czwartek, 3 czerwca 2021


Raport opracowany przez The Information wspólnie z dwiema grupami obrońców praw człowieka łączy siedem firm, które dostarczały Apple komponenty lub wykonywały dla niego usługi, z prowadzonym przez chińskie władze programem transferów robotniczych.

Zdaniem części badaczy transfery te mogą się odbywać przymusowo, a do pracy w fabrykach Ujgurzy i inni muzułmanie trafiają bezpośrednio z pozaprawnych obozów reedukacji, w których przetrzymywanych może być nawet ponad milion takich osób. Pekin temu zaprzecza i utrzymuje, że transfery robotników ze wsi do miast pomagają redukować ubóstwo.

Spekulacje, że dostawcy Apple wykorzystują pracę przymusową Ujgurów, pojawiały się już wcześniej. Amerykańska firma twierdziła wówczas, że stosuje zasadę „zero tolerancji dla pracy przymusowej” i nie znalazła żadnych dowodów, że do fabryk podwykonawców trafili Ujgurzy.

Tylko jeden ze wskazanych w raporcie dostawców Apple działa na terenie Sinciangu, gdzie dużą część ludności stanowią Ujgurzy. W przypadku pozostałych firm pracownicy z Sinciangu mieli zostać przewiezieni do fabryk znajdujących się w innych częściach Chin.

Raport wymienia między innymi firmę wytwarzającą płyty drukowane do urządzeń Apple w mieście Huaian, która miała w latach 2019-2020 przyjąć do pracy w jednej ze swoich fabryk 400 Ujgurów. Wskazano także firmę produkującą anteny i kable w mieście Shenzhen, która miała przyjąć 1000 ujgurskich robotników.

Sprawozdanie wspomina również o firmie Lens Technology, która według The Information dostarczała Apple szklane elementy iPhone’ów. W grudniu 2020 roku zarzuty o wykorzystywanie pracy przymusowej pod adresem tej firmy opisywał amerykański dziennik „Washington Post”.

forsal.pl

Chiny pod koniec roku przeprowadziły spis powszechny. Siedem milionów pracowników spisowych odwiedzało Chińczyków w ich domach i przeprowadzało ankietę. Właśnie pojawiły się jej pierwsze wyniki, a w nich niepokojące wnioski: populacja Chin wciąż wprawdzie rośnie, ale najwolniej od dekad. Między 2010 a 2020 rokiem zwiększyła się o 72 miliony, do 1,41 miliarda osób. To wzrost o 5,4 proc., ale w całej dekadzie. W tym czasie średni roczny przyrost wyniósł 0,53 proc. - w latach 2000 - 2010 było to 0,57 proc. Populacja rośnie najwolniej od początku lat 60. ubiegłego wieku.

W ubiegłym roku w Chinach urodziło się 12 milionów dzieci - rok wcześniej urodzeń było 14,6 miliona, a cztery lata wcześniej 18 milionów. Spadła też liczba osób w wieku produkcyjnym, między 15. a 59. rokiem życia i teraz wynosi 894 miliony. Chińskich władz to akurat jeszcze nie martwi, rąk do pracy jak na razie w kraju nie brakuje.

Wyniki spisu zostały zapewne nieznacznie poprawione, ponieważ partia nie może się przyznać do błędu, a według planu populacja ChRL ma rosnąć do 2027 roku - mówi Michał Bogusz, doktor nauk politycznych, analityk w Ośrodku Studiów Wschodnich i ekspert od polityki Chin. O tym, że demografia to temat wrażliwy, świadczy fakt, że chińska agencja statystyczna już w zeszłym miesiącu poinformowała o wzroście populacji. Nie podała wtedy wielu konkretów. "Wyglądało to na próbę uspokojenia firm i inwestorów po tym, jak "Financial Times" ogłosił, że spis mógł wykazać niespodziewany spadek" - zauważa agencja Associated Press. 

gazeta.pl

Wiara w teorie spiskowe nt. pandemii COVID-19 rozwinęła się w USA już w pierwszych miesiącach rozprzestrzeniania się wirusa - twierdzą naukowcy z tego kraju. Dotyczyła głównie osób, które często korzystały z mediów konserwatywnych i społecznościowych - w USA były to głównie tytuły takie jak Fox News, Rush Limbaugh, Breitbart News, One America News, czy Drudge Report. Pierwsze badanie przeprowadzone w APPC dowiodło, że użytkownicy tych typów mediów wykazywali zwiększoną tendencję do popierania teorii spiskowych nt. pandemii.

Najnowsze odkrycia grupy naukowców, opublikowane w "Journal of Medical Internet Researc", rozwijają tę teorię, potwierdzając, że wzrost wiary w nieprawdziwe teorie dotyczące COVID-19 miał bezpośredni związek z używaniem konkretnych typów mediów między marcem a lipcem 2020. W tym okresie liczba użytkowników mediów konserwatywnych - przekonanych, że koronawirus to broń biologiczna stworzona przez chiński rząd, wzrosła z 52 proc. do 66 proc.

Co więcej, popularność teorii spiskowych była bezpośrednio związana z brakiem przestrzegania obowiązku noszenia maseczek, czy niechęcią do zaszczepienia się przeciwko COVID-19.

(...)

Choć niektóre platformy społecznościowe deklarowały usuwanie nieprawdziwych informacji nt. pandemii, samo korzystanie z mediów społecznościowych było skorelowane ze wzrostem wiary w teorie spiskowe dotyczące COVID-19.

Prof. Kathleen Hall Jamieson, współautorka badania, podkreśla, że "platformy społecznościowe to siła napędowa dla fałszywych wiadomości - nawet, gdy w jednym miejscu te doniesienia zostaną zablokowane, szybko pojawią się gdzie indziej".

Naukowcy dwukrotnie przeprowadzili ankietę wśród 840 dorosłych - w marcu 2020 i w lipcu tego samego roku. Uczestnicy badania mieli wymienić trzy teorie spiskowe nt. pandemii, opowiedzieć, jak często i w jakim wymiarze korzystają z mediów społecznościowych, a także wypowiedzieć się nt. środków ostrożności, jakie stosują w czasie pandemii. Ostatnie pytanie dotyczyło chęci ewentualnego zaszczepienia się.

W lipcu, a więc po dwóch częściach badania, grupa badaczy ustaliła, iż 17 proc. dorosłych obywateli USA wierzyło, że "koronawirus to produkt koncernów farmaceutycznych, stworzony, by podnieść sprzedaż leków i szczepionek". W marcu tego samego roku uważało tak tylko 15 proc. Amerykanów.

W ciągu kilku miesięcy z 24 proc. do 32 proc. wzrosła też liczba osób, które uważały, że "niebezpieczeństwo związane z koronawirusem jest sztucznie podsycane, aby zaszkodzić Donaldowi Trumpowi i jego prezydenturze".

Prawie o 10 proc. więcej badanych (38 proc. w lipcu w porównaniu z 28 proc. w marcu) popierało teorię, zgodnie z którą "koronawirus to broń biologiczna stworzona przez władze Chin".

Wśród osób śledzących konserwatywne media teoria o stworzeniu wirusa przez koncerny farmaceutyczne wzrosła między marcem a lipcem 2020 z 13 proc. do 28 proc. Teorie na temat celowego szkodzenia prezydenturze Trumpa zyskały prawie o 30 proc. więcej zwolenników (34 proc. w marcu, 61 proc. w lipcu 2020).

W 2020 roku media konserwatywne, taki jak np. Fox News, szeroko podejmowały teorię pochodzenia wirusa. Prezenter tej stacji, Tucker Carlson, sugerował na przykład, że koronawirus to produkt inżynierii biologicznej chińskich laboratoriów. Inny prezenter, Rush Limbaugh, twierdził, że COVID-19 ma stanowić broń przeciwko Trumpowi i jest prototypem broni biologicznej.

