czwartek, 8 kwietnia 2021


Przyjmuje się, że zwycięstwo AKP w wyborach 2011 r. to jedna z najistotniejszych cezur w całym okresie jej rządów – oznacza początek procesu umacniania władzy prowadzącego do wykrystalizowania systemu, w którym polityka gospodarcza jest ściśle podporządkowana interesowi partyjnemu i pragmatyce rządzenia. Odbyło się to nie w drodze gwałtownej wolty, lecz trwało kilka lat. Pierwsze symptomy tych zmian dało się zaobserwować jeszcze przed kryzysem z 2008 r., ostateczne obranie nowego kursu nastąpiło w roku 2013.

Nowy etap wiąże się przede wszystkim z zamknięciem kluczowych dla życia społecznego i gospodarczego procesów pierwszego okresu. Zakończyły się reformy początkowych lat rządów AKP. Wyhamował również dynamiczny wzrost. Daron Acemoglu i Murat Ucer wiążą ze sobą te dwa zjawiska i dowodzą, że obniżyła się jakość wzrostu. Ilustracją tego jest stagnacja w produktywności sektora małych i średnich przedsiębiorstw oraz większy udział inwestycji publicznych – w pierwszym okresie stanowiły one 12% PKB, a po roku 2007 wskaźnik ten sięgnął 24%. Trend ten został zamaskowany przez kryzys z 2008 r. Zmiana, dająca się zaobserwować jeszcze przed nim, pozwala domniemywać, że celem władz było zwiększenie kontroli nad kluczowymi obszarami gospodarki, co miało przyczynić się do konsolidacji zaplecza. Zakończył się wzrost oparty na szerokiej społecznej inkluzji, rozumianej jako aktywizacja i wchłonięcie przez turecki kapitalizm dużych, wcześniej często marginalizowanych grup obywateli. To akurat zjawisko można częściowo uznać za naturalne – po zreformowaniu niewydolnego systemu pojawiły się nowe możliwości, po czym, gdy otwarte nisze zostały już zajęte, pierwotna dynamika tego procesu wyczerpała się. Kryzys z 2008 r. przyniósł zmianę paradygmatu w światowej ekonomii, z czym wiązała się ponowna etatyzacja gospodarek. Właśnie tak zachowały się władze tureckie, z tym że nie planowały już żadnych dalszych działań, które umożliwiłyby podtrzymanie wzrostu aktywności gospodarczej małych i średnich firm.

Stymulacja koniunktury oparta na polityce fiskalnej w czasie kryzysu nie stanowiła jeszcze odejścia od globalnie obowiązujących paradygmatów ekonomicznych. Kluczowy okazał się wymiar wewnątrzpolityczny. Polityka gospodarcza AKP służyła przede wszystkim realizacji planu gruntownej przebudowy całokształtu rzeczywistości politycznej i społecznej Turcji. Aby osiągnąć ten cel, należało przede wszystkim odsunąć zagrożenie ze strony starego establishmentu – przede wszystkim wojska. Gdy dokonano tego – za pomocą procesów Balyoz i Ergenekon – partia poczuła się zdecydowanie pewniej i, nie przewidując jeszcze konfliktu z sojuszniczym Ruchem Gülena, przystąpiła do dalszej konsolidacji swojej władzy. Rosnąca dominacja Erdogana doprowadziła jednak do erupcji masowego niezadowolenia. Wzrost stopy życiowej rozbudził aspiracje Turków zarówno w zakresie poziomu życia, jak i politycznej podmiotowości. Właśnie to zderzenie dążeń obywateli ze sposobem działania kontrolującej coraz szersze obszary życia partii doprowadziło do społecznej rewolty zapoczątkowanej w 2013 r. w parku Gezi, w którego miejscu miało stanąć centrum handlowe budowane przez związany z władzami holding Kalyon. Silna pozycja Erdogana wzbudziła także sprzeciw tracącego wpływy Ruchu Gülena, którego członkowie ujawnili w tym samym roku skandal korupcyjny z udziałem ówczesnego premiera, jego rodziny oraz ministrów jego rządu. Do tych wydarzeń należy dodać następujące niemal równolegle z protestami wokół Gezi obalenie rządu Braci Muzułmanów w Egipcie. AKP była blisko związana z tym ugrupowaniem – traktowała jego rządy jako początek realizacji ambitnego projektu eksportu tureckich wzorców politycznych na Bliski Wschód. Wszystkie te wstrząsy Erdogan uznał za dowód, że jego władza jest permanentnie zagrożona, jej utrata spowoduje osobisty upadek, a utrzymanie zależeć będzie przede wszystkim od przyspieszenia procesu jej konsolidacji.

