wtorek, 29 marca 2022


W ostatnich dniach w mediach regularnie pojawiają się informacje o aprecjacji rubla. Obecnie rosyjska waluta jest oficjalnie raptem o ok. 10 proc. słabsza względem dolara niż w przededniu ataku na Ukrainę, choć jeszcze niespełna 3 tygodnie temu deprecjacja przekraczała niekiedy nawet 40 proc. Niektórzy wskazują kurs rubla jako dowód nieskuteczności zachodnich sankcji.

W rzeczywistości rubel faktycznie przestał być walutą swobodnie wymienialną i jego kurs jest zmanipulowany, niespecjalnie warto się nim więc przejmować. Moskwa podjęła szereg działań, które skutkują pozornym umocnieniem rubla w Rosji, z kolei za granicą handel rosyjską walutą jest mocno ograniczony z powodu oficjalnych sankcji i własnych decyzji podmiotów porzucających interesy w kraju Putina.

Rosyjskie władze nie tylko uniemożliwiają mieszkańcom kraju wymianę rubli na dewizy, ale nawet odcinają ich od wypłaty części prywatnych środków (powyżej 10 tys. USD) zgromadzonych na kontach walutowych czy zakazują transferu pieniędzy za granicę. Zagraniczni inwestorzy nie mają możliwości sprzedaży rosyjskich papierów wartościowych i wyprowadzenia kapitału z kraju, co również sztucznie zaniża popyt na twardą walutę. Z drugiej strony eksporterzy są zobligowani do sprzedaży 80 proc. pozyskanych dewiz, co z kolei sztucznie wspiera popyt na rubla. Pojawiają się również opinie, że aprecjację napędzają zapowiedzi Moskwy, że będzie ona wymagała od Europejczyków płatności za gaz w rublach.

Umocnieniu rosyjskiej waluty faktycznie sprzyja także zakres zachodnich sankcji formalnych i nieformalnych, w ramach których Rosjanie nadal mają prawo sprzedawać ropę i gaz na Zachód, a równocześnie mają ograniczoną możliwość importu przeróżnych towarów i usług zagranicznych. Tyle że i z tej perspektywy aprecjacja rubla niewiele zmienia, ponieważ mało kto może i chce Rosjanom sprzedać twardą walutę za ruble - mniejszy niż przed wojną import jest po prostu opłacany z napływu dewiz z eksportu. Na zaniżonym kursie USD/RUB tracą po prostu rosyjscy eksporterzy, ale niekoniecznie korzysta rosyjskie społeczeństwo, ponieważ kraj zapewne i tak notuje obecnie wyraźną nadwyżkę w obrotach z zagranicą (m.in. handlu zagranicznym), co wcale nie jest dla niego pozytywne.

W pierwszych tygodniach inwazji Rosji na Ukrainę mogliśmy zaobserwować wyraźny rozjazd kursów USD/RUB na rynku krajowym i zagranicznym. Działania podejmowane przez Moskwę widocznie ograniczyły wahania (czyt. wzrosty) oficjalnego kursu w samej Rosji, lecz zarówno na "czarnym rynku", jak i za granicą były one wyraźnie wyższe. Na rosyjskiej giełdzie za dolara płacono maksymalnie nieco ponad 120 rubli, podczas gdy na rynku offshore cena przekraczała 150 rubli. Z anegdotycznych doniesień wynika, że u miejscowych cinkciarzy było jeszcze drożej.

bankier.pl

poniedziałek, 28 marca 2022


Rada Bezpieczeństwa, powołana w 1992 roku na wzór zachodnich demokracji, w systemie putinowskim bywa najczęściej porównywana do Biura Politycznego Komitetu Centralnego, a więc ścisłego kierownictwa państwa, gdzie strategiczne decyzje zapadają w gronie kilku najważniejszych osób czy stałych członków Rady. Większość z nich to tak zwane siłowiki, czyli przedstawiciele struktur siłowych w randze generała. W skład Rady wchodzą także niestali członkowie, czyli ci, którzy dostali od Putina szansę na wejście do elitarnego klubu.

Dotychczas większość posiedzeń Rady Bezpieczeństwa wyglądała w sposób następujący: najpierw kilkominutowa pokazucha dla mediów. Putin pytał, kto jest tego dnia obecny, następnie uczestnicy, pełni dostojeństwa, pochylali głowy nad problemami ojczyzny. Panie prezydencie, to, panie ministrze, tamto. Klub dżentelmenów w pagonach i garniturach. Następnie dziennikarze opuszczali salę, kurtyna opadała, a Rada przyjmowała formę spotkań zamkniętych, co pozwalało na większą swobodę wypowiedzi, kamuflowało nieporozumienia wewnętrzne oraz zakrywało przed zagranicą podział wpływów, proces decyzyjny, a często i same decyzje. Jedyne, co mogliśmy odczytać z posiedzeń, to to, że człowiek nominowany na stałego członka Rady stawał się osobą uprzywilejowaną w pionie władzy. Rosyjscy dziennikarze bazujący na swoich źródłach pisali, że przez długie lata Putin działał wewnątrz Rady jako arbiter, wsłuchujący się w opinię przybyłych członków i nierzadko na tej podstawie podejmował decyzje.

Posiedzenie Rady z 21 lutego pokazało jednak, że dotychczasowy modus operandi jest martwy oraz że od pewnego czasu Putin słucha wyłącznie samego siebie, a podwładni - zamiast być doradcami, sprawczymi ogniwami systemu - stali się żołnierzami posłusznie wykonującymi rozkazy. Co więcej, najważniejsze osoby w państwie weszły w rolę potwierdzaczy, którzy choć nie podejmują decyzji, muszą wygłosić jej publiczne poparcie, a tym samym wziąć za nią część odpowiedzialności. Jednak w ramach spektaklu ponurej monarchii zobaczyć można było, że część wywołanych do odpowiedzi nie paliła się do uznania niepodległości obu republik, a zatem można podejrzewać, że tym bardziej nie paliła się do wojny z Ukrainą.

To bardzo niewdzięczna rola analizować posiedzenia Rady Bezpieczeństwa - kto lubi Putina, a kto nie; kto jest za, a kto przeciw; kto z kim zawiera sojusze, a kto prowadzi konflikty, bo przecież to czysta spekulacja. Można jednak, jak z kamerą wśród zwierząt, poprzyglądać się najważniejszym figurom na rosyjskiej szachownicy władzy, spekulując who is who, oraz komu spieszno zabijać Ukraińców i maszerować w zwartym pochodzie swojego wodza.

tvn24.pl

Na podstawie źródeł ukraińskich można szacować, że do początku lutego 2022 roku Siły Zbrojne Ukrainy otrzymały następujący sprzęt przeciwpancerny: 150–175 przyrządów obserwacyjno-celowniczych (wyrzutni) Javelin, ok. 1000–1200 pocisków Javelin w dwóch wariantach produkcyjnych, 2200 granatników przeciwpancernych NLAW. Uzupełnił on zasoby własne, które wynosiły w kategorii sprzętu zakupionego po 2012 roku nie mniej niż: 650 przyrządów obserwacyjno-celowniczych Stugna-P i Korsar oraz blisko 7000 ppk do obu tych systemów. Dodatkowo posiadano minimum 150 systemów wieżowych ze zdwojonymi ppk Barier. Licząc zapas pocisków w pojeździe jako dodatkowe 2–4 ppk, daje nam to około 600–900 rakiet. Należy też pamiętać, że Siły Zbrojne Ukrainy rozpoczęły pozyskiwanie czołgowych ppk odpalanych z luf armatnich, tak więc stare sowieckie Kobry zostały wymienione nanowe rodzime Kombaty. Znając jednostkę ognia w pojeździe i zakładając, że nowe czołgowe ppk otrzymały tylko wozy modernizowane i Bułat, szacować można ich liczbę na 1200–1800 sztuk.

Sumarycznie oznacza to stworzenie stosunkowo nowoczesnego ukraińskiego systemu przeciwpancernego szacowanego sumarycznie na ponad 950 wyrzutni ppk (Javelin, Stugna-P, Korsar, Barier) oraz około 9100 pocisków kierowanych. Jeśli dodamy do tego granatniki NLAW i czołgowe Kombaty, widzimy siłę zbudowanego potencjału. Ponadto Ukraińcy użytkują ponad tysiąc wyrzutni ppk Fagot i Konkurs oraz kilka tysięcy pocisków do nich. Sprzęt posowiecki uznawany jest jednak za wyjątkowo zawodny z racji przekroczonych resursów. Doświadczenia z walk w 2014 i 2015 roku pokazują, że zaledwie kilka procent ppk prawidłowo kontynuuje lot do celu po odpaleniu (!), same zaś ppk z łatwością są zagłuszane przez rosyjskie zestawy aktywnej ochrony Sztora.

