piątek, 25 marca 2022


Początkowo Rosjanie wysłali do walki około 180 tysięcy żołnierzy, w tym 120 batalionowych grup taktycznych, czyli podstawowych związków uderzeniowych rosyjskiego wojska. Mniej więcej 700-800 ludzi, 10 czołgów, 40 transporterów opancerzonych i artyleria każda. Tyle ewidentnie nie wystarczyło. – Rosjanie nie mają już rezerw i sił do przeprowadzania ofensyw na większą skalę – ocenia Muzyka. Te ograniczone posiłki, jakie przysłali w ciągu ostatniego miesiąca, ewidentnie nie przeważyły szali. 

- Chcąc coś zmienić, najpierw mogliby zaangażować w wojnę absolutnie wszystkie oddziały swoich regularnych wojsk lądowych. Zostało im ich jeszcze teoretycznie trochę, choćby na przykład cała dywizja z Obwodu Kaliningradzkiego - mówi Muzyka. Rosjanom zostało jeszcze mniej więcej 30 procent całych wojsk lądowych. Muzyka zaznacza jednak, że istotna część z tych jeszcze nieużytych sił jest rozmieszczona w miejscach newralgicznych dla Rosjan. Jak na przykład właśnie Obwód Kaliningradzki. Wobec napiętej sytuacji, zwłaszcza w relacjach z NATO, najpewniej nie zdecydują się ich ruszyć. - Można szacować, że w praktyce i przy maksymalnym wysiłku, do walk mogliby skierować  dodatkowych 20-30 batalionowych grupach taktycznych, wobec około 120 już walczących w Ukrainie. Nie wydaje mi się jednak, żeby to były posiłki, które przeważyłyby szalę - stwierdza Muzyka. 

- Działaniem, które na pewno znacząco zmieniłoby sytuację, byłaby mobilizacja. Czyli powołanie pod broń rezerwistów, uzbrojenie ich w sprzęt wyciągnięty z magazynów, przyśpieszone przeszkolenie i rzucenie na front - mówi analityk. Zakładając, że broni się około 300 tysięcy Ukraińców, to do zdecydowanego przełamania ich obrony trzeba by mieć trzy-cztery razy tyle Rosjan. Czyli mobilizacja musiałaby objąć blisko milion ludzi, wobec około 200 tysięcy już walczących. - Tak to przynajmniej powinno wyglądać zgodnie ze sztuką - stwierdza Muzyka. 

Problem w tym, że taka mobilizacja na wielką skalę byłaby trudna politycznie. Kreml nieustannie przekonuje, że "operacja specjalna" w Ukrainie idzie zgodnie z planem i zwycięstwo jest nieuchronne. Na razie trwa więc mobilizacja skryta. Na małą skalę. - W niektórych regionach Rosji, raczej tych biednych i odległych, powoływani są rezerwiści i ogłaszane są intratne finansowo oferty podpisania kontraktu na krótką, roczną służbę, konkretnie w Ukrainie. Tylko to wszystko na małą skalę i raczej w celu uzupełnienia poniesionych strat - mówi Muzyka. 

Mobilizacji na dużą skalę nie dałoby się ukryć przed społeczeństwem. Wymagałaby decyzji politycznej na najwyższym szczeblu i odpowiedniego przygotowania ludzi przez propagandę. Do tego oznaczałaby duże obciążenie dla gospodarki i tak już mocno nadwyrężonej sankcjami. Setki tysięcy mężczyzn musiałoby przestać pracować, trzeba by zabrać z przemysłu ogromne ilości ciężarówek i innych pojazdów, a kolej musiałaby zostać sparaliżowana przez rekwizycje lokomotyw oraz wagonów i przejazdy ogromnej ilości eszelonów. Trzeba by jeszcze jakoś te masy ludzi zaopatrzyć w żywność w stopniu choćby podstawowym.

- Mobilizacja byłby ogromnym wysiłkiem logistycznym. Zebranie tych niecałych 200 tysięcy ludzi do obecnej inwazji zajęło Rosjanom prawie rok. Zebranie teraz dodatkowych kilkuset tysięcy, nawet zakładając skrócenie do absolutnego minimum przeszkolenia i robienie tego w wielkim pośpiechu, oznaczałoby na pewno miesiące - uważa Muzyka. Co więcej, jakość tych dodatkowych oddziałów byłaby na pewno niska. Słabo wyszkoleni i zmotywowani ludzie na sprzęcie zalegającym w magazynach w większości od czasów ZSRR. - Straty w walce na pewno byłby horrendalne, a logistyka by ledwo dawała radę. Bo już teraz rosyjscy żołnierze miejscami chodzą głodni i proszą cywilów o jedzenie - stwierdza analityk.

gazeta.pl

Sytuację, w jakiej znalazło się państwo i społeczeństwo białoruskie, można opisać następującymi słowami: stabilność bez wolności i demokracji prędzej czy później prowadzi do wojny. I chociaż Białoruś sama nie rozpoczęła tej wojny, stała się jej nieodłączną uczestniczką, narzędziem, a zarazem ofiarą, ponieważ Białorusini nie zdołali obronić własnej wolności. Choć właściwie należałoby powiedzieć, że zrezygnowali z tego, nie widząc sensu wolności. Z przykrością trzeba stwierdzić, że dla wielu obywateli republiki wolność nadal pozostaje czymś obcym i niebezpiecznym, a rosyjska agresja – zjawiskiem bliskim i zrozumiałym. Problem polega prawdopodobnie także na tym, że człowiek pozbawiony wolności zaczyna tracić też zdolność do myślenia.

Może się tak zdarzyć, że w przyszłości wojna zostanie przeniesiona na terytorium Białorusi. Jest to również rodzaj nauczki za iluzoryczne nadzieje na demokratyczne zmiany w kraju w latach 2020-2021 wiązane z reżimem Władimira Putina. Taki rozwój wypadków wydaje się nieunikniony, zwłaszcza jeśli weźmiemy pod uwagę, że Moskwa grozi zniszczeniem całej Europy Wschodniej.

Nie ulega wątpliwości, że obecna sytuacja geopolityczna jest ostatnią fazą istnienia systemu stworzonego przez Alaksandra Łukaszenkę. Bez względu na to, jak zakończy się wojna na Ukrainie, władze i społeczeństwo czeka głębokie zamieszanie gospodarcze i polityczne. Najgorszą ze wszystkich opcji dla Białorusi byłoby przeznaczenie przez Rosję wszelkich możliwych środków na prowadzenie wojny na wyniszczenie. Białoruski reżim nie będzie w stanie opierać się zaangażowaniu republiki w bezpośrednią agresję przeciwko Ukrainie. Utrzymanie dynamiki wojny jest dla Putina koniecznością. A im dłużej będzie trwała rosyjska agresja na Ukrainie, tym bardziej niszczące (politycznie i ekonomicznie) będą jej konsekwencje dla Białorusi.

belsat.eu

Marcin Ludwik Rey: - Jestem łowcą trolli. Prorosyjskich. Mogę złapać dwóch dziennie. Analitycy mówią, jak ważna jest walka z ich agitacją, ale kończą na akademickich dyskusjach.

Jacek Gądek: - A pan?

Przed obecną inwazją Rosji na Ukrainę tylko zawstydzałem zdemaskowanych ludzi. Teraz staram się już zadawać cywilną śmierć. Trzeba im podnosić koszt bycia rosyjską onucą. Jeśli ktoś robi z siebie onucę, to musi zapłacić za tę zabawę.

Zabawę?

W nienawiść. Onuce wylewają swoje frustracje. Bardzo często są na swojej świętej wojnie urojonej. Powody są różne. Robią to pod wpływem dziwacznych teorii spiskowych. Myślą, że walczą o słuszną sprawę, bo na przykład rząd światowy jest zły, ale na świecie jest jeden szlachetny wyjątek: Putin, który jest na wojnie z Zachodem. Mnóstwo antyszczepionkowców przerzuciło się na bycie onucą. Są też panslawiści, wedle których patriotyzm polski nie istnieje, a oni uważają się za patriotów wielkiej słowiańskiej metaojczyzny - tak jak komuniści byli internacjonalistami, a nie Polakami.

Dobrym przykładem jest pani hejterka, największa antyukraińska w Polsce, Jolanta Lamprecht - na co dzień nauczycielka w szkole podstawowej w Sosnowcu. Prowadzi profil "Ukrainiec NIE jest moim bratem" na Facebooku.

Tropił pan ją od lat?

Z pomocą innych ludzi. Jednego dnia dostaję nawet 150 wiadomości o prorosyjskim trollach do zdemaskowania. Sam tego nie przerobię. Ludzie, nawet jeśli jesteście inteligentami, to musicie zejść czasami do tego szamba. Bo jak nie, to szambo wybije i zaleje wasze eleganckie biblioteki. Trzeba się wykłócać z ludźmi głupszymi od siebie i ich demaskować, bo rozsieją swoje brednie.

Lepiej z idiotą nie dyskutować, bo sprowadzi do swojego poziomu i wygra doświadczeniem. Tak mówi porzekadło.

Mamy wojnę - w Ukrainie kinetyczną, a u nas informacyjną. Na wojnie nieaktualne są maksymy obowiązujące wśród kulturalnych ludzi: "nie dyskutować z idiotami", "nie kopać gówna" - to dziś nieaktualne. Ukraińcy muszą strzelać do rosyjskiego mięsa armatniego, do tych często ogłupiałych ludzi albo przymuszonych do walki 20-latków. A my jesteśmy szczęśliwcami, bo możemy jedynie schodzić do antyukraińskiego i prokremlowskiego szamba, którym podsiąka nasz kraj. Wszędzie w Europie są ludzie, których Kreml przekręcił na swoich żołnierzy informacyjnych. Trzeba ich neutralizować bezwzględnie, w granicach prawa, ale aż na sam skraj tych granic.

