niedziela, 12 grudnia 2021


Polska została poddana sterowanej presji migracyjnej, co przy zgraniu tego w czasie z manewrami Zapad-2021 oraz chociażby aktywnością w przestrzeni informacyjnej, nakierowuje nas na uznanie faktu istnienia działań hybrydowych. Przy czym, zarówno na granicach naszego państwa jak i Litwy oraz Łotwy skala działania Białorusi była jak na razie ograniczona, chociaż może to zabrzmieć kontrowersyjnie. Szczególnie, gdy weźmie się pod uwagę reakcję wszystkich wspomnianych powyżej państw. Dotyczy to oczywiście działań prawnych – stany nadzwyczajne, wykorzystanie przepisów o zawracaniu etc., lecz również dyslokacji dodatkowych sił oraz służb, w tym wsparcia ze strony wojska. Nie mówiąc o nowych sposobach zabezpieczenia granic, poprzez większe nasycenie ich systemami obserwacyjnymi, pojazdami, statkami powietrznymi, a także konstruowaniem barier granicznych. Jednak musimy powiedzieć wprost, Białoruś dokonała na razie jedynie testu naszych możliwości stosując mniejsze i średnie grupy nielegalnych imigrantów, koncentrując się przede wszystkim na efektach propagandowych i politycznych oraz obciążających system przyjmowania nielegalnych imigrantów (Litwa i później Łotwa).

infosecurity24.pl

Pytany, kto i jak to zorganizował przerzut migrantów na granicę Białorusi z państwami UE, Konończuk wskazał na dwa szlaki migracyjne: pierwszy przez Azję Centralną, Rosję i Białoruś, a drugi przez Bliski Wschód, który jest według niego "znacznie bardziej popularny", gdyż "większość migrantów, którzy w ostatnich miesiącach trafili na Litwę, to obywatele Iraku, państw Bliskiego Wschodu i afrykańskich". "Reżim w Mińsku dosyć skutecznie rozwinął w ostatnich miesiącach akcję werbunkową dla migrantów z tych regionów" - stwierdził wiceszef OSW.

Ze śledztw niezależnych dziennikarzy białoruskich i litewskich, jeszcze sprzed kilku tygodni, wynika, że jeden migrant musi zapłacić od kilku do nawet kilkunastu tysięcy dolarów za bilet lotniczy i za obiecywane przez funkcjonariuszy reżimu białoruskiego "załatwienie dostawy" do kraju Unii Europejskiej. 

Analityk zwrócił uwagę, że reżim białoruski "piecze dwie pieczenie na jednym ogniu", gdyż wywołał na razie "mini kryzys migracyjny" na swojej granicy z UE, a z drugiej strony "przedstawiciele reżimu zarabiają na tych kilku tysiącach migrantów, którzy już dostali się na Litwę, Łotwę czy do Polski".

Według niego, po stronie białoruskiej organizują to "z pewnością" funkcjonariusze KGB, a proceder koordynuje Wiktar Łukaszenka, syn prezydenta Białorusi Alaksandra Łukaszenki. "Możemy przypuszczać, że jest to współorganizowane przez służby rosyjskie, które również mają swój interes w destabilizowaniu sytuacji na zachodniej granicy Białorusi" - stwierdził Konończuk. 

Zwrócił też uwagę, że w procederze chodzi o niebagatelne kwoty, bo przy założeniu, że 2 tys. migrantów zapłaciło im po 10 tys. dol., to po przemnożeniu daje to sumę 20 mln dol. Według niego, migrantów można uznać za ofiary oszustwa. "Na jeden taki <<bilet>> za kilkanaście tysięcy dolarów składa się zwykle cała rodzina, a nawet kilka rodzin" - powiedział. 

Powołał się na wciąż aktualizowane informacje od migrantów, którzy już są na Litwie. Okazuje się, że "przeciętnie, statystycznie" są to obywatele Iraku, a wśród nich najczęściej iraccy Kurdowie, ewentualnie Jazydzi, a więc - jak zaznaczył - "pochodzą z kraju bezpiecznego i nie są uchodźcami". "To są raczej migranci ekonomiczni, którzy próbują trafić przez Litwę głównie do Niemiec, bo jest przekonanie, że to najbogatszy kraj unijny, który szeroko otwiera ramiona na migrantów" - zauważył. 

Ekspert zwrócił uwagę, że zwerbowani tak migranci raczej nie wiedzą, że są wykorzystywani do prowadzenia wojny hybrydowej, gdyż obiecuje się im, że wszystko jest zgodne z prawem i zostaną legalnie dostarczeni do kraju unijnego. Potwierdzeniem tego ma być to, że dostają oficjalnie białoruską wizę, a początkowo mieszkają w hotelu w Mińsku. "Ci ludzie są oszukiwani. To są niewinne ofiary, wykorzystywane przez reżim białoruski" - podkreślił.

Wicedyrektor OSW ocenił, że najprawdopodobniej wojna hybrydowa na zachodnich granicach Unii będzie kontynuowana, gdyż mimo stosunkowo niewielkiej skali kryzysu migracyjnego, efekty polityczne wewnątrz UE są znaczne. "Próba wywołania burzliwej dyskusji i sporu wewnątrz państw unijnych, to już sukces reżimu Łukaszenki" - ocenił.

infosecurity24.pl


Aleksander Łukaszenka podkreślił podczas republikańskiej rady pedagogicznej w Mińsku, że "ostatnie wydarzenia na Białorusi" zmusiły go do ponownego spojrzenia na proces edukacji. Prezydent Białorusi zaznaczył, że to w dużej mierze dzięki pracownikom systemu edukacji możliwe jest powstrzymanie nastolatków przed "nielegalnymi działaniami".

- Część naszej młodzieży, po zdobyciu tutaj wykształcenia, stara się wyjechać za granicę. Nie wszyscy, ale trend jest alarmujący. W końcu ci, którzy odchodzą, odrywają się - to najgorsza rzecz - od swoich korzeni - powiedział Łukaszenka.

Podkreślił, że w sąsiednich krajach białoruskim studentom wkłada się do głów nie tyle nową wiedzę, ile ideologię "przeciwników państwa białoruskiego". Według niego studenci uczący się w Polsce i na Litwie, którzy z powodu pandemii COVID-19 zostali odesłani na Białoruś, opowiedzieli się po powrocie do kraju za "zniszczeniem państwa".

- Proszę bardzo, jedźcie, studiujcie, ale już tam pozostańcie. Bo tam nie uczą, im daleko do naszej edukacji, piorą im mózgi i wysyłają ich do nas jako agenturę - powiedział.

Łukaszenka stwierdził, że w ubiegłym roku objawiły się procesy, które mogą prowadzić do "nieodwracalnych konsekwencji" - Im mniej jest tych, którzy zostali wychowani na wartościach z czasów sowieckich, tym bardziej dotkliwie to odczuwamy - zaznaczył.

- W pewnym sensie płacimy za reformy lat 90. W wielu procesach ważną rolę odgrywały siły zewnętrzne. Pomyślcie o programach George’a Sorosa. Zwinęliśmy je tutaj na czas, ale ślad pozostał. Cyfryzacja również odcisnęła swoje piętno - dzieci weszły na oślep do internetu, a tam, wiecie, kto i jak je wychowuje - dodał.

Prezydent Białorusi powiedział, że szkoła nie może być poza polityką, ale może tam być tylko polityka państwowa. - Nie ma polityki bez szkoły. Ale powinna tam być tylko jedna polityka - państwowa. Flaga i hymn państwowy - stwierdził. 

gazeta.pl

- Dlaczego Ameryka przegrała wojnę w Afganistanie?