Podczas gdy media konserwatywne propagowały spiskowe teorie nt. COVID-19, media głównego nurtu działały w przeciwną stronę. Badacze dowiedli, że regularnie czytanie takiej prasy (Associated Press, New York Times, Wall Street Journal, Washington Post) przyczyniło się do spadku wiary w teorie spiskowe. Oznaczało również przychylność wobec obowiązku noszenia maseczek oraz wyrażanie chęci zaszczepienia się.

(...)

Wyniki badania pokazują znaczenie mediów głównego nurtu i ich rolę w informowaniu o efektywnych środkach walki z pandemią między marcem a lipcem 2020.

Naukowcy sugerują, że wyniki badania wskazują na potrzebę przekazywania sprawdzonych, wiarygodnych informacji o pandemii w mediach. "Ponadto, platformy społecznościowe powinny wprowadzić bardziej zdecydowaną politykę w zakresie blokowania fałszywych informacji nt. pandemii, szczepionek, noszenia maseczek, czy teorii spiskowych, które są sprzeczne z oficjalnymi doniesieniami" - oceniają.

gazeta.pl

Od kilku dekad na różne sposoby jesteśmy przekonywani w mediach przez różnego rodzaju ekspertów, ale również niektórych publicystów, że ZUS to czarna dziura pochłaniająca złotówki i lada chwila upadnie. Co bardziej swawolni w swojej krytyce porównują ZUS do piramidy finansowej, a niedawno nawet wicepremier obecnego rządu stwierdził, że żadne z jego dzieci nie wierzy, że dostanie emeryturę z ZUS.

Przekonania te nie mają wiele wspólnego z rzeczywistością. Jedynym, co z piramidą ma wspólnego ZUS to fakt, że przekonanie o jego rychłej niewypłacalności jest piramidalną bzdurą.

Polacy nie mają zielonego pojęcia o emeryturach. W badaniu „Wiedza i postawy wobec ubezpieczeń społecznych” przeprowadzonym przez Millward Brown i Instytut Spraw Publicznych w 2016 roku, nikt z ponad tysiąca badanych nie był w stanie poprawnie odpowiedzieć na wszystkie pytania dotyczące systemu emerytalnego. Zaledwie 7 proc. badanych było w stanie odpowiedzieć poprawnie na co najmniej 60 proc. pytań. W skali szkolnej to trója z minusem. Pozostałe 93 proc. śpiewająco oblało.

(...)

Przede wszystkim ZUS nie jest zawieszoną w próżni autonomiczną jednostką działającą dla zysku. Jest częścią państwowego systemu emerytalnego, a to oznacza, że wypłaty zobowiązań emerytalnych są gwarantowane nie tylko przez Fundusz Ubezpieczeń Społecznych, do którego trafiają nasze składki, ale również przez budżet państwa.

Jeżeli nie wystarcza środków na wypłatę wszystkich należnych świadczeń z bieżących składek, wówczas budżet państwa ma obowiązek dofinansować FUS z pieniędzy pochodzących z podatków w wysokości niezbędnej do wywiązania się FUS ze zobowiązań wobec emerytów.

Jest to o tyle istotne, że sam deficyt FUS nie świadczy o niewypłacalności systemu jako całości. Wiele systemów zdefiniowanego świadczenia w innych krajach europejskich jest finansowana wyłącznie z podatków, a ich odpowiednik naszego FUS w ogóle nie odnotowuje wpływów ze składek, bo jest w całości finansowany z budżetu państwa. Natomiast większość tych systemów na świecie, gdzie fundusz emerytalny jest zasilany składkami, wykazuje trwały deficyt przez dekady, ale mimo tego dzięki dofinansowaniu z budżetu państwa funkcjonują one bez problemów i wypłacają świadczenia w należnej wysokości kolejnym pokoleniom emerytów.

(...)

O ile większość ludzi pokolenia obecnych 20, 30 i 40-latków wypłacalność banków uznaje za coś oczywistego, niepodlegającego dyskusji i przyjmowanego bez dowodów, o tyle wypłacalność ZUS albo państwa jest w najlepszym przypadku co najmniej podejrzana.

Żeby uzmysłowić sobie jednak dysproporcję pomiędzy bankiem a państwem jako instytucjami finansowymi porównajmy poziom przychodów obu podmiotów. W 2019 największy pod względem sumy bilansowej bank w Polsce PKO BP odnotował przychody w wysokości około 17 mld zł. W tym samym roku dochód sektora finansów publicznych w Polsce wyniósł 885 mld zł. Wprawdzie są to zupełnie inne instytucje, realizujące odmienne cele, ale takie porównanie daje jakieś wyobrażenie na temat finansowych rozmiarów obu instytucji.

(...)

Od 1989 r. w Polsce upadło 139 banków. Ostatni z nich w 2015 roku. Jeszcze więcej banków w bardzo złej sytuacji finansowej zostało przejętych przez konkurencję lub pod przymusem nadzoru finansowego zrestrukturyzowanych. Jednak wiara w wypłacalność banków wydaje się w Polakach niezachwiana, w przeciwieństwie do wiary w wypłacalność ZUS, który od prawie 90 lat wypłaca świadczenia i nie przestał tego robić nawet w trakcie okupacji w czasie II wojny światowej.

oko.press

Gwałtowne protesty palestyńskie wybuchły we wschodniej Jerozolimie 2 dni po tym jak Netanjahu ostatecznie nie udało się sformować nowego rządu. Bezpośrednim powodem demonstracji, które szybko zaczęły się przeradzać w zamieszki, była sprawa planu wysiedlenia 70 Palestyńczyków z dzielnicy Sheikh Jarrah we wschodniej Jerozolimie. Zażądała tego powiązana ze skrajną prawicą izraelską organizacja żydowskich osadników powołując się na to, iż ziemia ta należała do żydowskich organizacji przed 1948 r. (wtedy Wschodnia Jerozolima została zajęta przez Jordanię, która kontrolowała ją do 1967 r.). Problem w tym, że podział w 1948 r. spowodował też zajęcie mienia palestyńskiego i osadnictwo żydowskie na terenach należących wcześniej do Palestyńczyków i to na znacznie większą skalę. Plan eksmisji Palestyńczyków żyjących w Sheikh Jarrah od ponad 70 lat w oparciu o prawo własności ziemi spotkał się z krytyką m.in. ze strony ONZ ale również wielu środowisk w samym Izraelu. Władze utrzymywały jednak, że jest to kwestia sądowa.

I znów decyzja Sądu Najwyższego miała zapaść w bardzo delikatnym momencie. 9 maja wypadał bowiem Dzień Jerozolimy, czyli rocznica zajęcia wschodniej Jerozolimy przez Izrael w 1967 r. Dla Izraelczyków to święto, dla Palestyńczyków – tragedia. W tym dniu zwykle dochodzi do napięć, potęgowanych prowokacyjnymi demonstracjami skrajnej prawicy izraelskiej na terenach zamieszkanych przez Palestyńczyków. W tym roku tez tak było ale dodatkowo Dzień Jerozolimy wypadł w trakcie świętego miesiąca muzułmańskiego czyli Ramadanu i to w dniu ważnego muzułmańskiego święta znanego jako Laylat al Qadr czyli Noc Przeznaczenia. I znów władze nic nie zrobiły by starać się załagodzić sytuację. Wręcz przeciwnie, zablokowały teren wokół Bramy Damasceńskiej do starego miasta w Jerozolimie by uniemożliwić Palestyńczykom świętowanie tam ramadanu i Nocy Przeznaczenia. Trudno przy tym usprawiedliwić to koronawirusową profilaktyką bo masowe, przedwyborcze szczepienia doprowadziły do tego, że od paru tygodni w Izraelu praktycznie nie ma już nowych zakażeń.

(...)