Ogłosił pan właśnie, że pani nauczycielka prowadzi antyukraińskich profili "Ukrainiec NIE jest moim bratem". Jakim cudem ktoś tak niepozorny może być ruską onucą?

(...)

Namierzanie pani Jolanty Lamprecht to długa historia. Założyłem profil "Rosyjska V Kolumna w Polsce" pół roku po Majdanie, pod koniec 2014 r. Na Facebooku - i to w dniu pseudo-referendum na Krymie - pojawił się też jej antyukraiński profil - miał 70 tys. uczestników na starcie. Pani kupiła paczkę followersów, na co trzeba mieć budżet. Od początku było podejrzenie, ale nie pewność, że ta pani go prowadzi. Zauważyłem zbieżności między treściami na jej profilu hejterskim i jej profilu osobistym: te same zdania i związki frazeologiczne.

Zdradziła się w dość prymitywny sposób.

Tak. I to wskazuje, że prawdopodobnie ktoś jest naprowadzany przez Rosjan, niż prowadzony. To ważne rozróżnienie. Prowadzony, czyli dostaje polecenia, jak w filmach szpiegowskich - to niezmiernie rzadkie. Naprowadzany, czyli pośrednio nakłaniany lub podgrzewany do działań, do których już wcześniej miał skłonność. Patrząc na aktywność tego profilu przez osiem lat, to trzeba by zatrudnić parę osób do tworzenia aż tyle treści, więc pani pewnie nie działała samotnie, ale miała współpracowników.

Ten antyukraiński profil siał nienawiść przez lata…

…ale przez ostatnie dwa lata przerzucił się na działalność antyszczepionkową. O ile wcześniej źle o Ukraińcach pani pisała co godzinę, to wtedy raz na trzy dni. Jakby się wypaliła. Do intensywnego hejtowania Ukraińców wróciła nie po inwazji i początku napływu uchodźców, tylko trzy tygodnie przed,. Jakby otrzymała polecenie w ramach rosyjskich przygotowań do napaści.

Takie hejtowanie jest prymitywne. Zachód w sferze informacyjnej ma jednak przewagę nad Rosjanami, skoro znał plany Kremla na długo przed inwazją. I tak obezwładniał kremlowską propagandę.

Zachód ma widocznie porządną agenturę w Rosji, więc co na Kremlu wymyślili, to Zachód szybko ujawniał, nim Rosjanie zdążyli zrealizować. Nie mylmy jednak walki wywiadów z wpływaniem na opinię publiczną. Jestem żuczkiem i zajmuję się tym drugim.

Zresztą, samo wpływanie na opinię nie jest celem Rosjan. W nosie mają opinię zwykłych ludzi i mediów - traktują nas jako pas transmisyjny do skłaniania władz państwowych do zachowań korzystnych dla Rosji.

Przykład?

W Polsce bardzo mocna jest agitacja antyukraińska. W znacznie mniejszym stopniu prorosyjska, jak w innych państwach, ale właśnie antyukraińska i to z niechęcią do Ukraińców starają się przeniknąć do polityków.

W Polsce jest historyczny grunt do takiej agitacji. Prawda?

W związku z ludobójstwem na Wołyniu, które ukraińscy nacjonaliści popełnili w II wojnie światowej. Sprawa Wołynia między Polską a Ukrainą jest niezałatwiona, więc resentyment wobec Ukraińców istnieje. Rosjanie, gdy chcą rozpalić konflikt społeczny, rzadko kreują go z niczego, ale wykorzystują już istniejący. Jak skłócić Polaków i Ukraińców? Każdy odpowie: przywołując Wołyń. I tak Rosjanie robią. Aktywność rosyjskich onuc w Polsce konfliktujących nas z Ukraińcami można było zauważyć na krótko przed Majdanem - jesienią 2013. Przed nową pełnoskalową inwazją było podobnie.

Zawczasu rozgrzewano konflikt?

To "podgotowka" - tak się to określa po rosyjsku. Trafiało to na podatny grunt, bo u kresowiaków, a raczej ich potomków, ból i pamięć wciąż są żywe.

To najczęściej dobrzy ludzie z potworną traumą.

Kresowiacy nie mają złych intencji, bo temat pamięci Wołyniu oba państwa traktują po macoszemu. Ofiary nie są upamiętnione jak należy. Rodziny ofiar nie wiedzą, gdzie są kości ich bliskich - ten ból trzeba zrozumieć. Do tego dołączyli zwyczajni nacjonaliści, niekoniecznie z pochodzeniem kresowym.

Kresowiacy stają się czasami narzędziem Rosjan. Skrzywdzeni i wykorzystywani ludzie, którzy chcą dobrze?

Widzę tu analogię z Marszem Niepodległości: kierownictwo tego marszu stało się Ruchem Narodowym, a potem częścią Konfederacji - to cyniczni politycy. Ale tłum idący w marszu to w ogromnej części zwykli ludzie o patriotycznym sercu, którzy nie bardzo przemyśleli, za kim kroczą w tym pochodzie. Finalnie z tego powstała Konfederacja, która dziś szczuje przeciwko uchodźcom.

Wracając do kresowiaków: wystarczy im przypomnieć o braku ekshumacji i podsunąć jakieś materiały. Część roi, że może Rosja teraz odbije Lwów i nam go odda. A to służy Moskwie. Cel Rosjan jest taki, by spin doctor partii rządzącej albo ważnej partii opozycyjnej zauważył, że rośnie nastrój antyukraiński i powiedział to swojemu decydentowi, że warto się dostosować, aby wykorzystać taki elektorat, albo przynajmniej nie zantagonizować go. Nawet jeśli dzięki temu do ugrania byłoby 1-2 proc., to i taki procent w wyborach może być rozstrzygający.

Roman Giertych pisze o teorii, wedle której propozycja Jarosława Kaczyńskiego misji pokojowej w Ukrainie oznaczałaby udział Polski w rozbiorze Ukrainy do spółki z Rosją i Węgrami. Tomasz Lis uznaje słowa szefa MSZ Rosji Siergieja Ławrowa z podobną sugestią za potwierdzenie pisząc: "Należy oficjalnie zapytać i dowiedzieć się, czy władza PiS ustaliła z Moskwą rozbiór Ukrainy". Pan wierzył, gdy to czytał?

Roman Giertych jest celebrytą opozycji - mam do niej pretensje o to, że przygarnęła byłego szefa Młodzieży Wszechpolskiej. Panowie Giertych i Lis - proszę mi wybaczyć - pierdzielicie jak potłuczeni, a Rosjanie się z tego cieszą.

Na szczyt mediów i poniekąd do polityk wdarł się jednak przekaz, że Polska być może planuje rozbiór Ukrainy. Rosjanie dopięli swego?

Rosyjska narracja o rozbiorze Ukrainy rękami Polaków ma skłócić Polaków z Ukraińcami. Dla każdego jasne powinno być, że chodzi o to, aby Ukraińcy zwątpili w intencje przyjaciela. Lis i Giertych wpisali się w rosyjską propagandę i to w krytycznym dla Ukrainy czasie, a dla Polski bardzo ryzykownym. Przecież Rosja - ustami Dmitrija Miedwiediewa - wydaje pomruki o "denazyfikacji" Polski, co jest oczywistą groźbą agresji.

PiS oskarża PO o to, że jest partią Putina. A PO oskarża PiS o putinizację Polski. A w Moskwie klaszczą?

Ani PiS, ani PO nie są prokremlowskie i nie knują z Rosją. Jarosław Kaczyński nie jest agentem Putina. Antoni Macierewicz też nie jest prorosyjski. Co prawda PiS popełnia błędy, które przysłużyły się Rosji - jak spotkania z Marine Le Pen i Matteo Salvinim - ale wynika to ze złej kalkulacji politycznej. Jarosław Kaczyński i Donald Tusk są patriotami, choć popełniają błędy. Jaki z Kaczyńskiego pomocnik Putina, skoro Polska śle broń do walki z Rosją? Podobną brednią jest zarzucanie Tuskowi, że jest powiązany z Putinem.

Kiedyś rozmawiałem z kolegą z Rumunii. - U nas w Rumunii mamy dwie partie spenetrowane przez Rosjan, które słusznie oskarżają się o bycie spenetrowanymi przez Rosjan. A ty w Polsce masz dwie antyrosyjskie partie, które niesłusznie oskarżają się o prorosyjskość. Zazdroszczę - mówił mi. Miał rację.

TVP zaczęła jednak oskarżać Tuska, że może być... wspólnikiem Putina.

TVP powinna bić w Putina, a nie w Tuska bić Putinem.

(...)

Konfederacja wpisuje się w oczekiwania Kremla?

Konfederacja jest ogromnie szkodliwa. Można rozmawiać z szeregowanymi konfederatami i poddawać ich terapii, ale z kierownictwem Konfederacji - nie. Tę organizację należy po prostu zwalczać. Janusz Korwin-Mikke wprost reprezentuje rosyjskie interesy. Był na Krymie i legitymizował jego aneksję przez Rosję. Był z ludźmi ze "Zmiany" w Czeczenii na imprezie propagandowej. Koło Korwina stale kręci się Rosjanka Lilia Moszeczkowa - działaczka partyjna, która jechała z nim na Krym. To ona prowadzi Korwina - to ewidentne.