OSW - Polityka gospodarcza Turcji w obliczu kryzysu


Żyjemy w gospodarce opartej coraz bardziej na wiedzy i innowacjach, a coraz mniej – na produkcji. Według autorów omawianej książki, ten fakt wymaga nowego spojrzenia na konsumpcję – jako na środek do tworzenia wartości społeczno-ekonomicznych, które we wspomnianym typie gospodarki są bardzo potrzebne. We współczesnej ekonomii nie chodzi już bowiem tylko o wytwarzanie i osiąganie zysku, ale generalnie o podnoszenie poziomu życia społeczeństwa, na co składają się produkty zarówno materialne, jak i niematerialne.


W nowoczesnej gospodarce opartej na wiedzy bardzo ważny jest kapitał ludzki. A ten jest kształtowany w znacznej mierze poprzez konsumpcję. „W konsumpcji kreującej kapitał ludzki i społeczny wyraża się jej inwestycyjny wymiar […]. Konsumpcja kształtuje kondycję i kompetencje człowieka, które stanowią potencjał produkcyjny […]. W ten sposób konsumpcja jest elementem kończącym jeden proces gospodarowania i – dzięki inwestowaniu w człowieka – rozpoczynającym następny. W procesie konsumpcji realizuje się jej wymiar społeczny i produkcyjny” – wyjaśnia Olejniczuk-Merta.

Mówiąc prościej, chodzi o to, że konsumując produkty materialne i niematerialne, człowiek uruchamia proces przetwarzania ich w energię, wiedzę oraz inne formy ich potencjału. W swojej masie konsumujący ludzie uruchamiają ważne procesy społeczno-ekonomiczne, które stanowią podstawę rozwoju społeczno-gospodarczego. Konsumpcja inwestycyjna to pojęcie bardzo pojemne, bo obejmuje zużywanie odzieży, informacji, żywności oraz wielu innych dóbr i usług.

(...)

„Społeczeństwo konsumpcyjne narzuca swoim członkom pełnienie funkcji konsumenckich i do nich przymusza […] poprzez socjalizację i regulację normatywną” – dodają naukowcy. Przypominają, że francuski socjolog i filozof kultury Jean Baudrillard, wykorzystując teorię znaków uznał, iż konsumpcja jest swego rodzaju kodem (językiem), dzięki któremu ludzie komunikują się w społeczeństwie konsumpcyjnym. Jest ona też procesem klasyfikowania i ustalania hierarchii. Ludzie nie poszukują produktów tylko ze względu na ich użyteczność, ale także ze względu na ich znaczenie (dlatego rośnie rola mody, nakręcanej przez reklamę i marketing), a potrzeby i aspiracje rosną szybciej niż ilość dostępnych na rynku dóbr. Zdaniem przywoływanego Baudrillarda, współczesne społeczeństwo bardziej potrzebuje konsumentów niż pracowników, a ten trend ulegnie wzmocnieniu wraz z postępem technologicznym.

