czwartek, 28 października 2021


Koronnym dowodem wzajemnych zależności między cywilizacjami sprzed 3000 lat jest odnaleziony w latach 80. XX wieku wrak Uluburun. Statek ten „mógł rozpocząć swoją podróż w Egipcie lub Kanaanie (…) i po drodze zatrzymał się zapewne w Ugarit w północnej Syrii i na Cyprze. Kierował się wyraźnie na zachód, na Morze Egejskie, płynąc wzdłuż południowego wybrzeża Anatolii (współczesnej Turcji)” – opisuje Cline. Jednak to nie trasa jest w tym odkryciu najistotniejsza, a odnaleziony na pokładzie ładunek. Składał się on bowiem z towarów pochodzących właściwie z każdego zakątka ówczesnego świata. Z wraku wydobyto sztaby cyny pochodzącej z terenów dzisiejszego Afganistanu oraz cypryjskiej miedzi, heban z Nubii, kolorowe szkło z Mezopotamii, kananejskie naczynia, egipskie skarabeusze, miecze i sztylety z Italii i Grecji, kły hipopotamów i słoni, złote ozdoby, a nawet pojemnik na kosmetyki w kształcie kaczki…

(...)

„Nigdy w naszej historii nie istniała cywilizacja, która by ostatecznie nie upadła” – pisze historyk. Podsumowuje on czynniki, które inni badacze epoki wymieniają jako możliwe przyczyny gwałtownego nastania „wieków ciemnych”: zmiany klimatyczne, susze i głód; trzęsienia ziemi; masowe migracje – zarówno pokojowe, jak i najazdy tzw. Ludów Morza; przerwanie sieci handlowych. Cline zauważa, że przez wielki cywilizacje basenu Morza Śródziemnego musiały mierzyć się ze wszystkimi tymi przeciwnościami i wychodziły z nich obronną ręką. W XII wieku przed Chrystusem nastąpiło być może skumulowanie wszystkich tych czynników, co okazało się dla ówczesnych społeczeństw zbyt dużym wyzwaniem.

obserwatorfinansowy.pl

19 lipca 1989 r. Zgromadzenie Narodowe wybrało Wojciecha Jaruzelskiego na prezydenta RP. W ten sposób nad reformami w Polsce i – co ważniejsze z perspektywy globalnej – nad reformami w ZSRR otwarty został parasol. Tak planowano, choć nie brakowało momentów, w których ten plan mógł wylecieć w kosmos.

Idea, by wprowadzić do polskiej konstytucji instytucję prezydenta, nabrała treści podczas obrad Okrągłego Stołu. Był to jeden z kluczowych elementów nowego systemu władzy.

Opowiada o tym Andrzej Gdula, współpracownik gen. Jaruzelskiego. – Powiedzieliśmy, że chcemy wprowadzić urząd prezydenta. Na to Geremek zapytał: „Ale po co?”. Więc tłumaczyliśmy, że taka osoba zadba o stabilność.

I już wtedy wiadomo było, że będzie to stanowisko skrojone dla Wojciecha Jaruzelskiego.

– Michnik do mnie zagadał: „Ja mówię panu jak czekista czekiście: my się w życiu na Jaruzelskiego nie zgodzimy” – opowiada Gdula. – A ja na to: „To ja panu odpowiem jak czekista czekiście: jak nie Jaruzelski, to w ogóle nie skończymy tego stołu. Jaruzelski dla nas jest kamieniem węgielnym, na którym to się opiera. On jest gwarantem i dla nas, i dla sojuszników, że to wszystko pójdzie we właściwym kierunku”. Podszedł do nas Kuroń: „Weź Olka, przyjeżdżajcie do mnie do domu, ja tam będę z Geremkiem, przegadamy”. Pojechaliśmy. Przedstawiliśmy argumenty krajowe, międzynarodowe. Geremek wysłuchał: „Musicie zrozumieć, że my nie możemy generała poprzeć, żeby Solidarność, która przeszła stan wojenny, mogła to zaakceptować. Na to nie ma żadnych szans. Natomiast rozumiemy, że tego wymaga racja stanu. Ale będziecie mieli większość w Sejmie. Zrobicie to jedną ręką”.

Wydawało się to oczywiste. Kandydaci PZPR i tzw. stronnictw sojuszniczych mieli zagwarantowane 299 miejsc w Sejmie. To dawało w Zgromadzeniu Narodowym (460 + 100) bezpieczną większość, nawet zakładając, że cały Senat trafi w ręce opozycji.

Ale oczywiste być przestało już 4 czerwca wieczorem, gdy padła lista krajowa, a Solidarność wzięła cały niemal Senat.

Druga tura wyborów ten stan niepewności pogłębiła – mandaty z list PZPR i stronnictw sojuszniczych zaczęli brać kandydaci popierani przez Solidarność. Część z nich zaczęła deklarować, że nie poprze Jaruzelskiego. I nagle okazało się, że generał może głosowania w Zgromadzeniu Narodowym nie wygrać.

Teoretycznie wszystko szło zgodnie z planem. 23 czerwca, podczas pierwszego spotkania Obywatelskiego Klubu Parlamentarnego, przyjęto, że OKP nie będzie wysuwał własnego kandydata na prezydenta. Bomba wybuchła 30 czerwca. Podczas XIII Plenum KC PZPR Wojciech Jaruzelski ogłosił, że nie będzie kandydował na prezydenta i że wysuwa na to stanowisko Czesława Kiszczaka.

Jak do tego doszło? Musiało przecież zdarzyć się coś, co wpłynęło na taką decyzję. Andrzej Gdula: – Nagle przyszły pierwsze notatki, Pożoga to podpisywał, że w Solidarności rodzi się pomysł, żeby nie ten, co odpowiada za stan wojenny, ale ten, kto poprowadził tak skutecznie Okrągły Stół, był kandydatem na prezydenta. Czytałem to… I mówiłem sobie: chłopcy się bawią. Ale potem przyszła informacja, że Wałęsa publicznie powiedział, że w jego rozumieniu lepszym kandydatem na prezydenta byłby Czesław Kiszczak.

W takiej atmosferze rozpoczęło się XIII Plenum KC PZPR. I wtedy Jaruzelski wszystkich zaskoczył. – Na posiedzeniu plenarnym generał ni stąd, ni zowąd powiedział, że on rezygnuje z kandydowania na prezydenta – relacjonuje Andrzej Gdula. – Rezygnuje, ponieważ dochodzą go takie opinie, także od Wałęsy, że Czesław Kiszczak byłby lepszym prezydentem.

– Dlaczego generał tak wszystkich zaskoczył?