Spójrzmy na posła Grzegorza Brauna. Nakręca hejt i jest cytowany w Rosji przez RIA Novosti i "Komsomolskają Prawdę". Jest dla Rosji skarbem. Dwa lata temu spotkał się z Leonidem Swiridowem, czyli byłym korespondentem mediów rosyjskich w Warszawie, wydalonym przez ABW za działalność szpiegowską.

Konfederacja oficjalnie chce pomagać uchodźcom z Ukrainy, ale nie chce "przywilejów" dla nich. Co to właściwie oznacza?

Konfederacja to miejsce, w którym agitacja antyukraińska przekładała się na politykę. Obrzydliwe. Cóż z tego, że Krzysztof Bosak pojawi się w telewizji ze wstążka ukraińską w klapie marynarki, skoro przez lata w jego formacji aż kipiało od agitacji antyukraińskiej, a on z tego czerpał pożytki polityczne?

Ich przekaz, że pomagamy, ale bez przywilejów, wpisuje się w hejt rosyjskich onuc w sieci, że Ukraińcy zabiorą Polakom miejsc pracy i łóżka w szpitalach. Rosyjskie trolle kolportują też ostrzeżenia, by nie zapraszać Ukrainek do domów, bo zabiorą Polkom mężów. Obrzydliwe szambo. I prorosyjskie trolle, i Konfederacja próbują wygasić pospolite ruszenie solidarności polskiego społeczeństwa wobec Ukrainy, ten wielki odruch serca.

Rosjanie są najlepsi na świecie w walce informacyjnej?

Są pierwsi - razem z Chinami. Na zdjęciach z Rosji widzimy, jak Putin przy długim stole przyjmuje dwóch najważniejszych wojskowych: ministra obrony Siergieja Szojgu i szefa sztabu gen. Walerija Gierasimowa.

Szojgu w wojsku nigdy nie służył, zajmował się budowlanką…

…ale już Gierasimow jest bystry. Zwłaszcza jeśli chodzi o walkę informacyjną. Sformułował teorię zarządzania refleksyjnego. Najlepszym porównaniem jest bilard. Są kule, kij uderza kijem w kulę, ta uderza w drugą, a ona w trzecią i czwartą, która wpada do łuzy. Kij to treść tworzona przez wojska informacyjne Rosji, opublikowana w Internecie przez fałszywe profile. Rosjanie mogą ją opublikować w Rosji, w Indiach, przekopiują gdzieś w USA, a potem jakiś zachodni czy polski portal z własnej woli przekopiuje informację nie zdając sobie sprawy, jakie jest realne źródło.

Rosjanie stosują astroturfing (pozorują oddolne zainteresowanie), by nakręcać zainteresowanie realnych ludzi. Algorytmy sieci społecznościowych zauważają ruch wokół tematu, więc promują go na wallach. Treść rozklejają już prawdziwi internauci, którzy się zainteresowali, bo temat trafił w ich poglądy. Temat rozchodzi się w jakimś środowisku politycznym. Przenika do mediów z tego obozu, działacze partyjni przejmują go i dezinformacja może dotrzeć do decydentów politycznych. To bardzo pośrednia droga dotarcia.

Ktoś panu zarzuci, że zawsze widzi pan na starcie rosyjską machinę, więc promuje pan teorię spiskową.
To żaden spisek, tylko opracowanie gen. Gierasimowa, które jest elementem rosyjskiej doktryny wojskowej. Rosjanie mają do tego podręcznik.

W tej idei nie chodzi o to, by Rosjanie sterowali czyimiś ruchami. Wiedzą, jak funkcjonuje obieg informacji, a ten jest prosty - każdy z nas stara się pisać takie rzeczy i w taki sposób, by inni się zainteresowali i szerowali. Rosjanie w działalności dezinformacyjnej wymierzonej w Zachód wykorzystują zasady rynkowe. Produkują treści i starają się nimi zainteresować ludzi na Zachodzie, a jak ktoś je ładnie podchwytuje, to mu ślą więcej. Czasami zaszczycą kogoś zaproszeniem do zwiedzenia Moskwy albo koktajlem w swojej ambasadzie. Idea jest taka, aby rosyjski przekaz był rozpowszechniany spontanicznie, aż któraś bila w końcu wpadnie do łuzy.

A zwyczajna agentura jest istotna w plenieniu prorosyjskiej narracji?

W Polsce rozsadnikiem rosyjskiej narracji jest Partia Zmiana - powołana celowo, by realizować interesy Kremla. Sklecił ją Mateusz Piskorski z różnych organizacji - jedną z nich była Falanga, marginalna faszystowska organizacja Bartosza Bekiera, która wegetowała od lat, aż przylgnęła do Aleksandra Dugina, kremlowskiego ideologa imperializmu.

Mają kontakt w Rosji?

Kontakty są na niskim poziomie. Jeśli spojrzymy, z kim współpracują polscy rozsadnicy rosyjskiej narracji, to się okaże, że to zazwyczaj nie służby Kremla (choć zapewne bywa i tak), ale dziwne organizacje lub szemrani biznesmeni. Przykład: Aleksander Usowski - krętacz biznesowo-polityczny i stalinista, nawet nie z Rosji, a z Witebska na Białorusi. O nim wiemy, bo hakerzy włamali się do jego komputera i ujawnili tysiące e-maili, ale to tylko jeden z wielu na tym rynku dywersji informacyjnej. Pokazało się, że Usowski płacił po kilkaset dolarów za organizowanie w Polsce demonstracji poparcia dla aneksji Krymu i autonomii Donbasu. To było bardzo niskobudżetowe. Usowski chciał mieć zdjęcia i informacje z każdej pikiety i z tym materiałem chodził z kolei do Konstantina Małofiejewa, który finansował wojnę o Donbas i próbował dostać więcej pieniędzy, niż zainwestował.

Kto jest w Polsce najsilniejszym proputinowskim ośrodkiem?

Na tym polega problem, że nie ma takiej jednej osoby. To polska charakterystyka: nie mamy polskiej Marine Le Pen jak Francuzi. A "Zmiana" to plankton polityczny, malutka nigdy niezarejestrowana partyjka. Ten proputinowski rak w Polsce jest wielopostaciowy. Dużo przerzutów, ale brak głównego guza. Polska jest potwornie trudnym terenem dla rosyjskiej dywersji, ale musimy wycinać przerzuty, nim zdołają się rozsiać. To jak w domu: sprzątać należy na bieżąco, a nie dopiero, kiedy zrobi się bałagan.

A we Francji?

Francja jest zeżarta prorosyjskimi poglądami. Przeciętny Francuz nawet pod wpływem tego, co ogląda w głównych telewizjach, uważa, że w Ukrainie jest wojna domowa, a właściwie to NATO doprowadziło do konfliktu. We Francji Rosjanom się udało.

gazeta.pl

Jak pisze "Business Ukraine Magazine", żadna inna światowa armia nie straciła we współczesnej historii aż tylu dowódców wysokiego szczebla i to w tak krótkim czasie. Według dziennikarzy i analityków mogą to być największe straty wśród rosyjskich dowódców od czasu II wojny światowej.

W ostatnich dniach informowano także o śmierci innych rosyjskich wojskowych. Zginęli m.in.:

  • generał porucznik Andriej Mordwiczow (dowódca 8. Armii Południowego Okręgu Wojskowego Federacji Rosyjskiej), 
  • pułkownik Siergiej Suchariew (odpowiedzialny za jedną z najkrwawszych bitew podczas wojny w Donbasie w 2014 roku),
  • Oleg Mitiajew (generał elitarnej 150. dywizji strzelców zmotoryzowanych),
  • kpt. I stopnia Andriej Palij (zastępca dowódcy rosyjskiej Floty Czarnomorskiej)
  • generał dywizji Magomed Tuszajew, 
  • generał dywizji Witalij Gierasimow,
  • generał dywizji Andrij Kolesnikow,
  • generał dywizji Andriej Suchowiecki,
  • pułkownik Andriej Zacharow,
  • pułkownik Serhij Porochnia,
  • pułkownik Igor Nikołajew,
  • podpułkownik Jurij Agarkow,
  • pułkownik Mychaił Sofronow.  

gazeta.pl

czwartek, 24 marca 2022


Łukasz Cieśla, Onet: W rosyjskim wojsku panuje chaos i nie wiadomo, czy Rosja wyznaczyła dowódcę odpowiedzialnego za prowadzenie wojny w Ukrainie. Tak, zdaniem mediów z USA, sytuację postrzegają amerykańscy urzędnicy i eksperci. To słuszna ocena?

Gen. Mieczysław Cieniuch: Rosjanie rzeczywiście mają bałagan w systemie dowodzenia, który jest podstawą prowadzenia każdej operacji, nawet takiej o charakterze pokojowym. Dzieje się tak, bo w przypadku wojny w Ukrainie Rosjanom już pierwszego dnia wysiadł ich wielki system informatyczny, który budowali latami za ciężkie miliardy rubli. Mam na myśli zarządzanie polem walki, których w przypadku wojsk NATO określamy z języka angielskiego jako BMS — battlefield managment system. W Rosji miał on miejscową nazwę. W każdym razie ten system miał umożliwić przekazywanie szybkich informacji na poszczególne szczeble dowodzenia, w szczególności na te najniższe.

Do tej pory raczej publicznie się o tym nie mówiło. Na ile awaria tego systemu pokrzyżowała Rosjanom plany błyskawicznej inwazji w Ukrainie?