Autorzy omawianej książki wskazują, że do tej pory ekonomia zajmowała się konsumpcją głównie jako efektem procesu produkcji. Nie dostrzegano relacji między konsumpcją a produkcją, a ta jest – zdaniem naukowców z Akademii Koźmińskiego – bardzo silna i wyraźna. Konsumpcję przez wiele wieków najpierw lekceważono z powodów religijnych (kładziono nacisk na wymiar duchowy życia), a potem z powodów gospodarczych (to praca i ziemia były najważniejsze w początkach ekonomii). Dopiero w ostatnich latach na różne aspekty powiązania konsumpcji z rozwojem społecznym wskazali nobliści (m.in. Angus Deaton, Richard Thaler czy Paul Romer), a Unia Europejska przyjęła program Zielony Ład, którego wiele zadań będzie realizowanych na podstawie inwestycyjnego wymiaru konsumpcji – podkreślają Olejniczuk-Merta i Noga.

obserwatorfinansowy.pl

Zdaniem Inkstera: „USA instynktownie dążą teraz do wyjścia z zaangażowania we współpracę z Chinami i pójścia własną drogą, poprzez ograniczenie wymiany handlowej, odzyskanie jak największej porcji własnej produkcji osadzonej na terytorium Chin, wyłączenie Chin z własnych rynków i własnego systemu bankowego oraz uniemożliwienie im dostępu do komponentów z zakresu wysokich technologii”.

Taki jest aktualny stan rzeczy i takie opinie zaczynają dominować na amerykańskiej scenie, tak publicznej, jak medialnej i politycznej, choć niekoniecznie biznesowej (mimo że Apple, Dell czy HP zaczęły już wychodzić z Chin). Znaleźliśmy się więc nie tylko na skraju Wielkiego Rozwodu, ale nawet „nowej zimnej wojny”, o której coraz głośniej. Jednakże autor tu akurat słusznie podkreśla: „jeśli wejdziemy także w wojnę ideologiczna, to władze w Pekinie zinterpretują to jako próbę zmiany reżimu”. A na coś takiego Pekin z całą pewnością nie pozwoli, czując się teraz zbyt silny i pewny swego.

Co więc nas czeka? Autor na koniec tomu kreśli cztery scenariusze, w tym dwa – jak je nazywa – „teoretyczne” i co ciekawe zalicza do nich także ten, mówiący o zachowaniu status quo. Jako najbardziej prawdopodobny wskazuje natomiast „częściowe rozejście się” (partial disengagement), ale nie wyklucza też najgorszego z nich – nowej zimnej wojny.

Przed wejściem w nią zdecydowanie przestrzega i powołuje się na niedawne (lipiec 2020) badania ekspertów Deutsche Bank, którzy ocenili, że ewentualny „technologiczny rozwód” między USA a Chinami w ciągu najbliższych 5-8 lat kosztowałby je i cały świat sumę rzędu 3,5 biliona dolarów. Stawka jest więc niezmiernie wysoka i administracja Joe Bidena ma przed sobą z całą pewnością niełatwe wybory.

Jednakże większość amerykańskich elit, co Inkster dobrze dokumentuje, jest teraz albo mocno rozczarowana, albo nawet wściekła na Chińczyków, bo czuje się przegrana i na dodatek nie wie, co zrobić, napotykając rosnącą chińską pewność siebie oraz ich stałą mantrę: „nie chcemy wojny, ale się jej nie boimy”.

obserwatorfinansowy.pl

Trzeba zauważyć, że dr Hunzeker nie jest zwolennikiem patrzenia niejako jednowektorowego, które bazuje na przekonaniu, że pełnoskalowa inwazja nie jest opłacalna dla Chin. Zaś wszystko powinno być podporządkowane zdolnościom do przeciwdziałania agresji bazującej jedynie na zajmowaniu pomniejszych wysepek (Kinmen, Matsu), ostrzale rakietowym czy przede wszystkim prowadzeniu blokady morskiej czy też co obecnie jest nad wyraz modne, skupieniu się na działaniach w domenie cyber. Zauważa on bowiem bardzo celnie, że punktowe działania Pekinu mogą pociągnąć za sobą lepszą reakcję sojuszników Tajwanu na czele ze Stanami Zjednoczonymi. W przypadku działań takich jak blokada morska marynarka wojenna i siły powietrzne Chińskiej Armii Ludowo-Wyzwoleńczej miałyby (polityczny i wojskowy) problem z reakcją na chociażby rejsy statków państw trzecich, eskortowane przez własne okręty wojenne oraz loty cywilnych maszyn, etc. Trzeba przecież pamiętać, że Tajwańczycy są ważnym dostawcą zaawansowanych rozwiązań technologicznych dla wielu państw świata.

