środa, 11 maja 2022


Ukraiński Sztab Generalny powiadomił o odzyskaniu kontroli nad czterema miejscowościami w okolicach Charkowa. Sytuacja militarna miała jednak nie ulec zmianie – jednostki rosyjskie w dalszym ciągu bezskutecznie atakują pozycje obrońców, ponosząc przy tym znaczące straty, ewentualnie umacniają się na zajmowanych pozycjach. Z lokalnych doniesień wynika, że wciąż niemożliwa jest ewakuacja ludności z obwodu ługańskiego, a także dostarczenie jej pomocy humanitarnej. We wszystkich kontrolowanych przez stronę ukraińską miejscowościach w rejonie Siewierodoniecka miały zostać odcięte woda, prąd, gaz i łączność komórkowa. Miejscowe władze wezwały mieszkańców Hulajpoła w obwodzie zaporoskim do ewakuacji.

Agresor kontynuuje ostrzał artyleryjski i bombardowania pozycji obrońców na całej linii styczności wojsk oraz miejscowości stanowiących ich bezpośrednie zaplecze (Słowiańsk, Mikołajów, miejscowości na południe od Krzywego Rogu i Zaporoża). Po raz pierwszy od ponad dwóch miesięcy najeźdźcy nie uderzali na cele w Charkowie, zwiększyli natomiast częstotliwość ognia na jego obrzeżach. Strona ukraińska nie poinformowała też o atakach rakietowych w głębi kraju. Rosjanie wciąż ostrzeliwują przygraniczne rejony obwodów czernihowskiego i sumskiego.

Dowództwo 126. Samodzielnej Brygady Obrony Terytorialnej w obwodzie odeskim powiadomiło o przeszkoleniu (m.in. w zakresie posługiwania się bronią przeciwpancerną, neutralizacji snajperów i działań antysabotażowych) kolejnych 2 tys. ochotników, którzy mogą być skierowani do obrony obwodu w razie zagrożenia z terytorium Naddniestrza. Łącznie w ukraińskiej części Besarabii przeszkolono już 10 tys. chętnych w ramach Obrony Terytorialnej.

Rosyjskie media poinformowały, że kolaborujące z okupantem „władze” obwodu chersońskiego zamierzają zwrócić się do Moskwy o przyłączenie tego terenu do Rosji. Tym samym – zapewne z powodu trwającego oporu społecznego – pominięty ma być etap stworzenia tzw. Chersońskiej Republiki Ludowej i referendum w sprawie jej uznania.

Główny Zarząd Wywiadu Ministerstwa Obrony Ukrainy oznajmił, że część zboża wywiezionego przez agresora znajduje się już na Morzu Śródziemnym na statkach pod rosyjską banderą i jest transportowana najprawdopodobniej do Syrii. Najeźdźcy mają nadal wywozić skradzioną żywność do Rosji i na obszar okupowanego Krymu.

Prezydent Wołodymyr Zełenski poinformował, że przeciwnik nie wyraża zgody na żadną z proponowanych przez Ukrainę opcji ewakuacji obrońców z zakładów Azowstal w Mariupolu. Podkreślił też, że kraj zwrócił się do partnerów zachodnich z prośbą o broń niezbędną do odblokowania miasta i uratowania pozostających tam osób. W wystąpieniu przed parlamentem Malty Zełenski zaakcentował wagę pomocy udzielonej wyspie przez Wielką Brytanię i Stany Zjednoczone w czasie II wojny światowej oraz zaapelował o przekazanie samolotów, śmigłowców i ciężkiej artylerii. Podkreślił przy tym, że – podobnie jak 80 lat temu – na polu walki decydują się losy Europy.

Międzynarodowa grupa robocza ds. sankcji wobec Rosji pod przewodnictwem Andrija Jermaka, szefa Biura Prezydenta Ukrainy, i Michaela McFaula z Uniwersytetu Stanforda przedstawiła harmonogram wprowadzania sankcji energetycznych, które utrudniałyby finansowanie wojny, a jednocześnie zmniejszałyby negatywny wpływ restrykcji na gospodarkę świata. Dokument proponuje mechanizmy stopniowego wdrażania embarga na rosyjskie surowce i sankcje za obchodzenie ograniczeń.

Dyrektor Wywiadu Narodowego USA Avril Haines w wystąpieniu przed Komisją Sił Zbrojnych Senatu oświadczyła, że wojna na Ukrainie ulegnie w kolejnych miesiącach eskalacji, lecz działania Moskwy mogą stać się nieprzewidywalne z uwagi na rozbieżność planów Kremla i możliwości rosyjskiego wojska. Haines stwierdziła, że można się spodziewać wprowadzenia w Rosji stanu wojennego i reorientacji jej produkcji przemysłowej na tory wojenne, lecz użycie broni jądrowej uznała za mało prawdopodobne. Podobne zdanie w ostatniej z tych kwestii przedstawił gen. Scott Berrier, szef Agencji Wywiadu Obronnego USA.

Minister spraw zagranicznych Ukrainy Dmytro Kułeba stwierdził, że cele państwa zmieniły się wraz z rosnącą pomocą militarną z Zachodu. Ambicją Kijowa ma być już nie tylko odrzucenie wojsk rosyjskich poza tereny kontrolowane przed rozpoczęciem inwazji 24 lutego, lecz także odzyskanie władzy nad całym krajem w granicach konstytucyjnych, a więc również okupowanymi przed wojną częściami Donbasu oraz Krymu. Kluczową kwestią pozwalającą na zrealizowanie tego planu ma być zwycięstwo w bitwie o Donbas. Kułeba podkreślił zarazem konieczność nadania Ukrainie statusu kandydata do członkostwa w UE jako jedynej możliwej drogi rozwoju relacji z Brukselą. Odrzucił tym samym warianty pośrednie suflowane przez prezydenta Francji Emmanuela Macrona. Za pełnoprawnym członkostwem Ukrainy w Unii opowiedziała się też wizytująca Kijów minister spraw zagranicznych Niemiec Annalena Baerbock.

Operator ukraińskiej sieci gazociągów (OGTSU) poinformował o zamknięciu punktu przyjęcia gazu z Rosji Sochraniwka i stacji kompresorowej Nowopskow znajdujących się na niekontrolowanych przez Kijów terenach w obwodzie ługańskim. Powodem mają być m.in. „niesankcjonowane interwencje sił okupacyjnych w procesy technologiczne, w tym nielegalny pobór gazu”. Przez Sochraniwkę transportuje się trzecią część surowca, który dociera tranzytem przez Ukrainę do odbiorców europejskich. Jednocześnie operator uznał za kłamstwo rzekomy „brak możliwości technicznych”, podany przez Gazprom jako przyczyna niemożności przeniesienia punktu przyjęcia gazu do Sudży, co jako rozwiązanie zaproponowała strona ukraińska. Według Kijowa przepustowość tej odnogi jest wystarczająca do przesyłania wolumenów gazu przewidzianych ukraińsko-rosyjskim kontraktem. Co więcej, przez kilkanaście dni w październiku 2020 r. to właśnie przez Sudżę transportowano surowiec przekierowany z remontowanej Sochraniwki.

Zgodnie z danymi Straży Granicznej RP od początku wojny do Polski wyjechało 3,29 mln Ukraińców. 10 maja było ich 18,1 tys. (wzrost o 6,6% względem dnia poprzedniego), a granicę w przeciwnym kierunku przekroczyło prawie 22 tys. osób. Od 24 lutego z Polski na Ukrainę wyjechało 1,16 mln ludzi.

Komentarz

W ostatnich tygodniach sytuacja militarna sprawia wrażenie stabilnej. Pozycje walczących stron przesunęły się nieznacznie (o kilka lub kilkanaście kilometrów) na korzyść Rosjan (na południu obwodu charkowskiego oraz w obwodach donieckim, ługańskim i zaporoskim) lub Ukraińców (w okolicach Charkowa). Na pograniczu obwodu chersońskiego z obwodami mikołajowskim i dniepropetrowskim zmiany są nieznaczące. Nie nastąpiła zapowiadana przez stronę ukraińską ofensywa rosyjska ani sugerowana przez Kijów kontrofensywa ukraińska. Prawdopodobnie najeźdźcy nadal uważają zgromadzone siły za niewystarczające do skutecznego przełamania pozycji obrońców i rozwinięcia powodzenia na którymkolwiek z kierunków. Moskwa nie podejmuje jednak żadnych widocznych ruchów, aby znacząco zwiększyć liczebność wojsk zaangażowanych w operację przeciwko Ukrainie, nie wykorzystuje też w pełni sił, które już się tam znajdują. Z kolei Kijów stara się tonować nastroje i nadzieje na szybką kontrofensywę, o czym świadczy wypowiedź prezydenta Zełenskiego z 10 maja. Najprawdopodobniej po dotarciu do kraju większych partii ciężkiego uzbrojenia z Zachodu władze będą chciały przeprowadzić operację zaczepną, aby podbudować wiarygodność (zwłaszcza po prawdopodobnym ostatecznym upadku Mariupola), a jej potencjalnym celem byłby Chersoń.

Brak szybkich postępów Rosji przy jednoczesnym rosnącym wsparciu militarnym, politycznym i finansowym dla Kijowa ze strony Zachodu motywuje władze ukraińskie nie tylko do kontynuowania efektywnego oporu przeciwko agresorowi, lecz także do formułowania celów politycznych i wojskowych wykraczających poza status quo przed inwazją. Wydaje się, że opinie ministra Kułeby stanowią odzwierciedlenie kalkulacji kierownictwa państwa oraz nastrojów społecznych. Ukraińcy uważają, że obecnie – po masakrach, m.in. w Buczy, i powstrzymaniu ofensywy przeciwnika na wschodzie kraju – nie ma miejsca na negocjacje pokojowe z Rosją, lecz należy cierpliwie dążyć do pełnego zwycięstwa militarnego, aby odzyskać również tereny utracone w 2014 i 2015 r.

osw.waw.pl

System walki GIS Arta, opisywany przez samych twórców jako "Uber dla artylerii", łączy informacje z dronów, GPS-ów, zdjęć satelitarnych, map wysokościowych terenu, danych na temat amunicji w oddziałach ukraińskiej armii tj. szybkość i opadanie. Stworzony został przez cywilów, a wojsko powitało go z otwartymi rękami. 

Gdy znajdujący się w terenie oddział lub patrolujący dany obszar dron, "zauważy" wroga, podaje jego pozycje (zupełnie jak pasażer w aplikacji Ubera). Po "sekundzie zastanowienia" system kierowania polem walki wybiera najbardziej optymalny sposób ostrzału, informując o tym oddziały artyleryjskie, drużyny z moździerzami lub dronami. Gdy dowództwo potwierdzi cel, w ciągu 30 sekund znajduje się on już pod ostrzałem.

Dla porównania analogiczny amerykański system potrzebuje 30 minut od zgłoszenia do ostrzału, ale też Pentagon weryfikuje dokładniej cele. Ukraińska armia w stanie wojny z tego zrezygnowała.

Co więcej, atak, w przeciwieństwie do tego "tradycyjnego" stosowanego przez wojska rosyjskie, przebiega z różnych stron. Zamiast standardowych baterii ustawianych w jednym miejscu, ukraiński przypomina bardziej rój pocisków spadających niemal zewsząd. Dodatkowo, system GIS Arta jest w stanie obliczyć kiedy pocisk z danego oddziału spadnie na cel i skoordynować atak z różnych pozycji, tak, by trafiły one niemal jednocześnie. To znacznie utrudnia rosyjski kontratak. 