Ta informacja może się nie przebiła, ale można było ją wyszukać. Najważniejsze jest to, że na samym początku Rosjanie stracili absolutnie kluczowe narzędzie do sprawnego dowodzenia swoimi wojskami oraz do rozpoznania pola walki. Założenie było takie, że dzięki temu budowanemu latami systemowi informacja będzie szła do żołnierzy szybko, sprawnie i co równie ważne — w sposób tajny. Skoro jednak ten system natychmiast zawiódł, Rosjanie z konieczności zaczęli używać systemów opartych na radiostacjach, w tym również analogowych. Dlatego Ukraińcy mogli łatwo zakłócać ich rozmowy, podsłuchiwać i nagrywać. Dzięki temu co pewien czas ujawniają rozmowy rosyjskich żołnierzy i w mojej ocenie są to prawdziwe dialogi Rosjan. Ukraińcy częściowo znają też rozkazy rosyjskich dowódców.

(...)

Polska armia i wojska NATO mają sprawny system BMS?

NATO jak najbardziej tak, natomiast w Polsce też były problemy z jego wdrożeniem. Trwały przetargi i prawdę mówiąc nie wiem, czy został on już w pełni wdrożony. Pewny jestem tego, że bez sprawnego BMS, bez przeszkolenia w jego użytkowaniu żołnierzy zwłaszcza tych z najniższych szczebli, z batalionu, czy kompanii, prowadzenie współczesnej wojny jest prawie niemożliwe. Teraz widzimy to na przykładzie Rosji. Pododdziały jej wojska nie prowadzą działań w rozproszeniu, gromadzą się wokół swoich dowódców i są łatwym celem dla broniących się.

(...)

Jak pan ocenia rosyjski plan na tę wojnę?

Rosja miała mało realistyczny plan szybkiego zajęcia Kijowa, który został oparty na błędnej ocenie sytuacji zwłaszcza w obszarze zdolności Ukraińców do podjęcia działań obronnych. W czasie wojny istotny jest trójkąt zależności między władzą, narodem i siłami zbrojnymi. W tym trójkącie przeciwnik zawsze stara się szukać luk lub je stworzyć, żeby zakłócić te relacje. W przypadku Ukrainy ten trójkąt jest bardzo silny. Relacje w Ukrainie między tymi trzema komponentami są prawie idealne. Rosjanie uznali, że Ukraińcy nie będą się bronić, że przystąpią do kolaboracji. Nieprawidłowo ocenili też reakcję międzynarodową na ich agresję.

Rosja napadła na byłą republikę radziecką, na sąsiednie państwo, które — w teorii — powinna doskonale znać. Jak Rosjanie mogli tak przestrzelić w ocenie sytuacji?

Początkowy plan Rosji był zapewne częściowo oparty na własnej propagandzie. Na takiej "wiedzy" stworzyli więc błędne założenia. Nie jest tajemnicą, że w Rosji przepływ informacji pomiędzy najwyższymi osobami w państwie, a społeczeństwem nie przebiega jak w normalnym państwie demokratycznym. U nas informacja idzie z dołu do góry, władze słyszą, jakie są nastroje społeczne. Tymczasem w Rosji, od lat, tzw. góra mówi, co chce usłyszeć, a doły to podchwytują jako swoje oczekiwania i marzenia. Taki mechanizm prowadzi do powstania alternatywnej rzeczywistości. Sądzę, że władze Rosji uwierzyły w obraz, które same wykreowały, że Ukraina jest słabym, niespójnym państwem, politycznie rozdyskutowanym, podzielonym na wschód i zachód, a jej armia będzie niegotowa do jakiegokolwiek działania. Ta operacja, po okresie zastraszania i gromadzenia wojsk na granicy, w założeniu miała potrwać kilka dni. Głównym celem była zmiana władzy w Kijowie, parada zwycięstwa i szybkie rozwiązanie problemu. Jednak rzeczywistość jest zupełnie inna. Po aneksji przez Rosję Krymu w 2014 r., po tym jak Ukraina wtedy szybko się poddała, jak przeżyła traumę i wstyd, jej społeczeństwo się skonsolidowało. Siły zbrojne zrozumiały, że tylko ciężka praca i nakłady finansowe dadzą rezultaty. W efekcie zwyciężyło poczucie, że casus Krymu nie może się powtórzyć.

Może więc to Rosja jest bardzo słaba, skoro nie potrafiła trafnie ocenić sytuacji, a potem zaczęła wojnę, która obnażyła jej liczne braki?

Nie powiedziałbym, że Rosja jest słaba. Po prostu wybrała się nie na tę wojnę. Rzeczywistość, czyli duży opór Ukraińców, reakcja międzynarodowa zwyczajnie ją zaskoczyły. Cele polityczne i militarne miały być osiągnięte małym nakładem sił, ale tak się nie stało.

"Tylko ten argument przemówi do Putina". Tak mówi były szef Agencji Wywiadu

Władimir Putin przejdzie teraz do planu B i będzie dążył głównie do podbicia wschodniej części Ukrainy? Armia rosyjska jest w stanie zrealizować taki cel?

Celem Rosji jest doprowadzenie do upadku niepodległego państwa ukraińskiego. Czy to się odbędzie przez podbicie jedynie wschodnich regionów, czy poprzez oderwanie całej lewobrzeżnej Ukrainy wzdłuż Dniepru, to się okaże. Na pewno Rosja chce jak najwięcej, by do późniejszych rozmów pokojowych usiąść w jak najlepszej sytuacji. Nie odpowiem teraz, co Rosji się uda, a co nie. Wojna to jest takie zdarzenie, w którym jest wiele różnych czynników. Matematyczna ocena byłaby mylna, ponieważ wiele zmiennych jest związanych m.in. z psychiką pojedynczych żołnierzy i niewielkich pododdziałów oraz oddziałów, z przygotowaniem dowódców i wieloma innymi kwestiami. Jeśli więc ktoś w Rosji twierdził, że w ciągu trzech dni wejdzie do Kijowa, popełniał błąd megalomanii.

(...)

Ukraińcy od wielu dni apelują o zamknięcie nieba, a kontrolę na nim miałyby objąć wojska NATO. Zdaniem Ukraińców to szybko zakończyłoby wojnę. Pana zdaniem to realny pomysł?

Łatwo rzucić taką koncepcję, jednak trudniej z jej realizacją. W praktyce ukraińskie niebo musiałoby być patrolowane przez samoloty wojsk NATO. Nie sądzę, by Rosjanie się na to zgodzili. To zapewne doprowadziłoby do otwartej konfrontacji zbrojnej Zachodu z Rosją. Moim zdaniem ten pomysł jest więc mało realny. Można innymi środkami uzyskać ten sam efekt, czyli realnie wesprzeć Ukraińców. Konieczne jest dalsze dostarczanie im środków obrony przeciwlotniczej, a może i samolotów bojowych. Poza tym Rosja wcale nie ma wielkiej przewagi na ukraińskim niebie. Jest to kolejne zaskoczenie, ale ten stan wynika ze słabości rosyjskiego lotnictwa. Jest takie powiedzenie, że błędów strategicznych nie naprawisz rozwiązaniami taktycznymi. Błędem strategicznym w mojej ocenie jest fakt, że rosyjskie lotnictwo jest na tyle przestarzałe i niezmodernizowane, że nie może precyzyjnie operować na dużych wysokościach. Dlatego Ukraińcy najczęściej strącają rosyjskie Su-25, które muszą atakować z niskiej wysokości, żeby być precyzyjne i trafiać w obiekty na ziemi. Kiedy już pojawiają się na niskiej wysokości, są łatwym celem dla Stingerów czy polskich Piorunów. Dodam, że rosyjskie lotnictwo jest na tyle przestarzałe, że podobną sytuację jak teraz, mieliśmy 40 lat temu w Afganistanie. Wyrzutnie Stinger obsługiwane przez Afgańczyków strącały wówczas tyle rosyjskich Su-22 i Su-25, że Rosjanie przestali panować w przestrzeni powietrznej Afganistanu.

Zapewne obaj zgodzimy się, że Władimir Putin sam z siebie się nie cofnie. Co musi się stać, aby wojna się skończyła?

Tak, Putin nie odpuści, bo to byłby jego koniec. Będzie dążył do dalszej eskalacji. Jednak w miarę upływu czasu będzie weryfikował swoje cele. Jeśli on i jego otoczenie uznają, że nie mogą osiągnąć megalomańskich celów, Putin w pewnym momencie ogłosi, że chciał osiągnąć właśnie to, co osiągnął do tej pory. Stwierdzi wówczas, że jest gotowy do rozmów pokojowych. To kiedy Putin dojdzie do takiego wniosku, w dużej mierze zależy od sankcji i nacisku Zachodu. Jeśli ten przysłowiowy Zachód wytrzyma, jeśli utrzyma lub zaostrzy sankcje, odbije się to na gospodarce Rosji i jej zdolności do prowadzenia wojny. Bez logistyki, która szwankuje od samego początku, Rosja zbyt wiele nie zrobi. Z kolei Ukraina może liczyć na pomoc zewnętrzną i moim zdaniem powinna być ona jak największa. Istotną rolę dla dalszych losów wojny odgrywa również kwestia motywacji i woli walki — bardzo wysokiej u Ukraińców, niskiej wśród rosyjskich żołnierzy.

Z czego wynikają niskie morale w rosyjskiej armii?

