piątek, 8 kwietnia 2022


Zgodnie z informacjami Sztabu Generalnego Siły Zbrojne Ukrainy zadają przeciwnikowi straty i stopniowo wypierają go z okupowanych terytoriów. Lokalna administracja wojskowo-cywilna powiadomiła o całkowitym wyzwoleniu obwodu sumskiego. Według dowództwa operacyjnego „Wschód” w obwodzie charkowskim odparto sześć ataków wroga, a podejmowane przez niego działania zakończyły się niepowodzeniem. Jednostki rosyjskie nacierały na sześć miejscowości w Donbasie i wszędzie poniosły fiasko. Dowództwo Wojsk Lądowych armii ukraińskiej przekazało, że zniszczyło pododdziały 38. Brygady Zmechanizowanej Wschodniego Okręgu Wojskowego.

Minister obrony Ołeksij Reznikow poinformował, że Ukraina wygrała pierwszy etap wojny. Stwierdził przy tym, że było to możliwe w dużym stopniu dzięki uzbrojeniu od partnerów zachodnich. W obecnej fazie konfliktu, w której agresor przeszedł do działań niekontaktowych, armia ukraińska nie potrzebuje znaczących dostaw broni posowieckiej, mającej ponad 30 lat, do której brakuje dostatecznej ilości amunicji. Zdaniem Reznikowa kraj powinien otrzymać uzbrojenie zachodnie (m.in. artylerię kalibru 155 mm), którego obsługę żołnierze są w stanie szybko opanować.

We wszystkich obwodach na południu i wschodzie Ukrainy, w których toczą się walki, najeźdźca bombardował i ostrzeliwał cele cywilne, przyczyniając się do pogłębienia katastrofy humanitarnej. Wskutek ataku rakietowego na dworzec kolejowy w Kramatorsku zginęło około 30 osób, a ponad 100 zostało rannych. W wyniku rosyjskich uderzeń doszło do kilkugodzinnej blokady pociągów ewakuacyjnych ze Słowiańska i Kramatorska, ucierpiała też infrastruktura w Odessie i Nowogrodzie Wołyńskim.

Mer Dniepra Borys Fiłatow zalecił, aby osoby, które opuściły miasto, jeszcze nie wracały, a także wezwał niektóre grupy mieszkańców (m.in. kobiety i dzieci, seniorów czy inwalidów) do ewakuacji. Apel skrytykowały media, które wskazywały, że ogłaszanie ewakuacji leży wyłącznie w prerogatywach administracji rządowej.

W 2022 r. na Ukrainie nie odbędzie się wiosenny pobór do armii. Sztab Generalny przypomniał, że w związku z agresją militarną oraz w celu zapewnienia obronności państwa 24 lutego wprowadzono stan powszechnej mobilizacji. Sekretarz Rady Bezpieczeństwa Narodowego i Obrony Ołeksij Daniłow powiadomił, że wszyscy mężczyźni, którzy bez pozwolenia opuścili kraj, będą musieli wyjaśnić, dlaczego i na podstawie jakich dokumentów, które pozwoliły uniknąć obowiązku mobilizacyjnego, to uczynili.

7 kwietnia ewakuowano 4676 osób, w tym 1205 z Mariupola oraz 2050 z obwodu zaporoskiego. Na 8 kwietnia zaplanowano uruchomienie dziesięciu korytarzy humanitarnych – z miast obwodu donieckiego do Zaporoża i z terenów obwodu ługańskiego do Bachmutu. Ukraińcy, którzy chcą wziąć udział w usuwaniu skutków działań wojennych i pomóc ludności, mogą dołączyć do ochotniczych grup obrony cywilnej. Członkowie tych formacji będą demontować zbędne barykady, udzielać pomocy ofiarom agresji i rozładowywać dostawy humanitarne.

Od 6 kwietnia w Buczy odnaleziono ciała 320 cywilów, a liczba ta rośnie z każdym dniem. Eksperci medycyny sądowej poinformowali, że przyczyną śmierci prawie 90% tych osób były rany postrzałowe, a nie odłamki od pocisków rakietowych czy artyleryjskich. Niemiecka Federalna Służba Wywiadowcza (BND) ujawniła przechwyconą komunikację radiową między rosyjskimi wojskowymi o sytuacji w mieście, która potwierdza, że zabójstw dokonano z premedytacją. Służba Bezpieczeństwa Ukrainy zbiera dowody oraz ustala dane Rosjan i miejscowych kolaborantów odpowiedzialnych za zbrodnie w obwodzie kijowskim. Przesłuchano już prawie 2 tys. świadków i zidentyfikowało 33 kolaborantów. Zatrzymano również 15 osób rabujących pozostawione mienie. W ciągu ostatnich dwóch dni w Kijowie wykryto 16 rosyjskich grup dywersyjnych i rozpoznawczych. Ich członkowie mają być rekrutowani głównie z obwodów donieckiego i ługańskiego.

Białoruska telewizja państwowa przekazała, że linie kolejowe stały się celem ataków dywersyjnych. Tamtejsze MSW poinformowało, że w ciągu ostatnich kilku tygodni na kolei odnotowano ponad 80 aktów „terroryzmu i sabotażu”. Na Białorusi zaobserwowano, że rosyjscy żołnierze, którzy wycofali się z północnej Ukrainy, podróżują skradzionymi samochodami prywatnymi (miały zerwane tablice rejestracyjne i zostały oznakowane literą „V”).

