wtorek, 24 maja 2022


Siły rosyjskie kontynuują presję na obrońców, konsekwentnie szturmując, ostrzeliwując i bombardując ich pozycje na styku obwodów charkowskiego, donieckiego i ługańskiego. Nie rezygnują z dążeń do okrążenia całości zgrupowania ukraińskiego w rejonie Siewierodoniecka – umacniają się na południe od drogi Lisiczańsk–Bachmut (w trójkącie Wasyliwka–Łypowe–Trypilla) i przygotowują kolejne próby desantu przez rzekę Doniec. Wyprowadziły także uderzenie w kierunku leżącej w obwodzie donieckim miejscowości Łuhanśke, pomiędzy Popasną a Gorłówką. Obrońcy odpierają większość ataków, ich sukcesem zakończyły się kilkudniowe boje o Toszkiwkę na południe od Lisiczańska. Poza Donbasem w dalszym ciągu dominują ostrzał i bombardowania pozycji oraz zaplecza wojsk ukraińskich. Celami uderzeń rakietowych po raz kolejny były obiekty infrastruktury kolejowej w obwodzie dniepropetrowskim (Pawłohrad i Synelnykowe). Najeźdźcy mają wprowadzać nowe jednostki z Rosji do obwodu charkowskiego, na Krym (m.in. systemy obrony powietrznej S-400) i na Białoruś (skierowany do obwodu brzeskiego dywizjon rakietowy z systemami Iskander).

Sekretarz obrony USA Lloyd Austin poinformował o wynikach spotkania ministrów obrony ponad 40 państw wspierających Ukrainę. 20 krajów zapowiedziało dostawy uzbrojenia i sprzętu wojskowego, a pozostałe – pomoc w zakresie szkolenia i modernizacji. Szef Pentagonu podziękował Czechom za przekazane Kijowowi śmigłowce bojowe, czołgi i wieloprowadnicowe wyrzutnie pocisków rakietowych, a Danii – za decyzję o dostarczeniu przeciwokrętowych pocisków manewrujących krótkiego zasięgu Harpoon wraz z wyrzutniami. W zakresie dostaw uzbrojenia artyleryjskiego Austin wymienił Grecję, Norwegię, Polskę i Włochy, a koordynacji pomocy wojskowej dla Ukrainy – Wielką Brytanię. Przedstawiciele władz w Kijowie podkreślają, że do pokonania przeciwnika potrzeba szybkich dostaw wszystkich kategorii ciężkiego uzbrojenia w dużych ilościach.

Reżim Alaksandra Łukaszenki wciąż zapewnia bezpieczeństwo wojskom rosyjskim przebywającym na Białorusi. Siły Zbrojne RB przedłużyły ćwiczenia („sprawdzian sił reagowania”) przy granicy z Ukrainą, Polską i Litwą co najmniej do 28 maja. Pomimo wydłużenia czasu szkolenia na poligonach armia białoruska nadal nie jest przygotowana do ofensywnych operacji wojskowych, a jej aktywność ma zapewnić oddziałom rosyjskim osłonę przed ewentualnymi wypadami ukraińskich grup dywersyjnych.

Władze kolaboranckie obwodu chersońskiego zapowiedziały, że w najbliższym czasie zwrócą się do Federacji Rosyjskiej z prośbą o utworzenie bazy wojskowej, co ma „uniemożliwić ponowne przejęcie obwodu chersońskiego przez nazistowski rząd w Kijowie”. Potwierdza to, że najeźdźcy wciąż nie mają pomysłu na ostateczną organizację zarządzania terytoriami okupowanymi i skłaniają się ku utrzymaniu na nich administracji wojskowej. Świadczy o tym informacja, że w obwodach chersońskim i zaporoskim powołano 19 rosyjskich komendantur wojskowych, mających „utrzymać porządek” w zajętych miejscowościach.

Blokada dróg wyjazdowych z okupowanej południowej Ukrainy na tereny kontrolowane przez siły ukraińskie nasiliła korupcję w siłach agresora. Rosjanie domagają się łapówek od ludzi, którzy chcą opuścić Melitopol czy Enerhodar. W obwodzie zaporoskim mają one sięgać od 20 do 40 tys. hrywien. Proceder ten nie wywołuje reakcji rosyjskiego dowództwa, które nie podejmuje działań na rzecz usunięcia z dróg kolumn pojazdów oczekujących na okazję do przedostania się na obszar znajdujący się pod kontrolą Kijowa.

Szef samozwańczej tzw. Donieckiej Republiki Ludowej (DRL) Denys Puszylin oznajmił, że wszyscy ukraińscy jeńcy wojenni wzięci do niewoli w Mariupolu znajdują się na terytorium opanowanym przez siły rosyjskie. Zapowiedział, że na obszarze tzw. DRL zostanie zorganizowany „międzynarodowy trybunał” mający osądzić rzekome zbrodnie przeciwnika. Strona rosyjska nie zajęła w tej sprawie oficjalnego stanowiska, a nieliczni przedstawiciele tamtejszych władz wzywają do przeprowadzenia pokazowego procesu. Z kolei prezydent Wołodymyr Zełenski stwierdził, że oczekuje, iż obrońcy Mariupola wrócą do domu w ramach wymiany jeńców, która ma się odbyć pod auspicjami Międzynarodowego Komitetu Czerwonego Krzyża i ONZ. Zastrzegł, że fizyczna likwidacja żołnierzy przez Rosjan będzie skutkować zerwaniem jakichkolwiek rozmów pokojowych.

Sąd w Kijowie skazał pierwszego rosyjskiego żołnierza na karę dożywotniego pozbawienia wolności za zabicie ukraińskiego cywila. Prokurator generalna Ukrainy Iryna Wenediktowa poinformowała, że na procesy dotyczące popełnionych zbrodni czeka kolejnych 48 wojskowych agresora przebywających w miejscowych więzieniach. W sumie organy ścigania wszczęły względem rosyjskich żołnierzy ok. 13 tys. postępowań karnych w sprawach związanych z okrucieństwem i przemocą wobec ludności cywilnej.

Komentarz

Zapowiedź przywódcy separatystów dotycząca utworzenia „międzynarodowego trybunału” dla wziętych do niewoli ukraińskich żołnierzy świadczy o chęci stworzenia wrażenia symetryczności działań ludzi walczących po obu stronach frontu, a tym samym próbie zrelatywizowania zbrodni wojennych popełnianych przez najeźdźców. W zamyśle Rosjan pokazowy proces wytypowanej grupy żołnierzy pułku Azow ma skutecznie odwrócić uwagę od procesów rosyjskich wojskowych toczących się na Ukrainie. Jednocześnie przedstawienie obrońców Azowstali jako zbrodniarzy wojennych reprezentujących poglądy neonazistowskie służyć będzie utwierdzeniu rosyjskiego społeczeństwa w przekonaniu o zasadności decyzji Kremla o przeprowadzeniu tzw. specjalnej operacji wojskowej mającej na celu „denazyfikację” Ukrainy.

Spotkanie ministrów obrony państw wspierających militarnie Ukrainę nie przyniosło przełomu w kwestii zwiększenia zakresu dostaw ciężkiego uzbrojenia i sprzętu wojskowego. Szef Pentagonu uchylił się od odpowiedzi na pytanie o przekazanie wieloprowadnicowych wyrzutni pocisków rakietowych (MLRS), których oczekiwał Kijów. Jedyne novum stanowi decyzja Kopenhagi o wysłaniu Ukraińcom rakiet przeciwokrętowych, lecz obecnie ma ona wymiar przede wszystkim symboliczny. Dania dysponowała dwiema bateriami pocisków Harpoon Block IC (łącznie cztery wyrzutnie kołowe z czterema zasobnikami na każdej) o zasięgu 124 km, które wycofała ze służby w 2003 r. – nie ma zatem pewności, czy rakiety są jeszcze sprawne. Za wysoce prawdopodobne należy uznać, że sojusznikom chodziło o dokonanie wyłomu w dotychczasowej polityce nieprzekazywania Kijowowi zachodniego uzbrojenia stricte ofensywnego, a do duńskich wyrzutni – stanowiących podstawową część donacji – z czasem dostarczone zostaną nowe rakiety (prawdopodobnie RGM-84L-4 Harpoon Block II) z USA lub Wielkiej Brytanii. Tym sposobem armia ukraińska zyska szansę na zadanie istotnych strat rosyjskiej Flocie Czarnomorskiej i przełamanie blokady Odessy.

osw.waw.pl

W ciągu trzech miesięcy wojny nastrój rosyjskich elit zdążył się kilkakrotnie całkowicie zmienić. Na początku marca Meduza pisała, że większość oficjeli na Kremlu i w rządzie po prostu nie wiedziała, co robić — i była przerażona tym, jak sankcje wpłyną na ich karierę i życie. Nieco później rozpoczął się "zryw patriotyczny" — w kwietniu wielu rządzących publicznie wzywało do wojny aż do "zwycięskiego końca".

Obecnie — trzy miesiące po rozpoczęciu inwazji — w ocenach tego, co się dzieje, znów dominuje pesymizm. — Żyć jak dawniej nie można, o rozwoju nie ma mowy. Ale jakoś żyć się da — szary import, handel z Chinami i Indiami — mówi Meduzie źródło bliskie rządowi.

Jednak Kreml nadal nie widzi realnego scenariusza, w którym władze mogłyby zakończyć walki w Ukrainie — i utrzymać swoje notowania. Meduza pisała już, że w tygodniach po rozpoczęciu inwazji na Ukrainę na Kremlu zaczęto opracowywać strategie, jak to osiągnąć — ale nic nie wymyślono.

"Zadowolonych z Putina prawdopodobnie nie ma już wcale. Przedsiębiorcy i wielu członków rządu jest niezadowolonych z faktu, że prezydent rozpoczął wojnę, nie myśląc o skali sankcji — z takimi sankcjami nie da się dobrze żyć. "Jastrzębie" nie są zadowolone z tempa "operacji specjalnej". Uważają, że możliwe jest bardziej zdecydowane działanie".

Tak nastroje wśród rosyjskich elit opisał rozmówca Meduzy z kręgów bliskich Kremla. Potwierdziły to dwie inne osoby bliskie administracji prezydenckiej, a także dwaj rozmówcy zbliżeni do rządu.

Źródła bliskie prezydenckiej administracji wyjaśniają, że stanowisko "jastrzębi" (przede wszystkim tzw. siłowików) jest proste: "Zgodnie z ich rozumowaniem, jeśli się coś zaczęło — nie można pokazać słabości. Trzeba działać ostrzej". Przez "ostrzej" rozumieją szeroką mobilizację rezerwistów i wojnę "do zwycięstwa" — najlepiej do zdobycia Kijowa.

Jednak według rozmówców Meduzy, na Kremlu nie są gotowi na powszechną mobilizację. Jeszcze w kwietniu źródła Meduzy bliskie administracji prezydenta, powołując się na wyniki zamkniętych badań socjologicznych, twierdziły, że nawet Rosjanie, którzy popierają "operację specjalną", nie są gotowi sami walczyć — ani wysyłać na front swoich krewnych.

Jednocześnie źródła podają, że "partia pokoju" — reprezentowana przez największych biznesmenów i większość urzędników cywilnych — również jest niezadowolona z działań Putina, ponieważ nie widzi żadnych realnych kroków z jego strony w celu osiągnięcia pokoju z Ukrainą. Z drugiej strony, dostrzega liczne trudności w gospodarce.

"Problemy [w Rosji w związku z wojną] są już widoczne, a w połowie lata po prostu zacznie się sypać z każdej strony: transport, medycyna, nawet rolnictwo. Nikt się nie spodziewał aż takiej skali" — doprecyzowuje rozmówca Meduzy z kręgów rządowych.

Dodaje, że przed rozpoczęciem wojny nikt na Kremlu nie brał pod uwagę możliwości całkowitego embarga na import rosyjskiego gazu i ropy przez kraje europejskie. Takie embargo jest wciąż dyskutowane, ale według rozmówców Meduzy, prezydent i "wojownicza" część jego otoczenia wciąż nie wierzą, że te groźby Zachodu zostaną zrealizowane.

Putin po prostu nie chce myśleć o problemach gospodarczych, które są oczywiste dla większości urzędników, a już szczególnie nie chce łączyć ich z wojną — podkreślają w rozmowie z agencją Meduza dwa źródła bliskie administracji prezydenta.

Ten punkt widzenia został również wyrażony publicznie przez prezydenta. Na przykład gubernator obwodu kaliningradzkiego Anton Alichanow na spotkaniu z prezydentem tak tłumaczył upadek przemysłu budowlanego: "Po rozpoczęciu specjalnej operacji wojskowej nastąpiło czasowe przerwanie połączeń logistycznych. Nadal dużo kupowaliśmy za granicą i skupialiśmy się na tranzycie przez terytorium sąsiednich państw. Trochę czasu zajęło nam dostosowanie zapasów do nowych realiów. Zostało to już zrobione".