W tym konflikcie, po stronie Rosji, walczą żołnierze młodzi, nieprzygotowani, wielu z nich jest zwyczajnie zmęczonych po wcześniejszych kilku miesiącach spędzonych na zimowym poligonie. Mają wszystkiego dosyć, czują się oszukani, bo przecież w Rosji napompowano ich informacją, że idą walczyć z nazistami i banderowcami. Są też poborowi, słyszę, że pod Czernihowem na północy Ukrainy pojawili się właśnie słuchacze szkoły wojskowej. Czyli młodsi specjaliści, którzy żołnierzami są może od kilku miesięcy. Oni nie są przygotowani do wojny. Naprzeciwko siebie mają zawodową armię ukraińską, po wojnie na Donbasie oraz zdeterminowanych cywilów, którzy wstąpili do obrony terytorialnej. To wszystko prowadzi do olbrzymiego rozczarowania po stronie żołnierzy rosyjskich. Co innego im mówiono, co innego ich spotkało. Do tego dochodzą wspomniane kłopoty z systemem dowodzenia i zaopatrzeniem w paliwo i żywność. W efekcie widzimy filmiki z jeńcami rosyjskimi, którzy skarżą się, że zwyczajnie są głodni i nie chcą walczyć.

onet.pl

Według władz USA do 18 marca Rosja użyła przeciwko Ukrainie około 1000 pocisków balistycznych, samosterujących i przeciwlotniczych. Od początku wojny Rosja wykorzystuje głównie lądowe pociski balistyczne Toczka-U o zasięgu 120 km oraz Iskander-M o zasięgu 500 km. Na mniejszą skalę Rosja korzysta też z morskich pocisków samosterujących Kalibr o zasięgu 1500 km i różnych pocisków przenoszonych przez bombowce (rzekomo również typu Kindżał). Pomimo ponoszonych strat i problemów należy przypuszczać, że Rosja jest daleka od wyczerpania całości swojego arsenału pocisków kierowanych. Najintensywniej wykorzystano je pierwszego dnia agresji, głównie przeciwko lotniskom cywilnym i wojskowym, choć skala ataku (160 pocisków) była mniejsza od spodziewanej. Celami ataków rakietowych Rosji coraz częściej stawały się następnie największe miasta Ukrainy. Rośnie też wykorzystanie baz na Białorusi do ataków Iskanderami na aglomerację Kijowa oraz pocisków Toczka na wschodzie i północy dla wsparcia operujących tam sił Rosji. Trudno jest przy tym ocenić doniesienia o skuteczności ukraińskich systemów S-300W1 do zwalczania pocisków balistycznych i S-300PS/PT do walki z pociskami samosterującymi Rosji.

(...)

Państwa wschodniej flanki NATO mają ograniczone własne zdolności obrony przeciwrakietowej, nie posiadają ich lub są w trakcie ich pozyskiwania (Rumunia i Polska). Ze względu na wzmocnioną obecność w regionie sił NATO w celu odstraszania Rosji Sojusz wzmacnia obronę przeciwrakietową i przeciwlotniczą wschodniej flanki. 8–9 marca państwa NATO posiadające sprawdzone systemy przeciwrakietowe Patriot (PAC) zapowiedziały wysłanie części swoich baterii do Europy Środkowej w celu ochrony sił Sojuszu. USA rozmieściły już dwie baterie PAC we wschodniej Polsce, zaś Niemcy i Holandia są w trakcie rozmieszczenia swoich baterii na Słowacji. Kroki NATO są w istocie podobne – ale już w większej skali – do tych, które zastosowano w ramach wzmocnienia obrony Turcji systemami PAC i SAMP/T w związku z wojną domową w Syrii. Nie mniej istotna z punktu widzenia możliwości śledzenia przez NATO tras lotu rosyjskich pocisków samosterujących jest sojusznicza flota 14 samolotów wczesnego ostrzegania E-3A AWACS. Każdy dyżur trzech takich maszyn daje obraz sytuacji w całym regionie i wgląd w przestrzeń powietrzną do 400 km na wschód od granic NATO. Rozpoznanie zagrożeń rakietowych zapewniają NATO także ciężkie drony RQ-4D AGS. Można też przypuszczać, że niektóre aspekty obrony przeciwlotniczej i przeciwrakietowej Sojuszu w rejonie Morza Bałtyckiego są obecnie koordynowane z krajami partnerskimi NATO – Finlandią oraz Szwecją (która posiada zestawy PAC).

pism.pl

O przygotowaniach wojsk tureckich do wojny informował rosyjski poseł w Krymie Afanasij Nagoj. Turcja chciała odbić Astrachań i włączyć go w strefę swoich wpływów, odciąć Rosję od Morza Kaspijskiego, a także otworzyć sobie drogę do ekspansji na Powołże i Azję Średnią. Turcy rozpoczęli pochód od budowy kanału między Donem i Wołgą, co dało by im możliwość użycia swojej floty na M. Kaspijskim. W związku z ogromem prac, wkrótce zaprzestali budowy kanału i Kasim-pasza postanowił przeciągnąć flotę po lądzie do Wołgi, co spowodowało bunty jego wojska. Miejscowi murowie, którzy przeszli na stronę Turków, obiecali po zwycięstwie dać swoim podwładnym zdobyte statki z Wołgi i transport był kontynuowany. Turcy musieli jednak swoje ciężkie działa odprawić z powrotem do Azowu. Duża armia turecka licząca kilkanaście tysięcy janczarów pod dowództwem Kasima-paszy i chana krymskiego Dawlet-Gireja rozpoczęła spław rzeką Don z Azowa. 16 września 1569 wojska krymsko-tureckie osiągnęły Astrachań, gdzie rozbiły obóz. Załoga twierdzy, jak i ludność postanowiły podjąć obronę. Bez artylerii oblężniczej Kasim-pasza nie zdecydował się na bezpośredni szturm twierdzy. Zaczął budować niedaleko twierdzy astrachańskiej swój obóz umocniony, gdzie zamierzał przezimować i czekać na posiłki od sułtana. Załoga Astrachania i ludność mężnie broniła twierdzy, ostrzeliwali Turków z dział, wykonywali wypady z twierdzy na wojska przeciwnika. Turcy nie mogli pokonać okrążonych mimo burzenia ścian twierdzy, wykonywania podkopów i podziemnej wojny minowej. Wiadomość o zimowaniu spowodowała bunt wśród Turków, nie posiadających zapasów na zimę. Wojsko nie chciało w okresie zimowym szturmować twierdzy po lodzie. Wzrost buntu powodowały działania Dawlet Gireja. Obawiał się on możliwości pozostania Turków na terenie Powołża, tym samym uzależnienie jego chanatu od Imperium Osmańskiego. W tym czasie Kasim-pasza otrzymał wiadomości o zbliżaniu się wojsk rosyjskich w sile ok. 30 tys. pod dowództwem wojewody W. S. Sierebrianego do Astrachania. Zapadła decyzja o zaprzestaniu oblężenia i odejściu w kierunku Donu.

Armia turecka wycofując się szła przez północno kaukaskie stepy, gdzie straciła na skutek głodu i działalności partyzanckiej Czerkiesów ok. 70% stanów. W 1570 sułtan Selim przestał rościć pretensje do Astrachania. Turcja więcej nie próbowała zawojować Powołża. Dała możliwość swojemu wasalowi Dawlet Girejowi wojować z Moskwą na tym terenie. Turcja poniosła klęska pod Astrachaniem jak i później klęskę swej floty pod Lepanto w 1571 r.

Chan krymski nie pogodził się z klęską. Dawlet Girej dążył do rewanżu. W 1571 ze 120 tysięczną armią dotarł do Moskwy, ograbił ją i spalił, z wyjątkiem Kremla. W 1572 ponowił wyprawę na Moskwę, ale został zatrzymany przez wojska rosyjskie. W 1580 Krymsko-nogańskie wojska próbowały kolejny raz zawojować Astrachań.

pl.wikipedia.org

środa, 23 marca 2022


Każde społeczeństwo jest jak piramida, jeśli chodzi o to, jak blisko są ludzie przywódcy i jak mogą na niego wpływać. W demokracjach piramida jest płaska, o ostrym kącie podstawy i rozwartym kącie wierzchołka, podczas gdy w autokracjach (monarchiach absolutnych, tyraniach) kąt wierzchołka jest bardzo ostry, a kąty podstaw są tylko trochę poniżej 90 stopni. Nasze społeczeństwo jest typowym przykładem takiej wyniesionej piramidy autokratycznej.

Około 80 proc. populacji stanowi jej podstawę. Są to zazwyczaj ludzie, którzy żyją skromnie lub są po prostu biedni. Świat oglądają raczej w telewizji niż w internecie, nigdy nie podróżują za granicę. Są naturalnie antyamerykańscy, nawet jeśli nigdy nie byli w Ameryce. Ten antyamerykanizm rodzi się z zazdrości, bo wiedzą bardzo mało. Często ich obraz świata jest zawinięty w teorie spiskowe, pseudohistorię i inne dziwne wyobrażenia. Są bierni i chociaż są niezadowoleni ze swojego życia, zazwyczaj są posłuszni autorytetom.

W obecnej sytuacji większość tych ludzi - około 70 proc. - popiera wojnę Putina w Ukrainie. Wierzą w krwiożerczych antyrosyjskich banderowców i zły Zachód, któremu Rosja się przeciwstawia. Ale nie są fanatykami w tej kwestii. Woleliby nie wysyłać swoich dzieci na wojnę i chcieliby uniknąć trudów wojny. Jest bardzo niewielu ludzi, którzy są entuzjastami wojny. Ci, którzy zgłaszają się na ochotnika do walki, robią to z biedy i rozpaczy, bo ich życie jest niespełnione.