Tymczasem Sąd Najwyższy ogłosił w poniedziałek 10 maja, że przekłada podjęcie decyzji w sprawie eksmisji z Sheikh Jerrah. Oznacza to jednak, ze sprawa jest wciąż otwarta więc protesty były kontynuowane, zwłaszcza że atmosfera była już gorąca, a władze postanowiły ją jeszcze bardziej podgrzać. W niedzielę 9 maja do meczetu al Aksa (trzeciej najważniejszej świątyni muzułmańskiej) wtargnął bowiem oddział uzbrojonych po zęby policjantów, którzy w środku użyli granatów hukowych, gazu oraz gumowych kul. Wtedy odezwał się Hamas, który ogłosił ultimatum dla władz Izraela żądając by wycofały swoje siły z meczetu al Aksa do godz. 18.00 10 maja. Izrael zignorował to ultimatum co umożliwiło Hamasowi uzyskać efekt zaskoczenia w trakcie początkowego ataku.

Konflikt, który nie zapowiada się na to by miał się szybko zakończyć, trzeba też rozpatrywać w dość złożonym kontekście międzynarodowym. Kluczowym sojusznikiem Hamasu jest bowiem Iran, którego Najwyższy Przywódca Ali Chamenei bardzo ostro potępił Izrael (co oczywiście nie zaskakuje zważywszy na wręcz rytualne ataki słowne na „Małego Szatana” jak Izrael nazywany jest przez irańską propagandę). Znaczna część arsenału rakietowego Hamasu, a także Palestyńskiego Islamskiego Dżihadu, pochodzi właśnie z dostaw z Iranu, co czyni ten kraj pośrednim uczestnikiem konfliktu. Tymczasem od objęcia prezydentury w USA przez Joe Bidena trwają wysiłki na rzecz reaktywacji porozumienia nuklearnego z Iranem. W kwietniu we Wiedniu toczyły się w tej sprawie intensywne negocjacje. Zdecydowanie przeciwny reaktywacji JCPOA jest natomiast Izrael, który starał się przekonać USA do operacji militarnej przeciwko Izraelowi. Zależało na tym również sunnickim monarchiom z Półwyspu Arabskiego z Arabią Saudyjską na czele. Próba stworzenia w 2019 r. sunnicko-izraelskiego frontu przeciwko Iranowi skończyła się jednak fiaskiem, a ponieważ zarówno Izrael jak i Arabia Saudyjska wolą by za nich ataku na Iran dokonało USA (wraz z sojusznikami) to przy takim obrocie spraw Saudowie przekalibrowali swoją strategię i rozpoczęli tajne negocjacje z Iranem. Izrael pozostał więc osamotniony w swym oporze przeciwko JCPOA (abstrahując od postawy innego sojusznika Izraela czyli Rosji, której de facto zależy na tym by normalizacja relacji Iranu z Zachodem nigdy nie doszła do skutku, o czym zresztą niedawno mówił irański minister spraw zagranicznych Dżawad Zarif). Niemniej irańskie zaangażowanie w konflikt palestyńsko-izraelski już uaktywniło republikańskich stronników Izraela przeciwnych negocjacjom z Iranem. Na przykład senator Marco Rubio podkreślił we wtorek na twitterze, że atak rakietowy Hamasu na Izrael jest możliwy ze względu na wsparcie jakie ta organizacja otrzymuje z Iranu. Eskalacja, a na nią się wszak zanosi, może nawet całkowicie storpedować dalsze rozmowy, zwłaszcza że w Iranie też są ich przeciwnicy. 18 czerwca odbędą się bowiem wybory prezydenckie w tym kraju i jeśli przed tym terminem nie dojdzie do nowego porozumienia to najprawdopodobniej wygrają je twardogłowi konserwatyści. Ostatnie słowo należy do rahbara czyli Najwyższego Przywódcy Alego Chameneia, który zapalił zielone światło dla pragmatyków z Zarifem na czele, gdyż ma świadomość tego, że Iran potrzebuje zniesienia sankcji. Niemniej dla Chameneia nie jest to na tyle priorytetowa sprawa by jednocześnie zapalić czerwone światło dla Gwardii Rewolucyjnej (Sepah) dla jej operacji zagranicznych szkodzących wysiłkom Zarifa. Chodzi o takie działania jak właśnie wsparcie Hamasu w konfrontacji z Izraelem.

(...)

Reperkusje międzynarodowe nie ograniczają się jednak tylko do Iranu i USA. Kolejnym krajem, który zdecydowanie potępił Izrael (a jednocześnie społeczność międzynarodową za brak potępienia Izraela) jest Turcja. Turecki prezydent Recep Tayyip Erdogan ma coraz słabsza pozycję zarówno w wymiarze wewnętrznym jak i międzynarodowym. Coraz bardziej dramatyczna sytuacja gospodarcza Turcji powoduje, że poparcie dla niego systematycznie spada i coraz trudniej jest mu mobilizować swój elektorat hasłami islamistycznymi i nacjonalistycznymi. W wymiarze zagranicznym natomiast Turcja po utracie sojusznika w Waszyngtonie w osobie Trumpa znalazła się w międzynarodowej izolacji, z której próbuje wyjść starając się znormalizować swoje relacje z państwami arabskimi oraz Izraelem. Izrael w 2020 r. coraz bardziej angażował się w sojusz z Cyprem i Grecją w sprawie sytuacji we wschodniej części Morza Śródziemnego, gdzie Turcja dokonywała prowokacji w związku ze sporem o Wyłączne Strefy Ekonomiczne (EEZ) i związane z tym zasoby gazu. Dlatego Turcji zależało na tym by rozbić ten sojusz, a Izrael nigdy nie zamknął drzwi do rozmów z Ankarą, kierując się daleko idącym pragmatyzmem. Obiektywnie rzecz biorąc obecna eskalacja nie jest więc na rękę Turcji bo uniemożliwia normalizację turecko-izraelską. Niemniej dla Erdogana jest to kolejna szansa na umocnienie swojej pozycji wśród arabskiej opinii publicznej (na czym mu zawsze zależało) i to stosunkowo tanim kosztem, gdyż to nie z Ankary ale z Teheranu płynie konkretne wsparcie dla Hamasu. Jednak Turcja z takich działań swego lidera nie odniesie żadnych korzyści. Wręcz przeciwnie, mieszanie się do spraw arabskich negatywnie wpłynie nie tylko na próby normalizacji stosunków Turcji z Izraelem ale również z państwami arabskimi z Arabią Saudyjską, Zjednoczonymi Emiratami Arabskimi i Egiptem na czele, dla których warunkiem normalizacji jest właśnie zaprzestanie ingerencji Turcji w sprawy arabskie.

Rozwój wydarzeń w Izraelu jest też niekorzystny dla państw arabskich, w szczególności tych, które dokonały niedawno normalizacji relacji z Izraelem (z ZEA na czele). Plany wywłaszczeń w Shaikh Jarrah oraz interwencja w meczecie al Aksa zostały wprawdzie potępione przez Arabię Saudyjską, ZEA i Bahrajn ale w bardzo łagodnym tonie. Eskalacja stawia jednak państwa arabskie w niezręcznej sytuacji, gdyż są one pod coraz większą presją antyizraelskich nastrojów arabskiej ulicy, podburzanej dodatkowo propagandą Turcji i Iranu.

defence24.pl

"Dezinformacja to bezpośrednie zagrożenie dla zdrowia publicznego" - piszą autorzy raportu na temat treści antyszczepionkowych, krążących w głównych portalach społecznościowych. - Aby położyć kres pandemii, musimy zdać sobie sprawę z niebezpieczeństw związanych z przemysłem antyszczepionkowym - podkreślają działacze z Anti-Vax Watch. Badanie zostało zrealizowane przez dwie organizacje non-profit: Center for Countering Digital Hate (CCDH) oraz Anti-Vax Watch.

Analiza źródeł propagandy antyszczepionkowej w mediach społecznościowych doprowadziła naukowców do zaledwie 12 osób. - To niewielka grupa ludzi, którzy, nie mając odpowiedniej wiedzy medycznej, wykorzystują platformy mediów społecznościowych do rozpowszechniania fałszywego obrazu pandemii COVID-19 i rozpowszechniania dezinformacji na temat bezpieczeństwa szczepionek - pisze dyrektor generalny CCDH Imran Ahmed.

