

Działa te można także skierować na cele naziemne i zadać poważne straty piechocie lub lekko opancerzonym pojazdom.

Dostawa Geparda ma również znaczenie polityczne, ponieważ Niemcy staną się pierwszym sojusznikiem, który dostarczy Ukrainie nowoczesne zachodnie czołgi. Choć inne kraje, w tym USA, wysłały już transportery opancerzone, takie jak M113, Gepard – z zaawansowanym technologicznie radarem i systemem wykrywania celu, a także działami – to zupełnie inna liga.

Amunicja może jednak okazać się trudnym wyzwaniem: Gepardy nie są już używane w Niemczech, więc zapasy pocisków są ograniczone i muszą być zamawiane na rynku międzynarodowym. Jak dotąd Niemcy były w stanie zagwarantować dostarczenie jedynie 59 tys. pocisków.

Biorąc pod uwagę, że jeden Gepard może wystrzelić do 1100 pocisków na minutę, nie wydaje się to dużo, ale niemieckie ministerstwo obrony twierdzi, że Gepard powinien strzelać tylko krótkimi salwami, które są obliczane przez pokładowy system komputerowy, a zatem rzeczywista ilość potrzebnej amunicji jest mniejsza. Berlin twierdzi również, że sama obecność samobieżnych dział Gepard na Ukrainie miałaby "odstraszający wpływ" na siły powietrzne przeciwnika.

Podobnie jak inne kraje zachodnie, Niemcy zobowiązały się również do wsparcia Ukrainy artylerią, która może stanowić cenne wsparcie wojskowe w trudnych walkach na wschodzie kraju.

Niemieccy żołnierze szkolą obecnie ukraińskich żołnierzy w zakresie obsługi Panzerhaubitze 2000, która, podobnie jak Gepard, jest zaawansowaną bronią mogącą ostrzeliwać cele z dużej odległości, a następnie szybko zmieniać swoją pozycję, co utrudnia przeciwnikowi zaatakowanie jednostki artyleryjskiej ogniem kontrującym.

Zaangażowanie Niemiec w Panzerhaubitze nie było jednak całkowicie dobrowolne, lecz wymuszone wcześniejszą zapowiedzią Holandii o dostarczeniu pięciu takich samych haubic. Ponieważ eksperci wojskowi twierdzą, że do ich skutecznego użycia potrzeba 12 jednostek, dojście do skutku umowy wymagało dostarczenia przez inny kraj pozostałych siedmiu haubic.

Berlin początkowo liczył na to, że Włochy się zaangażują, ale ostatecznie zgodził się na "trochę więcej, niż byłoby to możliwe", jak to ujął Scholz w zeszłym tygodniu.

Wcześniej Niemcy wysyłały na Ukrainę także lżejszą broń, taką jak pociski przeciwpancerne i przeciwlotnicze, karabiny, amunicję, granaty i miny.

W ostatnich tygodniach kanclerz wielokrotnie podkreślał w rozmowach z dziennikarzami, że nie chce powtórzyć błędów Wilhelma II, ostatniego cesarza Niemiec, który odegrał kluczową rolę w doprowadzeniu Europy do I wojny światowej w 1914 r.

Choć historycy nie są zgodni co do tego, czy obecną sytuację geopolityczną można w ogóle porównywać z latem 1914, wypowiedzi Scholza, który już wcześniej ostrzegał przed ryzykiem wojny nuklearnej, podkreślają jego obawy, że zbyt duże wsparcie militarne dla Ukrainy może doprowadzić do III wojny światowej.

Niemcy, obciążeni przeszłością nazistowskich zbrodni wojennych popełnionych w Rosji, obawiają się również ewentualnego scenariusza, w którym niemieckie czołgi mogłyby – umyślnie czy nieumyślnie – ostrzelać cele na rosyjskiej ziemi.

– Nie zrobimy niczego, co uczyniłoby NATO stroną w wojnie – powiedział Scholz w czwartek podczas wystąpienia na Światowym Forum Ekonomicznym w Davos, powtarzając to, co jest już jego mantrą od początku wojny.

Takie zastrzeżenia sprawiają, że mało prawdopodobne jest, by Scholz zgodził się w najbliższym czasie na dostawę Marderów lub Leopardów do Ukrainy, chyba że decyzja USA lub innych sojuszników o dostarczeniu nowoczesnych czołgów zachodnich zmusi go do zmiany kursu.

Logika Scholza wyjaśnia również, dlaczego pod naciskiem sojuszników zdecydował się w zeszłym miesiącu na dostarczenie Gepardów, które niemieccy urzędnicy postrzegają raczej jako broń defensywną i który ma mniejsze szanse na wsparcie operacji ofensywnej przeciwko Rosji.

– Samobieżne działo przeciwlotnicze Gepard jest bardzo przydatne do ochrony infrastruktury krytycznej – powiedział w tym tygodniu rzecznik ministerstwa obrony.

Innymi słowy, jeśli Ukraina chce naprawdę wygrać tę wojnę, to nie powinna raczej oglądać się na Berlin.

onet.pl

Dorota Kowalska: Ewakuowano dwustu sześćdziesięciu ukraińskich żołnierzy z zakładów Azowstal, to dobra informacja, prawda?

Jarosław Wolski: Bardzo dobra, ponieważ chodzi tutaj o ewakuowanie ciężko rannych żołnierzy, którzy muszą otrzymać niezbędną pomoc medyczną. Dobrze, że strona ukraińska porozumiała się ze stroną rosyjską, że nastąpi wymiana rannych albo jeńców rosyjskich za Ukraińców z Azowstalu. Zobaczymy, czy finalnie te ustalenia dojdą do skutku.

Mówiło się, że w bunkrach Azwostalu mogło przebywać jeszcze tysiąc, dwa tysiące ukraińskich żołnierzy. To możliwe?

Nie. Tam było około ośmiuset żołnierzy, z czego sześciuset - mniej lub bardziej rannych, a ci ewakuowani to najciężej ranni. We wtorek propagandzista Sładkow poinformował, że w chwili poddania się, w Azowstalu przebywało łącznie około dwa i pół tysiąca osób, w tym: osiemset z pułku Azow, czterystu czterech rannych, w tym pięćdziesięciu pięciu w stanie ciężkim, poza tym dwieście zamrożonych zwłok i trzech jeńców rosyjskich: jeden oficer i dwóch szeregowców.

Myśli pan, że oni rzeczywiście zostaną wymienieni na jeńców rosyjskich?

Myślę, że tak. To jest dość prawdopodobny scenariusz i taki wpisujący się w logikę działań. Wiadomo, że strona ukraińska od kilku tygodni pracowała nad takim rozwiązaniem, aby na drodze dyplomatycznej dokonać wymiany jeńców rosyjskich i rannych rosyjskich na żołnierzy broniących kompleksu Azowstal.

Mamy informację o ostrzale obwodu jaworskiego i Lwowa. Czemu te ataki na zachód Ukrainy mają właściwie służyć?