Finalnie, punktowe uderzenia np. rakietowe na Tajwan nie mogłyby złamać woli oporu ludności. Nawet wprost przeciwnie, mogłoby to zwiększyć poparcie dla przygotowań obronnych. Tutaj należy przypomnieć kazus Ukrainy, która pod asymetryczną presją ze strony Rosji animującej zajęcie Krymu i wybuch konfliktu w Donbasie potrafiła zmobilizować znaczną część społeczeństwa do obrony kraju i długofalowej reformy wojska. Kwestie ukraińskiej mobilizacji są tutaj nader ważne, bowiem na Tajwanie toczyć się ma też batalia wokół morale młodego pokolenia względem ich zaangażowania w system obronny kraju. Administracja prezydent Tsai dostrzegła bowiem, że obronność Tajwanu opierająca się jedynie na sprzętowej perspektywie może być zupełnie nieadekwatna do postaw młodych ludzi, nie potrafiących dostrzec swojej roli i znaczenia zaangażowania w system bezpieczeństwa państwa.

(...)

Co więcej, brak pełnej eliminacji zdolności bojowych sił zbrojnych Republiki Chińskiej na Tajwanie mógłby generować rosnące straty po stronie chińskiej, analizując chociażby aktywność lądowych systemów przeciwokrętowych. Hunzeker nie mówił o tym wprost, ale przecież tajwańscy komandosi nie ukrywają, że są w stanie prowadzić zaawansowane i skomplikowane działania sabotażowo-dywersyjne względem napastników. Stąd też trzeba zakładać, że Tajpej potrafiłoby w pewnym momencie zacząć przejawiać zdolności ofensywne i blokujące możliwość konsumpcji pierwszych, niepełnych pod względem polityczno-wojskowym, sukcesów Pekinu. W dodatku, Hunzeker zauważa, że dziś i tak Tajwan musi szykować się do odpowiedzi na podobne zagrożenia, gdyż tak czy inaczej zajmowanie wysepek, ostrzał rakietowy, cyber uderzenia czy też uderzenia rakietowe są naturalnie wpisane również w pełnoskalowe działania ChALW.

(...)

Dla Pekinu jedynym rozwiązaniem w zakresie narzucenia swego władztwa na Tajwan pozostaje więc nadal wbrew pozorom pełnoskalowa operacja desantowa. Zakładająca fizyczne zajęcie wyspy oraz jej okupację, oczywiście z długofalowym wprowadzaniem nadzoru nad aktywnością społeczeństwa tajwańskiego. To również wymagałoby znacznych zasobów, szczególnie, gdy porówna się kwestię zbrojnego zajęcia terytorium tajwańskiego z obecną próbą Pekinu w zakresie zdławienia politycznych protestów w Hongkongu. Skala działań służb bezpieczeństwa i wojska musiałaby być wręcz gigantyczna w przypadku nawet fizycznego pokonania wojsk tajwańskich, generując zapewne znaczne osłabienie międzynarodowej pozycji Chin.

defence24.pl

piątek, 2 kwietnia 2021


Obwód Kaliningradzki od zawsze w strategii politycznej i militarnej wcześniej ZSRR, a obecnie Rosji miał kluczowe znaczenie. Jest rosyjskim przyczółkiem w europejskim subregionie. Wrotami na Bałtyk i na Nizinę Polską, wyprowadzająca krótką drogą do Europy Środkowej i Zachodniej.

Od zakończenia II wojny światowej w obwodzie stacjonowały głównie elementy Floty Bałtyckiej i 11. Armii z jednostkami piechoty morskiej i lotnictwem morskim. Siły te przeznaczone były do desantu na Półwysep Jutlandzki, blokady cieśnin duńskich dla floty NATO oraz do osłony i wsparcia sił desantowych. Po rozwiązaniu Układu Warszawskiego na przestrzeni blisko 30 lat wojska w obwodzie przechodziły kilkukrotną reorganizację, połączoną z częściową redukcją potencjału wojskowego.