Rosyjscy wojskowi zdawali sobie sprawę z ukraińskiego systemu, dlatego też na początku inwazji przeprowadzili zmasowany cyberatak na Tooway'a, dostawcy cywilnego internetu satelitarnego, paraliżując tym samym ukraiński system walki. 

Wtedy wszedł na arenę Elon Musk ze swoim Starlinkiem. Jak się okazuje, Rosjanie nie byli w stanie ani go zakłócić, choć próbowali, ani zhakować. I zaczęły się groźby. Dimitrij Rogozin, szef agencji kosmicznej Roscosmos, na swoim kanale na Telegramie napisał, że "Musk jest zaangażowany w dostarczanie faszystowskim siłom na Ukrainie wojskowego sprzętu łączności".

Na odpowiedź właściciela SpaceX nie trzeba było długo czekać. 

Dyskusja trwała dalej i Rogozin poinformował świat, że "za to Elon zostaniesz pociągnięty do odpowiedzialności jak dorosły - bez względu na to, jak bardzo udajesz głupca". Ale na Twitterze trudno jest "przegadać" jego właściciela.

"Jeśli umrę w tajemniczych okolicznościach, miło było cię poznać" napisał. /red./

bankier.pl

7 kwietnia Gerhard Schroeder obchodził swoje urodziny. Skończył 78 lat. To mogłaby być okazja do świętowania w licznym gronie. Schroeder był w latach 1990-1998 premierem Dolnej Saksonii, a od października 1998 r. do listopada 2005 r. siódmym kanclerzem RFN. Z okazji okrągłych 70 urodzin, na przyjęcie w ratuszu w Hanowerze siedem lat temu przybyło 200 gości. Wtedy były kanclerz był jeszcze honorowym obywatelem stolicy Dolnej Saksonii.

Teraz Schroeder utracił ten tytuł. Zrezygnował również z członkostwa w klubie piłkarskim Hannover 96, po tym, jak zapowiedziano jego wyrzucenie. I dlatego wątpliwe jest, czy znalazłaby się wystarczająca liczba gości, aby zorganizować duże przyjęcie urodzinowe. Odmawiając rezygnacji ze stanowisk w radach nadzorczych rosyjskiego przemysłu energetycznego i zdystansowania się od prezydenta Władimira Putina, były kanclerz skazał się na izolację. Przyjaciele i dawni towarzysze polityczni odwrócili się od niego. Nie da się już z nim dyskutować i zgłaszać zastrzeżeń — mówią za zamkniętymi drzwiami.

Były kanclerz Niemiec utracił społeczną sympatię, a w niektórych miejscach już dawno przestał być mile widziany. Kiedy na początku maja wybrał się na wakacje ze swoją piątą żoną So-yeon Schroeder-Kim na wyspę Norderney u wybrzeży Morza Północnego, miejscowy właściciel karczmy niezwłocznie zakazał mu wstępu do lokalu i polecił pracownikom swoich trzech browarów, aby również oni odmówili Schroederowi gościny. "Dobra i konsekwentna decyzja" — skomentował jeden z użytkowników na profilu karczmy na Facebooku. "Browar zasłużył na medal za tę odważną i ważną akcję!" — napisał ktoś inny.

Z kolei berliński lokal "StäV" usunął ze swojego menu nazwę "Altkanzlerfilet", którą określano lubianą przez Gerharda Schroedera kiełbasę w sosie curry. Dodatkowo z lokalu ma zniknąć jego zdjęcie.

Centrum polityczne w Berlinie już od jakiegoś czasu dystansuje się od byłego szefa rządu. A zapowiadane są kolejne kroki. Komisja budżetowa Bundestagu ma rozważyć możliwość pozbawienia byłego kanclerza pomieszczeń biurowych, samochodu służbowego i personelu, które przysługują mu dożywotnio i są finansowane z podatków. Christian Lindner, obecny minister finansów i lider Wolnej Partii Demokratycznej (FDP), domaga się nawet całkowitego odcięcia Schroedera od publicznych pieniędzy. Z pytania zadanego przez partię "Lewica" w Bundestagu wynika, że koszty osobowe Gerharda Schroedera sięgają około pół miliona euro rocznie.

Wymowne, że Schroeder nie ma już pod sobą żadnych pracowników biurowych. Wszyscy zrezygnowali w marcu br. i przenieśli się na inne stanowiska w ramach struktur niemieckiego parlamentu. Nawet jego wieloletni szef biura i autor przemówień, który z dumą wspomina 20 lat współpracy z prominentnym socjaldemokratą, nie chciał już dla niego pracować.

(...)

Gerhard Schroeder udzielił ostatnio obszernego wywiadu dla "New York Timesa". Dziennik wyliczył, że były kanclerz zarabia około miliona euro na stanowiskach w rosyjskim sektorze energetycznym. W 2005 r., wkrótce po opuszczeniu fotela kanclerskiego, rozpoczął pracę w spółce Nord Stream. Do dziś piastuje tam funkcję przewodniczącego komitetu akcjonariuszy. Jest on także przewodniczącym rady nadzorczej rosyjskiego państwowego giganta energetycznego Rosnieft oraz figuruje w rejestrach handlowych jako prezes zarządu spółki Nord Stream 2 AG.

(...)

W SPD od miesięcy trwają bezowocne próby nakłonienia Gerharda Schroedera do rezygnacji z jego stanowisk. Jednak były kanclerz zawsze uważał, że chce żyć tak, jak mu się podoba i że jest to wyłącznie jego sprawa. Lars Klingbeil, współprzewodniczący SPD, widzi sprawę inaczej. "Nie robi się interesów z agresorem, z podżegaczem wojennym, jakim jest Putin. "Jako były kanclerz Niemiec nigdy nie działa się tylko we własnym imieniu. A już na pewno nie w takiej sytuacji, jaką mamy obecnie" — napisał w mediach społecznościowych krótko po rosyjskiej inwazji na Ukrainę.

Schroeder do dziś wybiera milczenie. W międzyczasie do władz SPD trafiło 14 wniosków o jego wykluczenie z partii. Procedura jest jednak skomplikowana i może się przeciągać. Współprzewodnicząca SPD Saskia Esken wolałaby, aby Schroeder sam opuścił SPD i już wezwała go do złożenia rezygnacji. Również Lars Klingbeil nie kryje rozczarowania: — Życzyłbym sobie, aby Gerhard Schroeder znalazł się po dobrej stronie historii. Ale wybrał niewłaściwą.

Schroeder również na te głosy pozostaje niewzruszony. Zamiast tego, w wywiadzie dla "New York Timesa" zdecydowanie bronił Putina przed oskarżeniami o masakrę ludności cywilnej w podkijowskiej Buczy. Schroeder powiedział dziennikarzowi "NYT", że rozkazy nie pochodziły od Putina, lecz "z niższych kręgów". Najwyraźniej były kanclerz przeoczył, że Putin przyznał medale żołnierzom, którzy pełnili w Buczy służbę.

onet.pl

wtorek, 10 maja 2022


Jednostki rosyjskie podjęły próbę całkowitego odcięcia ukraińskiego zgrupowania w rejonie Siewierodoniecka od reszty sił. Po zorganizowaniu kolejnej przeprawy przez Doniec uderzyły wzdłuż granicy obwodów ługańskiego i donieckiego na wysokości miejscowości Biłohoriwka i Szypyliwka (na zachód od Lisiczańska) w kierunku południowym. Po początkowym sukcesie najeźdźców obrońcy mieli odeprzeć atak, zniszczyć przeprawy i przystąpić do likwidacji przyczółku. Pod bezpośrednią kontrolą Rosjan lub w zasięgu ich artylerii znajdują się wszystkie drogi z rejonu Siewierodoniecka na zachód. Trwają walki o miejscowości pozostające w rękach ukraińskich.

Walki toczące się z różnym natężeniem na pozostałych kierunkach nie przynoszą rozstrzygnięcia. Siły najeźdźcze skupiają się na niszczeniu pozycji ukraińskich ogniem artylerii i lotnictwa. W ciągu ostatniej doby od ostrzału i bombardowań miały szczególnie ucierpieć Mikołajów, Orichiw i Hulajpole na kierunku Zaporoża oraz okolice Zełenodolśka na kierunku Krzywego Rogu. W zasięgu artylerii agresora znalazł się Słowiańsk. Trzykrotnie w ciągu doby rakiety spadły na Odessę i miejscowości w obwodzie odeskim.

W ostrzeliwanych i bombardowanych zakładach Azowstal w Mariupolu wciąż pozostaje ponad 100 cywilów, a ich ewakuacja jest niemożliwa. Siły rosyjskie odmawiają utworzenia kolejnego korytarza humanitarnego, licząc na bezwarunkową kapitulację obrońców.

Wiceminister obrony Ukrainy Hanna Malar po raz kolejny zaapelowała do lokalnej ludności i internautów o nieinformowanie o postępach armii ukraińskiej dopóki, nie uczynią tego źródła oficjalne. Podkreśliła, że nawet w momencie gdy miejscowość wróci pod kontrolę jednostek ukraińskich, nie można o tym mówić, dopóki siły te się tam nie umocnią.

Rzeczniczka praw człowieka Ludmyła Denysowa powiadomiła, że od początku agresji do Federacji Rosyjskiej deportowano blisko 1,2 mln Ukraińców, w tym ponad 200 tys. dzieci. Po pobycie w obozach filtracyjnych utworzonych na terytoriach okupowanych ludzie ci są stopniowo przewożeni w głąb Rosji. Przymusowo przesiedlonych do tzw. Ługańskiej Republiki Ludowej zmusza się do przyjęcia obywatelstwa pseudorepubliki. Deportowanym pobiera się odciski palców, po czym otrzymują oni dokumenty zezwalające na pobyt w obozie filtracyjnym, a następnie przepustkę umożliwiającą podróż do Rosji. Strona ukraińska nie dysponuje danymi o losie osób, które odmówiły udziału w procedurze filtracyjnej. Ministerstwo Obrony FR formalnie zakazało ewakuacji ludności cywilnej z zajętych obszarów.

W Chersoniu i Melitopolu rosyjscy żołnierze pod pozorem poszukiwania partyzantów i dywersantów włamują się do mieszkań, przeprowadzają rewizje i dokonują rabunków. Prowadzi się ewidencję opuszczonych mieszkań, które maja zostać przeznaczone na kwatery rosyjskich wojskowych i funkcjonariuszy służb. W Enerhodarze agresorzy zmusili kilkuset mieszkańców do udziału w manifestacji z okazji „dnia zwycięstwa”. Aby zapewnić większą frekwencję podczas obchodów 9 maja w Melitopolu, do miasta przywieziono zorganizowane grupy ludzi z okupowanego Krymu.

Szef kolaboracyjnej administracji w obwodzie chersońskim Wołodymyr Saldo nie wykluczył stworzenia nowego okręgu federalnego Rosji, do którego weszłyby Krym oraz obwody chersoński i zaporoski. Oznajmił również, że okupanci planują otworzyć rosyjskojęzyczne szkoły, zaś miejscowi emeryci zaczęli otrzymywać wypłaty w rublach. Dodał, że hrywna pozostaje uznawanym środkiem płatniczym.

