niedziela, 23 maja 2021


Michał Sutowski: - Niedawno po raz kolejny ogłoszono wysokość średniej płacy w Polsce, na nieco ponad 5,5 tysiąca złotych, czyli około 4 tysięcy na rękę – ilu Polaków odnalazłoby się w takich wyliczeniach?

Katarzyna Duda: To jest średnia GUS z lutego, dokładnie 5569 złotych brutto, która nie dotyczy przedsiębiorstw zatrudniających mniej niż 10 osób ani wszystkich zatrudnionych na zleceniu i dziele. Zliczono ją więc z 8,5 miliona ludzi, gdy wszystkich pracujących jest około 16,5 miliona.

- Czyli to jest średnia dla niemal połowy rynku pracy?

I to tej lepszej. Bo w grupie przedsiębiorstw, gdzie zatrudnia się poniżej 10 osób – to wynika wyraźnie z raportów Państwowej Inspekcji Pracy – skala naruszeń praw pracowniczych jest znacznie większa, można więc spokojnie przyjąć, że zarobki tych w sumie 4 milionów pracowników będą niższe. Do tego dochodzi „śmieciowa” część rynku pracy czy, mówiąc bardziej precyzyjnie, zatrudnieni na umowach cywilno-prawnych: zlecenia, co dotyczy ponad miliona osób, i na umowach o dzieło. A także osoby prowadzące jednoosobową działalność gospodarczą.

- Ilu tych „zleceniobiorców” to dobrowolni freelancerzy, a ilu – przymusowi prekariusze? I chyba można założyć, że ci bez etatu zarabiają, oczywiście średnio, mniej niż ci z umowami o pracę?

Trudno to wszystko stwierdzić. Co do wynagrodzeń, to ZUS dopiero niedawno zaczął liczyć, ile osób w ogóle pracuje na dziełach.

- Jak to możliwe?

Ponieważ instytucje państwa nie zawsze nadążają za zmianami zachodzącymi w świecie pracy. O zapóźnieniu instytucji świadczy np. to, że nadal nie są prowadzone statystyki dotyczące skali pracy za pośrednictwem platform internetowych. Pewnie upłynie kilka lat, zanim poznamy prawdziwą skalę tego zjawiska.

(...)

- Trochę zatem wiemy o strukturze zatrudnienia, ale co my właściwie wiemy o polskich zarobkach? Poza tym, że tę średnią co miesiąc przy wypłacie to widzi raczej mniejszość? I że podobno Niemcy nam tych płac zazdroszczą…

Firma Symmetrical Labs opublikowała niedawno badanie, z którego wynikało, że 17 proc. pracujących zarabia średnią krajową lub wyżej, czyli około 4 tysięcy złotych netto, reszta poniżej. Z tego poniżej około jednej piątej zarabia minimalną krajową i między 3 a 4 tysiące na rękę, a 34 proc. – między 2 a 3 tysiące złotych.

- To nie wygląda na jakąś wielką polaryzację, względnie „morze biedy” i niewielką grupę bardzo zamożnych. Dochody rozkładają się w miarę równomiernie.

Tylko 2 proc. ma miesięczne dochody od 7,5 tysiąca w górę, w tym 1 proc. powyżej 10 tysięcy miesięcznie – cały czas mówimy o zarobkach netto. Ale tych zarabiających minimum wcale nie jest najwięcej. Nie ma w Polsce „dwóch światów”, biegunowo od siebie odległych, jest raczej kontinuum różnych dochodów, przy czym oczywiście większość zarabia… raczej mniej niż więcej.

- A gdybyśmy kręcili, powiedzmy, serial o „statystycznym Polaku”, takim średniaku polskim, to ile on powinien zarabiać? Medianę? Pracować w biurze, w szkole czy fizycznie?

Mediana to 4100 brutto, czyli blisko 3 tysiące na rękę – to wartość środkowa – dokładnie połowa zarabiających jest wynagradzana poniżej tej wartości a druga połowa powyżej, aczkolwiek to znaczy różne rzeczy w zależności od miejsca zamieszkania, sytuacji rodzinnej, posiadania mieszkania na własność lub na kredyt, wynajmowanego komercyjnie lub na preferencyjnych warunkach, itp. To może nam przecież różnicować faktycznie rozporządzalny dochód o 1–2 tysiące złotych – i bardzo zmieniać sytuację życiową. Najwięcej jednak dowiemy się, patrząc na strukturę wynagrodzeń według GUS, publikowaną co dwa lata – obejmuje ona prawie 8,5 miliona pracowników, z czego blisko jedna trzecia w sektorze publicznym.

- I co z niej wynika?

Na samej górze są przedstawiciele władz publicznych, urzędnicy i kierownicy – to jest grupa wyraźnie najbogatsza. Następnie mamy specjalistów, potem techników i średni personel, pracowników biurowych – schodzimy coraz niżej, dalej są robotnicy przemysłowi, rzemieślnicy, pracownicy usług i sprzedawcy, potem rolnicy, ogrodnicy, leśnicy i rybacy; wreszcie pracownicy wykonujący proste prace: sprzątający, pomoce domowe, ale też pomocnicy w budownictwie czy przemyśle.

- I gdzie są średniacy? Kto jest najbardziej przeciętny?

To jasne, że nie przedstawiciel władzy publicznej, kierownik ani specjalista, bo oni wszyscy są najczęściej w górnych 2 proc. dochodów; lekarze na przykład zarabiają średnio 9 tysięcy złotych brutto, podobnie architekci. Najgorzej z kolei wypadają ochroniarze, rolnicy i leśnicy, gdzie 60–70 proc. grupy zawodowej zarabia blisko 2 tysiące złotych.

- Przeciętniak to będzie zatem pracownik biurowy?

Zapewne, ewentualnie lepiej zarabiający pracownik usług, np. kelner czy barman albo robotnik wykwalifikowany.

- To typ wykonywanego zawodu, a czy są silne podziały branżowe, jak to było np. w PRL? To znaczy, że różnice zarobków wynikają nie tylko z tego, co robisz, ale przede wszystkim – gdzie?

Fakt, że dużo zarabia się w technologiach informatycznych, bankowości czy telekomunikacji, nie będzie pewnie zaskakujący, nieźle jest też w przemyśle ciężkim i energetyce. Blisko średniej są przemysł lekki, media i reklama, a także budownictwo. Ciekawie robi się za to na dole – zdecydowanie najgorzej zarabia się w sektorach ochrony zdrowia, usług dla ludności, nauce i szkolnictwie, a także kulturze i sztuce.

- To są średnie, ale też chyba rozwarstwienie w tych branżach jest różne? Wszyscy nauczyciele zarabiają z grubsza podobnie, ale wszyscy pracownicy ochrony zdrowia już niekoniecznie?

Dlatego, mimo tych różnic między gałęziami gospodarki, najwięcej powie nam inny wskaźnik, czyli wielkość przedsiębiorstwa, bo tu prawidłowość jest bardzo czytelna. W firmach zatrudniających do 19 pracowników zarabia się po prostu mniej, nawet specjaliści czy kierownicy dostają wyraźnie niższe wynagrodzenia niż ludzie na tych samych stanowiskach w firmie, gdzie pracuje 50 czy 70 osób. Próg, po którym następuje skokowa różnica, to właśnie 19 osób i średnia na rękę 3100, wyżej zarabia się tylko więcej.

- A co do zasady lepiej się zarabia jako pracownik umysłowy niż fizyczny? Czy ta reguła zawsze obowiązuje?

Wbrew pozorom nie wszędzie. Różnice są bardzo wyraźne tylko na samej górze i na samym dole, tzn. umysłowi na górze zarabiają bardzo dobrze, co pewnie nie jest zaskakujące, a fizyczni na dole bardzo źle. Już „pośrodku” sprawy się komplikują, nie ma przepaści w środkowych, powiedzmy, 40 proc. – hydraulik może zarabiać lepiej niż dziennikarz czy muzealnik, nie mówiąc o nauczycielce.

krytykapolityczna.pl

środa, 12 maja 2021


Jeden z tych celebrytów, posługujący się pseudonimem Big Logo i znany głównie z filmików przedstawiających go jedzącego w luksusowych restauracjach, przeprosił za publikację „bezmyślnych” nagrań z apartamentów prezydenckich w drogich hotelach – podał hongkoński dziennik „South China Morning Post”.