Minister spraw zagranicznych Rosji Siergiej Ławrow stwierdził, że Ukraina rzekomo „odeszła od propozycji”, o których dyskutowano podczas rozmów w Stambule 29 marca. Według niego druga strona przekazała grupie negocjacyjnej projekt umowy anulującej dotychczasowe ustalenia. W odpowiedzi doradca prezydenta Ukrainy Mychajło Podolak przypomniał, że dla Kijowa kluczowa jest formuła międzynarodowych gwarancji bezpieczeństwa. Eksperci pracują obecnie nad dokładnością i spójnością sformułowań zawartych w projekcie dokumentu. Rzecznik Kremla przyznał w wywiadzie dla stacji Sky News, że Rosja poniosła w wojnie „znaczące straty”, lecz nie podał dokładnych danych. Stwierdził też, że liczy na zakończenie konfliktu w najbliższych dniach lub „w najbliższej przyszłości” z powodu osiągnięcia przez Moskwę swoich celów militarnych lub w wyniku negocjacji z Kijowem. Rosjanie od ponad dwóch tygodni nie podają strat własnych. Tamtejszy resort obrony w komunikacie z 25 marca przekazał, że podczas operacji specjalnej na Ukrainie zginęło 1351 żołnierzy, a 3825 zostało rannych.

Szef ukraińskiej grupy negocjacyjnej Dawyd Arachamija rozpoczął konsultacje z wojskowymi, aby zapoznać się z opiniami co do skali ewentualnych kompromisów w rozmowach z Rosją. Pierwsze spotkanie odbył z dowódcami jednostek Sił Zbrojnych Ukrainy w obwodzie czernihowskim. Inicjatywa sygnalizuje, że negocjatorom zależy na poznaniu podejścia oficerów do kwestii dalszego oporu, a także ich stosunku do sposobów rozwiązania konfliktu, w tym możliwości ustępstw związanych z oczekiwaną przez Kreml demilitaryzacją Ukrainy.

Operator gazociągów tranzytowych OGTSU poinformował o przypadkach ingerencji rosyjskich żołnierzy w pracę personelu stacji kompresorowej Nowopskow w obwodzie ługańskim, przez którą przechodzi około jednej trzeciej tranzytu rosyjskiego gazu. Stwierdzono, że działania te zagrażają stabilności całości ukraińskiego systemu gazociągów, a w przypadku ich kontynuowania operator może być zmuszony do wyłączenia stacji, co spowoduje zakłócenia w przesyle surowca do UE. ArcelorMittal, zlokalizowany w Krzywym Rogu największy w kraju kombinat metalurgiczny, oznajmił rozpoczęcie przygotowań do wznowienia produkcji (została wstrzymana 3 marca). 6 kwietnia częściowo powróciła do pracy należąca do Rinata Achmetowa Zaporiżstal.

Według sondażu agencji Rating 64% Ukraińców sądzi, że przywrócenie dobrosąsiedzkich stosunków z Rosją jest niemożliwe, 22% uważa, że zajmie to 20–30 lat, a 10% – do 15 lat. Aż 91% ankietowanych nie zgadza się z tezą, że Ukraińcy i Rosjanie to jeden naród; wskaźnik ten jest niższy we wschodniej części kraju (70%) i wśród osób starszych (85%). Jedynie 29% badanych pracuje w takim samym trybie jak przed wojną, 26% – w ograniczonym zakresie, a 3% znalazło nową pracę. Aż 41% Ukraińców utraciło możliwość zarobkowania, a 20% musiało opuścić miejsce zamieszkania. Inicjatywę pozbawienia mandatu deputowanych partii prorosyjskich popiera 90% ankietowanych, a 86% jest za wprowadzeniem zakazu działalności tych ugrupowań. 74% respondentów chce zerwania związków Ukraińskiej Prawosławnej Cerkwi Patriarchatu Moskiewskiego z Rosyjską Cerkwią Prawosławną, a 51% opowiada się za delegalizacją tej pierwszej.

Według informacji Straży Granicznej RP od początku wojny z Ukrainy do Polski wyjechało 2,57 mln osób. Tylko 7 kwietnia było ich 23,5 tys. (spadek o 3% w stosunku do poprzedniego dnia). Od 24 lutego granicę w przeciwnym kierunku przekroczyło 516 tys. ludzi.

Komentarz

Prowadzona przez Siły Zbrojne Ukrainy operacja obronna powstrzymała dalsze przesuwanie się wojsk agresora w głąb terytorium kraju, a ponoszone straty zmusiły go do wycofania się z części okupowanych terenów. W komunikatach władz podkreśla się jednak duże zagrożenie możliwością rozpoczęcia w najbliższym czasie kolejnej fazy ofensywy na wschodzie i południu. Obecnie Rosjanie kontynuują atakowanie celów cywilnych – w dalszym ciągu dążą do zastraszenia społeczeństwa i wzrostu liczby uchodźców. Zwiększając straty cywilne, Moskwa chce zarazem zmusić Kijów do dalszych negocjacji i ustępstw.

Władze w Kijowie kontynuują dokumentowanie rosyjskich zbrodni ujawnionych w obwodach kijowskim, czernihowskim i sumskim. Kolejne dowody tylko potwierdzają, że zabójstwa ludności cywilnej nie były aktami przypadkowymi ani niekontrolowanymi przez dowództwo działaniami pojedynczych jednostek lub żołnierzy. Zabijanie cywilów stało się częścią strategii szerzenia strachu wśród obywateli, pacyfikowania nastrojów antyrosyjskich oraz eksterminacji osób uznawanych za szczególnie niebezpieczne.