Prezydent Joe Biden podpisał 9 maja ustawę o przywróceniu programu Lend-Lease z okresu II wojny światowej. Akt ułatwi dostawy amerykańskiego sprzętu wojskowego na Ukrainę. Dokument umożliwia natychmiastowe dostarczanie uzbrojenia i odroczenie uregulowania kosztów transakcji. 10 maja Izba Reprezentantów ma zatwierdzić wydzielenie Kijowowi wsparcia w wysokości 40 mld dolarów. Jest to suma większa niż ta przedstawiona Bidena w propozycji z 28 kwietnia (33 mld dolarów). Ponadto USA skasowały na rok 25% cła na ukraińską produkcję metalurgiczną.

9 maja wysoki przedstawiciel Unii Europejskiej ds. zagranicznych i polityki bezpieczeństwa Josep Borrell stwierdził, że państwa członkowskie powinny rozpatrzeć możliwość wykorzystania zamrożonych środków Centralnego Banku Federacji Rosyjskiej (ok. 300 mld dolarów), aby odbudować Ukrainę po zakończeniu wojny. Według Borrella na ten cel trzeba będzie przeznaczyć „setki miliardów” euro.

Zgodnie z danymi Straży Granicznej RP od początku wojny do Polski wyjechało 3,28 mln Ukraińców. 9 maja uczyniło tak 17 tys. osób (spadek o 28% względem poprzedniego dnia), a granicę w przeciwnym kierunku przekroczyło 15 tys. Od 24 lutego z Polski na Ukrainę wyjechało 1,14 mln ludzi.

Komentarz

Działania Rosjan na całej linii styczności wojsk wskazują, że konsekwentnie dążą oni do opanowania Donbasu, a na pozostałych kierunkach co najmniej do wyczerpania sił ukraińskich ciągłymi atakami. Nie angażują jednak żadnych dodatkowych sił i środków, które mogłyby to przyspieszyć. Na pograniczu obwodów charkowskiego, donieckiego i ługańskiego armia agresora dysponuje rozwiniętym do walki zgrupowaniem, którego – podobnie jak pododdziałów w przygranicznych obwodach Rosji – na razie nie wykorzystuje. Nie można wykluczyć, że oddziały te mają rozwinąć powodzenie w przypadku skutecznego przełamania pozycji obrońców na którymś z kierunków, ewentualnie pozostać w gotowości do przeciwuderzenia w przypadku bardziej aktywnych działań przeciwnika. Strona ukraińska wydaje się świadoma własnych niedostatków w otwartym polu (głównie w zakresie ciężkiego uzbrojenia) i konieczności opierania obrony na umocnionych pozycjach.

Kolejne apele o nierozpowszechnianie informacji o zajętych miejscowościach (a także ich uzasadnienie) potwierdzają, że obrońcy starają się niezauważenie zajmować tereny opuszczone bądź nigdy niekontrolowane – ze względu na niewystarczające siły – przez wojska rosyjskie. Pozwala to jednostkom ukraińskim na poprawę położenia, a Kijowowi – na formułowanie przekazu o sukcesach lokalnych kontrataków (a także rozbudzanie apetytów na prawdziwą kontrofensywę), lecz na razie nie wpływa znacząco na zmianę sytuacji.

Działania agresora na terytoriach okupowanych świadczą o tym, że trwa realizacja planu wsparcia władz kolaboranckich stałą obecnością sił zbrojnych i służb specjalnych. Zapowiedź konfiskaty opuszczonych mieszkań i oddania ich w użytkowanie rosyjskim żołnierzom i funkcjonariuszom wskazuje, że w Chersoniu i innych miastach buduje się zaplecze w celu przyśpieszenia procesu rusyfikacji regionu. Trwa proceder rabowania mienia prywatnego (w tym samochodów), które najeźdźcy traktują jako zdobycz wojenną. Okupanci stosują wobec ludności permanentną presję – zmuszają ją do popierania działań „nowych władz” w zamian za ułatwienia w pozyskiwaniu żywności czy leków. Wydaje się, że Kreml nadal nie podjął ostatecznej decyzji co do przyszłości zajętych obszarów. Rozważane są warianty utworzenia z nich nowego okręgu federalnego Rosji bądź przeprowadzenia referendum powołującego do życia kolejną „republikę ludową”.

osw.waw.pl

– O co chodzi Rosji w tej fazie wojny na Ukrainie?

/dr Witold Rodkiewicz, główny specjalista Zespołu Rosyjskiego z Ośrodka Studiów Wschodnich/ - Rosji chodzi przede wszystkim o rozbicie głównego zgrupowania ukraińskich wojsk w Donbasie. Wydaje się, że ewentualna wygrana Rosjan na „froncie” donbaskim będzie jedynie wstępem do prób podboju kolejnych obwodów na wschodzie i południu  Ukrainy. Moskwa  będzie domagała się od Kijowa uznania rosyjskiej suwerenności nad Krymem oraz  „niepodległości” tzw. Ługańskiej i Donbaskiej Republik Ludowych. Będzie też przeprowadzała fikcyjne referenda  pod bagnetami rosyjskich wojsk na zajętych przez siebie obszarach na południu i wschodzie Ukrainy. Mamy już takie zapowiedzi ze strony mianowanych przez rosyjskich okupantów  merów miast w obwodzie zaporoskim i chersońskim. Moskwa dąży do osłabiania Ukrainy i tworzenia na jej terytorium pseudo-niezależnych państewek.

– Czy wojna na Ukrainie to kontynuacja „rosyjskiej rekonkwisty”?

– Tak, to swego rodzaju próba odnowienia projektu imperialnego. Putin mówił o tym wielokrotnie całkiem otwarcie. Pod sztandarami „trijedinogo ruskogo naroda”, czyli trójdzielnego narodu rosyjskiego złożonego z Wielkorusów, Małorusów i Białorusów ma dojść do reaktywacji imperium rosyjskiego. To oznacza też chęć przywrócenia dominacji języka rosyjskiego na Ukrainie i jej utrzymania na  Białorusi. W planach Moskwy jest też „reedukacja” Ukraińców, czyli wykorzenienie ukraińskiej tożsamości narodowej i sprowadzenia Ukraińców do statusu regionalnej grupy folklorystycznej. Przy czym pewne pozory państwowości będą zachowane wraz  elementami kultury ludowej traktowanych jako marginalne ozdobniki.

– Czy Rosja Putina wkroczyła we wtórny, naśladowniczy okres swojej historii, gdy była prawdziwym imperium?

– Putin chcąc odbudowywać imperium musi nawiązywać do pewnej ciągłości polityki mocarstwowej prowadzonej zarówno przez carów jak i komunistów. Istotą tego projektu jest to, że jest tylko jeden ośrodek decyzyjny i znajduje się w Moskwie.  Nowy projekt neoimperialny wyklucza procedury demokratyczne,  nie ma w nim miejsca  na państwo prawa, prawa do samostanowienia,  swobód i praw politycznych.

– Putin chciałby zamordować globalizację razem liberalną demokracją i nowoczesnością?

– Jest gotowy wziąć w tym udział w charakterze jednego z głównych sprawców. De-globalizacja to jednak szerszy proces który stymulowany jest tez przez innych poza Rosją aktorów. Niewątpliwie natomiast celem Putina jest rewizja istniejącego ładu międzynarodowego.. W myśleniu Kremla od mniej więcej dekady najważniejsza w tym nowym układzie sił  jest oś konfliktu między Stanami Zjednoczonymi a Chinami. Celem elity rosyjskiej jest zdobycie dla Rosji jak najlepszej pozycji w przyszłym sinocentrycznym świecie. Koncepcja świata wielobiegunowego, w którym Rosja byłaby jednym z pięciu kluczowych państw, popularna jeszcze w latach 90. została przez rosyjską elitę władzy porzucona jako już nieaktualna. Mając do wyboru między Pax Americana  Pax Sinica, wybierają Pax Sinica jako mniejsze zło. Pax Americana jest dla tej elity absolutnie nie do zaakceptowania. Dla Rosji ważne jest też pytanie gdzie będzie Europa w tej amerykańsko-chińskiej rozgrywce; czy będzie po stronie amerykańskiej, czy zostanie zneutralizowana. Wśród warunków postawionych Zachodowi przez Rosję w  grudniu ubiegłego roku jest także demilitaryzacja Europy Środkowo-Wschodniej. Rosjanie stając po stronie chińskiej zaskarbiają sobie przychylność przyszłych władców świata i pokazują Pekinowi, że są niezastąpieni jako dostarczyciele „siłowych” usług.

– Ale czy Rosja nie ryzykuje statusu junior partnera i kompletnego uzależnienia od Chin? Chiny mogą zażądać np. rewizji granic i upomnieć się o tereny sporne.

– Rosjanie uważają, że sojusz z Chinami jest najlepszy z możliwych i nie mają obaw, o których Pan mówi. Moskwa wie że jest dla Chin niezbędnym partnerem i Chiny nie popsują sobie relacji z nią w swoim najlepiej pojętym interesie. Chińczycy nie pchają się na północ, na tereny rosyjskiej Syberii. Dopóki nie było pandemii było wręcz odwrotnie, to Rosjanie chcieli się osiedlać w północnych Chinach, ponieważ tam są lepsze warunki do życia niż po stronie rosyjskiej. Gdy rozmawiałem z ludźmi we Władywostoku to raczej skarżyli się, że Chińczycy nie chcą do nich przyjeżdżać, a nie na to, że jest ich tam nadmiar. Obawy przed Chinami w Rosji są dawno nieaktualne, to stereotypy często powtarzane, lecz kompletnie fałszywe. Obie elity, chińska i rosyjska, wyciągnęły z historii lekcję, że  są na siebie skazane a ewentualny konflikt między nimi byłby katastrofą dla nich. W konsekwencji Rosja i Chiny bardzo dobrze współpracują już np. w Azji Centralnej.

– Czy elity rosyjskie są w stanie porzucić myśl o rusyfikacji dawnych ziem imperium? Czy myślą w kategoriach XIX wiecznego podboju?

– Nie myślą w kategoriach XIX wiecznego podboju. Natomiast nie porzucą myśli o rusyfikacji Ukrainy, Białorusi i krajów należących do tzw. ruskiego świata, pojęcia które zostało po rozpadzie ZSRR  wymyślone przez Rosyjską Cerkiew Prawosławną. Wspólnota języka i kultury rosyjskiej oraz prawosławna są tym co tworzy z wszystkich krajów „ruskiego świata” naturalna wspólnotę. Rosyjskie elity nawet nie myślą w kategoriach ponownej rusyfikacji, ponieważ dla nich dominacja rosyjskiej kultury i rosyjskiego języka to po prostu naturalny stan rzeczy wynikający z historycznych zaszłości, przewagi potencjału Rosji nad pozostałymi krajami „ruskiego świata,”  mocy mediów rosyjskich i oddziaływania politycznego tego kraju. To się wiąże także z pewną „ofertą” kulturowo-cywilizacyjną Rosji, nawet gdy straciła już ona swoją atrakcyjność tak dla Ukraińców jak i większości Białorusinów.

– Dlaczego Ukraina ma tak szczególne miejsce w rosyjskiej myśli politycznej?