Generalnie według aktualnej wiedzy wojska Kaliningradzkiego Rejonu Obrony (KOR) podlegają pod Dowództwo Zachodniego Okręgu Wojskowego jako 11. Korpus Armijny. Ponadto w rejonie dyslokowane są zasadnicze siły Floty Bałtyckiej.

Zasadniczo przeznaczenie tych sił nie uległo zmianie i w przypadku wojny będą przeznaczone do zdobycia przewagi na Bałtyku, zarówno na morzu jak i w powietrzu. Wobec zmiany układu sił w regionie w tym i obecności NATO w krajach bałtyckich sądzić należy, że wojska z KOR przewidywane są także do innego użycia. Jednym z możliwych wariantów jest blokowanie manewru lądem, morzem i powietrzem sił Sojuszu Północnoatlantyckiego w obszar krajów bałtyckich oraz wsparcie działań 6. Armii rosyjskiej, która rozmieszona jest za wschodnią granicą tych krajów. W dalszej fazie operacji, po opanowaniu krajów bałtyckich, skierowanie wysiłku działań w południową część Bałtyku i polskiego wybrzeża morskiego. Wsparcie działań zasadniczych sił uderzających od wschodu.

Ciekawe, że wojskowi NATO z uporem godnym lepszej sprawy głoszą koncepcje o koniecznym wzmocnieniu państw bałtyckich w przypadku wojny wojskami Sojuszu, przegrupowując w ich obszar znaczne siły. Nie sądzę, żeby była to wojskowo przemyślana operacja w obliczu przytłaczającej przewagi potencjalnego przeciwnika, między innymi 1. Armii Pancernej i sił z KOR. Ponadto do tego potencjału doliczyć trzeba siły zbrojne Białorusi, które w przypadku konfliktu staną się częścią kontyngentu wojsk rosyjskich. Rosyjskiej 6. Armii współdziałającej z Flotą Bałtycką zajęcie państw bałtyckich zajmie 2-4 doby. Siły wepchnięte w ten stosunkowo wąski obszar (180-230 km głębokości operacyjnej) zostaną szybko pozbawione wsparcia i rozbite.

I trzeba sobie powiedzieć jednoznacznie, że demonizowany przez amerykańskich i polskich ekspertów Przesmyk suwalski nie ma żadnego znaczenia operacyjnego, a co najwyżej taktyczne. W przypadku agresji Rosjanie nie będą patrzeć na mapę polityczną i zarysy granicy między Polską a Litwą. Po prostu przejadą przez teren, jaki sobie wybiorą.

/Akurat Kaliningrad jest stosunkowo łatwo zablokować, a także atakować z dystansu - red./

defence24.pl

„Nie pozwolimy, by zagraniczne firmy jadły chiński ryż, ale rozbijały chińską miskę” – to jedno z haseł promowanych w sieci społecznościowej Weibo przez „Renmin Ribao” i inne państwowe media ChRL. Internauci nawołują do bojkotów, a celebryci zrywają współpracę z napiętnowanymi firmami.

Nagonka zaczęła się po nałożeniu przez UE, USA, Wielką Brytanię i Kanadę sankcji na czterech urzędników i jedną państwową instytucję z Chin za „poważne pogwałcenia praw człowieka” Ujgurów i innych muzułmanów w regionie Sinciang na zachodzie ChRL.

Jako pierwsza zaatakowana została marka H&M, która wyrażała „głębokie zaniepokojenie” doniesieniami o zmuszaniu Ujgurów do pracy w fabrykach i na polach bawełny. Firma zapewniła również, że nie będzie używała bawełny z Sinciangu, z którego według niektórych szacunków pochodzi 20 proc. światowej podaży tego surowca.

