środa, 14 lipca 2021


W książce Crude Britannia autorzy James Marriott i Terry Macalister piszą, że po wybuchu drugiej wojny światowej angielsko-holenderski koncern Shell „w praktyce podzielił się na korporację aliancką i korporację Osi”. Stojąca po nazistowskiej stronie odnoga Shella pod nazwą Rhenania-Ossag „natychmiast opowiedziała się za [nazistowskim] rządem, gdy Trzecia Rzesza zaczęła najeżdżać kolejne kraje”.

Albo, jak głosi oficjalna historia koncernu: „Po aneksji Austrii i Czechosłowacji przez Hitlera dyrektorzy zarządzający Grupy autoryzowali przejmowanie tamtejszych oddziałów Shella przez Rhenanię-Ossag”. Taki sam proceder uprawiano na Węgrzech, w Jugosławii i w Grecji po ich opanowaniu przez Rzeszę. W tym samym czasie Shell wspierał również aliantów, produkując paliwo lotnicze dla RAF-u. Wskutek tego, jak piszą autorzy, „pojedynek messerschmitta i spitfire’a nad kanałem La Manche mógł być w całości napędzany paliwem Shella”.

(...)

W maju i czerwcu 1933 roku niemiecka spółka zależna Shella Rhenania-Ossag zwolniła wszystkich członków zarządu, którzy byli Żydami. Na ich miejsca wyznaczono między innymi jednego członka partii nazistowskiej. W oficjalnej historii czytamy: „daleko idące zmiany w zarządzie Rhenanii-Ossag nie mogły zajść bez pełnej zgody Centralnych Biur Shella […] Nic nie wskazuje na to, by brano pod uwagę zasady czy oceny moralne reżimu Hitlera”. Historykom Shella nie udało się ustalić, jaki los spotkał następnie żydowskich członków zarządu.

Siedem lat później, po inwazji Niemiec na Holandię, nad główną siedzibą Shella w Hadze powiewała swastyka.

Marriott i Macalister podkreślają, jak istotna była działalność firmy dla postępów Trzeciej Rzeszy. „Personel Shella współpracował z Reichsbahnem [koleją niemiecką – przyp. red.] w nadzorowaniu transportu ropy z pól naftowych w Rumunii. […] Pracownicy Shella asystowali w dostawach paliwa lotniczego na lotniska Luftwaffe” – piszą autorzy. Pola naftowe Shella w Rumunii dostarczały państwom Osi 3 miliony ton ropy rocznie, a rafinerie Shella przerabiały ją na paliwo napędzające działania wojenne.

We wrześniu 1942 roku wysoko postawiony dyrektor Shella zaproponował wysłanie ponad 100 pracowników do budowy rafinerii za niemiecką linią frontu wgryzającą się w Związek Radziecki. To pokazuje, że Shell miał „równie czynny udział w działaniach wojennych Osi – mówi Marriott – co w kampaniach aliantów”. „Przebieg wojny dla Wielkiej Brytanii mógł być zgoła inny, gdyby Shell wysadził swoje rafinerie w Holandii i Francji oraz zniszczył szyby naftowe w Rumunii” – piszą autorzy.

Po wojnie duża część majątku Shella wykorzystywanego do dostarczania paliwa państwom Osi została „ponownie włączona do firmy matki” – opowiada Marriott. Były to na przykład stacje benzynowe, rafinerie oraz siedziba w Hadze, której gmach pozostaje własnością Shella do dziś.

(...)

Odpowiadając na pytania openDemocracy o rolę firmy w drugiej wojnie światowej, Shell odesłał nas do swojej strony, gdzie można przeczytać: „Gdy rozpoczęła się druga wojna światowa, londyńskie biuro Shella poświęciło się wsparciu działań wojennych, a rafinerie firmy w Stanach Zjednoczonych produkowały paliwo lotnicze dla sił powietrznych aliantów”.

I dalej: „Wszystkie tankowce Shella zostały przejęte przez rząd [brytyjski]. Wielką odwagą wykazali się liczni pracownicy Shella, dzięki którym statki te mogły pływać. Był wśród nich as lotnictwa Douglas Bader, który przed dołączeniem do RAF-u w 1939 roku pracował w wydziale lotnictwa Asiatic Petroleum. Wojna stanowiła również katalizator wynalazczości. Dokonano znacznych postępów w badaniach nad paliwem i innymi chemikaliami, w tym opracowano paliwa dla nowych generacji statków powietrznych, takich jak myśliwiec spitfire”.

krytykapolityczna.pl

Tomasz Pajączek: - W ubiegłym roku w Polsce zmarło ponad 485 tys. osób, najwięcej od 1945 r. To blisko 80 tys. zgonów więcej niż w poprzednich latach. W Unii Europejskiej jest to najgorszy wynik. Gdzie popełniono błędy, że jest tak źle?

Kamil Barczyk, dyrektor szpitala powiatowego w Bolesławcu: Faktycznie, liczba nadmiarowych zgonów jest bardzo wysoka. W głównej mierze jest to efekt pandemii. Myślę, że ok. 60 proc. tych zgonów było związanych z COVID-19.

- Oficjalnie w 2020 r. z powodu pandemii zmarło niespełna 30 tys. osób. A co z pozostałymi nadmiarowymi zgonami?

Można to tłumaczyć w różny sposób. Niewydolnością systemu, brakiem dostępu do lekarza, ale też bardzo małą świadomością zdrowotną wśród społeczeństwa i przeolbrzymim strachem wywołanym pandemią. Przyczyn pozostałych nadmiarowych zgonów upatrywałbym jednak głównie w naszej niskiej świadomości zdrowotnej.

Brakuje edukacji zdrowotnej. Mamy olbrzymie problemy z profilaktyką swojego zdrowia, niskie współczynniki zgłaszania się na badania profilaktyczne. Przez ostatni rok było wiele apeli, by nie czekać z badaniami i leczeniem innych chorób na koniec pandemii. Ale ludzie nie zgłaszali się na badania i zwlekali z wizytą u lekarza. Było mnóstwo takich sytuacji. W obawie przed pandemią woleli poczekać niż pójść do lekarza i narazić się na zakażenie koronawirusem.

(...)

- A co jeśli nie skłonimy ludzi do badań?

Jeśli nie skłonimy ludzi do badań, to nic się nie zmieni i w kolejnych latach, również po pandemii, będziemy odnotowywać zgony nadmiarowe, czyli te, których można było uniknąć. Tylko odpowiednio wcześnie wykryta choroba daje duże szanse na wyleczenie. Na zmianę świadomości Polaków w tym zakresie i wyrobienie nawyku badań profilaktycznych musi zostać położony największy nacisk. Profilaktyka - nawet w największej skali - dużo mniej kosztuje niż leczenie najcięższych chorób.

- Czy to już koniec pandemii? Sytuacja jest pod kontrolą i to, co było jeszcze kilka tygodni temu już się nie powtórzy?

Mam nadzieję, że to, co było kilka tygodni temu, już się nie powtórzy. Głównie ze względu na to, że dość intensywnie przebiega proces szczepień, a znaczna część osób przeszła już zakażenie. W dodatku wchodzimy w okres wakacyjny i naturalne jest, że transmisja wirusa spada.

- Dlaczego mówi pan, że to naturalne?

Uwarunkowania wirusa powodują, że jest on podatny na promienie słoneczne, temperaturę i wilgotność, dlatego w najbliższym czasie jego transmisja będzie dużo mniejsza. W kontekście tego, co czeka nas za kilka tygodni, po trzech falach mamy już większe doświadczenie i rozbudowaną infrastrukturę medyczną.