– Kluczowym elementem tożsamości narodowej jest narracja historyczna, to jak sobie opowiadamy „swoją” narodową historię. W momencie, gdy powstawała nowożytna narracja o historii Rosji, ówcześni Ukraińcy suflowali ówczesnym Rosjanom, że korzenie tych ostatnich tkwią w Kijowie  i „sprzedali” im myśl że istnieje historyczna ciągłość między Rusią Kijowską a Carstwem Moskiewskim.. Część, pewnie większość, ówczesnej duchowej i intelektualnej elity ukraińskiej (czyli kleru kijowskiej metropolii Kościoła Prawosławnego) była w tym zainteresowana, bo potrzebowała wtedy pomocy Moskwy przeciwko naciskowi ze strony Rzymu, Lachów i imperium osmańskiego. Ta narracja historyczna zakładająca ciągłość między Rusią Kijowską a Księstwem Moskiewskim, a później imperium rosyjskim stały się z czasem absolutnie podstawowym elementem rosyjskiej nowożytnej narracji historycznej i świadomości narodowej. W związku z tym powiedzenie, że Ukraina to jest inny kraj jawi się w optyce Moskwy jako uderzenie w podstawy rosyjskiej świadomości narodowej. Wojna na Ukrainie to też walka dwóch historycznych narratywów – narodowego ukraińskiego i imperialnego rosyjskiego, które są odczuwane jako fundamentalne przez oba te narody.

– Kultury polityczne Rosjan i Ukraińców bardzo się różnią?

– Diametralnie. To wręcz walka dwóch krańcowo różnych kultur politycznych. Ukraińcy odwołują się do tradycji kozackich, do demokracji bezpośredniej, do oddolnego funkcjonowania społeczeństwa i w końcu do tradycji europejskich przejętych od I Rzeczpospolitej. Wolni Kozacy na terenach Rzeczpospolitej zawierali z władzą polityczną swoisty kontrakt, przyswoili sobie przekonanie że władza musi pochodzić z wolnego wyboru i że jest przed swoimi wyborcami odpowiedzialna, a także prawo do wypowiedzenia tej władzy posłuszeństwa i buntu jeśli władza ta jednostronnie łamie przyjęte wcześniej zobowiązania.. To jest kompletnie niezrozumiałe we współczesnej Rosji i sprzeczne z podstawowymi kanonami rosyjskiej kultury politycznej, która ceni przede wszystkim stabilność i potęgę państwa. Rosjanie nie rozumieją, że władza  nawet ta wyłoniona w sposób prawomocny, gdy narusza swoje zobowiązania, to daje to obywatelom prawo do oporu. W moskiewskiej tradycji politycznej delegitymizuje władzę jej słabość, niezdolność do utrzymania stabilności i niezdolność do utrzymania pozycji wielkomocarstwowej na arenie międzynarodowej.

– Czy my w ogóle jesteśmy w stanie zrozumieć kulturę polityczną Rosjan?

– Zrozumieć jesteśmy w stanie. To nie tak, że Rosja jest jakąś tajemnicą czy enigmą, jak twierdził Churchill. Niestety cytuje się najczęściej tylko jego pierwszą część powiedzenia, nie cytuje się końca, w który mówi, że w ostatecznym rachunku,  postępowania Moskwy jest dyktowane przez jej interes narodowy. Parafrazując i odwracając francuskie powiedzenie (Tous comprendre c’est tous pardonner) można powiedzieć, że zrozumieć to nie znaczy zaakceptować. . Zrozumienie rosyjskiej polityki, jej determinantów historycznych i geopolitycznych, na które tak chętnie powołuje się Kreml nie oznacza, że trzeba je akceptować. Ukraińcy i Białorusini właśnie tego nie chcą  i to ich odróżnia od Rosjan, choć w dużym stopniu są przecież (zwłaszcza Białorusini) rosyjskojęzyczni.

– Jaki los czeka teraz rosyjskich zapadników i liberałów?

– Oni będą pełnili rolę taką, jaką w rosyjskiej kulturze pełnili wcześniej, czyli politycznie bezsilnego i pozbawionego – przynajmniej w krótkiej perspektywie - znaczenia marginesu. Marginalni dysydenci uważani przez większość społeczeństwa za stojących poza nawiasem wspólnoty narodowej. Tak to niestety wygląda. Władza skutecznie stłumiła w społeczeństwie idee liberalne, a wzniecała te mocarstwowe i kolektywistyczne. W tym sensie wojna nie jest społecznym problemem w Rosji.

– Właśnie, przecież w Rosji zawsze był kult wojska, oddania wielkiej sprawie.

– Z punktu widzenia systemu politycznego wojna na Ukrainie jest absolutnie funkcjonalna, wręcz wzmacnia istniejący system. Sytuacja jest jasna, biało-czarna, wśród ludzi odzywają się głosy, że teraz jest czas na wyrzeczenie, zaciskanie pasa w imię wspólnoty i interesów narodowych. Proszę zwrócić uwagę, że armia rosyjska od upadku Związku Sowieckiego ciągle jest gdzieś na wojnie. W 1992 roku to było Naddniestrze i Tadżykistan. Później była Abchazja i Gruzja,  następnie Górny Karabach, dwie wojny czeczeńskie. Nie liczę zaangażowania rosyjskich wojsk czy formacji paramilitarnych jak Wagnerowcy w Afryce czy Syrii. To jest społeczeństwo wojenne. U nas tego się nie docenia, a to zupełnie inny typ państwa. Wojna nie jest stanem nadzwyczajnym dla tego systemu, czymś, z czym należy jak najszybciej skończyć. Nie, w pewnym sensie ten system żywi się wojną. – W jakim stanie mentalnym jest teraz społeczeństwo rosyjskie? – Następuje powrót do pewnych imperialnych i sowieckich schematów myślenia i zachowania się oraz praktyk dnia codziennego. Wydaje się, że to trwały trend. Nie widać też bodźca, który skłoniłby Rosjan do zmiany myślenia. Ewentualnie mogłaby to być klęska na dużą skalę polityki putinowskiej.

– A sankcje?

– Do tej pory sankcje są niewystarczające i niepełne. Trzeba widzieć, że stosuje je tylko Zachód, który nie jest już jedyną siłą ekonomiczną w świecie. Chiny, Indie, cała Azja i cały świat muzułmański prowadzą interesy z Rosją. Ameryka Łacińska z Brazylią na czele też to robi. To pokazuje również słabość Zachodu, ponieważ okazuje się, że można bez niego funkcjonować i prowadzić handel międzynarodowy. Dziś sankcje Zachodu nie bolą już tak bardzo jak w czasach ZSRR.

– Wojna na Ukrainie przywraca w stosunkach amerykańsko-rosyjskich styl radzieckich zachowań z czasów zimnej wojny?

– Nie da się przekopiować zachowań z tamtych czasów. Na pewno w jednym wymiarze nie jest to powtórzenie sytuacji zimnowojennej: elita amerykańska jest teraz skoncentrowana na głównym przeciwniku, którym są Chiny. Ta wojna nie jest dla USA priorytetowa. Waszyngton jej nie chciał, został w tę wojnę wciągnięty i próbuje ciągle ograniczyć stopień swego zaangażowania, powołując się na obawę eskalacji. Po drugie w czasie zimnej wojny Rosja starała się jednak zachować status quo w Europie, teraz chce rewizji fundamentalnych zasad na jakich budowana  była architektura bezpieczeństwa europejskiego po zakończeniu Zimnej Wojny. To szczególnie niebezpieczna sytuacja. 

tysol.pl

ChRL pozostaje od lat jednym z największych importerów irańskiej ropy (ok. 1/5 całego eksportu). Jednak zakupy surowca w Iranie przez podmioty z Chin spadły w ubiegłym miesiącu dużo poniżej szczytowego poziomu z przełomu roku, ponieważ popyt ze strony niezależnych rafinerii osłabł po lockdownach COVID-19, ale także w wyniku rosnącego importu tańszej rosyjskiej ropy. Wstępne oceny przeprowadzone przez Vortexa Analytics wykazały, że Chiny importowały w kwietniu prawie 650 tys. bpd (barels per day) irańskiej ropy, nieco mniej niż prawie 700 tys. bpd w marcu. Niemniej, wielu ekspertów twierdzi, że mocno przeceniona irańska ropa była i pozostanie popularnym wyborem wśród niezależnych rafinerii, zwłaszcza w sytuacji niskich marży, jakie mogą one uzyskać. Faktycznie, w całym pierwszym kwartale 2022 roku import irańskiej ropy wyniósł średnio 550 tys. bpd, co oznacza wzrost o ponad 10% w stosunku do IV kwartału 2021 roku. Pytanie na ile jest wynik szczytu z przełomu roku, a na ile trwała tendencja?

W tle mamy kwestię porozumienia nuklearnego Joint Comprehensive Plan of Action (JCPOA). Odnowione porozumienie nuklearne pozwoliłoby Iranowi zwiększyć sprzedaż ropy poza Chiny – najważniejszego odbiorcu Iranu przez ostatnie dwa lata – do poprzednich klientów w Korei Południowej i Europie. Jednak wysokie ceny ropy ośmieliły Iran do nie spieszenia się z negocjacjami. Tymczasem rosyjska ropa naftowa, wypierana przez spadający popyt w Europie, spowodowany rosnącymi obawami o sankcje związane z inwazją Rosji na Ukrainę, zmierza do Chin. Nie są to ilości, które mogłyby znacząco zmienić sytuację rosyjskiej gospodarki lub wpłynąć na światowe rynki, ale mają już spore znaczenie dla irańskiego eksportu do ChRL. Zmniejszenie zakupów irańskiej ropy, która nadal stanowią ok. 7% importu ChRL (największego importera ropy naftowej na świecie), nastąpiło w momencie, gdy zachodni dyplomaci w dużej mierze stracili nadzieję na ożywienie JCPOA. Czy ewentualny spadek importu przez ChRL, zmusi Iran do większej ugodowości? Zobaczymy, pierwszym sygnałem jest podróż do Teheranu Enrique Mora, unijnego koordynatora ds. porozumienia.

Niezależne rafinerie w ChRL, zlokalizowane głównie w prowincji Shandong, są kluczowymi nabywcami irańskiej ropy. Równocześnie, jak podaje Reuters, co najmniej sześć ładunków irańskiej ropy o łącznej wartości 8 mln baryłek nie mogło zostać wyładowanych w chińskich portach, pływając w pobliżu portów Shandong i Zhejiang przez ponad trzy miesiące. Z kolei import ropy naftowej z Rosji drogą morską wzrósł w kwietniu o 16% w porównaniu z marcem i wyniósł ok. 860 tys. bpd, najwięcej od grudnia zeszłego roku. Według informatorów Reutersa przynajmniej jedna rafineria kupiła jeden czerwcowy ładunek ropy Ural z dyskontem od 6 do 7 USD za baryłkę w stosunku do Brent (na warunkach CIF). Dla porównania, ropa irańska była sprzedawana po 5 USD za baryłkę poniżej Brent.

W sytuacji niskich marż niezależne rafinerie będą wybierać tańszy surowiec, a malejący popyt w Chinach ogranicza wzrosty cen. Iran staje więc wobec wyboru, albo dogadać się z Zachodem i wrócić do JCPOA, albo ściągać się z Rosją w przecenach.