Drugi poziom piramidy to 18-19 proc. populacji. Są to ludzie dobrze wykształceni i kulturalni, którzy powszechnie korzystają z internetu, wyjeżdżają za granicę i dobrze znają świat. Wielu z nich ma źródła dochodu niezależne od władzy. Inni, wręcz przeciwnie, pracują w państwowych korporacjach i biurokracji, służąc przywódcom, ale nie będąc ich częścią.

Ci ludzie są często, choć nie zawsze, zamożni. Mogą mieć nawet mały domek na Łotwie czy w Bułgarii, a nawet mieszkanie na tzw. Lazurce, czyli na Lazurowym Wybrzeżu. Ci ludzie dobrze rozumieją świat, a wielu z nich ma silne zasady moralne i ceni wolność. Inni, przeciwnie, sprzedają swój talent władzom i w zamian za milczenie otrzymują sowite pensje na uniwersytetach, w biurokracji i firmach związanych z władzą.

Wśród tej grupy około 70 proc. nie aprobuje obecnej wojny, co publicznie wyraża w taki czy inny sposób. Sporo osób z tej grupy jest wstrząśniętych ostatnimi wydarzeniami i zmienia swoją lojalność wobec władz na moralny sprzeciw wobec nich, rezygnując z pracy w urzędach publicznych czy np. państwowych środkach masowego przekazu. Jednak nie wszyscy lojaliści tak postępują. Aktorka Czułpan Chamatowa jest przykładem protestującej większości w tej grupie, podczas gdy dyrygent Walerij Giergijew jest przykładem lojalnej mniejszości.

Wreszcie wierzchołek piramidy — 1-2 proc. populacji — to miejsce dla głównych beneficjentów obecnego systemu rosyjskiego. Ci ludzie są w pełni oddani władzy. Są dobrze wykształceni i wszystko rozumieją, nie mają mieszkań, ale rezydencje na Zachodzie, duże depozyty w zagranicznych bankach (od Szwajcarii po Zjednoczone Emiraty Arabskie) i pracę w międzynarodowym biznesie.

Są to najwyżsi rangą urzędnicy, szefowie korporacji państwowych, deputowani Dumy i senatorowie Rady Federacji, gubernatorzy i wielogwiazdkowi generałowie armii, FSB czy GRU. Sprzedali swoją wolność Putinowi, a w zamian otrzymali bogate i beztroskie życie. Są bezwarunkowymi wykonawcami jego woli — nie z powodów ideologicznych, ale czysto egoistycznych. Są wśród nich ideolodzy tacy jak Aleksander Dugin i Anton Wajno, ale nie jest ich wielu. A co najważniejsze, mają oni różne pomysły i próbują je realizować dzięki swojemu "dostępowi do człowieka".

Teraz w tej "elitarnej" grupie panuje terror i frustracja. Główne słowa, które słyszysz w biurach Kremla, na Łubiance i w kancelarii prezydenta na placu Starym, to: "Oszukali nas".

Wojną rosyjsko-ukraińską Putin położył kres ich dolce vita, czyniąc ich pieniądze i wille w najlepszych miejscach na świecie niedostępnymi i wymagając od nich jeszcze większej lojalności. Tymczasem ich współudział czyni wielu z nich zbrodniarzami wojennymi, którzy staną przed sądem w Hadze. Nie taka była ich umowa z Putinem.

Na domiar złego stoją oni przed widmem większego terroru, jeśli obecny reżim, odrzucony przez cały świat, będzie kontynuował swoją agresję — albo przed perspektywą zredukowania się do nuklearnego popiołu. To nie jest przyszłość, którą wyobrażają sobie właściciele jachtów, kolekcji rolls-royce'ów i lamborghini, arcydzieł malarstwa i przytulnych willi wśród toskańskich winnic.

onet.pl

wtorek, 22 marca 2022


Zgodnie z komunikatami Sztabu Generalnego Sił Zbrojnych Ukrainy w ciągu ostatniej doby nie nastąpiły znaczące zmiany w sytuacji militarnej. Armia ukraińska i inne formacje zbrojne przeprowadzały uderzenia na zgrupowania wrogich wojsk próbujących utrzymać zajęte pozycje i na niektórych kierunkach odniosły sukcesy. Nieprzyjaciel utrzymuje korytarz lądowy z okupowanym Krymem i blokuje wyjście na Morze Azowskie oraz ześrodkowuje siły i środki w celu podjęcia próby wznowienia działań zaczepnych. Odnotowano zwiększenie aktywności rosyjskiego lotnictwa, które z wykorzystaniem białoruskich lotnisk kontynuuje uderzenia rakietowo-bombowe na infrastrukturę w obwodach kijowskim, czernihowskim, charkowskim i donieckim. Ukraińskie Siły Powietrzne i obrona przeciwlotnicza trafiły ponad dziewięć celów powietrznych wroga (samolot, dwa śmigłowce, sześć bezzałogowych statków powietrznych i niezidentyfikowaną liczbę rakiet).

Zgodnie z ukraińskimi komunikatami Rosjanie, utraciwszy potencjał ofensywny, wciąż formują i przemieszczają do granic Ukrainy rezerwy z Centralnego i Wschodniego Okręgów Wojskowych oraz prowadzą skrytą mobilizację. W związku z dużymi stratami ludzkimi (poza licznymi zabitymi odnotowuje się wysoką śmiertelność wśród ciężko rannych) wstrzymali planowe zwolnienia ze służby wojskowej oficerów i podoficerów. Najeźdźcy kontynuują praktykę wykorzystania do działań bojowych personelu jednostek zabezpieczenia, co świadczy o krytycznej sytuacji armii. Na okupowanej części obwodu ługańskiego agresor prowadzi mobilizację, która przebiega chaotycznie, a większość osób nią objętych nigdy nie służyła w wojsku. W rejonie ochtyrskim obwodu sumskiego ponad 300 rosyjskich żołnierzy miało odmówić wykonania rozkazu uczestnictwa w działaniach zbrojnych. Dochodzi również do przypadków dezercji.

Sztab Generalny armii ukraińskiej przedstawił sytuację na poszczególnych kierunkach obrony:

Na kierunku poleskim agresor próbował zintensyfikować ofensywę, ale poniósł straty. Rosjanie prowadzą rozpoznanie powietrzne w celu znalezienia optymalnych kierunków poprawy swojego położenia, próbują organizować rozbudowę inżynieryjną pozycji obronnych i przywrócić wsparcie logistyczne pododdziałów.

Na kierunku siewierskim przeciwnik nie prowadzi aktywnych działań. Kontynuuje jednak odbudowę zdolności ofensywnych, wprowadzając dodatkową batalionową grupę taktyczną z 90. Dywizji Pancernej, próbuje organizować rozbudowę inżynieryjną pozycji obronnych oraz przywrócić zdolność bojową i wsparcie logistyczne pododdziałów. Wojska rosyjskie ostrzeliwują Czernihów i inne miejscowości. Nie rezygnują też z prób ataku na Browary, lecz ze względu na znaczące straty nie posuwają się naprzód.

Na kierunku słobodzkim najeźdźca nie prowadzi aktywnych działań. Częściowo blokuje Sumy, dostępnymi siłami próbuje zablokować Charków oraz prowadzi ostrzał artyleryjski obiektów wojskowych i cywilnych w tym mieście oraz w Czuhujewie. Trwają walki o Izium i w jego okolicach, gdzie agresor wzmacnia siły i tworzy system umocnień. Rosyjskie pododdziały zabezpieczenia próbują odtworzyć linię kolejową Kupiańsk–Wałujki, aby poprawić zaopatrzenie.

Na kierunku donieckim i ługańskim agresor bez powodzenia próbuje nacierać i zdobywać kolejne przyczółki, ponosi straty i wycofuje się. Jego jednostki prowadzą działania zaczepne i ostrzał na całej linii styczności walczących wojsk. Rosjanie mieli utracić blisko 300 żołnierzy.

Na kierunku południowobużańskim nieprzyjaciel przeszedł do obrony na wcześniej zajętych pozycjach, przywraca zdolność bojową i uzupełnia zapasy. W wyniku kontrataku pododdziałów ukraińskich z Mikołajowa został zmuszony do odwrotu na niedogodne pozycje.

W komunikatach z 26. doby walk nie uwzględniono kierunku taurydzkiego (zwanego także przyazowskim).

Według ukraińskiego Sztabu Generalnego agresor wciąż ma znaczące problemy z logistyką, a działające na terytorium Ukrainy jednostki dysponują zapasem amunicji i żywności na nie więcej niż trzy dni. Sytuacja z zabezpieczeniem w paliwo za pomocą cystern jest analogiczna. Rosjanom nie udało się zorganizować jego dostaw za pomocą sieci rurociągów. Wyzwanie stanowi też remont uszkodzonego uzbrojenia i sprzętu wojskowego. W obwodzie zaporoskim zorganizowano punkt naprawczy – zaangażowano m.in. specjalistów sprowadzonych z zakładów w Rosji.

(...)

Portal internetowy prokremlowskiego tabloidu „Komsomolskaja Prawda” stał się obiektem ataku hakerskiego przeprowadzonego najprawdopodobniej przez ukraińskie służby specjalne bądź osoby ochotniczo wspierające Ukrainę w cyberwojnie. Do oficjalnego komunikatu resortu obrony FR dodano dane o stratach sił rosyjskich – 9.861 zabitych i 16.153 rannych. Redakcja serwisu potwierdziła fakt włamania na stronę internetową. Informacja była dostępna przez kilka godzin.