Praktycznie wszystkie szpitale wypracowały sobie ścieżki postępowania w zderzeniu z covidem. Dlatego też mam nadzieję, że nic nas nie zaskoczy. Jesteśmy gotowi na czwartą falę. Myślę, że największym zagrożeniem są dziś kolejne mutacje wirusa oraz zwolnione tempo szczepień. To są dwa ryzyka, od których zależy, jaka będzie siła kolejnej fali. Uważam jednak, że będzie ona łagodniejsza niż trzy poprzednie. Bo to, że czeka nas czwarta fala, jest pewne.

(...)

- Kiedy pan się spodziewa czwartej fali?

Jesienią, po wakacjach. Tak samo, jak w zeszłym roku. Jedyne, co nas będzie odróżniać od sytuacji sprzed roku to szczepienia, których wtedy nie było.

- I ewentualne nowe warianty wirusa.

Tak. W trzeciej fali dominował wariant brytyjski, który był przyczyną jej powstania. Jeżeli będziemy mieć do czynienia z kolejnymi groźnymi wariantami wirusa, to siłą rzeczy będą one powodowały następny wzrost zakażeń.

(...)

- To teraz wróćmy do pierwszego pytania o koniec pandemii.

Absolutnie nie jest to jeszcze koniec pandemii. Jest to jedynie wyciszenie, ale na pewno nie definitywny koniec. Myślę, że jeszcze długo będziemy żyć w okresie, kiedy liczba zakażonych i zgonów będzie odnotowywana, a jesienią rosła.

- Koniec będzie wtedy, gdy przez kilka kolejnych dni nie będziemy mieć ani jednego nowego zakażenia?

Jeśli dojdzie do takiej sytuacji, to na pewno będzie to olbrzymi sukces i będzie można uznać, że to początek końca pandemii. Ale na transmisję wirusa należy patrzeć globalnie. Nie jesteśmy wyspą, którą możemy odizolować od reszty świata. Dlatego też ciężko będzie w prosty sposób powstrzymać pandemię. Ona będzie trwać nadal.

onet.pl

Jakub Majmurek: - Na fali dyskusji o Polskim Ładzie do debaty publicznej wróciło pojęcie klasy średniej i spór o to, co ono właściwie znaczy. Zanim cię jednak o to zapytam, powiedz, proszę, jak właściwie nauki społeczne rozumieją dziś pojęcie klasy społecznej?

Przemysław Sadura: Nie ma jednej definicji klasy w nauce, są co najmniej trzy tradycje myślenia o klasach. Pierwsza, wywodząca się od Marksa, klasę traktuje jako stosunek do środków produkcji. Najprościej mówiąc: z jednej strony mamy klasę właścicieli kapitału, z drugiej proletariat zmuszony do sprzedaży swojej pracy na rynku. To ciągle żywa tradycja, choć oczywiście uwzględniająca wszystko to, co zmieniło się od czasów Marksa: np. rozproszony akcjonariat i sprzeczne pozycje klasowe, czy prekaryzację pracy.

Druga tradycja wywodzi się od Maxa Webera. Przez klasy rozumie grupy, które mają podobne szanse na sprzedaż swoich kompetencji na rynku pracy. Kontynuują ją współczesne badania stratyfikacyjne – przy ich pomocy możesz wyznaczyć sobie rozkład zarobków, decyle dochodowe i stwierdzić, że np. ci, którzy zarabiają powyżej mediany, są klasą średnią, a dolny decyl jest podklasą.

Trzecia tradycja wywodzi się od Pierre’a Bourdieu. Ona pokazuje, że klasa społeczna to nie tylko to, jak funkcjonujemy na rynku pracy, ale też to, jak uczestniczymy w życiu. Klasa to coś, co każdy z nas nosi w sobie. Każdy z nas ma habitus klasowy, czyli rodzaj „programu”, który sprawia, że wybieramy raczej wartości, postawy, estetykę klasy, do której przynależymy, a nie jakiejkolwiek innej. To podejście szczególnie dobrze opisywało powojenne zachodnie społeczeństwa ze stabilnymi rynkami pracy – tak do lat 80. XX wieku. Różni teoretycy, jak Luc Boltanski, próbują je przenieść do realiów gospodarek rynkowych zmienionych przez neoliberalną rewolucję.

Każda z tych trzech tradycji inaczej zdefiniowałaby klasę średnią.

(...)

- No właśnie, co właściwie znaczy „klasa średnia”? Jakbyś ją dziś zdefiniował w Polsce?

Nie jest to łatwe pytanie, zwłaszcza dla socjologa. Po ’89 roku na pewno funkcjonujemy w Polsce w ramach tego, co zachodnia socjologia nazywa społeczeństwem klasy średniej. Czyli takim, w którym klasa średnia uważana jest nie tylko za centralną i najważniejszą klasę, ale także obejmującą niemal całe społeczeństwo – wszystko, co mieści się między wykluczonymi a wąskimi elitami. Jest to szczególnie widoczne w Stanach, gdzie prawie każdy powie o sobie, że jest klasą średnią.

W Polsce z kolei zawsze uważaliśmy, że jest tylko jedna klasa. W wyobrażonej wizji historii wszyscy należeli do szlachty. Poza intelektualistami nikt nie utożsamia się w Polsce z chłopami pańszczyźnianymi. W PRL w jakimś sensie wszyscy należeli do klasy robotniczej, to była tak pojemna kategoria, że mieściła się w niej też np. inteligencja pracująca. Teraz, w III RP wszyscy należą do klasy średniej. Nikt o sobie nie powie, że jest proletariuszem, bardzo mało ludzi powie, że należą do klasy wyższej. Klasa średnia to najbezpieczniejsza identyfikacja.

- Klasa średnia nie jest chyba jednak wyłącznie kwestią autoidentyfikacji?

Jakby chcieć do tego podejść nie od strony wyobrażeń, a twardych interesów, to trzeba by zacząć od historii. W Polsce były i są liczne klasy średnie, choć nie było nigdy klasy średniej w takiej formie, w jakiej wyewoluowała ona na Zachodzie – mieszczaństwa, które zajmowało się handlem, potem produkcją, tworzyło administrację publiczną rozwijających się państw narodowych i firm prywatnych, zasilało szeregi wolnych zawodów. Ta grupa była nieobecna przez długie trwanie polskiego feudalizmu. Funkcje mieszczaństwa pełniły w nim inne nacje. Pokazuje to Leder w Prześnionej rewolucji: to dopiero w PRL, po dwóch transpasywnych rewolucjach, okupacji niemieckiej i stalinizmie, pojawiła się pustka społeczna, którą zapełniać zaczęła nowa klasa średnia, zajmując pozycje społeczne, jakie na Zachodzie pełniło mieszczaństwo, a więc urzędników, oficerów, lekarzy itd. Ale to ciągle nie była ta sama klasa średnia, co na Zachodzie.

Gdzieś od lat 60. ci, którzy awansowali w strukturze społecznej, zaczęli zabezpieczać swoje klasowe interesy. Widać to choćby w ograniczaniu dostępu do studiów i awansu przez edukację. Okrzepnięcie klasy średniej osłabiło mobilność społeczną charakterystyczną dla początków Polski Ludowej.

- To z PRL wywodzi się nasza klasa średnia?

