czwartek, 24 marca 2022


Łukasz Cieśla, Onet: W rosyjskim wojsku panuje chaos i nie wiadomo, czy Rosja wyznaczyła dowódcę odpowiedzialnego za prowadzenie wojny w Ukrainie. Tak, zdaniem mediów z USA, sytuację postrzegają amerykańscy urzędnicy i eksperci. To słuszna ocena?

Gen. Mieczysław Cieniuch: Rosjanie rzeczywiście mają bałagan w systemie dowodzenia, który jest podstawą prowadzenia każdej operacji, nawet takiej o charakterze pokojowym. Dzieje się tak, bo w przypadku wojny w Ukrainie Rosjanom już pierwszego dnia wysiadł ich wielki system informatyczny, który budowali latami za ciężkie miliardy rubli. Mam na myśli zarządzanie polem walki, których w przypadku wojsk NATO określamy z języka angielskiego jako BMS — battlefield managment system. W Rosji miał on miejscową nazwę. W każdym razie ten system miał umożliwić przekazywanie szybkich informacji na poszczególne szczeble dowodzenia, w szczególności na te najniższe.

Do tej pory raczej publicznie się o tym nie mówiło. Na ile awaria tego systemu pokrzyżowała Rosjanom plany błyskawicznej inwazji w Ukrainie?

Ta informacja może się nie przebiła, ale można było ją wyszukać. Najważniejsze jest to, że na samym początku Rosjanie stracili absolutnie kluczowe narzędzie do sprawnego dowodzenia swoimi wojskami oraz do rozpoznania pola walki. Założenie było takie, że dzięki temu budowanemu latami systemowi informacja będzie szła do żołnierzy szybko, sprawnie i co równie ważne — w sposób tajny. Skoro jednak ten system natychmiast zawiódł, Rosjanie z konieczności zaczęli używać systemów opartych na radiostacjach, w tym również analogowych. Dlatego Ukraińcy mogli łatwo zakłócać ich rozmowy, podsłuchiwać i nagrywać. Dzięki temu co pewien czas ujawniają rozmowy rosyjskich żołnierzy i w mojej ocenie są to prawdziwe dialogi Rosjan. Ukraińcy częściowo znają też rozkazy rosyjskich dowódców.

(...)

Polska armia i wojska NATO mają sprawny system BMS?

NATO jak najbardziej tak, natomiast w Polsce też były problemy z jego wdrożeniem. Trwały przetargi i prawdę mówiąc nie wiem, czy został on już w pełni wdrożony. Pewny jestem tego, że bez sprawnego BMS, bez przeszkolenia w jego użytkowaniu żołnierzy zwłaszcza tych z najniższych szczebli, z batalionu, czy kompanii, prowadzenie współczesnej wojny jest prawie niemożliwe. Teraz widzimy to na przykładzie Rosji. Pododdziały jej wojska nie prowadzą działań w rozproszeniu, gromadzą się wokół swoich dowódców i są łatwym celem dla broniących się.

(...)

Jak pan ocenia rosyjski plan na tę wojnę?

Rosja miała mało realistyczny plan szybkiego zajęcia Kijowa, który został oparty na błędnej ocenie sytuacji zwłaszcza w obszarze zdolności Ukraińców do podjęcia działań obronnych. W czasie wojny istotny jest trójkąt zależności między władzą, narodem i siłami zbrojnymi. W tym trójkącie przeciwnik zawsze stara się szukać luk lub je stworzyć, żeby zakłócić te relacje. W przypadku Ukrainy ten trójkąt jest bardzo silny. Relacje w Ukrainie między tymi trzema komponentami są prawie idealne. Rosjanie uznali, że Ukraińcy nie będą się bronić, że przystąpią do kolaboracji. Nieprawidłowo ocenili też reakcję międzynarodową na ich agresję.

Rosja napadła na byłą republikę radziecką, na sąsiednie państwo, które — w teorii — powinna doskonale znać. Jak Rosjanie mogli tak przestrzelić w ocenie sytuacji?

Początkowy plan Rosji był zapewne częściowo oparty na własnej propagandzie. Na takiej "wiedzy" stworzyli więc błędne założenia. Nie jest tajemnicą, że w Rosji przepływ informacji pomiędzy najwyższymi osobami w państwie, a społeczeństwem nie przebiega jak w normalnym państwie demokratycznym. U nas informacja idzie z dołu do góry, władze słyszą, jakie są nastroje społeczne. Tymczasem w Rosji, od lat, tzw. góra mówi, co chce usłyszeć, a doły to podchwytują jako swoje oczekiwania i marzenia. Taki mechanizm prowadzi do powstania alternatywnej rzeczywistości. Sądzę, że władze Rosji uwierzyły w obraz, które same wykreowały, że Ukraina jest słabym, niespójnym państwem, politycznie rozdyskutowanym, podzielonym na wschód i zachód, a jej armia będzie niegotowa do jakiegokolwiek działania. Ta operacja, po okresie zastraszania i gromadzenia wojsk na granicy, w założeniu miała potrwać kilka dni. Głównym celem była zmiana władzy w Kijowie, parada zwycięstwa i szybkie rozwiązanie problemu. Jednak rzeczywistość jest zupełnie inna. Po aneksji przez Rosję Krymu w 2014 r., po tym jak Ukraina wtedy szybko się poddała, jak przeżyła traumę i wstyd, jej społeczeństwo się skonsolidowało. Siły zbrojne zrozumiały, że tylko ciężka praca i nakłady finansowe dadzą rezultaty. W efekcie zwyciężyło poczucie, że casus Krymu nie może się powtórzyć.

Może więc to Rosja jest bardzo słaba, skoro nie potrafiła trafnie ocenić sytuacji, a potem zaczęła wojnę, która obnażyła jej liczne braki?

Nie powiedziałbym, że Rosja jest słaba. Po prostu wybrała się nie na tę wojnę. Rzeczywistość, czyli duży opór Ukraińców, reakcja międzynarodowa zwyczajnie ją zaskoczyły. Cele polityczne i militarne miały być osiągnięte małym nakładem sił, ale tak się nie stało.

"Tylko ten argument przemówi do Putina". Tak mówi były szef Agencji Wywiadu

Władimir Putin przejdzie teraz do planu B i będzie dążył głównie do podbicia wschodniej części Ukrainy? Armia rosyjska jest w stanie zrealizować taki cel?

Celem Rosji jest doprowadzenie do upadku niepodległego państwa ukraińskiego. Czy to się odbędzie przez podbicie jedynie wschodnich regionów, czy poprzez oderwanie całej lewobrzeżnej Ukrainy wzdłuż Dniepru, to się okaże. Na pewno Rosja chce jak najwięcej, by do późniejszych rozmów pokojowych usiąść w jak najlepszej sytuacji. Nie odpowiem teraz, co Rosji się uda, a co nie. Wojna to jest takie zdarzenie, w którym jest wiele różnych czynników. Matematyczna ocena byłaby mylna, ponieważ wiele zmiennych jest związanych m.in. z psychiką pojedynczych żołnierzy i niewielkich pododdziałów oraz oddziałów, z przygotowaniem dowódców i wieloma innymi kwestiami. Jeśli więc ktoś w Rosji twierdził, że w ciągu trzech dni wejdzie do Kijowa, popełniał błąd megalomanii.

(...)

Ukraińcy od wielu dni apelują o zamknięcie nieba, a kontrolę na nim miałyby objąć wojska NATO. Zdaniem Ukraińców to szybko zakończyłoby wojnę. Pana zdaniem to realny pomysł?