Trwająca agresja wywołuje szybki wzrost samoidentyfikacji narodowej i państwowej Ukraińców oraz ich oddalanie od Rosji. W sierpniu 2021 r. tezę, że Ukraińcy i Rosjanie to jeden naród, popierało 41% badanych, na początku marca – 21%, a obecnie – zaledwie 8%. O ile w sierpniu 75% ankietowanych uznawało się za obywateli Ukrainy, o tyle obecnie odsetek ten zwiększył się do 98%. Zmiana ta ma charakter trwały – nie zależy od ostatecznego wyniku wojny.

osw.waw.pl

Meduza przyznaje, że nagranie wideo przekazał portalowi rosyjski nacjonalista Siergiej Korotkich, którego grupa uczestniczy w wojnie po stronie ukraińskiej. Twierdzi on, że jego podwładni regularnie filmowali z drona pozycje wojsk rosyjskich na południu Buczy. Korotkich jest w sprawie mordu cywilów w Buczy stroną zainteresowaną, bo "prorządowi dziennikarze rosyjscy oskarżają jego i jego grupę, że to właśnie oni zamordowali mieszkańców Buczy 31 marca bądź 1 kwietnia" — przyznaje Meduza.

Portal zapewnia, że również z tego powodu starannie przeanalizował przekazane przez Korotkicha wideo. Przekonał się jednak, że "fałszerstwo jest bardzo mało prawdopodobne".

Świadczy o tym — według portalu — kilka elementów, obok metadanych plików, wskazujących na daty z czasu rosyjskiej okupacji Buczy. To na przykład fakt, że na nagraniu z drona widoczny jest na ulicach sprzęt rosyjski; armia ukraińska nie dysponuje tego rodzaju sprzętem. Prócz tego, by sprawdzić rzetelność metadanych, Meduza zaangażowała dwóch niezależnych ekspertów, którzy "określili czas nagrania za pomocą astronomicznej analizy cieni". Wyniki analizy potwierdziły, że metadane są zgodne z realną datą nagrania. "Pierwsze wideo z zabitymi nie mogło zostać nagrane po 26 marca 2022 roku" — zapewnia Meduza.

Nagranie wideo datowane na 23 marca opublikowane przez Meduzę trwa półtorej minuty. Widać na nim z lotu ptaka ulicę Jabłońską w Buczy. Wzdłuż ulicy widać kształty, które — jak wynika z materiału Meduzy — są identyczne z ciałami zabitych cywilów, których fotografie opublikowano w mediach po wkroczeniu armii ukraińskiej do Buczy.

"Dokonaliśmy geolokalizacji położenia ciał. Jest ona całkowicie zbieżna z umiejscowieniem ciał, które policjanci ukraińscy i dziennikarze sfotografowali i sfilmowali 1 i 2 kwietnia, po wycofaniu się z miasta wojsk rosyjskich" — piszą autorzy materiału.

Podkreślają, że "wszystkie ciała sfilmowane z lotu ptaka nie tylko leżą na tych samych miejscach, ale i w tych samych pozach, jak na zdjęciach zrobionych z ziemi".

Na nagraniach z drona widać też w pewnej odległości od zabitych sprzęt wojskowy przypominający ten, którego używają wojska rosyjskie. Na jednym nagraniu widać ludzi stojących obok tych pojazdów.

onet.pl

czwartek, 7 kwietnia 2022


Wczoraj niemiecki wywiad poinformował o swoich ustaleniach odpowiednie służby parlamentarne w Berlinie. „Nagrania z podsłuchów najwyraźniej całkowicie obalają rosyjskie zaprzeczenia – taką wiadomość służby przekazały rządowi niemieckiemu – pisze SPIEGEL.

– Mają to być wiadomości radiowe odpowiadające lokalizacji ciał znalezionych wzdłuż głównej drogi. Na przykład w jednym z komunikatów radiowych żołnierz miał opisać innemu, że on i jego koledzy zastrzelili osobę na rowerze. Zdjęcie zwłok człowieka z rowerem obiegło cały świat – czytamy na portalu.

W innej przechwyconej rozmowie radiowej mężczyzna mówi: „najpierw przesłuchaj żołnierzy, a potem ich zastrzel”. Materiały wskazują również, że w okrucieństwach brali udział członkowie rosyjskich jednostek najemnych, takich jak Grupa Wagnera.

Według materiałów BND nie były to ani przypadkowe działania, ani działania pojedynczych żołnierzy, którzy wymknęli się spod kontroli. Wynika z nich, że żołnierze mówili o okrucieństwach tak, jakby opowiadali o swoim codziennym życiu – pisze SPIEGEL.

Po wycofaniu się wojsk rosyjskich na ulicach Buczy odkryto masowy grób i dziesiątki ciał cywilów leżących na ulicach. Niektórzy z nich mieli związane ręce, a na innych ciałach widać było ślady tortur. Rząd rosyjski stanowczo zaprzeczył, jakoby rosyjskie siły zbrojne były odpowiedzialne za te zbrodnie wojenne. Rosja oskarżyła Ukrainę i Zachód o „zainscenizowanie” masakry. Argumenty strony rosyjskiej zostały jednak całkowicie obalone przez zdjęcia satelitarne wykonane w połowie marca. Już wtedy na ulicach Buczy widać było ciała cywilów zabitych przez wojska rosyjskie.

belsat.eu

W celu identyfikacji zwłok i ustalenia okoliczności śmierci mieszkańców Buczy planowana jest ekshumacja z masowego grobu w tym podkijowskim mieście; prokuratura przygotowuje decyzję – poinformowała ukraińska rzeczniczka praw człowieka Ludmyła Denisowa w Telegramie. 

Po wizycie w Buczy Denisowa oświadczyła we wtorek 5 kwietnia, że oprócz masowego grobu przy cerkwi św. Andrzeja widziała również izbę tortur, którą zorganizowali czeczeńscy bojownicy, tzw. kadyrowcy: "Ciała zostały już zabrane na ekspertyzę, jednak na ścianach i na podłodze zostały kałuże krwi. Pomieszczenie, które w pośpiechu opuszczali bojownicy, jest pełne pustych butelek po alkoholu i resztek jedzenia, odebranego mieszkańcom."

fakt.pl

Ukraiński wywiad opublikował już listę 1600 żołnierzy, którzy służyli w 64. Brygadzie. Na ich czele stoi wyjątkowo religijny i wierzący podpułkownik Azatbek Omurbekov, którego już ochrzczono przydomkiem „Rzeźnika z Buczy”.