Tam tworzy się jej zalążek: wśród ludzi, którzy byli częścią „ludu pracującego”, ale nie do końca – pracowali umysłowo, bardzo wyraźnie przeżywali swoją inność, np. wobec proletariatu fabrycznego, ale też „prywaciarzy” i „badylarzy”. Choć z czasem zaczęli się upodabniać przez wzory konsumpcyjne do tych ostatnich.

krytykapolityczna.pl

wtorek, 13 lipca 2021


Roman Protasiewicz jest w białoruskim więzieniu. Trafił tam pod koniec maja, kiedy reżim Łukaszenki podstępem i groźbą zmusił do lądowania w Mińsku samolot, którym wracał z Grecji na Litwę. Wraz z nim zatrzymano jego partnerkę, Sofię Sapiegę. W miniony piątek białoruska telewizja państwowa  opublikowała "wywiad" z Protasiewiczem, w którym zgodnie z najgorszymi tradycjami  komunistycznych reżimów złożył szeroką samokrytykę i wyjawiał szereg zakulisowych informacji na temat białoruskiej opozycji.

W reakcji pojawiły się głosy opozycjonistę krytykujące. 

(...)

- Jestem pewien, że 99 procent tych, co teraz krytykują tego chłopaka czy się z niego wyśmiewają, złamałoby się jeszcze szybciej. Łatwo jest pisać głupoty zza ekranu. Po prostu u nas w kraju dawno nic takiego się nie działo. Ludzie nie mają pojęcia, o czym tak naprawdę mówią - mówi Gazeta.pl anonimowy żołnierz.

Jego specjalnością są kursy SERE (Survival, Evasion, Resistance, Escape - przetrwanie, unikanie, opór w niewoli oraz ucieczka), czyli takie, które mają przygotować uczestników na oddzielenie się od swoich sił, znalezienie się na wrogim terenie i pojmanie oraz przesłuchania. To kilka dni dużego wysiłku fizycznego, niewielkich ilości picia i jedzenia, pozbawienia wygód i szansy na normalny sen. Do tego porwanie i do kilkudziesięciu godzin symulowanej niewoli oraz przesłuchań. Siedzenia w zamkniętym pomieszczeniu z opaską na oczach, nieustannie grającą głośną muzyką.

- Na naszych szkoleniach sprawdzamy odporność psychofizyczną żołnierza. Jak radzi sobie ze stresem. Nie ma ocen. Nie ma dobrych i złych odpowiedzi. Żołnierz ma się wczuć i zrozumieć, jak to może wyglądać - mówi instruktor. Podczas szkoleniowych przesłuchań nie ma oczywiście prawdziwych tortur, ale jak najbardziej jest duża presja, stres i zmęczenie.

- Każdy normalny człowiek ma coś, na czym mu zależy. I to jest jego słaby punkt. Zazwyczaj wystarczy wiarygodna groźba na przykład pod adresem bliskich. Jako ojciec i mąż wiem, że nie ma takiej informacji, której bym nie przekazał, żeby ratować swoich najbliższych. A oni mają jego dziewczynę i nie mają hamulców. Biją, upokarzają i stosują gwałt. No to o czym tu w ogóle gadać - mówi żołnierz. Dodaje, że nawet wobec zawodowych żołnierzy nikt nie oczekuje, iż będą jakimiś twardzielami, którzy nie pisną wrogowi słówka.

- Nie ma przykazu, że tej czy tamtej informacji to mają nie zdradzić choćby nie wiem co. Nie ma też reguły, że powiedzieć mogą tylko nazwisko, numer i stopień. To są bzdury z filmów. Założenie jest takie, że jak taki żołnierz zaginie i jest ryzyko, iż został pojmany, to się od razu zmienia wszystkie wrażliwe informacje, do których miał dostęp. Tak, żeby jako źródło wiedzy od razu stał się bezużyteczny dla przeciwnika - mówi żołnierz.

Krytykowanie Protasiewicza jest także "absolutnie nie do przyjęcia" przez nadkomisarza Krzysztofa Balcera byłego negocjatora policyjnego, obecnie szefa wojewódzkich struktur Niezależnego Samorządnego Związku Zawodowego Policjantów. Jego zdaniem nie można od nikogo oczekiwać heroicznej postawy. - Ludzka psychika jest bardzo złożona i może być zaskakująca. Tak naprawdę nikt nie wie, jak się zachowa w danej sytuacji, dopóki sam się w niej nie znajdzie - mówi Balcer.

Były negocjator potwierdza to, co mówi anonimowy żołnierz. Ludzką psychikę tak naprawdę dość łatwo złamać. - Może wystarczyć kilkanaście minut odpowiednio umiejętnie poprowadzonej rozmowy, żeby dostać takie informacje, jakie się chce - mówi Balcer. I pozory mogą bardzo mylić. - Człowiek wydający się być twardzielem, takim, który słowa nie piśnie i będzie szedł w zaparte, może rozsypać się po samej rozmowie. Natomiast jakiś niepozorny mikrus, nawet po użyciu przemocy fizycznej i pod silną presją, zamknie się w sobie, zatnie i nic nie powie - opisuje były negocjator.

- Co istotne, my o Protasiewiczu nic nie wiemy. Doszukujemy się w nim jakiegoś wielkiego bojownika o wolność, przeciwnika systemu, co to ma się nie uginać pod torturami. Tylko jaki jest naprawdę? Nie można mu odmówić odwagi, bo jednak postawił się bandyckiemu reżimowi. Nie wiemy jednak nic o jego planach, wizjach i pragnieniach - mówi Balcer. Wszystko to może mieć ogromny wpływ na to, jak zachowa się pod silną presją. Według policjanta 26-latek znalazł się w bardzo trudnej sytuacji. Może obawiać się nie tylko o swoje życie, ale też swojej partnerki.

- Wyjęli go z samolotu, kiedy zupełnie się tego nie spodziewał. Trafił w ręce bandytów, bo tu nie ma co owijać w bawełnę. Jest odcięty od świata, zastraszony, bity i indoktrynowany. Na pewno powtarzają mu, że jest sam. Że nie może się spodziewać żadnej pomocy - stwierdza były negocjator. I powtarza, że nie mamy prawa od Protasiewicza oczekiwać heroizmu. Nie mamy prawa go oceniać z bezpiecznej odległości. - On ma być skuteczny w przeżyciu. Ma to przetrwać i jakoś znaleźć się w bezpiecznym miejscu. Wtedy może zacząć mówić prawdę - stwierdza.

/Niestety-stety, Protasiewicz skończy jako tuba propagandowa reżymu, ciężko ocenić postawę z początkowych przesłuchań, ale resztę już łatwiej - red./

gazeta.pl

poniedziałek, 12 lipca 2021


„Politycy, bandyci i policja, wszyscy chcą mnie dopaść. Pisanie prawdy waży na moim życiu” – napisał w 2015 roku niezależny dziennikarz Jarendra Singh, który badał nielegalne wydobycie piasku w północnych Indiach. Dwa tygodnie później przestępcy polali go benzyną i podpalili. W wyniku poparzeń zmarł.

Od tamtej pory doniesienia o setkach zabójstw dziennikarzy, aktywistów ekologicznych i innych osób pojawiały się też m.in. w Meksyku, Kenii, RPA, Gambii i Indonezji. Za morderstwami stały grupy przestępcze zajmujące się nielegalnym wydobyciem i handlem piaskiem.

Ten niepozorny surowiec jest fundamentem współczesnej cywilizacji, budulcem dróg i autostrad, mostów, domów, szkół i szpitali. Wielkie betonowe konstrukcje to w zasadzie tony piasku i żwiru sklejone cementem. Piasek jest też używany w produkcji ceramiki i szkła, z którego powstają drapacze chmur i szybki w smartfonach, a nawet mikroprocesorów.

Mogłoby się wydawać, że ilość piasku jest nieograniczona. Nie każdy piasek nadaje się jednak do budowy. Ziarna piasku z pustyni, ukształtowane przez wiatry, są zbyt okrągłe. Najlepiej wiąże piasek rzeczny, wyrobiony przez wodę. Jego podaż jest ograniczona, a rozrastające się w zawrotnym tempie megamiasta, takie jak Kanton, Kair, Dżakarta, Tokio czy Delhi, pochłaniają niewyobrażalne ilości.