– Myślę, że chciał sprawdzić sytuację. Dlaczego tak sądzę? Po plenum zbierałem się do domu i wtedy zadzwonił do mnie szef jego gabinetu: „Natychmiast do szefa!”. Zjechałem, mój pokój był wyżej. I generał do mnie: „Słuchaj, wiem, że jest posiedzenie klubu OKP w Sejmie. Jedź, wyciągnij kierownictwo klubu, całe, i powiedz, że podjąłem taką decyzję, że jeśli oni uważają, oni, Wałęsa, że Kiszczak będzie lepszym kandydatem, to ja nie będę stał na drodze. Jedź, czasu nie ma”. Pojechałem. Oni obradowali, więc podałem kartkę, że proszę kierownictwo o spotkanie w pilnej  sprawie. Za chwilę wyszedł Geremek, po nim Kuroń i Michnik. I mówię, że generał prosił, żeby poinformować, żeby nie dowiadywali się z prasy, bo to za chwilę będzie huczało. Że jest jego decyzja, żeby zrezygnować. Że jeśli wy popieracie Kiszczaka, że Wałęsa to zgłaszał… Pierwszy odezwał się Adam Michnik, w obraźliwych słowach powiedział, co o nas myśli. Jacek Kuroń powiedział to w łagodnych słowach: „Andrzej, jakaś powszechna głupawka was opanowała. Czy wy zdajecie sobie sprawę, co to jest? My tłumaczyliśmy wam, dlaczego nie możemy popierać Jaruzelskiego, ale zdajemy sobie sprawę, jaka jest sytuacja. A ty przynosisz takie informacje!”. Geremek słuchał. A potem powiedział tak: „Proszę przekazać generałowi, że OKP nigdy nie poprze Kiszczaka. To jest niemożliwe. My też nie będziemy głosowali za Jaruzelskim. Ale rozumiemy, że dla dobra państwa, dla spokoju takie rozwiązanie jest konieczne. I waszą rolą jest, żeby przekonać pozostałych członków parlamentu, żeby dokonali właściwego wyboru”.

– A pan co na to?

– Odpowiedziałem Geremkowi, że ta decyzja to dlatego, że są sygnały od Wałęsy. Na to Geremek: „Wałęsa nie ma nic do gadania. To my będziemy w parlamencie decydować. Myśmy to przedyskutowali i absolutnie na takie rozwiązanie, żeby Kiszczak kandydował, się nie zgodzimy. Po prostu nie przyjmiemy go. To musicie kalkulować”.

– Jaruzelski – rozumieją, Kiszczak – sprzeciw.

– Absolutnie! Kuroń dodał: „Andrzej, wyobraź sobie: nowe rozdanie, tyle nadziei, nowa Polska. I policmajster zostaje prezydentem! Czy wyście stracili głowy? Ja nie mam nic do Kiszczaka, jego zasługi, Okrągły Stół, są bez dyskusji. Ale mowy nie ma, żeby on!”. I jak się z nimi żegnałem, to jeszcze Geremek mnie przytrzymał: „Niech pan powie generałowi, że my jako klub konkurencyjnego kandydata nie wystawimy”.

– Powiedział pan?

– Zaraz zadzwoniłem do generała i mówię mu: „Towarzyszu generale, jestem po rozmowie. Dwie informacje najważniejsze – że oni rozumieli, że kandydatem jest gen. Jaruzelski. I nie popieraliby tego w Sejmie, w głosowaniu, ale ze zrozumieniem by się odnosili. Wiedzą, że są wymogi państwa itd. I drugie – że absolutnie nie poprą Kiszczaka”. Generał tego wysłuchał i mówi: „No dobrze, to zadzwoń do Czesława i mu powiedz”. Ja na to: „Ja mam o tym powiedzieć?”. A generał: „Tak, ty. A kto był na rozmowach? Ja czy ty? Bierz telefon i powiedz mu to”.

– I zadzwonił pan?

– Zadzwoniłem. I powiedziałem. Że rozmowa była i że takie ustalenia. Na tym zakończyliśmy. Kiszczak chyba się na mnie obraził. Nawet nie powiedział dziękuję, tylko odłożył słuchawkę.

– A Kiszczak chciał być prezydentem?

– On nawet po tej rozmowie chciał, z Cioskiem się spotkał, z Wałęsą. Namawiali Wałęsę, żeby przekonał posłów OKP do głosowania na niego.

– To było 4 lipca. Wałęsa obiecał Kiszczakowi, że jakąś grupę posłów i senatorów OKP przeciągnie.

– Ale już wtedy były inne działania. Oczywiście, gdy zaczęły się wahania gen. Jaruzelskiego, poinformowano ambasadorów ważnych państw, USA, Związku Radzieckiego, że są takie przymiarki. I wtedy dostaliśmy zwrotną informację, że George Bush w trybie pilnym prosi o wizytę. I przyjechał do Polski 11 lipca, rozmawiał z Wałęsą, no a przede wszystkim z generałem.

Dziś, gdy za sukces polskiej dyplomacji uważa się to, że prezydent RP pogada 10 minut z prezydentem USA, gdzieś na korytarzu, między windą a WC, trudno pojąć, że George Bush przebywał w Polsce przez prawie trzy dni, w dniach 9-11 lipca 1989 r., w zasadzie tylko po to, by Jaruzelski został prezydentem.

tygodnikprzeglad.pl

piątek, 1 października 2021


"Pieniądze może nie dają szczęścia, ale można za nie kupić dłuższe życie. Każde 50 tys. dolarów dochodu obniża ryzyko śmierci o pięć procent” – stwierdziła organizacja StudyFinds publikująca streszczone wersje badań, które mają na celu wywołanie debaty.

W opinii z Northwestern University z Evanston, w stanie Illinois, W przypadku osób, które zebrały o 139 tys. więcej niż rodzeństwo, ich szanse na przeżycie wzrosły.

"Jeden z kluczy do długiego życia może leżeć w twojej wartości netto" – oznajmił jeden z autorów opracowania dr Eric Finegood z Instytutu Badań nad Polityką na Northwestern. Wyniki podano w oparciu o analizę życia 5400 Amerykanów.

StudyFinds zwraca uwagę, że pandemia COVID-19 pogłębiła przepaść majątkową. Pośród nieszczęść, liczba milionerów w USA wzrosła w zeszłym roku o 5,2 mln - do ponad 56 mln. Śmiertelność spadała o pięć procent na każde dodatkowe 50 tys. dolarów wartości netto zgromadzone w wieku średnim.

Podobną prawidłowość badacze zaobserwowali w gronie 2490 osób, które były bliźniakami lub rodzeństwem. Ci, którzy mieli duże zarobki mieli większe szanse na przeżycie braci i sióstr z mniejszymi zasobami.

"Różnica rzędu 139 tys. dolarów wiązała się z 13-procentowym spadkiem prawdopodobieństwa śmierci prawie 24 lata później, faworyzując członka rodziny o wyższej wartości netto" - wyjaśniał dr Finegood.

StudyFinds wyciąga z tego wniosek, że zamożność prowadzi do dobrego zdrowia, a nie jest to odbiciem cech dziedzicznych lub wczesnych doświadczeń rodzin.

W pierwszej tego typu analizie wykorzystano dane z projektu „Midlife in the United States” (MIDUS), prowadzącego badania nad starzeniem się. Informacje o uczestnikach w wieku średnio 46 lat, zbierano od 1994 do 1996 roku. Monitorowano je do 2018 roku. Do tamtego czasu zmarło nieco ponad 1000, czyli prawie jedna piąta uczestników badanie.

"Wyniki te powinny być interpretowane przez szerszy społeczny pryzmat. Stany Zjednoczone zajmują pierwsze miejsce pod względem nierówności ekonomicznych wśród krajów o wysokich dochodach. W ciągu ostatnich 30 lat przepaść ta pogłębiła się dzięki polityce i praktykom, które skierowały znaczną i rosnącą część bogactwa z grup o niższych i średnich dochodach do osób zamożnych. Taka redystrybucja może mieć wpływ na wzorce długowieczności w nadchodzących dziesięcioleciach” – ocenił Finegood.