Co ciekawe, chińskie służby celne poinformowały ostatnio o imporcie 260 tys. ton (1,9 mln baryłek) irańskiej ropy w grudniu i styczniu, co jest pierwszym oficjalnym odnotowaniem importu od roku, mimo że wiemy, iż chińskie podmioty importują irańską ropę na bieżąco. Czyżby w ten sposób ktoś w Pekinie chciał wywrzeć presję na Rosję i zmusić Moskwę do dalszych przecen?

zawielkimmurem.net

– Czyli: właśnie "mały deszcz", a właściwie to jakaś żałosna mżawka. W dodatku show i agencyjne czołówki ukradł Putinowi amerykański prezydent Joe Biden, podpisując akurat tego dnia ustawę lend-lease, nawiązującą do tej z czasów II wojny światowej, gdy gospodarka USA potężnie wsparła kraje walczące z nazistowskimi Niemcami. Teraz skokowo zwiększy wsparcie dla tych, którzy walczą z brunatną Rosją – podkreśla ekspert.

Zdaniem dr Sokały możliwości wyjaśnienia tej "bierności" Kremla są trzy.

– Pierwsza, najmniej prawdopodobna wersja, że Putin i jego ekipa świadomie odpuścili wczorajsze święto, by uderzyć nas czymś nowym dwa czy trzy dni później. Bardzo wątpię, bo to byłoby absurdalne i zupełnie nie w rosyjskim stylu – wylicza dr Sokała.

– Druga opcja, z już znacznie większym prawdopodobieństwem, że ta ekipa po prostu sflaczała, nie stać jej na ofensywne posunięcia, nie ma na nie pomysłu, zajmuje się tylko trwaniem, no i rzecz jasna pakowaniem zapasów złota do tajnych skrytek, a 9 maja odfajkowała, bo musiała – mówi.

– I trzecie wytłumaczenie, zresztą nie całkiem sprzeczne z drugim, a moim zdaniem najbardziej bliskie prawdy: nawet jeśli poszczególne ośrodki władzy chciały coś odpalić w to wielkie święto, to nie były w stanie uzgodnić co, i w efekcie poblokowały się wzajemnie. Wewnętrzne spory, pęknięcia i chaos w rosyjskiej elicie władzy są już tajemnicą poliszynela, jednym z ich przejawów są choćby przeprosiny, jakie Putin skierował do premiera Izraela za nieszczęsne, antysemickie wypowiedzi swojego szefa dyplomacji Siergieja Ławrowa. Zresztą – za późno, bo mleko i tak się rozlało. To bezprecedensowe, bo co by nie mówić o jakości rosyjskiego państwa i polityki, to takie fatalne wtopy jednak mu się nie zdarzały. A to przecież nie jedyny sygnał, choć najbardziej widoczny – dodaje.

To wszystko sprawiło, że zdaniem dr Sokały 9 maja jako tako zadziałał tylko stosunkowo niski szczebel aparatu państwowego.

– Na przykład ambasador w Warszawie Siergiej Andriejew, który tak uparcie prowokował, aż w końcu sprowokował to, co chciał, czyli akt fizycznej agresji przeciwko sobie, i teraz rosyjska propaganda i media będą miały pożywkę. Ale nie przeceniałbym tego, bo to nie ta skala i nie ten poziom, którego oczekiwały miliony Rosjan – twierdzi wicedyrektor Instytutu Stosunków Międzynarodowych i Polityk Publicznych UJK w Kielcach.

onet.pl

Rozanow reaguje na opublikowany na łamach „Moskowskogo jeżeniedielnika” w końcu września 1907 roku artykuł Zdziechowskiego (wspartego przez przedstawiciela konserwatywnego nurtu ugodowego Ludwika Straszewicza) określający warunki polsko-rosyjskiej zgody. Stwierdza, po pierwsze, iż Rosji żadna zgoda z Polakami nie jest już od dawna potrzebna. Polacy przegrali historyczny spór, geopolityczny konflikt z Rosją – i dlatego polskie elity nie są już równorzędnymi partnerami, a raczej w ogóle nie mogą być jakimikolwiek partnerami dla elity rosyjskiej. Rozanow odrzuca także coraz popularniejszy argument słowianofilski na rzecz zamknięcia „słowiańskiego sporu”, na który powoływali się między innymi Zdziechowski i Trubiecki. Tłumaczy, że to właśnie wybór polskich elit pozbawił Polskę wszelkiego pozytywnego znaczenia w Słowiańszczyźnie. Polsza pognałas’ za blestkami zapadnoj cywilizacyi („Polska pognała za błyskotkami zachodniej cywilizacji”). Zdradziła słowiański demokratyzm i wybrała postawę jasnowielmożnosti – wywyższania się wśród innych elit narodowych Europy Wschodniej swoim bliższym kontaktem z Zachodem, z Europą. Za cenę tej „jasnowielmożnosti” polskie elity zdradziły perspektywę budowania własnej, oryginalnej, nienaśladowczej kultury. Rozanow nie tylko krytykuje, ale także wyśmiewa tę postawę: Dla drugich-to sławianskich plemion było jasno wsiegda, czto „jasnowielmożnyje” polaki s takimi izumitelnymi usami i w oslepitielnych „kuntuszach” sidiat wowsie nie w karietie zapadnojewropiejskoj cywilizacyi, a tolko sidiat u niejo na zapiatkach i katajutsia tuda i siuda po czużoj wole, a niskolko nie prawiat jejo koniami [...]. Niesmotria na to, czto oni „leżali kryżem” pieried Watikanom, Watikan tolko dawał im cełowat’ ruku, kak i Napoleon, pobałowaw ich samolubije sozdanijem „polskogo legiona”, priedostawił umirat’ za siebia [...]. Wtoryje roli, daże trieti i czetwiertyje roli, i nikogda nie pierwaja rol, byli ich istoriczeskim udiełom. („Dla innych słowiańskich plemion było zawsze jasne, że «jaśniewielmożni » Polacy, z takimi podziwu godnymi wąsami i w olśniewających «kontuszach», siedzą bynajmniej nie w karecie zachodnioeuropejskiej cywilizacji, a tylko na jej tylnym drążku i chwieją się wte i wewte wedle cudzej woli, a w żadnym razie nie powożą jej końmi. [...] Nie bacząc na to, że «leżeli krzyżem» przed Watykanem, Watykan dawał im tylko rękę do pocałowania, tak jak Napoleon – popieściwszy ich samolubstwo – poprzez stworzenie «polskiego legionu» pozwolił im umierać za siebie. [...] Drugo-, trzecio- i czwartorzędne role, nigdy pierwszoplanowe, były ich historycznym przeznaczeniem”).

Kimże więc jest w oczach Rozanowa polski inteligent, duchowy przewodnik narodu opisanego w powyższym cytacie? To właśnie elita intelektualna odpowiada za owo nieszczęsne dążenie do łatinskoj pozołoty, za oderwanie ducha narodowego od ludowych, chłopskich, słowiańskich korzeni, za płytkie naśladownictwo Zachodu i pretensje do poklasku ze strony Europy. Przede wszystkim jednak odpowiada za ciasny, narodowy ideał „jaśniewielmożności”, pychy, która w istocie śmieszy Europę i którą siły polityczne Zachodu umiejętnie wykorzystują. Ta właśnie „ciasnota” narodowego ideału w połączeniu z pychą, „kiczliwostią”, dyskwalifikuje polską elitę w oczach rosyjskiego inteligenta, który głęboko wierzy w uniwersalizm, „szerokość” ideału reprezentowanego przez Rosję. Rozanow stara się przekonać swoich czytelników, że wszystkie inne grupy narodowościowe w Imperium uznają ów ideał i podporządkowują mu się, zyskując w zamian zaproszenie do jego realizacji pod przewodem Rosjan. Inorodcy wsie u nas prigriety („Wszyscy obcy znajdują u nas ciepły kąt”) – stwierdza i podaje przykłady łatwej asymilacji i szybkich karier przedstawicieli nierosyjskich narodowości w rosyjskim państwie – tatarskich Godunowów, kaukaskich Bagrationów i tylu innych: Litwa, biełorusy, gruziny – wsie u nas swoi ludi, wsie sidiat za russkim stołom, biez kiczliwosti nad nimi choziaina („Litwini, Białorusini, Gruzini – wszyscy są u nas jak swoi, wszyscy siedzą za rosyjskim stołem, gospodarz nie grzeszy pychą, wywyższając się”). Jedna Polska, pod wpływem swych elit, nie uznaje szczerze i konsekwentnie Rosjan w roli choziaina – w związku z czym jest i powinna być przez Rosjan konsekwentnie odrzucana jako „obce ciało” w Imperium.

(...)

W kolejnych tekstach poświęconych przez Rozanowa tejże problematyce, już na progu I wojny światowej, to optymistyczne przekonanie ustępuje bardziej nerwowym rozważaniom perspektyw uniwersalnej, rosyjskiej cywilizacji. Powodem tej nerwowości staje się zauważone przez publicystę „Nowogo wriemieni” rozszerzanie syndromu charakterystycznego dla polskiej inteligencji na tworzące się elity kulturalno-polityczne innych, nie-rosyjskich narodowości. Odpowiadając na to nowe zagrożenie, Rozanow rozwijał i modyfikował argumenty używane wcześniej do opisu „polskiego przypadku”.

W pierwszym z tej serii artykule Centrobieżnyje siły w Rossii (Siły odśrodkowe w Rosji) zastosowane zostało to samo co wcześniej przeciwstawienie rosyjskiego uniwersalizmu i ciasnoty narodowego „egoizmu”, jaki reprezentują dążenia polityczne elit „inorodczych”. Owa ciasnota przedstawiona jest tu na przykładzie Finów, Łotyszów, Ormian jeszcze ostrzej niż w odniesieniu do Polaków. Rozanow jakby stara się wyperswadować „inorodcom”, by nie wierzyli w  jakiekolwiek perspektywy g o d n e g o, c y w i l i z o w a n e g o życia poza związkiem z Rosją – perspektywy, którymi łudzi je ich narodowa inteligencja. Szansę indywidualnego rozwoju mogą dać człowiekowi tylko wielkie, historycznie uformowane i oparte na solidnych podstawach kultury państwowe. Finowie nie mają szans na przetrwanie między Szwedami a Rosjanami, Łotysze między Rosjanami a Niemcami, Ormianie między Turkami a Rosjanami. Nie doczekali się dotąd i nie mają szans w przyszłości mieć swojego Schillera czy Puszkina. A bez tego, bez ideału wielkiej literatury – kim będą jako ludzie? Tylko dzięki związkowi z Rosją mogą uzyskać uniwersyteckie wykształcenie, dostęp do wyższej, światowej kultury. „Łatyszskaja cywilizacyja” budiet tolko sumbur, otwratitielnyj dla czełowieczestwa („«Łotewska cywilizacja» będzie tylko chaosem, wstrętnym dla człowieczeństwa”) – Rozanow ostrzega na tym jednym przykładzie przed degradacją kulturową wszystkich marzących o oderwaniu od rosyjskiej cywilizacji „inorodców”. Ale ostrzega ich nie tylko przed tym – bez doświadczenia państwowego nie potrafią zorganizować sprawnej administracji, zapewnić publicznego bezpieczeństwa i porządku; gdyby oddzielili się od Rosji, stać by ich było co najwyżej na własnych złodziei i rozbójników. Nie dajcie się oszukać politycznym ambicjom narodowych inteligencji – zdaje się przestrzegać Rozanow wszystkich „inorodców” – ambicje te bowiem prowadzą wyłącznie do barbaryzacji, do obniżenia standardu cywilizacji i kultury. Ten standard zapewnia tylko związek z wielkim państwem, z wielką kulturą – z Rosją. Swoją przestrogę Rozanow kieruje także pod adresem inteligencji ukraińskiej: Nie woobrażajtie, czto w Zaporożskoj Sieczi Gogol napisał by Miortwyje duszy. Niczego wowsie on nie napisał by tam, a był by wojskowym pisariem, skazocznikom-banduristom, i woobszcze czem-nibud’ e t n o g r a f i c z e s k i m, a n i e l i t i e r a t u r n y m [podkreślenie Rozanowa] („Nie wyobrażajcie sobie, że Gogol napisałby w Zaporoskiej Siczy Martwe dusze. W ogóle niczego by tam nie napisał, byłby tam pisarczykiem wojskowym, bajarzem-bandurzystą i w ogóle czymś e t n o g r a f i c z n y m, a n i e l i t e r a c k i m”).

