piątek, 29 kwietnia 2022


– Wygląda na to, że Rosjanie posuwają się do przodu w okolicach Izjumu i to jest niepokojące – stwierdził jeden z ukraińskich ekspertów.

Poprzez to miasto armia inwazyjna chce okrążyć od północy Ukraińców w Donbasie i zamknąć pierścień w okolicach Kramatorska oraz Słowianska. – Nawet jeśli Rosjanie zdobędą jakaś wioskę, Ukraińcy natychmiast kontratakują. Rosjanie nawet nie mają czasu odpocząć i już muszą cofać się – opisuje jednak dziennikarzom walki jeden z anonimowych, zachodnich przedstawicieli.

Z informacji ukraińskiego sztabu generalnego wynika, że walki koncentrują się w Donbasie oraz w pobliżu Zaporoża, które też atakuje rosyjska armia.

– Może Putin i wygra kilka bitew. Ale wojnę już przegrał – stwierdził były ambasador USA w Moskwie Michael McFaul. Zarówno on, jak i Ukraińcy wskazują na lawinowo rosnące dostawy zachodniej broni i sprzętu do Kijowa. Doradca biura prezydenta Ołeksij Arestowycz uważa, że już na przełomie czerwca i lipca przezbrojona ukraińska armia będzie mogła przejść do ofensywy. Z kolei ukraiński ekspert Iwan Stupak ostateczną fazę walk przenosi na wrzesień.

– W rosyjskiej armii najpierw załamią się oficerowie średniego szczebla, widzący na polu walki głupotę dowództwa, straty i przewagę zachodniej broni. Po nich przyjdzie kolej na żołnierzy – też z powodu strat – uważa.

Na razie Rosji zaczyna brakować wyszkolonych lotników. – Patrzcie, jakich pilotów bierzemy do niewoli: zastępca dowódcy pułku (lotniczego), dowódca eskadry. A gdzie są młodsi oficerowie: porucznicy, kapitanowie? Wygląda na to, że tam nie ma kto latać – mówił generał ukraińskiej służby bezpieczeństwa SBU Ołeksandr Petrulewicz.

Mimo to walki są coraz intensywniejsze. – Spotkań (dyplomatów) może być, ile chcecie. Ale wojna zakończy się dopiero, gdy Rosja zdecyduje się ją zakończyć – powiedział CNN sekretarz generalny ONZ Antonio Guterres po rozmowach z Putinem. A dzień przed spotkaniem z Guterresem rosyjski prezydent zapewniał: – Mam nadzieję, że uda nam się znaleźć porozumienie na ścieżce dyplomatycznej.

„Celem Rosji jest kapitulacja Ukrainy, rozwiązanie wszystkich wybieralnych organów władz (łącznie z lokalnymi). Stworzenie nowej konstytucji i zakazanie w niej działalności ugrupowań demokratycznych” – ogłosił amerykański ambasador przy OBWE Michael Carpenter. Według niego na okupowanych przez Rosję terenach już „powinny być stworzone nowe organy władzy, a plany Rosji i nową konstytucję opracowują kremlowscy urzędnicy i tzw. separatyści”.

Decyzje w tej sprawie chyba zapadły wraz z mianowaniem nowego przedstawiciela Rosji ds. Doniecka i Ługańska, obecnego zastępcy szefa prezydenckiej administracji Siergieja Kirijenki. W latach 90. był premierem, nazywanym ze względu na młody wiek „Kinder Niespodzianką”. Po jego wizycie w Doniecku pojawiły się informacje, że separatystyczne quasi-państewka zostaną bezpośrednio włączone do Rosji. Tak przynajmniej twierdzi kolaboracyjny burmistrz cały czas niepokonanego Mariupola – miasto ma zostać przyłączone do obwodu rostowskiego.

Jednocześnie inny kolaborant Kiriłł Stremousow z Chersonia (mianowany przez okupantów zastępcą szefa „wojskowo-cywilnej administracji regionu”) zaprzeczył, by szykowano referendum o utworzeniu kolejnego separatystycznego tworu „Chersońskiej Republiki Ludowej”. Zapowiedział za to, że „nie ma mowy, by Chersoń wrócił do Ukrainy”. Jego wystąpieniu towarzyszyła kolejna już proukraińska manifestacja mieszkańców, podczas której Rosjanie ranili co najmniej cztery osoby.

Stremousow przed wojną był blogerem i nieudanym politykiem. Startował w wyborach parlamentarnych w 2019 roku, ale dostał tylko 1,7 proc. głosów. Teraz zapowiada, że od 1 maja na okupowanych terenach zostanie wprowadzony rubel, choć ukraińska hrywna pozostanie w obiegu przez cztery miesiące.

rp.pl

– Witalij, weź porąb trochę drewna, zaprosiłem Polaka na kawę.

Nie zapraszam do domu, tylko na podwórko, bo na początku marca odcięli nam wszystkie media. Prądu i gazu wciąż nie ma. Wodę czerpiemy ze studni i gotujemy tu pod trzepakiem. Parę cegieł, żelazny ruszt, kładziesz garnek na palenisku i woda się zagotuje. Ta kuchenka nas uratowała.

A to sąsiedzi z mojego batalionu, kochani ludzie. Batalionem nazywam wszystkich z bloku, którzy ratowali Buczę. Każdy jak umiał. Jeden szukał jedzenia, drugi rąbał drewno, trzeci szedł do studni. Ponad dwa tygodnie byliśmy zupełnie sami. Najpierw ewakuowali szpital, potem administrację, potem cywilów. My zostaliśmy. I pomagaliśmy naszej armii, ale o tym po śniadaniu.

Nazywam się Jewhen Oleksienko, mam 52 lata. W Buczy wołają na mnie Kolombo.

Pytasz, czy w Buczy da się żyć? A gdzie indziej? Bucza to jest moje miasto, tu się urodziłem, moja żona też. I nasze dwie dziewczynki. Dlaczego miałbym uciekać? Tam, za 400 metrów, jest szkoła, w której się uczyłem. Dalej Instytut Pedagogiczny, który najpierw ukończyłem, a potem nauczałem w nim historii. Na cmentarzu leży ojciec, dziad, a teraz kum, którego zamordowali za jedno zdjęcie w telefonie zniszczonej kolumny rosyjskiej. Gdy przyszli Ruscy, ani razu nie zszedłem do piwnicy. Nie zamierzałem uciekać. Bo gdyby tak wszyscy wyjechali? Czy przyjechałbyś pytać o przyszłość?