Jak wyśledzili wolontariusze z ukraińskiej agencji InforNapalm, w listopadzie ubiegłego roku wojskowy ten w Chabarowsku został pobłogosławiony przez prawosławnego duchownego. Po nabożeństwie miał przyznać, jak ważna w jego życiu i pracy wojskowego jest religia.

– Historia pokazuje, że większość naszych bitew toczymy duszami. Broń nie jest najważniejsza. Kościół jest miejscem, w którym możemy przyjąć komunię i przygotować się na nadchodzące wydarzenia – przytacza wypowiedź pułkownika Omburekova „New York Post”.

Jak donosi ukraiński wywiad, 64. Brygada, po wycofaniu z Buczy i podkijowskich miejscowości, przetransportowana została na wschodni odcinek frontu. Tam teraz planowana jest główna rosyjska ofensywa i próba zdobycia przez Rosjan obwodów donieckiego i ługańskiego, a może nawet całej lewobrzeżnej Ukrainy. Zdaniem generała Skrzypczaka, po Buczy życie rosyjskich żołnierzy na Ukrainie zmieni się nie do poznania.

– Te informacje już dotarły do wojska ukraińskiego i już nie będzie "zmiłuj się". Ja, jako żołnierz, gdybym zobaczył, co zrobili Rosjanie z moimi współobywatelami, to bym nie brał jeńców – mówi Faktowi Skrzypczak.

Społeczność międzynarodowa nie tylko wyraziła oburzenie ludobójstwem, ale też coraz głośniej wspomina się o konieczności ścigania odpowiedzialnych za tę zbrodnię ludobójstwa. Przemawiając na forum ONZ prezydent Ukrainy, Wołodymyr Zełenski zaapelował do społeczności międzynarodowej, by stworzyć trybunał karny dla rosyjskich morderców, przypominający Trybunał Norymberski, powołany do osądzenia zbrodniarzy hitlerowskich.

Zdaniem generała Skrzypczaka, niedługo może już nie być kogo karać.

– Osądzić trzeba by przede wszystkim dowódców. Jeżeli chodzi o szeregowych tej jednostki, to nie będzie po tej wojnie kogo sądzić, bo wszystkich Ukraińcy wybiją – przewiduje generał Skrzypczak.

fakt.pl

Jak Rosjanie zachowywali się po wejściu do wsi?

Z tego, co opowiada mój tato, trochę strzelali. Zniszczyli kilka domów, zginęli nasi sąsiedzi. Podpalili też zabytkową cerkiew. Myślę, że zrobili to specjalnie, bo dzwonnica cerkwi jest dość wysoka i służyła mieszkańcom do obserwowania okolicy. Spalenie jej nie było przypadkiem. Dziadkowie mają dom tuż obok, od wybuchu wyleciały im wszystkie okna. Na szczęście dom ojca nie ucierpiał, nie stoi w centrum wsi.

Mieszkańcy opowiadają, że rosyjscy żołnierze to przeważnie młodzi mężczyźni, 19 i 20-letni. Są głodni, włamują się do sklepów i kradną, co wpadnie im w ręce. Wyważyli drzwi w przedszkolu, zabrali stamtąd materace i poduszki. Kilku przyszło przenocować, wyrzucili właścicieli z domu, ale nie zrobili im krzywdy. Po prostu chcieli się wykąpać i przespać w normalnych warunkach. Z domu zniknęły bokserki i skarpety. Żartujemy sobie, że druga najsilniejsza armia świata walczy w majtkach z mojej wsi. To oczywiście bardzo śmieszne, gdyby nie było takie straszne. Bo ludzie giną.

noizz.pl

Eksperci uważają, że z około 120 Batalionowych Grup Taktycznych (BTG), które Rosjanie rozmieścili na terytorium Ukrainy, ponad 20 zostało całkowicie zniszczonych. Inne utraciły tak wiele sprzętu wojennego, pojazdów i żołnierzy, że bez zastępstwa dla poległych lub rannych oraz bez wymiany lub długotrwałej konserwacji uszkodzonego sprzętu nie nadają się do rozmieszczenia, tzn. nie są natychmiast dostępne. — Siły rosyjskie poniosły straty przekraczające wyobraźnię, niektóre szacunki mówią o 10-15 proc., ja stawiałbym to bliżej 30-50 proc. oddziałów bojowych z pierwszej linii frontu — mówi na przykład Mark Hertling, były głównodowodzący armii USA w Europie.

Według szacunków NATO z zeszłego tygodnia, Rosja straciła do 40 tys. żołnierzy, którzy zginęli, zostali ranni, wzięci do niewoli lub zdezerterowali. A tych, którzy pozostali, nie da się łatwo zebrać w nowe jednostki bojowe. — To nie jest gra komputerowa czy strategiczna typu Stratego — te siły nie opuszczają jednego obszaru, by walczyć w innym" — pisze Hertling. Zwraca uwagę, że wojska rosyjskie już wcześniej spędziły miesiące na terenie Białorusi na ćwiczeniach oddziałów "w terenie", a następnie przeżyły 6 tygodni intensywnych walk. "Czynniki fizyczne, psychiczne i emocjonalne odcisnęły swoje piętno.

— Wielu z nich dopuściło się zbrodni wojennych. Te oddziały, moim zdaniem, są skończone — powiedział Hertling. Podobnego zdania jest czołowy brytyjski strateg wojskowy Lawrence Freedman. — Spośród jednostek biorących udział w pierwszej fali inwazji, często elitarnych, niektóre zostały zdziesiątkowane o połowę, a inne nawet bardziej — pisze Freedman. — Niektóre jednostki zostały zużyte do tego stopnia, że nie można ich przesunąć; inne nie są sprawne, przynajmniej w przyszłości.