W odpowiedzi Putin kilkakrotnie podkreślał, że trudności nie powinny być przypisywane wojnie: "W tym przypadku nie powinno się mówić o naszej specjalnej operacji wojskowej. W latach 2020-2021 miała miejsce recesja i nastąpił zauważalny spadek w budownictwie. Dlatego też specjalna operacja wojskowa w Donbasie nie ma z nią absolutnie nic wspólnego".

onet.pl

Europa musi uczyć się na błędach z przeszłości i zadbać o to, by żadna ze stron nie została upokorzona, gdy Rosja i Ukraina będą negocjować pokój - wypalił niedawno Emmanuel Macron.

W tym momencie żadna ze stron nie powinna być upokarzana ani wykluczana, jak to miało miejsce w przypadku Niemiec w 1918 roku - dodał francuski prezydent, nawiązując do traktatu wersalskiego, którego postanowienia były dla Niemiec niezwykle dotkliwe politycznie, militarnie i gospodarczo.

Na tym jednak nie koniec. Z wywiadu Wołodymyra Zełenskiego dla włoskiej telewizji RAI mogliśmy się dowiedzieć, że w swoim dążeniu do nieupokarzania żadnej ze stron konfliktu francuski prezydent posunął się do sugerowania swojemu ukraińskiemu odpowiednikowi istotnych ustępstw terytorialnych względem Rosji. Wszystko po to, aby "pomóc Putinowi wyjść z wojny z twarzą".

Pałac Elizejski stanowczo zdementował słowa Zełenskiego, jakoby Macron namawiał ukraińskiego prezydenta do oddania Kremlowi części swojego terytorium, ale i Kijów bardzo twardo wyraził swoje stanowisko w tej kwestii.

Chcemy, żeby rosyjska armia opuściła nasze ziemie. To nie my jesteśmy na rosyjskiej ziemi. Nie pomożemy Putinowi zachować twarzy, płacą za to naszym terytorium. To byłoby niesprawiedliwe - powiedział Zełenski w rozmowie z telewizją RAI.

A skoro jesteśmy już przy Włochach, to premier Mario Draghi po spotkaniu z amerykańskim prezydentem Joe Bidenem wypowiedział warte odnotowania i refleksji słowa.

Zgodziliśmy się co do tego, że musimy kontynuować wspieranie Ukrainy i wywieranie presji na Moskwę, ale również, że musimy zacząć zadawać sobie pytanie, jak wypracować pokój - ocenił szef włoskiego rządu.

Ludzie chcą myśleć o możliwości zawieszenia broni i wznowieniu wiarygodnych negocjacji. Taka jest dzisiaj sytuacja. Musimy się głęboko zastanowić, jak na to odpowiedzieć - dodał Draghi.

Włoski polityk nie wspomniał ani o tym, kim są domagający się szybkiego wypracowania pokoju "ludzie" - Włosi? Ukraińcy? Światowa opinia publiczna? - ani czym w jego ocenie są „wiarygodne negocjacje", ani o tym, że w przeszłości negocjacje pokojowe z Rosjanami skończyły się próbą otrucia dwóch przedstawicieli strony ukraińskiej.

W bardzo podobnym tonie do Draghiego wypowiadał się ostatnio niemiecki kanclerz Olaf Scholz, który przeprowadził z Putinem 75-minutową rozmowę telefoniczną. "W Ukrainie musi jak najszybciej dojść do zawieszenia broni" - napisał po niej na Twitterze.

W obliczu powagi sytuacji militarnej i konsekwencji wojny w Ukrainie, zwłaszcza w Mariupolu kanclerz Niemiec wezwał prezydenta Rosji do jak najszybszego zawieszenia broni, poprawy sytuacji humanitarnej i postępów w poszukiwaniu dyplomatycznego rozwiązania konfliktu - doprecyzował rzecznik niemieckiego rządu Steffen Hebestreit.

W słowach zarówno francuskiego prezydenta, jak i włoskiego premiera czy niemieckiego kanclerza na pierwszy rzut oka nie ma niczego niewłaściwego. Zgodzimy się, że chyba wszyscy chcieliby końca wojny w Ukrainie. Żaden ze wspomnianych polityków otwartym tekstem nie stanie przeciwko Ukrainie, bowiem oznaczałoby to ni mniej, ni więcej a polityczne samobójstwo. Między wierszami można jednak z powyższych wypowiedzi sporo wyczytać. Po pierwsze, padają w momencie, gdy Rosja utknęła w Donbasie i nawet realizacja "planu minimum", jakim stało się oderwanie tych terenów od Ukrainy, jest niepewna. Po drugie, ani Macron, ani Draghi, ani Scholz nie mówią o tym, że warunkiem sine qua non zawarcia pokoju jest wycofanie się rosyjskich wojsk z terytorium Ukrainy. Wreszcie po trzecie, wszyscy trzej politycy popełniają podstawowy błąd w relacjach z Rosją i Putinem - jako pierwsi chcą wyjść z propozycją rozmów, negocjacji, szeroko rozumianego dialogu.

Perfekcyjnie wyjaśniła to nie tak dawno estońska premier Kaja Kallas.

Jeśli teraz myślimy "OK, zaoferujmy coś Rosji", ale wtedy w praktyce dostaną coś, czego nie mieli wcześniej - stwierdziła w jednym z telewizyjnych wywiadów. Po czym przeszła do niezwykle celnej diagnozy kremlowskiego stylu negocjacji, opisanego niegdyś przez byłego szefa radzieckiej dyplomacji Andrieja Gromyko.

Po pierwsze, żądaj wszystkiego. Nie proś, tylko żądaj czegoś, co nigdy nie było twoje. Po drugie, stawiaj ultimata, formułuj groźby. Po trzecie, nie ustępuj nawet o cal w negocjacjach, ponieważ na Zachodzie zawsze będą ludzie, którzy coś ci zaoferują. Wtedy, w końcowym rozrachunku, będziesz mieć jedną trzecią albo nawet połowę czegoś, czego nie miałeś wcześniej. Musimy mieć to na uwadze przez cały czas - podsumowała Kallas.

(...)

Teraz rodzą się dwa zasadnicze pytania. Pierwsze: Zachód, zwłaszcza kraje "starej UE", tego nie rozumie, czy jedynie udaje, że nie rozumie? I pytanie drugie: jeśli Zachód udaje, że nie rozumie kremlowskiego modus operandi, to jakie interesy mu przyświecają i co chce dla siebie ugrać? Jako że drugi scenariusz jest znacznie prawdopodobniejszy, więc warto zrozumieć logikę, która idzie za takim sposobem działania czołowych europejskich polityków.

Po pierwsze, ani Paryż, ani Rzym, ani Berlin nie chcą destabilizacji sytuacji na Kremlu. Niezależnie, czy mówimy o obaleniu Putina, ogólnokrajowej rewolucji czy rozłamie na szczytach władzy i Rosji pogrążonej na lata albo nawet dekady w chaosie. Putin jest geopolitycznym bandytą, a na krajowym podwórku krwawym i bezwzględnym dyktatorem, ale jest już dobrze znany i przez ponad dwie dekady Zachodowi udawało się jakoś z nim żyć. Niestety z naciskiem na „jakoś", bo w tym układzie to Putin robił, co chciał, a Zachód patrzył na jego działania przez palce. Dlatego lepszy znany i zły Putin niż jedna, wielka niepewność.

Po drugie, wspomnianym trzem państwom bardzo zależy na stabilizacji sektora energetycznego w Unii Europejskiej. Koniec dramatycznych i pospiesznych poszukiwań alternatyw dla rosyjskich źródeł energii oraz kres spekulacji cenami gazu i podbijania wartości baryłki ropy to scenariusz, który byłby mile widziany przez Macrona, Draghiego i Scholza. A ponieważ Rosja nigdy nie zagrażała bezpośrednio ich krajom i ich społeczeństwom, (ewentualne?) wystawienie rachunku za utrzymanie dawnego status quo Ukrainie nie powinno nikogo dziwić.

Po trzecie, Francja, Niemcy i Włochy są od lat mocno związane z Rosją i rosyjskim rynkiem gospodarczo. Im dotkliwsze i im dłuższe sankcje na Kreml za inwazję na Ukrainę, tym większe straty dla francuskich, niemieckich i włoskich firm. To oczywiste, że przywódcy tych państw woleliby "jakiś" pokój między Ukrainą i Rosją, po którym można byłoby znieść i/lub złagodzić przynajmniej część nałożonych w ostatnim kwartale sankcje gospodarczych.

Po czwarte, kryzys żywnościowy. Mało kto zdaje sobie sprawę i bardzo mało miejsca poświęcane jest temu tematowi w unijnej debacie publicznej, ale reperkusje rosyjsko-ukraińskiego konfliktu mocno odczują też kraje Afryki Północnej i Bliskiego Wschodu. Ich bezpieczeństwo żywnościowe w dużym stopniu zależy od dostaw (zwłaszcza zboża) z Ukrainy i Rosji. Załamanie tego łańcucha dostaw - a z tym muszą się dzisiaj mierzyć - może w najgorszym rozrachunku oznacza nawet klęskę głodu. To przełożyłoby się na masową migrację ludności do Europy. Włosi, Francuzi i Niemcy, jako potencjalne miejsca docelowe takiej migracji, chcą tego scenariusza za wszelką cenę uniknąć.

Wreszcie argument piąty, na który zwrócił ostatnio uwagę Ralph Gert Schöllhammer w "The Wall Street Journal", a mianowicie przearanżowanie politycznego układu sił w Europie i Unii Europejskiej w przypadku sukcesu Ukrainy. Zwycięska Ukraina jeszcze mocniej przyspieszyłaby w kierunku akcesji do Unii Europejskiej. Wspomagana funduszami z UE i Stanów Zjednoczonych, zdołałaby się odbudować i w perspektywie dziesięciu, może piętnastu, lat miałaby szanse do UE przystąpić. To natomiast oznaczałoby wielką geopolityczną zmianę we Wspólnocie.

Unia Europejska jest zbudowana wokół Niemiec i Francji, a oba kraje zazdrośnie broniły swojej pozycji najważniejszych graczy w Europie. Politycy we Francji i Niemczech są świadomi, że UE z Ukrainą mogłaby prowadzić do konkurencyjnej (wobec osi Paryż - Berlin - przyp. red.) osi Warszawa - Kijów, a to coś, czego ani Francja, ani Niemcy nie chcą. Ukrainie politycznie i kulturowo bliżej do Polski niż Niemiec, co oznaczałoby, że niemieckie wpływy w UE mogłyby się istotnie zmniejszyć i zostać zastąpione rosnącą pozycją Europy Wschodniej - czytamy w "WSJ".

gazeta.pl

- W książce "Wysadzić Rosję" opisywał pan państwo, w którym służby bezpieczeństwa zrosły się ze światem przestępczym, stały się właściwie mafią totalną i przejęły władzę. Czyli rzeczywistość, w której to nie państwo ma służby, ale służby mają państwo. Czy pana zdaniem to jest nadal aktualne? Po dwóch dekadach?

Zdecydowanie. Nawet jeszcze bardziej niż wówczas. Teraz kontrola służb nad państwem jest absolutna. Społeczeństwo obywatelskie zniszczono. Nie ma właściwie żadnych mediów niezależnych od władzy. Nie ma realnej opozycji wewnętrznej. Oligarchowie, których wskazuje się czasem na Zachodzie jako ważnych ludzi, ponieważ mają pieniądze, tak naprawdę już od dawna nie są żadnymi oligarchami. Nie liczą się, jeśli chodzi o władzę. Służby podporządkowały sobie ich w latach 2000-2004. Tak zwani oligarchowie mogą mieć pieniądze, bo się im na to pozwala. Pełnią określoną funkcję i przechowują fundusze realnie należące do ludzi służb. To im udało się przejąć w Rosji władzę totalną, a na czele tego wszystkiego stoi pułkownik KGB, były szef FSB, Władimir Putin.

- Skoro władza w Rosji to służby bezpieczeństwa, to wobec tego Putin rzeczywiście jest liderem, trzymającym to wszystko mocną ręką, czy raczej wysuniętym z cienia figurantem?

Jest liderem. Bez dwóch zdań. Doprowadził do zmian w konstytucji, które tak naprawdę dają mu dożywotnią władzę. Jednak jednocześnie jest reprezentantem pewnego środowiska. Co oznacza, że nie jest niezastąpiony. Te wszystkie podszyte nadzieją analizy w zachodnich mediach, że może Putin umrze zaraz na jakąś chorobę, to Rosja się uspokoi. Bzdura. Władza nadal pozostanie w rękach tego samego kręgu ludzi, którzy są współodpowiedzialni za to, co się dzieje. Pojawi się ktoś inny na miejsce Putina i tyle.