Kuchenkę pod trzepakiem najtrudniej rozpalić, kiedy pada. Przed wojną przygotowanie śniadania zajmowało dziesięć minut, za okupacji nawet godzinę. Ale czasu akurat mieliśmy pod dostatkiem. Ledwie się ściemniło, szliśmy spać. Nawet świeczek nie zapalaliśmy, bo strzelali do okien, w których się świeciło. Wstawaliśmy o świcie i szukaliśmy jedzenia. Mam starszą matkę, mieszka cztery kilometry stąd, co kilka dni zanosiłem jej coś do jedzenia.

Brałem taczkę i szedłem, zwykle ze trzy godziny krążyłem. Sklepy zrujnowane, półki puste, bo Ruscy obrabowali. Na szczęście ludzie, jeszcze za ewakuacji, wyrzucali jedzenie do śmietników. Cuchnęło, ale zdarzały się puszki. Bez chleba da się przeżyć. Schudłem w ten wojenny miesiąc dziewięć kilogramów. Trzeciego tygodnia było najciężej, wyjadałem karmę dla psów.

Przez Ruskich cofnęliśmy się do poprzedniego wieku.

Pod koniec lat osiemdziesiątych dwa lata służyłem w obwodzie irkuckim, Okręg Wojskowy Transbaikalia. I tak poznałem taktykę Rosjan, bo oni całkowicie replikują armię sowiecką. Nie zdziwiło mnie, gdy najpierw zaczęli bombardować Gostomel. Usłyszeliśmy pierwsze wybuchy, a potem ruskie helikoptery. Lądowali z trzech stron. Zdałem sobie sprawę, że jest ich wiele. Następnego dnia około dziewiątej rano zaatakowali Buczę. Słychać było nasze działo przeciwlotnicze. Nadleciała fala ich samolotów transportowych.

Cały dzień siedzieli na lotnisku. Nasi zdali sobie sprawę, że trzeba zniszczyć pas, by Ruscy nie mogli lądować i nasza artyleria zaczęła strzelać. Ogień krzyżowy. My ich, oni nas. Tam gdzie były Zakłady Antonowa wszystko zrównali z ziemią. Domy, szkołę, przedszkole i klub. W jeden dzień. A później kanonada daleko od nas, pistolety i karabiny maszynowe, ale też broń wielkokalibrowa. Potrafię rozpoznać ze słuchu. Zorientowałem się, że przyjechały BMP, wozy bojowe piechoty i transportery opancerzone.

Przejęli miasto. A ja wciąż chodziłem po ulicach i miałem ich na oku. Na własne oczy widziałem, jak koło drugiej po południu 30-letni facet szedł ulicą, jakieś pięćdziesiąt metrów od punktu kontrolnego, przy którym stał transporter opancerzony. Kazali mu się zatrzymać. A on na to, że idzie do sklepu. Strzał w powietrze. Więc zaczął wracać. Zabili. Za zdanie, które im się nie spodobało.

Zobaczyłem też kobietę, około 45 lat, szła już po godzinie policyjnej, która zaczynała się w Buczy o szesnastej. Zastrzelili ją bez ostrzeżenia, tuż przy sklepie.

Ruscy łapali mnie osiem razy. Cztery razy rozebrali do pasa. Szukali siniaków i nacjonalistycznych tatuaży. Dzięki Bogu, puszczali. Rozmawiałem z tymi młodzieńcami, bo to prawie dzieci były, prawie codziennie. Kiedy zapytałem, dlaczego tutaj przyszli, powiedzieli, że przybyli nas uwolnić od Amerykanów. Mówię: „Mam paszport Ukrainy, moja żona jest Ukrainką, mój sąsiad jest Ukraińcem. Gdzie są Amerykanie? Gdzie widzicie w Buczy Amerykę?” „Jesteście pod rządami Ameryki”, odpowiadali.

Oni za Amerykę mają wszystko, co nie jest Rosją.

Gdyby wiedzieli, że jestem Kolombo i co robię, mogło być różnie.

To Anatolij Fiodoruk, burmistrz miasta tak mnie kiedyś nazwał, bo prowadzę firmę ochroniarską. O, patrz, burmistrz stoi tam przy wejściu do cerkwi, chodźmy się przywitać. Dzień dobry, ile trupów dziś wyciągnęli?

Ciała były wszędzie. Na początku nasi chłopcy zbierali je i sami grzebali. Potem, jak orki ostrzelały samochód wiozący zmarłych, strach było ryzykować. Życia byśmy sąsiadom nie zwrócili.

Jeden diakon, młody człowiek imieniem Michał, codziennie przychodził do kościoła, sprawdzić, co się tutaj dzieje. I zobaczył rękę wystającą z ziemi. Okazało się, że to masowy grób.

Chodź, podejdziemy bliżej. Codziennie wolontariusze wyjmują ciała, pakują w czarne worki i wysyłają do identyfikacji do Kijowa. Zrób zdjęcie, tylko nie wpadnij do rowu.

Czwartego dnia okupacji Ruscy zaczęli zbierać ciała zabitych. Zwykle po ciemku, żeby ludność cywilna tego nie widziała. Mieliśmy godzinę policyjną od godziny szesnastej, w zasadzie o tej porze nikt nie mógł być na ulicy. Wzięli koparki, nie wiem, czy zabrali je naszym, czy przywieźli swoje, i wykopali rowy o szerokości 10-13 metrów i długości dwudziestu metrów. Doły były puste przez dwa dni. A później je zasypali.

Gdy wyszli Rosjanie, rozpoczęła się ekshumacja. Okazało się, że łącznie w Buczy zginęło ze czterysta osób. Jak na razie! Ludzie mówią, że w tych dołach pogrzebali nawet kilkadziesiąt osób, a wciąż przecież wyciągają! Ale to tylko w tej części miasta, nie wiadomo, ile trupów jest w całej Buczy. Znajdą się następne masowe groby, jestem pewien.