Ponadto, zdaniem Hertlinga, mamy do czynienia z niekorzystnym czynnikiem odległości: Rosja ma do pokonania znacznie dłuższe drogi z północy na front wschodni niż Ukraina, co nie jest bez znaczenia, biorąc pod uwagę i tak już poważne problemy logistyczne, z którymi boryka się rosyjskie wojsko.

Strateg wojskowy i ekspert ds. Rosji Michael Kofman z wojskowego ośrodka analitycznego CNA w Arlington zwraca uwagę, że Moskwa straciła już w tej wojnie sprzęt wojenny dla co najmniej 30 batalionów, a obecnie osiąga granice możliwości kadrowych i sprzętowych. — Rosyjskie wojsko zebrało wszystko, co mogło z pozostałych oddziałów, w tym z zagranicznych baz wojskowych i Kaliningradu — powiedział Kofman. — Obecnie nie ma już prawie nic, co można by tam wysłać, poza batalionami, które niedawno przybyły, by wesprzeć ofensywę w Donbasie.

Rosja nadal może dysponować znacznymi siłami na wschodzie, ale są one obecnie znacznie mniejsze niż na początku wojny. Ekspert ds. rosyjskiego wojska ocenia, że Moskwa dysponuje obecnie jedynie około 80 batalionowymi grupami bojowymi (BTG), jeśli chodzi o liczbę żołnierzy biorących udział w wojnie z Ukrainą. Ponadto wielu poborowym, którzy dwa razy w roku są zastępowani, wygasają kontrakty, a nowi poborowi, którzy zostali powołani do wojska 1 kwietnia, nie nadają się do służby, ponieważ nie ukończyli nawet szkolenia podstawowego. Według Kofmana, krążą pogłoski, że rekruci, którym kończy się okres służby wojskowej, są obecnie nakłaniani za pomocą dużych pieniędzy lub nawet gróźb do podpisania kontraktów jako żołnierze tymczasowi.

Krótko mówiąc, po ciężkich stratach w ostatnich tygodniach Rosja ma problem ze znalezieniem wystarczającej liczby żołnierzy do przeprowadzenia dużej ofensywy na wschodniej Ukrainie. Przynajmniej jeśli prezydent Władimir Putin nie zarządzi powszechnej mobilizacji. W końcu za nazwanie rosyjskiej wojny w Ukrainie wojną, a nie "operacją specjalną", jak przedstawia ją Kreml, grozi teraz kara wieloletniego więzienia.

Powszechna mobilizacja, która pozwoliłaby na przedłużenie służby wojskowej i aktywizację rezerwistów, byłaby równoznaczna z przyznaniem, że na Ukrainie toczy się prawdziwa wojna. W ten sposób Putin politycznie zapędził się do narożnika, który uniemożliwia mu zmobilizowanie sił zbrojnych, jakich według zachodnich ekspertów wojskowych Rosja potrzebowałaby do zajęcia znacznej części wschodniej Ukrainy.

Rosyjska doktryna wojskowa jest również przeznaczona do obrony, a nie do prowadzenia długotrwałej wojny lądowej — powiedział Kofman. — Rosji brakuje logistyki i siły roboczej, aby utrzymać tego rodzaju walkę w największym kraju Europy. Prowadzi to obecnie do paradoksu związanego z kontynuacją wojny na wschodzie Ukrainy: z jednej strony mamy armię rosyjską, która nadal wyraźnie przeważa pod względem wyposażenia wojskowego, ale nie ma wystarczającej liczby ludzi.

Po drugiej stronie znajduje się armia ukraińska, która ma wystarczającą liczbę personelu, ale nie ma wystarczających środków na jego wyposażenie. Mogłoby to doprowadzić do wojny na wyniszczenie między obiema stronami, w której, w sumie, Ukraina może być w lepszej sytuacji — uważa Kofman. Zwłaszcza że — jak zauważa były głównodowodzący Hertling — Rosji nie uda się wyeliminować ogromnych braków w logistyce, koordynacji ataków i morale wojsk, jakie wykazywała do tej pory.

Ukraińcy również ponieśli straty, ale nie tak duże jak Rosjanie i mogli nadal liczyć na wsparcie ludności i krótkie drogi zaopatrzenia. Hertling jest więc nawet nieco bardziej optymistyczny co do szans Ukrainy na sukces niż rosyjski ekspert Kofman. — Nadal wierzę, że Ukraińcy muszą — i pokonają — armię rosyjską, a może nawet ją zniszczą — mówi Hertling.

onet.pl

— W pierwszych dniach, może nawet dwóch tygodniach od rozpoczęcia wojny było ciężko. Ludzie z Braniewa zadawali sobie pytania, czy nie uciekać? Ja również miałam takie myśli, czy nie oddalić się gdzieś w bezpieczne miejsce. Baliśmy się bardzo. Żyjemy przecież tuż przy granicy z Rosjanami — mówi Onetowi Anna Kowalczyk, dyrektor Braniewskiego Centrum Kultury.

Później do Braniewa, jak i kolejnych miast i miasteczek w Polsce zaczęli napływać uchodźcy wojenni z Ukrainy.

— To zmieniło nasze nastroje. Ludzie przychodzą do nas po pomoc. Można powiedzieć, że w Braniewie jesteśmy na pierwszej linii frontu z pomocą humanitarną. Nie jest łatwo. Czasem musimy wychodzić, popłakujemy sobie gdzieś na osobności. Widzimy cierpienie Ukraińców. Niektórzy przyjechali do Polski dosłownie z jedną walizką. Ich historie są przerażające – opowiada Anna Kowalczyk.