Inny internauta skrytykowany przez państwowe media, Xiaoyu, dzielił się z użytkownikami swoimi doświadczeniami z luksusowego centrum opieki poporodowej w Szanghaju, które kosztuje 2 mln juanów (1,1 mln zł) za miesiąc. Xiaoyu przeprosił za „przesadnie rozrywkowy” i "wprowadzający w błąd" styl filmiku, który skrytykowały chińskie media.

(...)

W ubiegłym tygodniu oficjalna chińska agencja prasowa Xinhua zwróciła uwagę na rosnącą popularnością nagrań przedstawiających rozrzutny styl życia bogatych celebrytów internetowych. Oskarżyła ich o „ślepe dążenie do klików i korzyści oraz lekceważenie odpowiedzialności społecznej”.

Xinhua podała przy tym przykłady influencerów, którzy chwalili się płaceniem 10 tys. juanów (5,5 tys. zł) za strzyżenie, 350 tys. juanów (29,3 tys. zł) za łóżko i 400 tys. juanów (221,6 tys. zł) za garnitur. „Zaprzeczają oni powszechnym wartościom gorliwości, gospodarności i ciężkiej pracy” – oceniła.

„Tego rodzaju treści zaważą w długim okresie na wartościach i postawach widzów względem bogactwa, wywierając niekorzystny wpływ, który nie powinien być przeoczony” – skonstatowała chińska agencja.

Po tych komentarzach państwowej agencji platforma Douyin zaczęła wyświetlać użytkownikom poszukującym nagrań Big Logo i Xiaoyu apel o "racjonalną konsumpcję" i "zdrowe podejście" do wydawania pieniędzy. Obaj twórcy usunęli skrytykowane przez Xinhua filmiki.

bankier.pl

Robert Czulda: - Czy mógłby Pan przedstawić francuski obszar oddziaływania w tym regionie?

Barthélémy Courmont, starszy badacz w IRIS i kierownik Programu Azja-Pacyfik, profesor Wydziału Historii Uniwersytetu Katolickiego w Lille: Częścią Republiki Francuskiej jest Polinezja Francuska, a także Nowa Kaledonia, gdzie w 2018 roku, a następnie w 2020 roku odbyły się niepodległościowe referenda. Obszar pozostał jednak częścią Francji. Mamy również dwie małe wyspy na południowym Pacyfiku – Wallis i Futuna. Dość wymienić francuską wyspę Reunion niedaleko wybrzeży Madagaskaru. To również Majotta, która znajduje się pomiędzy Madagaskarem a wschodnią Afryką. Majotta również głosowała nad własną niepodległością, ale ostatecznie wybrano pozostanie częścią Francji. Teraz ma status departamentu. Na tym obszarze mieszka około 1,5 miliona osób – to więcej francuskich obywateli niż w niejednym departamencie Francji metropolitalnej. Kontrola na tymi obszarami tworzy podstawę strategii na obszarze Indo-Pacyfiku.

Tym samym widać, że francuskie terytorium rozciąga się od wschodnich wybrzeży Afryki do Polinezji – to gigantyczny obszar, idealnie odzwierciedlający koncepcję Indo-Pacyfiku. Nie można zapominać o aspekcie historycznym, przede wszystkim czasach francuskich kolonii w regionie. Wietnam, Laos i Kambodża pozostawały przez długi czas pod kontrolą Paryża, co skutkowało francuskim zaangażowaniem w wojny w latach 1946-1954. Francja po dziś dzień utrzymuje ważne związki nie tylko polityczne i strategiczne, ale również językowe i kulturowe. Najwyraźniejszym przykładem jest Kambodża, w której język francuski nadal jest wykorzystywany. Znaczenie francuskiego w kambodżańskiej kulturze oczywiście maleje, ale wpływ nadal można dostrzec. Czynnik ten stanowi kolejny element zwiększający francuskie zainteresowanie regionem.

(...)

- Jak Francja podchodzi do coraz wyraźniejszej rywalizacji Chin i Stanów Zjednoczonych?

Oficjalnie Francja nie stoi po żadnej ze stron i deklaruje neutralność, a wyjaśnieniem obecności w regionie jest chęć ochrony swych interesów. Niemniej jednak celem Paryża jest utrzymywanie swobody nawigacji, w tym na Morzu Południowochińskim, co sprawia, że Francja nie jest może rywalem, ale znajduje się w opozycji do Chin i ich działań. Nie oznacza to, że Francja jednoznacznie staje po stronie Stanów Zjednoczonych. Paryż, przynajmniej dotychczas, odrzucał możliwość dołączenia do współpracy w ramach QUAD (Stany Zjednoczone, Indie, Australia, Japonia), ale oczywiście jest zaangażowany w regionalne problemy. Przykładem niech będzie spór Wietnamu z Chinami. Wietnam współpracuje z Francją, bowiem wietnamski rząd swoje stanowisko opiera na dokumentach przygotowanych jeszcze przez Francuzów w czasach kolonialnych. Innymi słowy, Francja jest oficjalnie neutralna, ale w praktyce jest zaangażowana.

(...)

- Jak politycy w Paryżu podchodzą do ekspansjonistycznych działań Chin? 

Chińskie działania odbierane są jako gigantyczne wyzwanie. Pogląd Francji nie różni się zbytnio od oficjalnego stanowiska Unii Europejskiej, która zwraca uwagę na ryzyko związane z tak zwaną „systemową rywalizacją”. W tym kontekście należy pamiętać, że Francja ma bardzo dobre relacje z Chinami, dużo lepsze niż Pekin ze Stanami Zjednoczonymi. Paryż uznał ChRL już w 1964 roku. Od tego czasu zbudowano silne relacje bilateralne, oparte nie tylko na współpracy gospodarczej, ale również kulturalnej i dyplomatycznej. Francja postrzega Chiny jako kluczowego partnera, choć jednocześnie widzi związane z tym państwem wyzwania dla bezpieczeństwa w regionie. Dotyczy to również rosnących obaw co do narastającej chińskiej obecności na południowym Pacyfiku. Paryż w coraz większym stopniu zastanawia się jak zabezpieczyć Nową Kaledonię przez chińskim apetytem.

(...)

- Czy wszystkie grupy polityczne we Francji prezentują podobne stanowisko względem Chin?

We francuskiej polityce generalnie istnieje zgoda co do istnienia chińskiego wyzwania. Nie dostrzegam żadnej politycznej grupy, która we Francji miałaby w tej sprawie odmienne zdanie, choć oczywiście istnieją różnice co do tego, jak na to wyzwanie reagować. Nie ma jednak obozów „jastrzębi” i “gołębi”, które kłóciłyby się w sprawie Chin. Widać jednak, że Chiny próbują zbudować sobie we Francji polityczne wpływy. To powód do zaniepokojenia. Pekin ma wpływ na francuską politykę, choć na poziomie lokalnym, a nie centralnym. Chiny oddziałują także na byłych oficjeli. Warto wspomnieć taką osobę jak Jean-Pierre Raffarin, premier Francji w czasie rządów prezydenta Jacquesa Chiraqa. Raffarin jest bliskim przyjacielem Chin, dokąd często jest zapraszany. Prowadzi również fundację, której celem jest wzmacnianie francusko-chińskiego partnerstwa. Nie twierdzę, że Raffarin prowadzi działania w imieniu Chin, ale jest jednym z narzędzi chińskiego wpływu we Francji.

defence24.pl

wtorek, 11 maja 2021


Kiedy w marcu były Minister Przemysłu i Technologii Informacyjnych – Miao Wei w referacie wygłoszonym na czwartej sesji 13. Chińskiej Ludowej Politycznej Konferencji Konsultacyjnej Komitetu Narodowego stwierdził, że kraj jest nadal producentem trzeciej ligi, podważyło to skuteczność wprowadzanych w ostatnich latach ambitnych planów Pekinu zmierzających do przekształcenia kraju w mocarstwo technologiczne. Obecnie Chiny znajdują się na półmetku jednej ze sztandarowych strategii – „Made in China 2025” (MIC 25) , co w obliczu surowej oceny Miao Wei, zmusza do refleksji nad skutecznością inicjatywy.

Słowa byłego ministra uderzają w MIC 25 tym silniej, że temat zaawansowania produkcji przemysłowej zna on nie tylko ze swojej politycznej kariery, ale przede wszystkim biznesowej (były prezes Dongfeng Motors, któremu przypisuje się uratowanie giganta motoryzacyjnego przed bankructwem). Trudno odmówić Chinom ogromnego potencjału produkcyjnego – ten etap rozwoju zrealizowano już z nawiązką – od lat 50. XX w. wartość dodana wytwarzana przez przemysł przetwórczy w ujęciu realnym zwiększyła się około 1000 razy. W 2019 r. Chiny odpowiadały za 28,5 proc. globalnej wartości dodanej w przemyśle przetwórczym (udział USA wynosił 11 proc.).