Mariusz Marszewski, ekspert z zespołu Turcji, Kaukazu i Azji Centralnej w Ośrodku Studiów Wschodnich: Nie zgodzę się ze stwierdzeniem, że Ameryka przegrała. Stany Zjednoczone się wycofały, bo koncentrują się na innych, ważniejszych dla nich problemach globalnych - gospodarce amerykańskiej, konfrontacji z Chinami, itd. Ale Amerykanie mogą wrócić w każdej chwili. Mają takie środki. Tylko z ich punktu widzenia - po co? Żeby tracić kolejne miliony dolarów na utrzymywanie dysfunkcyjnego państwa, które przez dziesięciolecia nie jest w stanie poradzić sobie z korupcją, budową sprawnej prowincjonalnej administracji, itd., i w przez to samo wzmacnia antyrządową partyzantką? Ameryka nie przegrała, ale świadomie zrezygnowała z dalszego sponsorowania Islamskiej Republiki Afganistanu. Prezydent Trump zawsze uważnie liczył pieniądze i mówił jeszcze w latach 80., że jego projektem politycznym na globalną politykę USA jest przejście na samofinansowanie sojuszników Ameryki, dla których i tak amerykański parasol ochronny jest niezbędny. Podkreślał to jeszcze w czasach zimnej wojny.

- Czy odejście Amerykanów to zła wiadomość dla Rosji i reżimów w Azji Centralnej? Czy Emirat talibów i ich święty dżihad grozi destabilizacją całego regionu? Jak do tego podchodzi Rosja?

Talibowie najprawdopodobniej nie będą chcieli ekspandować na północ (przynajmniej na początku), ale wśród nich są grupy religijnych dysydentów, którzy uciekli z Azji Centralnej, bo byli tam prześladowani i teraz talibowie wykorzystują ich w walkach - np. kontrolują oni granicę z Tadżykistanem. Bojownicy środkowoazjatyccy w szeregach Talibanu budzą ogromny niepokój władz republik Azji Centralnej. Obawiają się one ofensywy z południa i powrotu swoich radykalnych opozycjonistów w sojuszu z talibami. Korzysta z tego Moskwa umacniając się militarnie, przede wszystkim w Tadżykistanie, organizując wspólne manewry wojskowe i oferując Azji Centralnej rosyjską protekcję militarną.

(...)

- Czy talibowie to terroryści?

Talibowie i w ogóle Afgańczycy nie zajmują się międzynarodowym terroryzmem. Świat zewnętrzny mało ich obchodzi. Oczywiście i talibowie, i jeszcze bardziej radykalne niż oni tzw. Państwo Islamskie w Chorosanie posługują się w wojnie w Afganistanie terroryzmem, zamachami samobójczymi itd. Robią to jednak u siebie. Udało mi się prześledzić jedynie odosobnione przypadki zamachów terrorystycznych z udziałem Afgańczyków na Zachodzie. Jeden miał miejsce w Niemczech a drugi w USA. Sytuacja ta jednak może się zmienić. Talibowie to bardzo zdecentralizowany ruch i w szeregach jest jednak wielu radykałów, w tym również i zza granicy.

(...)

- Talibowie zaatakowali na początku nie tradycyjnie na południu, ale na północy kraju. Dlaczego?

Zaatakowali granice. Chcieli przejąć cła i kontrolować w 100% szlaki narkotykowe, żeby odciąć od finansów elity kabulskie, rządowe. I zanim się one otrząsnęły i przeprowadziły kontratak to talibowie już mieli budżet na kontynuowanie ofensywy. To się odbyło na zasadzie: wygrywa ten kto jest szybszy. I siły rządu niestety swoją szansę zmarnowały, pomimo że są lepiej uzbrojone, zorganizowane, posiadają globalnych sojuszników, itd. Talibowie zaatakowali początkowo w miejscach, które są dla nich największym problemem a nie tam, gdzie mają największe poparcie. Pamiętają, że po 11 września 2001 r. z obszarów znajdujących się poza ich kontrolą w samym Afganistanie nastąpiło decydujące uderzenie, które doprowadziło do upadku ich pierwszego państwa. Obecnie dzięki kombinacji strategii negocjacji i przemocy zajęli już prawie cały Afganistan. Talibowie są dzisiaj bardziej elastyczni i jeśli przywódcy wrogich im milicji otrzymują stanowiska w budowanym przez nich państwie to jest to czynnik stanowiący o ich sukcesach…

- Biletów z Kabulu nie ma, na moście granicznym między Afganistanem a Uzbekistanem tłok, rządowe limuzyny, policyjne i wojskowe pickupy. Uciekają...

Mamy do czynienia z rozkładem instytucji państwowych stworzonych przez Zachód z pomocą afgańskich re-emigrantów, afgańskiej inteligencji i elit politycznych w ciągu ostatnich 20 lat. I te struktury błyskawicznie się teraz rozpadają. Powód? Nie chodzi nawet o to, że wycofali się Amerykanie. Przede wszystkim Zachód przestał sponsorować Afganistan. Już w zeszłym Stany Zjednoczone obcięły roku środki finansowe dla struktur państwa afgańskiego (i nie chodzi tylko o pomoc militarną), aż o 80 proc.. A jest takie powiedzenie dotyczące najważniejszego ludu Afganistanu, mówiące, że „Pasztuna nie można kupić, ale można wynająć.”

- Zanim wyrzucili Amerykanów ze swoich terytoriów, Talibowie stracili wszystko. Islamski Emirat Afganistanu upadł zaledwie po kilku latach. Był utopią?

Talibowie (tak ich nazywali przeciwnicy - to przydomek - dosłownie „studenci”, „uczniowie”) wychowali się w pakistańskich obozach dla uchodźców i spora ich część znała Afganistan jedynie z opowieści swoich rodziców, starszyzny plemiennej, wyobrażeń. Mieli wizję jaki ma być Afganistan a nie jaki Afganistan jest naprawdę. Afganistan dobrze znali założyciele ruchu upolitycznieni duchowni muzułmańscy, którzy wcześniej tworzyli część antypostępowego, antylewicowego, wrogiego szczególnie marksizmowi, życia parlamentarnego Afganistanu lat 70. XX w. Gdy w latach 90. XX w. talibowie wkroczyli do Afganistanu zamierzali metodami radykalnymi zbudować “nowy wspaniały świat” religijnej utopii w odpowiedzi na utopię komunistyczną. Kto nie podzielał ich poglądów stawał się naturalnym wrogiem. Zmienili się po klęsce zadanej im w 2001 i 2002 roku przez siły NATO, USA oraz wrogiego im Sojuszu Północnego. Przywódcy talibów zrozumieli wówczas, że muszą mieć inny pomysł na Afganistan by wrócić do światowej gry politycznej oraz do realiów, w których będzie miejsce na dialog i porozumienie z ich niedawnymi wrogami. To jest źródło rewolucyjnych przemian, które obserwujemy dzisiaj.

- Kim więc talibowie są dzisiaj?