Braniewo leży kilka kilometrów od granicy z Federacją Rosyjską, nieopodal obwodu kaliningradzkiego. To niewielkie miasteczko, które liczy sobie kilkanaście tysięcy mieszkańców.

Jeszcze kilka lat temu przyjeżdżało do niego wielu Rosjan. Ludzie nawiązywali znajomości, kwitł handel.

— Jak Rosjanin do nas przyjeżdżał, to zostawiał dużo pieniędzy. Ale i nam się opłacało do nich jeździć. Pamiętam czasy, jak płaciłam u nich dużo mniej za benzynę. Tańsze były też papierosy i dobra wódeczka. Handel kwitł. To wszystko zaczęło się urywać, gdy — uwaga będę polityczna – PiS doszedł do władzy. Ograniczenie małego ruchu granicznego uderzyło w nas wszystkich – zaznacza.

W 2016 r. rząd zdecydował o zawieszeniu umowy o zasadach małego ruchu granicznego z Federacją Rosyjską. Była ona wówczas podyktowana względami bezpieczeństwa narodowego w związku z organizacją przez Polskę Szczytu NATO oraz Światowych Dni Młodzieży.

Później do biurokratycznych kwestii i regulacji doszła jeszcze pandemia i utrudnienia dla firm, co uderzyło po kieszeniach wszystkich, którzy żyli z handlu w strefie przygranicznej.

Przed wojną w Braniewie i okolicach sporo mówiło się o lockdownach, inflacji, zamykaniu biznesów, bezrobociu i tym, że czasy kwitnącego polsko-rosyjskiego handlu odeszły do lamusa. Ludzie martwili się o swoją przyszłość.

W 2022 r. optyka się zmieniła. Doszedł czynnik, którego wcześniej praktycznie tu nie było. To strach przed sąsiadem z drugiej strony granicy i nienawiść do Rosjan. — Czuję ogromną pogardę do tych ludzi. Jestem tylko kierownikiem hotelu, ale gdyby ode mnie to zależało, żaden Rosjanin już tutaj by nie zanocował. Za to, że dają zezwolenie na wojnę i nie potrafią poradzić sobie ze swoim prezydentem. Za te wszystkie zdjęcia z Buczy. Za te pomordowane dzieci, za te wiązane z tyłu ręce. Za strzały w tył głowy. Ja przeżyłam Katyń z lekcji historii. Jak zobaczyłam zdjęcia z Buczy, od razu miałam to przerażające skojarzenie — mówi kierownik hotelu Warmia-Spa Sylwia Dombrowska.

— Nie wiem, czy nawet pokolenie moich dzieci będzie w stanie zapomnieć, co zrobili Rosjanie — dopowiada.

Od mieszkańców Braniewa słyszę, że Rosjan jest teraz w okolicy bardzo mało. I że jak nawet jakiś się pojawi, to są Polacy, którzy – niekiedy w wulgarny sposób — pokazują "sąsiadowi", co myślą o ich przywódcy i wojnie, którą rozpętał.

Dombrowska uważa, że od czasów wojny "stosunek wielu braniewian do Rosjan zmienił się o 180 stopni". Przyznaje jednak, że wynika to również ze strachu. — Boję się, że mogą wejść Rosjanie. Ktoś się może z tego śmiać, ale zapewniam, że inaczej się patrzy, jak się mieszka rzut beretem od granicy z Rosją. Te wszystkie rakiety z Kaliningradu pewnie nie będą skierowane na Braniewo, a na większe miasta. Nas rozjadą czołgami. Pytanie, czy zdążymy uciec.

— Od czasu tej wojny, patrzę częściej w niebo. Pan, nie patrzy? Widzę więcej samolotów. Wcześniej, kto o tym myślał?

Kierownik hotelu w Braniewie mówi, że od czasu rozpoczęcia wojny ucięła kontakty z wszystkimi Rosjanami. — Miałam znajomych po tamtej stronie granicy. Dzień czy dwa po ataku Rosjan dzwonię do Nataszy i pytam jej, co to ma być? A ona mi odpowiada, że nic, że to żadna wojna, że Rosjanie pojechali tam w zamiarach pokojowych. Nie chciałam z nią dalej gadać. Numer już wykasowałam.

W pobliżu Braniewa są dwa przejścia graniczne. Jedno w Gronowie, które od lat pozostaje zamknięte. Drugie w Grzechotkach.

Do przejścia w Grzechotkach wiedzie kilkupasmowa droga. Po południu praktycznie nie widać tu żadnych aut.

W Gronowie, tuż przy samej granicy, stoją opuszczone od lat sklepy. Teren wokół nich jest zarośnięty, parkingi pełne kolein i dziur. Ma się wrażenie, że nikt o to nie dba. Do dzisiaj można zobaczyć tu wielkie tablice z rosyjskimi napisami, które witały ludzi wjeżdżających od strony Kaliningradu.

Niecały kilometr od rosyjskiej granicy wychował się Andrzej Demko, Ukrainiec, który w Braniewie prowadzi dużą firmę Meble Okmed. — Pracuję i mam kontakt z Rosjanami. Jako do ludzi, osobiście, nic do nich nie mam. Ci, których znam, mają inne zdanie o tej wojnie. Tylko nie mogą o tym mówić głośno, bo się boją — mówi Onetowi.

— Mam dobrego znajomego, Rosjanina. Ma żonę Ukrainkę. Ta sytuacja wszystkich przerasta. Retoryka po stronie Rosjan jest niewyobrażalna, ale dla niego jest to jednak szara rzeczywistość. W Rosji mają tak bardzo prane mózgi, że są w stanie uwierzyć w to, co dyktuje im chory człowiek.