Dlaczego tak mówię? Wiem, co widziałem. W pierwszym tygodniu było niewiele zwłok. Jeden, dwa trupy przy mojej ulicy. Może cztery trupy na kilometr. Poruszałem się tylko po centrum, nie byłem głupi, żeby jechać na ulicę Jabłońską. Tam rządziła banda Czeczenów, Kadyrowcy niezwykle okrutni, zrównali wszystko z ziemią, strzelali do ludzi dla zabawy. W naszej części miasta byli Białorusini i Rosjanie, dziwnie to zabrzmi, ale było lżej. Mniej trupów. Gdy odeszli Białorusini i weszli kolejni Rosjanie, liczba zwłok wzrosła.

Dobrze, że marzec był zimny, bo trupy leżały cztery tygodnie. Jak brat mojego przyjaciela, Denis. Miał 32 lata, znaleźliśmy go na drodze, obok leżał motocykl. Ciało okryte było płachtą z banneru reklamowego. Długo go szukaliśmy, bo nie miał głowy. Kolega rozpoznał go po tenisówkach, rękawiczkach i kluczach do mieszkania. W ciele rany po strzałach z bliska, kaliber 35. Szukaliśmy go ponad 30 dni.

Głowy jeszcze dłużej. To, co z niej zostało, kawałek szyi i dolna szczęka leżały w rowie niedaleko.

Źle się czujesz? Chcesz fajkę?

Mam paczkę, choć nie palę. Przed wojną kosztowała euro, teraz dziesięć. Niebieskie camele chodzą po 800 hrywien, prawie 30 euro. Davidoffy – 900 hrywien. Za paczkę, nie za sztangę. Za okupacji Buczy nie wychodziłem bez fajek w kieszeni. To najlepsza waluta w czasie wojny. Sklepy zrujnowane, apteki ograbione. Za fajki można było dostać jedzenie. Sąsiadowi tak się chciało palić, że za dwie paczki oddał mi rower.

Objeżdżałem na rowerze punkty kontrolne wroga, tak żeby mnie nie nakryli, bo zabierali rowery, potem jeździli na nich z karabinami maszynowymi i strzelali w powietrze. Raz, w czasie godziny policyjnej, przyjechała grupka ruskich na parking koło bloku i rozwalali karabinem maszynowym samochody. Niszczyli wszystko. Sklepy, infrastrukturę, bloki.

Pieszo mogłem zrobić trzy kilometry, na rowerze nawet dziesięć. Wszystko, co zobaczyłem, raportowałem do Sił Zbrojnych Ukrainy. Ruscy stali w tej części Buczy, które nazywamy Warszawą, bo leży przy Trasie Warszawskiej, która prowadzi z Kijowa do Lublina. Wybrali sobie domy i zamieszkali w nich. Jechałem i zapamiętywałem, jaki mają sprzęt.

Chodź. Tutaj stał transporter opancerzony, tam bojowy wóz piechoty. Żeby przekazać informacje naszym, wracałem do domu i wchodziłem na dach, bo w ogóle nie było zasięgu. Na dachu łapałem kreskę. Wysyłałem smsy, dzwonienie było niebezpieczne. Pisaliśmy sobie wiadomości o warzywach. Żeby Ruscy się nie połapali. Po Buczy jeździł ich specjalny samochód z obrotową anteną i łapał słowa: „Rosjanie, samochody, transportery opancerzone…”. Jakbyś ich użył, od razu by przyjechali po ciebie. Zakodowaliśmy też nazwiska, bo mojego przyjaciela zastrzelili po jednej wiadomości ze zdjęciem zniszczonego rosyjskiego sprzętu, już mówiłem.

Dlatego pisałem: „Na ulicy takiej i takiej znalazłem 10 ogórków”, i nasi już wiedzieli, że dziesięć wozów opancerzonych stoi w danym miejscu. A jak widziałem czołgi, to pisałem „Pięć bakłażanów pod Warszawą”. Transportery opancerzone typu BTR nazywaliśmy pomidorami. Najwięcej oczywiście było nasionek, czyli piechoty. Wyobraź sobie taką wiadomość: „Dwanaście nasionek leży przy skrzyżowaniu Dworcowej i Szewczenki”.

A potem przysłali mi zdjęcie pojazdu. Miałem sprawdzić, czy taki jest w Buczy, czy nie. Przez dwa dni łaziłem, nie było. Chodziło o Sołncepioka. Straszna maszyna, wyrzutnia. Grad to przy nich rozrywka dla dzieci. Sołncepiok może zrównać z ziemią całą ulicę w dwadzieścia sekund. Ponowne naładowanie zajmuje pół minuty. W końcu przyjechał do Buczy. Znaleźliśmy go, przekazaliśmy informację. Sołncepiok nie dotarł do Kijowa. Warto było ryzykować.

Patrz na tamten dom, wciąż wisi bandaż na klamce.

Jak Ruskie przyszli, to ustanowili zasadę – jeśli masz biały bandaż albo jakiś biały materiał na drzwiach, to znaczy cywil. Na początku takich mieszkań nie tykali. Mieli dosyć opuszczonych domów, by rabować. W budynku, w którym mieszkam, jest dwadzieścia mieszkań, tylko trzy były zamieszkałe. Resztę splądrowali.

W Buczy mieliśmy cztery fale. Każda trwała siedem do dziesięciu dni. Zwykle pod koniec służby tutaj, zbierali się w grupki 7-8 osób, podchodzili do wejścia i wyłamywali drzwi, nieraz razem z ościeżnicą. Niektórzy mieli profesjonalny sprzęt albo po prostu walili siekierą. W każdym mieszkaniu byli kilka minut. Szukali złota, biżuterii, pieniędzy, nasza hrywna ich nie interesowała, tylko obce waluty. Kradli telefony, komputery, karty pamięci. No i alkohol, i jedzenie.

Z początku, jak zaczynali rabować, to się nawet cieszyliśmy, wiadomo było, że następnego dnia odejdą. A potem wkradała się niepewność, czy następni nie będą gorsi?