Żeby coś się realnie zmieniło, to Rosja musiałaby doznać takiej klęski, jakiej doznały nazistowskie Niemcy w 1945 roku. Totalnej. Takiej, która doprowadziłaby do całkowitego zawalenia się obecnego systemu. Wszystko inne będzie oznaczało tylko kosmetyczne zmiany. Bądźmy przy tym szczerzy. Choć kibicuję Ukraińcom, to odniesienie przez nich takiego zwycięstwa nad Rosją nie jest realne.

- Z drugiej strony jest też już ewidentne, że Rosja nie jest w stanie odnieść totalnego zwycięstwa nad Ukrainą. Ta wojna będzie się przedłużać, zginą jeszcze tysiące rosyjskich żołnierzy, będą ginąć rezerwiści i poborowi. Sytuacja ekonomiczna się znacznie pogorszy. Czy to nie podkopie władzy służb?

Nie. Tu są dwie kwestie. Po pierwsze Putin i jego ludzie mają gdzieś, ilu Rosjan zginie. Zabijanie własnych obywateli nigdy nie było dla nich problemem. W końcu w 1999 roku zabili 300 Bogu ducha winnych cywilów w fałszywych zamachach, żeby móc wszcząć II wojnę w Czeczenii, która doprowadziła do jeszcze większej liczby ofiar. Ba, przecież teraz w Ukrainie rosyjskie wojsko zabija na ogromną skalę ludzi, których sam Kreml uznaje za Rosjan. Przecież Charków, Mariupol czy Chersoń to miasta, gdzie nie tylko większość ludzi rozmawiała po rosyjsku, ale po prostu byli etnicznymi Rosjanami, którzy osiedlili się tam w czasach ZSRR, czy wcześniej ich rodziny za caratu. Kreml nie ma problemu z zabijaniem ich tysiącami.

Po drugie Rosjanie nie są narodem do końca racjonalnym. Jako Rosjanin muszę to stwierdzić z pewnym smutkiem. W Rosji nigdy nie było demokracji, silnego społeczeństwa obywatelskiego. Jest za to wyuczona pasywność i wieki oddziaływania państwowej propagandy, która zakorzeniła w Rosjanach przekonanie o ich wyjątkowości. Że Rosji z zasady należy się bycie imperium, wielkość i posłuch na świecie. Ukraina, Białoruś czy Polska to są państwa i narody pomniejsze, albo wręcz właściwie zbiory ludzi niezasługujące na takie miano. Nawet od wykształconych i teoretycznie światowych ludzi można usłyszeć: "No ale wiesz, tak szczerze ta Ukraina, to tak naprawdę co to za państwo? Gdzie tam jakaś literatura i kultura? Jakich oni mieli wielkich poetów? Nie to, co Tołstoj, Dostojewski...".

I na tym sentymencie z pełną świadomością gra władza. Ba, im więcej ofiar na Ukrainie, tym bardziej można tę wojnę porównywać do Wielkiej Wojny Ojczyźnianej. Wielki wysiłek, wielka ofiara, pokonywanie wielkich przeciwności, konieczność wielkich wyrzeczeń dla wielkiego celu. Rosjanie sami z siebie nie stwierdzą, że to nie ma sensu. Nie zaakceptują, że nie należy im się wielkość i że nie są wyjątkowi.

- No ale jednak ich armia jakoś nie jest w stanie zgnieść tej nic nieznaczącej Ukrainy. To nie daje do myślenia?

Może i komuś daje, ale tu mamy kolejną kwestię - władzy co do zasady nie obchodzi to, co myślą ludzie. Kontrola służb nad państwem jest totalna.

- Z tego, co pan mówi, wyłania się obraz bezwzględnie skutecznych i przebiegłych radzieckich/rosyjskich służb. Tylko jakoś totalnie pomyliły się one w kwestii oceny Ukraińców przed inwazją. Może w innych kwestiach też się mylą i ta ich kontrola nie jest taka absolutna?

Tak, popełnili poważny błąd. Tylko to jest coś, co przydarza się praktycznie każdym służbom. Rosjanie mają tradycję niedoceniania przeciwnika i przeceniania własnej siły. Choćby pierwsza wojna czeczeńska. Pomimo tego po trupach, które ich nie obchodzą, docierają do celu. Mogą sobie na to pozwolić, bo kontrolują państwo.

Moje twierdzenie o tej totalnej kontroli bierze się z tego, że to nie jest coś, co się stało w ciągu kilku ostatnich lat. To jest proces, który zachodził stopniowo od 1917 roku, kiedy utworzono radzieckie służby bezpieczeństwa. O tym jest moja nowa książka, która zostanie wydana w Polsce w sierpniu ("Od Dzierżyńskiego do Putina. Służby specjalne Rosji w walce o dominację nad światem 1917-2036", wydawnictwo Rebis - red.). Ludzie służb stopniowo, z pewnym niepowodzeniami, ale uparcie dążyli przez prawie wiek do przejęcia władzy w Rosji. Moim zdaniem wydarzeniem o wielkim znaczeniu było stworzenie za rządów w KGB Jurija Andropowa tak zwanego Korpusu Oficerów Aktywnej Rezerwy. Chodziło o to, że oficerowie służb byli skrycie delegowani na stanowiska w strukturach władzy cywilnej, zakładach, instytutach, wszędzie. To się działo przez dekady. W każdej strukturze państwa umieszczono ludzi służb, którzy stopniowo pieli się do góry i wspierali się nawzajem. Do tego dochodziły rzesze ludzi, których zwerbowali na współpracowników.

Kiedy rozpadło się ZSRR i zniknęła partia, okazało się, że cały kraj jest w obezwładniający sposób przeżarty przez ludzi służb. Liberałowie, demokraci i reformatorzy przez dekadę próbowali skierować Rosję na inny kurs, stworzyć realną demokrację, ale nie zdawali sobie sprawy z tego, w jakiej rzeczywistości działają. Było już za późno. Ludzie służb byli wszędzie - funkcjonowali jak mafia i w znacznej mierze zrośli się ze światem przestępczym. W 1999 roku ostatecznie osiągnęli zwycięstwo, kiedy ich człowiek, Władimir Putin, został wyznaczony na prezydenta w zamian za ustępującego Borysa Jelcyna. Zatwierdzenie tej decyzji w wyborach w 2000 roku było techniczną formalnością. Do dzisiaj nikt tej potędze nie zagroził, wręcz przeciwnie, ona się tylko umacniała.

- Skoro mają tak totalną kontrolę, to po co wszczęli wojnę z Ukrainą? Przecież to w długiej perspektywie gospodarcza degradacja Rosji, a co za tym idzie - zagrożenie dla majątków ludzi służb?

Gdyby to były jakieś pospolite bandziory, którym chodzi tylko o pieniądze, to nie byłoby w ogóle problemu. Można byłoby ich kupić w ten czy inny sposób i mieć spokój.

- No to co innego? Realizacja imperialnych ambicji, odbudowa ZSRR siłą? Czy Putin naprawdę może wierzyć w to, co obywatelom sprzedaje propaganda?

Wydaje się oczywiste, że Putin chce zagarnąć Ukrainę. Zniszczyć państwo ukraińskie i to, co po nim zostanie, włączyć do Rosji. Najprościej przekonać do tego obywateli poprzez wmówienie im, że ziemie ukraińskie zawsze należały do Rosji, bo nie ma czegoś takiego jak naród ukraiński czy język ukraiński. Tylko czy Putin szczerze w to wierzy, czy to wyrachowana polityka? Pewnie po trochu to i to.

Trudno w ogóle rozmawiać w kategoriach "szczerości" czy "autentyczności", kiedy chodzi o oficera KGB, które całe życie służy swojej organizacji. Na pewno instrumentalne wykorzystanie rosyjskiego nacjonalizmu, stało się wygodnym wytłumaczeniem tego, co się teraz dzieje. Tylko tu docieramy do starego dylematu jeszcze z czasów Stalina. Czy generalissimus był komunistą, czy imperialistą, czy po prostu psychopatą? Dla tych, których zamordował, tak naprawdę nie miało to znaczenia.

- No ale to jeszcze raz. Wszczynanie wojny z Ukrainą wydaje się nieracjonalne, ponieważ prowadzi w długiej perspektywie do osłabienia Rosji, a więc stwarza ryzyko dla władzy służb.

Próbujemy szukać racjonalności opartej o nasze postrzeganie świata. Tego, co w naszym mniemaniu jest ważne. Tymczasem Rosja nie jest do końca racjonalna w naszym rozumieniu. Ludziom na Kremlu od początku do końca chodzi o jedno: utrzymanie totalnej kontroli. To, czy tysiące obywateli zginą, czy ich sytuacja finansowa znacznie się pogorszy, nie ma znaczenia, jeśli to umocni ich władzę nad państwem. Analizowanie motywów Kremla może nastręczać problemów, bo współczesna Rosja jest pierwszym państwem w historii, gdzie totalną kontrolę sprawują służby bezpieczeństwa.

- No ale jak tak mało udana wojna może im pomóc, a nie zaszkodzić?

Jest właściwie pewne, że Putin liczył na inny jej przebieg. Właściwie każdy polityk, który wszczyna wojnę agresywną, liczy na szybkie i łatwe zwycięstwo, a nie odległe, niepewne i krwawe. Nie spodziewał się też na pewno tak silnej i zdecydowanej reakcji Zachodu. Ale wykonanie kroku wstecz nie wchodzi w grę. Kiedy jesienią i zimą rosyjskie wojska gromadziły się na granicy Ukrainy, Kreml krzyczał pod adresem Zachodu "słuchajcie nas!" i przedstawiał swoje żądania. Liczył pewnie na to, że ten Zachód ustąpi. Tylko tym razem powiedziano "sprawdzam". Ponieważ krok wstecz nie wchodził w grę, zapadła decyzja o wojnie.

Teraz, jeśli Ukraińcy zdołają w końcu zatrzymać rosyjskie wojsko, staniemy w obliczu kolejnego szantażu Kremla. Tym razem jądrowego. Znów Kreml zakrzyczy "słuchajcie nas!" i przedstawi swoje żądania. Czy Zachód będzie miał dość woli, aby znów powiedzieć "sprawdzam", by zmusić Putina do wykonania kroku wstecz, którego on absolutnie nie chce wykonać? Moim zdaniem staniemy przed tym dylematem w ciągu kilku miesięcy.

gazeta.pl

poniedziałek, 23 maja 2022


Ukraińcy odpierają wrogie ataki na styku obwodów charkowskiego, donieckiego i ługańskiego, w większości przypadków zmuszając przeciwnika do wycofania się na wcześniej zajmowane pozycje. Głównym obszarem walk pozostaje rejon Siewierodoniecka – siły agresora miały wkroczyć do północnej części miasta, a także zniszczyć most łączący je z sąsiednim Lisiczańskiem. Wciąż nie udało im się opanować drogi Lisiczańsk–Bachmut na pograniczu obwodów donieckiego i ługańskiego. Do obniżenia intensywności działań bojowych miało dojść w środkowej części obwodu donieckiego (w pobliżu Awdijiwki i Kurachowego), sporadyczne starcia miały też miejsce w obwodzie zaporoskim. Dominował ostrzał artyleryjski, rosyjskie lotnictwo kontynuowało również bombardowania pozycji ukraińskich i ich bezpośredniego zaplecza. Poza rejonami walk celami ostrzału i bombardowań pozostają Charków i jego okolice, Mikołajów, miejscowości w obwodzie dniepropetrowskim na południe od Krzywego Rogu oraz przygraniczne rejony obwodów czernihowskiego i sumskiego.

W ostatnich dniach najeźdźcy przeprowadzili ataki rakietowe na obiekty infrastruktury kolejowej i magazyny w obwodach charkowskim (Łozowa), połtawskim (rejon łubieński), zaporoskim (Wilnianśk na północno-wschodnich obrzeżach Zaporoża) i żytomierskim (Korosteń i ponownie w ostatnich dniach Malin), a także infrastruktury wojskowej w obwodzie rówieńskim. Obrońcy poinformowali o zestrzeleniu części rakiet.

Prezydent Wołodymyr Zełenski oznajmił, że na spotkaniu ministrów obrony NATO 23 maja ma zapaść decyzja o przekazaniu Kijowowi amerykańskich wieloprowadnicowych wyrzutni pocisków rakietowych (ang. MLRS, Multiple Launch Rocket System). Z informacji medialnych wynika, że miałyby to być wyrzutnie M270, zróżnicowane pod względem kalibru i zasięgu wykorzystywanych rakiet. „The Washington Post” doniósł również o możliwości dostarczenia Ukrainie systemów obrony powietrznej Patriot. W lipcu ma ona otrzymać 15 niemieckich samobieżnych artyleryjskich zestawów przeciwlotniczych Gepard z zapasem 59 tys. sztuk amunicji. Z kolei Dowództwo Operacyjne „Zachód” armii ukraińskiej zaprezentowało „banderomobile” (cywilne samochody terenowe w wersji pick-up przekształcone w nieopancerzoną platformę broni lekkiej) z zamontowanymi amerykańskimi granatnikami automatycznymi Mark 19.