Po rozpoczęciu wojny Demko skrzyknął kilku lokalnych przedsiębiorców i wspólnie zorganizowali pomoc dla Ukraińców. Zatacza ona szersze kręgi, a kolejne dary transportowane są teraz na Ukrainę.

Demko podkreśla, że w tej całej sytuacji bardzo ważne jest spojrzenie na relację "człowiek z człowiekiem".

— Każdy z nas pamięta z czasów wojny napięte sytuacje między Polakami a Ukraińcami. Ja wychowałem się 800 metrów od rosyjskiej granicy. Tam jest takie społeczeństwo, które po akcji "Wisła" zostało przez władzę ludową zapomniane, czyli nierozdzielone. Dlatego do dziś wychowujemy się w tej kulturze, rozmawiamy po ukraińsku. Wszyscy się temu dziwią, że było to możliwe. Ale to było możliwe dzięki Polakom, którzy praktycznie do tego podchodzili. Bo oceniali nasz naród normalnie. Nie pozwolili, by przeszłość wojenna zabiła te relacje. A relacje człowieka z człowiekiem pozwoliły to wszystko utrzymać.

onet.pl

— Izium ryglował od północy pozycje ukraińskie. To była wyraźna linia obronna na rzece, która teraz została pokonana. Rosjanie próbują wyjść na tyły zgrupowania ukraińskiego, ale w tym miejscu Ukraińcy przygotowywali się osiem lat do obrony i mają całkiem spore siły, a na dodatek przerzucają jeszcze dodatkowe oddziały z zachodu Ukrainy — opisuje sytuację na froncie południowym w Ukrainie analityk.

Podkreśla, że patrząc na ten obszar Ukrainy, należy szczególnie zwrócić uwagę na miejscowość położoną około 80 km na zachód Kramatorska, miejscowość Dowhenke. — Od trzech dni toczy się tam wielka bitwa pancerno-zmechanizowana. Może "Łukiem Kurskim" tego nazwać nie można, ale to jest tam duża bitwa wojsk pancernych i zmechanizowanych — uważa Wolski.

Sytuacja wziętej od północy i częściowo także ze wschodu armii ukraińskiej może wydawać się trudna. Wolski ocenia jednak, że na tym odcinku doszło do pata. — Obie strony ponoszą straty. Do weekendu powinniśmy wiedzieć, czy Rosjanie wejdą w przestrzeń operacyjną Ukraińców, czy też nie. Moim zdaniem, nie wygląda na to, żeby obrona ukraińska miała pęknąć.

— To jest niebezpieczna sytuacja dla Rosjan, bo oni zużywają teraz ostatnie rezerwy, które mają przerzucone z innych odcinków. One zostały rzucone na południowy wschód Ukrainy. Jeżeli jednak teraz Rosjanie nie odniosą na tym odcinku zdecydowanego powodzenia, to albo dojdzie do rozmów pokojowych, albo Rosjanie będą potrzebowali około miesiąca przerwy, żeby zebrać świeże siły – ocenia Wolski.

Teoretycznie Rosjanie mają jeszcze w odwodzie siły, które wycofali z rejonu Kijowa. — Ale one potrzebują jeszcze dwóch, trzech tygodni, by się przegrupować — zauważa Wolski.

Zdaniem analityka, armia rosyjska jest wyczerpana, a to ma wpływ nie tylko na obecne działania wojenne w Ukrainie. — Moim zdaniem, to jest ostatnia duża operacja ataku na poziomie strategicznym ze strony Rosjan w najbliższych 5-10 latach. Rosjanie będą jeszcze w stanie jakoś dokończyć tę wojnę w Ukrainie, ale potem – ze względu na straty i zniszczenia w sprzęcie – będą musieli się zatrzymać. Na wiele lat.

onet.pl

środa, 6 kwietnia 2022


Putinflacja - tak część inflacji w Polsce określają ekonomiści banku Pekao. W swojej analizie wskazują, że według nich polityka Władimira Putina odpowiada za ponad 1/3 obecnej inflacji w Polsce. Chodzi o efekty przykręcenia kurka z gazem w połowie 2021 r. (pierwsze sygnały o tym były już pod koniec czerwca), co potęgowało presję kosztową w Europie. Zdaniem ekspertów z Pekao, to wtedy, a nie w momencie inwazji Rosji na Ukrainę i sankcji Zachodu na Rosję, rozpoczęła się wojna ekonomiczna na linii Rosja-Zachód.

Z wyliczeń ekonomistów z Pekao wynika, że gdyby nie czynniki geopolityczne, inflacja w Polsce wynosiłaby obecnie ok. 6 proc. (wobec 10,9 proc. w marcu, według najnowszych danych GUS). W najgorszym momencie - na przełomie 2021 i 2022 r. - tempo wzrostu cen w Polsce nie przekraczałoby 8 proc. Tymczasem w rzeczywistości wyniosło 8,6 proc. w grudniu 2021 r. i 9,4 proc. w styczniu 2022 r.

- Wzrost cen gazu na jesieni 2021 miał wiele źródeł, np. wzrost popytu (zwłaszcza z Azji), bezwietrzna pogoda we wrześniu... Jednak 70 proc. odpowiedzialności przypisujemy Putinowi, gdyż opróżniając rezerwy gazu w Europie, zadziałał na wyobraźnię i wywołał niemal panikę na rynku - wyjaśniają ekonomiści banku Pekao. Wskazują, że szantaż gazowy Putina widać nie tylko w cenach tego surowca. Wysokie ceny gazu zaczęły bowiem wymuszać czasowe zwiększenie zużycia węgla, mocno podbijając jego cenę. Ceny węgla, obok rosnących cen praw do emisji CO2, były główną przyczyną drożejącej energii elektrycznej. 