W podobnym tonie wypowiadał się autor badania Greg Miller.

"Zbyt wiele amerykańskich rodzin żyje od wypłaty do wypłaty z niewielkimi lub żadnymi oszczędnościami finansowymi, z których można korzystać w razie potrzeby. (…) W tym samym czasie nierówności majątkowe gwałtownie wzrosły. Nasze wyniki sugerują, że gromadzenie bogactwa jest ważne dla zdrowia na poziomie indywidualnym” – podkreślił Miller.

Jak dodał, z perspektywy zdrowia publicznego, potrzebna jest polityka wspierająca i chroniąca zdolność jednostek do osiągnięcia bezpieczeństwa finansowego.

PAP

USA okazały się za to liderem stymulusu fiskalnego, który łącznie w I kwartale 2021 przekraczał 24 proc. PKB z roku 2020. Na drugim miejscu z ok. 20 proc. PKB znalazła się Japonia, a na trzecim z ok. 16 proc. PKB Wielka Brytania. Wśród krajów rozwijających się liderem wydatków fiskalnych była Brazylia z równowartością niemal 12 proc. PKB z 2020 roku.

To morze pieniędzy nie zdołało jednak odwrócić skutków zamknięcia gospodarek na długie miesiące. BIS porównał rzeczywisty wzrost gospodarczy w I kwartale 2021 roku z prognozami wzrostu na ten okres kreślonymi w grudniu 2019 roku i wyszło, że największa luka jest w strefie euro – prawie 7 pkt. proc. W innych rozwiniętych gospodarkach to 4,8 pkt. proc., a na rynkach wschodzących, z wyłączeniem Chin, 4,27 pkt. proc. W USA luka wynosi nieco ponad 3 pkt. proc., a w samych Chinach tylko 0,59 pkt. proc. Zatem – nikt tak nie stracił na pandemii tak jak strefa euro i nikt nie poradził sobie lepiej niż Chiny. /To kontrowersyjna teza jak się okaże, z czasem - red./

Ciekawe jest przy tym to, że dużej stymulacji fiskalnej i monetarnej nie towarzyszy odbudowa PKB do przedpandemicznych poziomów, a tylko podwyższona inflacja, przynajmniej przejściowo. BIS pisze o tym tak:

„Po spadku na początku pandemii, inflacja PPI (wskaźnik cen dóbr produkcyjnych – przyp. red.) wykazywała silną tendencję wzrostową w kilku gospodarkach, w szczególności w Chinach, równolegle do stałego ożywienia cen surowców. W połączeniu z deprecjacją kursu walutowego doprowadziło to do wyższej inflacji w wielu dużych krajach rozwijających się. Inflacja wzrosła również w większości gospodarek rozwiniętych, a w niektórych przypadkach przekroczyła cele banków centralnych. Oprócz wyższych cen surowców, do wzrostu inflacji w tych krajach przyczyniło się odbicie cen takich pozycji, jak bilety lotnicze i hotele, które gwałtownie spadły na początku pandemii”.

Do wskaźników inflacji nie wlicza się co prawda wzrostu cen nieruchomości, ale temu zjawisku Bank Rozrachunków Międzynarodowych poświęcił osobną ramkę. W rozwiniętych gospodarkach ceny domów wzrosły o 8 proc. w 2020 roku, a w 2021 r. wzrost jeszcze przyśpieszył. W krajach rozwijających się skok wynosił średnio 5 proc. w 2020 roku.

(...)

„Banki centralne stąpają po kruchym lodzie. Z jednej strony muszą zapewnić rynki o ich ciągłej gotowości do wspierania gospodarki w razie potrzeby. Z drugiej strony muszą również zapewnić je o swoich antyinflacyjnych kwalifikacjach i przygotować grunt pod normalizację” – czytamy w raporcie BIS. W podobnej sytuacji znaleźli się także nadzorcy, którzy powinni zachęcać banki komercyjne do wspierania gospodarki, ale jednocześnie – nie powinni osłabiać ich odporności.

(...)

„Z jednej strony wskaźniki długu publicznego do PKB są już na poziomie lub nawet wyższym niż ich szczyty z czasów II wojny światowej. Z drugiej strony, nominalne stopy procentowe nigdy nie były tak niskie, odkąd prowadzimy statystyki (…) Podobnie bilanse banków centralnych rzadko osiągały podobne poziomy w relacji do PKB, i to tylko podczas wojen. Przy tak wyjątkowo niskich stopach procentowych koszty obsługi zadłużenia są na powojennych dołkach – bez wątpienia także historycznych. Zadłużenie nigdy nie było tak lekkie. Tak więc normalizacja polityki nie będzie łatwa” – czytamy w samym raporcie.

obserwatorfinansowy.pl

Patryk Strzałkowski: - Od początku lata nie ma tygodnia, w którym nie słyszelibyśmy o podtopieniach po ulewie w którejś części Polski. 

Ryszard Gajewski: W ubiegłym roku lato było chłodniejsze i było mniej takich sytuacji. Teraz jest goręcej, w powietrzu jest więcej wilgoci i co chwile widzimy obrazy zalanych miast i wsi. Widać, że to zagrożenie dotyczy każdego z nas. 

Mamy do czynienia z wyścigiem. Zmiany klimatu sprawiają, że deszcze będą coraz bardziej intensywne. Trzeba się na to stale przygotowywać, ale nie wiem, czy ten wyścig będziemy wygrywać. 

- A możemy go wygrać?

Musimy w miastach szybko przeprowadzić transformację tego, jak zagospodarowujemy wodę. Potrzebujemy zielonej retencji, czyli takiej zmiany w przestrzeni wokół nas, która pozwoli magazynować i wykorzystywać deszczówkę w naturalnych zielonych przestrzeniach. Zieleń potrzebuje wody, a woda zieleni. Tereny zielone mogą magazynować wodę podczas ulewnych deszczy i przetrzymywać ją na późniejsze okresy suszy, a także ją oczyszczać. Odpowiednie projektowanie i utrzymanie zieleni pozwala na maksymalne wykorzystanie jej potencjału. A jeśli nie pójdziemy w tym kierunku, to podtopienia i ich skutki będą coraz większe. 

- Jak wygląda to obecnie?

Obawiam się, że możemy iść w złą stronę jeśli chodzi o retencjonowanie wody. Deklarowane kierunki tych działań są słuszne, natomiast na poziomie konkretnych rozwiązań zaczyna się to komplikować. 

- To znaczy?

Jak pisał Jan Mencwel w książce "Betonoza", nikt nie zadeklaruje, że nie lubi drzew; odwrotnie - wszyscy powtarzają, że lubią drzewa i zieleń. A jednak mamy do czynienia ze skandalicznymi rewitalizacjami polegającymi na wycinkach i betonowaniu. Obawiam się, że podobnie może być z retencją. 

- Czyli grozi nam druga fala betonozy?

Wszyscy mówią, że potrzebna jest retencja wody w miastach. By adaptować się do zmian klimatu, by przygotować miasta na skutki ulew. Pytanie: jak ma ona wyglądać? Jeśli nie odbędziemy poważnej dyskusji na ten temat, to za kilka lat możemy obudzić się w podobnym miejscu, jak z tymi rewitalizacjami. W ich kontekście zadziałał m.in. taki mechanizm, że były pieniądze np. z Unii Europejskiej, żeby "coś" zrobić, więc zlecano projekt i działano na skróty. Zamiast wykorzystywać istniejący potencjał miejsca, projektant "zerował" sobie przestrzeń i dla wygodnego projektowania powstawała betonoza. I mam poczucie, że teraz idziemy w kierunku betonowej retencji wody. Znowu na skróty. Środki przeznaczone na ten cel mogą zostać w dużej mierze zmarnowane. 