To inny ruch. Przy tym oni nie używają w ogóle tej nazwy - oni sami o sobie mówią, że mudżahedinami walczącymi o budowę innego Afganistanu, Islamskiego Emiratu Afganistanu. Można pokazać ich ewolucję na przykładzie ich zmiany w podejścia do mediów. Dawni talibowie odrzucili wszelką elektronikę w komunikacji społecznej: zlikwidowali telewizję, zamknęli, kina, zakazali kręcić filmów, zabraniali słuchania i odtwarzania muzyki, itd. Nie stosowali na wojnie zamachów terrorystycznych, a tym bardziej samobójczych. Teraz neo-talibowie jak ich nazywają afganolodzy, sami kręcą filmy reklamowe swojej wojny ze sobą w rolach głównych wraz z podkładem muzycznym. To duża zmiana. Obecnie również nawet nieletni skłaniani są do udziału w zamachach samobójczych. Tego nie było w zarówno w tradycji Afgańczyków w ogóle jak i samych talibów. To przynieśli do Afganistanu arabscy bojownicy z wojny w Iraku. Jednocześnie neo-talibowie domagają się uznania międzynarodowego, negocjują, próbują grać rolę normalnych partnerów w polityce światowej. Założyciele pierwszego Islamskiego Emiratu Afganistanu, ignorowali w dużej mierze istnienie świata zewnętrznego, byli afganocentryczni, podejrzliwie odnosili się nawet do pozostałych inny muzułmanów (włącznie z bojownikami z krajów arabskich) i ich ortodoksji religijnej Współcześni neo-talibowie są zdolni do zawierania najbardziej egzotycznych porozumień a nawet kooptacji do swego ruchu Hazarów - szyitów afgańskich, których w latach 90. XX w. dawni talibowie masakrowali. Dzisiaj formują nawet oddziały złożone z Hazarów.

gazetakrakowska.pl

Kryzys polityczny trwający na Białorusi od sierpnia 2020 r. oraz rosnące niezadowolenie społeczne wobec reżimu stały się największym wyzwaniem dla urzędującej władzy w najnowszej historii. Łukaszenka nie uwzględnił możliwości realizacji scenariusza ustabilizowania sytuacji za pomocą chociażby ograniczonego dialogu ze społeczeństwem. Wybrał represyjne metody stłumienia kryzysu i przyjęcie modelu zarządzania państwem, który przypomina stan wyjątkowy. Instytucje bezpieczeństwa wewnętrznego stały się najważniejszym filarem białoruskiego autorytaryzmu, czyniąc Łukaszenkę w pewnej mierze zakładnikiem ich wizji świata. Stale poszerzane instrumentarium prawne pozwalające na radykalne zaostrzenie represji wobec przeciwników reżimu wzmacnia system państwa policyjnego, w którym wszystkie sfery aktywności nie tylko społecznej, ale i gospodarczej czy oświatowej zostały objęte ścisłym nadzorem ze strony KGB, MSW czy prokuratury. Doprowadziło to do zmarginalizowania roli nomenklatury cywilnej, ułatwiając przedstawicielom resortów siłowych ugruntowanie swojej pozycji w administracji państwowej. Pozycję białoruskich instytucji bezpieczeństwa wzmacniają również dobre relacje z rosyjskim sektorem siłowym, zwłaszcza w sferze koordynowania działań przeciwko Zachodowi.

Autorytarny model władzy na Białorusi przewiduje szerokie kompetencje organów siłowych. Nie podlegają one bieżącej kontroli zewnętrznej innych instytucji państwa, takich jak parlament czy Rada Ministrów, a jedynie Łukaszence, jego administracji i kontrolowanej przez niego Radzie Bezpieczeństwa. Trwające od początków jego prezydentury systemowe włączenie resortów siłowych pod bezpośrednie zwierzchnictwo głowy państwa umacnia ich pozycję instytucjonalną, faktycznie stawiając je w roli nadzorcy pozostałych organów administracji państwowej. Jako filar reżimu organy bezpieczeństwa i ochrony porządku publicznego sprawują kontrolę nad nomenklaturą i elitami biznesowymi, a także obywatelami, opozycją i trzecim sektorem, których działalność jest postrzegana jako antyreżimowa. Zgodnie z obowiązującym ustawodawstwem prezydent mocą dekretu może modyfikować struktury bezpieczeństwa de facto bez konsultacji z innymi organami władzy, jedynie przy formalnej akceptacji przez marionetkowy parlament. Łukaszenka ustala obsadę wszystkich najważniejszych stanowisk kierowniczych, do szefów departamentów włącznie, a w procesie podejmowania decyzji kadrowych uwzględniane są oceny personalne przedstawiane przez szefów resortów i uzupełniane przez Służbę Bezpieczeństwa Prezydenta oraz wywodzącego się z KGB szefa Administracji Prezydenta gen. Ihara Siarhiejenkę.

Charakterystycznym zjawiskiem wpływającym na funkcjonowanie sektora siłowego jest utrzymywanie ciągłości wzorów sowieckich. Po uzyskaniu niepodległości, w odróżnieniu np. od Ukrainy, władze w Mińsku wprowadzały jedynie niewielkie korekty, m.in. powołały Centrum Operacyjno-Analityczne odpowiedzialne za kontrolę Internetu. W tym kontekście znamienne jest zachowanie nazwy głównej służby specjalnej – Komitetu Bezpieczeństwa Państwowego (KGB RB), a także pozostawienie nazwy „milicja” w odniesieniu do organów policyjnych. Sowiecką przeszłość mają też MSW, Komitet Kontroli Państwowej, Państwowy Komitet Graniczny czy wywiad wojskowy. Tym samym system bezpieczeństwa Białorusi został zbudowany na bazie systemu państwa totalitarnego, w którym podstawowe segmenty aparatu bezpieczeństwa BSRR (KGB, MSW z wojskami wewnętrznymi) pozostały w niezmienionym stanie.

osw.waw.pl

czwartek, 2 grudnia 2021


W swoim tekście podkreślają, że zagrożenie dla klimatu jest realne, ale straszenie najgorszymi możliwymi wariantami przyszłości jako tymi najbardziej prawdopodobnymi raczej szkodzi niż pomaga sprawie. Teraz pojawia się możliwość, by uporządkować to zagadnienie.

Jak podkreślają autorzy, ponad dekadę temu klimatolodzy musieli dokonać wyboru tego, jak będą przedstawiali możliwe scenariusze związane ze zmianami klimatu. Międzyrządowy Panel ds. Zmian Klimatu (IPCC) zdecydował się w swoich raportach pokazywać kilka możliwych wersji przyszłych wydarzeń, w zależności od tego, jak rządy reagować będą na zagrożenie. 

Raporty te zwane są Assesment Reports (AR). Obecnie, mówiąc o możliwych zmianach klimatu, posługujemy się piątym wydaniem raportu (AR5) z 2014 roku. Szósta wersja – AR6 – ma zostać wydana w 2022 roku.

AR5 określał cztery możliwe scenariusze tego, co mają się wydarzyć – tłumaczą badacze. Nazwano je RCP (Representative Concentration Pathways). Dwa skrajne z nich określa się jako RCP2.6 i obejmuje utrzymanie wzrostu temperatury poniżej 2 st. Celsjusza względem epoki preindustrialnej – rok po wydaniu raportu Porozumienie Paryski przyjęło ten wariant jako deklarację celu.

Jednak na drugim biegunie jest wariant RCP8.5, który mówi, że temperatura może do końca stulecia wzrosnąć o 5 stopni C. Może do tego dojść, jeśli zużycie paliw kopalnych będzie rosnąć. Scenariusz ten nie uwzględnia żadnych polityk ograniczania zanieczyszczeń.

Jak podkreślają Hausfather i Peters, "RCP8.5 miał przewidywać mało prawdopodobną przyszłość o wysokim ryzyku. Wszedł jednak w życie przez niektórych ekspertów i twórców polityk oraz media jako coś zupełnie innego: jako wynik robienia wszystkiego po staremu". Klimatolodzy dodają, że media dodatkowo wyolbrzymiają wymowę tego przekazu, nie zwracając uwagi na niuanse.