Łatwo rzucić taką koncepcję, jednak trudniej z jej realizacją. W praktyce ukraińskie niebo musiałoby być patrolowane przez samoloty wojsk NATO. Nie sądzę, by Rosjanie się na to zgodzili. To zapewne doprowadziłoby do otwartej konfrontacji zbrojnej Zachodu z Rosją. Moim zdaniem ten pomysł jest więc mało realny. Można innymi środkami uzyskać ten sam efekt, czyli realnie wesprzeć Ukraińców. Konieczne jest dalsze dostarczanie im środków obrony przeciwlotniczej, a może i samolotów bojowych. Poza tym Rosja wcale nie ma wielkiej przewagi na ukraińskim niebie. Jest to kolejne zaskoczenie, ale ten stan wynika ze słabości rosyjskiego lotnictwa. Jest takie powiedzenie, że błędów strategicznych nie naprawisz rozwiązaniami taktycznymi. Błędem strategicznym w mojej ocenie jest fakt, że rosyjskie lotnictwo jest na tyle przestarzałe i niezmodernizowane, że nie może precyzyjnie operować na dużych wysokościach. Dlatego Ukraińcy najczęściej strącają rosyjskie Su-25, które muszą atakować z niskiej wysokości, żeby być precyzyjne i trafiać w obiekty na ziemi. Kiedy już pojawiają się na niskiej wysokości, są łatwym celem dla Stingerów czy polskich Piorunów. Dodam, że rosyjskie lotnictwo jest na tyle przestarzałe, że podobną sytuację jak teraz, mieliśmy 40 lat temu w Afganistanie. Wyrzutnie Stinger obsługiwane przez Afgańczyków strącały wówczas tyle rosyjskich Su-22 i Su-25, że Rosjanie przestali panować w przestrzeni powietrznej Afganistanu.

Zapewne obaj zgodzimy się, że Władimir Putin sam z siebie się nie cofnie. Co musi się stać, aby wojna się skończyła?

Tak, Putin nie odpuści, bo to byłby jego koniec. Będzie dążył do dalszej eskalacji. Jednak w miarę upływu czasu będzie weryfikował swoje cele. Jeśli on i jego otoczenie uznają, że nie mogą osiągnąć megalomańskich celów, Putin w pewnym momencie ogłosi, że chciał osiągnąć właśnie to, co osiągnął do tej pory. Stwierdzi wówczas, że jest gotowy do rozmów pokojowych. To kiedy Putin dojdzie do takiego wniosku, w dużej mierze zależy od sankcji i nacisku Zachodu. Jeśli ten przysłowiowy Zachód wytrzyma, jeśli utrzyma lub zaostrzy sankcje, odbije się to na gospodarce Rosji i jej zdolności do prowadzenia wojny. Bez logistyki, która szwankuje od samego początku, Rosja zbyt wiele nie zrobi. Z kolei Ukraina może liczyć na pomoc zewnętrzną i moim zdaniem powinna być ona jak największa. Istotną rolę dla dalszych losów wojny odgrywa również kwestia motywacji i woli walki — bardzo wysokiej u Ukraińców, niskiej wśród rosyjskich żołnierzy.

Z czego wynikają niskie morale w rosyjskiej armii?

W tym konflikcie, po stronie Rosji, walczą żołnierze młodzi, nieprzygotowani, wielu z nich jest zwyczajnie zmęczonych po wcześniejszych kilku miesiącach spędzonych na zimowym poligonie. Mają wszystkiego dosyć, czują się oszukani, bo przecież w Rosji napompowano ich informacją, że idą walczyć z nazistami i banderowcami. Są też poborowi, słyszę, że pod Czernihowem na północy Ukrainy pojawili się właśnie słuchacze szkoły wojskowej. Czyli młodsi specjaliści, którzy żołnierzami są może od kilku miesięcy. Oni nie są przygotowani do wojny. Naprzeciwko siebie mają zawodową armię ukraińską, po wojnie na Donbasie oraz zdeterminowanych cywilów, którzy wstąpili do obrony terytorialnej. To wszystko prowadzi do olbrzymiego rozczarowania po stronie żołnierzy rosyjskich. Co innego im mówiono, co innego ich spotkało. Do tego dochodzą wspomniane kłopoty z systemem dowodzenia i zaopatrzeniem w paliwo i żywność. W efekcie widzimy filmiki z jeńcami rosyjskimi, którzy skarżą się, że zwyczajnie są głodni i nie chcą walczyć.

onet.pl

Według władz USA do 18 marca Rosja użyła przeciwko Ukrainie około 1000 pocisków balistycznych, samosterujących i przeciwlotniczych. Od początku wojny Rosja wykorzystuje głównie lądowe pociski balistyczne Toczka-U o zasięgu 120 km oraz Iskander-M o zasięgu 500 km. Na mniejszą skalę Rosja korzysta też z morskich pocisków samosterujących Kalibr o zasięgu 1500 km i różnych pocisków przenoszonych przez bombowce (rzekomo również typu Kindżał). Pomimo ponoszonych strat i problemów należy przypuszczać, że Rosja jest daleka od wyczerpania całości swojego arsenału pocisków kierowanych. Najintensywniej wykorzystano je pierwszego dnia agresji, głównie przeciwko lotniskom cywilnym i wojskowym, choć skala ataku (160 pocisków) była mniejsza od spodziewanej. Celami ataków rakietowych Rosji coraz częściej stawały się następnie największe miasta Ukrainy. Rośnie też wykorzystanie baz na Białorusi do ataków Iskanderami na aglomerację Kijowa oraz pocisków Toczka na wschodzie i północy dla wsparcia operujących tam sił Rosji. Trudno jest przy tym ocenić doniesienia o skuteczności ukraińskich systemów S-300W1 do zwalczania pocisków balistycznych i S-300PS/PT do walki z pociskami samosterującymi Rosji.

(...)

Państwa wschodniej flanki NATO mają ograniczone własne zdolności obrony przeciwrakietowej, nie posiadają ich lub są w trakcie ich pozyskiwania (Rumunia i Polska). Ze względu na wzmocnioną obecność w regionie sił NATO w celu odstraszania Rosji Sojusz wzmacnia obronę przeciwrakietową i przeciwlotniczą wschodniej flanki. 8–9 marca państwa NATO posiadające sprawdzone systemy przeciwrakietowe Patriot (PAC) zapowiedziały wysłanie części swoich baterii do Europy Środkowej w celu ochrony sił Sojuszu. USA rozmieściły już dwie baterie PAC we wschodniej Polsce, zaś Niemcy i Holandia są w trakcie rozmieszczenia swoich baterii na Słowacji. Kroki NATO są w istocie podobne – ale już w większej skali – do tych, które zastosowano w ramach wzmocnienia obrony Turcji systemami PAC i SAMP/T w związku z wojną domową w Syrii. Nie mniej istotna z punktu widzenia możliwości śledzenia przez NATO tras lotu rosyjskich pocisków samosterujących jest sojusznicza flota 14 samolotów wczesnego ostrzegania E-3A AWACS. Każdy dyżur trzech takich maszyn daje obraz sytuacji w całym regionie i wgląd w przestrzeń powietrzną do 400 km na wschód od granic NATO. Rozpoznanie zagrożeń rakietowych zapewniają NATO także ciężkie drony RQ-4D AGS. Można też przypuszczać, że niektóre aspekty obrony przeciwlotniczej i przeciwrakietowej Sojuszu w rejonie Morza Bałtyckiego są obecnie koordynowane z krajami partnerskimi NATO – Finlandią oraz Szwecją (która posiada zestawy PAC).