Naukowcy przeanalizowali ponad 812 tysięcy postów z Facebooka i Twittera na temat pandemii i szczepionek na COVID-19, opublikowanych od 1 lutego do 16 marca 2021 roku. Okazało się, że publikują je niewielka grupa, za którą stoją świetnie zorganizowane organizacje antyszczepionkowe. Raport wymienia autorów tych wpisów, są to: Joseph Mercola, Robert F. Kennedy, Jr., Ty & Charlene Bollinger, Sherri Tenpenny, Rizza Islam, Rashid Buttar, Erin Elizabeth, Sayer Ji, Kelly Brogan, Christiane Northrup, Ben Tapper, and Kevin Jenkins.

To ci działacze antyszczepionkowi stoją za prawie trzema trzecimi treści bagatelizujących COVID-19, mówiących o szkodliwości szczepień, czy podważających zaufanie do lekarzy i pielęgniarek, udostępnianych na Facebooku, YouTube, Intagramie i Twitterze. W sumie mają około 59 mln obserwujących, którzy przesyłają ich wpisy dalej. 

Większość osób udostępniających potem posty wrzucane przez tę grupę, nie ma zapewne pojęcia, skąd pochodzą informacje. Ich wpływy różnią się w zależności od platformy społecznościowej. Na Twitterze jest to do 17 procent postów antyszczepionkowych, a na Facebooku do 73 procent.

- Główni bohaterowie "przemysłu antyszczepionkowego" to spójna grupa zawodowych propagandystów - pisze Ahmed w artykule opublikowanym w styczniu w "Nature Medicine". - Są to ludzie prowadzący sprawnie działające organizacje o międzynarodowym zasięgu, zarejestrowane głównie w USA, z których każda zatrudnia na stałe nawet po 60 pracowników. Tworzą podręczniki szkoleniowe dla aktywistów, dostosowują swoje komunikaty do różnych odbiorców i organizują spotkania, doroczne konferencje.

Organizacje monitorujące rynek antyszczepionkowy skierowały swój raport do właścicieli mediów społecznościowych. Podkreślają, że jeśli firmy BigTech nie zaczną działać teraz i nie zablokują możliwości publikowania i rozpowszechniania niebezpiecznych teorii spiskowych na największych platformach internetowych, pandemia będzie się przedłużać i więcej ludzi straci życie.

Po raz pierwszy apel do firm Big Tech został wystosowany jeszcze w marcu, ponowiono go w kwietniu, ponieważ nic lub prawie nic się nie zmieniło w tym czasie. Mimo że niektóre opisane w raporcie konta zostały potem zamknięte, pozostało jeszcze wiele miejsc w mediach społecznościowych, w których publikowane są dezinformujące treści. Autorzy raportu mówią o "niebezpiecznej porażce firm technologicznych, jeśli chodzi o właściwe i odpowiedzialne powstrzymywanie procederu rozsiewania kłamstw na platformach społecznościowych".

gazeta.pl

Grzegorz Sroczyński: - Dlaczego tak się panu ulało? "PiS stworzył golema postprawdy", "TVP narzuca prawej stronie sceny politycznej pałkarski styl". Przecież pan z nimi pracował.

Jan Pawlicki: Pracowałem. I tekst, który opublikowałem na portalu "Klubu Jagiellońskiego", to między innymi efekt moich obserwacji na stanowisku dyrektora Jedynki w telewizji Kurskiego.

- Ale dlaczego ulało się panu dopiero po pięciu latach?

Ulało się znacznie wcześniej, dlatego nie ma mnie w TVP. Teraz po prostu zawarłem to w syntetycznej formie, żeby było jakieś świadectwo, że nie każdy człowiek prawicy akceptuje świństwo. TVP wulgaryzuje debatę publiczną, w dodatku pod hasłami pluralizmu i wolności słowa. To jest mniej szkodliwe dla was, liberałów i lewicy, chociaż to wy najczęściej stajecie się obiektem nagonek „Wiadomości”, ale głównie szkodzi nam, prawicowcom. Bo tolerowanie tego nas totalnie kompromituje.

W 2015 roku zostałem zaproszony przez Jacka Kurskiego do przeprowadzenia zmian w TVP. Wtedy PiS zapowiadało likwidację spółek medialnych, powołanie w ich miejsce instytucji kultury, napisanie nowej ustawy, wyprowadzenie powszechnej opłaty audiowizualnej, która zapewniłaby mediom publicznym stabilne finansowanie, zapowiadano też pluralizm w radiu i TVP.

- Pan to brał serio?

To brzmiało wiarygodnie. Środowisko PiS krytykowało media liberalne głównie pod takim hasłem, że dziennikarze o prawicowych poglądach są stamtąd usuwani, mają problemy z utrzymaniem programów w mediach publicznych. "My właśnie tym się różnimy od platformersów, że nie będziemy tak robić" - mówiliśmy sobie. I takie były zapowiedzi prominentnych przedstawicieli PiS, na przykład Sellin w ten sposób się wypowiadał. Czy naiwnością było w to wierzyć? Być może.

- Gdzie jest ten punkt zwrotny, że ktoś popiera "dobrą zmianę", idzie na dyrektora do TVP, a potem pisze, że powstał golem postprawdy?

Współpraca z nimi dość szybko okazała się absolutnie niemożliwa. Myślałem, że oni biorą takich jak ja - prawicowców, którzy znają się na zarządzaniu mediami - żeby nam powiedzieć: "No dobra, wiemy, że macie podobne poglądy do nas, ale nie jesteście politykami, tylko zawodowcami, więc powiedzcie nam, jak te media należy robić". Tego nie było. Potrzebne były młotki do wbijania gwoździ.

- I jakiego gwoździa nie chciał pan wbić?

Pod koniec przygody z Kurskim miałem już praktycznie tylko gabinet. Spętano ręce wszystkim dyrektorom i szefom redakcji. Nigdzie - a pracowałem w TVN, Telewizji Republika i w paru innych miejscach - czegoś takiego nie widziałem. Konstruowanie golema zaczęło się od odebrania dyrektorom pełnomocnictw finansowych. Tak się nie da zarządzać. To jest ten diabeł i cała istota "dobrej zmiany" w TVP, że kluczyki do auta ma jedna osoba. I na tym też polega naiwność prezydenta czy premiera. Im się wydaje, że wystarczy kogoś dosadzić Kurskiemu do zarządu. Bo kiedyś tak było, że wśród członków zarządu jeden był z SLD, drugi wskazany przez PSL, trzeci skądś tam i wpływy się równoważyły. Teraz można Kurskiemu dosadzić nawet pięć osób, a i tak nic się nie zmieni.

- Bo?

Jakakolwiek autonomia dyrektorów anten została zlikwidowana, a wszelkie kompetencje programowe ma tzw. biuro korporacyjne ze swoim szefem, czyli wielkim wezyrem dyrektorem Stanisławem Bortkiewiczem, który podlega tylko Kurskiemu. Biuro spraw korporacyjnych decyduje na przykład o tym, jakie wnioski są kierowane na zarząd. Kurski jednoosobowo potrafił decydować, który artysta wystąpi na jakim koncercie albo ustalać szczegóły ramówki. Sto procent ręcznego sterowania od góry do dołu. Jak firmy zewnętrzne negocjują umowy z TVP, to mają dramat, bo okres podejmowania decyzji wydłużył się niemiłosiernie.

- To jest cecha osobnicza Kurskiego, czy logika systemu?

Nie wiem. Od środka to wygląda tak, jakby ktoś celowo wybrał wszystkie patologiczne mechanizmy, które występowały od zawsze w telewizji i je dodatkowo spatologizował. Wziął do kupy najgorsze błędy zarządzania, które istniały w TVP przez całą III RP, spotęgował je i z tych wszystkich słabości firmy ułożył nową strukturę. Z tego wyszedł chaos. I ten chaos jest generowany po coś.

- Po co?