Trudno też odmówić Chinom kompleksowości produkcji – zgodnie z klasyfikacjami ONZ wytwarzają wszystkie kategorie produktów przemysłowych, czego nie można powiedzieć o żadnym innym kraju. Jednak teraz nastał etap umacniania i udoskonalania produkcji. W latach 2012-2019 stosunek wartości dodanej do produkcji brutto oscylował w Chinach wokół 20 proc., co było niższe w porównaniu do krajów-liderów – w USA czy Niemczech w analogicznym okresie udziały przekraczały 30 proc.

Umiejscowienie Chin w trzeciej lidze producentów wynika z pojmowania globalnej gospodarki jako piramidy. Na najwyższym poziomie znalazły się USA jako centrum innowacji technologicznych. Poziom drugi stanowi produkcja z tzw. najwyższej półki, którą oferują przede wszystkim gospodarki Unii Europejskiej (głównie Europy Zachodniej) oraz Japonia. Poziom trzeci obejmuje rynki rozwijające się, wśród których bezsprzecznie dominują Chiny. Natomiast poziom najniższy piramidy należy do krajów będących eksporterami zasobów, głównie do państw OPEC, krajów Afryki czy Ameryki Łacińskiej.

(...)

Z teorią piramidy komponują się MIC 25 oraz będąca jej kontynuacją strategia „China Standards 2035”. Zgodnie z MIC 25 Chiny do 2025 r. mają osiągnąć status głównej siły produkcyjnej. Drugi etap rozwoju wiąże się z wyznaczaniem standardów produkcji globalnej, szczególnie wysokich technologii i ma zakończyć się w 2035 r. Natomiast do setnej rocznicy powstania Chińskiej Republiki Ludowej (2049 r.) kraj ma się przekształcić w supermocarstwo produkcyjne – czyli zajmie miejsce USA.

Cel ma zostać osiągnięty przez zwiększenie konkurencyjności gospodarczej, umocnienie pozycji w globalnych łańcuchach wartości, transformację w kierunku nowych technologii i zmniejszenie zależności od firm zagranicznych. Postęp technologiczny i innowacje odegrają rolę siły napędowej dla chińskiego wzrostu i produktywności. Priorytetowymi sektorami strategii są m.in. technologie nowych generacji, wysokiej klasy skomputeryzowane maszyny, pojazdy elektryczne czy zaawansowane urządzenia medyczne.

(...)

W planie określono mierniki oceniające stan zaawansowania realizacji celu. Przykładowo, do 2025 r. udział krajowych systemów operacyjnych i oprogramowania na chińskim rynku powinien przekraczać połowę dotychczas kupowanego. Obecnie zaledwie 3 proc. systemów operacyjnych tworzonych jest w Chinach. Do 2025 r. firmy krajowe mają w 80 proc. zaspokajać chiński popyt na wyposażenie ICT oraz terminale, a chipy w 40 proc. powinny być wytwarzane lokalnie. Pułapy te mogą być trudne do osiągnięcia, biorąc pod uwagę, że obecnie 80 proc. zapotrzebowania na układy scalone zaspokaja import, a około połowa podstawowych komponentów i technologii sprowadzana jest z zagranicy.

Strategia MIC 25 zakłada, że do 2030 r. Chiny będą wiodącym światowym producentem chipów. Jednak osiągnięcie takiego statusu jest mało prawdopodobne, gdyż zgodnie z raportem IC Insights, Kraj Środka w 2020 r. odpowiadał za 15,9 proc. światowej produkcji, a w 2025 r. ten udział ma wynieść 19,4 proc. Także w produkcji technologii teleinformatycznych Chinom daleko do udziału największego konkurenta, chociaż zbliżają się już do pułapu unijnego. W absolutnych wydatkach na badania i rozwój Chiny ustępują tylko USA, jednak we wskaźnikach relatywnych już daleko im do światowej czołówki, co wpływa negatywnie na jakość i poziom prowadzonych badań.

Pesymistyczny obraz Chin w niektórych sferach rozwoju produkcji na półmetku MIC 25 rodzi pytania, co poszło nie tak i gdzie należy skoncentrować wysiłki w następnych latach, aby przybliżyć się do zakładanego celu. W inteligentnej produkcji, cyfryzacji i nowych technologiach Chiny chcą zostawić swoich zagranicznych konkurentów w tyle, jednak droga do celu jest wyboista. Dzieje się to na skutek kilku czynników.

Po pierwsze, brak podstawowych zdolności produkcji, co wiąże się z niedoborami  kluczowych technologii. Po drugie, innowacje w produkcji są niewystarczające, co wynika z wciąż zbyt niskiej jakości działalności badawczo-rozwojowej. Po trzecie, jakość i niezawodność produktów nadal stanowią piętę achillesową Chin. Po czwarte, przemysłowy łańcuch dostaw wymaga przebudowy, gdyż nadal istnieje nadwyżka mocy produkcyjnych w zakresie produktów generujących niską wartość dodaną, natomiast brakuje zdolności produkcyjnych w wytwarzaniu dóbr o wysokiej wartości dodanej. Chiny coraz mniej zależą od zagranicznej wartości dodanej, także w branżach technologicznych, jednak zdaniem wielu ekspertów spadek tej zależności nie zachodzi z taką dynamiką, jakiej życzyłby sobie Pekin. Ponadto od drugiej ligi producentów dzieli je znacznie mniejsza liczba znanych globalnie marek.

Jednak istnieją obszary, gdzie Chiny faktycznie bardzo dobrze sobie radzą. Dotąd powstało ponad 530 inteligentnych parków przemysłowych. Główny nacisk położono na stworzenie „Internetu przemysłowego” możliwego dzięki wdrożeniu technologii takich jak AI, robotyka, Big Data i przetwarzanie w chmurze. W opublikowanych niedawno wynikach ankiety przeprowadzonej GeoTech Center wśród ponad 100 ekspertów technologicznych, ponad połowa z nich stwierdziła, że Chiny będą mieć największy wpływ na rozwój AI na świecie w następnych 2-5 latach. Ponadto prognozuje się, że w ciągu następnej dekady działalności związane z AI będą odpowiadały za 26 proc. chińskiego PKB, co będzie stanowić prawie dwukrotność tego miernika w Ameryce Północnej. Chociaż liczba chińskich patentów w AI jest czterokrotnie mniejsza niż USA, to na koniec listopada 2020 r. aż 5 chińskich podmiotów znalazło się wśród właścicieli największej liczby rodzin patentów w zakresie AI i uczenia maszynowego.

obserwatorfinansowy.pl

Część poświęcona polityce zagranicznej zawierała cztery główne tezy. Po pierwsze Rosja prowadzi pokojową politykę i pragnie rozwijać poprawne stosunki nawet z państwami, które mają do niej negatywne nastawienie. Po drugie FR ma swoje interesy i będzie ich zdecydowanie bronić. Po trzecie musi zmierzyć się z polityką innych krajów, które kierują się irracjonalną wrogością wobec Moskwy i posługują się bezprecedensowo drastycznymi metodami (włączając w to organizację zamachów na liderów innych państw oraz przewrotów wewnętrznych, a także masowe ataki cybernetyczne). Po czwarte rosyjska agenda międzynarodowa ma przede wszystkim na celu pragmatyczne rozwijanie współpracy i integracji gospodarczej w ramach Wielkiego Partnerstwa Eurazjatyckiego, a także Eurazjatyckiej Unii Gospodarczej, Szanghajskiej Organizacji Współpracy i BRICS.