- Na czym taka "betonowa" retencja polega?

Włodarze miast są pod presją, zewsząd słyszą: musicie zacząć robić retencję. I nieraz wybierają doraźne rozwiązania, które najczęściej oznaczają betonowe zbiorniki retencyjne. Myślą: skoro trzeba, to kupimy takie zbiorniki. I tworzona jest retencja, ale mało efektywna.

- Ale i brukowane ulice, i podziemne zbiorniki retencyjne są czasem potrzebne.

Nie jest tak, że np. betonowe płyty chodnikowe są złe same w sobie. Chodniki są potrzebne, szczególnie dla np. osób z ograniczoną mobilnością. I także zbiorniki podziemne same w sobie nie są złe. Mają swoją rolę w systemie - ale w określonych sytuacjach. Na przykład jeśli jest gęsta zabudowa i nie ma miejsca na tę zieloną retencję. Ale nie mogą jednak być dominującym rozwiązaniem. 

- Co zatem powinno dominować?

Potrzebujemy rozproszonej, zielonej retencji. Kiedy spojrzymy na nasze miasta, to tej zieleni nieraz nie jest tak mało - np. wzdłuż pasów drogowych. Ale trzeba ją odpowiednio projektować lub dostosowywać, aby pełniła funkcje retencyjne. 

W miastach podczas intensywnych opadów mamy do czynienia ze zjawiskiem spływu powierzchniowego. Deszcz tworzy na powierzchni terenu taflę wody spływającą do najniżej położonych miejsc. Jej ilość bywa tak duża, że systemy kanalizacyjne nie są w stanie jej odebrać w krótkim czasie. A nawet, gdyby były, to ten spływ powierzchniowy jest tak intensywny, że część tej wody i tak przepływa nad wpustami kanalizacji. Zielona retencja odciąża kanalizację i pozwala na zatrzymanie i opóźnienie spływu.

Projektowanie ulic w taki sposób, aby oddzielać je wysokimi krawężnikami od pasów zieleni, podczas intensywnych opadów zamienia je w rzeki.

- Ulica działa jak rynna.

Sami projektujemy ulice w ten sposób, że są taką rynną. Woda spływa w najniższe miejsce i tam dochodzi do podtopień. Trafia do nich taka ilość wody, że znajdujące się tam wpusty kanalizacyjne nie są w stanie jej odebrać. 

- Ludzie widzą zalane ulice, wybijającą kanalizację i najczęściej mówią: to przez zapchane studzienki. 

To błąd. Wybijająca kanalizacja nie świadczy o zapchaniu, ale o tym, że ciśnienie wody jest tak duże, że jej słup zaczyna rosnąć i woda wydostaje się na ulicę w postaci "gejzerów". Systemy kanalizacyjne projektowane są na określoną intensywność deszczu i nie są przeznaczone do odebrania tak dużej ilości wody, jaka może spaść podczas rekordowych ulew. 

- A szersze rury nie wystarczą, bo klimat się zmienia i za jakiś czas znów mogą być zbyt wąskie. Co możemy zrobić?

Miasta powinny w zupełnie inny sposób projektować ulice, drogi i zieleń, żeby ten spływ powierzchniowy zatrzymywać zieloną retencją. Ona jest pierwszym punktem zatrzymania, wypłaszczenia fali spływu - aby kanalizacja mogła sobie poradzić. Zieleń powinna pełnić funkcję odbiornika tej wody po ulewie, zgodnie z zasadą, że wodę należy zatrzymywać jak najbliżej miejsca wystąpienia opadu, a do kanalizacji powinien trafiać nadmiar. Rozwiązanie nawadniania zieleni wodą opadową pozwala też na oszczędzanie wody wodociągowej.

- Co to oznacza w praktyce?

Powinniśmy obniżać krawężniki, obniżać zieleń w stosunku do jezdni, żeby woda spływała na nią, a nie odwrotnie. W tym momencie część wody z intensywnego deszczu zostanie tam, a więc zmniejszymy skalę podtopień, a może nawet do nich nie dopuścimy. Poza tym zieleń daje wiele innych korzyści - wspiera bioróżnorodność, poprawia mikroklimat, obniża efekt wyspy ciepła, zatrzymuje wodę na okres suszy, oczyszcza powietrze, zasila wody podziemne. Do tego taka zielona retencja może sama się regulować - dzięki ewapotranspiracji, czyli parowaniu terenowemu, taki ogród deszczowy może być po kilkunastu godzinach gotowy na kolejny opad. W przypadku zbiornika betonowego woda będzie w nim dalej, o ile się go nie opróżni. 

- Skoro taka retencja to dobre rozwiązanie, to dlaczego tego nie robimy?

Powodów jest kilka. Po pierwsze bariery prawne, po drugie - brak edukacji i kompetencji. To nowy trend i dopiero budowana jest wiedza i świadomość. Kolejna rzecz - skłonność do wybierania łatwych rozwiązań i powielania tych znanych. Bo "prościej" jest zapłacić za betonowy zbiornik i odhaczyć, że zrobiliśmy retencję.

gazeta.pl

Dziesięć lat temu specjalista od zabezpieczeń cyfrowych z niedowierzaniem obserwował, jak wrażliwe pliki z tybetańskich komputerów rządowych były wyodrębniane na ekranie przed jego oczami - zdarzenie to doprowadziło do odkrycia ogromnej sieci cyberszpiegostwa, znanej jako GhostNet, którą w dużej mierze zlokalizowano na chińskich serwerach.

Od tego czasu technologia śledzenia i inwigilacji ludzi rozwinęła się znacząco. Jednak jak się okazuje, tybetańskim rządem interesują się nie tylko Chiny.

Numery telefonów najważniejszych doradców Dalajlamy zostały wybrane jako numery osób będących w kręgu zainteresowania rządowych klientów NSO Group, czyli firmy odpowiedzialnej za stworzenie i rozpowszechnianie systemu Pegasus. Analiza zdecydowanie wskazuje na to, że potencjalne cele wybierał rząd Indii - informuje "The Guardian".

Dokumenty, na które powołuje się "The Guardian", wskazują, że tybetańscy przywódcy po raz pierwszy zostali wybrani jako potencjalne cele podsłuchów, pod koniec 2017 r. W okresie przed i po tym, jak były prezydent USA Barack Obama spotkał się prywatnie z Dalajlamą podczas zagranicznej podróży, która obejmowała również wcześniejsze przystanki w Chinach.

Doradcy Dalajlamy, których numery pojawiają się w danych, to Tempa Tsering, wieloletni wysłannik duchowego przywódcy w Delhi, oraz asystenci Tenzin Taklha i Chhimey Rigzen, a także Samdhong Rinpocze, który ma za zadanie nadzorować wybór następcy buddyjskiego przywódcy.

Według dwóch źródeł Dalajlama, który spędził ostatnie 18 miesięcy w izolacji w Dharamsali, nie jest znany z noszenia osobistego telefonu.