Z Rosji napływają komunikaty od władz lokalnych o kolejnych pochówkach żołnierzy, którzy zginęli na Ukrainie. Lista obejmuje 557 osób i jest dalece niepełna. W niektórych regionach Rosji media, które donosiły o śmierci własnych żołnierzy, zaczęły usuwać publikacje pod naciskiem organów bezpieczeństwa. Oficjalne dane o stratach podano tylko raz (2 marca), kiedy to Ministerstwo Obrony FR potwierdziło śmierć 498 żołnierzy. Według ukraińskich służb wywiadowczych Rosjanie prowadzą agitację w wojskach białoruskich mającą uzasadnić ewentualne wejście tamtejszych jednostek na terytorium Ukrainy.

Ukraińskie MSW poinformowało, że od 24 lutego wszczęto 1.271 postępowań w związku z podejrzeniem popełnienia przestępstwa przeciwko bezpieczeństwu narodowemu. Spośród nich 922 dotyczyło działań na rzecz podważania integralności terytorialnej i nienaruszalności granic Ukrainy, 244 – zdrady stanu (m.in. przekazywania niejawnych danych rosyjskim służbom i wojsku), 48 – aktów sabotażu, a 57 miało charakter kryminalny. Resort podkreślił, że niektórzy zatrzymani pochodzili z czasowo okupowanych terytoriów lub przybyli na Ukrainę z innych krajów. Na Zakarpaciu SBU przerwało operację Federalnej Służby Bezpieczeństwa, której celem było sprowokowanie mniejszości węgierskiej do działań na rzecz oderwania tego regionu od Ukrainy. W komunikacie służby podkreślono, że większość informacji o rosyjskich posunięciach otrzymano od przedstawicieli społeczności węgierskiej.

Wojsko agresora kontynuuje grabież zajętych miejscowości. W okolicach Hostomla w obwodzie kijowskim udokumentowano wywożenie pojazdami opancerzonymi skradzionych przedmiotów użytkowych. SBU przechwyciło rozmowy rosyjskich żołnierzy informujących swoje rodziny, że weszli w posiadanie telewizorów, sprzętu AGD, perfum czy pieniędzy.

21 marca z ośmiu uzgodnionych korytarzy humanitarnych działało siedem, zaś łącznie ewakuowano 8.057 osób, w tym ok. 3 tys. z Mariupola. Część kolumn autobusowych, które opuściły miasto, została ostrzelana przez wojska rosyjskie, w wyniku czego czworo dzieci zostało rannych. Mer Boryspola (30 km na wschód od stolicy) wezwał ludność cywilną do jego opuszczenia, aby ułatwić działanie siłom zbrojnym. 22 marca władze kontynuują próby otwarcia korytarzy humanitarnych z Mariupola i Berdiańska do Zaporoża. Koleje Ukraińskie organizują wyjazdy kolejnych pociągów ewakuacyjnych z Charkowa, Kijowa, Dniepru, Kramatorska, Krzywego Rogu i Odessy w kierunku Użhorodu i Lwowa. Pojawienie się w rozkładzie składów z Odessy świadczy o tym, że miasto liczy się z ewentualnym szturmem wroga.

Według informacji Straży Granicznej RP od początku wojny granicę z Polską przekroczyło 2,14 mln osób, a 21 marca było ich 30 tys. (spadek o 11% w stosunku do poprzedniego dnia).

Niektóre sieci supermarketów podjęły decyzję o tymczasowym zamknięciu części placówek w Kijowie i obwodzie kijowskim. Będą działać jedynie 34 ze 130 sklepów ATB, a ze 146 supermarketów Silpo otwartych pozostanie 115. Przyczyną są rosnące trudności logistyczne z zapewnieniem dostaw towarów. Narodowy Bank Ukrainy wprowadził ograniczenie wypłat z kont dla osób przebywających za granicą do 100 tys. hrywien (ok. 3,4 tys. dolarów) na miesiąc. Limitem nie objęto transakcji bezgotówkowych, jeśli służą opłaceniu kosztów nauki, leczenia oraz transportu chorych.

Rząd zatwierdził comiesięczne wypłaty dla uchodźców w wysokości 2 tys. hrywien dla dorosłych oraz 3 tys. hrywien (odpowiednio ok. 70 i 100 dolarów) dla każdego dziecka. Środki można otrzymać przez państwową aplikację Dija. Ponadto władze zainicjowały proces zatrudniania uchodźców – przedsiębiorcy otrzymają 6,5 tys. hrywien (ok. 220 dolarów) miesięcznie za każdą osobę, którą przyjmą do pracy. 21 marca państwo zaczęło również wypłacać jednorazową zapomogę w wysokości 6,5 tys. hrywien osobom, które mieszkają w regionach objętych walkami. Według Ministerstwa Gospodarki swoją działalność z terenów, gdzie toczą się działania wojenne, przeniosło dotychczas 40 przedsiębiorstw, a 300 jest w trakcie relokacji.

Prezydent Wołodymyr Zełenski powtórzył, że dla osiągnięcia pokoju kluczowe jest jego osobiste spotkanie z Władimirem Putinem. Stwierdził też, że Ukraina opowiada się za pokojem, nawet jeśli jego warunki będą trudne, ale w negocjacjach chce dialogu, a nie ultimatów. Przyszłe porozumienie ma zostać zatwierdzone w ogólnokrajowym referendum. Zełenski wezwał członków UE (w szczególności Niemcy) do wstrzymania handlu z Rosją, gdyż to z tych środków agresor finansuje machinę wojenną. Powtórzył także, że NATO nie przyjmuje Ukrainy z powodu obaw przed Rosją, choć kilka państw członkowskich Sojuszu jest gotowych dać Kijowowi gwarancje bezpieczeństwa.

Komentarz

Działania wojenne mają charakter pozycyjny, przy czym – wbrew komunikatom Sztabu Generalnego Sił Zbrojnych Ukrainy – armia rosyjska nieprzerwanie atakuje. Na południu wykorzystuje luki w obronie w celu poszerzenia kontrolowanego obszaru, a we wszystkich rejonach walk staje się coraz poważniejszym zagrożeniem dla życia i zdrowia mieszkańców (przypadkowość ataków świadczy o tym, że nie mają one charakteru planowego, jednak jest na nie przyzwolenie rosyjskiego dowództwa). Jednostki ukraińskie starają się bronić wszelkimi dostępnymi sposobami, również z wykorzystaniem własnej infrastruktury cywilnej, o czym świadczą cywilne i wojskowe ofiary uderzeń na te same rejony, a także informacje władz miejscowości zagrożonych ofensywą. O ile agresor bez skrupułów wykorzystuje mieszkańców jako żywe tarcze, o tyle obrońcy starają się na wszelkie sposoby ewakuować ich z terenów starć.

W warunkach prowadzenia przez obie strony konfliktu wojny informacyjnej podawane dane o stratach przeciwnika są w dużej mierze szacunkowe i zawyżane bądź zaniżane. Nie zmienia to faktu, że agresor próbuje skrzętnie ukrywać swoje straty, zwłaszcza ludzkie. Szczątkowe informacje (natychmiast cenzurowane) napływające od rosyjskich władz lokalnych świadczą o tym, że liczba zabitych żołnierzy rosyjskich może wynosić według różnych szacunków od 5 tys. do 9 tys. Zwraca również uwagę, że Rosjanie nie podają danych o stratach ukraińskich, co może oznaczać, że są one o wiele niższe.

Liczba osób opuszczających Ukrainę w ostatnim czasie systematycznie spada. Nie oznacza to jednak, że nie będzie kolejnej fali uchodźców. Można się jej spodziewać wraz ze zbliżaniem się linii frontu do dużych miast we wschodniej części kraju (Krzywy Róg, Dniepr, Zaporoże). Ponadto na Ukrainie jest co najmniej 7 mln uchodźców wewnętrznych. Wyjazdom za granicę będzie sprzyjać pogarszająca się sytuacja gospodarcza kraju oraz kończące się oszczędności ludzi, którzy opuścili swoje miejsca zamieszkania. Wsparcie finansowe dla uchodźców ze strony rządu nie będzie w stanie istotnie poprawić ich sytuacji.

osw.waw.pl

Zarówno kadyrowcy jaki i tzw. wagnerowcy (jest to medialne uproszczenie, bowiem utożsamia wszystkich rosyjskich kontraktorów z jedną, najbardziej rozpoznawalną firmą wojskową PMC czy Grupą Wagnera) to przede wszystkim w pierwszej kolejności konstrukt do walki psychologicznej. Przede wszystkim, przed agresją, właśnie rosyjskie groźby użycia sił czeczeńskich oraz najemników miały wywołać presję na Ukraińskim społeczeństwie oraz wojsku. Miało to być związane z obrazem propagandowym najemników oraz kadyrowców, bazującym na dwóch filarach, tj. brutalności oraz domniemanym profesjonalizmie. Nie może więc zaskakiwać, że widziano w nich możliwe formy działań na zapleczu sił ukraińskich – dywersja, sabotaż, ale też działań podejmowanych już na kontrolowanych przez siły inwazyjne częściach Ukrainy – działania kontrpartyzanckie (COIN), pacyfikacja (tzw. rosyjskie zaczystki), etc. W obu przypadkach już teraz wiemy, że było to zbliżone do rzeczywistości, ale jedynie w sferze planów operacyjnych. Kontraktorzy najemni mieli pojawić się np. w Kijowie, ale dzięki sprawnym operacjom kontrwywiadu oraz sił obronnych Ukrainy ich znaczenie w pierwszych godzinach walk zostało odpowiednio zneutralizowane.