Kiedy wprowadzasz chaos w firmie i tylko jeden dyrektor biura zarządu umie się w tym połapać, to jest to robione celowo. Na przykład po to, żeby ludzie nie wiedzieli, jak w tej strukturze się poruszać. A ci, co wiedzą, no to wiedzą. W takim chaosie budują się nowe nieformalne ścieżki, one muszą powstać, inaczej wszystko jest niedrożne. Jeżeli nagle likwidujemy w firmie dotychczasowe procedury i wprowadzamy nowe, które są niejasne, a jednocześnie toczy się ciągła przebudowa instytucji, czyli nowe procedury z zeszłego tygodnia w tym tygodniu są już inne - no to mamy mgłę totalną. Oczywiście taka struktura marnuje ogromne ilości pieniędzy.

- Ale jaki jest cel tej mgły? /W mętnej wodzie lepiej się łapie ryby - red./

Mgła jest dla samej mgły, czyli po to, żeby ludzie czuli się niepewnie. Wtedy nie ma procedur, tylko wydeptane ścieżki dojścia do czyjegoś ucha, najlepiej ucha głównego. Telewizja w tej chwili jest potężnym atutem w ręku Kurskiego, tak naprawdę stała się jego agencją PR-ową, która buduje mu markę osobistą. Konkurenci Kurskiego w obozie PiS muszą się z nim niebywale liczyć, bo się bardzo wzmocnił. To jest w tej chwili osobny samodzielny ośrodek władzy jak Nowogrodzka, Pałac Prezydencki czy Kancelaria Premiera. 

- Jakie są w pana konserwatywnym świecie słupy milowe w niechęci do PiS? Bo u liberałów i lewicy to wiadomo: Trybunał Konstytucyjny, Sąd Najwyższy, szczucie na LGBT, aborcja. A u was, prawicowców? Kiedy wy pękacie?

U mnie była głównie złość na ich politykę historyczną i kulturalną. Zapowiadali zwrot ku obszarom historii, które były pomijane w III RP. Już wcześniej powstał oddolny ruch społeczny, głównie młodych ludzi, mówię choćby o kulcie żołnierzy wyklętych. PiS to sobie wzięło i przemieliło w partyjną propagandę, z czegoś prawdziwego zrobili nieprawdopodobną siermięgę i po kolei zohydzili ludziom ważne historyczne tematy. Zapowiadali, że polska historia stanie się elementem naszej "soft power" na arenie międzynarodowej. Kompletnie to się nie udało. Zniechęcili młodych ludzi do historii, to moim zdaniem główny grzech PiS-u. Widać to na przykładzie mediów publicznych, ale też w produkcjach kina historycznego, finansowanych przez państwo - w większości są to niebywałe chały. Plus ten jacht Polskiej Fundacji Narodowej, który wypływał w rejs z napisem "I love Poland". Jak pan mnie pyta o słupy milowe, to były właśnie takie.

- Jacht?

To tylko symbol. Chodzi o ogólną kompromitację, którą prawica w Polsce będzie odkręcać przez dekady. Jeśli w ogóle to jest jeszcze możliwe. Oni robią w kulturze takie rzeczy, że zęby bolą.

- Kiedy najmocniej pana bolały?

W 2018 roku w okolicach stulecia odzyskania niepodległości. Obudzili się z ręką w nocniku - wielcy patrioci, którzy nie przewidzieli, że będzie setna rocznica - i coś wypadało zrobić. "Dobra, dobra, zróbmy coś na szybko, bo mamy stulecie niepodległości". Liczba kitów, którymi nas wtedy uraczyli, była wręcz nieprawdopodobna. Przekaz skierowali wyłącznie do własnego zaplecza, nie próbowano iść szerzej. Pieniądze wydano na projekty, które nie miały żadnego przełożenia na ideę budowania wspólnoty kultury narodowej.

- Czyli co pana najbardziej wkurzyło?

Jakość.

- Po pokazie telewizyjnego widowiska "1920. Wdzięczni bohaterom" na Stadionie Narodowym - kosztowało cztery mln zł - napisał pan takiego tweeta: "Ten narodowy kicz idealnie wpasowuje się w gusta medialnych macherów dobrej zmiany. Gówno pomalowane na biało-czerwono nadal jest gównem. Lubią cytować Herberta, ale nic z niego nie rozumieją. A zwłaszcza 'Potęgi smaku'".

Dokładnie tak. Wystarczy się wsłuchać w rytm bębnów i piszczałek, na których oni nam grają, żeby się zorientować, że to jest złe. Ta logika działa w ten sposób, że urzędnicy, decydenci i sponsorzy ze spółek skarbu państwa przekonują się do rzeczy kompletnie absurdalnych i potem nawzajem sobie gratulują, jakie to jest wspaniałe. Jeśli chcemy wykreować mity historyczne, które będą punktem odniesienia dla wspólnoty narodowej - całej, a nie tylko dla prawicy - to nie wolno tego robić w ten sposób. 

(...)

- Dlaczego prawicy wychodzą głównie gnioty?

Wy, lewicowcy, macie większy wpływ na ludzi kultury i liczniejsze przyczółki w tych środowiskach, bo po prostu doceniacie tę sferę. Prawica nie docenia. Dla nas ekonomia jest ważna, gospodarka, bezpieczeństwo, geopolityka, siły zbrojne. Ja na przykład jestem żołnierzem Wojsk Obrony Terytorialnej, to moja pasja i realizacja powinności obywatelskiej. Prawica robi ogromny błąd, że kultury nie docenia. Dlaczego lewicowo-liberalne Hollywood jest w stanie robić filmy historyczne o II wojnie światowej, gdzie amerykańska flaga powiewa co pięć minut, i te filmy nie są kiczowate, chociaż są patetyczne? Przecież to patriotyczne kino robią ludzie, którzy jednocześnie pilnują politycznej poprawności i dbają o parytety przy rozdawaniu nagród filmowych, co z mojego puntu widzenia jest idiotyczne i groźne. Lewica potrafi zrobić świetne kino, a prawica nie potrafi. I tyle.

gazeta.pl

środa, 2 czerwca 2021


Dziś PiS stał się zakładnikiem ordynarnej narracji narzucanej przez własne centrum propagandowe. Pokazała to dobitnie prezydencka kampania wyborcza z 2020 roku i wszystkie nieporadne próby podważenia pozycji Jacka Kurskiego w obozie władzy. TVP niszczy i wulgaryzuje debatę publiczną, w dodatku pod hasłami pluralizmu i wolności słowa. Narzuca dużej części prawej strony sceny politycznej i jej zapleczu pałkarski styl, powoduje, że jakakolwiek inna forma komunikacji staje się niemożliwa.

Konserwatyści będą mieli z tym poważny problem, ponieważ tradycja i patriotyzm zostały trwale złączone z drętwym partyjnym bełkotem, z bardzo płytkim intelektualnie językiem władzy. Sprowadzenie TVP do roli partyjnego organu, narzędzia polityki tożsamościowej, zagraża kulturze narodowej i identyfikacji Polaków z polskością. Oznacza to, że duża część obywateli niepopierających PiS znajduje się poza zasięgiem oddziaływania pojęć istotnych dla budowania wspólnoty, łączy je z zakłamaniem i manipulacją. TVP nadaje dziś fałszywy ton polskiemu konserwatyzmowi kulturowemu.

Jeżeli spojrzymy nieco szerzej na współczesne media, dostrzeżemy zgubne konsekwencje uszczelniania baniek informacyjnych używających odmiennych pojęć i kierujących się wrogimi systemami wartości. Potraktowanie TVP w sposób, w jaki zrobił to PiS, jest niedźwiedzią przysługą wyświadczoną wszystkiemu, co deklaratywnie partia ta chce wzmacniać: tradycyjnym wartościom, spójnej tożsamości narodowej, popularyzacji polskiej historii, a na końcu znajdującemu się w poważnym kryzysie wizerunkowym polskiemu Kościołowi katolickiemu.