pism.pl

O przygotowaniach wojsk tureckich do wojny informował rosyjski poseł w Krymie Afanasij Nagoj. Turcja chciała odbić Astrachań i włączyć go w strefę swoich wpływów, odciąć Rosję od Morza Kaspijskiego, a także otworzyć sobie drogę do ekspansji na Powołże i Azję Średnią. Turcy rozpoczęli pochód od budowy kanału między Donem i Wołgą, co dało by im możliwość użycia swojej floty na M. Kaspijskim. W związku z ogromem prac, wkrótce zaprzestali budowy kanału i Kasim-pasza postanowił przeciągnąć flotę po lądzie do Wołgi, co spowodowało bunty jego wojska. Miejscowi murowie, którzy przeszli na stronę Turków, obiecali po zwycięstwie dać swoim podwładnym zdobyte statki z Wołgi i transport był kontynuowany. Turcy musieli jednak swoje ciężkie działa odprawić z powrotem do Azowu. Duża armia turecka licząca kilkanaście tysięcy janczarów pod dowództwem Kasima-paszy i chana krymskiego Dawlet-Gireja rozpoczęła spław rzeką Don z Azowa. 16 września 1569 wojska krymsko-tureckie osiągnęły Astrachań, gdzie rozbiły obóz. Załoga twierdzy, jak i ludność postanowiły podjąć obronę. Bez artylerii oblężniczej Kasim-pasza nie zdecydował się na bezpośredni szturm twierdzy. Zaczął budować niedaleko twierdzy astrachańskiej swój obóz umocniony, gdzie zamierzał przezimować i czekać na posiłki od sułtana. Załoga Astrachania i ludność mężnie broniła twierdzy, ostrzeliwali Turków z dział, wykonywali wypady z twierdzy na wojska przeciwnika. Turcy nie mogli pokonać okrążonych mimo burzenia ścian twierdzy, wykonywania podkopów i podziemnej wojny minowej. Wiadomość o zimowaniu spowodowała bunt wśród Turków, nie posiadających zapasów na zimę. Wojsko nie chciało w okresie zimowym szturmować twierdzy po lodzie. Wzrost buntu powodowały działania Dawlet Gireja. Obawiał się on możliwości pozostania Turków na terenie Powołża, tym samym uzależnienie jego chanatu od Imperium Osmańskiego. W tym czasie Kasim-pasza otrzymał wiadomości o zbliżaniu się wojsk rosyjskich w sile ok. 30 tys. pod dowództwem wojewody W. S. Sierebrianego do Astrachania. Zapadła decyzja o zaprzestaniu oblężenia i odejściu w kierunku Donu.

Armia turecka wycofując się szła przez północno kaukaskie stepy, gdzie straciła na skutek głodu i działalności partyzanckiej Czerkiesów ok. 70% stanów. W 1570 sułtan Selim przestał rościć pretensje do Astrachania. Turcja więcej nie próbowała zawojować Powołża. Dała możliwość swojemu wasalowi Dawlet Girejowi wojować z Moskwą na tym terenie. Turcja poniosła klęska pod Astrachaniem jak i później klęskę swej floty pod Lepanto w 1571 r.

Chan krymski nie pogodził się z klęską. Dawlet Girej dążył do rewanżu. W 1571 ze 120 tysięczną armią dotarł do Moskwy, ograbił ją i spalił, z wyjątkiem Kremla. W 1572 ponowił wyprawę na Moskwę, ale został zatrzymany przez wojska rosyjskie. W 1580 Krymsko-nogańskie wojska próbowały kolejny raz zawojować Astrachań.

pl.wikipedia.org

środa, 23 marca 2022


Każde społeczeństwo jest jak piramida, jeśli chodzi o to, jak blisko są ludzie przywódcy i jak mogą na niego wpływać. W demokracjach piramida jest płaska, o ostrym kącie podstawy i rozwartym kącie wierzchołka, podczas gdy w autokracjach (monarchiach absolutnych, tyraniach) kąt wierzchołka jest bardzo ostry, a kąty podstaw są tylko trochę poniżej 90 stopni. Nasze społeczeństwo jest typowym przykładem takiej wyniesionej piramidy autokratycznej.

Około 80 proc. populacji stanowi jej podstawę. Są to zazwyczaj ludzie, którzy żyją skromnie lub są po prostu biedni. Świat oglądają raczej w telewizji niż w internecie, nigdy nie podróżują za granicę. Są naturalnie antyamerykańscy, nawet jeśli nigdy nie byli w Ameryce. Ten antyamerykanizm rodzi się z zazdrości, bo wiedzą bardzo mało. Często ich obraz świata jest zawinięty w teorie spiskowe, pseudohistorię i inne dziwne wyobrażenia. Są bierni i chociaż są niezadowoleni ze swojego życia, zazwyczaj są posłuszni autorytetom.

W obecnej sytuacji większość tych ludzi - około 70 proc. - popiera wojnę Putina w Ukrainie. Wierzą w krwiożerczych antyrosyjskich banderowców i zły Zachód, któremu Rosja się przeciwstawia. Ale nie są fanatykami w tej kwestii. Woleliby nie wysyłać swoich dzieci na wojnę i chcieliby uniknąć trudów wojny. Jest bardzo niewielu ludzi, którzy są entuzjastami wojny. Ci, którzy zgłaszają się na ochotnika do walki, robią to z biedy i rozpaczy, bo ich życie jest niespełnione.

Drugi poziom piramidy to 18-19 proc. populacji. Są to ludzie dobrze wykształceni i kulturalni, którzy powszechnie korzystają z internetu, wyjeżdżają za granicę i dobrze znają świat. Wielu z nich ma źródła dochodu niezależne od władzy. Inni, wręcz przeciwnie, pracują w państwowych korporacjach i biurokracji, służąc przywódcom, ale nie będąc ich częścią.

Ci ludzie są często, choć nie zawsze, zamożni. Mogą mieć nawet mały domek na Łotwie czy w Bułgarii, a nawet mieszkanie na tzw. Lazurce, czyli na Lazurowym Wybrzeżu. Ci ludzie dobrze rozumieją świat, a wielu z nich ma silne zasady moralne i ceni wolność. Inni, przeciwnie, sprzedają swój talent władzom i w zamian za milczenie otrzymują sowite pensje na uniwersytetach, w biurokracji i firmach związanych z władzą.

Wśród tej grupy około 70 proc. nie aprobuje obecnej wojny, co publicznie wyraża w taki czy inny sposób. Sporo osób z tej grupy jest wstrząśniętych ostatnimi wydarzeniami i zmienia swoją lojalność wobec władz na moralny sprzeciw wobec nich, rezygnując z pracy w urzędach publicznych czy np. państwowych środkach masowego przekazu. Jednak nie wszyscy lojaliści tak postępują. Aktorka Czułpan Chamatowa jest przykładem protestującej większości w tej grupie, podczas gdy dyrygent Walerij Giergijew jest przykładem lojalnej mniejszości.

Wreszcie wierzchołek piramidy — 1-2 proc. populacji — to miejsce dla głównych beneficjentów obecnego systemu rosyjskiego. Ci ludzie są w pełni oddani władzy. Są dobrze wykształceni i wszystko rozumieją, nie mają mieszkań, ale rezydencje na Zachodzie, duże depozyty w zagranicznych bankach (od Szwajcarii po Zjednoczone Emiraty Arabskie) i pracę w międzynarodowym biznesie.

Są to najwyżsi rangą urzędnicy, szefowie korporacji państwowych, deputowani Dumy i senatorowie Rady Federacji, gubernatorzy i wielogwiazdkowi generałowie armii, FSB czy GRU. Sprzedali swoją wolność Putinowi, a w zamian otrzymali bogate i beztroskie życie. Są bezwarunkowymi wykonawcami jego woli — nie z powodów ideologicznych, ale czysto egoistycznych. Są wśród nich ideolodzy tacy jak Aleksander Dugin i Anton Wajno, ale nie jest ich wielu. A co najważniejsze, mają oni różne pomysły i próbują je realizować dzięki swojemu "dostępowi do człowieka".