Długo tu będziemy po nich sprzątać. Ale posprzątamy. Rozejrzyj się, widzisz jakiegoś trupa? Śmieciarki wywożą gruz. Służby naprawiają wodociągi. Wróci prąd.

Ludzie wyszli z domów, chcą do pracy, choć nic nie działa. Tamci pod urzędem stoją w kolejce do rejestracji po pomoc finansową. Wszystkie centra handlowe, które były w Buczy, splądrowane. Market Epicentrum spalony.

Niedaleko Epicentrum leży małe renault clio, a pod nim limonka. Limonki? Tak tu mówimy na granaty. Ruski zostawiali ładunki wybuchowe też w domach: pod krzesłami, stołami. Ruskie skurwysyny. Kim trzeba być, żeby umieścić ładunek w pralce?

No właśnie, co z przyszłością, pytasz?

Moja teściowa chciała zasadzić ziemniaki na poletku pod Buczą. Nie jest jasne, czy można sadzić. Wszędzie pełno min. Mówię, niech mama przyjedzie do nas, jest pod blokiem ogródek, sprawdziliśmy, czysto, ziemia się nada. Za trzy, cztery dni teściowa przyjedzie, będziemy mieli swoje ziemniaki. Marzenie takie młode ziemniaki. Na razie jemy, co dają nam z pomocy humanitarnej.

W święta spotkaliśmy się w cztery pary, bo razem spędziliśmy też czas okupacji. Sąsiedzi z naszego batalionu z żonami. Kobiety upiekły ciasta. Udało się zdobyć jajka, zrobiliśmy pisanki. Przez całe święta staraliśmy się nie rozmawiać o Rosjanach.

oko.press

Dyktatura na Białorusi jest przyczyną dobrego samopoczucia jej obywateli. Takie oświadczenie złożył Aleksander Łukaszenko, przemawiając do pracowników PGR-u w obwodzie homelskim. Wystąpienie można obejrzeć w serwisie Telegram.

Łukaszenko powiedział do słuchającego do tłumu, że Białoruś otworzyła swoje granice przed katolicką Wielkanocą na kilka dni, aby ludzie z Polski, Litwy i Łotwy mogli odwiedzić mogiły bliskich. Władze sąsiednich krajów zabroniły swoim obywatelom podróżowania na Białoruś — powiedział Łukaszenko — ponieważ mogliby oni pojechać na Białoruś po sól, która nie jest dostępna w ich ojczyznach.

— Ludzie przychodzą do nas, kupują sól. Oni nie mają soli! Wielki, bogaty Zachód, ale soli nie ma! I cokolwiek ludzie mówią o tym, że Białorusini żyją normalnie, oni po prostu nie wypuszczają ich z domu. Na tym polega ta cała demokracja! — powiedział Łukaszenko.

Białoruski prezydent przypomniał również, że często jest krytykowany za ustanowienie dyktatury w kraju. — Dzięki Bogu mamy dyktaturę. Zawsze mnie krytykowali: dyktatura i dyktatorstwo. Ale w tej dyktaturze mamy porządek. Gdybyśmy nie mieli dyktatury, bylibyśmy traktowani jak żebracy — powiedział Łukaszenko.

onet.pl

– Prawdziwi neurolodzy raczej nie będą się wypowiadać na ten temat, ponieważ uczy się ich, by nie wypowiadali się na temat osób, które nie są ich pacjentami – powiedział DW John Hardy, neurogenetyk z brytyjskiego Instytutu Badań nad Demencją. Hardy podkreśla, że jest neurogenetykiem, a nie neurologiem, ale badał choroby mózgu. – Moim zdaniem nie ma dowodów na parkinsonizm – powiedział. – Nie wyglądał dobrze…, ale żadna choroba Parkinsona.

Ray Chadhuri, neurolog z Uniwersytetu Londyńskiego, zgadza się z tą oceną. – Patrząc na ten krótki film, nie mogę znaleźć żadnych dowodów na to, że Putin cierpi na chorobę Parkinsona – powiedział Chadhuri w wywiadzie dla DW.

Choroba Parkinsona i parkinsonizm są niezwykle trudne do zdiagnozowania i można je wykryć jedynie poprzez dokładne badanie neurologiczne – wyjaśnia Chadhuri. – Opuchlizna na twarzy lub drżenie mogą mieć wiele przyczyn, a ja nie widziałem drżenia.

Caroline Rassell, dyrektor zarządzająca Parkinson's UK, poproszona o ocenę widea z Putinem, zaznacza, że choroba Parkinsona jest chorobą złożoną, charakteryzującą się ponad 40 objawami, od fizycznych po psychiczne, dlatego niemożliwe jest postawienie diagnozy na podstawie 12-minutowego nagrania wideo. – Każda osoba jest dotknięta w inny sposób – mówi Rassell. – Ponieważ nie ma ostatecznego testu diagnostycznego, chorobę można potwierdzić dopiero po zbadaniu przez neurologa lub specjalistę. Spekulacje w mediach i internecie nie są pomocne. 

gazeta.pl

Bitwa o Donbas jest bitwą na wyniszczenie. Krwawą i mozolną. Ukraińcy nie mają tutaj możliwości wpuszczania Rosjan w głąb swojego terytorium i późniejszego kąsania ich od boków, tak jak w pierwszej fazie wojny na północy Ukrainy. Nie mają tak zwanej głębokości, a Rosjanie ewidentnie nie mają zamiaru powtarzać tamtych błędów i działają bardziej metodycznie. Ukraińcom zostaje zażarte stawianie oporu, a gdy już nie da się go dłużej stawiać, to cofanie się o kilka kilometrów w rejon nowej miejscowości i nowych przygotowanych pozycji. I od początku.