Wyższe ceny gazu to także wyższe ceny żywności oraz produktów, do których wytworzenia potrzeba dużo gazu czy prądu.

- Koszty gazu stanowią 60-80 proc. kosztów produkcji nawozów. Nawozy zaś stanowią 25-40 proc. kosztów produkcji zbóż i pasz. Naszym zdaniem koszty gazu odpowiadają za 50-80 proc. wzrostu cen żywności w ostatnich miesiącach. Częściowo przez kanał oczekiwań - piszą eksperci z Pekao. Zauważają też, że w marcu br. wpływ czynników geopolitycznych podbijał inflację jeszcze mocniej niż w poprzednich miesiącach - to oczywiście efekt wojny w Ukrainie, a szczególnie znaczącego wzrostu cen paliw.

gazeta.pl

To w Rosji tradycja, by tak kłamać?

W czasach Mikołaja I było zalecenie: o przeszłości Rosji można pisać tylko dobrze, o teraźniejszości bardzo dobrze, a zarazem zapewniać, że przyszłość będzie jeszcze lepsza. I tak też pisano. Elity reagowały z nieufnością, ale wielu przyjmowało to do wiadomości, bo skoro taka jest wola władzy, to byli posłuszni.

Dziś Kremla nie obchodzi reakcja Zachodu na oczywiste kłamstwa o rosyjskich - choć się do nich nie przyznają - zbrodniach wojennych?

Ławrowa nawet nie interesuje nasza reakcja na te oczywiste kłamstwa - ani reakcja Amerykanów, ani Europejczyków. Jest on zresztą wręcz nieprawdopodobnym cynikiem. To bezwzględny gracz. Kłamca taki jak Putin.

Dobry dyplomata jak na rosyjskie standardy?

Ależ bardzo dobry. Linia powrotu na pozycję wielkomocarstwową, której początki można datować na ok. 2000 r., gdy Putin został wybrany na prezydenta, jest utrzymywana. Putin i Ławrow są jej wierni. Są też skuteczni, choć Ukraina może być już kąskiem, którym Rosja się zadławi. Oby.

Pan miał okazję poznać Ławrowa?

W Polsko-Rosyjskiej Grupie ds. Trudnych czasami spotykaliśmy się i z nim. Rozmowy dotyczyły bardzo specjalistycznych rzeczy. Pytaliśmy go, dlaczego nie otwierają wszystkich archiwów i dlaczego nie możemy się doprosić całego szeregu materiałów ws. zbrodni katyńskiej, które z całą pewnością są w rosyjskich archiwach. Odpowiadał z kamienną twarzą, że wydał polecenie i kilka razy sprawdzał, że wszystkie materiały są już udostępnione i nic więcej nie ma. A to oczywiście kłamstwo.

W takich sprawach jak białoruska lista katyńska czy działania zespołów oprawców z NKWD, którzy masowo mordowali polskich jeńców wojennych, nic nie mogło zaginąć. W rosyjskim systemie, aby zniszczyć jakikolwiek papierek, musi być polecenie zwierzchności, bo każdy boi się odpowiedzialności - szczególnie w sprawach tak trudnych jak masowe zbrodnie.

Wracając do zbrodni w Ukrainie: kłamstwo o rzekomych "ukraińskich prowokacjach w Buczy" jest nie tylko kierowane do wewnątrz Rosji, bo Kreml chce zwołania posiedzenia Rady Bezpieczeństwa ONZ w tej sprawie.

Takimi zabiegami Rosjanie mówią: taka jest nasza wiedza, a my dobrze wiemy, jak było naprawdę. Jeśli sądzicie inaczej, to udowodnijcie, że było inaczej. Dlatego takie ważne jest, aby to społeczność międzynarodowa badała zbrodnie wojenne Rosjan - nie ukraińska, ale międzynarodowa. W przeciwnym razie Rosjanie będą mówić: Ukraińcy spreparowali tę zbrodnię, przecież neonaziści i banderowcy są zdolni do wszystkiego.

Rosjanie, nawet jeśli zwyczajnie kłamią, a ich zbrodnia jest oczywista, mówią: spróbujcie obalić naszą wersję.

Pan widzi analogie między dzisiejszymi kłamstwami Kremla a tymi czasów Związku Radzieckiego?

Cały system sowiecki był - a teraz rosyjski jest - oparty na kłamstwie. Pozwoliłem sobie te kłamstwa usystematyzować w książce "Pięć kłamstw Lenina". Pokój ludom - żaden pokój. Samostanowienie narodom - żadne samostanowienie. Władza proletariatowi - kłamstwo. Ziemia chłopom - absolutnie nieprawda. Równouprawnienie kobietom - teoretycznie tak, a praktycznie nie. Czas płynie, a w Rosji wszystko à rebours.

Sam system władzy też funkcjonuje w kłamstwie?

Systemy wertykalne są oparte na tym, że jedna osoba ma ogromną władzę i - przynajmniej z zewnątrz tak to wygląda - jest w stanie narzucić swoją wolę całemu państwu. Wyradzają się one z czasem, gdyż do tej osoby dopływa coraz mniej prawdziwych informacji. Bo jeśli ktoś przynosi złe informacje, to traci swoją pozycję. W ten sam sposób wyradzały się systemy faszystowski i leninowsko-stalinowski. A od 2000 r. wyradzał się putinizm, dziś więc obserwujemy wojnę wywołaną przez potwora. Dynamikę takich systemów można zatrzymać tylko siłą.

Nie jest ważne, czy porównamy Władimira Putina do Pol Pota, Adolfa Hitlera, Idi Amina czy Józefa Stalina. Istotne jest, że wszystkie systemy, które personifikowali, działały w podobny sposób i charakteryzowały się masowymi zbrodniami.

gazeta.pl