Według władz obwodu zaporoskiego nadal działają ukraińskie grupy dywersyjne: w Enerhodarze nieznani sprawcy dokonali zamachu bombowego na szefa kolaboranckiej administracji Andrija Szewczyka, który odniósł ciężkie rany. 22 maja dzięki koordynacji z partyzantami armia zniszczyła kilka systemów artyleryjskich wojsk wroga – w tym działa Hiacynt i Pion oraz samobieżną haubicę Msta-S. W odpowiedzi na akcje dywersantów najeźdźcy zaostrzyli kontrole pojazdów, w tym środków komunikacji publicznej.

Siły rosyjskie zablokowały wszystkie drogi łączące obwód chersoński z terenami kontrolowanymi przez władze ukraińskie. Uniemożliwia to ewakuację ludności z obszarów objętych działaniami wojennymi. Agresorzy zezwalają jedynie na przejazd w kierunku okupowanego Krymu. W Chersoniu zwiększono liczbę patroli i punktów kontrolnych. Pomimo nacisków okupantów mieszkańcy świętowali Dzień Wyszywanki, rozdawali ulotki wzywające najeźdźców do wycofania się i plakaty z symbolami Ukrainy. W zajętych miejscowościach obwodu zaporoskiego kolaborancka administracja zatwierdziła „oficjalny” kurs wymiany – 10 hrywien za 25 rubli. Przedsiębiorców ostrzega się o odpowiedzialności za odmowę sprzedaży towarów za ruble. W Melitopolu pozostawiono w obiegu hrywnę, ale płatności bezgotówkowe dopuszczalne są tylko w rublach.

Według resortu obrony FR wszyscy ukraińscy żołnierze zostali ewakuowani z Mariupola. Od 16 do 20 maja okrążone zakłady Azowstal miało opuścić 2439 ludzi, którzy przetrzymywani są na terenach kontrolowanych przez Rosjan. Ich los pozostaje niejasny, strona ukraińska wciąż prowadzi negocjacje w celu ich uwolnienia lub wymiany na jeńców. W Mariupolu rozpoczęto przymusowy werbunek mieszkańców do tzw. oddziałów ochotniczych. Władze kolaboranckie oświadczyły, że będą organizowane wspólne patrole z żołnierzami rosyjskimi i tzw. milicją Donieckiej Republiki Ludowej. Udział miejscowych w formacjach porządkowych ma ułatwić poszukiwanie osób mogących pracować w służbach komunalnych czy placówkach edukacyjnych. W ocenie władz ukraińskich Mariupol stanie się bazą wojskową, w której będzie prowadzone szkolenie „ochotników”, i punktem logistycznym, o czym świadczą prace mające przywrócić funkcjonowanie portu. Drogi wyjazdowe z miasta, również gruntowe, są zablokowane przez posterunki rosyjskiej Gwardii Narodowej. Jakakolwiek ewakuacja stała się niemożliwa, wprowadzono też zakaz poruszania się w obrębie zniszczonego miasta, co ma ułatwić filtrację wszystkich mężczyzn.

22 maja przed Radą Najwyższą wystąpił prezydent Andrzej Duda, który oddał hołd męstwu Ukrainy i podkreślił, że jest ona dzisiaj twarzą wolnego świata. Zapewnił, że Polska będzie orędować za pełnym jej członkostwem w Unii Europejskiej oraz sprzeciwiać się wszelkim próbom skłaniania jej do ustępstw wobec Rosji. Opowiedział się za zawarciem nowego traktatu o dobrym sąsiedztwie, który ma sprzyjać umocnieniu więzi między oboma krajami, oraz rozbudową połączeń drogowych, kolejowych i infrastrukturalnych. W swoim wystąpieniu prezydent Zełenski z uznaniem odnotował rolę Polski jako lidera we wspieraniu Ukrainy oraz orędownika jej członkostwa w UE i embarga na surowce z Rosji. Zaznaczył, że w wyniku inwazji Polska i Ukraina otworzyły nowy rozdział we wzajemnych relacjach. Odwołał się przy tym do słów Jana Pawła II, że rozdźwięki między obu krajami są „rażącym anachronizmem”. Poinformował też o przygotowywanej umowie dwustronnej o wspólnej kontroli granicznej i celnej. Dziękując za ustawę dającą uchodźcom z Ukrainy prawo do zatrudnienia i świadczeń socjalnych, zapowiedział wniesienie do Rady Najwyższej analogicznego aktu zapewniającego szczególny status obywatelom Polski na Ukrainie (jego projekt opracowuje obecnie tamtejsze MSZ).

Prezydent Zełenski odwołał Ołeksandra Pawluka ze stanowiska szefa Kijowskiej Obwodowej Administracji Państwowej i powołał na jego miejsce Ołeksija Kułebę. Pawluk, doświadczony wojskowy, od początku marca zajmował się przygotowaniem miasta do obrony. Jego odwołanie świadczy o tym, że władze oceniają zagrożenie stolicy kolejną ofensywą wroga jako niskie.

Komentarz

Kijów kontynuuje presję na państwa zachodnie, której celem jest kompleksowe wyposażenie armii ukraińskiej w ciężkie uzbrojenie i sprzęt wojskowy. Sojusznicy zaakceptowali przekazywanie uzbrojenia posowieckiego, z wyjątkiem samolotów bojowych – wsparcie w tym zakresie ogranicza się do dostarczania części zamiennych i uzbrojenia do maszyn ukraińskich. Zasoby tego uzbrojenia są jednak coraz mniejsze, a sojusznicy nie zdecydowali się dotychczas na dostawy stricte ofensywnych typów uzbrojenia produkcji zachodniej, a także systemów obrony powietrznej mogących skutecznie odeprzeć rosyjskie lotnictwo. Możliwości przekazywanej do tej pory artylerii ciągnionej kalibru 155 mm, bez wsparcia jej innymi kategoriami ciężkiego uzbrojenia i sprzętu wojskowego, pozostają ograniczone (dodatkowy problem stanowi nieduża liczba przekazanych haubic – nieco ponad 100 sztuk). Wojsko ukraińskie wypełnia braki w wyposażeniu pancernym i zmechanizowanym ad hoc, przystosowując jako platformy dla broni lekkiej (w tym przenośnych zestawów rakietowych) cywilne samochody terenowe i furgonetki. Zwiększają one mobilność pododdziałów i stanowią skuteczną broń w starciach nieregularnych, lecz nie dają żadnej osłony przed ogniem nieprzyjaciela i nie stanowią przeciwwagi dla jego armii. Ich upowszechnienie powoduje, że wojna na Ukrainie zyskuje kolejny – po walkach na wyniszczenie w terenie zabudowanym – element upodabniający ją do konfliktów w Libii i w Syrii.

Andrzej Duda to pierwszy od początku inwazji przywódca, który wystąpił w parlamencie Ukrainy. Jego przemówienie – emocjonalne, pełne odniesień do bohaterstwa napadniętego kraju, ale też solidarności Polski i cytatów z ukraińskich dzieł – wzbudziło ogromny entuzjazm i było wielokrotnie przerywane oklaskami, a przez wielu zostało uznane za historyczne. Analogiczny przekaz o sojuszniczych i wręcz rodzinnych więzach z Polską oraz o konieczności usunięcia bagażu trudnej przeszłości zawierało wystąpienie Zełenskiego. Podjęte decyzje, deklaracje i sama atmosfera w Radzie Najwyższej dowodzą, że w warunkach rosyjskiej agresji pomiędzy oboma krajami następuje bezprecedensowe zbliżenie na wielu płaszczyznach: politycznej, wojskowej, społecznej, ekonomicznej, infrastrukturalnej i humanitarnej. Za element reakcji Rosji na te historyczne przemówienia w Radzie można uznać ostrzelanie Kijowa rakietami, co zmusiło deputowanych do opuszczenia sali i ukrycia się w schronie przeciwlotniczym.

osw.waw.pl

RFN należy do największych beneficjentów globalnego systemu gospodarczego opartego na wolnym handlu i transgranicznej organizacji produkcji. Jego mechanizm rozregulowała jednak pandemia koronawirusa, która pokazała wrażliwość rozciągniętych łańcuchów dostaw. Uderzają w niego też napaść Rosji na Ukrainę i wprowadzane sankcje, które pogłębiają problemy podażowe i zaostrzają podziały polityczne między głównymi mocarstwami, a ostatecznie mogą doprowadzić do rozłamu gospodarki światowej na rywalizujące ze sobą platformy i odejścia od logiki optymalizacji kosztów na rzecz ograniczania ryzyka. Taki bieg wydarzeń postawiłby Niemcy przed koniecznością dokonania trudnych strategicznych wyborów. Pierwszą opcją byłaby obrona coraz mniej stabilnego status quo i związanych z nim korzyści z wymiany. Berlin może też obrać kurs na konsolidację polityczną i wojskową Zachodu, ale jednocześnie pozostawić firmom swobodę działalności między rywalizującymi ze sobą platformami. Trzecia droga to współtworzenie sojuszu państw demokratycznych, czemu towarzyszyć będzie częściowa deglobalizacja i gruntowna przebudowa modelu gospodarki. Jest to scenariusz najbardziej radykalny, ale wraz z rozszerzaniem reżimu sankcyjnego wobec Moskwy oraz rosnącym chaosem w globalnych sieciach dostaw, wywołanym pandemicznymi restrykcjami w Chinach, jego prawdopodobieństwo rośnie.

W przemówieniu z 27 lutego kanclerz Olaf Scholz określił inwazję Rosji na Ukrainę mianem „Zeitenwende” – zwrotnego momentu dla Europy. Wzbudził w ten sposób duże oczekiwania odnośnie do nowego kursu politycznego RFN. Dwa miesiące później przeważało rozczarowanie: Niemcy trudno zaliczyć do liderów zdecydowanej reakcji na agresję. Berlin ociągał się z decyzjami o zwiększeniu dostaw broni, pozostaje także ostrożny w kwestii zaostrzenia restrykcji względem reżimu Putina. Wśród przyczyn owej ostrożności kluczową rolę – oprócz lęku przed eskalacją wojny – odgrywają obawy o kondycję gospodarki. Chodzi jednak nie tylko o szeroko dyskutowaną stabilność dostaw energii, lecz także o problem o wiele szerszy: przyszłość międzynarodowego systemu ekonomicznego.

W ostatnich dekadach rozwój gospodarki światowej opierał się na ekspansji wymiany dóbr i usług oraz inwestycji bezpośrednich, jak również transgranicznej organizacji produkcji. Sprzyjały im postępująca liberalizacja barier handlowych, ujednolicanie regulacji i metod zarządzania, postęp techniczny, a także dostrzegalne uniezależnienie współpracy gospodarczej od relacji politycznych. Biznes nauczył się sprawnie nawigować między sporami i sprzecznymi interesami rządów narodowych.

Logika tego systemu zasadzała się na zwiększaniu skali i obniżaniu kosztów. Hasłem epoki stał się outsourcing, czyli przenoszenie części procesu produkcyjnego do tańszych lokalizacji za granicą. W ten sposób skoncentrowane dotychczas w kraju pochodzenia firmy tworzyły skomplikowane sieci integrujące dziesiątki zagranicznych poddostawców. Wiele z nich działało według zasady just-in-time – takiego zsynchronizowania dostaw, aby działalność nie wymagała utrzymywania wielkich, kosztownych magazynów.

Niemcy należały do największych beneficjentów tej globalnej „optymalizacji”. Kraj wykorzystał doświadczenia z czasów zimnej wojny, gdy sprzedawał produkty przemysłowe zarówno na Zachodzie, za „żelazną kurtyną”, jak i w państwach tzw. Trzeciego Świata. Wiedza o rynkach, kontakty, a także konsekwentna, wspierana przez władze orientacja eksportowa przemysłu zaprocentowały w latach dziewięćdziesiątych XX wieku, gdy znoszenie barier w przepływie dóbr i kapitału uległo przyspieszeniu. Analizowanie stanu gospodarki RFN w oderwaniu od globalizacji przestało mieć sens. Jej zależność od handlu zagranicznego wzrosła między 1990 a 2020 r. z 45,9 do 81,1% PKB, najwyższego poziomu spośród krajów G7 (zob. wykres), zaś wskaźnik NIIP – pozycja inwestycyjna netto pokazująca różnicę pomiędzy wielkością aktywów i pasywów zagranicznych kraju – osiągnął pod koniec 2021 r. +68,1% PKB – blisko 2,5 mld euro.

Orientacja na świat – jakkolwiek korzystna – miała również swoją cenę. Gospodarka stała się mniej odporna na wahnięcia koniunktury i kryzysy na innych kontynentach. Poza tym współpraca z niektórymi państwami zaczęła generować niebezpieczne zależności.