Po wybuchu walk, ukraińskie wojska otrzymały dodatkowo bezprecedensowe wsparcie z krajów NATO. O ile kluczowe było zapewnienie świadomości sytuacyjnej oraz łączności, tym niemniej ważne były także transporty materiałowe z różnych państw, nie tylko należących do Sojuszu. Do 5 marca br. dostarczono (lub zadeklarowano dostawę) Ukraińcom: 5000 jednorazowych granatników AT4 ze Szwecji, 2700 granatników przeciwpancernych M72 z Danii, 2000 granatników M72 z Norwegii, 1500 nieujawnionych granatników przeciwpancernych z Finlandii (spekulacje o NLAW), 1000 granatników Panzerfaust-3 z Niemiec (spekulacje o przekazaniu również ok. 450 wyrzutni ppk Milan oraz około 4500 rakiet), 400 granatników Panzerfaust-3 z Holandii, 4500 granatników M72 z Kanady, 200 sztuk nieujawnionych granatników z Belgii, kilkanaście przyrządów celowniczych Javelin i kilkadziesiąt pocisków z Estonii. Wiadomo, że trwały kolejne dostawy ppk Javelin ze Stanów Zjednoczonych. Sumarycznie zatem do potencjału około 950–1000 wyrzutni oraz około 10 000 ppk, mogło dołączyć kilkaset wyrzutni Milan (i kilka razy więcej pocisków) oraz ponad 17 tysięcy granatników, w tym blisko 3000 stanowią nowoczesne NLAW i Panzerfaust-3. Podsumowując wszystkie zasoby, Ukraińcy posiadają prawie 20 tysięcy ręcznych środków przeciwpancernych.

Powyższy potencjał ukraiński, zestawmy z grubsza z polskim. Nie licząc muzealnych ppk Malutka, mowa o blisko 20 przyrządach celowniczych Javelin (z zamówionych 60 egz.)., zapewne kilkadziesiąt pocisków FGM-148F (ze 180 zamówionych) i przede wszystkim 264 przenośne wyrzutnie Spike-LR plus pierwotnie zamówionych 2675 rakiet do nich (z czego około 700 odpalono już na poligonach, a 300 dostarczono z nowych dostaw). Można zasadniczo powiedzieć, że polski potencjał w ręcznych środkach przeciwpancernych wręcz się kurczy, a nie rozbudowuje. Brak ciągle umowy na zakup wież ZSSW-30, zintegrowanych z ppk. Zdecydowanie słabsza ekonomicznie Ukraina, będąc poza sojuszem NATO i Unią Europejską (zatem i politycznie bardziej skomplikowaną sytuacje pod względem zakupu uzbrojenia), toczący od prawie dekady wojnę, posiada obecnie „system” wielokrotnie przekraczający zasoby polskiego wojska, w niektórych rozwiązaniach (NLAW, Kombat), nie ma u nas w ogóle zbliżonych rozwiązań.

„Perłą w koronie” ukraińskich ppk jest zestaw Stugna-P w eksportowej wersji znany jako Skif. Ten ciężki ppk został opracowany w KB Łucz i stanowi de facto ukraiński odpowiednik rosyjskiego Korneta. Trudno go jednak charakteryzować jako „przenośny”, ponieważ w swojej maksymalnej kompletacji waży aż 104 kg. Wyrzutnia cechuje się masą 38,2 kg, panel zdalnego sterowania to 14 kg, sam przyrząd obserwacyjno-celowniczy bez celownika termalnego waży 15 kg, a dokładany celownik termalny kolejne 4,1 kg. Pocisk w pojemniku transportowo-startowym (PTS) ma masę 30 lub 37 kg – zależnie od kalibru. Stugna posiada bowiem dwie rodziny ppk: kalibru 130 mm i 152 mm. Pierwsza z nich ma długość 1360 mm i średnicę PTS równą 140 mm, druga zaś odpowiednio 1435 mm i 162 mm.

Wersja mniejszego kalibru występuje w dwóch wariantach: RK-2S oraz RK-2OF. Obie mają zasięg ognia od 100 do 5000 m, przy czym ta pierwsza posiada głowicę kumulacyjną z prekursorem o zdolności pokonywania ponad 800 mm RHA (nie wliczając prekursora). Wersja RK-2OF posiada z kolei głowicę penetrująco-odłamkową wyposażoną w ładunek klasy EFP, o penetracji 60 mm stali oraz wytwarzającą ponad 600 odłamków. Zdecydowanie potężniejsze są RK-2M-K i RK-2M-OF o kalibrze 152 mm. Zasięg obu jest w zasadzie identyczny (5100 m), ale już zdolności przeciwpancerne przekraczają 1000 mm RHA, nie wliczając prekursora. To wartość odpowiadająca w pełni rosyjskim Kornetom produkowanym od 1994 do 2018 roku. Zbliżony jest także sposób naprowadzania. Pocisk Stugna naprowadzany jest w wiązce lasera (tzw. beam ridder), czyli w zasadzie identycznie jak w Kornecie. Są jednak pewne różnice. Po pierwsze, ppk z Ukrainy ma dość słaby parametrami celownik termalny o zasięgu nocnym zaledwie 3000 m. Po drugie, posiada wygodny pulpit zdalnego sterowania z długim na kilkadziesiąt metrów kablem. Mimo zwiększonej o 14 kg masy zestawu, to bardzo dobre rozwiązanie, zdecydowanie podnoszące przeżywalność operatorów na polu walki. Stugna posiada też quasi top-attack. Ppk leci znacznie nad linią celowania i w wyliczonym momencie nurkuje na cel. Powoduje to, że rosną szanse porażenia górnych powierzchni czołgów (stropu wieży i kadłuba). Co prawda użycie lasera demaskuje fakt ataku na pojazd wyposażony w systemy osłony klasy soft kill (np. Sztora), niemniej tylko nieliczne pojazdy rosyjskie takowe posiadają (T-90, T-90A, T-90M). Można uznać, że skuteczność ppk Stugna jest zbliżona do rosyjskiego Korneta. Mocna głowica z prekursorem, dobry zasięg maksymalny, naprowadzanie w wiązce lasera – to są niewątpliwe plusy tego zestawu. Jego jedynym poważnym minusem jest moduł celownika termalnego o słabych parametrach. Niezależnie do tego można uznać, że Stugna stanowi najgroźniejszy oręż przeciwpancerny w rękach ukraińskich, choć jego mobilność jest rzeczą dyskusyjną. Ppk Barier z kolei stanowi wariant Stugny kal. 130 mm, ale dostosowany do modułów wieżowych.

magnum-x.pl

Piotr Pilewski, redaktor naczelny money.pl: Minął miesiąc od wybuchu wojny w Ukrainie. Jak oceniacie dzisiaj skalę potrzeb pomocy humanitarnej?

Renata Bem, z-ca Dyrektora Generalnego UNICEF Polska: Jesteśmy pod ogromnym wrażeniem tego, co robi społeczność w Polsce, ale i na świecie, która natychmiast ruszyła do pomocy Ukraińcom. Z naszej perspektywy ważne jest, aby zastanowić się teraz nad tym, co dalej. Wiele osób przyjęło do siebie uchodźców z Ukrainy, utrzymują ich, ale już mierzymy się z problemem tego, co ma się wydarzyć z nimi i ich dziećmi. Praktycznie połowa uchodźców to właśnie dzieci, które za chwilę powinny pójść do szkoły, kontynuować edukację. Konieczne jest też zapewnienie opieki zdrowotnej. Jako organizacja humanitarna spoglądamy na konieczność stworzenia systemów do dalszego działania i pomagania.

Co z osobami, które jednak zostały w Ukrainie? Po kilkunastu dniach od rozpoczęcia wojny, kiedy Rosjanie zaczęli atakować obiekty cywilne, pomoc niesiona tym, którzy tam zostali, jest trudniejsza i bardziej skomplikowana?

I tak i nie. Ona jest trudna i skomplikowana od samego początku wojny. Natomiast w kolejnych dniach i tygodniach zwiększyła się liczba organizacji i ludzi, którzy pomagają. Każdego dnia rośnie więc zakres pomocy udzielanej na miejscu. Jako UNICEF rozpoczynaliśmy od stu czterdziestu osób, które w Ukrainie były od ośmiu lat i które od początku tego konfliktu niosły pomoc taką, jaka była możliwa. W tej chwili mówimy już o ogromnej liczbie naszych pracowników, którzy są na miejscu i organizują m.in. mobilne zespoły pomocy zajmujące się ochroną dzieci, ale i wsparciem psychologicznym. Do tej pory wysłaliśmy osiemdziesiąt pięć ciężarówek z najważniejszymi produktami dla mieszkańców Ukrainy. Jesteśmy na bieżąco z przedstawicielami UNICEF, którzy są na miejscu i znają potrzeby m.in. szpitali, więc wiedzą co i gdzie powinno trafić.