Teraz w tej "elitarnej" grupie panuje terror i frustracja. Główne słowa, które słyszysz w biurach Kremla, na Łubiance i w kancelarii prezydenta na placu Starym, to: "Oszukali nas".

Wojną rosyjsko-ukraińską Putin położył kres ich dolce vita, czyniąc ich pieniądze i wille w najlepszych miejscach na świecie niedostępnymi i wymagając od nich jeszcze większej lojalności. Tymczasem ich współudział czyni wielu z nich zbrodniarzami wojennymi, którzy staną przed sądem w Hadze. Nie taka była ich umowa z Putinem.

Na domiar złego stoją oni przed widmem większego terroru, jeśli obecny reżim, odrzucony przez cały świat, będzie kontynuował swoją agresję — albo przed perspektywą zredukowania się do nuklearnego popiołu. To nie jest przyszłość, którą wyobrażają sobie właściciele jachtów, kolekcji rolls-royce'ów i lamborghini, arcydzieł malarstwa i przytulnych willi wśród toskańskich winnic.

onet.pl

wtorek, 22 marca 2022


Zgodnie z komunikatami Sztabu Generalnego Sił Zbrojnych Ukrainy w ciągu ostatniej doby nie nastąpiły znaczące zmiany w sytuacji militarnej. Armia ukraińska i inne formacje zbrojne przeprowadzały uderzenia na zgrupowania wrogich wojsk próbujących utrzymać zajęte pozycje i na niektórych kierunkach odniosły sukcesy. Nieprzyjaciel utrzymuje korytarz lądowy z okupowanym Krymem i blokuje wyjście na Morze Azowskie oraz ześrodkowuje siły i środki w celu podjęcia próby wznowienia działań zaczepnych. Odnotowano zwiększenie aktywności rosyjskiego lotnictwa, które z wykorzystaniem białoruskich lotnisk kontynuuje uderzenia rakietowo-bombowe na infrastrukturę w obwodach kijowskim, czernihowskim, charkowskim i donieckim. Ukraińskie Siły Powietrzne i obrona przeciwlotnicza trafiły ponad dziewięć celów powietrznych wroga (samolot, dwa śmigłowce, sześć bezzałogowych statków powietrznych i niezidentyfikowaną liczbę rakiet).

Zgodnie z ukraińskimi komunikatami Rosjanie, utraciwszy potencjał ofensywny, wciąż formują i przemieszczają do granic Ukrainy rezerwy z Centralnego i Wschodniego Okręgów Wojskowych oraz prowadzą skrytą mobilizację. W związku z dużymi stratami ludzkimi (poza licznymi zabitymi odnotowuje się wysoką śmiertelność wśród ciężko rannych) wstrzymali planowe zwolnienia ze służby wojskowej oficerów i podoficerów. Najeźdźcy kontynuują praktykę wykorzystania do działań bojowych personelu jednostek zabezpieczenia, co świadczy o krytycznej sytuacji armii. Na okupowanej części obwodu ługańskiego agresor prowadzi mobilizację, która przebiega chaotycznie, a większość osób nią objętych nigdy nie służyła w wojsku. W rejonie ochtyrskim obwodu sumskiego ponad 300 rosyjskich żołnierzy miało odmówić wykonania rozkazu uczestnictwa w działaniach zbrojnych. Dochodzi również do przypadków dezercji.

Sztab Generalny armii ukraińskiej przedstawił sytuację na poszczególnych kierunkach obrony:

Na kierunku poleskim agresor próbował zintensyfikować ofensywę, ale poniósł straty. Rosjanie prowadzą rozpoznanie powietrzne w celu znalezienia optymalnych kierunków poprawy swojego położenia, próbują organizować rozbudowę inżynieryjną pozycji obronnych i przywrócić wsparcie logistyczne pododdziałów.

Na kierunku siewierskim przeciwnik nie prowadzi aktywnych działań. Kontynuuje jednak odbudowę zdolności ofensywnych, wprowadzając dodatkową batalionową grupę taktyczną z 90. Dywizji Pancernej, próbuje organizować rozbudowę inżynieryjną pozycji obronnych oraz przywrócić zdolność bojową i wsparcie logistyczne pododdziałów. Wojska rosyjskie ostrzeliwują Czernihów i inne miejscowości. Nie rezygnują też z prób ataku na Browary, lecz ze względu na znaczące straty nie posuwają się naprzód.

Na kierunku słobodzkim najeźdźca nie prowadzi aktywnych działań. Częściowo blokuje Sumy, dostępnymi siłami próbuje zablokować Charków oraz prowadzi ostrzał artyleryjski obiektów wojskowych i cywilnych w tym mieście oraz w Czuhujewie. Trwają walki o Izium i w jego okolicach, gdzie agresor wzmacnia siły i tworzy system umocnień. Rosyjskie pododdziały zabezpieczenia próbują odtworzyć linię kolejową Kupiańsk–Wałujki, aby poprawić zaopatrzenie.

Na kierunku donieckim i ługańskim agresor bez powodzenia próbuje nacierać i zdobywać kolejne przyczółki, ponosi straty i wycofuje się. Jego jednostki prowadzą działania zaczepne i ostrzał na całej linii styczności walczących wojsk. Rosjanie mieli utracić blisko 300 żołnierzy.

Na kierunku południowobużańskim nieprzyjaciel przeszedł do obrony na wcześniej zajętych pozycjach, przywraca zdolność bojową i uzupełnia zapasy. W wyniku kontrataku pododdziałów ukraińskich z Mikołajowa został zmuszony do odwrotu na niedogodne pozycje.

W komunikatach z 26. doby walk nie uwzględniono kierunku taurydzkiego (zwanego także przyazowskim).

Według ukraińskiego Sztabu Generalnego agresor wciąż ma znaczące problemy z logistyką, a działające na terytorium Ukrainy jednostki dysponują zapasem amunicji i żywności na nie więcej niż trzy dni. Sytuacja z zabezpieczeniem w paliwo za pomocą cystern jest analogiczna. Rosjanom nie udało się zorganizować jego dostaw za pomocą sieci rurociągów. Wyzwanie stanowi też remont uszkodzonego uzbrojenia i sprzętu wojskowego. W obwodzie zaporoskim zorganizowano punkt naprawczy – zaangażowano m.in. specjalistów sprowadzonych z zakładów w Rosji.

(...)

Portal internetowy prokremlowskiego tabloidu „Komsomolskaja Prawda” stał się obiektem ataku hakerskiego przeprowadzonego najprawdopodobniej przez ukraińskie służby specjalne bądź osoby ochotniczo wspierające Ukrainę w cyberwojnie. Do oficjalnego komunikatu resortu obrony FR dodano dane o stratach sił rosyjskich – 9.861 zabitych i 16.153 rannych. Redakcja serwisu potwierdziła fakt włamania na stronę internetową. Informacja była dostępna przez kilka godzin.

Z Rosji napływają komunikaty od władz lokalnych o kolejnych pochówkach żołnierzy, którzy zginęli na Ukrainie. Lista obejmuje 557 osób i jest dalece niepełna. W niektórych regionach Rosji media, które donosiły o śmierci własnych żołnierzy, zaczęły usuwać publikacje pod naciskiem organów bezpieczeństwa. Oficjalne dane o stratach podano tylko raz (2 marca), kiedy to Ministerstwo Obrony FR potwierdziło śmierć 498 żołnierzy. Według ukraińskich służb wywiadowczych Rosjanie prowadzą agitację w wojskach białoruskich mającą uzasadnić ewentualne wejście tamtejszych jednostek na terytorium Ukrainy.