Odpowiedzią opozycji na dramat, który możemy śledzić codziennie o 19:30 w TVP1, a przez całą dobę na antenie i portalu TVP Info, jest zakaz tworzenia przez telewizję programów informacyjno-publicystycznych przy jednoczesnym zniesieniu abonamentu i zablokowaniu rekompensat z budżetu. Oznacza to ni mniej, ni więcej tylko likwidację mediów publicznych przez ekonomiczne zagłodzenie. Platforma Obywatelska nie przedstawiła żadnego alternatywnego sposobu finansowania, uznać więc należy, że wygaszenie mediów publicznych jest ukrytym celem proponowanych zmian. Liberałowie tradycyjnie kalkulują, że nie potrzebują państwowej telewizji i radia, ponieważ sprzyjają im te prywatne.

By właściwie ocenić sytuację, w której się znaleźliśmy, warto bez uprzedzeń przyjrzeć się wzajemnym relacjom polityki i mediów w III RP. A te były bardzo bliskie, o ile rządziła lewica i liberałowie, natomiast chłodne i niechętne, ilekroć do władzy dochodziła prawica. Polski rynek medialny został ukształtowany w okresie transformacji ustrojowej i tuż po niej, następnie zmieniony przez cyfrową rewolucję i zagraniczny kapitał.

Zawsze jednak prawica pozostawała na tym polu słabsza, w równym stopniu przez własną indolencję, jak i przez czynniki od niej niezależne. Przez lata narastało po tej stronie przekonanie, że jakoś trzeba temu zaradzić. Bolesne doświadczenie kłopotów komunikacyjnych pierwszych rządów PiS-u i okres bezpośrednio po katastrofie smoleńskiej udowodniły, że stworzenie wyłomów w medialnym froncie stanowi dla prawicy niezbędny warunek odzyskania wpływu na debatę publiczną.

Prawicowi publicyści rzucili wtedy hasło powołania niezależnej telewizji, która przybrała kształt TV Republika pod kierownictwem Bronisława Wildsteina. Telewizja ta, choć mocno niedoinwestowana, była tworzona entuzjazmem zespołu i rzeczywiście stanowiła pewną przeciwwagę dla mainstreamu. Pamiętajmy, że mówimy o czasach, gdy rzecznik rządu spotykał się z prezesem spółki wydającej „Rzeczpospolitą”, by wysłuchać co znajdzie się na pierwszej stronie gazety, ABW dokonała brutalnego najścia na redakcję „Wprost”, zaś dziennikarze (w tym niżej podpisany) byli stawiani przed sądem za wykonywanie obowiązków służbowych. Dziś to już prehistoria, ale istotna o tyle, że tłumaczy (choć nie usprawiedliwia), co PiS zrobił z publiczną telewizją i radiem po wyborczym zwycięstwie w 2015 roku.

Początkowo plany były ambitne. Zapowiadano nową ustawę o radiofonii i telewizji, która zakładała likwidację spółek medialnych i przekształcenie ich w instytucje kultury, a także zastąpienie abonamentu powszechną opłatą audiowizualną. Ile z tych obietnic wyszło, wszyscy wiemy. Jarosław Kaczyński dał prezesowi TVP zielone światło na zmianę telewizji w użyteczną tubę propagandową oraz, co równie ważne, na wewnętrzną reformę organizacyjną spółki, w wyniku której pozbawiono jakiejkolwiek podmiotowości i decyzyjności dyrektorów anten. Te działania na zapleczu, choć pozornie nieistotne, mają kluczowe znaczenie dla kontroli przekazów TVP Info i „Wiadomości” przez czynnego polityka rządzącej partii oddelegowanego na Woronicza. Tak powstał twór kierowany z tylnego siedzenia przez prawą i lewą rękę Jacka Kurskiego – dyrektora Stanisława Bortkiewicza. To formalnie szef jednego z biur TVP, w rzeczywistości osoba kontrolująca przez swoich ludzi całą spółkę.

Można oczywiście zbyć wszystko stwierdzeniem, że różne media dają głos poszczególnym odłamom opinii publicznej. Można też wskazać – jak przy każdej okazji robi to Kurski – że „jego” TVP przyczyniło się do zwiększenia pluralizmu opinii, ponieważ nie śpiewa w liberalno-lewicowym chórze.

Pamiętajmy jednak, że powtarzając obowiązującą dziś na PiS-owskiej prawicy hasło: „stronniczość TVP gwarancją pluralizmu”, mówimy w istocie językiem Orwella. Dajemy szlachetne usprawiedliwienie fałszom i bezczelnym manipulacjom.

Zwolennicy Kurskiego argumentują, że media publiczne stanowią po prostu zwieńczenie „konserwatywnego filara” polskiego społeczeństwa – to analogia do systemu politycznego XX-wiecznej Holandii, w którym katolicy, protestanci, socjaliści i liberałowie posiadali swoje własne organizacje pozarządowe, związki zawodowe, gazety, a także kanały publicznej telewizji. Filarowa struktura społeczna w Niderlandach upadła wraz z końcem zimnej wojny, choć jej relikty trwają do dzisiiaj. Może się wydawać, że polska plemienność to już w zasadzie model holenderski.

Spójrzmy więc na koszty: rozpad wspólnoty narodowej, alienacja poszczególnych grup, które stają się po prostu sektami, niekorzystne zjawisko separacji baniek informacyjnych. Czy naprawdę chcemy, by Telewizja Publiczna przyspieszała ten proces?

Zwolennicy filaryzacji Polski mają świadomość tego, że filar lewicowo-liberalny jest znacznie silniejszy w mediach, kulturze, reklamie i biznesie niż filar konserwatywny, więc szans sukcesu upatrują w wykorzystaniu państwowego kapitału dla wzmocnienia własnych zasobów. Temu celowi służy zakup Polska Press i Ruchu przez Orlen czy lokowanie budżetów reklamowych spółek Skarbu Państwa w mediach Sakiewicza i braci Karnowskich. Równocześnie filar liberalno-lewicowy ma zostać podkopany przy pomocy działań administracyjnych.

Przykłady? Zablokowanie przez UOKiK przejęcia spółki Eurozet przez Agorę, pomysły dekoncentracji i repolonizacji mediów, a ostatnio projekt nowego podatku od reklam. Jeżeli naprawdę myślimy o zreformowaniu mediów publicznych na dłużej niż okres jednej czy dwóch kadencji, powinniśmy wziąć tę mapę interesów pod uwagę.

Posiadanie TVP rodzi też pewne problemy dla samego PiS-u. W rękach władzy znajduje się narzędzie kształtowania opinii publicznej o zszarganej reputacji. Polacy są bardzo silnie uodpornieni na propagandę robioną wprost i na twardo.

Materiały TVP Info czy „Wiadomości” stają się niewyczerpalnym źródłem memów i obiektem kpin, a oglądanie publicystyki i informacji tworzonej przez hunwejbinów Kurskiego staje się torturą nawet dla wytrwałych zwolenników Prawa i Sprawiedliwości. W chwilach kryzysów politycznych czy wizerunkowych płacą za to sami rządzący, którzy stają się zakładnikami logiki „ani kroku w tył”. Mści się brak kanałów komunikacji skierowanych do umiarkowanych, centrowych wyborców.

PiS może liczyć tylko na „betonowe” media Karnowskich i Sakiewicza, których zasięgi poza twardym elektoratem są nikłe. Z drugiej strony mamy konglomerat mediów prywatnych wrogich obecnej władzy. Stąd ścisła kontrola nad nawet toporną TVP wydaje się Jarosławowi Kaczyńskiemu sprawą krytyczną.

klubjagiellonski.pl

Narodowy Instytut Wolności (NIW) – Centrum Rozwoju Społeczeństwa Obywatelskiego to publiczna instytucja powołana do życia w 2017 r. Ma ona wspierać organizacje pozarządowe, fundacje i think-tanki. W skrócie takie podmioty określa się jako NGO (z ang. non-government organization).