One są dla Rosjan bardzo istotne, ponieważ te wszystkie ataki są wymierzone albo w infrastrukturę krytyczną Ukraińców, czyli zapasy amunicji, sprzętu, albo w jednostki przy granicy z Polską, w których szkolą się i formują nowe bataliony. Ukraińcy mają ośrodki szkoleniowe, jak na przykład poligon w Jaworowie. On jest miejscem formowania nowych batalionów, nowych jednostek sił zbrojnych Ukrainy, które potem wysyłane są front wschodni. Rosjanie starają się porazić formowane jednostki, żeby zadać im straty, a także, żeby złamać morale żołnierzy, którzy do nich trafiają. To nie pierwsze takie działanie i na pewno nie ostatnie.

Mówi się, że w okręgu charkowskim Ukraińcy przystąpili do kontrataku. Podobno odzyskali Charków i wypchnęli Rosjan za granicę rosyjską. To rzeczywiście się wydarzyło?

Ukraińcy nigdy nie stracili Charkowa, natomiast faktycznie prawie całkowicie wypchnęli Rosjan na północ od Charkowa. Tam zostały takie dwa niewielkie miejsca połączone z Rosją, które się jeszcze bronią. Ukraińcy odsunęli Rosjan od Charkowa, co zmniejsza zagrożenie ostrzału artyleryjskiego tego miasta i stwarza nowe, ciekawe możliwości dla Ukraińców.

W okręgu donieckim mamy jakieś zmiany na froncie? Wiadomo, że w Mariupolu są Rosjanie. Co się w okręgu donieckim właściwie dzieje?

Mamy przede wszystkim walki na łuku Dońca Siewierskiego. To tam Rosjanie próbowali przerzucić mosty pontonowe i zdobyć Kramatorsk i Ługańsk. Nie wyszło im, ponieśli klęskę.

Mówi się, że to jedna z większych klęsk Rosjan, że Rosjanie, próbując przeprawić się przez rzekę Doniec, stracili cały batalion, czyli około siedemdziesiąt czołgów i tysiąc żołnierzy. To są, pana zdaniem, prawdziwe informacje?

Tak naprawdę Rosjanie stracili tam trzy bataliony albo odpowiednik dwóch wzmocnionych batalionowych grup bojowych. To są bardzo poważne straty. I myślę, że to jest jeden z punktów zwrotnych walk na wschodzie Ukrainy. Ponieważ Rosjanie stracili tam nie tylko żołnierzy i sprzęt, ale przede wszystkim powoli tracą inicjatywę. Jeszcze atakują, jeszcze nacierają, Ukraińcy bronią się na łuku Dońca, ale widać wyraźnie, że plan rosyjski ofensywy na południe od Iziumu i forsowania od północy Dońca Siewierskiego nie wypalił. Rosjanie ponieśli klęskę w obu tych miejscach. Udało im się zdobyć Rubiżne i prawdopodobnie zdobędą sam Siewierodoniec, który w tej chwili jest zamieniony w miasto twierdzę. Tam zostało już niewielu cywili, a ukraińscy żołnierze dzielnie bronią się w Siewierodoniecku. Natomiast nawet jego zdobycie niczego nie zmieni w ostatecznym rozrachunku. Linia obrony Ukraińców oparta jest o łuk Dońca, bronią się skutecznie, Rosjanie ponieśli ciężkie straty. Można szacować, że jeszcze miesiąc tego typu walk sprawi, że definitywnie stracą możliwości jakiejkolwiek ofensywnej walki. Nie będą mieli dość sformowanych jednostek do takich akcji.

Jak zatem za miesiąc może wyglądać sytuacja na tym obszarze? Chyba mało prawdopodobne, aby Ukraińcy w ogóle wypchnęli Rosjan poza swoje granice?

Jest to problematyczne, natomiast czeka nas jakaś większa akcja ofensywna Ukraińców o charakterze, może nie strategicznym, ale na pewno operacyjnym. Nie wiadomo, gdzie ta akcja nastąpi. Część komentatorów wskazuje rejon Chersonia, część rejony Charkowa, inni Doniec. W moim odczuciu Ukraińcy będą starali się dojść do Morza Azowskiego w stronę Melitopola, żeby odciąć stworzony przez Rosjan korytarz prowadzący z Krymu do Rostowa nad Donem. Moim zdaniem największe korzyści z punktu widzenia strategicznego i geopolitycznego dałoby Ukraińcom przerwanie tego korytarza i spowodowanie, by Krym znowu był samotnym półwyspem.

Obszar bardziej na południe, chociażby miasto Chersoń, on wciąż pozostaje w rękach Rosjan, prawda?

Tak, region Chersonia pozostaje w rękach Rosjan. Rosjanie przeszli Dniepr, znajdują się na północy od Chersonia. Tyle tylko, że tam Rosjanie raczej nie mogą sobie pozwolić na żadną akcję ofensywną. Myślę, że Ukraińcy będą w stanie w wakacje przeprowadzić ofensywę o charakterze operacyjnym, która da im jakieś wymierne korzyści, o ile oczywiście okaże się być sukcesem.

Pana zdaniem, jak się może ta wojna zakończyć? Chodzi mi o kwestie terytorium Ukrainy.

To pytanie, na które w tej chwili nie sposób odpowiedzieć. Przebieg tej wojny jest tak odmienny od tego, co można było prognozować przed jej wybuchem, że to niemożliwe. Delikatnie rzecz ujmując, Ukraińcy walczą dziesięć razy lepiej niż się wszyscy spodziewali, a Rosjanie dwadzieścia razy gorzej. Teraz nie ma możliwości prognozowania, jak się zakończy ta wojna. To, co widzimy, to to, że Rosjanie tracą inicjatywę strategiczną, że ich armia wykrwawiła się i jest groteskowo wręcz nieudolna. Widzimy, że Ukraińcy świetnie walczą, mając wsparcie całego Zachodu. Efekt końcowy tej wojny może nas jeszcze wszystkich zaskoczyć, ale osobiście nie podejmuję się prognozowania tego, co może się wydarzyć. Wiemy tylko tyle, że Ukraińcy wygrywają.

Dlaczego armia rosyjska, która miała być drugą armią świata, okazała się tak słaba?

To jest temat na kilkugodzinną dyskusję. Wydaje się, że takie dwie główne przyczyny to, że po pierwsze - Rosjanie nie zadecydowali o powszechnej mobilizacji, co powinni byli zrobić, żeby uzyskać pewną przewagę nad Ukraińcami. Ta armia nie potrafi walczyć inaczej niż masowo, czyli w ramach masowej mobilizacji powszechnej. W momencie, w którym zaburzono logikę przygotowania ponad milionowej armii, okazało się, że ci żołnierze nie są w stanie walczyć w ten sposób, w jaki teraz próbują. Druga sprawa to kompletnie złe oszacowanie woli walki, sił Ukraińców i totalnie złe zaplanowanie operacji, zwłaszcza tej na Kijów. Podejmowano tam działania o charakterze rajdowym, które wojsko podeszło, owszem, pod miasto. Natomiast nie szły za nim siły, które byłyby w stanie zabezpieczyć te działania. Wykonano w pewnym sensie błyskotliwą operację, ale za małymi siłami, co sprawiło, że zostały one właściwie zniszczone, zmuszone do odwrotu.