Ukraińskie MSW poinformowało, że od 24 lutego wszczęto 1.271 postępowań w związku z podejrzeniem popełnienia przestępstwa przeciwko bezpieczeństwu narodowemu. Spośród nich 922 dotyczyło działań na rzecz podważania integralności terytorialnej i nienaruszalności granic Ukrainy, 244 – zdrady stanu (m.in. przekazywania niejawnych danych rosyjskim służbom i wojsku), 48 – aktów sabotażu, a 57 miało charakter kryminalny. Resort podkreślił, że niektórzy zatrzymani pochodzili z czasowo okupowanych terytoriów lub przybyli na Ukrainę z innych krajów. Na Zakarpaciu SBU przerwało operację Federalnej Służby Bezpieczeństwa, której celem było sprowokowanie mniejszości węgierskiej do działań na rzecz oderwania tego regionu od Ukrainy. W komunikacie służby podkreślono, że większość informacji o rosyjskich posunięciach otrzymano od przedstawicieli społeczności węgierskiej.

Wojsko agresora kontynuuje grabież zajętych miejscowości. W okolicach Hostomla w obwodzie kijowskim udokumentowano wywożenie pojazdami opancerzonymi skradzionych przedmiotów użytkowych. SBU przechwyciło rozmowy rosyjskich żołnierzy informujących swoje rodziny, że weszli w posiadanie telewizorów, sprzętu AGD, perfum czy pieniędzy.

21 marca z ośmiu uzgodnionych korytarzy humanitarnych działało siedem, zaś łącznie ewakuowano 8.057 osób, w tym ok. 3 tys. z Mariupola. Część kolumn autobusowych, które opuściły miasto, została ostrzelana przez wojska rosyjskie, w wyniku czego czworo dzieci zostało rannych. Mer Boryspola (30 km na wschód od stolicy) wezwał ludność cywilną do jego opuszczenia, aby ułatwić działanie siłom zbrojnym. 22 marca władze kontynuują próby otwarcia korytarzy humanitarnych z Mariupola i Berdiańska do Zaporoża. Koleje Ukraińskie organizują wyjazdy kolejnych pociągów ewakuacyjnych z Charkowa, Kijowa, Dniepru, Kramatorska, Krzywego Rogu i Odessy w kierunku Użhorodu i Lwowa. Pojawienie się w rozkładzie składów z Odessy świadczy o tym, że miasto liczy się z ewentualnym szturmem wroga.

Według informacji Straży Granicznej RP od początku wojny granicę z Polską przekroczyło 2,14 mln osób, a 21 marca było ich 30 tys. (spadek o 11% w stosunku do poprzedniego dnia).

Niektóre sieci supermarketów podjęły decyzję o tymczasowym zamknięciu części placówek w Kijowie i obwodzie kijowskim. Będą działać jedynie 34 ze 130 sklepów ATB, a ze 146 supermarketów Silpo otwartych pozostanie 115. Przyczyną są rosnące trudności logistyczne z zapewnieniem dostaw towarów. Narodowy Bank Ukrainy wprowadził ograniczenie wypłat z kont dla osób przebywających za granicą do 100 tys. hrywien (ok. 3,4 tys. dolarów) na miesiąc. Limitem nie objęto transakcji bezgotówkowych, jeśli służą opłaceniu kosztów nauki, leczenia oraz transportu chorych.

Rząd zatwierdził comiesięczne wypłaty dla uchodźców w wysokości 2 tys. hrywien dla dorosłych oraz 3 tys. hrywien (odpowiednio ok. 70 i 100 dolarów) dla każdego dziecka. Środki można otrzymać przez państwową aplikację Dija. Ponadto władze zainicjowały proces zatrudniania uchodźców – przedsiębiorcy otrzymają 6,5 tys. hrywien (ok. 220 dolarów) miesięcznie za każdą osobę, którą przyjmą do pracy. 21 marca państwo zaczęło również wypłacać jednorazową zapomogę w wysokości 6,5 tys. hrywien osobom, które mieszkają w regionach objętych walkami. Według Ministerstwa Gospodarki swoją działalność z terenów, gdzie toczą się działania wojenne, przeniosło dotychczas 40 przedsiębiorstw, a 300 jest w trakcie relokacji.

Prezydent Wołodymyr Zełenski powtórzył, że dla osiągnięcia pokoju kluczowe jest jego osobiste spotkanie z Władimirem Putinem. Stwierdził też, że Ukraina opowiada się za pokojem, nawet jeśli jego warunki będą trudne, ale w negocjacjach chce dialogu, a nie ultimatów. Przyszłe porozumienie ma zostać zatwierdzone w ogólnokrajowym referendum. Zełenski wezwał członków UE (w szczególności Niemcy) do wstrzymania handlu z Rosją, gdyż to z tych środków agresor finansuje machinę wojenną. Powtórzył także, że NATO nie przyjmuje Ukrainy z powodu obaw przed Rosją, choć kilka państw członkowskich Sojuszu jest gotowych dać Kijowowi gwarancje bezpieczeństwa.

Komentarz

Działania wojenne mają charakter pozycyjny, przy czym – wbrew komunikatom Sztabu Generalnego Sił Zbrojnych Ukrainy – armia rosyjska nieprzerwanie atakuje. Na południu wykorzystuje luki w obronie w celu poszerzenia kontrolowanego obszaru, a we wszystkich rejonach walk staje się coraz poważniejszym zagrożeniem dla życia i zdrowia mieszkańców (przypadkowość ataków świadczy o tym, że nie mają one charakteru planowego, jednak jest na nie przyzwolenie rosyjskiego dowództwa). Jednostki ukraińskie starają się bronić wszelkimi dostępnymi sposobami, również z wykorzystaniem własnej infrastruktury cywilnej, o czym świadczą cywilne i wojskowe ofiary uderzeń na te same rejony, a także informacje władz miejscowości zagrożonych ofensywą. O ile agresor bez skrupułów wykorzystuje mieszkańców jako żywe tarcze, o tyle obrońcy starają się na wszelkie sposoby ewakuować ich z terenów starć.

W warunkach prowadzenia przez obie strony konfliktu wojny informacyjnej podawane dane o stratach przeciwnika są w dużej mierze szacunkowe i zawyżane bądź zaniżane. Nie zmienia to faktu, że agresor próbuje skrzętnie ukrywać swoje straty, zwłaszcza ludzkie. Szczątkowe informacje (natychmiast cenzurowane) napływające od rosyjskich władz lokalnych świadczą o tym, że liczba zabitych żołnierzy rosyjskich może wynosić według różnych szacunków od 5 tys. do 9 tys. Zwraca również uwagę, że Rosjanie nie podają danych o stratach ukraińskich, co może oznaczać, że są one o wiele niższe.

Liczba osób opuszczających Ukrainę w ostatnim czasie systematycznie spada. Nie oznacza to jednak, że nie będzie kolejnej fali uchodźców. Można się jej spodziewać wraz ze zbliżaniem się linii frontu do dużych miast we wschodniej części kraju (Krzywy Róg, Dniepr, Zaporoże). Ponadto na Ukrainie jest co najmniej 7 mln uchodźców wewnętrznych. Wyjazdom za granicę będzie sprzyjać pogarszająca się sytuacja gospodarcza kraju oraz kończące się oszczędności ludzi, którzy opuścili swoje miejsca zamieszkania. Wsparcie finansowe dla uchodźców ze strony rządu nie będzie w stanie istotnie poprawić ich sytuacji.

osw.waw.pl

Zarówno kadyrowcy jaki i tzw. wagnerowcy (jest to medialne uproszczenie, bowiem utożsamia wszystkich rosyjskich kontraktorów z jedną, najbardziej rozpoznawalną firmą wojskową PMC czy Grupą Wagnera) to przede wszystkim w pierwszej kolejności konstrukt do walki psychologicznej. Przede wszystkim, przed agresją, właśnie rosyjskie groźby użycia sił czeczeńskich oraz najemników miały wywołać presję na Ukraińskim społeczeństwie oraz wojsku. Miało to być związane z obrazem propagandowym najemników oraz kadyrowców, bazującym na dwóch filarach, tj. brutalności oraz domniemanym profesjonalizmie. Nie może więc zaskakiwać, że widziano w nich możliwe formy działań na zapleczu sił ukraińskich – dywersja, sabotaż, ale też działań podejmowanych już na kontrolowanych przez siły inwazyjne częściach Ukrainy – działania kontrpartyzanckie (COIN), pacyfikacja (tzw. rosyjskie zaczystki), etc. W obu przypadkach już teraz wiemy, że było to zbliżone do rzeczywistości, ale jedynie w sferze planów operacyjnych. Kontraktorzy najemni mieli pojawić się np. w Kijowie, ale dzięki sprawnym operacjom kontrwywiadu oraz sił obronnych Ukrainy ich znaczenie w pierwszych godzinach walk zostało odpowiednio zneutralizowane.