Bezpośredni nadzór nad NIW-em sprawuje przewodniczący Komitetu ds. Pożytku Publicznego, czyli de facto wicepremier i minister kultury Piotr Gliński. Polityk PiS pełni bowiem obie te funkcje. Kompetencje Glińskiego w NIW są tak duże, że to do niego należy powoływanie dyrektora instytutu na pięcioletnią kadencję.

Sam Narodowy Instytut Wolności zarządza kilkoma programami wsparcia. Najważniejsze z nich to ogromne "worki pieniędzy". Do końca 2030 r. zostanie bowiem z nich rozdysponowane ponad 1,3 mld zł. Chodzi o:
  • Fundusz Inicjatyw Obywatelskich (FIO) z budżetem do 2030 r. w wysokości 800 mln zł;
  • Program Rozwoju Organizacji Obywatelskich (PROO) z budżetem na kolejne 9 lat w wysokości 585 mln zł;
Wnioski o dofinansowanie przyjmowane są kilka razy do roku. Ocenia je zespół ekspertów powoływany przez dyrektora NIW. Ta grupa tworzy listę wniosków do realizacji, którą ostatecznie zatwierdza na końcu sam dyrektor NIW.

(...)

Jak od początku maja alarmują dziennikarze portalu OKO.press, TVN 24 i "Gazety Wyborczej", pieniądze z funduszy NIW dawane są lekką ręką fundacjom i stowarzyszeniom, które działają albo bardzo niedługo, albo wręcz zostały zarejestrowane już po terminie składania wniosków. To o tyle dziwne, że statut NIW teoretycznie wyklucza przyznawanie środków pomocowych takim NGO-om, które istnieją krócej niż dwa lata.

Na te kwestie zwróciła również uwagę Federacja Mazovia grupująca 62 organizacje pozarządowe z terenu Mazowsza. Na swoim profilu na Facebooku napisała, że dotacje otrzymały organizacje istniejące kilka miesięcy, "za to przypadkiem (naprawdę, potraktujmy to jako przypadek) członkowie zarządów wszystkich tych organizacji są lokalnie i ponadlokalnie powiązani z partią Prawo i Sprawiedliwość".

O jakich kwotach mówimy? NIW dofinansował na początku maja fundację "Polska Wielki Projekt". Dostała ona ponad 791 tys. zł dofinansowania. Nie powinno to dziwić, bo w jej radzie zasiada sam wicepremier Piotr Gliński, a oprócz niego jest też w niej 25 innych osób powiązanych z PiS.

onet.pl

Michał Sutowski: - Piszesz o tym, że kolejne rewolucje inspirują się poprzednimi, polityka kolejnych epok ubiera się w historyczne kostiumy, nawet sam podział lewica/prawica jakoś odwzorowuje podział francuskiego Zgromadzenia Narodowego z końca XVIII wieku. Ale co z krajami jak Polska, gdzie rewolucja jest traktowana nie jako moment założycielski nowoczesnego narodu, tylko obcy import? Coś z gruntu złego, zbrodniczego? Kojarzy się z totalitaryzmem, a nie emancypacją?

Marek Beylin: To oczywiście robi różnicę, choć nie unieważnia istnienia i trwania rewolucji również w tych zbiorowościach, które się do niej nie przyznają.

- Na przykład Polacy.

Owszem, po tym, jak komuniści dokonali symbolicznej konfiskaty rewolucji 1905 roku, zapomnieliśmy o jej demokratycznym potencjale i niestety nie zmieniły tego wasz przewodnik na jej temat czy świetna książka Wiktora Marca. A przecież to była prawdziwie demokratyczna, obywatelska i masowa sprawa – rewolucja jako pierwsza w naszej historii objęła wszystkie klasy społeczne i pokolenia, a mimo to funkcjonuje w jakiejś niszy, w ciemnym kącie polskiej pamięci.

- Powiedziałeś, że komuniści skonfiskowali nam rewolucję 1905 roku, ale np. Adam Leszczyński pokazuje w Ludowej historii Polski, że ją po prostu wygrała prawica. To endecja i Kościół były zwycięzcami politycznymi tamtych wydarzeń, to oni zdobyli rząd dusz nowoczesnego społeczeństwa polskiego. To jak tu czerpać wzorce dla demokracji, jeśli ostatecznie wygrał zamordyzm…

To nie takie proste i wspomniany Marzec w Rebelii i reakcji błyskotliwie to pokazuje: rewolucja w Łodzi i Warszawie bezpośrednio przegrała, choć nie było to zwycięstwo caratu, który miał już inne problemy, tylko endeckiej autorytarnej tożsamości polsko-katolickiej, która zaczęła władać Polską.

- No właśnie…

Ale przecież rewolucja francuska dla kogoś, kto ją obserwował w 1810 czy 1820 roku, też była przegraną sprawą. Została po niej dyktatura Napoleona, a potem restauracja Burbonów, a w międzyczasie ofiary terroru, wielkie wojny i kupa gruzów. Bilans bezpośredni był rozpaczliwy i nie zmienił go nowoczesny kodeks cywilny… Tyle że kilkadziesiąt lat później ta rewolucja raz po raz przejawiała się w różnych zrywach, w kolejnych Republikach Francuskich, które upadały, aby w końcu wygrać, choć nie na raz i nie spektakularnie. Na tym polega „rewolucja długiego trwania”.

- Czyli mamy się pocieszać świadomością, że na dłuższą metę…

Mimo ówczesnej porażki rok 1905 miał szansę stać się wydarzeniem fundującym naszą Rzeczpospolitą. Świadczą o tym choćby radykalne programy zmian społecznych, które powstawały w podziemnym państwie AK i w uchodźczym Londynie, a także to, jak Polskę powojenną wyobrażał sobie Stanisław Mikołajczyk. Obietnice 1905 roku związane z losem robotników i chłopów, z organizacją państwa dawały znać o sobie w programach niemal wszystkich partii politycznych. Tak, tamta rewolucja mogłaby się ziścić w tym sensie, że inspirowałaby kolejne pokolenia bojowników o emancypację – niestety, została zabita przez komunizm.

- Zaraz, a nie trochę wcześniej? Przez elity władzy II Rzeczpospolitej, co najpierw same robiły tę rewolucję, co podkładały bomby, strzelały na ulicach do carskich żandarmów, a potem zostawały premierami i pisały programy szkolne? Przecież już w latach 20. okazało się, że Słowacki jest ważniejszym patronem nowej Polski niż Bolesław Limanowski, Ludwik Waryński czy Stefan Okrzeja. Może po prostu ta opowieść rewolucyjna była niewygodna, konfliktująca społeczeństwo, a tu trzeba było stabilizować kraj, a nie rozniecać resentymenty klasowe i przypominać, jak robotnicy tłukli fabrykantów…

Zgoda, pierwszą śmierć polskiej rewolucji spowodowała sanacja. Zresztą, nie trzeba było sięgać do Waryńskiego, wystarczyło sięgnąć do bardziej rewolucyjnych tekstów Mickiewicza i już mielibyśmy inną opowieść o narodzie - i obok wieszcza, także patrona emancypacji… Ten dylemat w jakiejś mierze opisuje Żeromski w Przedwiośniu, to jest problem każdej zmiany społecznej: ile ma być z Cezarego Baryki, a ile z Szymona Gajowca. Bo nie ma żadnej udanej zmiany społecznej bez gniewu Baryki, ale też bez czynnika stabilizującego, jakim są instytucje. Sam gniew rewolucyjny jest ślepy, ale bez niego elita władzy jest tylko gospodarzem upadającego folwarku, nigdy zaś szklanych domów…

- No dobrze, czyli sanacja skasowała Barykę, a Gajowiec został ekonomem goniącym chłopa do roboty, względnie bawiącym na rautach u pana dziedzica. Komuniści skasowali rady robotnicze i różne pomysły, co by pracownicy naprawdę zarządzali zakładem. Ale trochę lat minęło już od tego czasu…

A po 1989 roku nie prowadziliśmy prodemokratycznej edukacji w Polsce, bo nawet nie zdawaliśmy sobie sprawy, że mamy dobre wzory, do których można by sięgnąć. To umykało naszej wyobraźni: sądziliśmy, że demokracja nastanie sama, trzeba tylko zbudować zręby instytucji i edukować ludzi do zaradności i przedsiębiorczości. Rewolucja 1905 roku to przesłanie – wolności, równości, solidarności – niosła i można było je przypomnieć jako polską część dziedzictwa, jako coś, co nie wymaga importu. Ale to wypadło z pamięci, przyznaję, że również z mojej.