Indyjski minister Ashwini Vaishnaw, powiedział, że zarzucanie jego krajowi inwigilacji jest "próbą oczerniania indyjskiej demokracji i jej dobrze ugruntowanych instytucji". Przemawiając w parlamencie dodał, że "obecność numeru na liście nie jest równoznaczna ze szpiegowaniem" i, że "nie ma żadnych podstaw faktycznych, aby sugerować, że wykorzystanie danych w jakiś sposób równa się inwigilacji".

Potencjalna kontrola tybetańskich przywódców duchowych i rządowych wskazuje, że zarówno dla Indii, jak i innych zachodnich krajów rośnie strategiczne znaczenie Tybetu, jako że stosunki z Chinami stały się w ciągu ostatnich lat coraz bardziej napięte.

Podkreśla to również rosnącą ważność pytania o to, kto zastąpi obecnego Dalajlamę, który ma 86 lat. Jego ewentualna śmierć prawdopodobnie wywoła kryzys sukcesyjny, który już teraz przyciąga światowe potęgi. W zeszłym roku USA wprowadziły sankcje wobec każdego rządu, który ingeruje w ten proces wyboru.

onet.pl

Michał Sutowski: - Ten cały spór, rozgrywka między USA i Chinami, nas jakkolwiek dotyczy bezpośrednio?

Prof. Bogdan Góralczyk: Co najmniej dwojako. Po pierwsze, przez długi czas zdążyło się u nas umocować Huawei, a to od momentu prezydentury Trumpa stało się poważnym problemem, bo Amerykanie zaczęli dążyć do wyparcia tej firmy z krajów sojuszniczych, traktując ją jako chińskie narzędzie wywiadowcze. Oczywiście, biorąc pod uwagę obecny stan stosunków amerykańskich, znów wydaje się, że nie wszystko jest przesądzone.

- I to tego dotyczyła wizyta szefa polskiego MSZ w Pekinie?

W chińskiej dyplomacji, inaczej niż polskiej, przypadków raczej nie ma.

- Liczymy na chiński parasol bezpieczeństwa? Witold Jurasz twierdzi, że w czasie tej wizyty „Pekin, który dawno temu już porozumiał się z Moskwą co do podziału stref wpływów, poczuł się w obowiązku poinformować Moskwę, że jakkolwiek niektórzy partnerzy Chin w Europie snują dziwne wizje, to Pekin planów tych nie podziela”.

Oczywiście, że nie dadzą nam żadnego parasola bezpieczeństwa, tym bardziej na przekór Rosji, bo mają na głowie Tajwan i inne zmartwienia. Parasol wewnętrzny, związany z modernizacją, może nam dać Unia Europejska, a zewnętrzny tylko USA, no bo jesteśmy państwem buforowym NATO.

- I w związku z tym musimy opowiedzieć się po stronie Amerykanów? I domagać się tego samego od całej Unii?

Tylko tu dochodzi drugi czynnik, gospodarczy. Bo tak się składa, że połowa całego eksportu UE do Chin w 2020 roku to są Niemcy, a my jesteśmy ich poddostawcą. Anegdotycznie powiem, że młodzież chińska bardzo lubi żubrówkę, tylko myśli, że to jest wódka niemiecka. A poważniej, chodzi o to, że dostęp Niemiec do chińskiego rynku przekłada się również na wyniki naszego przemysłu.

- Czy to znaczy, że mamy nierozwiązywalny dylemat? Albo bezpieczeństwo i wartości, albo przetrwanie naszego przemysłu? I czy inne mocarstwa Unii Europejskiej są w podobnej sytuacji co Niemcy?

Nie wiem, czy w UE są jakiekolwiek inne mocarstwa poza Niemcami, szczególnie po brexicie, choć Francja zapewne uważa inaczej. Kluczem, czy to się komu podoba, czy nie, będzie stan stosunków amerykańsko-niemieckich i ich wspólne lub odrębne podejście do Chin i Rosji. Na razie, jak wiele na to wskazuje, częściowo dogadali się względem Chin, o czym świadczy zmiana stanowiska administracji Bidena w sprawie Nord Stream 2. A to odbyło się, z czego powinniśmy wyciągnąć należyte wnioski, ponad naszymi głowami.

Czas wzmocnić relacje z Ukrainą, trzymać je dobre z państwami bałtyckimi i nordyckimi, a nawet z Turcją. /Prorocze słowa pana profesora! - red./ Czas turbulencji takich jak dziś to konieczność poszerzania palety, a nie gry na jednym nazwisku, jak to było w naszym przypadku do niedawna. Co jednak nie znaczy, że obrażamy się na Niemcy i zarazem UE, bo to tam nadal – jak wykazują nasze statystyki handlu i inwestycji – tkwią kotwice naszej modernizacji i tym samym bezpieczeństwa wewnętrznego.

Nie radziłbym przy tej okazji wylewać dziecka z kąpielą, co niektórzy zapalczywi u nas radzą, powołując się na „rozwój zależny”. Owszem, przez minione dekady taki się u nas ukształtował, ale zmian natury strukturalnej nigdy nie dokonuje się szybko, z dnia na dzień. A na Wschód, w przeciwieństwie do np. premiera Viktora Orbána, chyba jednak nie pójdziemy.

krytykapolityczna.pl

niedziela, 26 września 2021


Sprawa powstała w roku 2000, gdy ceny ropy naftowej na świecie w stosunku do roku poprzedniego wzrosły o 60 %; z 18 do prawie 29 dolarów za baryłkę. Unia Europejska uznała to za skutek wykorzystywania przez OPEC pozycji monopolistycznej i postanowiła skorzystać z ofert rosyjskich. W tym czasie import gazu z Rosji – to było 28 % łącznego importu gazu przez kraje Unii. Był więc znaczny margines bezpieczeństwa przed nadmiernym uzależnieniem od dostawcy ze Wschodu. 28 września 2000 roku ówczesny przewodniczący Komisji Europejskiej Romano Prodi w rozmowie telefonicznej zaproponował Władimirowi Putinowi zawarcie 20-letniego kontraktu na dodatkowe dostawy gazu na zachód. Miał w tym zdecydowane poparcie Gerharda Schroedera, wtedy kanclerza Niemiec. Sprawy szły szybko, już 4 października Komisja Europejska przyjęła dokument w którym zapowiadano podwojenie importu gazu z Rosji ze współudziałem krajów Unii w budowie potrzebnej do tego infrastruktury.

Telefoniczna rozmowa Prodiego z Putinem to był pierwszy publiczny sygnał, który w Polsce odebraliśmy, ale sprawy na pewno omawiano wcześniej, bo już w maju do ministerstwa gospodarki przyszedł list Rema Wiachiriewa szefa Gazpromu. Pytał w nim, czy Polska zgodzi się, aby mające iść na południe odgałęzienie drugiej nitki gazociągu jamalskiego mogło – omijając Ukrainę – przejść przez Polskę. To rozgałęzienie nazwano łącznikiem systemowym, a potocznie z rosyjska „pieremyczką”. Ówczesny wiceminister gospodarki Jan Szlązak odpowiedział życzliwie i stracił posadę, choć mógł sądzić, że wyraża stanowisko ministra Steinhoffa, który jeszcze w lipcu 2000 roku dopuszczał takie rozwiązanie. W lipcu także prezydentowi Kwaśniewskiemu podczas spotkania z prezydentem Putinem w Moskwie przedstawiono koncepcję budowy wielkiego gazociągu przez Białoruś, omijającego w idącym na południe odchyleniu Ukrainę. Prezydent odpowiedział, że Polska nie poprze rozwiązania, które by w interesy tego naszego sąsiada godziło. Odpowiedziano mu, że gazociąg powstanie tak czy owak, czyli, co już wtedy się słyszało ewentualnie nawet przez Bałtyk.