Tak stało się w przypadku Rosji. Tamtejsze surowce pokrywały 55% zapotrzebowania RFN na gaz, 50% na węgiel i 35% na ropę, a ponadto Niemcy oddały jej kontrolę nad istotnymi elementami własnej infrastruktury energetycznej – np. rafinerią w Schwedt czy największym magazynem gazu w Rehden. RFN uzależniła się również od Chin. W 2021 r. wymiana handlowa z tym państwem osiągnęła wartość 245,4 mld euro – największą spośród wszystkich partnerów gospodarczych Berlina – a inwestycje bezpośrednie opiewały na kwotę 90 mld euro (dane z 2019 r.). W przypadku niektórych koncernów, zwłaszcza z branży samochodowej, udział chińskiego rynku w całkowitych obrotach przekroczył jedną trzecią (zob. tabela). Wraz ze skalą powiązań rosły jednak obawy o ewentualne przejmowanie technologii, bezpieczeństwo dostaw oraz ekspansję tamtejszego kapitału w RFN.

Ponadto rosła zależność polityczna od Chin i Rosji. Berlinowi z coraz większym trudem przychodziło krytykowanie ich za łamanie praw człowieka i dryf ku dyktaturze. Nie spełniły się nadzieje związane z ideą „zmiany przez handel”, według której współpraca ekonomiczna miała prowadzić do upowszechnienia demokracji i „eksportu” liberalnych wartości. W rzeczywistości umocniła ona gospodarczo systemy autorytarne, zapewniła im dodatkową legitymizację w oczach własnych obywateli, a nawet zachęciła je do konfrontacyjnej polityki międzynarodowej. Jeśli czyjś system polityczny się zmienił, to raczej Niemiec, które otwierając się na rosyjski kapitał, „importowały” korupcyjne sieci reżimu Putina.

Na modelu globalizacji opartym na swobodnej wymianie i optymalizacji kosztów przynajmniej od poprzedniego kryzysu finansowego (2008 r.) pojawiają się coraz głębsze rysy. Rosnący sprzeciw społeczny wobec liberalizacji handlu i przenoszenia produkcji do innych krajów wyniósł do władzy polityków niechętnych otwartym granicom (np. Donalda Trumpa) i przywrócił do mainstreamu idee protekcjonizmu gospodarczego.

Poważniejszy cios przyniosła jednak pandemia koronawirusa. Z dnia na dzień międzynarodowe sieci dostaw zaczęły mierzyć się z coraz większymi problemami organizacyjnymi, a wiele branż doświadczyło nawet przerw w produkcji. Po pierwszym szoku zarządy firm zaczęły zastanawiać się nad tym, jak zminimalizować ryzyko związane z brakiem zapasów i alternatywnych źródeł dostaw oraz rozciągniętymi szlakami zaopatrzenia. Kolejna fala COVID-19 w Chinach w ostatnich miesiącach i bezkompromisowe posunięcia tamtejszych władz prowadzące do paraliżu wymiany z zagranicą jedynie wzmacniają argumenty za rewizją dotychczasowych modeli działania.  

W lutym tego roku zmaterializowało się kolejne zagrożenie dla obecnej formuły globalizacji. Inwazja Rosji na Ukrainę uczyniła z konfrontacji między demokracjami a autokracjami zasadniczy czynnik określający kształt stosunków międzynarodowych. Nie można wykluczyć, że uruchomiona dynamika sankcji, kontrsankcji i sankcji pośrednich doprowadzi do fragmentacji świata – wyodrębnienia sojuszu wokół ChRL i zwasalizowanej przez nią Rosji. Partnerować mogą im Pakistan, Iran, bliskowschodnie despocje, państwa Afryki – zwłaszcza te, w których Chińczycy zainwestowali kapitał – a nawet Indie i Brazylia. Celem takiej koalicji będzie stworzenie możliwie szerokiej „platformy” z własnym obiegiem surowcowym, energetycznym i technologicznym oraz odcięcie się – dzięki cyfrowym walutom, systemowi płatniczemu i koordynacji kursów – od systemu finansowego zdominowanego przez dolara i euro.

Z punktu widzenia Zachodu prymat optymalizacji przestaje być zatem głównym czynnikiem porządkującym globalną przestrzeń gospodarczą. Pandemia, wojna i sankcje zwiększają znaczenie problemu ryzyka. Dążenie do jego ograniczania przełoży się na skracanie łańcuchów dostaw i organizowanie produkcji bliżej rynków zbytu. Firmy postarają się również dywersyfikować dostawców i budować zapasy awaryjne. Równocześnie wzrośnie znaczenie polityki: to, z kim i czym będzie się handlowało, może ostatecznie wynikać z oceny bezpieczeństwa i preferencji rządów narodowych, a nie zestawienia krótkoterminowych kosztów działalności gospodarczej.

Ewentualna zmiana modelu globalizacji stawia RFN na systemowym rozdrożu. Z jednej strony na szali leżą ogromne zyski czerpane z dotychczasowego, opartego na eksporcie i tworzeniu transgranicznych łańcuchów wartości. Z drugiej – pojawia się okazja do ograniczenia wątpliwych zależności, oparcia w większym niż dotąd stopniu relacji międzynarodowych na respektowaniu praw człowieka i zasad demokracji, a także wdrożenia reform ekonomicznych – dotychczas hamowanych inercją systemu politycznego i wpływami lobby.

Powyższe zagadnienia coraz wyraźniej odciskają się na krajowej debacie publicznej. Adwokatów radykalnego zwrotu najłatwiej znaleźć wśród Zielonych, którzy domagają się twardego kursu wobec państw autorytarnych i zmian w modelu gospodarczym – zwłaszcza szybkiego przejścia na odnawialne – i, co również ważne, lokalne – źródła energii. Podobne stanowisko można przypisać FDP i chadeckiej opozycji (CDU/CSU), choć te są ostrożniejsze w kwestii międzynarodowej konkurencyjności niemieckich firm. W głównym nurcie najbardziej konserwatywną postawę przyjęła SPD, która obawia się postępującej destabilizacji porządku międzynarodowego i kosztów gospodarczych – w czym socjaldemokraci znajdują wspólny język z zarządami wielkich koncernów i związkami zawodowymi. Warto jednak podkreślić, że stanowisko SPD ewoluuje, zwłaszcza od czasu ujawnienia rosyjskich zbrodni w Buczy.

Z tym pakietem poglądów Niemcy włączają się w trwające już w świecie poszukiwania nowej równowagi między sferami polityki i gospodarki. W procesie tym konkurują między sobą tendencje do wzmacniania transnarodowych instytucji oraz częściowo deglobalizacyjne, stawiające na fragmentację i tworzenie bardziej spójnych „platform”. Efekt końcowy nie musi być wcale zero-jedynkowy, wskazujący na wygraną jednej z nich – mogą powstać rozwiązania hybrydowe, w których polityka i gospodarka będą określać swój udział w globalizacji w inny sposób.

To, który trend przeważy ostatecznie w myśleniu Niemców, będzie miało jakościowy ciężar porównywalny do postanowienia o Westbindung (powiązaniu z Zachodem) i budowie społecznej gospodarki rynkowej po drugiej wojnie światowej. Decyzja sprowadza się tak naprawdę do wyboru jednego z trzech kierunków.

Pierwszy to „obrona status quo”, mierząca w utrzymanie dotychczasowych globalnych struktur współpracy politycznej i gospodarczej oraz związanych z nimi korzyści. Niemcy będą się starały zmiękczać linie podziału między rywalizującymi mocarstwami, nawołując do „odprężenia”, powstrzymania „nowej zimnej wojny”, a także podejmowania wspólnych wysiłków na przykład na rzecz ochrony klimatu. Kluczowy element tej logiki stanowiłyby kontynuacja współdziałania z Chinami (zwłaszcza technologicznego) oraz dążenie do odbudowania stosunków ekonomicznych z Rosją po zakończeniu wojny z Ukrainą. Istotną rolę odgrywałoby też podtrzymywanie przez biznes rozbudowanych łańcuchów kooperacyjnych – pomimo wyższego ryzyka i kosztów. Niemcy kontynuowałyby więc politykę „zmiany przez handel”, wyznaczając sobie przy tym funkcję ważniejszego niż dotąd pośrednika i mediatora w relacjach międzynarodowych. Ciążenie ku temu scenariuszowi będzie tym silniejsze, im większe problemy pojawią się w integracji europejskiej – na przykład w postaci kryzysu strefy euro – oraz we współpracy transatlantyckiej – choćby w wyniku ewentualnego pogorszenia się relacji z USA po kolejnych wyborach prezydenckich.

Drugi kierunek można nazwać „gospodarką między platformami”. W obliczu narastających napięć globalnych i reperkusji kryzysu pandemicznego nastąpi oddzielenie priorytetów polityki zagranicznej i gospodarczej. Przykładowo w sferze bezpieczeństwa RFN zaangażuje się we wzmacnianie spójności i zdolności obronnych Zachodu oraz wspieranie rozwoju jego instytucji politycznych. W cieniu tych działań niemieckie koncerny będą przebudowywały łańcuchy dostaw i tworzyły zamknięte obiegi w ramach rywalizujących platform. Chodzi nie tylko o przenoszenie części inwestycji do państw UE lub jej bezpośredniego sąsiedztwa, lecz także – przy akceptacji rządu federalnego – rozbudowę zaangażowania na platformie „chińsko-rosyjskiej”. Uczestnictwo w jej obiegu ekonomicznym będzie jednak oznaczało zgodę na obowiązujące reguły, np. przymus reinwestowania zysków czy dzielenia się technologiami, stosowania rozliczeń w juanie, a także ścisłą kontrolę polityczną i mianowanie „miejscowych” menedżerów na szefów zarządów.

Trzecia droga to „platforma demokracji”. Przyniesie ona ograniczanie relacji z reżimami autorytarnymi do koniecznego minimum oraz zintegrowanie działań politycznych i ekonomicznych państw demokratycznych. W praktyce może to na przykład oznaczać powrót do planów transatlantyckiej strefy wolnego handlu czy rozszerzania NATO oraz UE, jak również wzmacnianie ich więzi z dalszymi partnerami, choćby regionu Azji i Pacyfiku. Celem będzie przekształcanie luźnej i koordynowanej ad hoc wspólnoty państw demokratycznych w instytucjonalną platformę dysponującą strategią i ciałami decyzyjnymi. Ważną częścią tego scenariusza będą reformy własnego modelu gospodarczego, dostosowujące go do ogólnoświatowej fragmentacji. Nastąpi przyspieszenie transformacji energetycznej oraz budowy gospodarki obiegu zamkniętego (recyclingu) z elementami lokalnej autarkii. Wzrosną inwestycje w produkcję dóbr publicznych i rola państwa, zostaną też podjęte działania na rzecz ograniczenia kumulujących się od lat – i ryzykownych politycznie – różnic majątkowych. Zmiana będzie dostrzegalna również na poziomie makroekonomicznym – ze względu na ograniczony dostęp do rynków spoza „platformy” i rosnący popyt wewnętrzny spadnie zależność od handlu zagranicznego. Jednym z przejawów nowego podejścia może być odchodzenie od tradycyjnych mierników rozwoju, takich jak PKB, na rzecz wskaźników związanych z jakością życia oraz długoterminową stabilnością i odpornością systemu gospodarczego. Taki zamiar przedstawił zresztą w styczniu br. federalny minister gospodarki Robert Habeck.

Wśród przedstawionych powyżej opcji nie znalazła się ta najbardziej optymistyczna: „demokratyczna globalizacja”. Scenariusz ten oznaczałby upadek lub daleko idące osłabienie autorytarnej alternatywy zbudowanej wokół ChRL. W bliskiej perspektywie czasowej trudno to sobie wyobrazić: Chiny są zbyt silne, resentyment antydemokratyczny w świecie – zbyt duży, a sam Zachód, zmagający się z problemami wewnętrznymi – demografią, stratyfikacją społeczną, populizmem – zbyt słaby. Sytuacja na Zachodzie nie jest jednak na tyle problematyczna, aby zakładać jeszcze jedną skrajność – ekspansję i globalną przewagę systemów autorytarnych.

Brutalizacja wojny na Ukrainie oraz mobilizacja NATO i UE w obliczu rosyjskiej agresji ograniczają możliwość wyboru przez RFN opcji „status quo” i podejmowania prób odgrywania roli pośrednika promującego „powrót do dialogu”. Mimo pewnego sentymentu widocznego wśród niemieckich elit presja sojuszników, zwłaszcza USA, wymusza jednoznaczne opowiedzenie się po stronie Zachodu. Popycha to RFN ku scenariuszowi „między platformami”, który przynajmniej czasowo rozwiązuje dylematy polityki bezpieczeństwa i konkurencyjności biznesu. Zgodnie z nim kraj stopniowo zwiększa wsparcie wojskowe dla Ukrainy, zaczął realizować strategiczny decoupling energetyczny od Rosji (odejście od gazu ma nastąpić w 2024 r.), a wypowiedzi kanclerza Scholza w trakcie ostatniej wizyty w Japonii wskazują na zamiar ograniczenia zależności również od Chin. Kluczowe pytanie brzmi, jak w tej sytuacji zachowa się biznes. Sporo przemawia za tym, że w krótkiej perspektywie spróbuje utrzymać stan posiadania oraz chronić stworzone łańcuchy dostaw i związane z nimi zyski. Jeśli globalna rywalizacja polityczna będzie się nasilała – co należy uznać za scenariusz bazowy – to trudno wyobrazić sobie oddzielenie sfery gospodarczej od strategii rządu. Firmy będą więc ograniczać zależności od rynków państw skonfliktowanych z Zachodem i poszukiwać nowej formuły działania. Uruchomiona dynamika będzie zdecydowanie sprzyjać włączeniu się RFN w budowę „platformy demokracji” i konsolidacji Zachodu, która pójdzie w parze z przebudową modelu gospodarczego. Szanse zaistnienia tego – na pierwszy rzut oka odważnego i progresywnego – scenariusza są dziś o wiele większe niż przed rozpoczęciem przez Rosję inwazji na Ukrainę.