Narracja tej części była zbudowana na przeciwstawieniu Rosji – pokazanej jako niewinna ofiara oszczerczych ataków i bezpodstawnych oskarżeń – i jej przeciwników, którzy chcą narzucić jej swoją wolę, uciekając się do użycia siły, sankcji ekonomicznych i prowokacji. Rosja natomiast z jednej strony wyciąga rękę do zgody i szuka porozumienia, ale z drugiej – na prowokacje i przekroczenie jej „czerwonych linii” zareaguje „szybko, asymetrycznie i ostro”, tak że prowokatorzy będą swoich postępków „żałować tak, jak dawno niczego nie żałowali”. Putin podkreślił przy tym, że Rosja będzie samodzielnie określać, gdzie owe „czerwone linie” przebiegają w każdym konkretnym przypadku. Dla zilustrowania polityki Zachodu, „która przekroczyła wszystkie granice", prezydent odniósł się do rzekomego spisku nagłośnionego w ostatnią sobotę przez Alaksandra Łukaszenkę oraz rosyjskie i białoruskie służby bezpieczeństwa, zmierzającego jakoby do zbrojnego puczu na Białorusi oraz zamordowania jej lidera i członków jego rodziny. Putin powiązał tę sprawę z przewrotem w Kijowie w lutym 2014 r., kiedy prezydent Wiktor Janukowycz stracił władzę i uciekł do Rosji, oraz z podjętą przez wenezuelską opozycję próbą odsunięcia od rządów prezydenta Nicolása Maduro. Przy okazji – nawiązując do Księgi Dżungli Rudyarda Kiplinga – skrytykował mniejsze państwa sojusznicze Stanów Zjednoczonych, porównując ich do „szakali” wysługujących się „tygrysowi”.

Według Putina z agresywną polityką Zachodu kontrastuje wstrzemięźliwa i pragmatyczna polityka Rosji, ukierunkowana na rozwiązywanie konfliktów, czego przykładem są jej działania w Syrii, Libii i Górskim Karabachu. Prezydent poskarżył się, że Moskwa wielokrotnie proponowała Zachodowi konsultacje w sprawie cyberbezpieczeństwa, ale jej inicjatywy zostały zignorowane. Ponownie nagłośnił też swoją inicjatywę spotkania na szczycie państw członkowskich Rady Bezpieczeństwa ONZ w celu wynegocjowania porozumienia o kontroli zbrojeń. Porozumienie takie miałoby stworzyć „środowisko bezkonfliktowego współistnienia na podstawie równego [dosłownie: wyrównanego] bezpieczeństwa” – z uwzględnieniem wszystkich systemów ofensywnych i defensywnych. Jako cel rosyjskiej polityki prezydent wskazał również budowanie praktycznej współpracy w sferze gospodarczej (projekty infrastrukturalne, integracja gospodarcza), co ma służyć dobrobytowi obywateli i stabilności na świecie.

Uwiarygodnieniu gróźb zawartych w części poświęconej polityce zagranicznej podporządkowany był fragment poświęcony siłom zbrojnym. Putin dał w nim do zrozumienia, że Rosja dysponuje obecnie przewagą militarną: nowe systemy strategicznej i taktycznej broni rakietowej, które ujawnił w poprzednim orędziu, już weszły albo wchodzą do służby. Ogłosił, że stopień nasycenia sił zbrojnych nowoczesnymi systemami broni sięgnął już 76% (88% w triadzie nuklearnej). Z reklamowanych wcześniej systemów do służby weszła już rakieta Awangard, a system Sarmat ma zostać wdrożony do końca 2022 r. Zwiększa się liczba będących w służbie systemów Kindżał, a wkrótce wejdą do niej także Cyrkony. Prezydent podkreślił, że są to priorytety państwa, zapisane zostały w znowelizowanej w ub.r. konstytucji, a także kwestie najbliższe zwykłym obywatelom.

osw.waw.pl

poniedziałek, 10 maja 2021


„The Epoch Times” ujawniło w poprzednich relacjach, że KPCh wykorzystała wymówkę „walki z COVID-19” do rozszerzenia nadzoru nad Chińczykami, w tym do wzmocnienia zarządzania siecią (ang. grid management) w celu utrzymania stabilności reżimu. Zarządzanie siecią to system niedawno zaadaptowany przez Pekin do monitorowania i kontrolowania poszczególnych mieszkańców. Był on często używany w Tybecie. Miejscowych mieszkańców podzielono na grupy i przydzielono im kierownika sieci, który uzyskiwał od nich bardzo szczegółowe dane osobowe.

KPCh wydała dużo pieniędzy na budowę sieci internetowych w każdym mieście, aby obserwować obywateli i karać ich grupowo, co stanowi współczesną wersję „wciągnięcia całego klanu”. Robią to bezpośrednio komórki partyjne, a nie organizacje należące do władz. Jest to podobne do czasów Mao Zedonga, kiedy miasta były podzielone na sieci jako jednostki socjalistyczne ściśle kontrolowane przez komórki partyjne. Teraz odbywa się to przez internet, o czym świadczą wewnętrzne dokumenty uzyskane przez „The Epoch Times”.

Miejska Komisja Prawa [prefektury miejskiej] Huangshan określiła w wewnętrznym dokumencie, że jednym ze środków służących wzmocnieniu budowy bezpieczeństwa (utrzymania stabilności) jest oparcie się na sieciach internetowych i rozszerzenie zasięgu kontroli społecznej w mieście. W szczególności obejmuje to tworzenie komórek partyjnych w każdej siatce, aby zintegrować sieć grupową partii z siecią zarządzania społecznego, oraz wykorzystanie „integracji podwójnej sieci” w celu jej wzmocnienia.

Dokument ten ujawnił, że KPCh wydała również 300 mln juanów na budowę „Skynetu”, który ma obejmować zarówno obszary miejskie, jak i wiejskie.

Miejska Komisja Prawa [prefektury miejskiej] Bengbu ujawniła w dokumencie zatytułowanym „Dążenie do poprawy nowoczesnego standardowego systemu wsparcia miejskiego zarządzania społecznego”, że miasto Bengbu zatrudniło ponad 1000 pełnoetatowych pracowników sieci internetowych z wyższym wykształceniem w latach 2017 i 2018. Każdego roku przeznaczano 80 mln juanów jedynie po to, by pokryć nimi całe miasto z gęstością „jednego pracownika sieci na sieć”.

Zgodnie z dokumentem pt. „Harmonogram projektu”, który wyciekł z miasta Wuhu w prowincji Anhui, „Projekt Xueliang”, który został uruchomiony w sierpniu 2018 roku, kosztował łącznie 290 mln juanów; dla porównania w tamtym roku budżet miasta wynosił 1,64 mld juanów, a na edukację i opiekę medyczną przeznaczono 1,08 mld juanów. Populacja Wuhu w 2018 roku wynosiła prawie cztery miliony ludzi.

W dokumencie ujawniono również specjalną funkcję kompleksowego systemu zarządzania informacją Prowincjonalnego Komitetu ds. Politycznych i Prawnych prowincji Anhui, zwaną „profilem ludności”. Po wprowadzeniu danych z dokumentu tożsamości osoby system komputerowy może wyświetlić mapę relacji tej osoby. Firma iFlytek, która pomogła władzom Anhui zbudować system informacyjny, została objęta sankcjami przez Stany Zjednoczone w 2019 roku.

Li Linyi objaśnia, że ta funkcja oznacza, iż KPCh włączyła do swojego systemu nadzoru utrzymania stabilności mapy relacji międzyludzkich dotyczące krewnych i przyjaciół. W rzeczywistości jest to realizacja przez KPCh strategii „wciągnięcia całego klanu” we współczesnych czasach, [a także] obserwowanie relacji społecznych i karanie ludzi oraz ich rodzin i przyjaciół.

epochtimes.pl

Pekin wysuwa daleko idące roszczenia do szeregu obszarów granicznych i morskich na akwenach sąsiadujących z kontynentalnymi Chinami, m.in. do ok. 80% powierzchni Morza Południowochińskiego i wysp Senkaku na Morzu Wschodniochińskim, oraz uznaje Tajwan za „zbuntowaną prowincję”. Pretensje ChRL budzą sprzeciw sąsiadów, ponieważ nie tylko kolidują z ich własnymi roszczeniami terytorialnymi, lecz także obejmują obszary morskie, które zgodnie z Konwencją Narodów Zjednoczonych o prawie morza mogą być częściami ich wyłącznych stref ekonomicznych. Równocześnie pretensje Chin są oparte na nieuznawanych przez prawo międzynarodowe i nieprecyzyjnie sformułowanych „prawach historycznych”. Pekin próbuje egzekwować roszczenia, wznosząc instalacje wojskowe i budując sztuczne wyspy, okupuje szereg obiektów w WSE państw nabrzeżnych, a chińska straż wybrzeża interweniuje w przypadku naruszenia arbitralnie wyznaczonych granic morza terytorialnego wokół tych obiektów. Zajęcie Tajwanu oraz innych obszarów morskich i lądowych, do których ChRL rości sobie prawa, jest elementem budowy przez partię komunistyczną legitymizacji wewnętrznej opartej na nacjonalizmie. Ewentualna inkorporacja Tajwanu pozwoliłaby Pekinowi na powiększenie potencjału gospodarczego i zdobycie pożądanych technologii w sektorach, których rozwój napotyka problemy strukturalne. Kontrola nad wyspą dałaby też chińskiej marynarce wojennej nieskrępowany dostęp do Pacyfiku.