Badacze mówią, że "na szczęście – a jest to fraza, której klimatolodzy używają rzadko – świat wyobrażony w scenariuszu RCP8.5 jest coraz mniej możliwy z każdym rokiem". Wyjaśniają, że aby miał on miejsce, konieczny byłby pięciokrotny wzrost zużycia paliw kopalnych, a to osiągnęło swój szczyt w 2013 roku i chociaż dalsze wzrosty są wciąż niewykluczone, to wiele prognoz mówi o spadkach.

Do tego dokładają się obniżające się koszty energii odnawialnej, co jest kolejnym trendem, który raczej nie zostanie odwrócony. Dołożyć się on może do realizacji bardziej optymistycznych scenariuszy, nawet jeśli kraje nie będą przyjmować coraz bardziej restrykcyjnych polityk klimatycznych – które przecież przyjmują.

Według obecnych szacunków związanych z aktualną sytuacją bardziej prawdopodobny jest wzrost temperatury o trzy stopnie, w miejsce pięciu – wciąż za dużo, ale zdecydowanie mniej.

polsatnews.pl

- Co dzieje się z tymi śmieciami, których nie da się zutylizować?

Jeżeli to kraj, który posiada dobrze przygotowany system gospodarki odpadami, to trafiają one do unieszkodliwienia, czyli w praktyce do spalania albo do składowania. Problem polega na tym, że w skali globalnej tych instalacji do gospodarowania odpadami jest stosunkowo niewiele. Tymczasem korporacje zwęszyły świetny interes w tym, że gdy pakują swoje produkty w jednorazowe śmieci, są w stanie je wysyłać bardzo daleko i za stosunkowo niską cenę, często do państw globalnego Południa, czyli tam, gdzie zazwyczaj nie ma systemu gospodarki odpadami.

Efekt jest taki, że globalne 30 milionów ton opakowań plastikowych nam „ginie” – trafia do środowiska, czyli do gleby, wód albo jest w prymitywny sposób palone. Gdybyśmy zrobili z tego plastiku folię, to moglibyśmy pokrywać nią całą powierzchnię Polski, Niemiec i jeszcze część Luksemburga. Co roku!

- Jak wygląda biznes transportowy śmieci do państw rozwijających się? Nie istnieją regulacje, które w jakiś sposób hamowałyby ten proceder?

Są, ale tutaj działa zwykły mechanizm presji ekonomicznej. Jeżeli odpady zaczynają być bardzo drogie, to zrodzi się pokusa, żeby obchodzić regulacje. W praktyce oznacza to, że tworzy się firmy, które oficjalnie mają pozwolenia i oficjalnie każdy transport trafia do legalnego zakładu zajmującego się przetwarzaniem. W rzeczywistości jest tak, że śmieci one wysyłane w miejsca zupełnie do tego nieprzygotowane. Niedługo Polska zacznie wysyłać swoje odpady na Ukrainę. To sprawi, że ich cena zacznie spadać u nas, bo będzie się to finansowo opłacało, żeby śmieci zawieźć na legalne ukraińskie wyrobiska, które są dużo tańsze niż w Polsce. W dokumentach będzie się wszystko zgadzało. Wpiszemy, że poddaliśmy odpady recyklingowi, choć w rzeczywistości w najlepszym wypadku zostaną one  spalone w piecach cementowniczych.

Jak to wyglądało dotychczas z „utylizowaniem” zachodnich śmieci? Transportowano je np. do firm w Azji Południowo-Wschodniej, które za każdą tonę dostawały 50 dolarów, nieważne, jak śmieci były unieszkodliwiane. Tak funkcjonuje ten biznes w najbardziej prymitywnej formie. Chińczycy zamknęli swoje granice dla zachodnich śmieci, ponieważ ich środowisko jest potwornie zaśmiecone europejskimi i amerykańskimi odpadami. Kiedy został uniemożliwiony eksport do ChRL, to przewoźnicy momentalnie zaczęli szukać innych kierunków, m.in. w Wietnamie i Indonezji. W branży krąży ponury żart, że Indonezja jest wyjątkowo perspektywiczna, bo ma długą linię brzegową – to wiele miejsc do wyrzucenia śmieci. W tych krajach nie ma odpowiedniej infrastruktury, te państwa nigdy nie radziły sobie z odpadami w proekologiczny sposób, a my zaczęliśmy traktować je jak śmietnik.

- Odpad odpadowi nie jest równy, to znaczy mamy wiele rodzajów szkła, papier czy też plastik. Który z tych materiałów jest globalnie największym wyzwaniem?

Zdecydowanie plastik. Z jednej strony przez jego różnorodność, z drugiej strony przez cynizm korporacji, które nieustannie wmawiają nam, jak ważna jest segregacja i recykling. Dla jasności: te korporacje doskonale wiedzą, że na świecie nie istnieje instalacja do recyklingu aż 85% produkowanego plastiku. Nie ma takiej technicznej możliwości. Powinniśmy pilnie dopasować jego produkcję do możliwości recyklingu. Ta odpowiedzialność powinna zostać przerzucona na producentów.

Jednak największą barierą blokującą zmiany są ludzie. Działamy tak, żeby było szybko, wygodnie i przyjemnie. Nie zastanawiamy się nad długoterminowymi skutkami naszych decyzji. Świadoma konsumpcja to najlepszy lek na nasze środowiskowe problemy.

klubjagiellonski.pl

Michał Wyrębkowski: - Czy prawdziwa jest opinia, że pewna przewaga konkurencyjna tych spółek i ich aplikacji wynika z tego, że Chińczycy nie dbają o prywatność? Czy też wynika to z faktu, że mamy gigantyczne ilości danych i brak jakiegoś chińskiego odpowiednika RODO?

Michał Bogusz: To przede wszystkim jest kwestia braku wyboru. Po prostu partia chce mieć wszystko transparentne. Oczywiście, są aplikacje oferujące szyfrowanie na jakimś podstawowym poziomie, ale nie będą w stanie zdobyć szczególnie dużej popularności, gdyż szybko natrafią na szklany sufit. Z kolei te komunikatory, którym partia pomaga się rozwijać, nie mają żadnego szyfrowania, żadnych zabezpieczeń, czego przykładem jest WeChat.

- Czyli wszystko jest przezroczyste dla partii?

Nie tylko dla partii, ale również dla operatorów, dla firm zarządzających. Z jednej strony, jest również wsparcie ich rozwoju ze strony partii, która stwarza możliwości handlowania danymi użytkowników, dzięki czemu te aplikacje się finansują. Nie są w stanie finansować się innymi sposobami monetyzacji lub reklamami, gdyż nie przynoszą na tyle dużych zysków, aby móc wyjść na prostą.

Z drugiej strony, partia próbuje wprowadzać quasi-regulacje, które dotyczą kwestii zarządzania danymi. Być może nie w sposób, do którego jesteśmy przyzwyczajeni w Europie, bo nie mają one na celu ochrony prywatności użytkownika, ale raczej regulują, jakie dane można gromadzić oraz kto może to robić i w jakiej ilości. Mają na celu również zabezpieczać przed kradzieżą danych, jednak znów powodem nie jest ochrona prywatności, ale chęć zabezpieczenia się przed nieograniczonym wykorzystaniem tych danych przez strony nieuprawnione.

Poza tym, jest to również narzędzie, za pomocą którego partia jest w stanie kłaść nacisk na firmy. Partia może powiedzieć: „Zobaczcie, mamy tutaj taki a taki przepis dotyczący ochrony danych, a wy go nie wypełniacie”. To jest taki miecz Damoklesa, który wisi nad każdą z tych spółek, i może na nie spaść. Gdy tylko firma się narazi lub będzie nieposłuszna w stosunku do partii, regulator przyjdzie do niej i poinformuje szefostwo, że łamie przepisy. Nie służy to na pewno ochronie konsumentów czy zachowaniu prywatności, zresztą zgodnie z prawem każdy obywatel Chin i każdy podmiot zarejestrowany w Chinach ma obowiązek dostarczyć każdej możliwej pomocy służbom i udostępnić każde możliwe dane i dokumenty na żądanie służb.