W środę młodzieżówka Komunistycznej Partii Chin (KPCh) potępiła szwedzki koncern w sieci Weibo. „Rozpowszechnianie apeli, by bojkotować bawełnę z Sinciangu, a jednocześnie chęć zarabiania pieniędzy w Chinach? To myślenie życzeniowe!” - głosił wpis, odnoszący się do komunikatu H&M z ubiegłego roku.

Po tym wpisie produkty H&M zniknęły z kilku największych chińskich sieci sprzedaży internetowej, a dwoje chińskich aktorów publicznie zerwało związki z koncernem. W sieci pojawiły się patriotyczne slogany wzywające do bojkotu H&M i deklaracje „poparcia dla bawełny z Sinciangu”.

PAP

Pierwsza wymiana ciosów miała miejsce w miniony czwartek na Alasce, gdzie doszło do pierwszego oficjalnego spotkania wysokich rangą delegacji Chin i USA pod rządami Joe Bidena. Był to ostatni punkt na trasie Amerykanów, którzy objechali wcześniej szereg kluczowych państw w Azji, w wielu miejscach poruszając temat rywalizacji z Chinami. Dyplomatyczne spotkanie na Alasce z miejsca zaczęło się od rzadko spotykanej niedyplomatycznej wymiany.

- Amerykanie wyraźnie zasygnalizowali, że nowa administracja prezydencka nie zmieni istotnie polityki wobec Chin. Chińczycy wcześniej starali się sugerować, że to jest możliwe, ale teraz zostało im pokazane, że nie - ocenia Przychodniak.

Jako pierwsi wygłaszający wstępne oświadczenie przed dziennikarzami Amerykanie szybko podnieśli ciśnienie Chińczykom. Wspomnieli bowiem między innym kwestię przestrzegania w Chinach praw człowieka, dławienia demokracji w Hongkongu czy łamania reguł w handlu. - Oczywiście wiedzieliśmy, zaczynając to spotkanie, że jest szereg tematów, w których zasadniczo się różnimy. Nie może być więc zaskoczeniem, że kiedy te tematy poruszyliśmy w sposób bezpośredni, spotkaliśmy się z taką odpowiedzą - powiedział później Antony Blinken, sekretarz stanu USA.

"Taka odpowiedź" to 15-minutowa tyrada, którą wygłosił minister spraw zagranicznych Yang Jiechi. Zdecydowanie wykraczającą poza dwuminutowy limit dla wstępnych wypowiedzi. Wytykał Amerykanom między innymi, że to u nich są problemy z prawami człowieka i to oni za pomocą siły starają się szerzyć swoją ideologię na świecie. Nie chcąc zostawić tego bez odpowiedzi, Blinken stwierdził, że "nigdy nie jest dobrym pomysłem stawać przeciw Ameryce".

- Co jednak istotne, choć najpierw publicznie doszło do ostrej wymiany zdań, to potem prowadzono negocjacje zgodnie ze sztuką dyplomacji - zwraca uwagę Przychodniak. Po spotkaniu minister Jiechi podkreślał, że wymiana zdań była "szczera, konstruktywna i pomocna". - Oczywiście są pomiędzy nami istotne różnice. Chiny będą zdecydowanie bronić swojej niezależności, bezpieczeństwa i interesów. Chiński rozwój i rosnąca siła są nie do zatrzymania - mówił po spotkaniu w chińskiej telewizji państwowej.

Amerykanie też wydawali się zadowoleni, bo w końcu o to im chodziło. Chcieli odpowiednio ustawić relacje z Chinami na najbliższy czas. - Amerykanie może nie tyle chcą konfrontacji, ale dają do zrozumienia, że tam gdzie potrzebne będzie rywalizacja. Ewentualne poprawienie relacji jest natomiast zależne od tego, czy Chińczycy spełnią szereg ich oczekiwań na przykład w kwestii Hongkongu, Tajwanu, czy spraw handlowych - mówi ekspert PISM.