Z każdą kolejną miejscowością siły obu stron są jednak coraz bardziej przetrzebione. I tu jest kluczowa kwestia - kto szybciej straci siły. Atakujący zawsze ponosi cięższe straty niż broniący. Nawet trzykrotnie. Taka jest natura wojny. Nie sposób jednak wiarygodnie ocenić, dla kogo ponoszone obecnie straty wieszczą porażkę. Na jak długo Rosjanom starczy zasobów na mozolne parcie naprzód, a na jak długo Ukraińcom na zażartą obronę pod ogniem rosyjskiej artylerii. Ci drudzy twierdzą, że agresor ponosi katastrofalne straty, ale niezależna weryfikacja takich twierdzeń jest niemożliwa. Jest mało nagrań i zdjęć z rejonu walk, gdzie już od dawna nie ma cywili, a żołnierze dbają o zachowywanie tajemnicy. Okazjonalnie pojawiają się relacje jakoby od żołnierzy, którzy opisują zaciętość walk i poważne straty po obu stronach. Jest ewidentne, że Rosjanie tracą wiele pojazdów opancerzonych, ale nie brakuje też ujęć ukraińskich okopów zasłanych ciałami żołnierzy.

Jeśli wierzyć Rosjaninowi Igorowi Girkinowi, najprawdopodobniej byłemu oficerowi FSB, który z ramienia Rosji wszczynał wojnę w Donbasie 2014 i do dzisiaj ma tam bardzo dobre kontakty, sytuacja wygląda gorzej dla rosyjskiego wojska. Opisywaliśmy szczegółowo jego ogląd sytuacji. Po prostu Rosjanie mają mieć za mało sił, żeby przy takim ukraińskim oporze osiągnąć cel strategiczny w postaci zajęcia całego Donbasu. Najpewniej zdołają się posunąć jeszcze do przodu, ale nie odnieść upragnione zwycięstwo. W podobnym tonie wypowiada się więcej osób związanych z rosyjskim wojskiem i propagandą. Na przykład korespondent Aleksandr Sładkow, działający obecnie w Donbasie. Na swoim profilu na Telegramie w wisielczym tonie napisał 29 kwietnia, że podczas walk rosyjskie i separatystyczne oddziały wykazują "nadmierny heroizm". - Jak mówi stare powiedzenie, czyjś heroizm to efekt błędnych kalkulacji kogoś innego - napisał Sładkow. I dodał, że choć oddziały atakujące Ukraińców (według jego słów "nazistów") od południa z rejonu Doniecka robią, co mogą, wykazując się "heroizmem", to nie mają szans się przebić. Ironizuje też, że wydawało mu się, iż podczas ofensyw nie próbuje się pokonać umocnionego przeciwnika, mając do dyspozycji takie same siły jak on.

gazeta.pl

czwartek, 28 kwietnia 2022


Sztab Generalny Sił Zbrojnych Ukrainy i lokalne administracje wojskowo-cywilne informują, że agresor zwiększa tempo działań zaczepnych, a także intensyfikuje ostrzał i bombardowania na wszystkich kierunkach, ponosząc przy tym jednak duże straty. Na styku obwodów charkowskiego, donieckiego i ługańskiego jednostki rosyjskie wyprowadzają natarcia na czterech kierunkach – na zachód od Iziumu (Wełyka Komyszuwacha), na północ od miasta Barwinkowe (Nowa Dmytriwka), na północny wschód od Słowiańska (Łyman) i na południe od Siewierodoniecka (Orichowe). Nacierają również w kierunku obszarów na styku obwodów donieckiego, zaporoskiego i dniepropetrowskiego (Wełyka Nowosiłka i Zełene Połe), a także na pograniczu obwodu chersońskiego z obwodami mikołajowskim (mieli zająć Tawrijśke) i dniepropetrowskim (ataki odparto). Walki mają trwać na całej linii styczności wojsk w Donbasie i obwodzie zaporoskim oraz punktowo na pozostałych kierunkach. Jedynie w centralnej części obwodu charkowskiego (łącznie z Charkowem) i w przygranicznych rejonach obwodu sumskiego najeźdźcy mają się ograniczać do ostrzału i bombardowań. Dowódca broniącej się na terenie kombinatu Azowstal w Mariupolu 36. Brygady Piechoty Morskiej zaapelował do wspólnoty międzynarodowej o umożliwienie ewakuacji na podobieństwo wycofania aliantów spod Dunkierki w 1940 r. Ukraińcy potwierdzili kolejne ataki rakietowe na Zaporoże i węzeł kolejowy Synelnykowe w obwodzie dniepropetrowskim.

Minister obrony Ołeksij Reznikow poinformował o wynikach spotkania przedstawicieli ponad 40 państw wspierających Ukrainę w Ramstein w Niemczech na temat dostaw uzbrojenia i sprzętu wojskowego. Mają one zostać rozszerzone o ciężkie uzbrojenie w standardach NATO, przy czym potwierdzono przekazywanie obrońcom artylerii kalibru 155 mm, którą już wcześniej zdecydowało się dostarczyć kilka państw (przedstawiciel Pentagonu zakomunikował, że na Ukrainę dotarła połowa z łącznej liczby 90 haubic ciągnionych M777 i że przeszkolono pierwszych 50 tamtejszych artylerzystów). Utworzono też grupę roboczą do dalszych prac nad doposażeniem Sił Zbrojnych Ukrainy, która ma się zająć m.in. koordynacją dostaw, by miały one sens wojskowy (np. zgłaszane przez poszczególne kraje deklaracje dostaw 3–4 armat będą łączone tak, by uzyskać w nich względnie jednolite wyposażenie i przekazać kompletny dywizjon artylerii).

Zgodnie z oceną doradcy szefa Biura Prezydenta Mychajło Podolaka w rosyjskich obwodach graniczących z Ukrainą panika wojenna będzie narastać. Proces ten pogłębiają niewyjaśnione przypadki pożarów w bazach paliwowych i składach amunicji. Wpływają one na postawy społeczne mieszkańców, zaniepokojonych możliwością przeniesienia działań na terytorium Rosji, oraz kwestionowanie potrzeby prowadzenia wojny przeciwko Ukrainie. Podolak nie wyraził opinii co do przyczyn niszczenia obiektów infrastruktury krytycznej przeciwnika, co nie wyklucza, że incydenty te były efektem działania ukraińskich grup dywersyjnych.