Chińscy decydenci uznają, że największą przeszkodę dla ich planów stanowią obecność w regionie USA i system ich sojuszy. W ocenie KPCh to Stany Zjednoczone są agresorem, który jako mocarstwo „schodzące” próbuje powstrzymać wzrost Chin – mocarstwa „wschodzącego”, m.in. poprzez wojnę handlową, ograniczenia w eksporcie technologii czy atak propagandowy pod pretekstem naruszeń praw człowieka. Równocześnie zmiany wewnętrzne w ChRL, w tym powrót do centralizmu i twardego autorytaryzmu, powodują, że przestały istnieć przesłanki do pokojowego zjednoczenia z Tajwanem. Bez amerykańskiego wsparcia nie byłby on w stanie utrzymać zdolności obronnych, a kraje sąsiadujące musiałyby się zgodzić na dyktat Pekinu. Dlatego ChRL dąży do wyparcia USA z Azji Wschodniej. Optymalnym scenariuszem dla Chin jest jednak nie inwazja na Tajwan, a zajęcie go w wyniku „porzucenia” przez Amerykanów oraz demoralizacji wewnętrznej, która spowodowałaby utratę woli do obrony niezależności przez społeczeństwo tajwańskie. Zdaniem Pekinu oznaczałoby to także osłabienie wiarygodności amerykańskich gwarancji i doprowadziłoby do załamania poparcia dla obecności USA w Azji Wschodniej. Pekin uważa również, że jest zdolny do osiągnięcia potencjału militarnego, który uczyniłby wszelką interwencję w obronie Tajwanu zbyt kosztowną dla amerykańskiego społeczeństwa i zniechęciłby w ten sposób Waszyngton do interwencji.

Wśród amerykańskich elit panuje konsensus, że priorytetem USA jest powstrzymanie dalszego rozszerzania wpływów gospodarczych, politycznych i wojskowych Chin w świecie, a Azja Wschodnia stanowi najważniejsze pole rywalizacji. Nowa administracja doprowadziła do pierwszego szczytu przywódców formatu QUAD (USA, Japonia, Indie i Australia), który skupia państwa Indo-Pacyfiku pozostające w różnego rodzaju sporach z ChRL. Departament Stanu potwierdził też obowiązywanie zarówno amerykańsko-filipińskiego paktu o wzajemnej obronie, jak i amerykańsko-japońskiego paktu o wzajemnej pomocy i bezpieczeństwie – administracja podkreślała także, że ten ostatni obejmuje również wyspy Senkaku. W pierwszych dniach urzędowania nowej administracji wysłano też okręty na Morze Południowochińskie w ramach operacji egzekwowania wolności nawigacji – prezydent Donald Trump podjął podobne kroki po paru miesiącach prezydentury. Jednak, podobnie jak dla Pekinu, również dla Waszyngtonu kluczem do regionu pozostaje Tajwan. Upadek demokratycznego Tajwanu, jednego z najstarszych sojuszników, obecnie nieformalnego, oznaczałby zakwestionowanie statusu supermocarstwowego USA. Dlatego w wystąpieniu z 11 kwietnia Blinken, chociaż zgodnie z przyjętą doktryną odmówił odpowiedzi na pytanie, czy USA użyją siły w obronie wysp, zdecydował się na wysłanie mocnego sygnału, że Waszyngton przeciwstawi się wszelkiej próbie zmiany status quo w regionie. Administracja Joego Bidena kontynuuje także politykę prezydenta Trumpa dostarczania nowoczesnego uzbrojenia Tajwanowi – w marcu zgodzono się wesprzeć program budowy okrętów podwodnych na wyspie. Zdecydowano się też na utrzymanie polityki poszerzania bezpośrednich kontaktów z rządem tajwańskim, co do tej pory było domeną Kongresu.

Mimo prowokacji i agresywniejszej retoryki ze strony Chin nie należy się spodziewać, aby obecne napięcia doprowadziły na Zachodnim Pacyfiku do zbrojnej konfrontacji w tym roku lub w pierwszych miesiącach przyszłego roku. Wynika to z faktu, że przywódcy partii komunistycznej są zdeterminowani, by uniknąć ryzyka bojkotu igrzysk olimpijskich w Pekinie w lutym 2022 r. Nie wyklucza to dalszych incydentów, którym będzie towarzyszyć niebezpieczeństwo, że wbrew intencjom decydentów politycznych sytuacja wymknie się spod kontroli i doprowadzi do szerszej konfrontacji. Ostatecznie jednak decydujący wpływ na sytuację w regionie będzie miał stan globalnej rywalizacji chińsko-amerykańskiej. Trzeba też zaznaczyć, że wzrost napięć wokół Ukrainy i możliwość uzyskania w ich efekcie wymiernych korzyści przez Rosję, co zostałoby zinterpretowane jako słabość Zachodu, może skłonić chińskich decydentów do dalej idącej eskalacji jeszcze przed igrzyskami w Pekinie.

osw.waw.pl

Skąd się w ogóle wziął Spot?

Założyciele Boston Dynamics wywodzą się ze środowiska Massachusetts Institute of Technology (MIT), jednej z najlepszych szkół technologicznych w Stanach. Ich pierwszy projekt został sfinansowany przez amerykańskie wojsko. Mieli zbudować maszynę, która potrafiłaby sprawnie poruszać się w każdym terenie, przenosząc różnego typu ładunki: pożywienie, ale i bomby. Inżynierowie słusznie zauważyli, że dla utrzymania równowagi lepiej, żeby podpierała się na czterech, a nie dwóch kończynach. Zbudowali więc robota wielkości konia i nazwali go dużym psem. Każda jego noga była wyposażona we własny silnik spalinowy. Z dzisiejszej perspektywy to był dość prymitywny robot, ale właśnie na jego podstawie konstruowano roboty bardziej zaawansowane, takie jak Spot.

Co potrafi Spot?

Ludzie z Boston Dynamics udoskonalają go już 20 lat. Spot został stworzony, by funkcjonować w środowisku człowieka i dla człowieka. To istotna charakterystyka, bo większość robotów tworzona jest przecież dla przemysłu. Nasze otoczenie jest znacznie mniej przewidywalne niż taśma w fabryce samochodów.

Spot jest najczęściej wykorzystywany do przenoszenia ładunków albo do eksplorowania różnego typu przestrzeni. Jego umiejętności wykorzystano także podczas pandemii. Wyposażony w kanister ze specjalnym wirusobójczym gazem Spot dezynfekuje szpitale. Potrafi zajrzeć pod łóżko, penetrować zakamarki i odnaleźć się w większych przestrzeniach. Co ważne, można kierować jego ruchami z dystansu, oglądając obrazy z kamer zamontowanych z przodu korpusu. Wydaje mi się, że Spot uczestniczył także w akcji poszukiwawczej po katastrofie w Fukushimie. Na pewno z jego zdolności korzystają też firmy budowlane. Spot chodzi po terenie budowy i sprawdza stan materiałów.

Powiedziała pani, że Spotem można sterować z dystansu, a czy on potrafi coś zrobić sam?

Tak, ale najpierw trzeba go tego nauczyć, czyli zaprogramować jego ruchy za pomocą konsoli sterującej. Nauczenie się tego, jak działa konsola, zajęło mi może 15 minut. To jest banalne: Spot chodzi do przodu, do tyłu, szybciej, wolniej, w zależności od terenu mogę ustawić go tak, by podkurczył kończyny lub je wyprostował. Banalne. Ale też nudne. Bo jeśli wyznaczy mu się cel wędrówki, to znaczy wskaże na kamerze miejsce, do którego chcemy, by doszedł, on sobie świetnie z tym zadaniem poradzi sam. Będzie wiedział, kiedy i jak ominąć przeszkodę, również w urozmaiconym terenie.