Szacuje się, że gwałtownie rozwijające infrastrukturę Chiny zużyły w drugiej dekadzie obecnego stulecia więcej piasku niż USA w całym XX wieku. W Indiach zużycie piasku budowlanego potroiło się przez ostatnie 20 lat – pisze japoński dziennik „Japan Times”.

Według dziennikarza Vince’a Beisera, autora książki o roli piasku w rozwoju cywilizacji, ludzkość zużywa co roku 40-50 mld ton piasku i żwiru. Popyt jest tak duży, że koryta rzeczne i plaże w niektórych częściach świata są eksploatowane bez względu na szkody, jakie to powoduje. Ilość wydobywanego piasku rośnie tymczasem w postępie geometrycznym, by pokryć szalejące zapotrzebowanie – ostrzegał Beiser w artykule dla magazynu „Wired”.

„Gdy mówimy o tak dużych ilościach, prędzej czy później pojawią się niedobory, i to rzeczywiście się dzieje w coraz większej liczbie miejsc świata. Wierzcie lub nie, ale (piasku) zaczyna nam brakować” – powiedział z kolei australijskiemu portalowi ABC.

Według szacunków przytaczanych przez „Japan Times” z jego powodu w latach 2005-2014 pod wodą zniknęły 24 indonezyjskie wyspy, a 80 innym grozi zalanie. Wydobycie zagraża też delcie Mekongu, która dostarcza żywności dziesiątkom milionów ludzi. Pozyskiwanie piasku niszczy lasy namorzynowe, zamula wodę i powoduje śmierć morskich ryb i ptaków.

„W niektórych miejscach (…) to doprowadziło do całkowitej katastrofy ekologicznej” – ocenił szef globalnej bazy danych na temat surowców przy Programie Środowiskowym ONZ (UNEP) Pascal Peduzzi.

Piasek z indonezyjskich wysp trafił głównie do Singapuru, który jest największym na świecie importerem tego surowca. Bogate azjatyckie państwo-miasto „dobudowało” sobie w ostatnich 40 latach 130 kilometrów kwadratowych powierzchni lądowej i usypuje dalej. Szkody dla środowiska w krajach ościennych były tak poważne, że Indonezja, Malezja i Wietnam ograniczyły lub zakazały eksportu piasku do Singapuru – podkreśla Beiser.

bankier.pl

Bigelow, który właśnie skończył wtedy 50 lat, zarobił dużo pieniędzy jako komercyjny deweloper, otwierając niedrogie hotele na południowym zachodzie kraju. Mógł więc w końcu oddać się swojej fascynacji UFO, która sięgała lata wstecz, aż do bliskiego spotkania, którego doświadczyli jego dziadkowie i o którym opowiedzieli mu, gdy miał trzy lata.

Nazwał tę grupę, nieco górnolotnie, Narodowym Instytutem Nauki o Odkryciach (ang. NIDS – National Institute for Discovery Science).

NIDS, w formie, jaką przybrał podczas spotkań w Las Vegas, interesował się głównie dwoma tematami: UFO i świadomością po śmierci. Jego członkami byli eksperci, którzy przyzwyczaili się do tego, że ich zainteresowania nie są szanowane przez ich kolegów.

Współzałożycielem grupy był John Alexander, emerytowany oficer armii, który pracował w laboratorium nuklearnym Los Alamos w Nowym Meksyku i opublikował książki oraz artykuły na temat różnych aspektów ufologii i zjawisk paranormalnych.

Innym był Hal Puthoff, inżynier i samozwańczy parapsycholog, który podczas pracy w Stanford Research Institute w latach 70. i 80. przeprowadzał ściśle tajne eksperymenty dla CIA i wywiadu wojskowego DIA na temat "zdalnego widzenia", czyli używania ludzkiego umysłu do wyczuwania oddalonych obiektów lub wydarzeń.

– Jeden z profesorów w Stanford uważał, że to wszystko bzdury – powiedział. – Nie pozwoliłby swoim dzieciom bawić się z moimi dziećmi z powodu tego, co robiłem.

Grupa, która również przyciągnęła byłych astronautów Eda Mitchella, zagorzałego ufologa, i Harrisona Schmitta, który dekadę wcześniej pełnił funkcję senatora z Nowego Meksyku, nie przejmowała się zbytnio ryzykiem utraty reputacji związanym z otwartym mówieniem o tym, czy rząd złapał kosmitę lub odnalazł rozbity statek kosmiczny. To był dla nich powód, dla którego tam się znaleźli.

Był tam jednak jeden człowiek, który miał wiele do stracenia, uczestnicząc w tych spotkaniach: ogólnie szanowany polityk Harry Reid, który sprawował wówczas swoją drugą kadencję jako senator z Nevady. Dziś już 81-letni emeryt, spędził w Senacie USA 30 lat i przez kilkanaście lat przewodził tam frakcji Demokratów.

Reid został przedstawiony Bigelowowi przez znanego dziennikarza telewizyjnego, George'a Knappa, który przez lata pisał dużo o UFO i zdobył pewne rosyjskie dokumenty rządowe, które mogły rzucić światło na ten temat.

Knapp wiedział z rozmów z Reidem, że senator był zainteresowany sprawą. Reid przyjął zaproszenie Bigelowa, ale dopiero wtedy, gdy dał jasno do zrozumienia Knappowi, że jego udział musi pozostać tajny. Knapp honorował tę umowę przez ostatnie ćwierć wieku, dopóki Reid sam nie opowiedział szczegółowo swojej odysei w serii wywiadów, które przeprowadziłem z nim w ostatnich miesiącach.

– Facet o nazwisku Bigelow robi imprezę w swojej sali konferencyjnej i zaprasza grupę ludzi, aby porozmawiać o tych niezidentyfikowanych obiektach latających – opowiadał mi Reid w niedawnym wywiadzie. – Było tam kilku ludzi z jakimiś dziwnymi pomysłami. Nienaukowymi. Kilku dziwaków. Wysłuchałem kilku prezentacji. Tak zacząłem.

Reid, wówczas 55-letni, już wtedy miał aspiracje, by stanąć na czele Partii Demokratycznej. To, o czym dyskutowano przy nim, było po prostu synonimem czystego szaleństwa.

– Miałem swój sztab, miałem wielu ludzi, którzy mówili: »Wpakujesz się w kłopoty, trzymaj się od tego z daleka« – powiedział mi Reid. – Wielu mi mówiło, że to zrujnuje moją karierę.

W ciągu kolejnych kilku lat, opowiadał Reid, bywał na wielu takich spotkaniach. Gdy Bigelow, Alexander i inni publikowali niejasne artykuły w czasopismach i tworzyli bazę danych z obserwacji UFO, najbardziej wpływowy członek grupy po cichu poruszył ten temat z niektórymi swoimi kolegami w Waszyngtonie, w tym z byłym astronautą i senatorem Johnem Glennem.

Reid ostatecznie pozyskał poparcie kilku potężnych przewodniczących komisji, w tym Teda Stevensa z Alaski i Daniela Inouye'a z Hawajów, aby sfinansować tajne badania nad UFO w Departamencie Obrony. Istnienie tego programu zostało ujawnione publicznie przez POLITICO i New York Times w połowie grudnia 2017 r.

Jednym z głównych beneficjentów programu była firma lotnicza, której właścicielem jest nie kto inny jak Robert Bigelow.

W czerwcu dyrektor wywiadu narodowego, działając na polecenie republikańskiego senatora Marco Rubio, ma wydać raport, który zgromadzi wszystkie istotne materiały z całej administracji na temat tego, co urzędnicy nazywają teraz "niezidentyfikowanymi zjawiskami powietrznymi" (ang. UAP – Unidentified Aerial Phenomena").