Według informacji niezależnego rosyjskiego portalu Meduza w dniach 14–15 maja Rosja zorganizuje „referenda” w sprawie przyłączenia tzw. Donieckiej i Ługańskiej Republik Ludowych (DRL i ŁRL) oraz powstania podobnego tworu w obwodzie chersońskim. Federalna Służba Bezpieczeństwa ma przygotowywać „instruktorów politycznych”, którzy będą nadzorować i kontrolować lokalną administrację na okupowanych terytoriach. Możliwość przeprowadzenia plebiscytów potwierdził pośrednio minister spraw zagranicznych FR Siergiej Ławrow, który podkreślił, że celem rosyjskiej „operacji specjalnej” jest obrona ludności cywilnej przed „totalitarnym uciskiem władz w Kijowie”. Dodał, że obywatele Ukrainy będą mogli określić swój dalszy los. Trudności związane z organizacją „referendum” w Chersoniu potwierdza wypowiedź kolaboranckiego zastępcy szefa administracji obwodowej, który stwierdził, że w najbliższym czasie nie planuje się jego przeprowadzenia.

Trwają deportacje ludności z terenów okupowanych. Według danych resortu obrony FR w ciągu ostatniej doby na terytorium Rosji ewakuowano 16 480 osób z regionów Ukrainy oraz tzw. DRL i ŁRL. Od 24 lutego przewieziono łącznie 1 002 429 osób, w tym 183 168 dzieci. Rosjanie twierdzą, że utworzyli bazę danych zawierającą personalia 2 753 625 ludzi, którzy rzekomo wyrazili zgodę na wyjazd.

27 i 28 kwietnia na Ukrainie przebywa sekretarz generalny ONZ António Guterres, który odwiedził Borodziankę, jedno z najmocniej zniszczonych miast, a dzisiaj ma się spotkać z prezydentem Wołodymyrem Zełenskim. Na terytorium kraju obecna jest też misja Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej, która kontynuuje prace w elektrowni jądrowej w Czarnobylu (dostarczenie niezbędnego sprzętu, oceny radiologiczne, przywrócenie systemu monitorowania). 28 kwietnia z przemówieniem poświęconym Ukrainie ma wystąpić prezydent USA Joe Biden.

27 kwietnia odbyło się pierwsze od wybuchu wojny posiedzenie Kongresu Władz Regionalnych z udziałem prezydenta Zełenskiego – zostało poświęcone powojennej odbudowie kraju i zapewnieniu warunków do życia osobom wewnętrznie przesiedlonym. Poinformowano o utworzeniu 14 klastrów infrastruktury wymagającej remontu – władze lokalne mają na początku maja przedstawić najpilniejsze potrzeby w tym zakresie. Na obecnym etapie planuje się udostępnienie 600 tys. mieszkań, z których część ma być zbudowana od podstaw, a część wykupiona od deweloperów. Zełenski wezwał do przyjęcia niezbędnych przepisów, by nowo powstające domy były wyposażane w schrony bombowe.

Badanie ośrodka Rejtynh pokazuje, że coraz więcej mieszkańców Ukrainy powraca do pracy. Aktualnie zatrudnionych jest 59% pracujących przed wojną (w marcu było ich 46%). Wzrosła liczba zatrudnionych w pełnym wymiarze godzin (z 23% do 32%), kolejne 24% pracuje na część etatu lub zdalnie, a 3% podjęło nowe zajęcie. Jednocześnie 39% tych, którzy stracili pracę w wyniku wojny, nadal jej nie ma (w marcu było ich 53%, a na początku kwietnia 41%).

Komentarz

Rozpoczęcie przekazywania armii ukraińskiej haubic 155 mm stanowi nową jakość i stopniowe przełamywanie tabu, jakim początkowo były dostawy ciężkiego uzbrojenia, a następnie uzbrojenia produkcji i konstrukcji zachodniej. Nawet jeśli przyjąć, że żołnierze ukraińscy dysponują doświadczeniem umożliwiającym im stosunkowo szybkie opanowanie nowej broni, to proces doposażania i szkolenia personelu będzie i tak czasochłonny. Do obsługi jednej haubicy M777 potrzeba siedmiu żołnierzy, co oznacza, że tylko do opanowania przekazanej dotychczas przez Amerykanów partii trzeba będzie wyszkolić co najmniej 630 artylerzystów. Osobną kwestię stanowią dostawy uzbrojenia dla jednostek ogólnowojskowych (czołgów, bojowych wozów opancerzonych), które – w odróżnieniu od działającej co najmniej 20 km od linii styczności wojsk artylerii – będą wchodziły w bezpośredni kontakt bojowy z przeciwnikiem. Mimo przedstawianych w mediach sugestii przekazania bądź (najczęściej) zamiaru sprzedaży Ukrainie zachodnich (w tym niemieckich) wozów bojowych, jak dotąd nie pojawiły się wiążące deklaracje w tym zakresie (kuriozalną koncepcją jest pomysł ofiarowania przez RFN przestarzałych artyleryjskich systemów obrony przeciwlotniczej Gepard, wymagających szczególnie skomplikowanego procesu szkolenia, i to bez zapewnienia dostaw amunicji do nich). Darczyńcy armii ukraińskiej przeszli w ostatnim czasie do porządku dziennego nad kwestią dostarczenia jej systemów obrony powietrznej i samolotów (dotychczasowe dostawy tych ostatnich ograniczyły się do 20 kompletów części zamiennych do maszyn posowieckich). Amerykańskie media podały jedynie informację o świetnej pracy naziemnego komponentu ukraińskiej obrony powietrznej, którą od początku konfliktu mają koordynować znajdujący się na miejscu specjaliści z USA.

Realizacja planu powołania tzw. republik ludowych (Chersoń i ewentualnie Zaporoże) ulega opóźnieniu. Wynika to z oporu wojsk ukraińskich, które nie pozwalają siłom agresora opanować granic administracyjnych atakowanych obwodów. Nie jest wykluczone, że w przypadku zajęcia terytoriów obwodów donieckiego, ługańskiego, chersońskiego i zaporoskiego Rosjanie zdecydują się na zorganizowanie „referendum”, które dałoby pretekst do przyłączenia zajętych regionów Ukrainy do Federacji Rosyjskiej. Na prawdopodobieństwo realizacji takiego scenariusza wpływają zarówno niewielkie powodzenie w organizowaniu władz kolaboranckich, jak i brak poparcia dla nich wśród mieszkańców zajętych obszarów. Ewentualna aneksja umożliwi natomiast wprowadzenie administracji rosyjskiej (na wzór okupowanego Krymu), a poszerzenie terytorialne zostanie przez Kreml przedstawione jako sukces „operacji specjalnej”.

osw.waw.pl

"Moi ludzie zaczęli się bardzo bać. Wszyscy są zmęczeni. Wszyscy nie mają sił. Nie mogę ich podnieść ani psychicznie, ani fizycznie. Nawet strzelam do nich, ale to nic nie daje" - narzeka w ujawnionej przez SBU korespondencji rosyjski oficer.