Kadryrowcy, przede wszystkim głosem samego Kadyrowa mieli dostarczyć, tak przynajmniej sądzono w rosyjskiej propagandzie sukcesu, niezbędnego „szoku i przerażenia", łamiąc morale ukraińskich obrońców. Jednakże, kolejne informacje płynące ze strefy walk pokazują możliwe znaczne straty formacji czeczeńskich, w tym wśród dowódców. Jak również istnieją informacje o przerzucaniu tych jednostek między różnymi kierunkami rosyjskich natarć. Co raczej nie świadczy o ich skuteczności, a wprost przeciwnie. Dowódcy rosyjscy mogą próbować wręcz wypychać ze swoich rejonów odpowiedzialności, te na wpół autonomiczne formacje kadyrowskie. Co więcej, są to jednostki, które np. wywołały niedawno konsternację nawet w relacjach z separatystami w Donbasie. Finalnie, zapewne za sprawą Moskwy pojawiło się publiczne pogodzenie się stron. Jednakże, należy domniemywać, że istnieje coś w rodzaju rywalizacji sił separatystów i kadyrowców raczej nie w postępach stricte bojowych lecz zdolności do grabienia okupowanego terytorium Ukrainy.

Zauważmy również, że kadyrowcy są dość specyficznie pokazywani, wręcz jako coś w rodzaju formacji czysto specjalnych. Stąd w propagandzie, najczęściej trzeba zaznaczyć własnej, ukazywane są elementy wyposażenia taktycznego, umundurowania, etc. innego niż klasyczne siły rosyjskie. Trudno przypuszczać, że buduje to relacje z innymi wojskami rosyjskimi. W tych przekazach medialnych strony czeczeńskiej trudno jest odczytać jak propaganda sukcesu kadyrowców przekłada się na realne starcia z silnym przeciwnikiem. Najprawdopodobniej jest to pochodna samej konstrukcji wojsk tworzonych przez Ramzana Kadyrowa w okresie przed wojną. Ich zadaniem było przecież zapewnienie swoim władzom kontroli w regionie, stąd potrzeba skupienia się na działaniach pacyfikacyjnych lecz w swoim kręgu kulturowym oraz realiach geograficznych. Po drugie, w momencie najmowania się do działań Kremla mówimy raczej o zadaniach pacyfikacyjnych, jako siły pomocnicze do sukcesów rosyjskich. W przypadku walk w Ukrainie kadyrowcy działają poza swoim regionem, są traktowani jako obcy kulturowo (co może sprzyjać oporowi ze strony obrońców i nie jest atutem), a przede wszystkim nie mogą uwłaszczać się swobodnie przy sukcesach wojskowych konwencjonalnych sił rosyjskich. Pozostaje dbanie o przekaz PR-owy sił kadyrowskich, ale też taktyczne grabienie wszystkiego co jest do zagrabienia na okupowanym terytorium.

Jednocześnie, pojawiają się również rysy na tym obrazie, gdyż słyszymy o wycofywaniu rozbitych jednostek (szczególnie po walkach o port lotniczy Hostomel) czy dość groteskowej podróży samego Kadyrowa w strefę walk. Jej kuriozalność miała polegać na tym, że odbyła się ona de facto jako jedynie fakt propagandowy. Zaś lider prorosyjskiej władzy w Czeczenii miał w ogóle nie ruszyć się z Groznego, a materiał filmowy z jego obecności w Ukrainie był jedynie czystą formą przekazu propagandowego. 

(...)

Ramzana Kadyrowa należy również uznać za cennego dla Kremla jeśli chodzi o wykonywanie misji poza samą Ukrainą. Chodzi o przeprowadzanie tajnych operacji, charakteryzujących się najwyższym poziomem ryzyka – akty sabotażu czy nawet morderstwa. Trzeba dodać, że podobną rolę mogą przejąć również formacje rosyjskich firm wojskowych, ale z tą różnicą, że trudno przypuszczać iż będą w pełni efektywne w roli jednostek zaporowych. Wynika to z faktu pracy w nich części najemników, którzy przeszli przez różne jednostki sił zbrojnych Rosji i mogą wykazywać niechęć do przysłowiowego strzelania do cofających się Rosjan. Jednak, w roli policji pomocniczej na okupowanych terytoriach i formacji niszczących okupowane terytorium kontraktorzy mogą być skuteczniejsi niż nawet Rosgwardia.

Do tego obrazu należy zawsze dołączać część sił separatystów, których wytworzyła Rosja jeszcze po inwazji Ukrainy w 2014 r. Ich jednostki wyglądają niczym formacje milicyjne i również ponoszą znaczne straty w walkach z konwencjonalnymi siłami Ukrainy. O czym świadczą sygnały o mobilizacji wśród coraz młodszych i coraz starszych mężczyzn znajdujących się pod kontrolą władz tzw. republik ludowych. Przy czym, dla strony rosyjskiej istnieje obecnie wręcz priorytet propagandowy, aby odpowiednio ukazywać działania sił ługańskich i donieckich. Chodzi o utrzymanie przekazu, że to właśnie Doniecka i Ługańska Republika Ludowa są niejako awangardą działań zbrojnych i Rosja im pomaga w swojej „operacji specjalnej" (zwrot obowiązujący w przekazach propagandy kremlowskiej, mający kamuflować realny charakter zbrojnej napaści na Ukrainę).

defence24.pl

W sobotę, 26 lutego, namiestnik Czeczenii i sojusznik Władimira Putina, Ramzan Kadyrow, potwierdził, że jego czeczeńskie oddziały uczestniczą w rosyjskiej inwazji na Ukrainę. Jak podawała ukraińska strona, Rosjan mają wspierać kombinowane siły - oddziały m.in. 141. Pułku Zmotoryzowanego czeczeńskiej jednostki Gwardii Narodowej, którym początkowo dowodził Magomet Tuszajew oraz batalionu „Południe". Ocenia się je na 4 tys. „bojców". Czeczeńskie oddziały miały wspierać uderzenie na Hostomel i uczestniczyć w kluczowej bitwie o lotnisko. Kadyrowcy wpadli w ukraińską zasadzkę, zginąć miał także sam Tuszajew. Kadyrowcy dementują tę informację.

Ukraińcy w wyniku wygranego boju zdobyli znaczną ilość broni. Czeczenów zatrzymały oddziały Gwardii Narodowej i jednostki specjalnej „Alfa" Służby Bezpieczeństwa Ukrainy (SBU). Kadyrow wysłał na Ukraińców swoich najważniejszych dowódców. Tuszajew był nawet określany jako „prawa ręka" Kadyrowa, a oprócz niego, na Ukrainie ma być Daniila Martynow, czeczeński „minister obrony". To Martynow dowodził reprezentacją czeczeńskiej jednostki SOBR Terek na międzynarodowych zawodach sił specjalnych KASOTC w Jordanii. Szkolił specnaz, a wcześniej sam miał służyć w „Alfie" - z tym że Federalnej Służby Bezpieczeństwa. Jeżeli także ludzie Martynowa uczestniczyli w bitwie o Hostomel to znaczy, że doszło do starcia dwóch jednostek specjalnych „A" kontrwywiadu (ukraińskiego oraz czeczeńsko-rosyjskiego). Obronną ręką wyszli z niej zatem Ukraińcy.

Co ciekawe, do strat w czasie ukraińskiej ofensywy przyznał się sam Kadyrow. Jak podaje „The Moscow Times" powiedział w końcu, że są „zabici i ranni", a liczby ocenił na „dwóch zabitych oraz sześciu rannych". Z pewnością są to dane zaniżone. Z drugiej strony brytyjskie media piszą o zniszczeniu całej czeczeńskiej kolumny. Bez względu na wysokość strat oznacza to jednak, ze strony zauszników Putina, zdjęcie początkowej kurtyny milczenia w sprawie śmierci swoich ludzi. Do strat żołnierzy z różnych regionów Rosji przyznali się także politycy z Kałmucji i Dagestanu. Oznacza to, że Moskwa wojuje także rekrutami znad Morza Kaspijskiego i Kaukazu.

Wejście na ukraiński front oddziałów czeczeńskich jest w pewnym sensie, ze strony Putina, bronią psychologiczną. Wielką traumą na Ukrainie jest los jeńców ukraińskich, którzy wpadli w czeczeńskie ręce i byli w barbarzyński sposób maltretowani. Zwłaszcza wśród mieszkańców wschodniej Ukrainy samo rozmawianie o czeczeńskich oddziałach budzi silne emocje. Bestialski stosunek Czeczenów w Donbasie wobec Ukraińców sprawił, że walki z tymi oddziałami były jeszcze bardziej zaciekłe. Przykładem jest najważniejsza bitwa w Donbasie, czyli walki o doniecki „Aeroport", gdzie z jednej strony oddziały ukraińskie (legendarne cyborgi) broniły pozycji przez 242 dni, a z drugiej separatyści pchali Batalion „Wostok" jak mięso armatnie, a czeczeńskie oddziały w walkach zostały wybite „do nogi". Nie dziwi zatem krążący po Internecie film, w którym żołnierz ukraiński, smaruje naboje „sało" (słoniną), czyli tłuszczem wieprzowym uznawanym przez muzułmanów za nieczyste zwierzę.

defence24.pl