Drugim argumentem, jakiego rosyjski filozof używa, by przekonać narodowe inteligencje „inorodców” do odrzucenia pokusy „samolubija”, jest historiozoficzna uwaga na temat powstawania narodów. Dając przykład starożytnych Rzymian, ukazuje, jak Latynowie, Samnici, Etruskowie, a nawet greccy koloniści z południowej Italii „obumarli” w sensie swej etnicznej odrębności, by „odrodzić się” w wielkim narodzie rzymskim. Tak samo Polanie, Drewlanie, Krywicze porzucili swą plemienną odrębność, by odnaleźć szansę swego wielkiego rozwoju we wspólnocie ruskiej – rosyjskiej. To jest także, stwierdza stanowczo Rozanow, jedyna godna, dobra perspektywa dla Łotyszów, Finów, Polaków, Gruzinów, Ormian, Tatarów, Niemców w Imperium Rosyjskim. Alternatywa, jaką obiecują narodowe inteligencje „inorodców”, jest po prostu nierzeczywista. Riad inorodcew i ich centrobieżnyje striemlenija obieszczajut prosto riad „durnogo” w smysle nicztożnogo, smiesznogo, biessilnogo, prizracznogo. Prosto – n i e r i e a l n o g o [podkreślenie Rozanowa]. („Szereg cudzoziemców i ich odśrodkowe dążenia zapowiadają po prostu szereg «czegoś złego», w znaczeniu żałosnego, śmiesznego, bezsilnego, widmowego. Po prostu – n i e r e a l n e g o”). Wszystkie te cechy, którymi w poprzednich artykułach Rozanow określał polską inteligencję i jej dążenia, tutaj uogólnione zostały na dążenia narodowych inteligencji wszystkich „inorodców”. Inteligencja stała się synonimem służby „nierzeczywistości”. Śmiesznej i bezsilnej. A jednak groźnej...

Dlaczego groźnej – to publicysta „Nowogo wriemieni” wytłumaczył już w następnym artykule: Gołos małorossa o „małorosskoj mowie” (Głos Małorusa o „małoruskiej mowie”). Dążenia narodowej inteligencji ukraińskiej do zaznaczenia swej odrębności kulturalnej i politycznej autonomii okazały się tutaj po prostu narzędziem intrygi obcych, potężnych sił. Tak jak Polacy dawali się wykorzystywać Zachodowi (Watykanowi, Napoleonowi) przeciw Rosji i słowiańskiej jedności, tak teraz „chochłomani” (czyli ukraińska inteligencja) stali się obiektem manipulacji ze strony poważnych wrogów Rosji: Polaków, Niemców, a nade wszystko Żydów. Ci ostatni są głównymi konstruktorami i liderami tworzących się inteligencji „inorodców”. Oni wymyślają sztuczne różnice, które mają oddzielić narzecze ukraińskie od rosyjskiego. Oni inspirują kulturalne i polityczne ruchy, które mają stworzyć i pogłębiać podziały wewnętrzne w Imperium Rosyjskim. Po to tylko, by wykorzystać i porzucić owe narodowe ruchy, kiedy sami zrealizują własne, żydowskie interesy – kosztem Imperium. I wtedy czto i kto zaszczitit chochła z „gietmanom Winawerom” i łatysza s prawdopodobnym „priezidientom Margolinym”? („co i kto obroni chochła-Ukraińca z „«hetmanem Winawerem»” i Łotysza z prawdopodobnym «prezydentem Margolinem»”?) – pyta retorycznie rosyjski filozof. Cechą, która w obrazie „inorodczeskoj” inteligencji zostaje tutaj uwypuklona, okazuje się jej polityczna naiwność, wykorzystywana przez innych: rywali Rosji na geopolitycznej arenie.

Andrzej Nowak - Metamorfozy Imperium Rosyjskiego

poniedziałek, 9 maja 2022


Strona ukraińska potwierdziła zajęcie przez agresora Popasnej oraz utratę możliwości ewakuacji z Ługańszczyzny i dostarczenia tam pomocy humanitarnej ze względu na ostrzał trasy Popasna–Bachmut. Siły ukraińskie nadal bronią się w Lisiczańsku, Siewierodoniecku, Rubiżnem i kilku mniejszych miejscowościach obwodu ługańskiego. Na pozostałych kierunkach sytuacja nie uległa poważniejszym zmianom. 6 i 7 maja lotnictwo ukraińskie (z wykorzystaniem dronów Bayraktar TB2) przeprowadziło kolejne ataki na Wyspę Wężową. Rosjanie mieli utracić jeden kuter desantowy z przewożonym systemem obrony przeciwlotniczej Tor, dwa kutry desantowo-szturmowe z 46 żołnierzami oraz śmigłowiec. Ukraiński Sztab Generalny od kilku dni wskazuje nowy kierunek wrogiego uderzenia – na Nowopawliwkę we wschodniej części obwodu dniepropetrowskiego.

Najeźdźcy kontynuują ostrzał i bombardowania miejscowości w rejonach walk (w tym Charkowa i Mikołajowa), a także przygranicznych rejonów obwodu sumskiego. W ostatnich dniach głównym celem uderzeń rakietowych były punkty bazowania ukraińskiego lotnictwa w Odessie (po kilkukrotnych atakach pas startowy i wieża kontroli lotów miały zostać całkowicie zniszczone) oraz w miastach Arcyz w obwodzie odeskim i Wozniesieńsk w obwodzie mikołajowskim.

Minister obrony Ołeksij Reznikow poinformował o liczebności obrońców – wynosi ona łącznie 450 tys. żołnierzy wszystkich formacji. W szeregach Sił Zbrojnych Ukrainy ma służyć 261 tys., Obrony Terytorialnej – 100 tys., Służby Granicznej i Gwardii Narodowej – po 45 tys. Dodatkowo służbę pełni 90 tys. funkcjonariuszy policji. Bezpośrednio na Ukrainie zaangażowanych jest ok. 100 tys. żołnierzy rosyjskich – co najmniej 92 batalionowe grupy taktyczne (BGT) Sił Zbrojnych FR i tzw. milicji ludowych separatystów oraz kilkanaście tys. żołnierzy Rosgwardii. Ponadto w obwodzie biełgorodzkim w gotowości do udziału w operacji pozostaje 19 BGT.

Departament Obrony USA powiadomił o dodatkowym pakiecie dostaw dla armii ukraińskiej – chodzi o 25 tys. sztuk amunicji artyleryjskiej 155 mm, trzy radary artyleryjskie AN/TPQ-36, sprzęt radioelektroniczny i części zamienne. Stany Zjednoczone przeszkoliły dotychczas 200 artylerzystów do obsługi haubic M777, a w szkoleniach uczestniczy kolejnych 150 (do obsługi przekazanych Kijowowi 90 haubic potrzeba 630 żołnierzy). Kursy obsługi mobilnego radaru przeciwlotniczego Q-64 ukończyło 15 Ukraińców, a transporterów M-113 – 60 (w szkoleniu bierze udział jeszcze 50). O przekazaniu 15 transporterów tego typu zdecydowała Portugalia.

8 maja wizytę w Kijowie złożył premier Kanady Justin Trudeau, który zapowiedział kolejny pakiet pomocy wojskowej o wartości 40 mln dolarów (m.in. kamery dla dronów, amunicję do haubic) oraz dalsze sankcje wobec Rosji. Ottawa zdecydowała też o zniesieniu na rok ceł na ukraiński import. Wielka Brytania przekaże napadniętemu krajowi pomoc wojskową o wartości 1,3 mld funtów (1,6 mld dolarów), która będzie obejmować radary artyleryjskie, sprzęt do zagłuszania GPS i urządzenia wizyjne oraz kolejną partię mobilnych generatorów do wykorzystania w szpitalach i miejscach schronienia cywilów.

Kolejny krok Rosji mający sformalizować oderwanie zajętych terytoriów od Ukrainy to „paszportyzacja” miejscowej ludności. W obwodzie ługańskim rozpoczęło się wydawanie „paszportów Ługańskiej Republiki Ludowej” dla deportowanych z niedawno zajętych terenów. Przyjęcie nowych dokumentów jest warunkiem otrzymania pomocy finansowej, żywności i opieki medycznej. W obwodzie chersońskim zapowiedziano, że wszyscy mieszkańcy będą mieli prawo uzyskać rosyjskie obywatelstwo.

W Mariupolu zakończyła się zorganizowana pod egidą ONZ ewakuacja cywilów z obleganego kombinatu Azowstal. Dowództwo pułku Azow ogłosiło, że obrońcy wciąż dysponują zapasami amunicji i żywności umożliwiającymi kontynuowanie walki, ale ich sytuacja jest dramatyczna. Siły agresora domagają się ich bezwarunkowej kapitulacji. W toku trwających ponad dwa miesiące starć w mieście straty Rosjan miały wynieść 2,5 tys. żołnierzy i 60 czołgów. Prezydent Wołodymyr Zełenski stwierdził, że odblokowanie Mariupola środkami wojskowymi jest teraz niemożliwe, głównie ze względu na niedobory ciężkiej broni.

W wystąpieniu otwierającym paradę wojskową 9 maja w Moskwie Władimir Putin stwierdził, że „operacja specjalna” była dla Rosji jedynym sposobem na zapobieżenie agresji na jej terytorium. Podkreślił, że wejście na Ukrainę zostało wymuszone przygotowywaniem przez ukraińskich „neonazistów” i „banderowców” wspieranych przez USA i ich sojuszników planów uderzenia na Rosję. Prezydent nie odniósł się do aktualnej sytuacji militarnej i rosyjskich planów. Nie mogąc przekazać informacji o spektakularnym triumfie wojskowym, wezwał jedynie do dążenia do zwycięstwa, co oznacza, że Kreml nie nosi się z zamiarem przerwania walk bez osiągniecia podstawowych celów agresji – trwałego odcięcia południa Ukrainy, utrzymania połączenia z okupowanym Krymem oraz zajęcia granic administracyjnych obwodów ługańskiego, donieckiego, chersońskiego i przynajmniej części zaporoskiego.