Podczas jednego z moich spacerów z Marcelą padał śnieg. Ona się poślizgnęła i upadła, ale ponieważ była już kiedyś w takiej sytuacji, wiedziała, że śnieg jest śliski i żeby się podnieść, trzeba działać ostrożniej niż w normalnych warunkach. Spot potrafi to, czego wcześniej został nauczony w wyniku wielokrotnego powtarzania danego zadania w różnych warunkach. Ale też w procesie uczenia się występuje coś takiego, co inżynierowie i programiści nazywają "momentem magicznym".

Słucham?

Tak, moment magiczny pojawia się, gdy robot sam znajduje rozwiązanie dla nowej sytuacji. Oczywiście nie wydarza się to ot tak, czyli Marcela nie zacznie nagle malować obrazów. Chodzi raczej o to, jak umiejętność, którą już nabyła, wykorzysta w nowej sytuacji. Na przykład wiemy już, że Spot potrafi doskonale poruszać się w zróżnicowanym terenie i warunkach, ale załóżmy, że nigdy nie szedł brzegiem morza po mokrym piasku. Mogłoby się tak zdarzyć, że analizując wszystkie poprzednie podłoża, po których już chodził, dopasowałby swoje ruchy do spaceru po plaży tak, że udałoby mu się nie wywrócić.

(...)

Proszę opowiedzieć, jak ze studiów artystycznych w Polsce trafiła pani do Doliny Krzemowej?

Pochodzę z Łodzi i może z tego względu od dziecka fascynowały mnie maszyny i przemysł. W Polsce ukończyłam studia artystyczne i malowałam portrety ludzi. Do Stanów wyemigrowałam z przyczyn osobistych. W San Francisco znowu wróciłam na studia. Wpadła mi w ręce książka "Atlas zbuntowany" ("Atlas Shrugged") autorstwa Ayn Rand. To powieść, która opowiada historię USA przez pryzmat rozwoju przemysłu i wybitnych jednostek z nim związanych. Chciałam stworzyć komiks na podstawie tej książki, ale kiedy zabrałam się do portretowania maszyn, uznałam, że nie muszę tak kurczowo trzymać się fabuły, tylko mogę przedstawić pozytywną wizję technologii we własny sposób. W tym czasie poznałam wielu ludzi pracujących w start-upach w Dolinie Krzemowej, oni poznali mnie z kolejnymi i tak trafiłam na Wschodnie Wybrzeże, do Boston Dynamics.

Dlaczego ludzie z Boston Dynamics zapragnęli nauczyć Spota malowania obrazów, jest przecież tyle innych, bardziej pragmatycznych zajęć?

Było zupełnie na odwrót. To nie oni zapragnęli, tylko ja chciałam pracować z robotem, więc się do nich zgłosiłam. Dla nich mój pomysł, by nauczyć robota malowania obrazów, nie miał żadnego komercyjnego sensu. Tak właśnie działają firmy technologiczne w Stanach: mają swoje komercyjne projekty, ale mają też autentyczną ciekawość i otwartość na nowe, nietypowe inicjatywy. Są dobrze finansowani przez inwestorów, więc mogą pozwolić sobie na eksperymentowanie. Na tym polega innowacyjna gospodarka: eksperymentujesz, bo a nuż coś z tego wyniknie i będzie można ten eksperyment do czegoś wykorzystać, ale jeśli nic z tego nie wyjdzie, to trudno. Naukowcy rozwijający sztuczną inteligencję lubią zapraszać do współpracy ludzi z innej bajki, z zupełnie innym podejściem, więc ja jako artystka ich zainteresowałam. Powiedzieli: baw się i może z tej zabawy wyniknie coś ciekawego dla nas.

Jak w takim razie wygląda ta zabawa na co dzień?

Mieszkam w Nowym Jorku i co kilka tygodni podróżuję do Bostonu na kilka dni. W Boston Dynamics udostępniono mi jedno pomieszczenie, w którym mogę pracować. Rano dostaję robota i jestem z nim aż do wczesnego wieczoru. Na razie jesteśmy na etapie programowania ruchów Marceli, to znaczy ja za pomocą panelu sterowania kieruję jej ruchami. To bardzo wczesny etap i właściwie każda najmniejsza rzecz stanowi wyzwanie.

Marcela – a właściwie ramię, które jest przymocowane do jej grzbietu – nie poradziłaby sobie z mieszaniem farb. Malujemy więc specjalnymi olejnymi kredkami. Każda kredka umieszczona jest w osobnym wgłębieniu i musi być w nim umieszczona pod kątem prostym, bo inaczej ramię nie zdoła jej wyjąć, a jeśli nawet wyjmie, to kredka będzie miała pozycję nieodpowiednią do rysowania. Marcela nie poprawi ułożenia tej kredki, bo ma tylko jedno ramię. O wszystkim trzeba więc pomyśleć wcześniej.

Jak już uda nam się utrzymać kredkę we właściwym ułożeniu, podchodzimy do ściany z rozwieszonym płótnem. Próbujemy rysować w miarę prostą linię. Kiedy już narysujemy kilka linii jednym kolorem, ramię odsuwa się od płótna w kierunku stołu. By odłożyć kredkę, musi trafić w odpowiedni otwór. To trudne, średnio mamy 10 prób, nim kredka utkwi na swoim miejscu. Potem próbujemy złapać kredkę w innym kolorze i na tym schodzi cały dzień. Chciałabym, żeby w końcu Marcela mogła namalować człowieka, skoro ja maluję portrety maszyn, i może kiedyś mogłybyśmy przygotować wspólną wystawę naszych prac.

gazeta.pl

sobota, 8 maja 2021


Słyszę, że próbowaliście jako posłowie przeprowadzić kolejną kontrolę poselską w MON. Nie udała się z powodu pandemii. Ale jaki był powód tej kontroli?

– Powodem były sprzeczne komunikaty, które wydaje przewodniczący podkomisji smoleńskiej Antoni Macierewicz. Raz mówi, że raport z działań jego podkomisji jest gotowy i tylko czeka na podpisanie, innym razem, że raport już został opublikowany, a za chwilę wraca do wersji, że jeszcze nie jest skończony. Podkomisja pracuje za publiczne pieniądze, w związku z tym chcieliśmy zapytać ministra obrony narodowej, jaka jest sytuacja faktyczna. Czy ten raport rzeczywiście istnieje? Czy minister ma jakąkolwiek wiedzę, kiedy podkomisja skończy pracę? Antoni Macierewicz rok temu zapowiedział, że raport zostanie opublikowany zaraz po Świętach Wielkanocnych. Po 10 kwietnia. Już mija rok od tej deklaracji!

I nic.

– Potem Antoni Macierewicz sprawę raportu odsuwał od siebie. A musimy pamiętać, że to my, podatnicy, wydajemy pieniądze na działanie tego dosyć dziwnego tworu, który nigdy nie badał wypadków lotniczych i nie ma w nim nikogo, kto byłby specjalistą od ich badania. A ta podkomisja, jak ustaliliśmy, wydała ponad 10 mln zł! Na badanie wypadku, który został już bardzo dokładnie zbadany.

Teraz chce przewieźć brzozę do USA i tam symulować zderzenie.

– Słyszałem o tym. A co do prac podkomisji… Patrząc na to, co do tej pory przedstawiła – nie osiągnęła niczego.

Poza tym, że pocięła bliźniaczy samolot.

– O tak! Podkomisja nie pojechała na miejsce wypadku do Smoleńska ani nie wykonała swojej kopii czarnych skrzynek, mimo że cały czas jej członkowie twierdzili, że te zapisy są niewiarygodne. A dodam, że prokuratura kierowana przez Zbigniewa Ziobrę to zrobiła – prokuratorzy byli w Smoleńsku, mieli dostęp do wraku, do czarnych skrzynek. Członkowie podkomisji zaś… Jedyne, co im się udało, to zepsuć sprawny samolot. Tupolew, który stoi w hangarze w Mińsku Mazowieckim, jest pocięty. Ma powycinane fragmenty skrzydeł, piłką do metalu. To wynika ze zdjęć. Ten tupolew wcześniej latał. My w ramach pracy w komisji Millera wykonaliśmy na nim loty testowe, które m.in. miały demonstrować działanie automatycznego pilota. Sprawdzaliśmy, jak to wygląda, czy można odejść na drugi krąg bez systemu ILS na lotnisku za pomocą naciśnięcia przycisku, czy nie można.

Sprawdzaliście te pięć sekund, które minęły, zanim dowódca, po komendzie „odchodzimy”, zorientował się, że samolot wciąż leci na automatycznym pilocie!