Jak pomagać mądrze i jak biznes może pomagać, aby ta pomoc była skuteczna?

Dla nas jako organizacji humanitarnej pomoc jest efektywna wtedy, gdy jest celowana. Zachęcam firmy, które już odpowiedziały na nasze apele, aby kontaktować się z organizacjami charytatywnymi i humanitarnymi, które niosą pomoc i mają dostęp do wiedzy – co i gdzie jest najbardziej potrzebne. Ta pomoc może być dwojaka. Może być to pomoc finansowa, która z naszego punktu widzenia jest też niezwykle istotna, bo pozwala zapewnić ciągłość dostaw. Mamy ogromny magazyn humanitarny w Danii, z którego w ciągu trzech dni jesteśmy w dostarczyć w każdy zakątek świata artykuły pomocowe. Siłą rzeczy trzeba ten największy magazyn na świecie jednak uzupełniać. Są też firmy, które mogą pomagać, przekazując swoje produkty. Produkty, które są najbardziej potrzebne. Zachęcam, aby robić to w mądry sposób – skontaktować się z organizacjami, które mają wiedzę, jak pomóc.

A pomoc na terenie Polski? W kraju jest ponad dwa miliony trzysta tysięcy uchodźców z Ukrainy, w tym połowa to dzieci. Co obecnie jest najbardziej potrzebne?

Szeroko pojęta ochrona dzieci. Pamiętajmy, że do Polski trafia bardzo dużo dzieci, w tym takie, które są oddzielone od rodziców. Trafiają też dzieci z domów dziecka. To są dzieci, które są narażone na przemoc, czy nawet handel ludźmi. Staramy się wraz z rządem i samorządem stworzyć system, który pomoże takim dzieciom zapewnić wszelką możliwą pomoc.

Poza psychologiczną pomocą potrzebna jest też pomoc finansowa. UNICEF ma w najbliższych tygodniach uruchomić program finansowego wsparcia dla najbardziej potrzebujących. Na czym on będzie polegać?

Bardzo blisko współpracujemy z UNHCR (Wysoki komisarz Narodów Zjednoczonych do spraw uchodźców – red.) i będziemy tworzyć program przekazywania środków finansowych uchodźcom z Ukrainy w postaci kart przedpłaconych, na którym znajdą się środki finansowe i które nasi partnerzy będą dystrybuowali. Na obecną chwilę rozmawiamy na temat skali finansowego wsparcia. Na początek będzie to ok. 1500 złotych.

money.pl

W pierwszej fali wyjechało 70 tys. osób, najczęściej do Gruzji, Kazachstanu, Armenii czy krajów, które zwlekały z sankcjami. Prędzej czy później wielu z nich wyląduje w UE lub USA. W kolejnej, kwietniowej fali kraj opuści - wg szacunków - kolejne 70-100 tys. osób - prognozuje agencja Interfax. A i tu mówimy o tych najbardziej zdeterminowanych, którym się udało. Sankcje, jakimi obłożona jest Rosja, nie ułatwiają podróżowania, a i rosyjski paszport na świecie dziś bardziej przeszkadza, niż pomaga.

Potwierdza to Witold Sekulski, zajmujący się pozyskiwaniem talentów w firmie Evolution, zajmującej się oprogramowaniem do gier online. - Masowa ucieczka pracowników IT do innych krajów w najbliższym czasie raczej się nie zatrzyma - mówi.

Na sprawę zwróciła uwagę rosyjska Duma, która - według doniesień rosyjskiej agencji Interfax - próbuje mamić specjalistów specjalnymi programami. Mowa tu o trzyletnim zwolnieniu z podatków dla firm informatycznych, preferencje podatkowe dla firm wdrażających rozwiązania techniczne i - co ciekawe - odroczenie powołania do wojska dla programistów.

- Ze względu na duży spadek wartości rubla, ewentualne trudności z wypłacalnością wynagrodzenia czy zamknięcie działalności firm zachodnich, pracowników IT przed ucieczką raczej to nie powstrzyma - mówi Witold Sekulski.

Dlatego uciekają, przynajmniej ci, którzy mogą. Ciekawie ujął to Konstantin Siniushin, łotewski inwestor, który w początkach konfliktu pomógł wyczarterować samoloty do Armenii dla 300 specjalistów z Rosji. W rozmowie z "Wired" wskazał, że rozpoczęła się pewna transformacja tego środowiska. Jego zdaniem dzieli się na dwie części. Pierwsza będzie chętnie zaspokajać potrzeby rynku lokalnego. Druga to "ci, którzy odpisują na listy przyjaciół, wciąż pytających, jak przesiedlić się za granicę".

Niemniej Mateczka Rosja tak łatwo nie wypuszcza swoich dzieci. - Ciekawostką jest to, że z relacji osób na Twitterze można wyczytać, iż muszą kłamać, że nie zajmują się IT, gdyż osoby o wykształceniu technicznym nie są wypuszczane z Rosji - mówi w rozmowie z money.pl Arkadiusz Talun, CTO w firmie Emplocity, zajmującej się wdrażaniem rozwiązań z zakresu sztucznej inteligencji i automatyzacji w biznesie.

Podobny odpływ programistów dotyczy Białorusi, przy czym ten zaczął się znacznie wcześniej, o czym pisaliśmy w money.pl.

Ciekawym pytaniem jest, co dalej. Kto ich zatrudni? W branży IT niezależnie od geografii jest ogromne zapotrzebowanie na pracowników. Trudno doprawdy wskazać drugą taką, która jest w stanie tak szybko wciągnąć nowe rzuty nieopierzonych jeszcze programistów i wciąż krzyczy o jeszcze. A doświadczeni programiści to podwójnie łakomy kąsek.

(...)

Dlaczego to bolesna strata dla Putina? Bo to fachowcy. Rosyjscy programiści mają taką renomę, że tylko pozazdrościć. Jeśli spojrzeć na ciemną stronę mocy, to również rosyjskojęzyczni cyberprzestępcy (niekoniecznie muszą mieć rosyjski paszport) są jednymi ze skuteczniejszych. To od nich wychodzi większość prób ataków.

Programiści to też na ogół ludzie dobrze uposażeni, wykształceni, posługujący się uniwersalnym językiem angielskim, ceniący sobie zglobalizowany świat, w jakim funkcjonują. To nie jest elektorat, który kupowałby brednie i pokrzykiwania Putina o denazyfikacji.

- Rosjanie mają bardzo bogate tradycje matematyczne, co przekłada się na wysoki poziom nauczania, także informatyki. Nawet w czasie głębokiego socjalizmu, gdy dostęp do najnowszych technologii był bardzo ograniczony, wielu inżynierów rozwijało sztukę programowania za żelazną kurtyną - wyjaśnia Arkadiusz Talun.

I wskazuje za przykład jedną z najpopularniejszych gier w historii - Tetris - dzieło właśnie rosyjskiego programisty w latach 80. - W większości rankingów Rosjanie znajdują się w topie stawki, często nawet wyżej od Polaków, którzy masowo wygrywają różnego rodzaju konkursy i olimpiady - dodaje Arkadiusz Tałun.

I to odbije się Putinowi czkawką. Jak zwraca uwagę Witold Sekulski, do wyrównania tej straty nie wystarczy łapanka. - Nie jest łatwo zastąpić wysoko wykwalifikowanych specjalistów i może to mieć wpływ na wiele gałęzi gospodarki rosyjskiej - wskazuje. - To olbrzymi cios dla nowoczesnej gospodarki Rosji - wtóruje Arkadiusz Tałun.

money.pl

niedziela, 27 marca 2022


O tym, że uczucie niedosytu nie powinno dominować świadczy reakcja rządowych rosyjskich mediów. I tak na przykład agencja Ria Novosti opublikowała duży tekst będący komentarzem do wystąpienia prezydenta USA w Warszawie. Przemówienie Joego Bidena Ria Novosti określa jako zapowiedź antyrosyjskiej "krucjaty w imię demokracji i wolności".

Biden, w ocenie agencji, miał brzmieć jak Ronald Reagan, który – jak przypomina autorka artykułu – określił kiedyś Związek Sowiecki mianem "imperium zła". Stany Zjednoczone pod rządami Reagana realizowały "plan gospodarczego i finansowego zniszczenia Związku Sowieckiego", czemu towarzyszyły "akty dywersji oraz wojna ideologiczna i psychologiczna".