["New York Times" donosi, że według osób, które ten raport już widziały, amerykański wywiad nie znalazł dowodów na to, że zjawiska, których w ostatnich latach świadkami byli piloci marynarki wojennej, są statkami kosmicznymi obcych cywilizacji. Nadal jednak nie mogą wyjaśnić ich niezwykłych sposobów przemieszczania się.

Gazeta dodaje, że sama niejednoznaczność ustaleń oznacza, że rząd nie może definitywnie wykluczyć teorii, że zjawiska obserwowane wojskowych mogą być obcymi statkami kosmicznymi.]

onet.pl

sobota, 3 lipca 2021


Na Geoportalu, zarządzanym przez Główny Urząd Geodezji i Kartografii opublikowana została właśnie nowa warstwa danych, pokazująca obszary kraju wyłączone spod zabudowy mieszkaniowej na podstawie tzw. ustawy antywiatrakowej z 2016 roku.

Rząd uniemożliwił wówczas nie tylko rozwijanie nowych projektów farm wiatrowych na obszarze ok. 99% powierzchni Polski, ale także zakazał budowy nowych budynków mieszkalnych w odległości mniejszej od dziesięciokrotność wysokości istniejących już turbin. W praktyce wykluczył więc spod zabudowy tereny leżące w odległościach mniejszych niż ok. 1,5 km od standardowych wiatraków. Było to swoiste wywłaszczenie z praw właścicieli tysięcy nieruchomości w kraju, także tych już uzbrojonych, gdzie ruszyć miały wkrótce budowy domów.

- Musieliśmy już kilkanaście, może nawet kilkadziesiąt, razy odmówić wydania warunków zabudowy osobom, które chciały postawić domy w „strefach oddziaływania” wiatraków, chociaż składający wnioski nie widzieli problemu w swoich budowie domów w odległości np. kilometra od turbin. Zainteresowanie budową domów na tych obszarach na pewno było dużo większe, tylko nie wszyscy składali wnioski, bo wiedzieli, że przepisy zabraniają im się budować – mówi w rozmowie z WysokieNapiecie.pl Janusz Piechocki, burmistrz wielkopolskiego Margonina, gdzie stoi jedna z największych farm wiatrowych w Polsce. Wybudowana kilka lat przed wprowadzeniem ustawy antywiatrakowej.

Dzięki najnowszej publikacji Geoportalu widać jak duży obszar kraju został objęty zakazem. W całym kraju wyłączony spod zabudowy mieszkaniowej zostały obszary wokół 3706 turbin wiatrowych o łącznej powierzchni 6312 km2 (631 tys. ha). To dokładnie 2% terytorium całej Polski. Dla porównania całe województwo opolskie liczy 9412 km2.

W najtrudniejszej sytuacji znalazło się województwo kujawsko-pomorskie, gdzie energetyka wiatrowa rozwijała się od blisko 20 lat. Tam przepisy wyłączyły spod zabudowy 1050 km2, co stanowi aż 6% powierzchni całego województwa. Za nim znalazły się zachodniopomorskie i łódzkie, gdzie domów nie można dziś budować odpowiednio na 931 km2 i 802 km2, czyli ponad 4% obszarów każdego z nich.

Jeszcze gorzej sytuacja wygląda w skali regionalnej. Blisko linii brzegowej Bałtyku spod możliwości budowy nowych domów wyłączone są ogromne połacie. Nowych domów nie można stawiać na obszarze ponad 20 tys. ha wokół Kołobrzegu, ani na obszarze blisko 2 tys. ha ciągnących się między Puckiem i Władysławowem.

Jeżeli spojrzymy na skalę lokalną, to zauważymy, że spod możliwości zabudowy wyłączono blisko połowę gminy Kisielice, gdzie dwie farmy o łącznej mocy  53 MW ma Polska Grupa Energetyczna. Jeszcze gorzej wygląda sytuacja Margonina, gdzie farmę o mocy 120 MW zbudowała EDPR.

Jedyną drogą wyjścia dla samorządów jest przyjęcie miejscowych planów zagospodarowania przestrzennego, gdzie taka budowa mieszkaniowa byłaby dozwolona. Jednak rząd umożliwił ich przyjęcie tylko czasowo. Termin minie 16 lipca przyszłego roku. Po tej dacie żaden dom nie powstanie już na domniemanym „obszarze oddziaływania” turbin. W praktyce wiele wsi zostanie w ten sposób skazana na powolne wymieranie. Żaden nowy dom tam nie powstanie, bo gminy często nie mają pieniędzy na uchwalanie MPZP na całym obszarze. Koszt sporządzenia planu dla 1 km2 potrafi kosztować 1 mln zł. W skali całego kraju chodzi więc o miliardy złotych jakie gminy musiałyby wydać na pośpieszne przygotowanie planów. Część z nich próbuje, ale i tak może nie zdążyć. Biedniejsze gminy rozkładają tylko ręce.

/Wiatraki jako technologia są kontrowersyjne - ze względu na brak efektywnych magazynów energii elektrycznej. Kwestie środowiskowo-krajobrazowe i recykling zużytych wiatraków to kwestie drugorzędne - red./

wysokienapiecie.pl

niedziela, 27 czerwca 2021


Jeżeli chodzi o rozwój przemysłowy, to Japonia przyjęła kurs, który nie ma odpowiednika w historii żadnego z zachodnich krajów. I znowu gra i jej reguły ustalone zostały przez Ich Ekscelencje. Nie tylko zaplanowali oni, ale też zbudowali za rządowe pieniądze gałęzie przemysłu, które uznali za potrzebne. Zorganizowała je i pokierowała nimi państwowa biurokracja. Sprowadzono zagranicznych techników, a Japończyków wysłano na szkolenie za granicę. A kiedy uznano, że przemysł „jest dobrze zorganizowany i przynosi dochody”, rząd przekazał fabryki w prywatne ręce, stopniowo sprzedając je „po śmiesznie niskich cenach” wybranym przedstawicielom kręgów finansowej oligarchii, czyli słynnym zaibatsu, pochodzącym głównie z rodzin Mitsui i Mitsubishi. Japońscy mężowie stanu uznali rozwój przemysłowy kraju za zagadnienie zbyt ważne, by można je było pozostawić jedynie działaniu praw popytu i podaży oraz wolnej przedsiębiorczości. Polityka ta nie miała jednak nic wspólnego z socjalizmem, a z jej owoców skorzystali właśnie zaibatsu. Osiągnięciem Japonii jest to, że dziedziny przemysłu, których rozwój uznano za niezbędny, udało się stworzyć przy stosunkowo niewielu potknięciach i niskich stratach.

W ten sposób Japonia mogła skorygować „przebieg zwykłej drogi rozwoju przez kolejne etapy kapitalistycznej produkcji”. Zamiast rozpocząć od wytwarzania dóbr konsumpcyjnych i przemysłu lekkiego, w Japonii rozwinięto najpierw kluczowe gałęzie przemysłu ciężkiego. Priorytet miały fabryki zbrojeniowe, stocznie, stalownie, kolej, które szybko osiągnęły poziom wysokiej sprawności technicznej. Nie wszystkie przedsiębiorstwa przekazano w ręce prywatne; ogromne zakłady zbrojeniowe pozostawały pod zarządem państwowej biurokracji i były finansowane ze specjalnych funduszy rządowych.