Z czego wynika to złe planowanie operacji?

To, jak mówiłem, wynika z postawienia złych celów operacji, bardzo złego rozpoznania woli walki i woli oporu Ukraińców, wartości armii ukraińskiej. Kolejna przyczyna klęski Rosjan jest taka, że armia dowodzona przez sześćdziesięciolatków walczy z armią dowodzoną przez trzydziesto-, czterdziestolatków po szkołach natowskich, mam tu oczywiście na myśli armię ukraińską. Dwa zupełnie różne sposoby dowodzenia żołnierzami i zarządzania polem walki. Oficerowie rosyjscy chcą dowodzić bezpośrednio jak najniższym szczeblem. Ukraińcy pozwalają walczyć swoim żołnierzom dowodzonym przez młodszych oficerów. Starsi nie muszą widzieć pola walki, bo mają zaufanie do swoich żołnierzy i po prostu zajmują się tym, czym powinni się zajmować: zarządzaniem pola walki, dowodzeniem.

Mówi się też, że sprzęt rosyjski został po prostu rozkradziony, że nie jest taki dobry, jak zakładano.

Nie. Trzeba pamiętać o tym, że obiektywnie rzecz biorąc, Ukraińcy mają sprzęt gorszy, dopiero teraz dostają dobre systemy uzbrojenia z Zachodu. Na szczęście wcześniej mieli łączność satelitarną, która ich uratowała - tego Rosjanie nigdy nie byli w stanie definitywnie zakłócić lub zniszczyć. Pomijając ten fakt, Ukraińcy wcale nie mają lepszego sprzętu niż Rosjanie. Powiedziałbym, że mają gorszy sprzęt, tylko lepiej go używają, mają lepszych żołnierzy, świetnego dowódcę. To armia, która jest dobrze dowodzona, dobrze walczy, jest świetnie zmotywowana, ale nie ma rewelacyjnego sprzętu.

Chyba nikt nie spodziewał się tego, że ta armia jest tak świetnie wyszkolona, pomijam już fakt motywacji, serca do walki, determinacji.

I tak, i nie. Trzeba pamiętać o tym, że to armia weteranów, ona też ponosi ciężkie straty, ale, jak mówię, to armia weteranów. Wszystkie brygady ukraińskie przez ostatnie osiem lat były wysyłane rotacyjnie do służby w rejonie Donbasu. Cała armia kadrowa, 300 000 żołnierzy, tam się przewinęła, to są weterani. To są żołnierze ostrzelani. Natomiast po stronie rosyjskiej mamy grupę poborowych. To dziewiętnasto-, dwudziestolatkowie, dzieciaki na progu dorosłości, niezbyt dobrze umotywowane, jeżeli chodzi o walkę albo rosyjscy żołnierze kontraktowi, którzy mają za sobą półtora roku służby, czyli pięć miesięcy zasadniczej służby i rok kontraktu. Mówi się, że to są żołnierze kontraktowi, ale oni umieją mniej niż mobilizowani ukraińscy rezerwiści. I, o czym już wspomniałem, nie mamy po stronie rosyjskiej wielomilionowej armii. Tak naprawdę Rosjanie do akcji wystawili mniejsze siły niż mieli obrońcy.

Jak pan myśli, jak duże znaczenie ma pomoc Zachodu niesiona Ukrainie, chodzi mi głównie o sprzęt wojskowy? I czy nie przyszła zbyt późno?

Pomoc sprzętowa Zachodu zaczęła się we wrześniu zeszłego roku, nawet trochę wcześniej. NATO ostrzegało Ukraińców już latem zeszłego roku, że Rosjanie planują akcesję, a od jesieni było głośne bicie na alarm, dostarczanie sprzętu, szkolenie Ukraińców. Trzeba też pamiętać, że przez ostatnie siedem lat 70 000 Ukraińców było przeszkolonych przez żołnierzy NATO albo brało udział w manewrach z udziałem żołnierzy NATO. Ukraińcy tak naprawdę przeszkolili wszystkich oficerów młodszych przy pomocy oficerów NATO. Pomoc NATO jest gigantyczna i ona miała miejsce jeszcze przed wybuchem wojny, ponieważ NATO, zwłaszcza Amerykanie i Brytyjczycy, trafnie zdiagnozowali, że Rosjanie mają zamiar uderzyć. Rozpoznanie było bezbłędne. Dostarczanie sprzętu wojskowego dla strony broniącej się z krajów NATO było czymś, co w mojej ocenie, miało jeden z decydujących czynników wpływających na ten konflikt. Druga sprawa, to dostarczanie informacji. Na Ukrainę trafia nieprzerwany strumień danych wywiadowczych i danych z obrazowania satelitarnego, lotniczego, zwiadu radioelektronicznego systemów natowskich lub komercyjnych.

Jaki ważny jest ten dopływ informacji?

Spróbuję na to pytanie odpowiedzieć tak: dwóch graczy gra w pokera, ale jeden co trzy minuty zagląda drugiemu w karty. Ten, który ma mocniejsze karty, ale któremu co chwila się w nie zagląda, ma nikłe szanse na zwycięstwo, prawda? Zakładając, że Ukraińcy i Rosjanie grają w pokera, mówię w przenośni, to Ukraińcy dzięki danym z rozpoznania amerykańskiego co chwilę zaglądają Rosjanom w karty. Ukraińcy mogą mieć słabsze karty niż Rosjanie, ale przez to, że widzą, czym gra przeciwnik, wygrywają.

Myśli pan, że Rosjanie takich informacji o kartach Ukraińców nie mają?

Mają dużo gorsze informacje, jeżeli chodzi o wywiad klasyczny, wywiad agenturalny. Służba bezpieczeństwa Ukrainy bardzo mocno przetrzepała agenturę rosyjską na Ukrainie. Tam nastąpiła dość duża wymiana kadry oficerskiej, starzy generałowie, którzy mogli być w jakiś sposób powiązani z Rosjanami, zostali wysłani na emeryturę. Pod tym względem, ale nie tylko tym, armia ukraińska bardzo się zmieniła. Natomiast, jeżeli chodzi o zwiad elektroniczny, to Rosjanie są karzełkiem przy NATO. NATO ma kilkadziesiąt satelitów, które są w stanie non stop latać nad obszarem walk.

Jak długo Rosja mogła przygotowywać tę inwazję? Niektórzy eksperci twierdzą, że to nie była decyzja podjęta w ciągu kilku miesięcy, ale lat.