Ria Novosti stwierdza, że wezwanie do uwolnienia się od dostaw surowców energetycznych z Rosji oraz sankcje nałożone na Moskwę to w istocie powtórka polityki Reagana. Co ciekawe przy tym "konflikt w Ukrainie to środek, za pomocą którego Stany Zjednoczone chcą wciągnąć Rosję w wyniszczającą wojnę”. 

(...)

Pozytywny wniosek płynący z lektury programowego tekstu opublikowanego przez Ria jest taki, że niezależnie od histerii i manipulacji, których jest mnóstwo w tekście, jego autorka nie ma złudzeń. Zachód nie toczy żadnej gry z Rosją. Zachód prowadzi zimną wojnę z Rosją i zdecydował się na politykę powstrzymywania, izolacji oraz zrywania więzi z Moskwą. Dla Polski to doskonała wiadomość.

onet.pl

Janusz Schwertner: Co panu najmocniej siedzi w głowie?

Jarosław Wolski, cywilny analityk branży obronnej: Pyta pan o moje pierwsze skojarzenie z wojną? Chyba na zawsze będę kojarzył ten konflikt z wielką, powiewającą flagą NATO.

NATO robi dziś wszystko, co może, by wspierać Ukrainę?

Cały dotychczasowy przebieg tej wojny jest wyrazem triumfu Sojuszu. I to niezależnie od ostatecznego rezultatu konfliktu. NATO sprawdza się jako pakt obronny. Widać też, że wykazało zdolność reagowania na pogarszającą się sytuację w odpowiednim czasie, na długo zanim doszło do inwazji.

W jakim miejscu bylibyśmy dzisiaj, gdyby NATO nie zaangażowało się od samego początku w tę wojnę?

NATO już kilka miesięcy temu – a nie dopiero w dniu inwazji, jak sądzą niektórzy – rozpoczęło gigantyczną pomoc dla Ukrainy: w postaci dostaw uzbrojenia, środków łączności, instruktorów. Ukraińcy non stop, niemal w czasie rzeczywistym, dysponują kompletem informacji w zakresie ruchów wojsk rosyjskich. Otrzymują od NATO to, co jest bezcenne: informacje i świadomość sytuacji. I jeszcze uzbrojenie.

Od kiedy tak naprawdę było jasne, że dojdzie do wojny?

Pierwsze sygnały o możliwej inwazji pojawiły się na wiosnę zeszłego roku. Emmanuel Macron zaproponował objęcie naszego kraju tarczą atomową. U nas nie zostało to potraktowane tak poważnie, jak powinno. Jednak można przypuszczać, że Amerykanie i Francuzi wiedzieli, co się wydarzy, tylko jeszcze nie chcieli powiedzieć o tym wprost. Natomiast od października nie było już żadnych wątpliwości. Partnerzy zachodni z NATO nie pozostawiali złudzeń: Rosja uderzy. To było jasne i determinowało zachowania Sojuszu.

NATO zareagowało na czas.

Gdyby nie to, obraz tej wojny byłby dziś zupełnie inny. Prawdopodobnie Kijów byłby otoczony i ostrzeliwany jak Sarajewo w czasie wojny w Bośni i Hercegowinie. Nie twierdzę, że agresja rosyjska okazałaby się w pełni skuteczna, ale bez wątpienia sytuacja Ukraińców byłaby fatalna. Oczywiście oni bronią się sami, sami przelewają krew, ale bez pomocy NATO znaleźliby się w krytycznym punkcie.

W Polsce wciąż boimy się zdrady, część osób jest przekonanych, że w sytuacji inwazji na nasz kraj, sojusznicy pozostawiliby nas samych.

To z jednej strony wynika z naturalnych lęków, a z drugiej z podsycania strachu przez różnej maści ekspertów. Nie cierpię grania na lękach Polaków. Brzydzę się tym. Nie zgadzam się na sączenie jadu, na opowieści, że "NATO nas zdradzi", "NATO zostawi nas samych", "NATO nie będzie w stanie zadziałać na czas". To wszystko wpisuje się w rosyjską propagandę i jest dla nas potencjalnie niebezpieczne.

Ta wojna nas zmieni?

Powinniśmy zachowywać spokój. NATO w ostatnich miesiącach bezlitośnie obnażyło tych, którzy te lęki podsycali. Widzimy dziś miałkość tej narracji, jej fałsz.

(...)

Wróćmy do samej wojny. W jakich kierunkach może dalej podążać rosyjska inwazja?

Rosja ma zasadniczo trzy wyjścia, jeśli chce rozstrzygnąć ten konflikt militarnie. Pierwsza opcja: ogłaszają powszechną mobilizację, powołują rezerwistów, wyciągają zakonserwowany sprzęt. Jednostki uzupełniają rezerwistami, którzy są szkoleni niejako od nowa. Żeby ten wariant nabrał prawdziwej mocy, Rosjanie potrzebują czasu.

Ile dywizji mogliby wtedy wystawić?

Około dwudziestu, jeśli ogłoszą powszechną mobilizację, ale potrzebowaliby na to co najmniej pół roku. To przeciągnęłoby wojnę na drugą połowę lata. Rosja ze względu na sankcje może nie mieć tyle czasu, a więc i chęci, by zdecydować się na taki krok.

Jaki jest drugi wariant?

On dzieje się teraz. Rosjanie obecnie przygotowują się do rundy drugiej. Wymieniają dowódców, przygotowują świeże siły, planują nową operację. Na szczeblu frontu zajmuje to do dziesięciu dni, dywizji około 4-5 dni, a brygady – do 48 godzin. Jednym słowem, Rosjanie potrzebują czasu na przegrupowanie, ogarniecie bałaganu, jaki mają i ponowne właściwe zaplanowanie operacji.

Niestety mylimy przygotowania z utratą inicjatywy. Obecnie Rosjanie utrzymują swoje zgrupowania pod Kijowem, żeby ogniskować tam uwagę wojsk ukraińskich. Gdy czołówki rosyjskie stoją 20-30 km od miasta, to Ukraińcy nie mogą przerzucić znacznych sił w rejon Ługańska i Doniecka. Obecna kontrofensywa ukraińska na wschód i zachód od Kijowa jest wymuszona samą obecnością sił rosyjskich w okolicach miasta. A przez to Ukraińcy tracą możliwość wsparcia swoich wojsk wypieranych coraz intensywniej przez Rosjan.

W tym przypadku, ekonomicznie czas także gra na niekorzyść Rosji, ale militarnie ta sytuacja im służy: realizują bowiem cel minimalny, czyli wyparcie Ukraińców z korytarza wiodącego z Krymu do Rostowa nad Donem. Cel, do którego jednak dążą to moim zdaniem oderwanie całego Zadnieprza.

Wspominał pan jeszcze o trzeciej opcji.

To ta, która wszystkich elektryzuje, czyli użycie broni ABC: atomowej, biologicznej, chemicznej. Pojawiały się pewne sygnały w krajach zachodnich, że Rosjanie zechcą przeprowadzić uderzenie pod fałszywą flagą, czyli wykorzystać broń chemiczną przeciwko swoim własnym wojskom. Oczywiście te byłyby akurat świetnie przygotowane do obrony.

A Putin zyskałby pretekst do przeprowadzenia ataku.

Wówczas mogłoby dojść do pokazowego ataku na wybrane ukraińskie zgrupowanie przy zastosowaniu ładunków jądrowych małej mocy . Przekaz Rosjan byłby jasny: Ukraińcy użyli broni chemicznej, więc my odpowiedzieliśmy bronią jądrową małej mocy. A teraz siadamy do stołu negocjacyjnego z pozycji siły.

A czy Rosjanie mogą zaatakować ukraińskie miasta bronią atomową?

Nie, taki scenariusz to kompletna bzdura.

Dlaczego?

Mocno upraszając: broni jądrowej nie stosuje się obecnie przeciw miastom w tego typu konfliktach. Jest to z punktu wojskowego i politycznego bez sensu. Tego typu działania mają rację bytu w ramach doktryny "wzajemnego gwarantowanego zniszczenia", czyli obrzucania się atomówkami przez mocarstwa.

Więc jeśli już, to w Ukrainie Rosjanie mogą zdecydować się na taktyczne użycie broni jądrowej, małej mocy, w ramach amunicji artyleryjskiej, o sile między 0,5 do 5 kiloton. Czyli o mniejszej niż w przypadku Hiroszimy i Nagasaki. To jednak także mało prawdopodobne. Wtedy ewentualnym celem — jak wspomniałem — byłyby brygady ukraińskie, a cała operacja służyłaby zastraszeniu Ukraińców. Ale powtórzę: twierdzenie, że Putin rzuci atomówkę na ukraińskie miasto, to bzdury.

Czuć w panu spokój, że do tego nie dojdzie.