Decyzje Niemiec dotyczące charakteru ich zaangażowania w globalizację będą miały fundamentalne znaczenie dla sytuacji Polski i pozostałych państw Europy Środkowej – choćby z powodu skali powiązań ekonomicznych i roli zachodniego sąsiada w regionie. Z ich perspektywy kluczowe znaczenie miałoby porzucenie opcji „status quo” i zdecydowane zaangażowanie się Berlina w umacnianie instytucji Zachodu. Dzięki temu udałoby się w szczególności zwiększyć poziom bezpieczeństwa na wschodniej flance NATO. Europa Środkowa mogłaby również skorzystać na umiarkowanej deglobalizacji i przebudowie łańcuchów dostaw, ponieważ przejęłaby część inwestycji relokowanych do UE z Azji. Jeżeli głębsza transformacja ku „platformie demokracji” rzeczywiście zacznie się realizować, to państwa regionu staną przed ogromną, ale nie wolną od wyzwań i zagrożeń szansą przekształcenia swojego modelu gospodarczego. Chodzi zwłaszcza o odejście od konkurowania niskimi kosztami, które idzie obecnie w parze z uzależnieniem od paliw kopalnych, słabszą innowacyjnością oraz niską jakością dóbr publicznych. Zmiana ta będzie wymagała ogromnej mobilizacji finansowej i organizacyjnej – porównywalnej z tą, do której doszło w związku z transformacją systemową lat dziewięćdziesiątych XX wieku.

osw.waw.pl

niedziela, 22 maja 2022


Według oficjalnych danych Ministerstwa Polityki Rolnej Ukrainy, opóźnienie w stosunku do ubiegłorocznych siewów wynosi obecnie od 20 do 30 proc. Straty ukraińskich rolników, według obliczeń instytucji państwowych, wynoszą co najmniej 125 mln dolarów. Jednocześnie, jak twierdzą ukraińskie władze, prawie wszystkie statki z ziarnem płynące z Sewastopola przewożą to, co udało się ukraść z tymczasowo okupowanych terytoriów Ukrainy.

– Rolnicy napotykają obecnie na trudności, które są związane przede wszystkim z logistyką. Mają mniej pieniędzy na pestycydy, oszczędzają na oleju napędowym. Mają też mniej czasu w związku z godziną policyjną i przemieszczaniem się sprzętu. Do tego dochodzi problem magazynowania paliwa. Między innymi z tych powodów siew trwa dłużej niż zwykle – powiedział minister polityki rolnej Mykoła Solskyj.

Obwód mikołajowski jest stale poddawany atakom artyleryjskim i rakietowym ze strony wojsk rosyjskich. Powierzchnia gruntów rolnych w regionie przekracza 2 miliony hektarów, z czego prawie 85 proc. stanowią grunty orne.

– Obsialiśmy na własne ryzyko mniej niż połowę z 900 hektarów ziemi, o paliwo do maszyn musieliśmy się dosłownie bić. To był chyba największy problem, poza tym wielu naszych pracowników uciekło przed wojną z tego regionu – można to zrozumieć, ludzie mają rodziny, dzieci – mówi Witalij, rolnik z obwodu mikołajowskiego.

Z powodu ciągłego ostrzału miejscowi rolnicy obawiają się o przyszłe zbiory.

– Zasialiśmy już prawie wszystko. W obecnej sytuacji nie wiadomo jednak, czy uda nam się zebrać plony tego, co zasialiśmy. W każdym razie jakoś sobie poradzimy, nie zostawimy ludzi bez pensji, nie porzucimy naszej ziemi – mówi rolnik.

Jeszcze gorsza sytuacja panuje na terytoriach tymczasowo okupowanym. Terror, grabieże i absolutne bezprawie – tak opisują sytuację miejscowi rolnicy. Wszystkie fakty dotyczące przestępstw są gromadzone przez ukraińskie organy ścigania: policjanci pozostają w kontakcie z rolnikami, którzy zostali zmuszeni do pozostania na terytorium kontrolowanym przez wojska rosyjskie.

Nasze źródło w ukraińskiej policji podzieliło się historiami kilku rolników z rejonu kremińskiego i swatowskiego w obwodzie ługańskim, którzy obecnie mieszkają na terytorium okupowanym przez żołnierzy rosyjskiej armii i samozwańczych republik Donbasu.

– Jesteśmy w stałym kontakcie z osobami, które tam pozostały. Nie chcieli wyjeżdżać, porzucać swoich gospodarstw, postanowili sami je ochraniać – nie są w żadnym wypadku zdrajcami. Jest taki hodowca Mykoła (imię zmienione), miał hodowlę dwóch tysięcy świń, przyszli rosyjscy żołnierze i rozstrzelali świnie z karabinu maszynowego, a potem wywieźli je ciężarówkami. Zabrali cały sprzęt rolniczy oraz samochody osobowe. Zakazali siewu – mówi jeden z funkcjonariuszy policji.

Według rolników na terytoriach okupowanych szabrownictwo odbywa się na szeroką skalę: aby zabrać jakieś rzeczy, rosyjscy żołnierze grożą mieszkańcom przemocą fizyczną.

– W miejscowości Nowowodne [obwód ługański – belsat.eu] rolnikowi Serhijowi (imię zmienione) zabrano Niwę [marka samochodu – belsat.eu], sprzęt. Do jednego z domów wprowadzili się Buriaci. Zabronili siać. Wywieźli nawozy i pszenicę do siewu. Jego brat, który również jest rolnikiem, został uprowadzony jeszcze 29 kwietnia i do tej pory nikt nie wie, co się z nim stało – informuje nasze źródło w organach ścigania.

Niektórzy rolnicy skarżą się, że wojsko rosyjskie i żołnierze tak zwanej Ługańskiej Republiki Ludowej (ŁRL) kilkakrotnie napadali na ich gospodarstwa.

– Do rolnika Michaiła (imię zostało zmienione) przyszli Rosjanie, zabrali robotnikom samochody, zniszczyli ostrzałem sprzęt rolniczy. Była tam farma świń – zwierzęta zabili i wywieźli. W domu przeprowadzono cztery przeszukania. Zabrali dziesięć tysięcy dolarów jego oszczędności. Po Rosjanach, kadyrowcy zabrali też wszystkie owce. Potem przyszła armia ŁRL i zabrała resztę sprzętu, a następnie przyszło MGB [odpowiednik rosyjskiej Federalnej Służby Bezpieczeństwa w samozwańczych republikach – belsat.eu] i zażądali podatku – opowiada policjant.

Według oficjalnych danych Ministerstwa Polityki Rolnej, od początku inwazji Rosjanie wywieźli z terenów okupowanych około 400 tys. ton produktów rolnych, co stanowi jedną trzecią wszystkich produktów rolnych składowanych w tych regionach.

(...)

Z kolei władze rosyjskie oficjalnie zapowiadają zbliżające się „rekordowe” zbiory. Na przykład prezydent Rosji Władimir Putin powiedział, że Rosja może mieć najlepsze zbiory zbóż w swojej historii: według niego, zbiory zbóż powinny wynieść 130 mln ton, z czego prawie 90 mln ton stanowić będzie pszenica.

Jednocześnie, według ukraińskiej rzecznik praw obywatelskich Ludmyły Denisowej, zboże z Ukrainy jest nie tylko eksportowane do Rosji, ale także wywożone za granicę. Jak mówi Denisowa, część skradzionych zbiorów, znajduje się już na Morzu Śródziemnym: podobno statki pod rosyjskimi banderami transportują je do Syrii.

Mimo wszystko ukraińscy eksperci uspokajają, że mimo częściowego przerwania sezonu siewnego i eksportu zboża przez okupantów, Ukraina, ich zdaniem, nie zostanie skazana na głód.

– Nie ma absolutnie żadnego ryzyka. Ubiegły rok był na Ukrainie rekordowy pod względem zbiorów. Obecnie w magazynach znajduje się około 20 milionów ton zboża. Ukraińcy zużywają od siedmiu do ośmiu ton rocznie. W najbliższych latach nie będzie głodu, nie zabraknie zboża. Chleb będzie droższy, podobnie jak inne produkty, ze względu na wzrost cen paliw i zmiany w logistyce, ale Rosjanie, mimo swoich wysiłków, nie będą w stanie powtórzyć Hołodomoru – mówi Aleks Lisica, ekspert ds. rolnictwa.

Jeśli chodzi o światowy kryzys żywnościowy, zdaniem eksperta, problem ten może zostać rozwiązany, gdy tylko ukraińskie statki otrzymają zielone światło na eksport zboża. Rozwiązaniem tego problemu zajęły się już państwa G7.

belsat.eu

sobota, 21 maja 2022


Reżim na Kremlu z jednej strony posunął się do totalitarnych metod kontroli społecznej w tym m.in. blokowania serwisów takich jak chociażby Facebook, Twitter oraz Instagram, ale równocześnie z nie do końca jasnych przyczyn nie zablokował serwisu YouTube i będącego podstawowym źródłem informacji serwisu Telegram. To, czemu konkretnie serwisy te nie są zablokowane, nie jest do końca jasne. Interpretacje wahają się od tej, że jest to wyrazem konfliktu we władzach do takiej, że żadnego sporu na Kremlu nie ma, ale władze boją się, że wprowadzenie całkowitej cenzury mogłoby doprowadzić do wybuchu protestów społecznych.

Stan na dzisiaj jest taki, że o ile Telegram stał się źródłem informacji, to z kolei YouTube jest miejscem, gdzie można obejrzeć dzisiaj najciekawsze wywiady oraz rozmowy z czołowymi, niezależnymi i w większości nadającymi już spoza Rosji, analitykami.

Jedną z gwiazd rosyjskiej analityki jest mieszkający od lat w Londynie politolog i prawnik Władimir Pastuchow. W jednym ze swoich wywiadów przedstawił on niezwykle interesującą analizę, dotyczącą przyczyn wybuchu wojny ukraińsko-rosyjskiej. W ocenie Pastuchowa Władimir Putin zdecydował się na atak na Ukrainę w zasadzie wyłącznie z powodów wewnętrznych. Warto w tym miejscu dodać, że Pastuchow był jednym z tych analityków, którzy od dłuższego czasu przestrzegali, że Rosja doprowadzi do wybuchu nowej wojny.

W ocenie Pastuchowa przyczyną wybuchu wojny było przeświadczenie Władimira Putina, że jedynie wojna jest w stanie zdusić rosnące niezadowolenie społeczne, którego kulminacją były protesty przeciwko sfałszowanym wyborom do dumy oraz na urząd prezydenta, które przetoczyły się przez Rosję w latach 2011-2013. Protesty powyższe były w ocenie Pastuchowa wyrazem konfliktu pomiędzy dwiema frakcjami na Kremlu: tą, która chciała europeizacji Rosji oraz frakcją "prawosławno-nacjonalistyczną". Pastuchow stwierdza, że wojna w Ukrainie to w zasadzie "przeniesiona na terytorium innego państwa" rosyjska wojna domowa.

Władze — w ocenie Pastuchowa — poczuły się wówczas zagrożone i stwierdziwszy, że protesty mają potencjał rewolucyjny, uznały, że jedyną metodą zduszenia ognia protestów jest "zalanie go cysterną nacjonalizmu", co w efekcie spowodowało zajęcie Krymu i inwazję na Donbas w 2014 r. W związku z faktem, że nacjonalistyczne lekarstwo przestało jednak działać, Kreml postanowił zastąpić nacjonalizm ultranacjonalizmem.

Napaść na Ukrainę, która miała miejsce 24 lutego, miała dla rządzących Rosją ten dodatkowy walor, że pozwoliła w ciągu kilku tygodni wprowadzić na terenie całego państwa terror policyjny o skali nienotowanej od czasów ZSRR. Jak zauważa Pastuchow, władze nie tylko przejęły całkowitą kontrolę nad mediami, ale w istocie w pewnych aspektach zaczynają wracać do czasów sprzed gorbaczowowskiej pierestrojki.