Oni tę inwazję przygotowywali kilka lat, tylko na ostatniej prostej wybrali najgorszy możliwy wariant.

To znaczy?

Tak jak mówiłem, przeprowadzili działania rajdowe na Kijów za małymi siłami i podjęli decyzję o nieprzeprowadzaniu powszechnej mobilizacji.

Nie rozumiem! Jeżeli ktoś przygotowuje inwazję kilka lat, to jak może popełnić tak podstawowe błędy?

Tego nikt nie rozumie, proszę mi wierzyć. Mówiąc w przenośni, wszyscy mają naprawdę zdziwione miny.

Jak pan myśli, co może się wydarzyć na froncie w najbliższych tygodniach?

W tej chwili będą się toczyć dalsze, wytężone walki na łuku Dońca Siewierskiego, dalsza operacja obronna Ukraińców i w pewnym momencie Rosjanie wyczerpią swoje siły zdolne do atakowania. Może uda im się zająć Siewierodonieck, może, ale w to wątpię. Ale nawet utrata łuku Dońca nie byłaby dla Ukraińców w obecnej sytuacji katastrofą, ponieważ siły rosyjskie są już tak wyczerpane i poniosły takie znaczące straty, że niedługo, czyli prawdopodobnie w wakacje, Ukraińcy będą w stanie przeprowadzić jakąś operację o charakterze operacyjnym, jak to się ładnie mówi, czyli kontrofensywę, która będzie w stanie, tak jak wspominałem, znacząco zaszkodzić Rosjanom.

Dlaczego, pana zdaniem, Putin nie ogłosił dodatkowego poboru?

Po pierwsze prawdopodobnie jest pewna obawa o nastroje wewnątrz Rosji, a po drugie - mam wrażenie, że fakt braku mobilizacji powszechnej w Rosji wynika z przyczyn, o których jeszcze w pełni nie wiemy. Tam się musiało coś wydarzyć bardzo niedobrego przez ostatnie kilka lat, co spowodowało, że być może powszechna mobilizacja nie była tak naprawdę możliwa. Osobiście stawiam na pandemię, która prawdopodobnie uderzyła w pokolenie pięćdziesięciopięciolatków, a to ludzie, na których opierała się mobilizowana armia poborowa. Wydaje się, że pandemia w Rosji zadała bardzo ciężkie straty, śmiertelność w tym przedziale wiekowym mobilizowanych rezerwistów kluczowych kategorii była bardzo wysoka. A to byli podoficerowie, technicy i inżynierowie, osoby, które miałyby uzupełnić rozbijaną armię. To moja robocza hipoteza, oczywiście wymaga potwierdzenia. Ale wyjścia są dwa: albo ktoś w Rosji oszalał i zdecydował się na taki, a nie inny plan ataku na Ukrainę, albo okazało się, że proces mobilizacji nie był z jakichś przyczyn możliwy do przeprowadzenia.

Ludzie wokół Putina, sam Putin - oni zdają sobie sprawę z tego, jak wygląda inwazja na Ukrainie, że to po prostu klęska?

Myślę, że zdają sobie sprawę, tylko nie wiedzą, co z tym zrobić.

A co mogliby zrobić?

Zabrzmi to dziwnie, ale w zasadzie nic nie mogą zrobić. Jeżeli odpuszczą i wycofają się na pozycje sprzed wojny, to będzie ich klęska. Jedynym sukcesem strategicznym Rosjan jest wybicie korytarza z Krymu do Rostowa nad Donem. Jeżeli Rosjanie odpuszczą łuk Dońca Siewierskiego, to Ukraińcy przeprowadzą kontrofensywę w tym rejonie, żeby dojść do Morza Azowskiego. Rosjanie nie mają w tej chwili pola manewru. Oczywiście powinni wycofać się na granice sprzed wojny i zapłacić odszkodowanie Ukraińcom za tę agresję. Ale nie zrobią tego. Więc Rosjanie są w kropce - nie odnieśli chyba żadnego z celów strategicznych agresji. Owszem, jak mówiłem, cel najmniejszy, czyli wybicie korytarza z Krymu do Rostowa zakończyło się dla Rosjan sukcesem, ale poza tym - kompletna, absolutna klęska.

Chyba nie ma mowy, o czym się mówiło, o ataku Rosjan na Mołdawię czy kraje bałtyckie?

Nie, to od początku były bzdury.

Sankcje nakładane na Rosję mają wpływ na przebieg tej wojny?

Oczywiście. Tyle, że nie sankcje nakładane teraz, ale sankcje z 2014 roku. Okazuje się, że embargo na pewne technologie, które zostały nałożone na Rosję po 2014 roku, miało dużo większy wpływ na możliwości armii rosyjskiej, niż to się wydawało. Inaczej rzecz ujmując, Rosjanie mieli potworny problem z produkcją uzbrojenia precyzyjnego i wdrażania uzbrojenia precyzyjnego oraz nowych generacji samolotów. Owszem, to embargo było częściowo obchodzone reimportem przez Białoruś, przez Chiny przez inne kraje, ale mocno Rosjan zabolało. Efekt sankcji nałożonych na Rosję teraz, ci odczują w okolicy wakacji.

Ukraina poniosła ogromne straty i w ludziach, i w infrastrukturze, ale być może trochę wygrała na tej wojnie. Jak pan myśli?

Sporą część kraju Ukraina ma w ruinie. Natomiast, jeżeli chodzi o Ukraińców, ich integracja z Zachodem odbędzie się szybciej. Tyle tylko, że kraj dotknięty taką skalą agresji może wygrać i pewnie wygra tę wojnę militarnie, pytanie, czy wygra gospodarczo i politycznie - to się jeszcze okaże. Krajem, który najbardziej wygrał ten konflikt jest Polska.

Dlaczego?

Nasze środowisko bezpieczeństwa poprawiło się, jeżeli Finlandia i Szwecja wejdą do NATO, to sytuacja geopolityczna Polski w rejonie basenu Morza Bałtyckiego będzie najlepsza w historii.

Myśli pan, że Turcja w końcu zgodzi się na przyjęcie Finlandii i Szwecji do NATO?

Zobaczymy, Turcy to urodzeni handlarze i prawdopodobnie będą chcieli coś ugrać dla siebie. Natomiast nikt już w NATO nie ma złudzeń, co do Rosji, dlatego następuje kolejne wzmocnienie wschodniej flanki. Widzimy też, co jest bardzo istotne, deprecjację roli Niemiec w ramach Unii Europejskiej i w ramach NATO. Okazuje się, że polityka wschodnia Niemiec była całkowicie błędna. Jednocześnie rośnie pozycja i rola Polski. Wygraliśmy ten konflikt najbardziej, obok nas Czesi, Słowacy, w ogóle kraje nadbałtyckie. Kolejna rzecz, trafia do nas wielu ukraińskich uchodźców i prawdopodobnie około miliona zostanie w Polsce. To młodzi ludzie w wieku produkcyjnym, a to będzie miało zbawienny wpływ dla polskiej gospodarki.