– Myśmy to zrobili, zrobiliśmy też parę innych rzeczy. Natomiast ta grupa osób, która amatorsko para się badaniem wypadku lotniczego, zepsuła samolot. Oni nigdy nie widzieli, jak skonstruowany jest samolot, więc musieli go pociąć, żeby zobaczyć, jak w środku wygląda.

Nie mieli dokumentacji, żeby zobaczyć, z czego jest zbudowany i jak?

– Dokumentacja oczywiście jest, można o nią wystąpić do producenta. Ale przecież fobie, które są pielęgnowane przez tę grupę, nie pozwoliły im na to. Woleli pociąć samolot, niż poszukać dokumentacji.

To niejedyne szaleństwa tej władzy w sprawie katastrofy. A ekshumacje zwłok w poszukiwaniu śladów trotylu? A próbki wysłane do laboratoriów we Włoszech i w Wielkiej Brytanii, też żeby wykryć ślady materiałów wybuchowych? Wyniki tych badań od dawna są w Polsce. Wie pan coś o tym?

– Wiem. Prokuratura nie chce się przyznać do wyników tych badań. Sam pomysł ekshumacji, zwłaszcza kiedy bliscy ofiar nie zgadzali się na nie, był wyjątkowo nieludzki. Bo wcześniej prokuratura wojskowa przeprowadziła badania na obecność różnego rodzaju materiałów wybuchowych, i to zarówno na fragmentach ciał, jak i na fragmentach konstrukcji samolotu oraz w próbkach pobranych z miejsca wypadku. Ich wynik był negatywny. Raport Centralnego Laboratorium Kryminalistycznego był jednoznaczny. Oprócz badań technicznych dokonano też oględzin fragmentów tych elementów, z których były pobierane próbki. Tak by opinia była kompleksowa.

Ekipa PiS na to uwagi nie zwróciła.

– A z czym mieliśmy później do czynienia? Dokonano ekshumacji wszystkich ofiar. Przeprowadzono badania, najpierw w kraju, dotyczące obrażeń. Prokuratura mówiła, że będzie się dzieliła z opinią publiczną wynikami tych badań. Tymczasem do dzisiaj milczy. Według informacji, do których dotarliśmy, wszystkie badania potwierdzają, że doszło do obrażeń typowych dla katastrofy komunikacyjnej. I nie było jakichś innych niespodziewanych zjawisk.

Ale do tego się nie przyznaje.

– Drugim kuriozalnym pomysłem było powtórzenie badań fizykochemicznych w zagranicznych laboratoriach. Uznano, że będą bardziej wiarygodne od polskich! Moim zdaniem prokuratura, powierzając ponowne badanie próbek zagranicznym ekspertom, dąży do wydłużenia postępowania. Prokuratura już wie, że zgromadzony materiał nie potwierdza tez, które głosiło wielu polityków PiS czy ludzi z nimi związanych. Normalny, poważny prokurator powiedziałby: kończymy postępowanie, oddajemy zebrany materiał dowodowy do oceny sądu, żeby mógł wydać wyrok, kto był winien tej katastrofy.

Winien?

– To, że samolot się rozbił, że doszło do serii błędów, co zostało opisane w raporcie komisji Millera, to jest określenie przyczyn katastrofy. Tak, żeby znała je opinia publiczna i żeby w przyszłości podobne zdarzenie się nie powtórzyło. Ale trzeba też zbadać, kto zawinił, że do katastrofy doszło. Ktoś był odpowiedzialny za wyznaczenie załogi, ktoś był odpowiedzialny za to, że załoga w niewystarczającym zakresie była wyszkolona, że nie miała lotów sprawdzających. Ktoś był odpowiedzialny za to, że kolejne kontrole tego nie wykryły. Przyczyny tej katastrofy są dużo głębsze niż to, co zostało opisane w raporcie komisji Millera. My przedstawiliśmy pewnego rodzaju fotografię stanu faktycznego, błędów, które zostały popełnione. Ale obok tego jest jeszcze niezależnie prowadzone postępowanie karne. Ono powinno jak najszybciej się zakończyć. Jeżeli prokuratura będzie przedłużała postępowanie, to w zasadzie nie wiadomo, kiedy doczekamy się zamknięcia tej sprawy i wskazania, z imienia i nazwiska, kto zawinił, że zginął prezydent i cała delegacja.

(...)

Tu-154M, podchodząc w Smoleńsku do lądowania, zniżał się z prędkością 7 m/s. Czyli dwukrotnie szybciej, niż przewidują procedury. Dlaczego zniżali się tak szybko? Pilot musiał wiedzieć, że to niezgodne ze sztuką.

– Po pierwsze, tak naprawdę przyczyną katastrofy było to, że pilot nie zastosował się do obowiązujących procedur. Przy tej widzialności ziemi nie wolno mu było obniżyć lotu poniżej 100 m względem poziomu lotniska. Nawet o 1 m! Niestety, przekroczył tę granicę. Decyzja o odejściu na drugi krąg zapadła dopiero na wysokości 39 m względem poziomu pasa.

I jeszcze leciał pięć sekund, zanim zaczął próbować wyciągać samolot w górę! Bo myśleli, że odejdą na automacie, ale gdy nie ma systemu ILS, automat nie działa. Dopiero po pięciu sekundach dowódca przeszedł na ręczny. Łatwo policzyć, o ile się zniżył, jeżeli schodził z prędkością 7 m/s.

– Z naszych badań wynika, że reakcja pilota i sama bezwładność samolotu powodują, że przejście do lotu wznoszącego musi trwać. Tu-154M to przecież nie jest mały samolot. Co natomiast było tak naprawdę genezą tego błędu… Otóż jest kilka systemów lądowania, zależą one od wyposażenia lotniska, m.in. system ILS, system RSL czyli taki, jaki był w Smoleńsku, system podejścia do lądowania według dwóch radiolatarni… Według regulaminu lotów, żeby mieć ważne uprawnienia do lądowania, trzeba nie rzadziej niż raz na cztery miesiące wykonać podejście do lądowania według każdego z systemów w warunkach minimalnych. Czyli w warunkach pogodowych, widzialności, podstawy chmur, które są graniczne do podejścia.

W warunkach rzeczywistych albo na symulatorze?

– Od roku 2007 załogi nie ćwiczyły na symulatorach, te szkolenia zostały przerwane, w związku z tym mogły to robić tylko w realnych warunkach. Dodam jeszcze jedno – żeby to uprawnienie było ważne, podejście do lądowania musi być przeprowadzone na typie samolotu, na którym się lata. Jeżeli ktoś lata na maszynach Jak-40 i Tu-154, to musi takie podejście treningowe wykonać na każdym z tych samolotów. A dowódca załogi podejście według takiego systemu, jaki był w Smoleńsku, ostatni raz wykonał pięć lat wcześniej i na samolocie Jak-40.

Nie pilotował Tu-154?

– Pilotował, tylko nie w warunkach  granicznych i według systemu RSL, w którym nie miał żadnej praktyki. To wynika z dokumentacji. Popatrzmy na to z drugiej strony. On tej praktyki nie miał nie dlatego, że nie chciał, tylko dlatego, że mu tego nie umożliwiono. Przecież w wojsku pilot sam sobie nie planuje szkolenia itd. To mocno zhierarchizowana organizacja. I są w niej osoby, które odpowiadają za to, żeby pilot miał ważne uprawnienia i wykonywał odpowiednie loty treningowe. Jeżeli ktoś nie dbał o to, a jednocześnie zaplanował załogę na taki lot, to pokazuje bezmiar nonszalancji i braku rozsądku. Potraktowałbym to w ten sposób: piloci starali się zrobić wszystko najlepiej jak potrafili, tylko że ktoś im nie umożliwił tego, żeby to potrafili. Ktoś nie dopilnował, żeby byli w pełni wyszkoloną załogą.

Czy gdyby nie stracił tych pięciu sekund, o których mówiliśmy wcześniej, wzniósłby się? Uratował?

– Nawet jak ćwiczyliśmy tę sytuację w locie testowym, na bliźniaczym Tu-154M, reakcja pilota też była opóźniona. Od trzech sekund do trzech i pół trwało, zanim to wszystko zostało uruchomione. W tych warunkach widoczności granicą, której nie wolno było przekraczać bez względu na wszystko, było te 100 m względem poziomu lotniska.

Zwłaszcza że regulaminy są pisane krwią. Nikt tych 100 m nie zapisał, bo tak przyszło mu do głowy.