- Czy wiemy, co się dalej dzieje z tymi danymi? Czy one są w jakiś sposób agregowane przez Partię i służą do budowania tego na poły mitycznego systemu zaufania społecznego?

Istnieją takie ambicje, ale brakuje nadal możliwości technicznych. Pekin oczywiście nad tym pracuje i chciałby to osiągnąć, ale obecnie wciąż jest bardzo daleko do zrealizowania takiej orwellowskiej wizji. Owszem, jest kilka milionów ludzi, którzy mają zakaz latania, czy zakaz podróżowania pociągiem pierwszą klasą, ale to nadal jest robione analogowo – policja kogoś złapała, przekazuje informację do departamentu policji w miejscu zamieszkania, ona to wprowadza do baz danych, z których jest to następnie przekazywane do kilku innych baz danych, choćby operatorów kolejowych.

Przy czym nadal to nie jest system zautomatyzowany, budowany w oparciu o big data i zarządzany sztuczną inteligencją. Jest to połączenie dosłownie tekturowych teczek osobowych danego obywatela z jakimiś komputerowymi bazami danych, które się wymieniają ze sobą informacjami. Cały system jest w stadium zalążkowym i trudno powiedzieć, kiedy osiągnie oczekiwaną sprawność. Podobnie wygląda kwestia aplikacji pandemicznych, które regulują na dzień dzisiejszy życie Chińczyków, gdzie nie ma centralnego systemu, a każda prowincja ma swoją aplikację z własną bazą danych.

klubjagiellonski.pl

Michał Wyrębkowski: - Jak przedstawia się obecna sytuacja polityczna Chin w kontekście Internetu i mediów społecznościowych? Gdzie Chiny w tym obszarze były 10 lat temu, a gdzie są dzisiaj?

Michał Bogusz: Generalnie Chiny nadążają za trendami światowymi – w niektórych aspektach je wyprzedzają, w niektórych są trochę z tyłu. Ich rozwój przebiega w nieco odmienny sposób. Dobry przykład stanowią płatności mobilne. Rozwinęły się one w Chinach bardzo wcześnie i poszły ścieżką specjalnych aplikacji, takich jak np. AliPay, ze względu na bardzo niską wydajność chińskiego systemu bankowego. Popularne na Zachodzie płatności kartami płatniczymi czy kredytowymi słabo się tam rozwijały. Chiny nie chciały otworzyć w pełni rynku dla firm takich jak Visa czy Master Card. Zamiast tego rozwijały swój standard.

Cieszył się on jednak niskim zaufaniem społecznym, co spowodowało, że wytworzyła się pustka, w którą weszły płatności mobilne za pomocą specjalnych aplikacji. Podłącza się je albo zasila z konta bankowego i dopiero wtedy płaci. Ten typ płatności moim zdaniem w żadnym innym kraju wysokorozwiniętym się nie przyjmie, ponieważ rozwinięty system bankowy spowodował, że zachodzi coś, co nazywam „usmartfonieniem” systemu bankowego. Proces ten jednak postępuje w ramach systemu bankowego, nie zaś równoległe do niego czy poza nim.

To pokazuje, że są dziedziny, w których chiński sektor technologiczny poszedł kompletnie inną ścieżką. W niektórych jednak obszarach, jak np. aplikacja TikTok, jest to tak naprawdę rozwinięcie pomysłów zachodnich. Generalnie jest tutaj dwukierunkowa wymiana – wzajemne podpatrywanie u siebie idei, koncepcji, sposobów działania itd.

Ze względu na specyfikę systemu politycznego w Chinach powstają także duże konglomeraty, które są w stanie skupiać w sobie wiele różnych aplikacji, zdobywać dzięki swojej pozycji politycznej oraz ekonomicznej status quasi-monopolistyczny. Wspaniałym przykładem jest WeChat – bez niego nie da się żyć w Chinach. WeChat należy do państwowej firmy Tencent, która dzięki temu może zyskać bardzo silną pozycję na tym rynku.

Do tego dochodzi kwestia interfejsu – chińskie interfejsy nie tylko ze względu na inny rodzaj pisma, ale również ze względu na inny kontekst kulturowy tworzy się całkowicie inaczej, niż jesteśmy do tego przyzwyczajeni. To powoduje również kłopoty dla chińskich aplikacji na Zachodzie i zachodnich aplikacji w Chinach. Nie są one w takim samym stopniu intuicyjne. Wiele chińskich firm tworzy zachodnie wersje swoich aplikacji, po pierwsze z powodu interfejsu – innych gustów i przyzwyczajeń użytkowników, po drugie – ze względów bezpieczeństwa – sposobu, w jaki sposób mogą wykorzystać dane użytkowników.

- Czy na to, że chińska technologia finansowa rozwinęła się w innym kierunku, wpłynęły również inne czynniki? Wydaje się, że jednym z nich może być chiński kierunek przemian gospodarczych i jego bezpośrednie konsekwencje – niska penetracja systemu bankowego lub wolna amerykanka w zakresie małych przedsiębiorstw.

Z jednej strony, partia stworzyła system, izolując od świata zewnętrznego rodzimy rynek i lokalne przedsiębiorstwa, które nie mają problemu z konkurencją zachodnich firm, bo zachodnie aplikacje nie zostały wpuszczone na chiński rynek. Z drugiej strony, pomiędzy tymi firmami trwa wolna konkurencja, przynajmniej na tym poziomie startupowym. Mamy tu coś w rodzaju szklarni, w której są idealne warunki wzrostu, choć wewnątrz tej szklarni panuje prawo dżungli.

- Wydaje się, że jednym z czynników, który przyczynił się do takiego gwałtownego wzrostu spółek technologicznych, było niedopasowanie sektora bankowego do potrzeb Chińczyków. Czy przemiany społeczne, takie jak migracje ze wsi do miast, odegrały tu jakąś znaczącą rolę?

Spójrzmy na problem w ten sposób – mamy migrującego robotnika, który przyjeżdża do miasta i nie ma w mieście meldunku – tzw. hukou. Bez niego nie może otworzyć konta w lokalnym banku. Dostaje pensję, ale jedynie w gotówce. Chiny są mozaiką, w ramach której bardzo trudne jest płynne przejście z jednej prowincji do drugiej.

Inny przykład. Załóżmy, że ma pan kartę prepaidową, którą kupił pan w Pekinie – w jednostce administracyjnej na prawach prowincji i pojedzie pan zaraz za granicę prowincji do Hubei. Kupując doładowanie w Hubei, nie będzie pan mógł doładować karty SIM kupionej w Pekinie. To są zupełnie dwa różne systemy. Pomijam to, że Chiny przez długi czas były podzielone między dwa telekomy – China Mobile i China Unicom. Każda prowincja była przypisana do jednego z tych dwóch operatorów. Ale nawet jeżeli dane dwie prowincje były obsługiwane przez jednego operatora, to miały inne stawki. Wynika to też z tego, że są duże dysproporcje finansowe, różnice w poziomie życia, w płacy minimalnej – ba – różne stawki płacy minimalnej są nawet w tej samej prowincji, a różnicowanie pensji minimalnej zachodzi na poziomie prefektur.