Myślę, że Zachód pomoże Ukrainie podnieść się gospodarczo.

Oczywiście, że tak, bez dwóch zdań. Pytanie, na jakich warunkach i na jakich zasadach, ale bez wątpienia Zachód wspomoże Ukrainę. Oczywiście, ta wojna będzie wygrana dla Ukraińców, ocalili swoją niepodległość, ocalili niezależność. Może poniosą jakieś straty terytorialne, a może nie. Całkiem możliwe, że Ukraińcom uda się obronić integralność terytorialną w dużym stopniu. Natomiast ciężko mówić o wygranym konflikcie w momencie, w którym 40 procent kraju zostało zrujnowane. To są straty, które będą odrabiane przez lata, przez dekady mimo pomocy Zachodu.

Jak Pan myśli, jak długo ten konflikt może jeszcze potrwać?

Na pewno do jesieni. Obecnie nie ma już mowy o negocjacjach pokojowych. Ukraińcy chcą wyrzucić Rosjan ze swojej ziemi. Prawdopodobnie czeka nas jeszcze jakaś większa akcja ofensywna Ukraińców i dopiero po niej zobaczymy rokowania pokojowe. Oczywiście może się pojawić jakieś zdarzenie, o którym nie wiemy, a które będzie miało wpływ na to, co się dzieje. Na razie wszystko wygląda tak, że Rosjanie wyczerpują swoje siły, Ukraińcy z kolei je odbudowują i przygotowują się do ofensywy. Zobaczymy, co ta ofensywa przyniesie.

polskatimes.pl

piątek, 27 maja 2022


Kolejną dobę najcięższe walki toczą się na styku obwodów charkowskiego, donieckiego i ługańskiego. Siły rosyjskie podeszły od południowego wschodu pod Bachmut, a obrońcy stawiają im opór w okolicach wsi Pokrowśke i Kłynowe (10–15 km na wschód od centrum miasta). Na północny wschód od Bachmutu trwają walki o kontrolę nad drogą do Lisiczańska (w rejonie Berestowe–Biłohoriwka w obwodzie donieckim) oraz przełamanie pozycji ukraińskich przy granicy obwodów (Komyszuwacha–Nyrkowe w obwodzie ługańskim). Rosjanie nie rezygnują z próby okrążenia rejonu Siewierodoniecka od północy i przygotowują kolejny desant przez Doniec. W obwodzie ługańskim najeźdźcy wkroczyli do Siewierodoniecka (walki toczą się w północno-zachodniej jego części) i podejmują próby obejścia od południa zarówno tego miasta, jak i sąsiadującego z nim Lisiczańska. Z kolei w obwodzie donieckim siły rosyjskie, po zajęciu Łymanu, atakują pozycje ukraińskie na południe (w kierunku Słowiańska) i południowy wschód (Siewiersk–Bachmut) od Lisiczańska. Na pozostałych kierunkach dominuje ostrzał i bombardowanie ukraińskich pozycji i zaplecza. Doszło do najpoważniejszego od kilku tygodni ostrzału Charkowa i okolicznych miejscowości. Przeciwnik ma ponadto prowadzić minowanie narzutowe potencjalnych tras przemarszu jednostek ukraińskich. Celem uderzeń rakietowych był obwód dniepropetrowski. Według ukraińskich źródeł wojskowych w ostatnich dniach atakowane są głównie obiekty infrastruktury kolejowej.

Kreml po raz pierwszy oficjalnie potwierdził zamiar aneksji obszarów zajętych po 24 lutego. Rzecznik prezydenta Dmitrij Pieskow stwierdził, że Moskwa oczekuje od Kijowa akceptacji rosyjskich roszczeń do okupowanych terytoriów. Uznał to za kwestię niepodlegającą negocjacji i wezwał władze Ukrainy do uznania faktycznej sytuacji na terenach okupowanych. Wiceprzewodniczący Rady Federacji FR Andriej Turczak oznajmił, że w Donbasie i na terenach obwodów chersońskiego i zaporoskiego planuje się utworzenie specjalnej strefy ekonomicznej w celu zintegrowania gospodarki tych terytoriów z rosyjską przestrzenią gospodarczą. Kolejnym potwierdzeniem zamiarów aneksyjnych jest nadanie numerom telefonicznym w ww. obwodach rosyjskiego prefiksu „+7” i serwisowanie usług telekomunikacyjnych tylko przez rosyjskich operatorów.

Departament Obrony USA poinformował, że od 9 maja liczba zaangażowanych na Ukrainie rosyjskich batalionowych grup taktycznych (BGT) wzrosła z 97 do 110. Nadal największe ma być zgrupowanie południowe (w lewobrzeżnej części obwodu chersońskiego i w obwodzie zaporoskim), natomiast siły pozostałych zgrupowań agresora (zachodnie, centralne i wschodnie) mają mieć podobną liczebność. Pentagon oszacował straty rosyjskie na blisko 1000 czołgów, ponad 350 systemów artyleryjskich, „prawie trzy tuziny” samolotów bojowych i ponad 50 śmigłowców (strat ukraińskich nie podał). Obrońcy mieli wykorzystać w walkach 85 haubic M777 (z łącznej liczby 108 przekazanych; dostarczono 190 tys. z 209 tys. sztuk amunicji 155 mm), 9 śmigłowców Mi-17 (z 11) i 73% amunicji krążącej Switchblade.

Alaksandr Łukaszenka podjął decyzję o utworzeniu Południowego Dowództwa Operacyjnego. Będzie to trzecia z kolei taka struktura, dotąd istniały dwa dowództwa operacyjne: Północne w Grodnie i Północno-Zachodnie w Borysowie. Powodem zmodyfikowania struktur wojskowych ma być „presja militarna” na Białoruś ze strony NATO. Decyzja Łukaszenki dowodzi tego, że zadaniem armii białoruskiej w konflikcie z Ukrainą jest blokowanie jej granicy z Białorusią oraz osłona sił rosyjskich przed ewentualnymi atakami ukraińskich grup dywersyjnych.

Sekretarz Rady Bezpieczeństwa Narodowego i Obrony Ukrainy Ołeksij Daniłow ostrzegł, że służby specjalne agresora zmieniają taktykę i plany wewnętrznej destabilizacji sytuacji w kraju. Operacja specjalna, której nadano kryptonim „Kameleon”, zakłada aktywizację agentury podającej się za osoby o poglądach patriotycznych. Podkreślił, że współpracownicy rosyjskich służb na Ukrainie dysponują dużą ilością broni. Wypowiedź Daniłowa świadczy o tym, że aktywność agenturalna wciąż stanowi poważne zagrożenie dla bezpieczeństwa państwa. Próby destabilizacji mogą przybrać formę działań „pod obcą flagą”, np. organizowania oddziałów obrony terytorialnej, które w rzeczywistości odegrają rolę rosyjskich jednostek dywersyjnych.