W poniedziałek swoją salwę oddała Bruksela. Ogłoszono nałożenie sankcji na 11 osób i podmiotów zaangażowanych w masowe naruszenia praw mniejszości Ujgurów, nazywane przez między innymi Blinkena ludobójstwem. To pierwszy akt nałożenia przez UE sankcji na Chiny od czasu masakry na Placu Tiananmen w 1989 roku. Ich znaczenie jest głównie symboliczne, ale jak pokazuje reakcja Chin, trafiły w czuły punkt.

Chińskie MSZ zareagowało ostrym oświadczeniem, w którym nazwano sankcje "rażącym naruszeniem prawa międzynarodowego" i ogłoszono eskalację, czyli odwetowe chińskie sankcje. Obłożono nimi między innymi pięciu członków europarlamentu zaangażowanych w temat Ujgurów, jak i kilka europejskich organizacji pozarządowych badających to, w jaki sposób chińskie władze metodycznie wyniszczają muzułmańską mniejszość zamieszkującą zachodni kraniec Chin.

W ciągu kilku godzin po ogłoszeniu sankcji przez UE podobne ogłosiły Kanada, Wielka Brytania i USA. - Najpewniej odbyło się to w jakiejś koordynacji - mówi Przychodniak. Tym samym Zachód pokazał jedność. Ma to znaczenie zwłaszcza w kontekście relacji Europy z USA, które zostały mocno nadszarpnięte w ostatnich miesiącach przez wynegocjowanie  umowy inwestycyjnej UE z Chinami. USA od początku miały do niej bardzo sceptyczne nastawienie. W Waszyngtonie zarzucano Brukseli, że koncentruje się na pieniądzach, zamykając oczy na zagrożenia płynące ze strony Chin.

gazeta.pl

Dziś w rozmowie z Onetem Michał Drożdż zrelacjonował, jak wyglądają jego obecne dyżury w trakcie trzeciej fali pandemii.

- W trakcie ostatniego dyżuru już wszystkie szpitale, do których jeździliśmy, odmawiały przyjęcia lub kazały nam czekać na "zwolnienie" łóżka. Gdy jeździliśmy po całym mieście z jedną pacjentką, to po trzech godzinach już kończył nam się tlen. Mieliśmy go jeszcze maksymalnie na godzinę... Generalnie jest bardzo źle – przyznaje.

- W końcu tlen nam się skończył, więc inna karetka dowiozła nam pełne butle. Jednak za chwilę może zabraknąć karetek dla mieszkańców Warszawy z nagłym zagrożeniem życia. Będzie wypadek w centrum i żadna karetka nie przyjedzie przez godzinę. To moim zdaniem nieuchronny scenariusz – mówi Michał Drożdż.

- Wspomniana kobieta trafiła w końcu do placówki w Kozienicach. Około godz. 9 rano została skierowana do szpitala. Po piętnastu godzinach oczekiwania w karetce... I łącznie po około 20 godzinach od momentu wezwania pogotowia. To jest obecna rzeczywistość – tłumaczy.

Ratownik relacjonuje: - Dziś, jak dzwonisz do dyspozytora, to on mówi: „Nie ma miejsca nigdzie. Radź sobie sam”. Jest więc trochę jak na wojnie. Chcesz miejsca dla pacjenta w szpitalu? To nie wiem, lej się z lekarzem... Przepraszam, ale tylko w tak absurdalny sposób można ukazać obecny obraz sytuacji. Lekarz oczywiście ma pełne prawo powołać się na przepisy i pacjenta nie przyjąć – dodaje ratownik.

(...)

Restrykcje? - Zacznijmy działać logicznie i zastanówmy się spokojnie, czy i w jakiej formie jeszcze są konieczne. Powinniśmy chronić ludzi starszych, nie zostawiać wielu ludzi samych bez opieki, z opieką „telemedyczną”, która dla starszej, obciążonej osoby nie jest żadnym poważnym procesem medycznym. Zadbajmy o podstawowe sprawy, a potem decydujmy o lockdownach.