W sprawie „pieremyczki” powstał u nas niemal Front Narodowy Obrony Niepodległości Ukrainy, od prezydenta z lewicy, poprzez Unię Wolności, aż do AWS i rządu. W kancelarii premiera Buzka od 2 czerwca 1999 istniał powołany jego zarządzeniem zespół do spraw dywersyfikacji dostaw gazu pod kierownictwem Jerzego Kropiwnickiego. W jego skład wchodzili między innymi Piotr Naimski i Piotr Woźniak, ale chodzili koło sprawy też Marek Nowakowski, Janusz Pałubicki, Andrzej Urbański. Zespół był bardzo skrajny, nieelastyczny w dwóch sprawach; podejrzliwości wobec Rosji i priorytetu dla budowy gazociągu z Norwegii, nawiasem mówiąc forsowanego bez jakichkolwiek ekonomicznych analiz celowości. Zespół miał – gdy chodzi o kwestię gazu – wielki wpływ na premiera. Przez pewien czas bardziej otwarty był na pomysł systemowego łącznika wicepremier i minister gospodarki Janusz Steinhoff, ale poza narzekaniem na destrukcyjne działanie wspomnianego Zespołu nie zdobył się na żadne stanowcze działanie. Więc stanowisko władz polskich i większości klasy politycznej wobec idei pieremyczki było od początku stanowczo negatywne.

Po przyjęciu przez Komisję Europejską (4.10.) dokumentu o zwiększeniu importu gazu z Rosji, Federacja Rosyjska przedłożyła 7 tras możliwego przebiegu gazociągu, z preferencją dla trasy przez Białoruś i Polskę, z odchyleniem na południe. Gazociąg nie był więc z założenia wymierzony w interes Polski, jak to potem przedstawiano. Ani jedna z tras nie biegła natomiast przez Ukrainę, bo Rosjanie uważali ją za nierzetelnego klienta. Mógł też wchodzić w grę interes polityczny, stworzenie układu technicznego pozwalającego na wywarcie presji przez groźbę odcięcia dostaw gazu, którego Ukraina zużywa o wiele więcej niż Polska. Od początku Polsce niezgadzającej się na łącznik mówiono wprost: wasz sprzeciw nic nie da. W październiku 2000 roku jeden z urzędników Komisji powiedział od strony Unii to, co prezydent usłyszał w Moskwie; „Komisja nie przejmuje się specjalnie ewentualnym sprzeciwem Polski wobec swoich planów. Jeśli Polska nie zgodzi się na tranzyt gazu przez swoje terytorium, wybierzemy inną drogę. Rozważane są różne opcje, z Polską i bez Polski” (cyt. za; Jacek Pawlicki – Unia z rurą. GW.5.10.2000 r.).

18 października 2000 roku podpisano w Moskwie porozumienie o powołaniu konsorcjum mającego wybudować gazociąg omijający Ukrainę. Do konsorcjum, oprócz Gazpromu weszły; niemieckie firmy Ruhrgas i Wintershall, francuski Gas de France oraz włoski Snam. Gazociąg miał kosztować 2 mld. $ i przepustowość 60 mld. metrów sześciennych rocznie (wtedy Rosja eksportowała na Zachód 120 mld.m.3). W momencie tworzenia konsorcjum wchodził w grę przebieg gazociągu przez Polskę i Słowację. Oba kraje, jako tranzytowe wymienił szef Gas de France Pierre Gadonnex. Polska jednak przez rzecznika rządu Krzysztofa Lufta dała do zrozumienia, że nie zgodzi się na rozwiązania „krzywdzące inne państwa”, czytaj Ukrainę (cyt. Za: Anita Chudzińska- Gazrurka pięciu. G.W. 19.10.2000 r). 19 października w wieczornym telewizyjnym „Monitorze Wiadomości” wicepremier Steinhoff, nieformalnie, uzależnił zgodę Polski na „pieremyczkę” od zagwarantowania, że będzie płynęła przez nią tylko nadwyżka ponad maksymalną przepustowość gazociągu biegnącego przez Ukrainę. Propozycję oczywiście zignorowano, podobnie, jak pomysł zwoływania w Warszawie międzynarodowej konferencji, która miałaby wypowiedzieć się w sprawie przebiegu gazociągu. 20 października Bartłomiej Sienkiewicz – wicedyrektor Ośrodka Studiów Wschodnich – osoba, której głos był słuchany, powiedział w rozmowie z Anitą Chudzyńską, że; „Po raz pierwszy od wielu lat jesteśmy w sytuacji, z której możemy wyciągnąć konkretne korzyści z geopolitycznego położenia w Europie”. Zarazem błędnie ocenił siłę przetargową Polski, twierdząc, że trasa omijająca Polskę nie wchodzi w grę; „Nie sądzę, aby zachodni partnerzy wydali dodatkowo kilkadziesiąt milionów dolarów, by trasa gazociągu pobiegła np. przez Skandynawię z pominięciem Polski, bo tak chce Rosja”. Gazociąg przez Bałtyk nazwał absurdem (cyt. za; „Nie panikować z rurą” G.W.21.10.2000 r).

Strona rosyjska była przekonana, że Polska wyrazi zgodę na inwestycję, wręcz na sugestię Ukrainy, bo gwarantowano, że rury do gazociągu dostarczy firma krewnego prezydenta Leonida Kuczmy. I rzeczywiście; premier Ukrainy, Wiktor Juszczenko, przebywając z wizytą w Warszawie 26.10. wręcz unikał podnoszenia kwestii: rurociąg a suwerenność Ukrainy. Skłoniło to ministra spraw zagranicznych Bronisława Geremka do takiej wypowiedzi w polskim radio; „W kwestii gazociągu doszło do paradoksalnej sytuacji. Polska bardzo głośno mówi o tej sprawie. I czynimy to bez względu na ryzyko, że stracimy pewne dochody. Natomiast jakoś nie odzywa się głos Ukrainy, która nie zajęła jednoznacznego stanowiska” (cyt. za; Katarzyna Montgomery – W cieniu rury. G.W.27.10.2000 r).

30 z trwającego w Paryżu szczytu Rosja – Unia Europejska wyszedł kolejny jasny wobec nas przekaz; „Możecie bronić Ukrainy, ale nie liczcie na wsparcie Unii”. Zaś Anita Tiraspolsky, ekspert z IFRI, czołowej francuskiej placówki politologicznej, tak przedstawiła „Gazecie Wyborczej” stanowisko Europy; „Europie jest wszystko jedno, którędy pójdzie gazociąg. Czy ominie Ukrainę, nie jest dla nas ważne. Blokowanie budowy nowego gazociągu byłoby próbą zatrzymania historii” (cyt. za Konrad Niklewicz, Marek Rapacki – Rosjo, Gazu. G.W.31.10.2000 r).