W wiadomościach głosowych rosyjski dowódca szczegółowo opisuje, jak bardzo jest już zmęczony wojną i jak bardzo jest niezadowolony z nowych żołnierzy.

"Wszyscy tutaj są kompletnie zdemoralizowani. W oddziale zostało najwyżej 10-15 osób, w lepszym stanie. Uzupełniono oddział młodzikami, to około 60 osób. Połowa z nich to tchórze i panikarze" - słychać na nagraniu.

Przyznaje, że podobne nastroje panują także wśród oficerów. On sam także marzy o powrocie do domu.

"Dom: dzieci, żonę przytulić. A potem na dziwki! Dużo, dużo dziwek, niczego więcej nie chcę..." - podsumowuje dowódca rosyjskiego pułku.

wp.pl

Renault ma większościowy udział w rosyjskiej spółce AvtoVAZ (67,61 proc.), która jest producentem Łady. W związku z tym francuski koncern jest absolutnym liderem sprzedaży na rosyjskim rynku i stanowi ona znaczący udział w całości zysków Renault. Od początku konfliktu na Ukrainie był to dosyć niewygodny temat dla francuskiego producenta. Teraz jednak się to zmieni. Reuters informuje, że to koniec lawirowania.

Rosyjskie źródła z kręgów rządowych poinformowały agencję, że Renault odsprzeda swoje udziałów w AvtoVAZ Rosyjskiemu Instytutowi Naukowemu, a dokładniej Rosyjskiemu Ośrodkowi Badań Motoryzacyjnych NAMI za symbolicznego rubla.

NAMI przejmie prawie 68 proc. udziałów Renault na mocy nowej ustawy i wygląda na to, że francuski koncern nie ma wielkiego wyboru. Rosyjska instytucja powstała ponad sto lat temu i jest główną organizacją naukową w dziedzinie rozwoju przemysłu motoryzacyjnego. W przeszłości NAMI było odpowiedzialne za projektowanie i budowę wielu modeli samochodów, w tym limuzyny Aurus Senat Władimira Putina.

Transakcja została po raz pierwszy zgłoszona przez rosyjskie agencje informacyjne, powołując się na ministra handlu Denisa Manturowa. Renault nadal będzie miało możliwość ponownego przejęcia AvtoVAZ w ciągu pięciu lub sześciu lat, jeśli zechce to zrobić, ale według ministra handlu po znacznie wyższych kosztach niż 1 rubel. Nie brzmi to jak złoty interes.

Renault zaczęło inwestować w AvtoVAZ w 2008 r. z początkowym udziałem 25 proc. Z biegiem lat ilość udziałów się zwiększała. Jednak w ostatnim czasie pod wpływem rządów i opinii publicznej francuski producent zdecydował się na zawieszenie działalności w Rosji, a w końcu i na wycofanie z kluczowego dla niego rynku.

moto.pl

Władze Pekinu skierowały w tym tygodniu większość z 22 mln mieszkańców tego miasta na masowe testy na Covid-19.

Władze stolicy Chin chcą uniknąć scenariusza z Szanghaju, który od miesiąca objęty jest lockdownem, a mieszkańcy Pekinu robią zapasy na wypadek przedłużonej blokady, jak w Szanghaju.

Zamieszkany przez 25 mln ludzi Szanghaj, uznawany za najbogatsze miasto Chin, od przełomu marca i kwietnia objęty jest surowym lockdownem, a w mediach pojawiają się doniesienia o niedoborach żywności i lekarstw, braku dostępu do pilnie potrzebnej opieki medycznej oraz trudnych warunkach w masowych ośrodkach kwarantanny.

Władze Szanghaju twierdzą, że część restrykcji zostało już złagodzonych, ale większość mieszkańców wciąż nie może wychodzić z mieszkań lub osiedli.

Tymczasem miasto Hangzhou - centrum handlu elektronicznego i siedziba m.in. technologicznego giganta Alibaba Group Holding Ltd. i producenta gier NetEase Inc. - jest kolejnym chińskim ośrodkiem, którego władze podejmują twarde działania, aby uniknąć losu mieszkańców Szanghaju - miasto rozpoczęło masowe testy na Covid-19.

Z kolei częściowe lub całkowite blokady "antycovidowe" wprowadzono w portowych miastach Qingdao i Qinhuangdao, a także w Yiwu - znanym z produkcji ozdób choinkowych. Jak wskazują eksperci może to jeszcze bardziej pogorszyć globalne problemy z łańcuchami dostaw, gdy władze tych miast podejmują szybkie działania w celu stłumienia nawrotów koronawirusa.

Odradzanie się Covid-19 w Chinach powoduje też poważne spowolnienie zapotrzebowania na ropę, produkty ropopochodne i obniża marże firm. Odbudowa popytu na paliwa może nastąpić dopiero, gdy sytuacja zdrowotna w tym kraju się uspokoi.

Zapasy ropy w Chinach wciąż rosną. Wg wyliczeń firmy Kpler, zajmującej się danymi i analizami rynków ropy, zapasy ropy w Chinach wzrosły w IV, w tym rezerwy handlowe i strategiczne, do 891 mln baryłek. To o 2,4 proc. więcej niż w III i najwięcej od I 2022.

Nagromadzenie zapasów ropy w Chinach może spowodować zmniejszenie importu tego surowca w kolejnych miesiącach - oceniają analitycy.

Tymczasem maleje produkcja ropy naftowej w Rosji. Minister finansów Anton Siluanov poinformował, że w 2022 r. Rosja może zanotować spadek produkcji tego surowca nawet o 17 proc.