To jest bardzo skomplikowany system, który ma wiele nie tylko sufitów, ale również ścian. Szklanych, przezroczystych dla obcokrajowca ścian, z których istnienia często nie zdajemy sobie sprawy. Stąd powstało bardzo wiele nisz, w których poszczególne biznesy mogą się rozwijać. Mają wystarczająco dużo przestrzeni, by mieć zapewniony jakiś byt.

klubjagiellonski.pl

niedziela, 14 listopada 2021


Jacek Płaza: - Chiny rozszerzają swoje wpływy na obszarze Indo-Pacyfiku i podważają dominację USA na świecie. Zostało to dostrzeżone przez amerykańską administrację w ostatniej dekadzie, zwłaszcza po objęciu urzędu przez Donalda Trumpa. Jaki jest długoterminowy cel Chin?

Elbridge Colby: Ambicje Chin stają się całkiem jasne. Moim zdaniem pierwszym krokiem Chin jest zdobycie hegemonicznej pozycji w Azji, zarówno dlatego, że leży ona w pobliżu, jak i dlatego, że jest największym rynkiem na świecie. Następnie z tej pozycji będą w stanie osiągnąć globalną dominację, dzięki której Chiny będą mogły zasadniczo sprawować władzę lub wywierać wpływ na cały świat, w tym oczywiście na Europę, ale także na Stany Zjednoczone.

Wszyscy jesteśmy przyzwyczajeni do tego, że Stany Zjednoczone są supermocarstwem. Jednak teraz to Chiny są krajem, który posiada gospodarkę o równoważnej lub nawet większej wielkości według parytetu siły nabywczej i rynkowych kursów walutowych, kraj, który może nas przegonić nawet w tej dekadzie, biorąc pod uwagę rozwój sytuacji w ciągu ostatniego roku lub kilku lat. Myślę, że taki jest cel Chin.

Sądzę, że w ramach debaty na temat tego państwa mój pogląd może być w rzeczywistości stosunkowo powściągliwy. Są ludzie, którzy mają o wiele bardziej przerażającą wizję tego, czego chcą Chiny – bezpośredniej kontroli nad znacznymi częściami świata i zdecydowanego ideologicznego komponentu. Nie jestem tylko pewien, jaką rolę (bo jakąś na pewno) odegra ideologia w świecie zdominowanym przez Chiny.

- Dlaczego ambicje Chin mogą być groźne dla USA? Jak Waszyngton będzie starał się powstrzymywać Pekin?

Stany Zjednoczone próbują zapobiec wzrostowi ChRL przede wszystkim, co oczywiste, ze względu na własne interesy. Pekin wykazał już gotowość do bardzo bezpośredniej interwencji w wewnętrzne sprawy innych krajów. Widzimy więc tylko przedsmak tego, co może nadejść. Chiny zresztą się z tym nie ukrywają. Widać to już teraz w przypadku Australii, widać to było ostatnio w wypadku Tajwanu i kwestii ananasów, w Stanach Zjednoczonych dochodziło do nacisków wywieranych na NBA i Disney’a.

Dzieje się to w czasie, gdy Chiny uważają, że są słabsze od Stanów Zjednoczonych i nie mają tak dominującej pozycji. Możemy więc sobie wyobrazić, jak to będzie, gdy tę pozycję zdobędą. Przyjrzyjmy się temu, jak Chiny wyglądają wewnętrznie (m.in. brak prawa do prywatności, państwo policyjne). To wizja przyszłości, której chcemy uniknąć.

Kluczem dla Stanów Zjednoczonych jest zablokowanie możliwości Chin do zdominowania Azji w pierwszej kolejności, dlatego też, moim zdaniem, Azja naprawdę musi być naszym priorytetem. Nie chodzi o to, że Europa nie jest ważna, ale jest, po pierwsze, o wiele mniejsza od Azji, a po drugie, zagrożenie dla niej jest o wiele mniej bezpośrednie. Jest tak również dlatego, że chińskie wpływy gospodarcze i siła militarna są skupione w Azji. Jedynie Stany Zjednoczone mogą odgrywać istotną i tak potrzebną dziś rolę równoważenia Chin w Azji.

Jeśli Chiny zostaną pozostawione same sobie, to będą miały bardzo łatwą drogę do realizacji strategii „dziel i rządź” w swoim regionie. Jest to podobna dynamika do tej, z powodu której w latach 40. stworzyliśmy NATO, ponieważ bez Stanów Zjednoczonych istniały obawy, że państwa Europy Zachodniej będą zbyt podzielone. Musimy więc odgrywać tę podstawową rolę w koalicji i na niej się skupić.

Administracja prezydenta Bidena w sposób godny pochwały zajęła jasne stanowisko w sprawie wyzwania, jakim są Chiny. Moje obawy co do ich podejścia są takie, że nie koncentrują się w wystarczającym stopniu na Azji i nie zmniejszają naszej aktywności w teatrach działań, co powoduje rozdźwięk między ich retoryką z jednej strony a wymaganymi zasobami i uwagą z drugiej. Nowa administracja ogłosiła, że nie ograniczy sił w Europie i stanowczo podkreśliła relacje transatlantyckie. Nie ograniczy też sił na Bliskim Wschodzie. Nadal będziemy wszędzie.

- Czy USA będą starały się utrzymać hegemonię, czy już pogodziły się z faktem, że zejdą z tronu na rzecz Chin? Będziemy mieli do czynienia ze światem jednobiegunowym, dwubiegunowym czy wielobiegunowym?

Myślę, że będzie to świat przede wszystkim dwubiegunowy z cechami wielobiegunowości. Samuel Huntington mówił kiedyś o jedno-wielobiegunowości, ale obecnie uważam, że znajdujemy się zasadniczo w środowisku dwubiegunowym, w którym dwoma biegunami będą Stany Zjednoczone i Chiny. Istnieją też ważni aktorzy drugorzędni: Indie, Japonia, Rosja, być może Niemcy lub Unia Europejska, w zależności od tego, w jakim kierunku pójdzie Europa. Jednak zasadniczo świat będzie skupiony wokół problemu Chin.

Biorąc pod uwagę naszą perspektywę, sądzę, że jednobiegunowość i prymat Ameryki nad światem już minęły. Nie odzyskamy ich i tak naprawdę nie potrzebujemy liberalnego imperium. To, czego chcemy, to korzystna równowaga sił, szczególnie w Azji, ponieważ tam znajduje się połowa światowego PKB i przyszłość. To prawdziwe zadanie dla nas.

Istnieje błędna ocena tej kwestii przez Rosjan, którzy wyolbrzymiają ilość swobody czy przestrzeni, którą otrzymają w przyszłości. Myślą, że będzie to świat raczej wielobiegunowy, w rzeczywistości Rosjanie będą wciśnięci między te dwie wielkie opozycje. Stawiają bowiem na to, że uda im się nawiązać niezależne relacje z Indiami, Japonią itd. Przytłaczającym, a zarazem najważniejszym, priorytetem Indii i Japonii będzie radzenie sobie z Chinami, co zbliży te kraje do Stanów Zjednoczonych. To już się dzieje. Sprawia to, że pojawia się we mnie nutka optymizmu w myśleniu o Rosji w perspektywie średnio- i długoterminowej, ponieważ wówczas będzie się ona czuła coraz bardziej ograniczona. Obecnie Rosja zwiększa swoje narażenie na presję ze strony Chin, staje się ich młodszym partnerem. Moskwa jest obecnie zastraszana przez Chińczyków, co odbywało się w odwrotnym kierunku w okresie sowieckim.

Uważam, że istnieje również problem z ideą trzeciego bieguna prezydenta Francji, Emmanuela Macrona, czy Josepha Borrella. Prawdopodobnie Europa nie będzie na tyle silna, aby stworzyć odrębny biegun i zostanie wciągnięta w tę międzynarodową burzę.