6 listopada 2000 roku przyjechał do Warszawy Jewhren Marczuk, sekretarz Rady Bezpieczeństwa i Obrony Ukrainy i oto co powiedział dziennikarzom; „Ukraina nie może być ani za, ani przeciw budowie gazociągu omijającego jej granice, bo te sprawy rozgrywają się poza sferą naszych realnych wpływów. Jesteśmy oczywiście zainteresowani tym, by surowce energetyczne szły przez Ukrainę, tym bardziej że nasz system gazociągów tranzytowych jest w tej chwili obciążony tylko w 70 proc. Ale nie uważamy, że należy się na kogoś obrażać za ten czy inny projekt. Nie zmienimy tego, że z Rosji jest bliżej na Zachód przez Białoruś i Polskę niż przez Ukrainę. Z drugiej strony, nie ulega wątpliwości, że lansowany przez Rosjan projekt nowego gazociągu ma także podtekst polityczny. Jednak osoby zakażone wirusem ukraińskiego pseudopatriotyzmu powinny jak najszybciej się go pozbyć w interesie samej Ukrainy” (cyt. za Marcin Wojciechowski – Nie obrażamy się za rurę. G.W. 7.11.2000 r.).

Trudno doprawdy byłoby dać wyraźniejszy sygnał, by Polska przestała się martwić o ukraińską niepodległość bardziej niż Ukraina. Niestety nie został on u nas usłyszany. Ciągle pozorując rozmowy z Rosjanami robiono wszystko, by do porozumienia w sprawie pieremyczki nie doszło. Twierdzono, że trasa biegłaby przez parki narodowe, czy przez tereny bez punktów odbioru gazu. To były wykręty, chodziło o to, „żeby z tej propozycji nic nie wyszło”. To cytat z wypowiedzi Piotra Woźniaka, jednego z „budowniczych” Nord Streamu, w „Poranku w toku” dnia 5 kwietnia 2013 roku, niemal dokładnie dwanaście lat po tym, jak klamka zapadła. 25 kwietnia 2001 roku bowiem szef Gazpromu Rem Wiachiriew poinformował, że z Ruhrgasem i Wintershall oraz z fińską Fortum opracują założenia gazociągu po dnie Bałtyku, który połączy Rosję z Europą Zachodnią. Będzie transportować 20-30 miliardów metrów sześciennych gazu rocznie i kosztować 2,5 – 3,0 miliarda dolarów (Patrz: „Gaz po dnie” – GW 26.04.2001). W taki właśnie sposób wybudowaliśmy Nord Stream.

studioopinii.pl

Życie krów mlecznych – hodowanych nie tylko we Włoszech i nie tylko na Grana Padano, jest pasmem cierpień. Kiedy osiągają dojrzałość płciową, czyli mniej więcej w wieku 1,5 roku do 2 lat, są regularnie zapładniane za pomocą specjalnego inseminatora. Po porodzie bardzo szybko odbiera się cielęta matkom. Dzięki temu mleko trafia nie do maluchów, a do ludzi. To powoduje ogromny stres u krów, które, tak jak ludzie, czują przywiązanie do potomstwa. 

Aktywista Essere Animali wybrał fermę niedaleko Bergamo, gdzie żyje 2,7 tys. krów i 300 cieląt.

Na nagranym przez niego filmie widzimy narodziny cielęcia, które odbywają się za pomocą liny przywiązanej do przednich nóg. To ma ułatwić mu wyjście. Później cielę jest ciągnięte przez kilka metrów i natychmiast odgrodzone od matki. W innym momencie pracownik wrzuca cielaka na taczkę i okręca mu nogi dookoła szyi – tak, żeby nie mógł się ruszać. Zwierzę ma ogromne, przerażone oczy. Po oddzieleniu od matki, maluch trafia do ciasnego kojca, w którym spędzi w nim nawet osiem tygodni.

Takie klatki są dozwolone prawem. Kojce mają mieć przynajmniej długość zwierzęcia i być tak zbudowane oraz ustawione, żeby umożliwić kontakt wzrokowy i dotykowy między zwierzętami.

Na fermie, do której trafił aktywista Essere Animali, jednak brakuje klatek. Dlatego niektóre cielęta są wrzucane do kojców parami. Depczą się i kaleczą nawzajem. Mają tak mało miejsca, że nie są w stanie się poruszać.

Na nagraniu widać rzędy klatek z cielakami, które ustawiono w stodole przylegającej do szopy. W niej znajdują się krowy mleczne. Cielaki trzymane są kilka, może kilkanaście metrów od swoich matek, z którymi już nigdy nie będą miały bezpośredniego kontaktu.

Niektóre kojce są bardzo brudne. Pracownik, którego słychać w filmie, tłumaczy, że cielaki mają biegunki. Nie opłaca się ich myć.

To, że cielęta chorują nie jest żadnym zaskoczeniem. W momencie, kiedy są oddzielane od matek, mają niewykształcony jeszcze układ odpornościowy. Kilka godzin po urodzeniu otrzymują siarę, która zawiera przeciwciała, by pobudzić odporność cielęcia. Potem – zamiast mleka matki – dostają mleko w proszku rozrobione z wodą. Jeśli jest taka potrzeba, do paszy dodaje się antybiotyki.

„Ponadto cielętom hodowanym do produkcji białej cielęciny celowo odmawia się ważnych składników odżywczych jak błonnik czy żelazo przez cały okres tuczu. To ma wywołać anemię, która nadaje ich mięsu specyficzne cechy” – informują aktywiści Essere Animali.

Większe cielaki, po ósmym tygodniu życia, trafiają do zagrody grupowej.

Ale to wciąż nie jest ulgą w ich cierpieniu. Na filmie z fermy w Lombardii widzimy, jak pracownicy kopią je i uderzają. Jedzenie przynoszą w zaledwie kilku wiadrach, powodując niepotrzebną rywalizację między zwierzętami. Jeden z pracowników chwali się, że dokonał dekornizacji cieląt między 2 a 3 miesiącem życia. To zabieg polegający na usuwaniu zawiązków rogów, który – według włoskiego prawa – może przeprowadzać wyłącznie lekarz weterynarii na zwierzętach poniżej trzech tygodni oraz z zastosowaniem środków znieczulających i przeciwbólowych.

oko.press

Nie tylko dla Charliego Duke’a powrót na Ziemię był trudny. Prześledziłem losy innych astronautów i odkryłem, że ich reakcje na to doświadczenie były niezwykle różne. Neil Armstrong, pierwszy człowiek na Księżycu, został nauczycielem i wycofał się z życia publicznego, „wracając do tego, co na naszej planecie najważniejsze”, podczas gdy jego partner Buzz Aldrin przez długie lata zmagał się z alkoholizmem i depresją, aż w końcu rzucił się w wir prac nad projektami kosmicznymi, które co do jednego wydały mi się niemożliwie dziwaczne. Z natury buntowniczy Alan Bean z Apollo 12 rozstał się z kosmosem, by zostać artystą i farbami olejnymi bez końca odtwarzać sceny z podróży na Księżyc, a Edgar Mitchell doznał „przebłysku zrozumienia” i skupił uwagę na wszechświecie, w którym wyczuł inteligencję, i przez resztę życia próbował ją pojąć. Jeszcze bardziej dramatyczny był dalszy los Jima Irwina, który stwierdził, że u stóp majestatycznych, oblanych złotem Apeninów usłyszał szept Boga, więc po powrocie porzucił NASA na rzecz Kościoła. Z kolei groźny Alan Shepard, który jako jedyny przyznał się do płaczu na Księżycu, zrobił to, o co nikt by go nie podejrzewał: złagodniał.