Na tym wielkim obszarze priorytetowych gałęzi przemysłu drobny kupiec lub zarządca, który nie był urzędnikiem, nie miał „właściwego miejsca”. W sferze tej działało jedynie państwo oraz wielkie fortuny finansowe cieszące się jego zaufaniem i politycznym poparciem. Niemniej, jak we wszystkich dziedzinach życia w Japonii, także w przemyśle istniały obszary większej swobody. Były gałęzie przemysłu „pozostawione na boku”, które działały przy minimalnych nakładach kapitału, wykorzystując do maksimum tanią siłę roboczą. Przemysł lekki mógł obejść się bez nowoczesnych technologii i tak też się stało. Działa on na zasadzie przydomowych warsztatów nakładczych. Drobny wytwórca kupuje surowy materiał i powierza go jakiejś rodzinie lub warsztacikowi zatrudniającemu pięć–sześć osób, następnie odbiera go i powierza innemu warsztatowi, gdzie wykonuje się kolejny etap obróbki, by w końcu sprzedać gotowy towar miejscowemu kupcowi lub na eksport. W latach trzydziestych co najmniej 53 procent ludzi zatrudnionych w przemyśle pracowało w systemie nakładczym w warsztatach zatrudniających mniej niż pięciu robotników. Wielu z tych robotników podlega ochronie zgodnie z dawnymi paternalistycznymi zasadami przyjmowania uczniów do terminu; znaczną ich część stanowią także matki, które w wielkich miastach siedzą w swych domach pochylone nad robotą, z niemowlęciem przywiązanym na plecach.

Ruth Benedict - Chryzantema i miecz

W Stanach Zjednoczonych bez końca dyskutowano nad twardymi i łagodnymi warunkami pokoju. Prawdziwy problem nie polega jednak na rozróżnieniu między twardością i łagodnością. Chodzi o to, by być twardym w stopniu dokładnie wystarczającym, żeby złamać stare, niebezpieczne wzory zachowań agresywnych i określić nowe cele. Środki, które się wybiera, zależą od charakteru narodu oraz od porządku społecznego tradycyjnie przyjętego w danym kraju. Pruski despotyzm, mocno  zakorzeniony zarówno w rodzinie, jak i w codziennym życiu publicznym obywateli, wymaga postawienia Niemcom pewnych określonych warunków pokoju. Mądrze sformułowane instrukcje dotyczące pokoju w Niemczech będą się różnić od dyrektyw dotyczących Japonii. Niemcy nie uważają się, jak Japończycy, za dłużników wobec świata i wieków. Walczą nie po to, by spłacić dług, którego nie da się nawet oszacować, ale żeby samemu nie stać się ofiarą. Ojciec jest autorytarnym władcą i jak każdy, kto zajmuje wyższą pozycję w hierarchii, wymusza szacunek oraz czuje się zagrożony, jeżeli mu się go nie okazuje. W Niemczech każde pokolenie synów buntuje się przeciwko swoim despotycznym ojcom, by ostatecznie się poddać i wieść bezbarwne, nudne życie dorosłych, które przypomina życie ich rodziców. Szczytowym punktem egzystencji pozostaje na całe życie okres Sturm und Drang młodzieńczego buntu.

Prymitywny despotyzm nie jest problemem japońskiej kultury. Ojciec jest osobą traktującą swoje małe dzieci z szacunkiem i czułością, która niemal wszystkim obserwatorom zachodnim wydawała się czymś wyjątkowym w porównaniu z doświadczeniami dzieci w krajach Zachodu. Japońskie dziecko uważa pewien rodzaj koleżeńskiej zażyłości z ojcem za oczywisty i jest z niej otwarcie dumne. Wystarczy więc jedynie nieznaczna zmiana głosu ojca, by dziecko pospieszyło spełnić jego życzenie. Jeśli chodzi o małe dzieci, ojciec japoński nie bywa służbistą, a okres dojrzewania nie jest czasem buntu przeciwko władzy ojcowskiej. To raczej pora, kiedy dzieci stają się odpowiedzialnymi i posłusznymi  przedstawicielami rodziny pod osądzającym spojrzeniem świata. Okazują swoim ojcom szacunek, jak mówią Japończycy, „dla wprawy” albo „żeby się ćwiczyć”, co znaczy, że jako obiekt szacunku ojciec staje się bezosobowym symbolem hierarchii i odpowiedniego życia.

Postawa, której dziecko uczy się dzięki najwcześniejszym doświadczeniom z ojcem, staje się wzorem dla całego japońskiego społeczeństwa. Ludzie, którzy odbierają oznaki najwyższego szacunku ze względu na swoją pozycję w hierarchii, sami zwykle nie dzierżą w rękach arbitralnej władzy. Urzędnicy stojący na czele hierarchii niekoniecznie sprawują rzeczywiste rządy. Poczynając od cesarza, tymi, którzy rzeczywiście coś robią, są ukryci w tle doradcy. Autorem jednego z najcelniejszych porównań opisujących tę cechę japońskiego społeczeństwa był przywódca ultrapatriotycznego stowarzyszenia, który w rozmowie przeprowadzonej na początku lat trzydziestych XX wieku przez reportera tokijskiej gazety wydawanej po angielsku powiedział, mając na myśli Japonię: „Społeczeństwo jest jak trójkąt przyczepiony szpilką za jeden róg”. Innymi słowy, trójkąt leży na stole, widoczny dla wszystkich. Szpilki nie widać. Czasem trójkąt przesuwa się w lewo, czasem w prawo. Porusza się na osi, która nigdy się nie ujawnia. Wszystko robi się w białych rękawiczkach. Dokłada się wszelkich starań, by władza jak najmniej wyglądała na arbitralną, a każdy czyn wydawał się gestem lojalności wobec symbolu, który bez przerwy jest odgradzany od sprawowania władzy. Kiedy Japończykom udaje się zdemaskować rzeczywiste serce władzy, patrzą na nie tak, jak zawsze patrzyli na lichwiarza i na narinkin, uważając ich za wyzyskiwaczy godnych pogardy.

Ruth Benedict - Chryzantema i miecz

czwartek, 24 czerwca 2021


Finansyzacja jest przedmiotem pogłębionej analizy od z górą trzech dziesięcioleci. W zależności od afiliacji ideologicznej spotyka się trzy poglądy na genezę tego zjawiska. Zwolennicy ekonomii politycznej, wyrastający z marksizmu, uważają, że kapitalizm finansowy wyłonił się jako alternatywny reżim akumulacji kapitału przez rentierów w obliczu stagnacji w dojrzałym kapitalizmie przemysłowym. Brak mechanizmu redystrybucji bogactwa w zaawansowanym kapitalizmie przemysłowym powoduje ich zdaniem, rozziew między konsumpcją ograniczoną dochodami a rozpędzonymi mocami produkcyjnymi korporacji oligopolistycznych. Innymi słowy popyt nie nadążał za podażą. Klasa rentierów zwraca się więc ku sferze finansowej, aby utrzymać istniejącą stopę akumulacji bogactwa.

Badacze z nurtu socjologii ekonomicznej upatrują przyczyn finansyzacji w zbiegu szeregu czynników: fala fuzji i przejęć na tle rozczarowujących wyników przedsiębiorstw w latach 70., deregulacja amerykańskiego sektora finansowego przez administrację Ronalda Reagana oraz rodzące się wówczas innowacje finansowe, takie jak obligacje śmieciowe. Kończyło się panowanie konglomeratów kapitałowych, charakterystycznych dla krajobrazu korporacyjnego lat 1960., a zaczynała się era skoncentrowanych spółek branżowych, w których wynagrodzenie kadry zarządzającej było ściślej powiązane z wynikami giełdowymi, czyli wartością dla akcjonariuszy.