- No i co z tego zapomnienia wynikło?

Pierwsza konsekwencja jest taka, że skoro wypieramy wzorce demokratyczne, to ciągłość polityczną Polski opieramy na dwóch trumnach, Dmowskiego i Piłsudskiego, z których co jakiś czas wyskakują truchła i chcą nami rządzić – co widać po czasach PiS. Po drugie: zamiast pracy demokratycznej i walk emancypacyjnych pamiętamy jedynie ruch narodowo-wyzwoleńczy. A gdybyśmy lepiej uprzytomnili sobie demokratyczny sens rewolucji 1905 roku, to moglibyśmy też lepiej opisywać bliższy nam w czasie PRL.

- Jako tę wypaczoną rewolucję?

Moglibyśmy w PRL zobaczyć nie tylko bolszewicki najazd, ale też dostrzeglibyśmy wielkie poruszenia robotnicze i ludowe lat 40., skierowane przeciw władzy, gdy PPS i PSL były zakorzenionymi społecznie potęgami, a idee rewolucji, zwłaszcza robotniczej samorządności, były bardzo żywe. I potem moglibyśmy zobaczyć, jak w Solidarności te idee się odradzają, jak zbiorowa pamięć przenosi te wzory działania… Ale myśmy tego nie zauważyli, nie potrafiliśmy wobec tego wykorzystać.

- A teraz?

Lata 40. zaczęły być opisywane w ten sposób, ale przez badaczki i badaczy spoza Polski, jak Małgorzata Fidelis czy Padraic Kenney. I dopiero teraz jesteśmy na początku drogi do uprzytomnienia sobie, że polskie społeczeństwo jest bytem bardziej zróżnicowanym niż tylko plemiona podległe dyktatowi zmiksowanej pamięci tych dwóch trumien wielkiego czynu narodowo-wyzwoleńczego. Że istnieją też pamięci inne, demokratyczno-rewolucyjno-ludowe.

- A jak już to dostrzeżemy i już napiszemy te książki…

No właśnie. Trzecią konsekwencją odrzucenia dziedzictwa rewolucji 1905 jest to, że ono niesłychanie utrudnia pracę myślową i praktyczną nad tym, czym jest demokratyczna obietnica dzisiaj. Ciągłość i modyfikacje wzorów rewolucji we Francji, ale też w Niemczech, Holandii czy Włoszech przez ponad dwa stulecia, wykształciły wielkie zasoby, żeby pracować nad tym, czym w ogóle mogą być dzisiaj te demokratyczne obietnice: wolność, równość, braterstwo i siostrzeństwo. Ostatecznie robimy to, ale później, niż należałoby dla naszego dobra to robić.

krytykapolityczna.pl

poniedziałek, 31 maja 2021


2021 r. rokiem dogecoina jest i basta. Kryptowaluta przebojem wdarła się do ścisłej czołówki największych kryptowalut. Łączna wartość wszystkich dogecoinów wynosi obecnie blisko 80 mld dolarów. To rzecz jasna mniej od bitcoina i ethereum, ale jednocześnie o wiele więcej od bardziej popularnych w latach poprzednich litecoina, tethera czy bitcoin cash.

Powyższej historii można dodać jeszcze więcej pikanterii – dogeocoin jest bowiem wart więcej niż giganci tacy jak BASF, Dell, Activision Blizzard, Heineken czy Nintendo. O spółkach z GPW nawet nie ma co wspominać – nawet Allegro warte jest mniej niż 15 mld USD. Rzecz jasna porównujemy tu różne klasy aktywów (kryptowaluta vs. akcje), ale nadal pokazuje to skalę, do jakiej urósł dogecoin (czasami tłumaczony na polski jako „pieseł”).

(...)

Historia dogecoina sięga końcówki 2013 r. Dla znawców historii kryptowalut nie jest to data obojętna – właśnie wtedy bitcoin notował swój pierwszy rajd śledzony przez media głównego nurtu. Na nagłówki trafiał zarówno wzrost kursu w pobliże 1000 dolarów, jak i symboliczne przebicie ceny jednej uncji złota. Właśnie w takich realiach dwaj amerykańscy programiści – Billy Markus pracujący dla IBM oraz Jackson Palmer zatrudniony przez Adobe – postanowili dla żartu stworzyć alternatywną kryptowalutę. Jej nazwa, dogecoin, związana była z popularnym memem opartym na wizerunku psa rasy shiba-inu. Jak przyznał w liście otwartym do użytkowników Billy Markus, „opracowanie dogecoina zajęło około 3 godzin, a sporo z tego czasu zajęło zaimplementowanie czcionki Comic Sans i kilku grafik”.

Żart ewidentnie spodobał się ówczesnej społeczności kryptowalutowej. 16 grudnia 2013 r. cena otwarcia dogecoina wynosiła 0,0002993 dolara. Zaledwie trzy dni później jednostka kryptowaluty kosztowała już 0,001162 dolara (+467,7 proc.). Kluczowe dla okresu szczenięcego dogecoina było jednak przetrwanie ataku hakerskiego, do którego doszło w Boże Narodzenie 2013 r. Hakerom udało się wykraść kilkanaście milionów dogecoinów. Z jednej strony było to cios dla dopiero co powstałej kryptowaluty, z drugiej… za sprawą ataku o dogecoinie zaczęło być głośno. Co najistotniejsze, społeczność uruchomiła akcję „Uratuj DogeŚwięta” (ang. Save Dogemas), której celem była pomoc osobom poszkodowanym w wyniku ataku hakerskiego. Wystarczył miesiąc, aby wszystkie straty zostały pokryte, co tym razem przysporzyło dogecoinowi jednoznacznie pozytywnego rozgłosu.

Dogecoinowcy postanowili pójść za ciosem. Na początku 2014 r. zebrali kilkadziesiąt tysięcy dolarów dla jamajskiego zespołu bobslejowego, który zakwalifikował się, ale nie był w stanie opłacić kosztów udziału w zimowych igrzyskach olimpijskich w Soczi. Wsparcie otrzymał także hinduski saneczkarz Shiva Keshavan. Obie informacje trafiły do największych światowych mediów, co jeszcze bardziej zbudowało pozytywny wizerunek dogecoina. Pozytywny wydźwięk miała także dogecoinowa zbiórka na budowę studni w Kenii czy wsparcie psów przewodników i korzystających z ich pomocy dzieci.

Powstanie dogecoina było bezpośrednio związane z rosnącą popularnością bitcoina oraz innych kryptowalut (tzw. altcoinów). Twórcy waluty opartej o internetowy mem wykorzystali otwarty kod źródłowy innych kryptowalut, wprowadzając pewne zmiany. Przykładowo, początkowo przewidywano, że maksymalna liczba dogecoinów może wynieść 100 miliardów wobec 21 miliardów w przypadku bitcoina.

To właśnie z maksymalną liczbą jednostek kryptowaluty związana jest główna charakterystyka odróżniająca dogecoina od bitcoina i innych „deflacyjnych” kryptowalut. Szybko okazało się, że maksymalny poziom zostanie osiągnięty już w 2015 r., wobec czego twórcy dogecoina znieśli górny limit – od tamtej pory co rok podaż kryptowaluty rośnie o 5 miliardów jednostek. W przypadku bitcoina limit jest sztywny, a z każdym rokiem przybywa coraz mniej jednostek (obecnie wydobyto już 89 proc., lecz w związku z rosnącym poziomem trudności wydobywania datę wydobycia ostatniej jednostki szacuje się na rok 2140).

bankier.pl