Z jednym zastrzeżeniem: mowa o Putinie, który nie miał skrupułów, żeby wydać rozkaz użycia broni chemicznej na terenie Wielkiej Brytanii – a więc na terenie państwa NATO! - wobec Siergieja Skripala. Mimo wszystko, nie spodziewam się takiego scenariusza.

To budzi optymizm, podobnie jak pierwszy miesiąc ukraińskiej obrony. Jednak równolegle Rosjanie każdego dnia osiągają kolejne cele. Idzie im gorzej, niż myślano, ale ich przewaga jest przecież ogromna.

Siłą rzeczy naturalne jest to, że kibicujemy Ukraińcom. Chcielibyśmy, żeby pokonali Rosjan. Ale trzeba pamiętać, że z jednej strony mamy fiasko początkowych celów rosyjskich – w tym nieudane próby zabicia prezydenta Zełenskiego i wprowadzenia marionetkowego rządu oraz nieudolne okrążenie Kijowa – a z drugiej także szereg mniej czy bardziej wyraźnych sukcesów armii rosyjskiej.

Ma pan na myśli wschód i południe kraju.

Zwłaszcza w rejonie Doniecka i Ługańska Rosjanie wygrywają. Ukraińcy stawiają opór, bronią się, ale finalnie ponoszą ciężkie straty i oddają teren. Przewaga wroga jest na tyle duża – głównie na polu artylerii i lotnictwa – że siłą rzeczy Rosja osiąga tam postępy.

Byłbym ostrożny ze stawianiem tezy, że Ukraina już wygrała. Tylko chciałbym zostać dobrze zrozumiany: Ukraińcy w tym sensie zwyciężyli, że Rosjanie ponieśli fiasko, jeśli chodzi o najważniejszy cel strategiczny, czyli obsadzenie rządu w Kijowie swoimi ludźmi.

Mieli podejść do Kijowa, urządzić tam drugie Sarajewo i z pozycji siły wymusić kapitulację całego kraju. To kompletnie się im nie udało. Armia ukraińska się nie rozpadła, dzielnie walczy, pod Kijowem powstrzymała agresorów. Jednak pamiętajmy: Rosjanie ciągle tam są, a na południu postępują coraz dalej.

Wciąż jednak trudno zrozumieć, skąd tak ogromne błędy rosyjskich wojsk w czasie trwania tej wojny.

One są faktem, ale pamiętajmy, że to, co obserwujemy, nie jest do końca rzeczywistością. To jest dobrze wykreowany obraz medialny. Ukraińcy mają świetnych doradców i doskonale prowadzą wojnę propagandową. Ja nie mam z tym problemu: toczą wojnę obronną, sprawiedliwą i całym sercem im kibicuję.

Trzeba jednak pamiętać, że te wszystkie zdjęcia rosyjskich żołnierzy, wyglądających na zagubionych dzieciaków, tych poborowych w brudnych, podartych mundurach, tych spalonych czołgów, to jest bardzo precyzyjnie tworzony obrazek.

Jednak podkreśla pan, że w niektórych rejonach wojska rosyjskie sprawiły się fatalnie.

Oczywiście. Równocześnie musimy pamiętać, że Rosjanie większość operacji prowadzą wielowariantowo. Czyli: mają jeden plan bardziej pożądany, bardziej ambitny, ale w jego cieniu realizują też inne, mniejsze, nie tak ambitne, ale też satysfakcjonujące. To, co pozostaje bezsporne, to że Rosjanie ewidentnie nie doszacowali Ukraińców, a przeszacowali swoje własne możliwości. Wiele operacji poszło im wyjątkowo fatalnie.

Od początku uderzyli małymi siłami, zbyt małymi, by osiągnąć założone cele. Można przypuszczać, że chcieli nie tylko wziąć Kijów w pierścień okrążenia, oderwać całe Zadnieprze, ale i szybko zdobyć Charków, by tam proklamować republikę ludową. To wszystko nie wypaliło, Charków także został obroniony.

(...)

Co Rosjanom udało się osiągnąć w tej wojnie?

Od początku mieli plan, by wytyczyć korytarz z Krymu do Rostowa nad Donem. Ten korytarz już powstał, a kością w gardle staje Mariupol, który znajduje się na skrzyżowaniu ważnych szlaków komunikacyjnych. Rosjanie koniecznie chcą zdobyć to miasto i pewnie prędzej czy później im się to uda. W związku z tym jestem skłonny dopuścić do siebie myśl, że Rosjanie poszerzą ten korytarz, wypchną Ukraińców z granic administracyjnych separatystycznych republik i wtedy dojdzie do negocjacji pokojowych.

A ceną pokoju może stać się niestety oderwanie Doniecka, Ługańska, a także wspomnianego korytarza wiodącego od Krymu do Rosji. Niemniej obawiam się że nastąpi "runda II" w kwietniu – maju i będziemy świadkami próby zajęcia całego Zadnieprza przez Rosjan.

Co pana najbardziej zadziwiło w dotychczasowej strategii militarnej Rosjan?

To ciekawe zagadnienie. Zgodnie z rosyjską logiką, powinni dysponować tzw. trzema rzutami strategicznymi. Pierwszy: to armia kadrowa, do której powołuje się także rezerwistów i poborowych. Potem jest drugi rzut: to są siły gotowe do walki około osiem miesięcy od ogłoszenia mobilizacji. Mają za zadanie rozwijać działania pierwszego rzutu i przechylać szalę zwycięstwa na swoją stronę, niezależnie od tego, jak mocno wykrwawiły się wojska w pierwszej fazie walk. Mowa tu o 20 dywizjach.

I jest jeszcze trzeci rzut: to są jednostki, które są mobilizowane w okresie do 1,5 roku od decyzji o mobilizacji. To rezerwiści, sprzęt z lat 60. i 70., pozostający w dobrym stanie, ale mocno przestarzały. Jednak gdy Rosjanie posyłają do boju kilkanaście takich dywizji, to w pewnym momencie ilość zaczyna przechodzić w jakość.

To w teorii, a w praktyce Rosjanie postąpili inaczej?

Półtora roku temu widzieliśmy, że rozpoczęli inwentaryzację magazynów i zasobów trzeciego rzutu. Większość analityków, w tym ja, łączyło to raczej z konfliktem w Syrii i możliwymi dostawami dla armii Baszszara al-Asada. I faktycznie, on dostał od Rosjan około 250 czołgów. Z kolei na wiosnę zeszłego roku – akurat w czasie, gdy Francuzi proponowali nam parasol atomowy – widzieliśmy rosyjskie przygotowania do rozwinięcia drugiego rzutu.

To wywołało alarm w państwach NATO.

Tak. Rezerwiści w Rosji zostali wysłani na ćwiczenia, wyciągano pojazdy z magazynów. Od lat nic się w nich nie działo, a nagle były masowo opróżniane. To – jak na Rosję – niby nie wyglądało na działania o wielkiej skali, ale wszyscy zaczęli się obawiać, czy przypadkiem Putin nie postanowi zaatakować Ukrainy. Jednak mobilizacja drugiego rzutu została przerwana w wakacje. Nie rozwinęła się w pełni. I to był potworny błąd Rosjan.

I to przeważyło o dotychczasowych rezultatach tej wojny?

Z całą pewnością. Teraz dyskutujemy, czy oni uzyskają korzystny, czy niekorzystny pat, a nie o tym, czy osiągną zwycięstwo w postaci zajęcia niemal całej Ukrainy. To właśnie wynika z tego: nie zdołali rozwinąć drugiego rzutu.

A do tego pierwszy rzut sprawił się gorzej, niż zakładano.

Armia kadrowa powinna być uzupełniania rezerwistami. Rosjanie mają około 37 tys. żołnierzy rezerwy wysokiej gotowości BARS, ale nie zdecydowali się na powszechną mobilizację, by tę armię kadrową wesprzeć. Ba, oni nawet większości jednostek armii kadrowej nie wykorzystali! Rzucili się na Ukraińców tak naprawdę wybranymi jednostkami poszczególnych okręgów wojskowych, które wcześniej były dyslokowane. I do tego część tych jednostek była słabej jakości.

Co więcej, Rosjanie zachowywali się tak jakby operacje planowali w ramach wymuszania pokoju w tzw. państwie upadłym, a nie walki ze zdeterminowanym i groźnym przeciwnikiem. Planowali -pięcio, może dziesięciodniową operację specjalną, co pociągnęło za sobą lawinę katastrof: w logistyce, przygotowaniu żołnierzy, wsparciu artylerii, lotnictwa, sił specjalnych... Wyjątkiem były tylko działania z Krymu oraz Doniecka i Ługańska – tam zdecydowanie bardziej realnie zaplanowano uderzenie.

Kolejne zaskoczenie?