– Spójrzmy na to z punktu widzenia racjonalności podejścia. Załoga wiedziała, że widzialność na lotnisku jest wielokrotnie mniejsza niż dopuszczalne przepisami 1000 m. Dostała tę informację nawet nie od rosyjskiego kontrolera, tylko od kolegów z Jaka-40, którzy byli na miejscu. Że widzialność jest na 400 m! Potem, od technika pokładowego: „Arek, teraz widać 200”. Proszę pana, 200 m taki samolot przelatuje w niecałe trzy sekundy! Leci z prędkością ponad 70 m/s, 270 km/godz.! To jest mniej niż trzy sekundy, poniżej czasu reakcji pilota, na zobaczenie czegokolwiek. Nie można było oczekiwać, że nagle zobaczą cudownie ziemię i wylądują, bo wszystkie informacje, które mieli, wskazywały na coś innego!

Pilot Jaka-40 do lądowania wręcz ich zachęcał. „Jak najbardziej, możecie spróbować…”. To jego słowa ze stenogramu.

– Dla mnie to coś niepojętego. To się nie mieści w żadnych zasadach bezpiecznego wykonywania lotu.

tygodnikprzeglad.pl

W tym roku trzy główne przedsiębiorstwa zajmujące się technologią rozpoznawania twarzy podjęły decyzje, aby zahamować jej rozwój lub całkowicie z niej zrezygnować. IBM, Amazon i Microsoft obawiają się, że organy ścigania mogą nadużywać tej technologii i naruszać prawa człowieka. Po wycofaniu funkcji rozpoznawania twarzy, policja będzie bardziej skupiać się na śledzeniu śladów cyfrowych. Ta wiadomość jest niezwykle ważna właśnie teraz, gdy na całym świecie narastają niepokoje społeczne, a rządy wdrażają różne metody nadzoru w celu zarządzania skutkami pandemii koronawirusa SARS-CoV-2.

Rozpoznawanie twarzy było jednym z najszybciej rozwijających się narzędzi do identyfikacji podejrzanych, z których korzystały organy ścigania. The Washington Post ujawnił, że 2011 FBI zarejestrowało 390 tys. wyszukiwań związanych z rozpoznawaniem twarzy.

Badanie przeprowadzone przez amerykański National Institute of Standards and Technology (Narodowy Instytut Standaryzacji i Technologii) wykazało, że sztuczna inteligencja błędnie identyfikuje kobiety oraz osoby o innym kolorze skóry niż biały nawet od 10 do 100 razy częściej niż ma to miejsce w przypadku białoskórych mężczyzn. Budzi to obawy, co do potencjału dyskryminacji i stronniczego ścigania ze względu na płeć i pochodzenie etniczne.

Mimo tego, inni dostawcy technologii rozpoznawania twarzy, tacy jak Clearview.ai, prawdopodobnie wykorzystają nowe możliwości sprzedaży. Technologia oferowana przez tę spółkę pozwala na znalezienie w Internecie obrazu sprzed 10 lat.

Zapewnienie bezpieczeństwa społeczeństwu kosztuje. W tym przypadku technologia, o której mowa, ciągle znajduje się w głębokiej fazie rozwoju. Może to spowodować wzmożoną inwigilację, naruszanie prawa do protestów i ściganie niewinnych ludzi. Tak więc decyzja największych firm wywiera presję na innych firmach, aby ponownie oceniły swój cel dalszego rozwoju technologii – mówi Daniel Markuson, ekspert ds. prywatności w sieci z NordVPN.

Rozpoznawanie twarzy zapoczątkowało nową, niebezpieczną falę rządowych narzędzi nadzoru. Chociaż zjawisko zwalnia, śledzenie cyfrowych śladów prawdopodobnie będzie postępować. Inteligentne urządzenia, takie jak telefony komórkowe, domowe głośniki, zdalne kamery i inteligentne zamki do drzwi, śledzą lub rejestrują działania użytkownika. To sprawia, że są doskonałym źródłem informacji do badań i analiz. Dzienniki aktywności pomagają zbierać dowody, alibi i oświadczenia świadków na całym świecie.

Mark Stokes, szef działu kryminalistyki cybernetycznej i komunikacji w Scotland Yard, podkreślił, że siły policyjne w Wielkiej Brytanii są szkolone w zakresie analizowania śladów lokalizacji, aktywności online i zapisów internetowych zakupów.

W Stanach Zjednoczonych do uzyskania historii lokalizacji telefonu komórkowego danej osoby wymagany jest nakaz, ale wymóg ten nie ma zastosowania w przypadku innych technik śledzenia cyfrowego. Pozostawia to pole do popisu złodziejom, szczególnie w przypadku przestępców fałszujących dowody za pomocą urządzeń hakujących. Z drugiej strony, organy ścigania mogą również posunąć się za daleko w zakresie śledzenia w sieci, co może doprowadzić do dyskryminacji lub naruszenia prawa do prywatności.

W obecnej sytuacji ciężar ochrony przed potencjalną, błędną identyfikacją lub naruszeniem prywatności spada na samych obywateli. Technologie takie jak VPN pozwalają im zachować większą prywatność w sieci. […] Ludzie traktują swoje cyfrowe bezpieczeństwo i prywatność bardziej poważnie, a rozwój wydarzeń w 2020 uzasadnia taką potrzebę – podkreśla Daniel Markuson.

altair.com.pl

piątek, 30 kwietnia 2021


Katalizatorem sporu, który rozgorzał w 1989 r., były nacjonalistyczne hasła wygłaszane przez Zwiada Gamsachurdię, nazywającego Osetyjczyków „śmieciami, które należy wymieść na drugą stronę tunelu Roki”. Rozbudził tym radykalne nastroje wśród Gruzinów, którzy 26 maja 1991 r. wybrali go na prezydenta. Władze Południowoosetyjskiego Obwodu Autonomicznego, funkcjonującego w składzie Gruzińskiej SRR, domagały się natomiast większej niezależności. W 1990 r. przyjęły deklarację o przekształceniu Obwodu w republikę, a następnie ogłosiły jej niepodległość. Wywołało to sprzeciw Gruzji, która zlikwidowała autonomię Osetii Południowej i wprowadziła na jej terytorium stan wyjątkowy. Doprowadziło to do wojny w latach 1991–1992, w wyniku której Gruzja straciła kontrolę nad terytorium.

Osetia jest najmniejsza spośród nieuznawanych republik na obszarze poradzieckim, liczy zalewie 3,9 tys. km2. Jej mieszkańcy wywodzą się od najstarszego na Kaukazie ludu indoeuropejskiego – plemienia Alanów. Historiografia określa ich jako ludność napływową z północnych pasm Kaukazu, chłopów, którzy służyli gruzińskim możnowładcom.

Po wojnie granica z państwem macierzystym pozostawała otwarta, a wspólny handel, także nielegalny, kwitł w najlepsze. Jednak zniszczenia wojenne w 1992 r. doprowadziły do gospodarczego spustoszenia Osetii. Ekonomię parapaństwa zasilały środki z Rosji i Osetii Północnej, gdzie trafiało osetyjskie drewno oraz woda mineralna. Spore zyski czerpano też z masowego przemytu spirytusu do Rosji. Do 2004 r. Gruzini i Osetyjczycy korzystali z największego na Kaukazie Południowym rynku Ergneti, który pozostawał nieopodatkowany i niekontrolowany. W 2009 r. dochód Osetii Południowej wyniósł około 3 mln euro. Porównywalną kwotę stanowi dochód uzyskany przez jednego z polskich operatorów komunikacyjnych, Netię S.A. tylko w I kwartale 2021 r.

Obecnie lokalna gospodarka parapaństwa opiera się na zaledwie kilku przedsiębiorstwach produkujących wodę mineralną, owoce oraz mięso. Rosją pozostaje jego praktycznie jedynym partnerem handlowym. Od sierpniowej wojny wsparcie stamtąd płynące stanowi przeważającą część budżetu Osetii Południowej i umożliwia pokrycie kosztów społecznych, w tym wypłatę świadczeń czy emerytur. Budżet przyjęty na 2021 r. oszacowano na 7,7 mld rubli (408 mln zł), z czego 81,8% ma być subsydiowane przez Rosję. Nawet część lokalnie generowanych dochodów do osetyjskiego budżetu pochodzi pośrednio z Rosji w postaci podatków od lokalnych filii rosyjskich społek, takich jak Gazprom czy Megafon.

new.org.pl