Kadryrowcy, przede wszystkim głosem samego Kadyrowa mieli dostarczyć, tak przynajmniej sądzono w rosyjskiej propagandzie sukcesu, niezbędnego „szoku i przerażenia", łamiąc morale ukraińskich obrońców. Jednakże, kolejne informacje płynące ze strefy walk pokazują możliwe znaczne straty formacji czeczeńskich, w tym wśród dowódców. Jak również istnieją informacje o przerzucaniu tych jednostek między różnymi kierunkami rosyjskich natarć. Co raczej nie świadczy o ich skuteczności, a wprost przeciwnie. Dowódcy rosyjscy mogą próbować wręcz wypychać ze swoich rejonów odpowiedzialności, te na wpół autonomiczne formacje kadyrowskie. Co więcej, są to jednostki, które np. wywołały niedawno konsternację nawet w relacjach z separatystami w Donbasie. Finalnie, zapewne za sprawą Moskwy pojawiło się publiczne pogodzenie się stron. Jednakże, należy domniemywać, że istnieje coś w rodzaju rywalizacji sił separatystów i kadyrowców raczej nie w postępach stricte bojowych lecz zdolności do grabienia okupowanego terytorium Ukrainy.

Zauważmy również, że kadyrowcy są dość specyficznie pokazywani, wręcz jako coś w rodzaju formacji czysto specjalnych. Stąd w propagandzie, najczęściej trzeba zaznaczyć własnej, ukazywane są elementy wyposażenia taktycznego, umundurowania, etc. innego niż klasyczne siły rosyjskie. Trudno przypuszczać, że buduje to relacje z innymi wojskami rosyjskimi. W tych przekazach medialnych strony czeczeńskiej trudno jest odczytać jak propaganda sukcesu kadyrowców przekłada się na realne starcia z silnym przeciwnikiem. Najprawdopodobniej jest to pochodna samej konstrukcji wojsk tworzonych przez Ramzana Kadyrowa w okresie przed wojną. Ich zadaniem było przecież zapewnienie swoim władzom kontroli w regionie, stąd potrzeba skupienia się na działaniach pacyfikacyjnych lecz w swoim kręgu kulturowym oraz realiach geograficznych. Po drugie, w momencie najmowania się do działań Kremla mówimy raczej o zadaniach pacyfikacyjnych, jako siły pomocnicze do sukcesów rosyjskich. W przypadku walk w Ukrainie kadyrowcy działają poza swoim regionem, są traktowani jako obcy kulturowo (co może sprzyjać oporowi ze strony obrońców i nie jest atutem), a przede wszystkim nie mogą uwłaszczać się swobodnie przy sukcesach wojskowych konwencjonalnych sił rosyjskich. Pozostaje dbanie o przekaz PR-owy sił kadyrowskich, ale też taktyczne grabienie wszystkiego co jest do zagrabienia na okupowanym terytorium.

Jednocześnie, pojawiają się również rysy na tym obrazie, gdyż słyszymy o wycofywaniu rozbitych jednostek (szczególnie po walkach o port lotniczy Hostomel) czy dość groteskowej podróży samego Kadyrowa w strefę walk. Jej kuriozalność miała polegać na tym, że odbyła się ona de facto jako jedynie fakt propagandowy. Zaś lider prorosyjskiej władzy w Czeczenii miał w ogóle nie ruszyć się z Groznego, a materiał filmowy z jego obecności w Ukrainie był jedynie czystą formą przekazu propagandowego. 

(...)

Ramzana Kadyrowa należy również uznać za cennego dla Kremla jeśli chodzi o wykonywanie misji poza samą Ukrainą. Chodzi o przeprowadzanie tajnych operacji, charakteryzujących się najwyższym poziomem ryzyka – akty sabotażu czy nawet morderstwa. Trzeba dodać, że podobną rolę mogą przejąć również formacje rosyjskich firm wojskowych, ale z tą różnicą, że trudno przypuszczać iż będą w pełni efektywne w roli jednostek zaporowych. Wynika to z faktu pracy w nich części najemników, którzy przeszli przez różne jednostki sił zbrojnych Rosji i mogą wykazywać niechęć do przysłowiowego strzelania do cofających się Rosjan. Jednak, w roli policji pomocniczej na okupowanych terytoriach i formacji niszczących okupowane terytorium kontraktorzy mogą być skuteczniejsi niż nawet Rosgwardia.

Do tego obrazu należy zawsze dołączać część sił separatystów, których wytworzyła Rosja jeszcze po inwazji Ukrainy w 2014 r. Ich jednostki wyglądają niczym formacje milicyjne i również ponoszą znaczne straty w walkach z konwencjonalnymi siłami Ukrainy. O czym świadczą sygnały o mobilizacji wśród coraz młodszych i coraz starszych mężczyzn znajdujących się pod kontrolą władz tzw. republik ludowych. Przy czym, dla strony rosyjskiej istnieje obecnie wręcz priorytet propagandowy, aby odpowiednio ukazywać działania sił ługańskich i donieckich. Chodzi o utrzymanie przekazu, że to właśnie Doniecka i Ługańska Republika Ludowa są niejako awangardą działań zbrojnych i Rosja im pomaga w swojej „operacji specjalnej" (zwrot obowiązujący w przekazach propagandy kremlowskiej, mający kamuflować realny charakter zbrojnej napaści na Ukrainę).

defence24.pl

W sobotę, 26 lutego, namiestnik Czeczenii i sojusznik Władimira Putina, Ramzan Kadyrow, potwierdził, że jego czeczeńskie oddziały uczestniczą w rosyjskiej inwazji na Ukrainę. Jak podawała ukraińska strona, Rosjan mają wspierać kombinowane siły - oddziały m.in. 141. Pułku Zmotoryzowanego czeczeńskiej jednostki Gwardii Narodowej, którym początkowo dowodził Magomet Tuszajew oraz batalionu „Południe". Ocenia się je na 4 tys. „bojców". Czeczeńskie oddziały miały wspierać uderzenie na Hostomel i uczestniczyć w kluczowej bitwie o lotnisko. Kadyrowcy wpadli w ukraińską zasadzkę, zginąć miał także sam Tuszajew. Kadyrowcy dementują tę informację.

Ukraińcy w wyniku wygranego boju zdobyli znaczną ilość broni. Czeczenów zatrzymały oddziały Gwardii Narodowej i jednostki specjalnej „Alfa" Służby Bezpieczeństwa Ukrainy (SBU). Kadyrow wysłał na Ukraińców swoich najważniejszych dowódców. Tuszajew był nawet określany jako „prawa ręka" Kadyrowa, a oprócz niego, na Ukrainie ma być Daniila Martynow, czeczeński „minister obrony". To Martynow dowodził reprezentacją czeczeńskiej jednostki SOBR Terek na międzynarodowych zawodach sił specjalnych KASOTC w Jordanii. Szkolił specnaz, a wcześniej sam miał służyć w „Alfie" - z tym że Federalnej Służby Bezpieczeństwa. Jeżeli także ludzie Martynowa uczestniczyli w bitwie o Hostomel to znaczy, że doszło do starcia dwóch jednostek specjalnych „A" kontrwywiadu (ukraińskiego oraz czeczeńsko-rosyjskiego). Obronną ręką wyszli z niej zatem Ukraińcy.