Było tego więcej. Ja na przykład nie przypuszczałem, że Rosjanie uderzą na zachód od Kijowa. Tam znalazły się absolutnie ich najgorsze siły kadrowe, najgorsze jednostki, które nigdy nie błyszczały i nie osiągały dobrych wyników. A więc coś w tym rosyjskim planie poszło potwornie nie tak. Ukraińcy się mobilizowali, wzmacniali poborowych, zachęcali specjalistów do powrotu, operatorów systemów przeciwlotniczych, techników, inżynierów. A Rosjanie wykazali się serią błędów.

Ukraińcy przed wybuchem wojny dysponowali armią ponad 200-tysięczną. Porównywano ją z rosyjską i siłą rzeczy z góry skazywano na porażkę.

Później ukraińska armia sięgnęła 350 tysięcy żołnierzy. A Rosjanie rzucili się na nich zgrupowaniem o wielkości 117 batalionowych grup bojowych, tj. około 95 tys. żołnierzy wspieranych przez dalsze około 280-330 tysięcy niebędących w linii. Razem – około 315-425 tysięcy! To jest absurd, zaprzeczenie rosyjskiej doktryny, zgodnie z którą ich przewaga powinna wynosić minimum 2:1 w stosunku do przeciwnika. Rosjanie powinni wystawić armię rzędu co najmniej 700 tys. żołnierzy. I w ciągu pół roku trwającej mobilizacji bez problemu byliby w stanie to zrobić. Jednak nie zdecydowali się na to.

Mimo wszystko zdołali błyskawicznie podejść do Kijowa.

Nie do końca byli więc tak głupi i nie aż tak źle planowali operację, jak twierdzą niektórzy. W dwie doby podeszli pod stolicę od zachodu, w cztery – ze wschodu, wskutek przeprowadzonego przez nich szaleńczego rajdu po Ukrainie. Rosyjskie natarcie było nieprawdopodobne. 80 km – pierwsza doba. 110 km – druga. Następna – 60 km. Ostatni raz takie tempo natarcia było stosowane w wielkiej wojnie ojczyźnianej podczas operacji wiślańsko-odrzańskiej. A więc to był szok. Ponieśli wtedy duże straty, 20-procentowe, ale czołówki rosyjskie wykonały zadanie. W swoim szaleńczym pędzie faktycznie zdołały podejść pod Kijów.

Tylko że zgodnie z logiką, za tymi czołówkami powinien iść drugi rzut strategiczny, który by ostatecznie wyizolował ruch oporu Ukraińców, zabezpieczał szlaki komunikacyjne, rozwinąłby powodzenie natarcia pierwszej fali. Tego nie było.

(...)

Możemy wyciągać pozytywne wnioski z postawy NATO, a co powinniśmy zapamiętać z dotychczasowego przebiegu inwazji, jeśli chodzi o jej militarny aspekt?

Tutaj na wnioski jeszcze za wcześnie. Na pewno widzimy dziś, że 60-70 proc. strat jest zadawanych ogniem artylerii. Bardzo dużą rolę odgrywa obrona przeciwlotnicza – ta po stronie ukraińskiej jest cichym bohaterem tej wojny. Nadal mamy także dominujący udział wojsk pancerno-zmechanizowanych. Konflikt na Ukrainie stanowi na wskroś konwencjonalną wojnę toczoną między dwoma wysoce nasyconymi uzbrojeniem armiami.

Jeśli chodzi o dotychczasowe straty, ponoszone przez obie strony, to te ukraińskie stanowią mniej więcej jedną czwartą tych, które występują u Rosjan. To się wpisuje w pewne kanony: atakujący ponosi większe straty niż atakowany. Zwłaszcza gdy armia atakująca zachowuje się często aż tak nieudolnie. Wszystko to trzyma się logiki wojen konwencjonalnych.

Co dalej?

Przypuszczam że Rosjanie spróbują w ramach całkowicie przemodelowanej operacji zająć całe Zadnieprze. Ale cena tego będzie dla nich wysoka a rezultat nie jest wcale oczywisty. W rezultacie tej wojny najprawdopodobniej Ukraińcy i Rosjanie uzyskają brzydki pat. Rosjanie nie zrealizują swoich celów strategicznych, a Ukraińcy być może będą musieli niestety pożegnać się z drogą do NATO i pewną formą partycypacji w zachodnich gwarancjach bezpieczeństwa.

onet.pl

Co u ciebie?

Dobrze, najważniejsze, że jest zdrowie. Reszta się nie liczy.

Poprzednio rozmawialiśmy dwa tygodnie temu...

Dwa tygodnie i pięć kilo mniej.

Aż pięć?

Jak tu przyjechałem ważyłem pod stówkę. Na początku zrzuciłem na szybko parę kilo, ale teraz ważę 90 kg.

Nie karmią was?

Karmią dobrze, ale jak chodzisz po wsiach, z których wycofali się Ruscy, to i ja, i chłopaki staramy się oddawać porcje żywnościowe ludziom. Nam tego jedzenia nie zabraknie, a co się dzieje w miejscu, gdzie teraz jestem, to jest nie do wyobrażenia.

A co się dzieje? Kiedy rozmawialiśmy ostatnio, byłeś na zachodzie kraju i strzelałeś z Javelinów do rosyjskich konwojów zaopatrujących wojsko.

To już przeszłość. Teraz działamy na wschodzie. Najpierw zawrócili nas tam, gdzie byliśmy na początku, czyli do Jaworowa.

Tego samego, który ostrzelali Rosjanie 13 marca i w którym zginęło około 40 osób, a ponad 130 zostało rannych.

Ja wyjechałem z Jaworowa o godz. 22.00, a nad ranem był ten atak. Ludzie, z którymi byłem, zostali na miejscu i to był koniec mojej grupy. Część z nich wróciła po ataku do domu, część jest ranna, a część jest... gdzieś indziej.

Jakiego rodzaju to były rany?

To uderzenie było około 100 m od nich, ale było tak silne, że dwóch ludzi z mojej grupy straciło słuch, którego nie odzyskali do dzisiaj. Dwie, trzy osoby są poranione szkłem, bo spali blisko okien.

Dlaczego stamtąd wyjechałeś?

Ja od początku mojego pobytu tutaj chciałem mieszkać w namiocie na zewnątrz baz, a nie w jakimkolwiek obiekcie wojskowym, bo to są przecież cele militarne. Wolę marznąć w namiocie niż narażać się na śmierć w wojskowym budynku.

Podobne uderzenia Rosjanie przeprowadzali w Browarach i Ochtyrce. W Jaworowie należało się spodziewać ataku?

To raz, ale jest jeszcze inna kwestia. Zanim wyjechałem z Polski, to byłem w ukraińskiej ambasadzie. W jaki sposób oni mnie weryfikowali i czy w ogóle mnie weryfikowali, to nie mam pojęcia. Dostałem SMS-a, którego pokazałem na granicy, a wtedy strażnicy graniczni zaprowadzili mnie do policjantów, którzy zawieźli mnie do wojenkomatu [punkt rekrutacyjny – red.].

W wojenkomacie też tylko skserowali mój paszport. Więc ja nie wiem, jak ta weryfikacja wygląda. A jak przyjechałem do Jaworowa, gdzie znajdowało się to międzynarodowe zgrupowanie, to uderzyło mnie, jak wielu tam było Gruzinów i Białorusinów. Ja rozumiem, że oni walczą po stronie Ukrainy i w ogóle lubię te narody, ale oni są wszyscy rosyjskojęzyczni i myślę, że właśnie takim osobom z rosyjskich służb bardzo łatwo jest przeniknąć do takiego miejsca.

(...)

Wciąż pracujesz z Javelinem?

Javelina już od dawna nie miałem w ręku. Działamy na tyłach frontu i naszym zadaniem jest "czyszczenie" wiosek z Ruskich. Artyleria przesuwa się w stronę wiosek, które Rosjanie odpuszczają, bo oni często gdzieś wchodzą, a po chwili wychodzą. Wtedy my wchodzimy do takiej wsi i chodzimy od domu do domu, sprawdzając, czy są Rosjanie.

A bywają?

Przedwczoraj mieliśmy taki przypadek. Weszliśmy do takiego dużego domostwa, które o dziwo nie miało powybijanych szyb w oknach.

Dlaczego o dziwo?

Bo oni po prostu dewastują domy. Na jakieś 150 domów, w których byłem, może ze trzy nie miały wybitych szyb.

Wracając do waszej akcji...