Ukraiński resort spraw wewnętrznych poinformował, że wszczęto ok. 500 postępowań karnych w sprawach o kolaborację (najwięcej w obwodach ługańskim i kijowskim – odpowiednio 162 i 68). Władze Ukrainy ostrzegły osoby współpracujące z Rosjanami, że oprócz odpowiedzialności karnej przed rodzimymi sądami grozi im instrumentalne wykorzystanie bez gwarancji zapewnienia im bezpieczeństwa.

26 maja odbyła się rozmowa telefoniczna premiera Włoch Mario Draghiego z prezydentem Władimirem Putinem, podczas której rosyjski prezydent stwierdził, że Rosja jest gotowa wznowić eksport zboża i nawozów pod warunkiem zniesienia zachodnich sankcji. Według doniesień medialnych Turcja prowadzi negocjacje z Kijowem i Moskwą w celu utworzenia korytarza dla eksportu zboża z ukraińskich portów. Temat ten został też poruszony w czasie rozmowy prezydentów Emmanuela Macrona i Recepa Tayyipa Erdoğana.

Kijowski Międzynarodowy Instytut Socjologii opublikował sondaż o stosunku Ukraińców do Rosji. W porównaniu do badania z początku wojny odsetek osób pozytywnie odnoszących się do tego państwa spadł z 34 do 2%, zaś mających negatywny stosunek wzrósł z 50 do 92% (6% nie ma zdania na ten temat). Różnice pod względem regionalnym są względnie niewielkie – najbardziej krytycznie do Rosji odnoszą się mieszkańcy zachodniej (93%) i centralnej (95%) Ukrainy, natomiast w pozostałych jej częściach wskaźnik ten jest niższy (90% na południu i 85% na wschodzie). Przeprowadzono też nowe badanie wśród osób, które pozytywnie odnosiły się do Rosji w lutym br. – z sondażu wynika, że 80% z nich ma obecnie do niej negatywny stosunek, a jedynie 8% utrzymuje dotychczasowe poglądy.

Komentarz

Rosjanie konsekwentnie dążą do okrążenia i zniszczenia zgrupowania ukraińskiego w rejonie Siewierodoniecka, a rejonem najintensywniejszych działań pozostaje Donbas. Informacje Pentagonu – częściowo potwierdzane przez lokalne źródła ukraińskie – wskazują, że wprowadzane na Ukrainę dodatkowe siły kierowane są nie na tereny najcięższych walk, lecz głównie do prawobrzeżnej (północno-zachodniej) części obwodu chersońskiego. O ile na początku maja rozmieszczone tam zachodnie zgrupowanie wojsk rosyjskich liczyło 5 BGT, o tyle obecnie ich liczebność ma być porównywalna ze zgrupowaniami centralnym (Donbas) i wschodnim (obwód charkowski), w których skład wchodziło po ok. 20 BGT. Wskazuje to na przekonanie rosyjskiego dowództwa o rychłym opanowaniu Donbasu (a przynajmniej braku konieczności wzmacniania operującego tam zgrupowania) i przygotowywaniu sił do uderzenia w kierunku północnym (Zaporoże, Krzywy Róg) i/lub zachodnim (Mikołajów, Odessa). Skupienie się Rosjan na atakowaniu linii zaopatrzeniowych obrońców (nadal główną rolę odgrywa kolej) świadczy jednak o tym, że obawiają się oni kolejnych dostaw ciężkiego uzbrojenia i sprzętu wojskowego z Zachodu, które mogłyby pokrzyżować ich plany operacyjne nie tylko w kwestii kierunków dalszej ofensywy, lecz także opanowania Donbasu.

Krystalizują się plany Kremla co do przyszłości okupowanych terytoriów. Wypowiedź Pieskowa należy uznać za wsparcie pojawiających się koncepcji zakończenia wojny w zamian za ustępstwa terytorialne Ukrainy i dopuszczenie do częściowego jej rozbioru. Deklaracje przedstawicieli rosyjskich urzędników oraz działania „integracyjne” podejmowane w obwodach chersońskim i zaporoskim świadczą o tym, że siły rosyjskie – nie czekając na formalną decyzję polityczną Kremla – budują fundamenty organizacyjne uzasadniające jej podjęcie w najbliższych miesiącach. Realizacja tego scenariusza będzie przedstawiana jako zwycięstwo Rosji zdolnej do kontynuowania polityki scalania „ziem rosyjskich”.

osw.waw.pl

Jak pan ocenia kanclerza, który jest bardzo krytykowany za swoją komunikatywność i który jest adresatem obu listów w sprawie Ukrainy?

Wpisuje się w tradycję Angeli Merkel: jest umiarkowany i bacznie obserwuje wyniki. Powoduje to pewną nieśmiałość, jeśli chodzi o bycie liderem. Co do Merkel – trzeba jednak przyznać, że jeśli zachodziła konieczność – na przykład po katastrofie reaktora w Fukushimie – potrafiła być liderem. Myślę, że niezdecydowanie i gra na zwłokę Scholza wynikają przede wszystkim z problemów w koalicji. Nie byłbym politologiem, gdybym nie brał tego pod uwagę.

Na czym polegają te problemy?

Widać, że ku zdumieniu wszystkich Partia Zielonych wyrosła na wymuszonym pacyfizmie, zajęła zdecydowane stanowisko w sprawie Ukrainy, co wprawdzie nie jest już tak zaskakujące, jeśli weźmie się pod uwagę, że wcześniej widzieliśmy to samo w przypadku ówczesnego wicekanclerza Joschki Fischera, który interweniował w trakcie wojen związanych z rozpadem Jugosławii. Natomiast wśród niektórych członków partii socjaldemokratycznej [SPD – przyp. red.] – którą z pewnością znam najlepiej od środka – dominuje sentymentalny pacyfizm.

Co jest sentymentalnego w pacyfizmie SPD?

Nie dostosowała się do fundamentalnie zmienionych okoliczności, co wynika z sentymentalizmu i wygodnictwa. Nie dotyczy to SPD jako całości, zaznaczam wyraźnie. Istnieją jednak znaczne siły, można by wręcz powiedzieć konserwatywne, które proponują bezruch jako projekt polityczny. A ponieważ Olaf Scholz dzięki swojemu zwycięstwu w wyborach dał Socjaldemokracji nową pewność siebie, ale nie dokonał zasadniczego zwrotu w partii, musi brać pod uwagę, że nagle może zostać sam i nie będzie nikogo, kto pójdzie za nim. Przynajmniej w SPD.

Uchodzi pan za osobę blisko związaną z SPD.

Tak jest. Jestem związany z tą partią od wczesnych lat 70. Nigdy nie odszedłem, chociaż od czasu do czasu miałem problemy z SPD. Ale są też kwestie, bardziej w obszarze polityki społecznej, w których uważam ją za ważny element obrony liberalnej demokracji. Uważam, że dziś nie jestem już w stu procentach zgodny z partią, ale nadal jest mi do niej blisko.