W ocenie rosyjskiego analityka cofnięcie prawa do emigracji i całkowite odłączenie innego niż rosyjski Internetu jest tylko kwestią czasu. Pastuchow zauważa, że połączenie nacjonalistycznego obłędu narodu i kontroli nad mediami oznacza, że z punktu widzenia rządzących na Kremlu elit już i bez tego jednak powstało idealne państwo oraz idealne społeczeństwo. Wojna w Ukrainie z kolei toczy się w zasadzie już jedynie siłą inercji, bo nie o Ukrainę, ale o pretekst dla wprowadzenia dyktatury chodziło.

Pastuchow, definiując kremlowską elitę, nazywa ją "sycylijskim syndykatem" (czyli mafią) i zaznacza, że w zasadzie niemożliwe jest dzisiaj stwierdzenie, kto poza Władimirem Putinem wchodzi w krąg realnie rządzących Rosją. Bardzo często bowiem realną władzę mają osoby, które nie zajmują żadnych formalnych stanowisk.

Równocześnie jednak niepowodzenie rosyjskich działań w istocie stworzyło większe zagrożenie dla reżimu niż to, które istniało do wybuchu wojny. Pastuchow wyraźnie jednak zaznacza, że jedyną grupą społeczną, która jest w stanie wymusić zmianę kursu, jest elita. Problem polega na tym, że na razie elita dzieli się na trzy grupy: lojalistów, którzy w nacjonalistycznym szaleństwie idą jeszcze dalej niż Władimir Putin, zdroworozsądkową większość, do której wszakże nie dotarła jeszcze skala klęski oraz nielicznych, którzy już zrozumieli, do jakiej katastrofy doprowadził Władimir Putin.

Na razie nawet ta ostatnia grupa nie jest wszakże zdolna do buntu. Ryzyko jest bowiem zbyt duże. Jak zauważa równocześnie Pastuchow o przyszłości Rosji nie decyduje już żaden człowiek, ale raczej młyny historii, które niechcący wprawił w ruch Władimir Putin. Pastuchow bardzo wyraźnie sugeruje, że zmiana na Kremlu może być nieoczekiwana i gwałtowna, a zarazem nieprzewidywalna.

W podobnym duchu wypowiada się jeden z szefów słynnego z publikowania licznych materiałów śledczych dotyczących rosyjskich przestępstw serwisu wywiadowczego Bellingcat, bułgarski dziennikarz śledczy Christo Groziew. W jego ocenie narasta konflikt pomiędzy już nie tylko cywilnymi, ale również wojskowymi służbami specjalnymi, a Władimirem Putinem. Groziew stwierdza, że bunt przeciwko Putinowi może wyjść z Głównego Zarządu Sztabu Generalnego Sił Zbrojnych Federacji Rosyjskiej (d. Głównego Zarządu Wywiadowczego, czyli słynnego GRU).

Groziew dodaje, że świadomość rosnącego sprzeciwu wobec prowadzonej polityki zmniejsza prawdopodobieństwo ew. wydania rozkazu użycia taktycznej broni jądrowej przez Władimira Putina. Jak zauważa ekspert Bellingcat, Putin rozumie, że jeśli wydałby rozkaz, a ten nie zostałby wykonany, to sam ów fakt mógłby stać się katalizatorem buntu, który mógłby oznaczać zabójstwo Władimira Putina.

Z tego samego powodu, czyli obawy o utratę władzy, a być może również życia, Putin nie może też ogłosić wojny oraz mobilizacji. Powyższe groziłoby bowiem wybuchem buntu społecznego, czyli odwrotnością tego, co chciał osiągnąć rosyjski prezydent.

Groziew, powołując się na źródła w otoczeniu Putina, stawia dokładnie tę samą tezę, co cytowany wcześniej Pastuchow. Przyczyną wojny miała być obawa Putina przed rosnącymi napięciami społecznymi i rosnącymi aspiracjami młodego pokolenia. Putin miał uznać, że stabilność reżimu możliwa będzie tylko pod warunkiem "zamknięcia społeczeństwa", co nie byłoby jednak możliwe bez wojny jako pretekstu.

Władimir Pastuchow mówiąc o zamknięciu społeczeństwa, stwierdza, że Rosja zamieniać się będzie w "wielką Koreę Północną", a Moskwa — podobnie jak Phenian — będzie próbować co jakiś czas straszyć świat. Równocześnie jednak w jego ocenie Moskwa nie zdecyduje się na użycie broni jądrowej, bowiem powyższe pociągnęłoby za sobą zmianę kursu politycznego Chin, Turcji oraz Indii, które przyłączyłyby się do Zachodu w izolacji Rosji.

onet.pl

Od trzech dni w światowych mediach tradycyjnych i społecznościowych trwa festiwal domysłów, czy w Rosji przygotowywana jest kapitulacja. Wszystko przez jedną wypowiedź znanego eksperta wojskowego, Michaiła Chodarionka, w studio popularnego wieczornego talk-show w stacji Rossija-1. 16 maja Chodarionok spokojnym głosem tłumaczył, że Rosjanie nie powinni wierzyć w zapewnienia o rozbiciu ukraińskiej armii. Mówił, że Ukraina może wystawić milionową, profesjonalną i zmotywowaną armię. W końcu powiedział, że Rosja powinna zmierzać do zakończenia wojny, bo sama pozostaje w międzynarodowej izolacji i tak jej nie wygra. Te słowa, z rzadka, wstydliwie przerywane przez zwykle agresywną prowadzącą gwiazdę propagandy, Olgę Skabiejewą, brzmiały jak herezja.

Natychmiast stały się pożywką do piętrowych spekulacji, czy na Kremlu nie doszło do rozłamu. Nagranie z wypowiedzią eksperta obiegło światowe telewizje. Niezależny politolog Andriej Piontkowski nazwał słowa Chodarionka „pierwszą kapitulacją rosyjskiej armii”, sugerując, że wojsko testuje wycofanie z wojny. Inne spekulacje mówiły: czy to szczery głos zaniepokojonego eksperta i głos ludu, a przynajmniej głos, który do ludu dotrze i wywoła ferment? Oczywiście można zakładać, że w umyśle eksperta coś pękło i, zdobywając się na odwagę i szczerość, nagle wystąpił z chóru telewizyjnych hurraoptymistów codziennie ogłaszających sukces Rosji na Ukrainie. O dziwo Chodarionok nie dostał dożywotniego zakazu występowania w państwowej telewizji za swoją „szczerą” tyradę. Wczoraj pojawił się w Rossii-1 znowu. Tym razem opowiadał, jak to rosyjska armia zaraz zniszczy wszystkie dostarczone Ukraińcom przez Amerykanów haubice M777. Powiedział też, że tezy o przewadze ukraińskiej armii i możliwościach kontrofensywy to bajki, a rosyjskie dowództwo za chwilę zaskoczy genialnymi posunięciami. Schizofrenia? Raczej nie. Chodarionok nie jest niespełna rozumu, kiedy co trzy dni ogłasza sprzeczne tezy. Po prostu wykonuje plan i realizuje informacyjną politykę władzy.

Chodarionok to emerytowany pułkownik wojsk obrony przeciwlotniczej. Znany z publikacji o rosyjskiej armii i wojnach. Często były to bardzo krytyczne publikacje. Celnie wskazujące słabości rosyjskiej armii, bałagan i błędne decyzje. Na początku wojny pisał, że nie będzie lekko. W tekście w Niezawisimoj gazietie z 3 lutego wyśmiewał propagandowe tezy, że rosyjska armia rozbije Ukraińców w kilka godzin. „Łatwego spacerku nie będzie” – pisał.

– Jakakolwiek umowa, jaką podpisze Rosja z władzą, jaka jest teraz w Kijowie, będzie oznaczać klęskę. Pełną i ostateczną! W oczach Rosjan, armii Rosji i całego świata! – tak grzmiał pod koniec marca w programie Władimira Sołowjowa gen. Jakow Kedmi, były dyplomata izraelski i były szef Lishkat Hakesher, organizacji rządowej odpowiedzialnej za utrzymywanie kontaktu z diasporą żydowską. – Nie potrafić pokonać kogo? Ukrainy? Zełenskiego? Chasawiurt to w porównaniu z tym wielkie osiągnięcie dyplomatyczne! – dodał.

Chodziło mu o porozumienie w Chasawiurcie z 1996 roku, kiedy upokorzona klęskami w I wojnie czeczeńskiej armia rosyjska musiała zgodzić się na wycofanie z Czeczenii. Te słowa również padły publicznie, na antenie najbardziej propagandowego programu. Z ust Kedmiego, znanego z bardzo radykalnych wypowiedzi antyukraińskich i popierających Rosję i jej agresję.

Od początku wojny ostre tyrady o impotencji rosyjskiej armii wygłaszał Igor Girkin, znany jako Striełkow. To jeden z najbardziej znanych tzw. separatystów, były pułkownik GRU i minister obrony w samozwańczej Donieckiej Republice Ludowej w początkowej fazie rosyjskiej operacji w 2014 roku. W internetowych nagraniach opowiadał, że wojna jest źle zaplanowana, że powinna być powszechna mobilizacja i wojna na całego, a nie udawanie, że to „operacja specjalna”.

Każdy z tych głosów należy niewątpliwie do specjalistów i byłych wojskowych, cenionych zwłaszcza przez szerokie w Rosji rzesze obecnych i ekswojskowych. Każdy z nich jest krytyczny wobec prowadzonej wojny. Jest to jednak krytyka w duchu bardzo radykalnym. Można powiedzieć, że „neostalinowskim”. Nawoływali do jeszcze mocniejszego uderzenia i wojny na skalę totalną.

Najbardziej rozsądnie z nich brzmi Chodarionok, który stara się skupiać na czysto taktycznych niuansach wojny.

– Nie można uznać za normalną sytuację, kiedy przeciw nam jest koalicja 42 państw, a nasze możliwości w obszarze wojskowo-politycznym i wojskowo-technicznym są ograniczone. Z tej sytuacji trzeba znaleźć wyjście – powiedział trzy dni temu.

Jednak to „szukanie wyjścia”, które opinia publiczna odczytywała, jako rozsądny głos wycofania się z wojny, tak naprawdę jest głosem za „poprawieniem błędów” i parciem do przodu. W rosyjskiej propagandzie zawsze były takie głosy. Kreml nie może całkowicie udawać, że Rosjanie, a zwłaszcza lepiej zorientowani mundurowi, nie widzą, że wojna idzie źle. Krytyczna szeptanka krąży po narodzie i Kreml dobrze o tym wie. Metodą na skanalizowanie tych głosów jest ich przejęcie. W tym celu dopuszcza się w telewizji krytykę. By kontrolować, a nawet moderować takie nastroje. Dla większości Rosjan nadal będzie hurraoptymistyczna, prosta i agresywna propaganda. Jej odbiorcy i tak nie potraktują głosów takich, jak Chodarienka poważnie i nie zaufają im. Natomiast ci, którzy podejrzewają, że na Ukrainie nie idzie Rosji dobrze, zrozumieją, że są głosy które próbują tej sytuacji zaradzić.

Być może pomyślą, że władza chce naprawić błędy. Zwłaszcza że w ramach moderowania nastrojów, trzy dni po krytyce rosyjskiej armii Chodarienok pojawia się w telewizji i mówi, że sztab wszystko świetnie zaplanował, Ukraińcy są w rozsypce, a Rosja ma potencjał, by wygrać. Rosyjski aparat propagandowy z koronnymi programami telewizyjnymi to teatr z rozpisanymi rolami i starannie przygotowanym scenariuszem. Tam nie ma miejsca na przypadkową szczerość. Są role dla krytyków, którzy potem zaprzeczają sami sobie i wracają potulnie do chóru potakiwaczy. Są role dla radykałów, którzy testują różnymi, absurdalnymi pomysłami opinię publiczną, jak daleko może się posunąć władza. I są role dla tych, którzy sprawdzają zachodnich odbiorców, jak mocna jest ich wiara w głosy rozsądku w Rosji. Te ostatnie budzą nieustanną ekscytację i rozpalają nadzieje, że w rosyjskim społeczeństwie coś pęka. Niepotrzebnie. Jeśli coś pęknie, to tego akurat w kremlowskiej telewizji tego nie zobaczymy.

belsat.eu

Położony niedaleko od Krymu Chersoń został zajęty przez wojska rosyjskie 1 marca. Wielokrotnie pojawiały się doniesienia o prześladowaniach lokalnych działaczy i dziennikarzy, m.in. w związku z masowymi proukraińskimi protestami.

Aby ustabilizować sytuację w mieście, okupanci powołali swoją administrację spośród miejscowych kolaborantów. Na jej czele stanął były mer Chersonia, Wołodymyr Saldo. Władze okupacyjne wielokrotnie wyrażały pomysły utworzenia „Chersońskiej Republiki Ludowej”, przeprowadzenia referendum lub przyłączenia regionu do Rosji. Ale jak dotąd słowa te nie przełożyły się na żadne działania.