Weszliśmy na podwórko, gdzie były dwie stodoły. I z jednej stodoły wyszło dwóch żołnierzy z czerwonymi, czyli rosyjskimi opaskami na ramieniu. Trzymali ręce w górze, więc nic im nie robiliśmy. W tamtym momencie nas było siedmiu. Nagle z boku otworzyły się drzwi i ktoś zaczął strzelać. My byliśmy dobrze ustawieni, pod ścianami, ale jeden z naszych, Amerykanin, dostał w nogę. Położyliśmy się na glebę i skończyło się tak, że tamtych pięciu zginęło.

Trzech zaczęło do nas strzelać, ale robili to bardzo nieporadnie, bo gdybyśmy weszli dalej w podwórko, to na pewno któregoś z nas by zabili. To było bardzo dziwne, bo wyglądało to tak, jakby tamtych dwóch rzeczywiście chciało się poddać i nie dogadali się z pozostałą trójką. Ale jak pierwszy z tamtych zaczął strzelać, potem drugi i trzeci, to ci którzy podnieśli ręce też zostali zabici, bo nikt nie wiedział, co się dzieje. Ale to była jak na razie jedyna sytuacja stykowa.

Z tym rannym Amerykaninem wszystko w porządku?

Przy postrzale stracił sporo krwi, ale szybko go opatrzono i znalazła się właściwa krew. Jest bezpieczny.

Jak wyglądają te wsie, które przejmujecie?

Okropnie. Tu jest po prostu bestialstwo. Do tej pory nie wiedziałem, jak okrutni potrafią być Rosjanie. Widziałem tu poszarpane ciała ludzi, zabitych ludzi, to były starsze osoby, po co do nich strzelać? Ci ludzie są przerażeni. Kiedy wchodzimy do wsi, to wyglądają ze swoich kryjówek, widzą, że mamy niebieskie opaski i wtedy dopiero wychodzą.

W jednym garażu widziałem, jak zejście do piwnicy było zamaskowane dywanem, na którym jeszcze stał stół, żeby nikt się nie zorientował, że tam się ukrywają ludzie. To są sytuacje, o których ja do tej pory słyszałem tylko od mojej babci, która opowiadała, jak się chowali przed Ruskimi podczas II wojny światowej.

W jakim stanie są ci ludzie?

Tam jest ogromny problem z głodem. Stąd te żywnościowe racje, które im oddajemy.

A w jakim stanie są ciała ludzi, które widziałeś? W jaki sposób oni zginęli?

Z dziesięciu ciał, które widziałem, połowa była zastrzelona, a połowa nie. Ze trzy ciała były tak rozszarpane, że wyglądało to, jakby ktoś szukał tam narządów.

To znaczy, że ktoś ich pociął?

Nie jestem w stanie tego powiedzieć. To wyglądało tak, że ktoś nie miał oczu, ktoś miał rozszarpany cały tułów. Nie wyglądało to dobrze.

Jak wyglądają domy? Dochodzą do nas informacje, że Rosjanie je plądrują.

Plądrują i niszczą. Te wybijane szyby, o których mówiłem, nie były dziełem artylerii, bo wtedy byłyby też zburzone budynki. To Rosjanie po prostu grabili i plądrowali, rozpie***ali wszystko w środku. Jak wiszą kable od telewizorów, a nie ma telewizorów, to wiadomo, co się tam działo.

"Oczyszczanie" takich wsi z Rosjan to trudna robota?

Trudna o tyle, że Ruscy zaminowują teren. Wchodzimy do wsi, a tu Amerykaniec krzyczy: "Stop! Wait!", bo już widzi, że miny. Z jednego domu zdetonowali trzy miny. Ja się na tym kompletnie nie znam, ale Amerykanie robili to jak profesorowie. Pełne opanowanie. Tak jak na początku wojny był film z panem, który wynosił minę z papierosem w ustach, to oni robili to z podobną pewnością siebie. Ale mówili, że nie są to żadne zaawansowane miny, tylko stare, radzieckie. Widać więc, że rosyjska taktyka to: zabić, okraść, zniszczyć i zaminować teren.

Czy dobrze rozumiem, że wasze zespoły są tak skomponowane, żeby mieć w nich specjalistów z różnych dziedzin? Ty jesteś operatorem RPG, Amerykanie to saperzy...

Nas jest tu 80 ludzi podzielonych na cztery dwudziestoosobowe grupy. To są różni ludzie. Akurat ci trzej od rozminowywania opowiadali mi, że jak się przyjmowali do amerykańskiej armii, to najpierw przez dwa lata służyli jako saperzy. Ale już jak byli w Iraku czy w Afganistanie, to docelowo mieli inne zadania. Amerykanie są generalnie bardzo wszechstronnymi żołnierzami. Mam wrażenie, że jakby im dać rakiety ziemia-powietrze i kazać strącać samoloty, to też szybko by to ogarnęli.

Mówi się, że w tej chwili na ukraińskiej ziemi walczy około dwóch tysięcy Amerykanów. Wydaje mi się, że gdyby oni jeszcze mieli swój amerykański sprzęt, to ich siła mogłaby się równać sile 20 tys. Rosjan. Trzeba by to było mnożyć przez 10. To są profesjonaliści, człowiek dobrze się przy nich czuje.

Korzystacie z ukraińskiego sprzętu?

Jeśli chodzi o sprzęt, to wszystko jest z innej parafii. Wcześniej mieliśmy amerykańskie mundury i polskie karabiny Beryl, a teraz mamy polskie mundury, kanadyjskie karabiny C7, puszkowane jedzenie z Francji i włoskie namioty.

A czy obok tych profesjonalnych Amerykanów masz też obok siebie ludzi z mniejszym doświadczeniem?

Oceniam to tak, że około połowa ludzi jest przygotowana do działań w każdej sytuacji, a druga połowa to ludzie z mniejszym lub żadnym doświadczeniem. Jest tu czterech takich chłopaków, którzy wcześniej nawet nie mieli broni w ręku.

(...)

Rosyjska armia nie wydaje się dziś tak potężna, jak myśleliśmy miesiąc temu, kiedy zaczynała się ich ofensywa. Rozmawiacie o tym?

Tu wszyscy są zdziwieni nieporadnością Rosjan. Nasz ukraiński dowódca mówi trochę żartobliwie, że nigdy nie myślał, że gdzieś może być jeszcze większa korupcja niż w jego kraju, ale okazało się, że w Rosji jest większa. On tłumaczy tę słabość rosyjskiego wojska właśnie korupcją. Mówi, że teraz widać, że pieniądze, które tam szły na wojsko, nie były wydawane tak jak trzeba. Widzimy zresztą zdjęcia tych ludzi w schodzonych butach, czy z puszkami jedzenia z 2015 r., no to jest skandal.

Rozumiem, że o was Ukraińcy dbają lepiej.

Absolutnie tak. Dobrze nas żywią, jeździmy dobrym sprzętem, nie możemy na nic narzekać.

Wszyscy widzimy, co się dzieje podczas walk w dużych miastach. Ty widzisz prowincję. Ona jest bardziej zniszczona?

To, co ja tu widzę, to bestialstwo Rosjan w czystej postaci. Nie potrafię sobie wyobrazić, jak zdrowy psychicznie człowiek mógłby robić takie rzeczy. Nie wiem, co ci ludzie mają w głowach. Kiedy rozmawialiśmy ostatnio, to podkreślałem, że to nie jest wojna Putina, tylko wojna Rosjan. Teraz twierdzę to podwójnie.

onet.pl

Drugim wyrobem, wytwarzanym w porównywalnie masowej skali, był wspomniany MT-LB (Mnogocelewoj Transportior – Liogkij Bronirowannyj lub Mnogocelewoj Tiagacz – Liogkij Bronirowannyj, czyli Wielozadaniowy Transporter – Lekko Opancerzony lub Wielozadaniowy Ciągnik – Lekko Opancerzony). Pojazd opracowano w pierwszej połowie lat. 60 ubiegłego wieku z przeznaczeniem do roli pojazdu holującego armatę przeciwpancerną T-12 kal. 100 m, albo haubicę polową 122 mm D-30, oraz przewożącego jej obsługę i zapas amunicji. Z czasem uniwersalne parametry pojazdu (masa bojowa rzędu ok. 12 ton zapewniająca stosunkowo niski nacisk jednostkowy, satysfakcjonująco wysoka dzielność terenowa, a także ważna cecha, jaką jest pływalność) sprawiły, że rolę tego pojazdu rozszerzono o przeznaczenie go do funkcji szybkiego, lekkiego transportera opancerzonego do przewożenia żołnierzy (do 10 osób) z lekkim uzbrojeniem (plus ewentualnie przyczepy o masie do 6,5 tony) w rejon walk. Przygotowywanie artyleryjskiego stanowiska ogniowego miał ułatwiać m.in. zintegrowany z konstrukcją wozu lemiesz do samookopywania, na czas transportu składany nad tylną częścią stropu przedziału desantowego.