Prezydent Zełenski podkreślił, że trwająca inwazja nie jest wojną dwóch armii, tylko dwóch światopoglądów. Zapewnił też, że Ukraina nie pozwoli na umniejszanie jej wkładu w zwycięstwo w II wojnie światowej, które kosztowało życie 8 mln Ukraińców. Minister spraw zagranicznych Dmytro Kułeba skrytykował niemieckie władze lokalne i organy porządkowe (m.in. w Berlinie) za odmowę eksponowania ukraińskich symboli państwowych, w tym flag, podczas uroczystości upamiętniających zakończenie II wojny światowej (władze miejskie zrównały je z symbolami Rosji i separatystów, zatrzymywano osoby usiłujące rozwinąć ukraińskie flagi).

7 maja do Użhorodu przybyła żona prezydenta Stanów Zjednoczonych Jill Biden. Spotkała się z pierwszą damą Ukrainy Ołeną Zełenską i odwiedziła osoby wewnętrznie przesiedlone, a wcześniej – ukraińskich uchodźców w Rumunii i na Słowacji. Wizytę w Kijowie złożyli już m.in.: przewodnicząca Bundestagu, przewodniczący parlamentu norweskiego i premier Chorwacji.

Od początku inwazji do Polski wjechało z Ukrainy 3,26 mln osób, z czego 8 maja – 23,6 tys. (spadek o 10% względem dnia poprzedniego). Granicę w kierunku przeciwnym przekroczyło tego dnia 17 tys. ludzi, a od wybuchu wojny – 1,12 mln. Według danych ONZ z 8 maja Ukrainę opuściło już 5,8 mln uchodźców. Najwięcej wyjechało do Polski (przeszło 3,1 mln), Rumunii (857 tys.), Rosji (739 tys.), na Węgry (557 tys.), do Mołdawii (453 tys.) i na Słowację (391 tys.).

Komentarz

Mimo że Rosja nie zwiększa swojego zaangażowania na Ukrainie, obrońcy nie są w stanie w widoczny sposób przejąć inicjatywy. Ich lokalne sukcesy na styku obwodów mikołajowskiego i chersońskiego oraz w obwodzie charkowskim nie zatrzymały dotychczas ostrzału Mikołajowa i Charkowa. Ukraina nie ma problemów z utrzymaniem wysokiego morale wojska, wciąż posiada też przewagę liczebną. Podstawową przeszkodę w jej wykorzystaniu stanowi niedostateczne i zbyt powolne doposażanie armii w ciężkie uzbrojenie i sprzęt wojskowy (przez ponad dwa miesiące wojny obrońcy utracili większość wyposażenia), zwłaszcza że kraj jest w tym względzie całkowicie uzależniony od dostaw z Zachodu. Kwestią otwartą pozostaje zmiana przez Rosję charakteru działań z tzw. specjalnej operacji wojskowej na wojnę i przeprowadzenie mobilizacji umożliwiającej zdobycie przewagi liczebnej. Najprawdopodobniej jak dotąd Kreml nie uznaje tego za niezbędne do osiągnięcia celów operacji.

Na terenach okupowanych kontynuuje się działania mające przyśpieszyć tempo ich rusyfikacji. Najeźdźcy przystąpili do akcji wydawania rosyjskich paszportów, co odbywa się pod presją – odmowa przyjęcia dokumentu uniemożliwia lub utrudnia otrzymanie pomocy finansowej, dostęp do usług medycznych i zatrudnienia. Trwa ideologizacja przestrzeni społecznej – z okazji Dnia Zwycięstwa wprowadza się do obiegu społecznego rosyjskie symbole związane z tradycjami Armii Czerwonej przy jednoczesnym wypieraniu ukraińskiej pamięci historycznej.

osw.waw.pl

9 maja w wielu miastach Rosji odbyły się defilady wojskowe i inne uroczystości z okazji 77. rocznicy zwycięstwa nad nazistowskimi Niemcami. Tradycyjnie centralne uroczystości miały miejsce w Moskwie, gdzie wystąpił prezydent Władimir Putin.

W krótkim przemówieniu na Placu Czerwonym Putin poruszył następujące wątki:

1. Prewencyjny charakter ataku na Ukrainę

Rosja pragnęła równoprawnego systemu bezpieczeństwa międzynarodowego, ale kraje NATO nie chciały jej usłyszeć, miały inne plany. Otwarcie przygotowywano się do kolejnej pacyfikacji w Donbasie i wtargnięcia na Krym, na historyczne ziemie Rosji. NATO rozpoczęło aktywne wojskowe opanowywanie ziem bezpośrednio u jej granic. Miały miejsce regularne dostawy broni na te tereny, pojawiało się tam coraz więcej zagranicznych instruktorów. Zagrożenie narastało, Kijów ogłosił chęć posiadania broni jądrowej. Rosja uderzyła prewencyjnie.

2. Opór Rosji przed hegemonią USA

Po rozpadzie ZSRR Stany Zjednoczone ogłosiły swoją wyjątkowość, co oznaczało poniżenie całego świata, w tym ich sojuszników. Ale Rosja jest inna, jest przywiązana do swoich wartości, szanuje inne narody. Zachód cynicznie fałszuje historię II wojny światowej. Amerykańskim weteranom zabroniono przyjechać na paradę do Moskwy w 2022 r. (a byli tacy, którzy chcieli wziąć w niej udział). Rosja szanuje wszystkich, którzy w 1945 r. rozgromili nazizm i militaryzm, żołnierzy państw zachodnich i Chin.

3. Solidarna walka o słuszną sprawę

Putin bezpośrednio zwrócił się do „opołczeńców” (uczestników pospolitego ruszenia) w Donbasie. Zaakcentował, że walczą oni ze złem, z „neonazizmem”, z „karatielami” („katami”; odniesienie do nazistowskich czystek podczas II wojny światowej). Przypomniał „męczenników Odessy” z 2 maja 2014 r. (prorosyjskich demonstrantów, którzy ponieśli śmierć w pożarze podczas starć) i innych, którzy w ostatnich latach zginęli w walce z „neonazizmem”, w obronie Donbasu.

Prezydent podkreślił jedność narodu rosyjskiego w trwającej walce. Wskazał, że wrogowie od dawna chcieli rozbić kraj od środka, doprowadzić do rozłamów, ale żołnierze z różnych regionów solidarnie walczą na Ukrainie, broniąc Donbasu. Kontynuują dzieło dziadów ścierających się z nazizmem podczas wielkiej wojny ojczyźnianej. Pokolenie zwycięzców 1945 r. to wzorzec bohaterstwa, „będziemy iść w ich ślady aż do zwycięstwa”.

Komentarz

Podczas swego przemówienia Putin ograniczył się do tradycyjnej retoryki antyzachodniej i antyukraińskiej. Punkt ciężkości został jednak przesunięty na wątek walki z NATO i USA – co najpewniej miało pośrednio wyjaśniać, dlaczego Rosja do tej pory nie może się poszczycić wygraną z o wiele słabszym od niej państwem ukraińskim. Walkę tę przedstawiono jako kolejną „wojnę obronną” przeciwko „neonazizmowi”: kontynuację wielkiej wojny ojczyźnianej, która – w narracji rosyjskiej propagandy – wciąż trwa. Odniesieniom do tej spuścizny (o której pamięć jest wciąż bliska wielu obywatelom) towarzyszyło podkreślanie wspólnoty narodu rosyjskiego oraz deklaracje o pomocy dla rodzin poległych i rannych. W sferze wewnętrznej wystąpienie prezydenta było wezwaniem do powszechnej konsolidacji społecznej w obliczu zagrożenia dla bezpieczeństwa oraz tożsamości narodu i państwa, jak również przygotowania do koniecznych wyrzeczeń w oczekiwaniu na przyszłe zwycięstwo.

Zwraca uwagę, że w całym wystąpieniu ani razu nie padła nazwa „Ukraina”, wielokrotnie natomiast wymieniono Donbas. Miało to stworzyć wrażenie, że chodzi o samodzielny podmiot, niepowiązany w żaden sposób z państwem ukraińskim jako integralnym bytem, za to będący de facto częścią Rosji. W wymiarze symbolicznym stanowiło to odzwierciedlenie powtarzanej już wielokrotnie tezy, że państwo ukraińskie to sztuczny twór lub że Ukraina nie zasługuje na własną państwowość.

W przemówieniu zabrakło deklaracji dotyczących możliwych przyszłych działań Moskwy, w tym jakichkolwiek odniesień do mobilizacji, dalszej eskalacji lub zakończenia działań zbrojnych. Brak konkretnych odniesień do działań na froncie należy tłumaczyć brakiem sukcesów wojskowych, które można by przedstawić jako zwycięstwo (siły rosyjskie dotychczas nie opanowały nawet całości obwodów ługańskiego i donieckiego). Z drugiej strony historyczne porównania używane przez Putina, rozpatrywanie walki w kontekście konfliktu z Zachodem z USA na czele i końcowe odwołanie do zwycięstwa w 1945 r. mogą sugerować wolę kontynuacji wojny na Ukrainie aż do osiągnięcia celów militarno-politycznych. Te zaś należy obecnie rozumieć jako zniszczenie państwa ukraińskiego w jego dotychczasowej formie, okupację i aneksję do Rosji przynajmniej znaczących jego części (południowy wschód) oraz przetrwanie zachodniej presji sankcyjnej.

osw.waw.pl

"Przed każdą Niemką stała grupa śmiejących się mężczyzn ze spuszczonymi spodniami. Te już zakrwawione i nieprzytomne odciągano na bok. Rozlegały się salwy śmiechu, ryki, szyderstwa, wrzaski i jęki" – to relacja porucznika Leonida Rabiczewa ze stycznia 1945 roku, z okolic Królewca, dzisiejszego Kaliningradu.

Trzy miesiące później nad okrążonym Berlinem Sowieci zrzucali ulotki kierowane do kobiet: "Nie macie się czego obawiać. Nikt nie naruszy waszej godności".

Gdy sołdaci weszli do stolicy Rzeszy, krzyki bezradnych kobiet słyszano na ulicach każdej nocy – i w trakcie walk, i już po kapitulacji. Potem dwa berlińskie szpitale próbowały ustalić liczbę dokonanych w mieście gwałtów. Gdy zliczono tylko ofiary, którym trzeba było udzielić pomocy medycznej, wyszło 95-130 tys. Mniej więcej co dziesiąta ofiara gwałtu zginęła – albo śmiercią samobójczą, albo z rąk sprawców po fakcie. Jeszcze brutalniej było na wschodzie: w Prusach Wschodnich, na Mazurach, na Pomorzu i Śląsku. Gwałt, najczęściej zbiorowy, był nie odstępstwem, lecz normą.

Wiedzieli o tym zarówno dowódcy polowi, jak i Stalin i Beria. "Czy nie można zrozumieć żołnierza, który po przejściu tysięcy kilometrów przez krew i ogień zabawi się z kobietą albo zabierze jakiś drobiazg?" – tak mówił radziecki dyktator o fali gwałtów i grabieży, która w 1945 r. zalewała tereny zajmowane przez Armię Czerwoną.