- Czyli będzie tak, jak w czasach zimnej wojny, gdy każdy kraj musiał twardo opowiedzieć się po którejś ze stron, czy też raczej nowy porządek stworzy przestrzeń do balansowania między dwoma biegunami – Chinami i USA? W ostatnich latach kilka krajów próbowało uprawiać niezależną politykę. Robiła tak m.in. Turcja. Nawet sama Unia Europejska podpisała z Chinami Porozumienie o Inwestycjach (CAI).

Myślę, że będzie rosła presja na dostosowanie się do jednej lub drugiej strony, zwłaszcza w wypadku krajów azjatyckich. Nie sądzę jednak, że będzie to tak samo wyraźne jak w czasach zimnej wojny, ponieważ będziemy prowadzić wymianę handlową i współpracę gospodarczą między blokami.

W istocie wielkie mocarstwa azjatyckie – Japonia, Indie, Australia – są zasadniczo sprzymierzone z Waszyngtonem. Korea Południowa także będzie zmuszona do opowiedzenia się po jednej ze stron, ponieważ leży na linii frontu. Jeśli się znajdujesz na niej i jesteś neutralny, to stajesz się polem bitwy.

Z szerszego punktu widzenia kraje, które są ważne dla równowagi sił, uznają za trudne i niebezpieczne próby pozostawania pośrodku lub tworzenia własnego bieguna. I to jest kluczowy punkt w przypadku sytuacji Europy. Byłoby poważnym jej błędem, gdyby starała się zajmować pozycję neutralną, ponieważ wtedy stanie się polem bitwy konkurencyjnej. Choć, mam nadzieję, mówiąc metaforycznie. Będzie jednak areną, na której zarówno Stany Zjednoczone (wraz z Japonią i Indiami oraz Australią i innymi krajami popierającymi wolny i otwarty Indo-Pacyfik), jak i Chiny będą próbowały konkurować. To nie tylko amerykański szowinizm, obie strony będą próbowały wywierać wpływ. Sądzę więc, że dojdzie do większego jednoczenia się wokół dwóch bloków, ale nie uważam, by było ono tak samo wyraźne jak w czasach zimnej wojny.

(...)

- Ideologiczne naciski na Chiny w kwestii praw człowieka, demokracji, liberalizmu itd. nie przyniosły dotychczas większych sukcesów. Niemniej Komunistyczna Partia Chin postrzega zachodnią ideologię jako jedno z największych zagrożeń. Jest Pan zwolennikiem bardziej realistycznego podejścia do Chin. Czy uważa Pan, że może ono lepiej rozwiązać nasze problemy z tym państwem?

Nie uważam, że powinniśmy odkładać ideologię na bok. Nie chcę, aby zabrzmiało to zbyt instrumentalnie, ale myślę, że jest to dla nas wielki kapitał, atut, który przyciąga do nas ludzi, ale element ideologiczny zdominował naszą dyskusję o polityce zagranicznej. Musimy wrócić do podstaw. To nie 100% siły, 0% ideologii lub na odwrót. Twierdzę, że chodzi głównie o równowagę sił, a ideologia może ją kształtować i wpływać na zachowanie aktorów. Może istnieć podstawa do détente z Chinami, kiedy będziemy mieć zbalansowaną równowagę sił i poczucie, że nasze interesy są dzięki temu respektowane.

Myślę, że ma Pan rację, że Chińczycy, zwłaszcza obecni przywódcy, patrzą na rzeczywistość przez ideologiczną soczewkę. Ale nawet biorąc to pod uwagę, obawiam się, że przesadzamy z ideologią. Jeśli cały spór postrzegamy jako globalną rywalizację między demokracją a autorytaryzmem, o czym mówił na przykład sekretarz stanu USA, Blinken, to w rzeczywistości możemy pogorszyć sytuację. Wiara w ideologiczny punkt widzenia i w konsekwencji wyciąganie z niego logicznego wniosku, żeby przekształcić Chiny w demokrację, zamienia cały spór w egzystencjalny mecz w klatce.

Ponadto, jeśli uważa się ideologię za siłę napędową, to ma ona tendencję do hamowania naszej zdolności współpracy z innymi krajami, szczególnie w Azji Południowej i Południowo-Wschodniej, które nie są demokracjami. Ludzie Bidena ciągle o tym mówią – liczy się demokracja, demokracja i jeszcze raz demokracja. To świetne w Europie, ponieważ obowiązuje ona prawie we wszystkich krajach. A co z Wietnamem? Z Tajlandią? Z Singapurem? Co z Indiami? Z pewnością powinniśmy zachęcać je, aby stały się republikami, ale naprawdę musimy z tymi państwami współpracować.

Ponadto ideologia przekształca potencjalnie peryferyjne konflikty w próby systemowe. Jednym z powodów, dla których weszliśmy do Wietnamu, było to, że był to test amerykańskiego systemu i tego, czy możemy zmodernizować Wietnam Południowy i konkurować wojnami narodowowyzwoleńczymi – tak mówili Kennedy i Johnson. Czy Indochiny były krytyczne dla naszych podstawowych interesów w czasie zimnej wojny? Nie sądzę.

(...)

- Co w takim razie z zobowiązaniami Stanów Zjednoczonych w NATO?

Nie oznacza to, że porzucamy NATO – zachowamy nasze przewodzenie w Sojuszu. Jednak musimy pamiętać, że Europa jest o wiele bogatsza od Rosji. Moskwa jest bardzo niebezpieczna, ale nie ma możliwości, by zdominowała kontynent europejski, podczas gdy Chiny mogą zdominować Azję. Najlepiej będzie, jeśli Europejczycy zapewnią sobie skuteczniejszą obronę konwencjonalną. Polska już to robi i chwała jej za to. Finowie i Szwedzi radzą sobie całkiem nieźle, podobnie jak Wielka Brytania.

Dużym problemem jest wasz wielki sąsiad na Zachodzie, który mógłby w gruncie rzeczy łatwo rozwiązać ten problem i mieć konwencjonalną obronę na odpowiednim poziomie. W 1988 r. istniało 15 niemieckich dywizji. Teraz mają chyba jedną… Ludzie mówią: „Niemcy nie czują się zagrożeni”. No, dobra! Ale myślisz, że ludzie w Indianie czują się zagrożeni? Czy według tej logiki my, Amerykanie, powinniśmy po prostu iść do domu? To nie ma żadnego sensu, bo ważna jest nasza wspólna, globalna walka.

- Czy Polska powinna obawiać się postulowanego przez Pana przesunięcia sił USA do Azji Południowo-Wschodniej? Kiedy mówi Pan, że należy zmniejszyć obecność sił amerykańskich w Europie, czy dotyczy to również obecności pozawojskowej?

USA i Polskę łączą naprawdę bliskie, szczególne relacje pod wieloma względami i myślę, że musimy to wspólnie przepracować. Po pierwsze, to oczywiste, że nie należy całkowicie ufać USA! Jesteśmy związani polityką międzynarodową, a nie małżeństwem. Nie sądzę, aby prezydent Biden był precyzyjny w swoim niemal lirycznym sposobie mówienia o stosunkach transatlantyckich. Nie kwestionuję jego szczerości, ale wątpię w dokładność jego retoryki w takim sensie, jakim Amerykanie by to postrzegali.

Sojusze powinny służyć interesom kraju. Nie uważam, byśmy pomagali, dając wrażenie wyższego poziomu pewności, niż jest on w rzeczywistości. Nie chcę, żeby odniósł Pan mylne wrażenie. Sądzę, że USA powinny dotrzymywać swoich zobowiązań wobec Polski i innych krajów, ale to może oznaczać różne działania.