MT-LB produkowany był w masowych ilościach na potrzeby Armii Czerwonej w ZSRR, a po upadku tego państwa – także w Ukrainie, gdzie MT-LB został zaprojektowany. Poza tym licencję na jego produkcję otrzymały dwa państwa UW, Bułgaria i właśnie Polska. Ulokowanie w HSW tej produkcji czasami jest oceniane jako „gest na otarcie łez" po rezygnacji z produkcji TB-40 (BMP-1) o zbliżonych cechach technologicznych. HSW produkcję MT-LB pod kryptonimem S-70 rozpoczęła w roku 1976. Wówczas w ogóle nie zakładano, że użytkownikiem tego wozu będzie Wojsko Polskie, które nota bene nie wprowadziło na swoje uzbrojenie gładkolufowej armaty ppanc. T-12, dla „obsługi" której skonstruowano MT-LB. Z góry założono, że pojazdy produkowane będą wyłącznie dla odbiorcy zagranicznego, czyli ZSRR. Zakładana skala produkcji była, z dzisiejszej perspektywy, oszałamiająca: 600 pojazdów rocznie!

Dla potrzeb produkcji S-70 w HSW zbudowano od podstaw nowy, bardzo dobrze wyposażony kompleks produkcyjny, nazwany Zakładem nr 5 lub Zakładem Produkcji Niekatalogowej. O konieczności zaprojektowania od podstaw, i zbudowania, nowoczesnego kompleksu produkcyjnego zadecydowały decyzje sprzed lat, kiedy HSW została wytypowana na miejsce produkcji bojowych wozów piechoty BMP-1 (BWP-1), który na potrzeby produkcji w HSW otrzymał kryptonim TB-40. Przygotowania do tej produkcji były bardzo zaawansowane (dokumentacja licencyjna była przetłumaczona w blisko 80 proc., na ukończeniu był obiekt produkcyjny, zamówione było oprzyrządowanie produkcyjne itp.), kiedy na szczeblu Układu Warszawskiego zapadła decyzja, iż Polska jednak nie będzie produkować BMP-1. Istnieje kilka alternatywnych teorii co do podstaw tej decyzji.

(...)

Widząc na fotografiach z Ukrainy wraki rozbitych i wypalonych transporterów opancerzonych nie należy budować z marszu teorii o tym, że pojazdy te stanowią absolutny, bezwartościowy złom. Należy pamiętać, kiedy je projektowano, i do jakich zadań. Nikt nie zakładał nawet, że w realnych warunkach bojowych, jeśli w ogóle znajdą się w obszarze styczności wojsk,mierzyć się będą musiały z ppk takiej klasy, jak te używane obecnie w działaniach w Ukrainie, czy nowoczesną amunicją armat automatycznych 30 mm montowanych na ukraińskich BTR-4, nie mówiąc już o amunicji czołgowej czy artyleryjskiej. W latach 60. czy nawet 70. nikt nie zakładał, że do zwalczania takich pojazdów można będzie używać dość rzadkich, kosztownych, i z tej racji przeznaczonych głównie do niszczenia czołgów i BWP, kierowanych rakietowych pocisków przeciwpancernych. Przy dobrych układach ówcześnie stosowane pancerze w pojazdach tej klasy jak MT-LB zapewniały jaką-taką ochronę przed bronią strzelecką 7,62 mm, w niektórych przypadkach 12,7 mm, a i to zależnie od odległości, kąta ostrzału i strefy pojazdu. W kontekście możliwości obecnych w wojnie ukraińsko-rosyjskiej środków zwalczania pojazdów opancerzonych próby czynienia jakichkolwiek porównań charakterystyk balistycznych tych pojazdów z charakterystykami współczesnych BWP czy wręcz MBT, są co najmniej niepoważne.

Paradoksem obecnej sytuacji jest to, iż ten „gwiazdor" ilustracji katastrofalnych porażek rosyjskich kolumn pancernych, MT-LB właśnie, został skonstruowany w... Charkowskiej Fabryce Traktorów, a więc w Ukrainie, produkowany był głównie we wspierającej obecnie walkę Ukrainy Polsce, a używany jest przeciwko Ukraińcom przez armię kraju, który sprzęt ten kupował w Polsce. Tego nie dało się przewidzieć nie tylko 30 lub 40, ale nawet 5 lat temu.

defence24.pl

- Jestem prawnikiem. Pracuję z wiedzą, którą zgromadziłem w świecie prawa. Ktoś, kto jest aktorem, pracuje z wiedzą, którą zdobył jako aktor. Nie widzę w tym nic specjalnego - powiedział Viktor Orban w węgierskich mediach, wypowiadając się o Wołodymyrze Zełenskiego. Wypowiedź premiera Węgier wpisuje się w retorykę, jaką od kilku tygodni prowadzi tamtejszy rząd i media, które nie potępiły rosyjskiej inwazji na Ukrainę.

Orban wypowiadając powyższe słowa zapomniał jednak o "drobnym" szczególe. Zełenski również z zawodu jest prawnikiem i posiada wiedzę prawniczą, nawet jeśli w latach poprzedzających prezydenturę zajmował się aktorstwem. Część komentujących przypomina przy tym, że aktorem w przeszłości był też chociażby Ronald Reagan, a nie przeszkodziło mu to w objęciu rządów w USA, które są dość dobrze oceniane przez ekspertów i historyków.

(...)

Słowa Orbana to odpowiedź na jedno z ostatnich przemówień Zełenskiego. Prezydent Ukrainy bezpośrednio zwrócił się do szefa węgierskiego rządu. - Viktor, czy wiesz co dzieje się teraz w Mariupolu? Masowe zabójstwa mogą wydarzyć się także we współczesnym świecie, bo co robią dziś Rosjanie? - pytał retorycznie Zełenski.

Węgry od początku rosyjskiej inwazji na Ukrainę stoją w rozkroku. Początkowo Orban miał blokować część europejskich sankcji na Rosję, nie zgadzając się m.in. na odłączenie rosyjskich banków od systemu SWIFT. Następnie premier Węgier nieco zrewidował swoją politykę i zgodził się na sankcje. Równocześnie nie wydał zgody na transportowanie przez Węgry dostaw uzbrojenia dla walczących Ukraińców.

Orban zapowiedział też, że jego kraj nie poprze np. blokady importu ropy i gazu ze Wschodu. - Nie pozwolimy, by węgierskie rodziny musiały płacić cenę za tę wojnę; a zatem sankcje nie mogą zostać rozszerzone na taki obszar jak ropa i gaz - zapowiedział premier Węgier.

wp.pl

Od lat pojawiają się sygnały, że Moskwa – chcąc sama sprzedawać więcej gazu i ropy - wspiera aktywistów w USA i Europie w ich walce z paliwami kopalnymi - zauważa "Die Welt" w opublikowanym w czwartek artykule. Dodaje, że w różnych źródłach pojawiały się informacje o finansowaniu przez Rosję różnych organizacji pozarządowych.

"Rosyjski rząd przekazał 82 miliony euro europejskim stowarzyszeniom ochrony klimatu, których celem jest zapobieganie produkcji gazu ziemnego w Europie" – pisze gazeta. Zaznacza, że były sekretarz generalny NATO Anders Fogh Rasmussen informował w 2014 roku, że Rosja wspierała organizacje ekologiczne "w celu utrzymania europejskiej zależności od rosyjskiego gazu". Zarzuty te odpierał wtedy m.in. Greenpeace.

Europa, podobnie jak USA, posiada ogromne zasoby gazu łupkowego. Na początku pierwszej dekady XXI wieku duże firmy energetyczne w Europie były gotowe do rozwoju eksploatacji tych pokładów. "Ale zasoby pozostały w ziemi, presja aktywistów klimatycznych na firmy i rządy doprowadziła do odwrócenia się inwestorów" – podkreśla "Die Welt", powołując się na ustalenia dzienników "Financial Times" i "New York Times". Dodaje, że wtedy załamały się poszukiwania nowych złóż gazowych w Europie.

Eksperci zastanawiali się nad "nagłym" pojawieniem się dobrze zorganizowanych grup, zajmujących się zwalczaniem procesu szczelinowania w Europie Wschodniej, gdzie Rosja sprzedaje swoją energię - zauważa niemiecki dziennik.

Wielki sprzeciw wobec wydobycia gazu ziemnego w Europie sprawił, że gaz z Rosji stał się atrakcyjny. Europa radykalnie ograniczyła wydobycie gazu ziemnego konwencjonalnymi metodami - 15 lat temu wydobywano więcej gazu, niż eksportowała Rosja. Kontynent europejski pokrywa obecnie około 40 proc. swojego zapotrzebowania na gaz ziemny dostawami z Rosji - wylicza "Die Welt".

dziennik.pl