"Produkcja spadnie. O jaką kwotę? O 17 proc. - może trochę więcej, może trochę mniej" - powiedział dziennikarzom podczas briefingu.

Dodał, że dokładne wolumeny będą zależeć od zagranicznego zapotrzebowania na rosyjski surowiec. "Nie wiemy teraz, które kraje odmówią zakupu (ropy z Rosji), a które nie" - wskazał.

"Rynki ropy nadal są +rozdarte+ między optymistyczną perspektywą jeśli chodzi o podaż ropy, a +niedźswiedzim+ obrazem zapotrzebowania na ten surowiec" - ocenia tymczasem Warren Patterson, szef strategii surowcowej w ING Groep NV.

Patterson dodaje, że ryzyka związane z podażą ropy z Rosji - w związku z wojną na Ukrainie i sankcjami Zachodu na Moskwę - mają charakter długoterminowy w porównaniu z niższym popytem związanym z epidemią Covid-19 w Chinach.

"W rezultacie tego można się spodziewać, że ceny ropy nadal mogą mieć solidne wsparcie" - podkreśla. 

PAP

Chersoń, leżący na południu Ukrainy, to największe miasto, które do tej pory udało się Rosji zdobyć i jedno z pierwszych, które znalazło się pod rosyjską okupacją. Teraz Rosjanie, jak podało CNN, przygotowują w obwodzie "referendum w sprawie niepodległości" tego obszaru. Jak zauważył Wojciech Konończuk wicedyrektor Ośrodka Studiów Wschodnich, wszystko ku temu zmierza. - Drukowanie kart, przygotowanie lokali, także wysyłanie tam FSB - to wskazałoby na to, że referendum jest tylko kwestią czasu - mówił w TOK FM.  

Termin głosowania nie jest znany - w zeszłym tygodniu sztab generalny ukraińskiej armii wskazał, że może być ono szykowane na 1 maja. Choć amerykańska stacja CNN twierdzi, że do takiego głosowania może dojść już w czwartek. Zdaniem eksperta OSW, będzie to jednak "pseudoreferendum, które nie będzie miało nic wspólnego z demokratycznym głosowaniem", a "pytanie będzie prawdopodobnie brzmiało: Czy jesteś za utworzeniem Chersońskiej Republiki Ludowej". 

- Celem jest oderwanie tego obwodu od Ukrainy, analogicznie jak to miało miejsce w 2014 r., w przypadku tzw. donieckiej i ługańskiej republik ludowych - wskazał. I od razu dodał: "Mimo tego, że nie ma do tego poparcia społecznego tam na miejscu - Ukraińcy codziennie pokazują swój sprzeciw, trwają też demonstracje, Rosjanie będą działali na podstawie faktów dokonanych. Niezależnie od tego jak bardzo teatralne, dekoracyjne i fikcyjne będzie to pseudogłosowanie". 

Gość TOK FM był też dopytywany, na ile w mieszkańcach Chersonia jest potencjał do oporu bojowego. - Jakiś czas temu były tego typu incydenty, które wskazywały, że Kijów próbuje tworzyć tam ruch partyzancki. Ale to wymaga więcej czasu - odpowiedział Wojciech Konończyk. - Być może to też jest celem Kijowa, żeby stworzyć tam podziemie zbrojne, które by stawiło opór silom rosyjskim - uzupełnił od razu.  

Według niego, "na pewno jest do tego podstawa". - Choć Ukraińcy tam mieszkający mówią na co dzień głównie językiem rosyjskim, to nie przeszkadza im to w zajmowaniu pozycji proukraińskich, patriotycznych, antyrosyjskich zarazem - podsumował. 

tokfm.pl

Pracownicy ukraińskiego telefonu zaufania w ciągu dwóch tygodni (1-14 kwietnia) odebrali około 400 zgłoszeń dotyczących przypadków przemocy seksualnej ze strony rosyjskich okupantów - przekazała ukraińska rzeczniczka praw obywatelskich Ludmiła Denisowa w wywiadzie dla Public News, który opublikowała na Facebooku. - Naszych pięciu psychologów [pracujących w telefonie zauważania - red.] nie radzi sobie z tym obciążeniem. Poprosiłam więc UNICEF o podwojenie liczby psychologów, aby zapewnić dobrą jakość opieki i zapewnić wypaleniu, także tych psychologów, którzy otrzymują takie apele dzień i noc. A to bardzo straszne przypadki - przekazała rzecznik cytowana przez Agencję Ukrinform.

14-latka z Buczy została zgwałcona przez pięciu rosyjskich żołnierzy. Nastolatka zdecydowała się zatrzymać dziecko, ponieważ po konsultacji z lekarzami okazało się, że po dokonaniu aborcji najprawdopodobniej w przyszłości nie mogłaby zajść w ciążę - informuje Radio Wolna Europa. Obecnie dziewczyna jest pod opieką psycholożki Ołeksandry Kwitko. Oprócz 14-latki kobieta ma pod opieką pięć dziewczynek w wieku od 14 do 18 lat, które zaszły w ciąże w wyniku gwałtu. Najmłodsza ofiara gwałtu, z którą pracuje psycholożka, ma 10 lat. 

Część uchodźczyń, które zaszły w ciążę w wyniku gwałtu i trafiły do Polski, nie mogą dokonać aborcji. Wszystko przez bardzo surowe przepisy, które sprawiają, że wykonanie zabiegu jest praktycznie niemożliwe. Przewodnicząca Centrum Wolności Obywatelskich Ołeksandra Matwijczuk napisała na Twitterze, że "Ukrainki, które zostały zgwałcone przez Rosjan i trafiły do Polski, nie mogą tam dokonywać aborcji".

Matwijczuk podkreśla, że w Polsce istnieje możliwość dokonania aborcji w przypadku gwałtu, jednak sprawa musi trafić do sądu. Dodała także, że psychologowie w Polsce namawiali zgwałconą kobietę do zatrzymania dziecka i "przekonywali ją, że nowe życie jest cudowne". "Niszczą życie obu" - zauważyła przewodnicząca CWO i przekazała, że w Polsce jest prowadzona kampania informacyjna dla ofiar przemocy seksualnej, aby ofiary gwałtów wiedziały gdzie szukać pomocy. 

gazeta.pl