Jest pan blisko SPD mimo jej polityki wobec Rosji, a także powiązań między Gerhardem Schröderem i Manuelą Schwesig a Nord Stream 2?

Ma pan na myśli projekt włączenia Rosji, która powstała na gruzach Związku Radzieckiego jako mocarstwo o tendencjach rewizjonistycznych, do europejskiego ładu pokojowego poprzez integrację gospodarczą, a przy tym zabezpieczenie Niemiec jako ośrodka przemysłowego poprzez układ naftowo-gazowy? Był to projekt, który zapewnił dobrobyt w kraju. Obecnie widzimy, że szczyt naszej prosperity minął i ten stan potrwa lata, jeśli nie na dekady.

Był to projekt, z którego skorzystałaby również ludność Rosji, gdyby oligarchowie nie zagarnęli dochodów ze sprzedaży energii i surowców. Ostatecznie projekt ten zakończył się niepowodzeniem, ponieważ nie udało się przekonać Putina i jego otoczenia, że dla niego i jego kraju nie ma lepszego rozwiązania od europejskiego ładu pokojowego. To się nie udało. Zamiast tego Putin realizuje neoimperialny projekt przywrócenia dawnej wielkości. Na niekorzyść Rosji, na niekorzyść Europejczyków — a przede wszystkim z konsekwencjami w postaci śmierci i cierpienia w Ukrainie.

Co sądzi pan o zarzucie, że myślenie w kategoriach geopolitycznych stref wpływów, jest anachronizmem, a przede wszystkim nie oddaje sprawiedliwości Ukrainie jako suwerennemu państwu dotkniętemu wojną?

Nie ulega wątpliwości, że w polityce światowej istnieje roszczenie co do stref wpływów. Dzięki swojej strategii Jedwabnego Szlaku Chińczycy są podmiotem ofensywnym, ale dysponują siłą ekonomiczną, a nie militarną. Rosjanie mają niewielką siłę ekonomiczną, więc są zmuszeni w dużym stopniu wykorzystywać siłę militarną. Stany Zjednoczone uznają za swoją strefę wpływów region Karaibów i Amerykę Środkową, a także część Ameryki Południowej. Na przykład Doktryna Monroego [doktryna z 1823 r. zakładająca, że kontynent amerykański nie może podlegać dalszej kolonizacji ani ekspansji politycznej ze strony Europy]. Tylko polityczni marzyciele zaprzeczają istnieniu stref wpływów. Nie znaczy to, że należy się pogodzić z tym, że Putin zapewnia sobie strefy wpływów. To obserwacja rzeczywistości politycznej — także w odniesieniu do trzech modeli wyjaśniających zachowanie Rosji wobec Ukrainy.

Co to za modele?

Po pierwsze, można powiedzieć, że Putin nie chce, aby NATO znajdowało się zbyt blisko granicy z Rosją, dlatego też poruszył kwestie otwartych granic w Gruzji i w Ukrainie. W ten sposób udało mu się osiągnąć pierwszy cel. Model ten nie ma więc zastosowania do obecnej wojny z Ukrainą. Drugi model zakłada, że Putin nie chce, aby na peryferiach Rosji funkcjonowała demokracja, ponieważ obawia się, że jej siła będzie oddziaływała na Rosję. I po trzecie: ma tendencję do dążenia do przywrócenia granic z czasów carskiej Rosji lub dawnego Związku Radzieckiego. Kiedy mówię o "strefach wpływów", Putin wydaje się zorientowany na ostatni wariant. Najwyraźniej cierpi na bóle fantomowe po straconych terytoriach. Nie jest to jednak coś, co cechuje tylko Putina.

Kto jeszcze cierpi z powodu bólów fantomowych?

Można to zaobserwować również w neoosmańskiej polityce Erdoğana, choć na znacznie mniejszą skalę. Turcja także od dziesięcioleci prowadzi pewne wojny, na przykład z Kurdami, częściowo wkraczając także na dawne terytoria Imperium Osmańskiego. Można też powiedzieć, że brexit był formą nostalgii za imperium: Brytyjska Wspólnota Narodów zamiast członkostwa w Unii Europejskiej.

Czy w odniesieniu do wojny w Ukrainie można mówić o wojnie zastępczej w jakimkolwiek sensie? [Rodzaj wojny, w której skonfliktowane państwa rozstrzygają spór nie za pomocą starć militarnych na własnym terytorium, lecz na terenie innego państwa — przyp. red.].

Rosjanie nie wysyłają już kogoś innego na front i nie stoją za kulisami, jak to było w przypadku separatystycznych republik ługańskiej i donieckiej, ale sami grają główne role. Ukraina natomiast stwierdziła, nie bez podstaw, ale także w formie zręcznej retoryki politycznej: "walczymy dla was, Europejczyków, o wasze bezpieczeństwo, o demokrację".

Jaka jest prawda w tej retoryce?

Można po raz kolejny spierać się, czy demokracja ukraińska jest rzeczywiście demokracją skonsolidowaną w naszym, zachodnim rozumieniu. Ale sądzę, że to nie o to chodzi. W tym przypadku Ukraina opowiada się za antyimperialną, czasem można też przeczytać: "antykolonialną" formą ładu politycznego, który jest przecież podstawą ładu Europy Zachodniej i Środkowej. Pod tym względem jest ona znacznie bliższa Europejczykom niż Rosji. Gdyby w Europie zakwestionowano granice między państwami, jak to uczynił Putin w swoich historycznych bredniach, rozpętałoby się tu piekło. Byłbym jednak ostrożny w używaniu terminu "wojna zastępcza".

Ale dostawy broni z Zachodu dowodzą, że jest tu jeden lub więcej podmiotów, które nie interweniują w wojnę, ale mają na nią wpływ.

Rozwleczone w czasie dostawy broni przez Europejczyków są politycznym wsparciem, ale nie oznacza to, że Ukraina reprezentuje Zachód. Koncepcje, które istnieją w Europie i częściowo w USA, dotyczące tego, jak ta wojna się zakończy lub powinna się zakończyć, są bardzo rozbieżne, tak że nie można powiedzieć, że Zachód ma pojęcie o tym, co reprezentuje sobą Ukraina.

Czym różnią się cele wojenne Unii Europejskiej, Stanów Zjednoczonych i Ukrainy?

Są na Zachodzie podmioty, które w centrum stawiają koncepcję samostanowienia narodów, a inne mają na myśli raczej demokrację. A w USA, przynajmniej jeśli słucham Sekretarza Obrony Lloyda Austina, raczej uważa się, że Ukraina służy odebraniu Rosjanom możliwości ponownego zagrożenia swoim sąsiadom w ciągu najbliższych 20 lat w długiej wojnie na wyniszczenie. Są to bardzo różne koncepcje i nie można w tej chwili powiedzieć, która z nich będzie ostatecznie dominująca.