Jeśli chodzi o pozostałych, John Young po katastrofie promu Challenger został zaciekłym krytykiem NASA i w atmosferze gniewu i żalu odszedł z Biura Astronautów, a Gene Cernan, ostatni człowiek na Księżycu, przyznaje, że wszystkiemu, co nastąpiło od czasu misji Apollo 17, towarzyszyło dokuczliwe rozczarowanie („trudno po tym znaleźć coś podobnego”). Jego towarzysz lotu Jack Schmitt został senatorem, ale jako człowiekowi przywykłemu do kreatywności politycy wydali mu się krótkowzroczni i irytujący. Nie wybrano go na drugą kadencję i ostatnio podobno pracował jako „konsultant kosmiczny” w Albuquerque. Wszyscy uczestnicy misji opisywali niemal mistyczne poczucie jedności z ludzkością, którą oglądali z daleka. Tam, na górze, wiele się wydarzyło. Liczba rozwodów po powrocie na Ziemię była, nomen omen, astronomiczna.

Andrew Smith - Księżycowy pył

czwartek, 9 września 2021


12 lipca opublikowano artykuł prezydenta Władimira Putina „O historycznej jedności Rosjan i Ukraińców”, który został zapowiedziany 30 czerwca 2021 r. podczas dorocznej „gorącej linii” ze społeczeństwem. Tekst zamieszczono na oficjalnej stronie internetowej prezydenta kremlin.ru (w dwu wersjach językowych – rosyjskiej i ukraińskiej).

(...)

Najważniejsze tezy dotyczące historii wzajemnych relacji:

- Brak historycznych podstaw do mówienia o odrębnym narodzie ukraińskim przed epoką sowiecką – jego proklamowanie było skutkiem wyłącznie interesów mocarstwowych Austro-Węgier. Państwowość ukraińska po I wojnie światowej, w oderwaniu od więzi z Rosją, miała charakter efemeryczny, co wynikało z „całkowitego oddania się pod cudzą kontrolę” (niemiecką, następnie polską); powinni o tym pamiętać ci, którzy współcześnie oddali Ukrainę pod „obcy zarząd”. Bujny rozwój kultury małorosyjskiej i ukraińskiej nastąpił dzięki polityce imperium rosyjskiego i sowieckiego (w odniesieniu do ostatniego Putin wspomina o „korienizacji”, rozciągając ją, wbrew faktom, na lata trzydzieste); dopiero sowiecka polityka narodowościowa stworzyła podstawy do mówienia o trzech narodach: rosyjskim, białoruskim i ukraińskim.

- Rosja „z szacunkiem” odnosi się do istnienia narodu ukraińskiego, ale ponieważ współczesna Ukraina zawdzięcza swój obecny kształt terytorialny epoce sowieckiej (była m.in. beneficjentką „odzyskiwania” ziem ruskich kosztem Polski, Rumunii i Czechosłowacji, dostała też terytoria odebrane „historycznej Rosji”), to zerwanie przyjaznych relacji z Rosją – spadkobierczynią ZSRR – powinno zgodnie z logiką oznaczać powrót do granic Ukrainy z 1922 r. Przy okazji Putin poddał krytyce politykę bolszewików, którzy „faktycznie okradli Rosję” z przyznawanych Ukrainie ziem.

- Rosja wiele uczyniła, by państwo ukraińskie utrzymało się po 1991 r.; Putin wspomina o znaczącej pomocy gospodarczej dla Kijowa. Zerwanie powiązań między krajami doprowadziło do degradacji gospodarki Ukrainy – jest ona obecnie „najbiedniejszym państwem Europy”. Antyrosyjskie władze tego państwa „roztrwoniły dorobek wielu pokoleń”, podczas gdy oba narody złączone są „miłością”.

(...)

- Według Putina Zachód chce zrobić z Ukrainy „anty-Rosję”, antyrosyjski „poligon”, barierę między Rosją i Europą. To echo planów „ideologów polsko-austriackich”, którzy chcieli stworzyć „antymoskiewską Ruś”. Jest to sprzeczne z interesami narodu ukraińskiego, który był w przeszłości eksploatowany zarówno przez Polskę, Austro-Węgry, jak i nazistowskie Niemcy, a kolejny raz został „cynicznie wykorzystany” w 2014 r. Projekt „anty-Rosja” opiera się na kultywowaniu obrazu wroga wewnętrznego i zewnętrznego, militaryzacji (w tym rozbudowie na Ukrainie infrastruktury NATO) i pozostawaniu pod protektoratem zachodnich mocarstw. Projekt ten wyklucza rzeczywistą suwerenność Ukrainy. Wszyscy, którzy nie chcą „anty-Rosji”, uważani są za agentów Moskwy (takich są miliony), są prześladowani, a nawet zabijani. Za „prawdziwych patriotów” uznaje się tylko tych, którzy Rosji nienawidzą. Państwowość ukraińska jest zatem budowana na nienawiści, a to bardzo krucha, niosąca ogromne ryzyko podstawa suwerenności.

- Putin powtórzył znane z przeszłości tezy dotyczące przyczyn destabilizacji Ukrainy od 2014 r. Projekt „anty-Rosja” został odrzucony przez miliony tamtejszych obywateli: Krym dokonał „historycznego wyboru”, a ludność Donbasu chwyciła za broń, by zapobiec czystkom etnicznym. Przestrzegł, że „spadkobiercy banderowców nie zrezygnowali z rozprawienia się z Krymem, Donieckiem i Ługańskiem” (które oznaczałoby przestępstwa porównywalne z wojennymi zbrodniami nazistów). „Czekają oni na dogodny moment, ale się nie doczekają”. W tekście pojawiła się też teza, że „Kijowowi Donbas nie jest potrzebny”. Miejscowa ludność nigdy bowiem nie przyjmie kijowskich reguł gry, a porozumienia mińskie są sprzeczne z projektem „anty-Rosja”. Wołodymyr Zełenski, obiecując przed wyborami, że będzie dążył do pokojowego uregulowania problemu Donbasu, kłamał – od tego czasu sytuacja wręcz się pogorszyła.

- Moskwa nie pozwoli, by „historyczne rosyjskie ziemie” i ich „bliscy Rosji” mieszkańcy byli wykorzystywani przeciwko niej. Ci, którzy będą próbowali prowadzić taką politykę, zniszczą swój kraj. Tymczasem możliwa i pożądana jest dobrosąsiedzka współpraca, na wzór relacji niemiecko-austriackich czy stosunków amerykańsko-kanadyjskich – państw podobnych etnicznie, z tym samym językiem, ściśle zintegrowanych i suwerennych.

- Polska przedstawiona jest w tekście jako konkurencyjne wobec Rosji, lecz słabsze imperium, którego polityka wobec dzisiejszego obszaru Ukrainy od zawsze oparta była na przymusowej polonizacji i katolicyzacji miejscowej ludności. Tymczasem przyłączenie części Ukrainy do Rosji w XVII wieku stanowiło akt demokratycznie wyrażonej woli po obu stronach. Kolejne aneksje polskich ziem (od XVIII w.) prezentowane są – tradycyjnie – jako „odzyskiwanie i jednoczenie rdzennych ziem ruskich”.

osw.waw.pl