Co ciekawe, do strat w czasie ukraińskiej ofensywy przyznał się sam Kadyrow. Jak podaje „The Moscow Times" powiedział w końcu, że są „zabici i ranni", a liczby ocenił na „dwóch zabitych oraz sześciu rannych". Z pewnością są to dane zaniżone. Z drugiej strony brytyjskie media piszą o zniszczeniu całej czeczeńskiej kolumny. Bez względu na wysokość strat oznacza to jednak, ze strony zauszników Putina, zdjęcie początkowej kurtyny milczenia w sprawie śmierci swoich ludzi. Do strat żołnierzy z różnych regionów Rosji przyznali się także politycy z Kałmucji i Dagestanu. Oznacza to, że Moskwa wojuje także rekrutami znad Morza Kaspijskiego i Kaukazu.

Wejście na ukraiński front oddziałów czeczeńskich jest w pewnym sensie, ze strony Putina, bronią psychologiczną. Wielką traumą na Ukrainie jest los jeńców ukraińskich, którzy wpadli w czeczeńskie ręce i byli w barbarzyński sposób maltretowani. Zwłaszcza wśród mieszkańców wschodniej Ukrainy samo rozmawianie o czeczeńskich oddziałach budzi silne emocje. Bestialski stosunek Czeczenów w Donbasie wobec Ukraińców sprawił, że walki z tymi oddziałami były jeszcze bardziej zaciekłe. Przykładem jest najważniejsza bitwa w Donbasie, czyli walki o doniecki „Aeroport", gdzie z jednej strony oddziały ukraińskie (legendarne cyborgi) broniły pozycji przez 242 dni, a z drugiej separatyści pchali Batalion „Wostok" jak mięso armatnie, a czeczeńskie oddziały w walkach zostały wybite „do nogi". Nie dziwi zatem krążący po Internecie film, w którym żołnierz ukraiński, smaruje naboje „sało" (słoniną), czyli tłuszczem wieprzowym uznawanym przez muzułmanów za nieczyste zwierzę.

defence24.pl

"Każdej nocy ukraińscy piloci, tacy jak Andrij, przebywają w tajnym hangarze lotniczym. Czekają, aż zostanie wykrzyczana krótka komenda: Air!" — tak swój reportaż o ukraińskich pilotach rozpoczyna amerykański dziennik "New York Times". Do walki z Rosjanami startują z lotnisk w zachodniej Ukrainie, które jeszcze nie zostały doszczętnie zniszczone. Mogą także startować z autostrad.

Bohater artykułu, Andrij, ma 25 lat i odbył dziesięć misji w czasie trwającej wojny. Jego zadaniem jest walka z przeciwnikiem, który ma znaczną przewagę w powietrzu i który bombarduje ukraińskie miasta. Zwłaszcza pod odsłoną nocy, gdy z ziemi trudniej namierzyć rosyjskie samoloty. Andrij ma zestrzelić rosyjski samolot lub zniszczyć pociski manewrujące. Nie chciał powiedzieć, ile samolotów wroga do tej pory zestrzelił. Stwierdził, że jego system celowniczy może strzelać do samolotów oddalonych o kilkadziesiąt kilometrów.

Młody pilot ukończył szkołę Sił Powietrznych w Charkowie. Przyznał, że ani on, ani jego przyjaciele nigdy nie sądzili, że będą musieli walczyć w prawdziwej wojnie. Jest żonaty, a jego żona do tej pory nie wyjechała z kraju. Przeniósł ją w spokojniejszą część kraju. Zajmuje się teraz wyplataniem siatek maskujących dla ukraińskiej armii. Andrij dzwoni do niej i do bliskich już po zakończeniu kolejnej akcji.

— Moje umiejętności są lepsze niż Rosjan. Ale z drugiej strony wielu moich przyjaciół, nawet tych bardziej doświadczonych ode mnie, już nie żyje — przyznał w rozmowie z "NYT".

Według analityków, jak podaje "NYT", przewaga Rosjan w powietrzu jest olbrzymia. Wykonują ok. 200 lotów dziennie, podczas gdy strona ukraińska zaledwie od pięciu do dziesięciu. Mimo to Ukraina nie jest bez szans, bo Rosjanie latają zazwyczaj nad terytorium kontrolowanym przez ukraińskie wojsko. Może więc ono wysyłać rakiety przeciwlotnicze, aby nękać i zestrzeliwać samoloty.

— Ukraina jest skuteczna na niebie, ponieważ operujemy na własnej ziemi. Wróg wlatujący w naszą przestrzeń powietrzną znajduje się w strefie działania naszych systemów obrony powietrznej — powiedział rzecznik ukraińskich sił powietrznych Jurij Ihnat. Stwierdził, że strategia Ukraińców polega na wabieniu Rosjan w pułapki obrony powietrznej.

"NYT" cytuje również Dave'a Deptule, dziekana Mitchell Institute for Aerospace Studies, w przeszłości głównego planistę ataku podczas kampanii powietrznej "Pustynna Burza" w Iraku. Stwierdził, że imponująca praca ukraińskich pilotów pomogła zrównoważyć przewagę liczebną Rosjan. Z drugiej strony Ukraina ma obecnie około 55 sprawnych myśliwców, których liczba maleje z powodu zestrzeleń i awarii mechanicznych. Ukraińscy piloci "wykorzystują je do maksymalnych osiągów".

Choć prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski wielokrotnie apelował do rządów państw zachodnich o pomoc i zwrócił się do NATO o wprowadzenie strefy zakazu lotów nad krajem, do tej pory to nie nastąpiło. Upadł także pomysł przekazania przez Polskę myśliwców Mig-29, którymi ukraińscy piloci mogliby latać po krótkim przeszkoleniu.

Deptula dodał w rozmowie z "NYT", że przekazanie myśliwców ma olbrzymie znaczenie. Bez takiego zaopatrzenia Ukrainie zabraknie maszyn, na których mogliby latać tamtejsi piloci. Wszystkiego nie załatwią też tureckie drony Bayraktary. Są skuteczne do unieruchomienia np. rosyjskich czołgów, nie zestrzelą jednak samolotów, co więcej, drony stają się obiektem ataków rosyjskich sił powietrznych. Niektóre są zestrzeliwane.

onet.pl

14 marca Marina Owsiannikowa, w czasie głównego wydania wiadomości propagandowej stacji Pierwyj Kanał, stanęła za prezenterką z plakatem, na którym widniał napis "Nie dla wojny. Zatrzymać wojnę. Nie wierzcie propagandzie. Oszukują was. Rosjanie przeciwko wojnie". Opublikowała też wcześniej nagranie, w którym powiedziała, że wstyd jej za to, że uczestniczyła w tej propagandzie. Zdjęcia z programu szybko obiegły media na całym świecie, a sama dziennikarka została uznana przez wielu za symbol oporu i odwagi. Warto jednak dodać, że nie brakuje także krytycznych komentarzy i głosów wskazujących, że jej akcja była "wyreżyserowaną przez służby specjalne próbą odwrócenia uwagi od zbrodni popełnianych przez rosyjską armię w Ukrainie" - relacjonuje dw.com.