Doradca rządu ukraińskiego Anton Heraszczenko stwierdził niedawno, że USA planują zniszczenie rosyjskiej Floty Czarnomorskiej, która uniemożliwia dostawę pszenicy z tego regionu do odbiorców, zwłaszcza w Afryce Północnej. To oznaczałoby faktyczne przystąpienie do wojny przez mocarstwo atomowe, jakim jest USA, co miałoby nieprzewidywalne konsekwencje. Jaką rolę odgrywają szlaki handlowe, które mogą zostać przerwane przez działania wojenne?

W ten sposób uwidacznia się ważna kwestia związana z przestrzenią, która nie jest bezpośrednio terytorium Ukrainy: kontrola nad Morzem Czarnym, o którą Putin lub rosyjskie elity starają się od czasu aneksji Krymu. Kto sprawuje kontrolę nad Morzem Czarnym? To kwestia geopolityczna od XVIII w., której kulminacją była wojna krymska w połowie XIX w., a następnie wysłanie przez Niemców dwóch dużych okrętów wojennych w czasie I wojny światowej, operujących pod turecką banderą na Morzu Czarnym.

Odegrało to również dużą rolę w trakcie II wojny światowej. Każdy, kto przygląda się geopolityce lub geostrategii w perspektywie historycznej, zna problem Morza Czarnego, kwestie przesmyków między Bosforem a cieśniną Dardanele. Z perspektywy Zachodu, a także USA, to problem związany z eksportem pszenicy, o którym pan wspomniał, a co za tym idzie – z klęską głodu na całym świecie.

Czy to nadaje konfliktowi wymiar globalny?

Jeśli weźmiemy pod uwagę, że klęski głodu generują przepływy migracyjne i że ze zrozumiałych względów te przepływy migracyjne nie kierują się do Rosji, lecz raczej do Europy, to prawie na pewno są one częścią putinowskiej strategii destabilizacji Europy. Nie bez powodu można bowiem założyć, że ruchy migracyjne, jeśli nie pochodzą z Ukrainy, mają tendencję do destrukcyjnego oddziaływania na spójność Europejczyków.

Jak teraz będzie przebiegać wojna?

Teraz ważne jest polityczne zapewnienie, że opór Ukraińców w ciągu pierwszych 90 dni tej wojny nie poszedł na marne. Ponieważ po tym, jak przez pewien czas panowała euforia, że Ukraina może wygrać tę wojnę, a nawet wyprzeć Rosjan z całego kraju, teraz wojna jest dla Ukrainy bardzo trudna. Wkrótce ją przegra.

Co to oznacza?

Należy się spodziewać, że wynegocjowany pokój oznaczałby teraz dla Ukrainy utratę całego Donbasu, a nawet większych obszarów. Zachód musi wspierać Ukrainę w taki sposób, aby była ona w stanie zaznaczyć swoją obecność nie tylko na obszarze na zachód od Dniepru, ale także poza nim. Jeśli bowiem Putinowi uda się zrealizować swoją politykę aneksji na dużą skalę, będzie to miało globalne skutki.

Pierwszym globalnym efektem będzie to, że w wielu krajach przywódcy powiedzą: Cóż, skoro Putin może to zrobić, a zajął połowę Ukrainy, możemy teraz spróbować i my. Ustępstwo wobec Putina, mimo najlepszych intencji zwolenników pokoju, spowodowałoby, że weszlibyśmy w erę wojen podjazdowych. Przychodzi mi na myśl okres międzywojenny, podbój Etiopii przez Mussoliniego.

Czy Niemcy poradzą sobie z "przełomem czasów", czy też iluzją jest przekonanie, że obecnie zachodni sąsiad Polski przekształca się ze społeczeństwa pacyfistycznego w przywódczo-defensywne?

Nastroje społeczeństwa niemieckiego, mierzone w badaniach opinii publicznej, z pewnością pokazują, że pacyfizm w zasadzie nie jest dominującą postawą ludności, lecz raczej próżnym gestem kilku intelektualistów, którzy teraz nagle chcą występować jako myśliciele strategiczni.

onet.pl

Jak mówił w TOK FM Paweł Reszka, który niedawno wrócił z Siewierodoniecka, najeźdźcy otaczają miasto od trzech stron. – Obrona opiera się na rzece Doniec. Na szczęście po drugiej stronie jest położone wyżej miasteczko Lisiczańsk, więc ustawiono tam artylerię i można odpowiadać na rosyjskie szturmy.(…) Miasta bronią tacy prawdziwi żołnierze frontowi. Mocno zarośnięci, przysypani kurzem, ale gotowi na wszystko. I na razie całkiem dobrze wychodzi im ta walka, bo Rosjanom ciężko jest zamknąć okrążenie. Ponoszą tam ciężkie straty – relacjonował reporter tygodnika "Polityka".

Jego zdaniem Siewierodonieck nie ma większego znaczenia pod kątem wojskowym - podobnie jak Mariupol - natomiast może być dla Rosjan cennym symbolem. – Oni potrzebują sukcesu. Siewierodonieck to ostatnie większe miasto w obwodzie ługańskim, które pozostaje w rękach ukraińskich. Jeśli je zdobędą, to w końcu będą mogli zameldować generałowi na Kremlu, że opanowali cały okręg. Bo w tej wojnie rosyjskie wojska nie mają zbyt często takich okazji – wskazał Reszka.

Reporter opowiadał też o swoim pobycie w oblężonym mieście, w którym kiedyś mieszkało ponad 100 tysięcy ludzi. – Większość została ewakuowana albo wyjechała sama. Zostają ci, którzy muszą, bo na przykład nie chcą opuścić chorych rodziców. Miasto jakoś funkcjonuje, ludzie żyją w piwnicach – relacjonował gość TOK FM. Centralnym punktem miasta jest potężny, podziemny schron atomowy. – Gdy tam byłem 10 dni temu, to mieszkało tam ponad 100 osób. Mieli zbiorową kuchnię, podział zadań, a nawet wybrali przewodniczącą bunkra – mówił Reszka i dodawał, że przypominało mu to obozy dla uchodźców na Bliskim Wschodzie. – Nowy przybysze śpią na kartonach, pod kocami. A ci, którzy mieszkają już dłużej, próbują budować jakieś ścianki działowe z kartonu czy sufity z koców – opowiadał dziennikarz.

Podkreślił jednak, że sytuacja miasta i jego mieszkańców nie wygląda najlepiej. – Ludzie żyją z pomocy humanitarnej, część w ogóle nie wychodzi na powierzchnię. Bo to niebezpieczne, a starsi mają problem ze sforsowaniem schodów. Spotkałem tam ludzi, którzy osiedlili się w bunkrze w zimie i byli zdziwieni, że już wiosna, bo ktoś przyniósł do środka gałązkę bzu – podsumował Reszka.

tokfm.pl