Stany Zjednoczone mają więcej zobowiązań niż są w stanie samodzielnie wypełnić. Kiedy George Walker Bush był prezydentem i wszędzie rozszerzaliśmy NATO, świat był inny. Nikt nie mógł nas tknąć. Dzisiaj już w takim świecie nie żyjemy. Teraz mamy większe zobowiązania niż zasoby. Jeśli ktoś prowadzi firmę, ma zbyt wiele zobowiązań i po prostu je wszystkie zaspokaja, to bankrutuje. Wtedy nikomu nie będzie w stanie pomóc.

Być może nie jesteśmy w 100% godni zaufania, ale kto jest? Co więcej, jeśli zrezygnuje się z mniej ważnych zobowiązań, to dzięki temu ma się większe szanse na wypełnienie tych, które pozostały. Moim zdaniem wyjście z Syrii sugerowałoby, że jesteśmy bardziej wiarygodni w kwestiach dotyczących Azji i Europy. Fakt, że pozostajemy w tak dużym stopniu na Bliskim Wschodzie, sugeruje, że nie rozumiemy skali globalnego problemu, a to jest przerażające.

Kolejna sprawa – to, że nie jesteśmy w 100% godni zaufania, nie oznacza, że macie lepszy wybór. Jeśli nie ufacie USA, to czy zaufacie Francji? I nie ma to nic wspólnego z uczciwością państwa francuskiego, ale z siłą i determinacją. USA mają znacznie większą i bardziej wyrafinowaną armię, ogromny arsenał nuklearny. Francja nie posiada żadnej z tych rzeczy. Jeśli ktoś uważa, że Amerykanie nie są całkowicie godni zaufania, jeśli chodzi o wypełnianie zobowiązań, to trzeba pokreślić, że Niemcy nie mają nawet zdolności wojskowych, by pomóc w obronie Polski w tym momencie. Na tym polega problem z trzecim biegunem – w teorii może się sprawdzić, ale tak naprawdę nie ma tu żadnej realnej opcji.

klubjagiellonski.pl

Nie trudno się domyślić, że defilady, pikniki, pokazy, minister, błyszczący w słońcu ciężki sprzęt, wypięte piersi generałów i salwy honorowe to tylko fasada. Za nią są stare sypiące się samochody, permanentne niedobory w wyposażeniu i mundurach, użeranie się z zaopatrzeniem o każdy drobiazg i złotówkę, brak strzelnic, brak miejsca na poligonach, a nawet brak amunicji do szkoleń. Na dodatek narastający od lat kryzys szkolnictwa wojskowego, który jest źródłem frustracji jak nic innego, bo choć w wojsku jest dużo ludzi, którym się chce i którzy potrafią, to mogą latami czekać na miejsce na odpowiednim kursie oraz awans. Jednocześnie Warszawa wywiera ogromną presję na przyjmowanie do służby jak największej liczby ludzi. Wszak minister Mariusz Błaszczak ogłosił, że armia ma się zwiększyć dwa razy.

- Efekt tego taki, że dla poprawy wyników podczas kwalifikacji kandydatów do służby w jednostkach zabroniono przeprowadzać dodatkowe testy czy sprawdziany sprawności fizycznej - mówi nam żołnierz. Jak komisja wojskowa dała kategorię A, to nie ma dyskusji. Dla naszego rozmówcy to frustrujące, bo służy w brygadzie, gdzie żołnierze muszą być bardziej sprawni niż w zdecydowanej większości wojska. - Co więcej, z rozmów kwalifikacyjnych wycięto psychologa jednostki, który kiedyś oceniał kandydatów pod kątem ich stabilności. Widocznie w Warszawie wyszli z założenia, że jeśli ten psycholog odrzuca nawet połowę kandydatów, to jest jego wina, a nie marnego narybku. I teraz my, normalni żołnierze, członkowie komisji, musimy wyławiać tych zaburzonych - opisuje żołnierz. - W efekcie widzimy gości, którzy fizycznie mieliby problem z samodzielnym zawiązaniem butów, a oni chcą im broń do ręki dawać. Kurde, my tu miewamy nawet jakichś "sekciarzy" wierzących w końce dziejów, czy statki obcych, którzy przylecą uratować godnych... - dodaje.

Ogromna presja na przyjmowanie jak największej liczby kandydatów do służby, nieważne jak nieoptymalnych, to efekt wizji obecnego kierownictwa MON. Chce ono ponad dwukrotnie zwiększyć rozmiar polskich Sił Zbrojnych. Do 250 tysięcy żołnierzy zawodowych i jeszcze 50 tysięcy żołnierzy Wojsk Obrony Terytorialnej. Rzeczywistość jest natomiast taka, że pomimo szeregu podwyżek, zarobki w wojsku nie należą do przesadnie atrakcyjnych. Dodatkowo populacja Polski się starzeje i kurczy. Młodych, chętnych i nadających się na żołnierza jest więc coraz mniej. Tak znaczące powiększenie wojska bez jakichś drastycznych rozwiązań jest więc ogromnym wyzwaniem. Na początku rządów PiS było niecałe 100 tysięcy żołnierzy zawodowych. W 2020 roku MON chwalił się osiągnięciem liczby 110 tysięcy. Ponieważ do tej pory efekty były mierne, utworzono specjalne biuro Programu Zostań Żołnierzem RP, które ma poprawić skuteczność kampanii rekrutacyjnej. - No i poprawili. Ten rok jak nic upływa pod znakiem tego biura i jego szefa, generała Artura Dębczaka. Wierny pretorianin ministra Błaszczaka. Obiecał dodatkowych rekrutów i są dodatkowi rekruci. Tylko nikt nie mówi o tym, jakim kosztem to osiąga - mówi żołnierz.

(...)

Dodatkowo źródłem frustracji jest to, że o rekruta zabiega się każdym możliwym sposobem, ale ci już będący w wojsku często mają pod górkę. Chodzi zwłaszcza o szkolenia i kursy niezbędne do awansów oraz objęcia nowych stanowisk. Już od wielu lat sytuacja się pogarsza przez braki kadrowe, lokalowe i finansowe ośrodków szkolenia oraz szkół podoficerskich. Po prostu jest mało wolnych miejsc na kursach. Wymagania są tak wyśrubowane, że bez idealnej teczki osobowej nie ma co liczyć na zakwalifikowanie. Efekt jest taki, że jednostki są pełne ludzi służących na dwóch stanowiskach. Pierwszym oficjalnym i od lat tym samym, oraz drugim nieoficjalnym, na którym było kogoś potrzeba, ale nie było szansy załatwić mu kursu uprawniającego do jego zajęcia. - I potem się okazuje, że nie ma kto dowodzić w polu wojskiem, bo choć w takiej kompanii w papierach jest pełna obsada, to faktycznie dowódcy drużyn czy sekcji już nawet od lat pełnią obowiązki na przykład w sztabach - opowiada żołnierz. - Jeszcze lepsze jaja są u oficerów. Przeciągi kadrowe (utworzenie WOT i 18. Dywizji, stosunkowo duża skala odejść oficerów starszych w początkowym okresie rządów PiS, co spowodowało "ssanie" w górę - red.) spowodowały, że to co dawniej było marzeniem oficera, czyli dowodzenie kompanią, teraz dostaje byle podporucznik po szkole. Ogólnie mamy armię, gdzie kompaniami zamiast kapitanów dowodzą podporucznicy, plutonami kaprale zamiast podporuczników, a drużynami starsi szeregowi zamiast kaprali - dodaje.

gazeta.pl