Mieszkańcy miasta nie chcą żyć pod okupacją. Władze ukraińskie szacują, że około 40 proc. z prawie 300 tys. mieszkańców Chersonia, którzy mieszkali tu przed wojną, opuściło miasto.

W rozmowie z Biełsatem mieszkańcy Chersonia Stepan i Roman (imiona zmienione) opowiedzieli, jak wygląda życie pod rosyjską okupacją. I na co tak naprawdę czekają mieszkańcy.

Jak zauważa Stepan, “na początku trudno jest w ogóle zrozumieć, że miasto jest pod okupacją”

– Ludzie spacerują, niektórzy jeżdżą na rowerach, inni wyprowadzają psy. Ale jeśli się przyjrzeć, można zauważyć, że dzieci nie chodzą same – tylko w towarzystwie rodziców. A nawet z rodzicami jest ich niewiele. Jeśli przejdziesz się po ulicach, zobaczysz kolejki, wiele zamkniętych sklepów, ślady szabrownictwa, pogromów, zamknięte i zabite deskami drzwi supermarketów – mówi.

Według naszego rozmówcy, mimo że godzina policyjna zaczyna się o 21.00, po godzinie 17.00 na ulicach nie ma już prawie nikogo.

– Sklepy są otwarte do 14.00 lub 16.00, nic więcej nie działa, więc w mieście nie ma nic do roboty. Poza tym, jeśli człowiek czuje się zagrożony, to nie wychodzi bez wyraźniej potrzeby – wyjaśnia Stepan.

Roman, z kolei, zauważa, że od czasu okupacji do miasta wprowadziło się wielu ludzi z Doniecka, Ługańska i Krymu, którzy zupełnie nie znają Chersonia. Krymczanie głównie handlują na bazarach. Przy czym papierosy, które sprzedają (Kosmos itp.), sprawiają, że „można się poczuć jak w Związku Radzieckim”.

Jak twierdzi Roman, w marcu do Chersonia przywieziono także lojalnych wobec Rosji bezdomnych z Krymu, z pomocą których rosyjskie media pokazały swoim widzom, jak miejscowi radośnie witają rosyjskie władze. Chodzili z flagami, ustawiali się w kolejkach za pomocą humanitarną i „całowali” nowymi władzami.

– Przywieźli ich, ale potem nigdzie ich nie zabrali. Przez pewien czas zajmowali dworzec kolejowy. Teraz łażą po mieście. Widać, że nie są nasi, bo nie orientują się w przestrzeni i ich akcent jest zupełnie inny – zauważa Roman.

Jednak nie tak łatwo jest opuścić miasto. Jak mówi Roman, nie ma zielonego korytarza, którym można by wyjechać, więc „ludzie, którzy wyjeżdżają, robią to na własne ryzyko”.

Według Stepana wcześniej można było wyjechać do Mikołajowa i Odessy, ale potem drogi te zostały zablokowane i ustawiono około 25 punktów kontrolnych. Ludzie zaczęli jeździć do Krzywego Rogu i Zaporoża, ale i tam jest już 40-50 rosyjskich punktów kontrolnych. Jak słyszymy od Romana, od 1 do 11 maja Chersoń był właściwie zamknięty przez Rosjan, zarówno jeśli chodzi o wjazd, jak i wyjazd. Nie jeździły nawet autobusy podmiejskie.

Wcześniej ratunkiem był paszport zagraniczny, ale teraz nawet on nie pomaga.

– Arabowie wyjeżdżali pięć razy. Dojeżdżali do ostatniego punktu kontrolnego i tam ich zawracali. Jest to tak naprawdę biznes. Na każdym punkcie kontrolnym ktoś o coś prosi: o papierosy, pieniądze, rzeczy. A gdy dojeżdżasz do ostatniego, zawracają cię. Jeden z Arabów wyjechał, ale kiedy minął już ostatni punkt kontrolny, Rosjanie go ostrzelali, choć pokazał, że jest obywatelem Algierii – opowiada Roman.

Ale kilku obywateli niemieckich nie przeszło nawet przez pierwszy punkt kontrolny. I ich samochód też ostrzelali na pożegnanie.

Na niektórych punktach kontrolnych w ogóle niczego nie sprawdzają, a na innych – wręcz przeciwnie. Sprawdzają tatuaże na ciele, kontakty i wiadomości w telefonach. Jeśli ma się laptopa, każą go włączyć. Sprawdzają bagażniki. Niektórzy są odsyłani do domu za „wpisy na portalach społecznościowych oczerniające armię rosyjską”.

– Czasami wpływ ma tylko czynnik ludzki. Nie spodobałeś się im i tyle – nigdzie nie jedziesz. Dwa tygodnie temu rodzina z dwójką dzieci była przez trzy dni przetrzymywana przez Rosjan w niewoli. Następnie wypuszczono ich, ale bez ich rzeczy. Zabierają samochody i telefony komórkowe – mówi Roman.

ednak pobyt w mieście również jest ryzykowny. Jak zauważa Stepan, Rosjanie regularnie porywają ludzi: niektórych z protestów, innych z domów. Pojawiły się doniesienia, że poszukują oni ukraińskich żołnierzy i członków obrony terytorialnej. Rosyjscy żołnierze wciąż jeżdżą po mieście w samochodach wojskowych, BTR-ach lub autach ze znakiem „Z”.

– Jeśli jeżdżą z bronią i wiesz, że to armia wroga, to samo to już nie jest w porządku. Poza tym zdajesz sobie sprawę, że w każdej chwili mogą cię dopaść i zacząć zadawać pytania – mówi Stepan.

A takie przypadki nie należą do rzadkości. Rosjanie mogą sprawdzić telefon każdego przechodnia. Albo przyjść do pracy i porozmawiać o dobrym „rosyjskim mirze”, sprawdzić wiadomości i subskrypcje kanałów. Jeśli zobaczą w telefonie aplikację mobilną banku, mogą zażądać przelania im pieniędzy.

– Szabrują na całego. Rządzi ten, kto ma automat. Jeśli coś im się nie spodoba, mogą zabrać rzeczy albo osobę – mówi Roman.

Według chłopaka okupanci z Donieckiej i Ługańskiej Republik Ludowych zatrzymali na ulicy rowerzystę. Zabrali mu rower, plecak, pieniądze, telefon i przez kilka dni trzymali go w piwnicy. Powiedzieli: „Ty, kur*a, będziesz żył w Związku Radzieckim”. Kilka razy wozili go z workiem na głowie, a potem wywieźli za miasto i wypuścili.

(...)

W mieście – wokół centrum i przy wyjazdach – cały czas są punkty kontrolne. W jednym dniu mogą być w jednym miejscu, a kolejnego dnia w zupełnie innym. Różni się też podejście żołnierzy do mieszkańców.

– Kiedy wczoraj rano jechałem samochodem, wojsko zatrzymało marszrutkę, weszli do środka, rozejrzeli się, ale nie sprawdzali dokumentów. A dosłownie pół godziny później moi znajomi jechali tą samą trasą i na tym samym punkcie kontrolnym zatrzymali ich ci sami żołnierze. Wtedy sprawdzali dokumenty – opowiada Roman.

Jak mówi Roman, w niektórych dzielnicach bardzo dokładnie sprawdzają zarówno mężczyzn, jak i kobiety. Mężczyzn mogą nawet wyprowadzić z marszrutki, by przeprowadzić kontrolę osobistą.

Nasz rozmówca przypisuje to faktowi, że wśród Rosjan pojawiło się wielu dezerterów:

– Chodzą w cywilnych ubraniach. Jedyną rzeczą, która ich odróżnia, jest obuwie: noszą glany. Byłem świadkiem sytuacji, gdy żołnierz, który, jak się wydaje, pochodził z Donbasu, kupował buty sportowe. A następnego dnia dowiedziałem się, że zdezerterowało u nich nawet 300 osób – dodał.

Ponadto, jak twierdzą chersońscy medycy, ci Rosjanie, którzy nie chcą walczyć, szukają choćby najmniejszego powodu, by nie iść do walki i przeczekać w jakimś miejscu.

Do wymienionych wyżej trudności dochodzą jeszcze te natury ekonomicznej. Ukraińskie sklepy wyprzedają ostatnie towary i w większości są zamykane, ponieważ nie napływają do nich nowe. Te, które jeszcze działają, mają w ofercie coraz więcej towarów z Krymu, Doniecka i Ługańska. Jak zauważa Stepan, ludzie często stoją w kolejkach, ponieważ niczego nie można kupić tak po prostu. Pojawiło się wiele papierosów i alkoholu z przemytu.

(...)

Większość bankomatów nie działa. A jeśli do jakichś punktów przywożona jest gotówka, to w kolejkach ustawia się od 50 do 300 osób. Jednocześnie, mimo oficjalnych deklaracji o wprowadzeniu rubla rosyjskiego, wszystkie płatności są nadal dokonywane w hrywnach.

(...)

Z kolei służby komunalne działają dobrze. Codziennie rano wywożone są śmieci; jest też gaz, woda i prąd. Jednak okupanci nie pozwolili strażakom ugasić pożaru lasu w okolicach Chersonia i miejscowi musieli poradzić sobie z nim sami. Nie ma też policji, więc nikt nie pilnuje porządku na ulicach. Dlatego od czasu do czasu można zauważyć ślady szabrownictwa, choć nie są one tak powszechne jak na początku marca.

W każdym razie, jak twierdzą nasi rozmówcy, zdecydowana większość mieszkańców Chersonia czeka na wyzwolenie i przybycie Sił Zbrojnych Ukrainy.

Niektórzy po prostu oszaleli ze strachu przez ostrzały. Panuje też pesymistyczny nastrój, m.in. na skutek rosyjskiej propagandy, która huczy, że Chersoń został zapomniany, że miasto na zawsze pozostanie w Rosji.

(...)

Regularnie pojawiają się jednak problemy z internetem i łącznością komórkową. W zeszłym tygodniu, na przykład, przez trzy dni nie było ich w ogóle.

Jednocześnie Roman zauważa, że o ile wcześniej w mieście byli ludzie, którzy częściowo popierali „rosyjski mir”, to teraz ich opinie całkowicie się zmieniły. Wielu z nich jest zmuszonych do prowadzenia sporów z krewnymi za granicą, którzy „opowiadają kolejne bzdury o tym, że Rosjanie nas ratują, a u nas tutaj panoszą się banderowcy”. (...)

belsat.eu

Sekretarz generalny ONZ António Guterres i urzędnicy USA, według źródła publikacji, badają możliwą trasę eksportu ukraińskiego zboża: koleją na północ przez Białoruś do litewskiego portu Kłajpeda. Jako zachętę dla Alaksandra Łukaszenki do przyjęcia takiej propozycji rozważana jest możliwość zniesienia sankcji o pół roku wobec krajowego przemysłu potasowego. Białoruska firma Biełaruśkalij jest jednym z największym na świecie producentem soli potasowych.

WSJ zauważa, że urzędnicy ONZ mają również nadzieję, że wysiłki na rzecz wprowadzenia na rynek białoruskiego i rosyjskiego potasu zwiększą zbiory zbóż na świecie, a także zmotywują Białoruś i Rosję do rozpoczęcia handlu produktami spożywczymi. Stany Zjednoczone uważają, że teraz Federacja Rosyjska uniemożliwia własny eksport nawozów, choć obecnie amerykańskie sankcje nie są wymierzone ich sprzedaż.

19 maja szef programu żywnościowego ONZ David Beasley w dramatycznym apelu wezwał Władimira Putina do otwarcia zablokowanych kluczowych ukraińskich portów na Morzu Czarnym, przez które transportowane jest zboże.

– Trzeba jak najszybciej otworzyć te porty, bo nie chodzi tylko o Ukrainę, ale też o najbardziej potrzebujących na całym świecie, którzy w tej chwili są na skraju śmierci głodowej. Wzywam prezydenta Putina do otwarcia portów, jeśli ma serce”- powiedział Beasley.

António Guterres powiedział wcześniej, że świat może stanąć w obliczu wieloletniego masowego głodu, jeśli sytuacja zbożowa nie zostanie rozwiązana tak szybko, jak to możliwe. Dodał też, że prowadzi pilne rozmowy z przedstawicielami Rosji, Ukrainy, Turcji, Stanów Zjednoczonych i Unii Europejskiej w sprawie rozwiązania problemu, ale nie spodziewa się, że nastąpi to szybko.

Przed wojną Ukraina była jednym z największych światowych producentów pszenicy i znaczącym producentem kukurydzy. Według ONZ w 2020 roku kraj zebrał 30 mln ton kukurydzy i prawie 25 mln ton pszenicy. Wiele krajów, na przykład w Afryce Północnej, jest uzależnionych od taniej pszenicy z Ukrainy. Zboża mają również kluczowe znaczenie dla globalnej pomocy żywnościowej.

Na początku maja w ukraińskich portach i statkach utknęło prawie 4,5 miliona ton zboża, ponieważ szlaki morskie i porty zostały zablokowane przez rosyjską marynarkę wojenną.

belsat.eu wg PAP