Kiedy tylko Sowieci zbliżyli się do ówczesnego terytorium Rzeszy, ich propaganda wojenna zaczęła przypominać zbrodnie dokonane przez hitlerowców na terenie ZSRR. "Nie ma nic takiego, za co Niemcy nie ponosiliby winy" – pisały frontowe gazety. Propagandyści w rodzaju Ilji Erenburga wzywali: "Zabijaj Niemców – o to modli się twoja matka, do tego wzywa cię rosyjska ziemia". A prości żołnierze pisali w listach do domów: "Niemki muszą teraz zobaczyć okropności wojny".

Zapowiedzią tych okropności była masakra w Nemmersdorfie (dziś Majakowskoje w obwodzie kaliningradzkim), do której doszło jesienią 1944 roku. Czerwonoarmiści dokonali tam kilkudziesięciu gwałtów i zabójstw. Goebbels próbował wprząc to wydarzenie do nazistowskiej propagandy, by dać Niemcom nowy impuls do walki z "bolszewickimi hordami". Ale udało mu się przede wszystkim przestraszyć cywilów i nakłonić do masowej ucieczki na zachód. Kobiety, które pozostały w Prusach Wschodnich, już wkrótce miały doświadczyć koszmaru.

Scenariusz się powtarzał. Gdy niemiecki opór ustawał i cywile przestawali słyszeć strzały, odzywały się podniesione krzyki po rosyjsku i walenie w drzwi. Sołdaci w pierwszej kolejności kradli zegarki i biżuterię. Potem patrzyli na kobiety i mówili: Frau, komm. Gdy kobieta stawiała opór albo bliscy stawali w jej obronie – żołnierze bili albo strzelali. Zresztą uległość nie dawała bynajmniej gwarancji przeżycia.

Pewien rolnik płakał na progu domu: "Słyszycie? Dopadli moją 13-letnią córkę. Już piąty raz tego przedpołudnia". Sowiecka piechota morska rzucała się na ofiary jak stado: "gwałcili po dziewięciu, dziesięciu naraz – nie oglądając się na nic i na nikogo". Pewna agentka radzieckiego wywiadu została zgwałcona przez "23 żołnierzy, jednego po drugim".

"Gwałcą kobiety, piją do nieprzytomności, podpalają domy" – relacjonowali z przerażeniem obecni na miejscu niemieccy oficerowie, którzy kolaborowali z Sowietami. Pijane sołdactwo zabijało na miejscu przedstawicieli miejskich władz i ludzi w mundurach, nawet kolejarzy i strażaków. Całe Prusy Wschodnie stały się miejscem podobnych dantejskich scen.

Anonimowa kronikarka z Berlina obwiniała niemieckie wojska za to, że nie niszczyły zapasów alkoholu na trasie przemarszu wojsk radzieckich.

Podobno niemieccy dowódcy sądzili, że pijaństwo obniży zdolność bojową czerwonoarmistów. Praktyka pokazała jednak, że alkohol wyłącznie dodawał im odwagi przy zbiorowym gwałceniu. Czasem byli zbyt pijani, by zabrać się do rzeczy i kończyło się to dla kobiet bardziej tragicznie niż sam gwałt, bo sołdaci okaleczali je butelkami.

NKWD donosiło Kremlowi o narastającej fali samobójstw wśród cywilów na zagarniętych terenach – zwłaszcza wśród kobiet. Wieszały się na drzewach i strychach, podcinały żyły w nadgarstkach sobie i swoim dzieciom, próbowały się topić z całymi rodzinami. Mieszkanki pewnego miasteczka w Prusach próbowały grupowego samobójstwa, po tym, jak zostały zbiorowo zgwałcone na oczach własnych dzieci. Inne błagały, by Sowieci je zastrzelili. Usłyszały, że "radzieccy żołnierze nie zabijają kobiet – tak robią tylko Niemcy".

"Kto sieje wiatr, zbiera burzę" – głosiła radziecka propaganda. W istocie trudno twierdzić, by niemieccy cywile cierpieli bardziej niż przez poprzednie kilka lat ofiary III Rzeszy na wschodzie. Ale żądza odwetu za hitlerowskie zbrodnie w ZSRR nie tłumaczy skali ani zasięgu zjawiska masowego gwałtu. Występowało ono bowiem niemal wszędzie tam, gdzie stanęła stopa radzieckiego żołnierza.

W oswobadzanej Polsce cierpiały Polki. Na Węgrzech – Węgierki. W lutym 1945 r. mały mieszkaniec wyzwolonego Budapesztu zapisał w pamiętniku, że miejscowe kobiety "chowają się, ale są gwałcone". O opamiętanie Armii Czerwonej błagał jej dowódców nawet szef węgierskich komunistów Mátyás Rákosi – nowi namiestnicy Stalina w radzieckiej strefie wpływów doskonale wiedzieli, że tego typu zjawisko raczej odstraszy miejscową ludność od komunizmu niż ją do niego przekona.

Co szczególnie zdumiewające: Sowieci gwałcili także Ukrainki, Białorusinki czy Rosjanki, które uwalniali z niemieckich obozów i innych miejsc pracy przymusowej na terenie Rzeszy. Zgodnie z paranoicznym poglądem Stalina każdy obywatel radziecki, który dał się wziąć do niewoli, automatycznie był podejrzewany o zdradę ojczyzny – a zatem kobiety wywiezione na roboty traktowano równie podle jak niemieckie kolaborantki.

Pisarz Wasilij Grossman zapamiętał "strach i przerażenie" w oczach Rosjanek, które dopiero co wyzwolono z niemieckiej niewoli. "To nie jest wyzwolenie" – relacjonowała Kławdia Małaczenko. Maria Szapował: "Czekałam na Armię Czerwoną tyle dni i nocy. A teraz nasi żołnierze traktują nas gorzej niż Niemcy".

W Berlinie zgwałcono Żydówki, które uciekły z niemieckiego więzienia. Ten sam los spotkał również żony i córki niemieckich komunistów, którzy po upadku Rzeszy dosłownie "wyszli z podziemia" i zaproponowali, że kobiety będą prać i gotować dla Armii Czerwonej. W szpitalu położniczym i sierocińcu Haus Dahlem gwałcono zakonnice, dziewczęta, staruszki, kobiety w zaawansowanej ciąży i połogu. Czerwonoarmiści zawsze mieli jedną odpowiedź: Frau ist Frau.

Jak kobiety próbowały unikać tragicznego losu i jak sobie z nim radziły?

Na wsiach w Prusach Wschodnich, na Pomorzu i na Śląsku kobiety uciekały do lasów. W miastach wcierały w twarze popiół, okrywały się chustkami i ubierały jak najgrubiej, aby ukryć figurę. (To nie pomagało, bo szybko się okazało, że Sowieci w zbyt szczupłych kobietach nie gustują). Zasłaniały się dziećmi na rękach – na ogół nieskutecznie.

W Berlinie mieszkańcy zbierali się grupowo w piwnicach, myśląc, że kobietom zapewni to bezpieczeństwo. Ale żołnierze wdzierali się do piwnic i zabierali kobiety siłą. Wieczory i noce stały pod znakiem takich "polowań". Sołdaci świecili latarkami w twarze i w ten sposób wybierali swoje ofiary. Gwałcili na schodach, w piwnicach, w zrujnowanych mieszkaniach. Matki na oczach dzieci, córki na oczach rodziców.

Gerda Petersohn miała 19 lat. Jej koleżankę Carmen zabrali żołnierze. Gerda słyszała tylko zza ściany, jak Carmen wykrzykuje jej imię. Potem odnalazła koleżankę, bo chciała okazać jej odrobinę współczucia. Usłyszała wściekłą odpowiedź: "Dlaczego ja, a nie ty?". Nie odezwały się do siebie przez resztę życia.

Kobiety próbowały barykadować się w mieszkaniach. Rodzice próbowali ukrywać córki w schowkach, magazynach i na strychach. W jednym z bunkrów urządzono "lazaret" dla kobiet chorych na tyfus – w rzeczywistości zdrowe i młode dziewczęta, które się tam ukrywały, malowały sobie czerwone plamy na ciele, by odstraszyć żołnierzy. Po wodę do studni wysyłano starsze kobiety i to raczej rankiem, bo wtedy czerwonoarmiści jeszcze spali upojeni alkoholem.

Gwałt stał się przeżyciem powszechnym i codziennym. "Stereotypowe pytanie: ile razy? Tylko raz, pierwszego dnia" – takie rozmowy toczyły między sobą mieszkanki Berlina. Musiały o tym rozmawiać między sobą, bo na zrozumienie niemieckich mężczyzn liczyć nie mogły.

Mężczyźni najpierw byli bezradni wobec samych gwałtów – mogli stawić opór uzbrojonej dziczy i zginąć albo bezradnie zaciskać pięści. Pewna kobieta uległa dwóm pijanym oficerom, bo grozili, że zastrzelą ją i męża – po wszystkim to ona musiała się opiekować mężem, który "płakał jak dziecko". Jedno ze świadectw z Berlina mówi o 13-latku, który rzucił się z pięściami na Rosjanina gwałcącego jego matkę na jego oczach. Został zastrzelony.

W pierwszych tygodniach po wojnie kobiety, pogodzone z losem, nierzadko poszukiwały jednego "gwałciciela-opiekuna". Obecność jakiegoś Wani czy Pietii, który wracał wieczorem ze służby, paradoksalnie chroniła przed gwałtem zbiorowym. Gdy w dodatku przed kobietami stanęło widmo głodu, broń czy przemoc nie były już żołnierzom potrzebne, by je zmusić do uległości. W miarę upływu czasu zacierała się granica między gwałtem a swoistą "prostytucją przetrwania".

Najbardziej poszukiwanym lekiem w Niemczech "godziny zero" stała się penicylina. Jedną z najbardziej poszukiwanych usług – aborcja. Wiele kobiet porzucało dzieci z gwałtu w powojennym chaosie – wiedziały że mąż czy narzeczony nigdy takiego dziecka nie zaakceptuje. Mężczyźni, którzy wracali po wojnie do domów, reagowali na wszystko osłupieniem i niedowierzaniem. Zabraniali rozmów o gwałtach. Wielu odchodziło niemal tak szybko jak się pojawili. Trauma masowych gwałtów na wiele lat stała się w Niemczech tematem tabu – i to po obu stronach "żelaznej kurtyny".

(...)

Karano żołnierzy dopiero wtedy, gdy w wyniku gwałtu złapali chorobę weneryczną – a zarażali się od kobiet, które wcześniej zostały zarażone przez innych. Lawinowy wzrost takich zachorowań w 1945 roku radziecka propaganda tłumaczyła tym, że Niemcy… wszystkimi sposobami próbowali wyłączyć z walki jak największą liczbę radzieckich żołnierzy, a więc "pozostawiali na jej drodze wiele kobiet chorych wenerycznie".

Dopiero trzy miesiące po kapitulacji Berlina marszałek Żukow zaczął wydawać rozkazy w celu opanowania w mieście "rabunków, rozbojów i przemocy fizycznej". Dowódcy zaczęli karać żołnierzy za "samowolne oddalenia". W całej radzieckiej strefie okupacyjnej gwałty – choć już z mniejszą częstotliwością – powtarzały się mniej więcej do roku 1947-48. Wtedy władze radzieckie wreszcie zaczęły zamykać swoich żołnierzy w koszarach i jednostkach, a także skuteczniej egzekwować dyscyplinę.

onet.pl