Stosowanie wykupów lewarowanych (wykorzystujących dźwignię finansową) sprzyjało koncentracji własności w rękach inwestorów instytucjonalnych, którzy forsowali szeroko zakrojoną restrukturyzację, a więc redukcję etatów oraz wyłączanie ze struktury przedsiębiorstwa tych funkcji, które były albo niezwiązane z podstawową działalnością, albo mogły być taniej wykonywane przez zewnętrznych kontrahentów (początki outsourcingu). W ciągu dekady prawie jedna trzecia spółek przemysłowych z listy Fortune 500 została przejęta lub połączona, tak że w 1990 r. amerykańskie korporacje były znacznie mniej zdywersyfikowane niż dziesięć lat wcześniej.

Jeszcze inne spojrzenie proponują adepci socjologii politycznej. Ci bowiem podkreślają rolę (winę?) państwa, widząc w finansyzacji niezamierzoną konsekwencję reakcji politycznej na kryzys w latach 1970. Pod koniec ery powojennej prosperity mieliśmy ich zdaniem do czynienia z trzema kryzysami: społecznym – narastający konflikt między grupami społecznymi, fiskalnym – przepaść między wydatkami a dochodami państwa oraz kryzysem zaufania do rządu. W USA administracja prezydenta Reagana sprytnie przezwyciężyła te kryzysy, przerzucając odpowiedzialność za realizację potrzeb społecznych na rynek. Liberalizacja regulacji dotyczących transakcji kapitałowych zaowocowała zwiększoną dostępnością kredytów i napływem kapitału zagranicznego. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, rząd zamienił deficyt w urodzaj, tworząc fałszywe poczucie obfitości zasobów. Krok ten miał doniosłe konsekwencje w postaci gwałtownego wzrostu sektora finansowego i zapoczątkowania ery strukturalnie niestabilnego kapitalizmu finansowego.

Najtrafniejsza z trzech powyższych wydaje się diagnoza, jaką stawiają przedstawiciele socjologii ekonomicznej, wskazując na zbiór współwystępujących czynników. Tylko ona bowiem uwzględnia przesłanki naukowo-technologiczne, bez zaistnienia których finansyzacja nie byłaby możliwa. Po pierwsze – opracowanie zaawansowanych narzędzi matematycznych do wyceny aktywów finansowych: od analizy zdyskontowanych przepływów pieniężnych, przez model wyceny aktywów kapitałowych, po model wyceny opcji Blacka-Scholesa. Umożliwiły one rozwój nowych instrumentów pochodnych i otworzyły samodzielne i rosnące segmenty rynku kapitałowego. Po drugie – postępy w zakresie informatyki, zwłaszcza wprowadzenie komputerowego arkusza kalkulacyjnego, pozwalające na wycenę aktywów finansowych w czasie rzeczywistym.

Komputeryzacja stworzyła warunki do inżynierii finansowej, a ta z kolei doprowadziła do zmiany modelu obiegu kapitału między tymi, którzy mają go w nadmiarze, a tymi, którzy go potrzebują. Rynki kapitałowe stały się kanałem dystrybucji kapitału. To dzięki nim student w USA może sobie pozwolić na opłacenie czesnego, emeryt na wycieczkę zagraniczną, a pacjent na leczenie. Jednocześnie zmalała pośrednicząca rola instytucji finansowych, na czele z bankami, została zredukowana na rzecz rynków finansowych. Nie chcąc zostawać w tyle za rynkiem, banki „zoptymalizowały” obrót nisko dochodowymi aktywami i zamiast trzymać kredyty w swoich portfelach, poddają je sekurytyzacji i dystrybuują jako produkty inwestycyjne.

Sekurytyzacja (ang. securities – papiery wartościowe), czyli refinansowanie trudno zbywalnych aktywów dłużnych, jest jednym z głównych narzędzi kapitalizmu finansowego, o którego niebezpiecznej potędze przekonaliśmy się podczas światowego kryzysu finansowego w 2008 r. Proces ten polega na wydzielaniu z bilansu spółki tych wierzytelności i emitowaniu obligacji nimi zabezpieczonych. W ten sposób na bazie instrumentu bazowego powstaje instrument pochodny. Kapitał wierzyciela ulega odmrożeniu i może zacząć efektywnie pracować gdzie indziej, natomiast dług zaciągnięty pierwotnie w banku staje się – bez udziału dłużnika – przedmiotem obrotu na rynkach finansowych.

Jak wiadomo, w latach poprzedzających krach na rynku nieruchomości w USA bankierzy masowo uprawiający sekurytyzację otrzymywali sowite prowizje praktycznie bez żadnej odpowiedzialności ani nadzoru. Dla samych pożyczkobiorców była to katastrofa, gdyż spadające w wyniku krachu ceny nieruchomości pozbawiły ich wszelkich posiadanych oszczędności i pozostawiły w głębokich długach, pogłębiając jeszcze bardziej przepaść nierówności społecznych.

Nadmierna finansyzacja jest nie tylko źródłem baniek spekulacyjnych, ale także niewłaściwej alokacji zasobów. Nieżyjący już James Tobin, noblista w dziedzinie ekonomii w 1981 r., przestrzegał, że znikoma część pracy w sektorze finansowym przekłada się na finansowanie rzeczywistych inwestycji i że zbyt wiele zasobów pomnażamy czysto wirtualnie. Zyski z tego są pozorne, bo nie mają pokrycia w wartości dodanej, jaką przedstawiają dobra i usługi. Indywidualne profity wynikające z takiej czczej, spekulacyjnej alokacji zasobów są nieproporcjonalnie wielkie do nikłej wartości, którą rodzą one dla ogółu społeczeństwa, a która przecież mogłaby być znacznie wyższa.

Wbrew temu, co przepowiadał J.M. Keynes, rentierzy mają się świetnie. Rewolucja finansyzacyjna zasadniczo zmieniła sposób funkcjonowania gospodarki z korzyścią dla nich. Przed rokiem 1980 dywindendy wypłacane akcjonariuszom odpowiadały premii za ryzyko, a pozostałą część zysku spółki inwestowały i przeznaczały na podwyżki płac. Pożyczony kapitał również inwestowały. Obecnie zaciągają dług pod wykup akcji lub na wypłatę dywidendy, bo akcjonariusz rości sobie prawo do całej puli zysku. Ten brak inwestycji w oczywisty sposób hamuje wzrost realnego dobrobytu. Nawet polityka niskich stóp procentowych, mająca na celu zachęcanie firm do inwestowania, nie wpłynęła na zmianę założenia, że pieniądze powinny trafić do akcjonariuszy. W rezultacie jest mniej zdrowego w biznesie ryzyka, mniej innowacji i ostatecznie niski wzrost. To samo dotyczy płac, które dzisiejsze korporacje niechętnie podnoszą, co spowalnia popyt konsumpcyjny, zwiększając nierówności dochodowe.

Co do zasady, rynki finansowe pełnią pożyteczną funkcję w gospodarce: instrumenty finansowe ułatwiają wymianę handlową w realnej gospodarce; dzięki kredytom hipotecznym ludzie mogą a conto przyszłych zarobków kupić dom; ubezpieczenia umożliwiają podział ryzyka i wsparcie w razie nieszczęścia. Problem zaczął się w momencie, gdy ogon zaczął merdać psem: rola sfery finansowej, z założenia służebnej wobec gospodarki realnej, uległa wypaczeniu. Zatarła się różnica między wartością a rentą; kondycję i siłę gospodarki zaczęto postrzegać przez pryzmat dochodowości rynków finansowych, a niekiedy wręcz z nimi utożsamiać. Tymczasem gospodarka, jakkolwiek patetycznie to zabrzmi, to wspólny dorobek ludzi pracujących, przestrzeń dla innowacji, podejmowania ryzyka i rozwoju kapitału ludzkiego. Tylko praca owocująca tworzeniem dóbr i usług zwiększa bogactwo społeczeństwa.

obserwatorfinansowy.pl

Sławomir Sierakowski: - Porozmawiajmy o dzisiejszej sytuacji z perspektywy relacji międzynarodowych w naszym regionie. Czy istnieje jakaś spójna, regionalna polityka?