Dyrektor Pierwyj Kanału, w którym Owsiannikowa przepracowała 20 lat, niemal po tygodniu od głośnego incydentu, zabrał po raz pierwszy głos w sprawie dziennikarki. "Niedługo przed [prostestem - przyp. red.] i zgodnie z naszymi informacjami, Marina Owsiannikowa rozmawiała z brytyjską ambasadą. Kto z was odbywa rozmowy telefoniczne z zagranicznymi ambasadami?" - dopytywał podczas wystąpienia transmitowanego na Telegramie.

Jak relacjonuje jego słowa niezależna "Nowaja Gazieta", miał podkreślić, że gdyby nie obecna sytuacja, niedowiedziałby się mnóstwa rzeczy o swoich współpracownikach, z którymi pracował od dekad:

Spontaniczny wybuch emocji to jedno. Ale zdrada to coś innego. Zwłaszcza, kiedy ktoś zdradza swój kraj, zdradza nas wszystkich, ludzi, z którymi pracował ramię w ramię przez prawie 20 lat. Zdradziła nas na zimno, z pełną rozwagą, dla twardo wynegocjowanej premii. Nawiasem mówiąc, żeby nie stracić pensji, akcję z plakatem zaplanowała dokładnie tak, żeby najpierw dostać wypłatę.
"Zdrada jest zawsze osobistym wyborem, nie możesz kogoś przed nią powstrzymać czy uratować, nawet jeśli wcześniej wiesz o jego planach. Ale trzeba nazywać rzeczy po imieniu. Poza tym, gdyby dobrze znaną transakcję zaprzedania przyjaciela za 30 srebrników nazwano "impulsem serca", historia świata potoczyłaby się inaczej" - miał komentować.

Dziennikarka udzieliła w międzyczasie także wywiadu, który opublikowała "Nowaja Gazieta". "Nie czuję się bohaterką. Oczywiście, to był akt odwagi, ale teraz przede wszystkim uważam się za wykończoną i zmęczoną osobę. Mój syn mi powiedział, że zrujnowałam życie całej rodziny, ale odpowiedziałam mu, że czasem trzeba zrobić coś lekkomyślnego, żeby życie stało się lepsze" - argumentuje w rozmowie.

Zaraz po zajściu w studiu, Owsiannikowa została zatrzymana, a następnie zwolniona. Wymierzono jej karę 30 tys. rubli (ok. 1200 złotych). Dziennikarka nie wyklucza, że zostanie wobec niej wszczęte postępowanie karne na mocy wprowadzonych niedawno przepisów, zakazujących mówienia o wojnie w Ukrainie. Jeśli tak się stanie, może jej grozić nawet wieloletnie więzienie. - Słyszałam, że wysocy przedstawiciele władz tego zażądali - mówi.

gazeta.pl

poniedziałek, 21 marca 2022


Dmitrij Pieskow skomentował też możliwość rozszerzenia prawa, które pozwala na karanie osób, które krytykują rosyjską agresję. Miałoby ono także obejmować krytykę pod adresem innych rosyjskich ugrupowań zbrojnych, a nie tylko armii.

– Sytuacja, z którą się zetknęliśmy jest bezprecedensowa, narzucanie nienawiści do wszystkiego rosyjskiego – mówił.

Tymczasem sąd w Karsnodarze skazał na karę 30 tysięcy rubli, czyli 990 złotych, mężczyznę za to, że napluł na banner z literą Z. W ten sposób miał się dopuścić „dyskredytacji wykorzystania Sił Zbrojnych RF na terytorium Ukrainy”. Adwokat mężczyzny Michaił Bieniasz powiedział, że jego klient Aleksandr Kondratiew wyrażał swój brak zgody na przeprowadzenbie „operacji wojskowej”. Takie prawo gwarantuje mu konstytucja.

Jak zauważa serwis Sota, sędzia przed wydaniem wyroku powiedziała, że „nikt w naszym kraju nie cieszy się z tego, że na Ukrainie umierają ludzie”. Mimo to skazała mężczyznę na karę grzywny.

belsat.eu

"Żal mi siebie, rodziny, męża, sąsiadów, przyjaciół. Wracam do piwnicy i słucham tam ohydnego żelaznego grzechotu. Minęły dwa tygodnie i już nie wierzę, że było kiedyś inne życie" - pisze.

"Żelazny grzechot" to odgłos bombardowania, który słychać niemalże bez przerwy.

"W Mariupolu ludzie nadal siedzą w piwnicy. Każdego dnia jest im coraz trudniej przeżyć. Nie mają wody, jedzenia, światła, nie mogą nawet wyjść na zewnątrz z powodu ciągłego ostrzału. Mieszkańcy Mariupola muszą żyć. Pomóż im. Opowiedz o tym. Niech wszyscy wiedzą, że nadal giną cywile" - prosi.

W ostrzeliwanym przez Rosjan mieście nadal pozostają tysiące cywilów. Ale po dawnym mieście nie ma już śladu. "Wychodzę na zewnątrz pomiędzy bombardowaniami. Muszę wyprowadzić psa. Ciągle jęczy, drży i chowa się za moimi nogami. Cały czas chcę spać. Moje podwórko, otoczone wieżowcami, jest ciche i martwe. Już nie boję się rozglądać. Naprzeciw płonie wejście do domu. Płomienie pochłonęły pięć pięter, a szóste powoli przeżuwają. W pokoju ogień pali się delikatnie, jak w kominku. Czarne zwęglone okna stoją bez szkła. Z nich, jak języki, wypadają nadgryzione przez płomienie zasłony".

Trudno uwierzyć, że takie historie dzieją się w Europie, w 2022 r. "Trzy dni temu przyszedł do nas znajomy mojego starszego siostrzeńca i powiedział, że doszło do bezpośredniego trafienia w straż pożarną. Ratownicy zginęli. Jedna kobieta miała oderwaną rękę, nogę i głowę. Marzę, żeby moje części ciała pozostały na miejscu, nawet po wybuchu bomby lotniczej" - pisze Nadia.

Mieszkanka Mariupola opisuje historii, jak zginęła babcia jej koleżanki. I jak nie ma czasu i możliwości, by w ciągle ostrzeliwanym mieście ją pochować. Ukraińscy policjanci chcieli pomóc, ale przyznali, że są bezsilni. Że jedynie co można teraz zrobić, to umieścić martwą kobietę na balkonie. "Zastanawiam się, ile trupów jest na balkonach?"

W Mariupolu co rusz słychać odgłosy spadających bomb, ale gdy na moment kanonada przestaje, w mieście robi się upiornie cicho. "Mój pies zaczyna wyć i rozumiem, że teraz znów będą strzelać. Stoję w dzień na ulicy, a wokół cmentarza cisza. Nie ma samochodów, głosów, dzieci, babć na ławkach. Nawet wiatr ucichł. Wciąż jest tu kilka osób. Leżą z boku domu i na parkingu, przykryte odzieżą wierzchnią. Nie chcę na nich patrzeć. Boję się, że zobaczę kogoś, kogo znam".

W Mariupolu śmierć jest teraz wszędzie. "11 marca zginął mąż mojej koleżanki. Dzień wcześniej przyszli do nas i marzyli, że spotkają się po wojnie. Wiktor, mąż mojej koleżanki stanowczo obiecał, że na pewno spotkamy się po zwycięstwie. A potem nie dotrzymał słowa".

Dzień później Nadia opisuje kolejne bombardowanie. Pisze, jak dorośli i dzieci, wszyscy kulą się w piwnicy. W pewnym momencie do piwnicy wpada 13-letni Sasza. Krzyczy, że bomba wpadła do ich domu. "Zapytaliśmy: »Gdzie jest mama, czy wszyscy żyją?« Odpowiedział, że wszyscy, tylko tata zasnął, a mama go odkopuje. Potem okazało się, że tata zasnął na zawsze.

onet.pl