Radosław Sikorski: Wedle naszej partii rządzącej istnieje, i to pod polskim przywództwem, w ramach koncepcji Trójmorza. Jednocześnie odstrasza Rosję i równoważy Niemcy. Koncepcja ambitna, iście jagiellońska, z czasów, gdy wpływy Jagiellonów sięgały od Bałtyku po Morze Czarne i Adriatyk, tylko że są w niej pewne sprzeczności. Jakoś nie widzę, żeby Węgry chciały odstraszać Rosję, i jakoś nie widzę, żeby inne kraje chciały równoważyć Niemcy.

Te same sprzeczności widzę wewnątrz Grupy Wyszehradzkiej, która ma swoje uzasadnienie, bo cztery kraje, które ją tworzą, mają wspólne interesy wynikające z komunistycznej przeszłości, pewnych zapóźnień infrastrukturalnych, przestarzałej spuścizny przemysłowej czy rolnej. Jednak gdy się instrumentu używa do celu, do którego on nie został przeznaczony, no to można łatwo złamać ten instrument. Jakoś nie widzę, żeby, dajmy na to, Słowacja, chciała równoważyć Niemcy w Unii Europejskiej.

- Abstrahując od rządów, które są teraz w poszczególnych państwach, to czy ten region naprawdę istnieje jako polityczny podmiot? Poza tym, że te kraje mają wspólną historię, to czy mają też wspólne interesy polityczne, potrafią współpracować?

Pamiętajmy, od czego się zaczął najpierw Trójkąt, a potem Grupa Wyszehradzka. Chodziło o to, aby na tyle zsynchronizować działania, żeby razem wejść do Unii Europejskiej. Nie na zasadzie regat, lecz na zasadzie klubu, który pokazuje Zachodowi, że potrafi współpracować i będzie też dobrym członkiem wewnątrz UE. Uważam, że Grupa Wyszehradzka w pewnym momencie miała już reputację, spójność i siłę rażenia porównywalną z Beneluksem. Wymagało to jednak wielkiej wrażliwości na interesy poszczególnych krajów, to znaczy nienakłaniania ich do robienia czegoś, czego nie chcą robić, lecz reprezentowania wspólnych interesów tam, gdzie one są naprawdę wspólne. Ale to, że np. Grupa Wyszehradzka, tak jak Francja i Niemcy, tak jak Beneluks, tak jak Skandynawowie, spotyka się przed Radami Europejskimi, uważam za nasze prawo. Jest to użyteczne.

- A po wejściu do Unii Europejskiej? Czy tutaj nie nastąpiła dywergencja i czy te wszystkie kraje trochę się nie rozeszły, nie zaczęły ze sobą bardziej rywalizować niż współpracować?

Jest to norma w całej Unii Europejskiej, każdy w ramach interesu unijnego ciągnie w swoją stronę. Grupa Wyszehradzka też nie ma tożsamych interesów, pewne interesy ma jednak wspólne i - jak widzieliśmy to chociażby w procesie uzgadniania wieloletniego budżetu Unii Europejskiej – czasami coś wygrywa. Boleję jednak nad tym, że Polska, zamiast być przedstawicielem regionu w grupie trzymającej władzę – czy to w formie Trójkąta Weimarskiego, czy w formie V5 – wyeliminowała się z tej gry.

(...)

- Podsumujmy rządy Angeli Merkel. Mam wrażenie, jakby kierowała się rachunkiem ekonomiczno-historycznym, który zakładał taką politykę, że nie możemy zrywać zupełnie ani z Rosją, ani z Polską, ani z Węgrami, bo stracimy możliwość nacisku na te kraje. Ale jakby odwrócić tę argumentację, to co ta dźwignia dała w gruncie rzeczy? Węgrzy zrobili, co chcieli, Polacy praktycznie też. Rosja też, a Nord Stream 2 jest budowany dalej.

Merkel nie odpowiadała na zaczepki i uważam, że to było mądre. Moim zdaniem była najbardziej przyjazną przywódczynią Niemiec wobec Polski od czasów Ottona III. Jako studentka chemii jeździła do Torunia, w Polsce oddychała względną wolnością, dla Niemki było to doświadczenie, jakie w przyszłości pewnie nie będzie możliwe. To znaczy: Niemka na pewnym etapie swojego życia podziwiała Polaków. Niezależnie od spraw, w których od początku się z nią nie zgadzałem, takich jak Nord Stream 2, zawsze miałem poczucie, że Merkel ma jasność etyczną co do tego, czym jest Putin i jego dyktatura.

Z jednej strony sukces gospodarczy w czasach jej rządów był częściowo wynikiem reform Gerharda Schrödera, mam na myśli reformę rynku pracy, z drugiej strony ona tego nie zepsuła. Na pewno mogła szybciej zareagować na kryzys strefy euro, wtedy mógłby być krótszy, płytszy i mniej kosztowny. Polityka reagowania dopiero wtedy, gdy jest prawie za późno, miała swoje zalety i wady.

No i jeszcze w dwóch kwestiach, uważam, popełniła błędy: po pierwsze pochopnie została podjęta decyzja o likwidacji przemysłu nuklearnego. I po drugie: sposób reakcji na kryzys imigracyjny. Strefa Schengen nie jest własnością Niemiec, uchodźcy napływali do strefy Schengen, a nie tylko do Niemiec, i właściwą odpowiedzią w sensie decyzyjnym powinno było być zwołanie alarmowego szczytu strefy Schengen, a nie podejmowanie decyzji jako Niemcy. A tamta decyzja być może dała PiS-owi te 2 proc., które zadecydowało o tym, że Kaczyński zdobył władzę.

- A błędy wobec populizmu wschodnioeuropejskiego? Ta polityka była optymalna?

Przede wszystkim przypomnę, jaki był punkt przełamania naszej polityki wobec Niemiec, gdy zobaczyliśmy, że lepszy klimat w naszych stosunkach prowadził do tego, że Merkel była gotowa zainwestować pewien kapitał polityczny w stosunki z Polską. To była sprawa symboliczna, ale dla nas ważna, mianowicie wykluczyła panią Erikę Steinbach z fundacji budującej „Centrum przeciwko wypędzeniom”. Dla nas to był sygnał, że jest gotowa podjąć pewne ryzyko w polityce wewnętrznej na rzecz dobrych stosunków z Polską. To budowało zaufanie.

- A czy zadziałał appeasement w stosunku do Węgier albo Kaczyńskiego?

Można mówić o dużej wstrzemięźliwości w każdym razie, związanej ze świadomością historii i naszej hiperwrażliwości na punkcie historii. Bo co innego jest być krytykowanym przez polityków europejskich, a co innego przez Niemców – to jeszcze w Polsce nadal jest problem. Ona to rozumiała i to dobrze o niej świadczy, jak i to, że Niemcy nie odpowiadali na zaczepki i raczej delegowali krytykę na poziom europejski. Po drugie, wydaje mi się, że była to oznaka realizmu, bo Unia Europejska jest konfederacją i wbrew temu, co twierdzą niektórzy, unijne centrum nie ma władztwa nad państwami członkowskimi. Więc to nie jest tak, że przy bardziej zdecydowanej polityce Bruksela czy Berlin mogą zmusić Budapeszt czy Warszawę do zrobienia tego, co oni twardo mówią, że nie zrobią, bo nie ma instrumentów przymusu. Unia Europejska to jest ciągła konwersacja.

krytykapolityczna.pl