Michał Drożdż przyznaje również, że nie rozumie, dlaczego zamknięte są obecnie centra fitness, a otwarte kościoły. - Czynnikiem bardzo poważnym jest otyłość. Tymczasem my zamykamy siłownie, gdzie chodzą zdrowi i wydolni ludzie, a otwieramy kościoły, gdzie często gromadzą się osoby starsze i mniej wydolne niż osoby stale uprawiające sport. Nie wiem, gdzie tu jest logika – puentuje.

onet.pl

środa, 31 marca 2021


Kryzys zdrowia publicznego COVID-19 to coś więcej niż walka z koronawirusem – trudno nie zgodzić się z taką opinią ekspertów zaprezentowaną przez zespół badaczy z CEPA. Jak wskazują w swoim raporcie poświęconemu problemowi dezinformacji, pandemia wywołała wojnę informacyjną, w której Stany Zjednoczone i ich sojusznicy tracą pozycję na rzecz przeciwników - zwłaszcza Rosji oraz Chin. 

W opracowaniu sporo miejsca poświecono zarówno na różnice w podejściach obu państw, ale również na wskazaniu punktów łączących obie koncepcje. Jeden z wniosków wcale nie jest zaskakujący – chińska dezinformacja nie może się równać z rosyjską.  

Eksperci CEPA podkreślają, że w czasach przed pandemicznych rosyjska działalność w obszarze informacyjnym skupiona była na podważaniu fundamentów liberalnego ładu demokratycznego poprzez delegitymizację Stanów Zjednoczonych jako wiarygodnego partnera, pogłębianie podziałów w sojuszu transatlantyckim oraz erozję społecznego poparcia dla wartości i instytucji.

Zgoła odmienne podejście przyjęło Państwo Środka, które – jak twierdzą badacze – było bardziej „subtelne, cierpliwe i niechętne ryzyku w przeciwieństwie do Rosji". Poza Chinami kontynentalnymi Partia rozpoczęła szerzenie dezinformacyjnych narracji od 2017 roku – jednak skierowana była ona na kierunku elit i budowaniu pozytywnego wizerunku tego państwa. Kluczowe wnioski z przeprowadzonych analiz wskazują, że Państwo Środka starało się naśladować rosyjską taktykę, po raz pierwszy szerząc dezinformację na całym świecie – brakowało im jednak umiejętności, którymi dysponuje Kreml w tym aspekcie. Rosyjskie podejście do problemu dezinformacji niewiele zmieniło w dotychczasowych działaniach – postawiono na odtworzenie poprzednich narracji.  

Chińska partia komunistyczna poprzez działania dezinformacyjne zwróciła się w stronę szerzenia destrukcyjnych i konspiracyjnych narracji w celu „stępienia ostrza” krytyki wymierzonego w Chiny ze względu na początkowe zaniedbania ukierunkowane na powstrzymanie COVID-19. Zwrócono również uwagę, że wcześniejsze podejście Państwa Środka do działań informacyjnych skupione było na budowaniu więzi gospodarczych i wpływów pośród elit politycznych – w przeciwieństwie do Rosji, która stawia na działania pośród szerokiej opinii publicznej.

(...)

„Po początkowym niepowodzeniu w powstrzymaniu wirusa Chiny szybko podjęły próbę zrzucenia winy z siebie za pomocą skoordynowanej globalnej kampanii dezinformacyjnej prowadzonej przez media i dyplomatów na temat pochodzenia COVID-19” – wskazują eksperci. Jednocześnie w raporcie podkreślono, że podobnie jak Rosja, „Chiny wykorzystują pandemię dla swojej geopolitycznej przewagi”.

W początkowej fazie, media i urzędnicy państwowi pielęgnowali narracje mówiące o tym, że pochodzenie wirusa jest nieznane. Praktykowano również teorie, że patogen mógł być obecny już w 2019 roku w Stanach Zjednoczonych, a także oskarżano amerykańskie wojskowe laboratorium o jego produkcję. W kolejnym etapie skupiono się na podkreślaniu osiągnięć Chin przy zwalczaniu pandemii, krytykując jednocześnie podejście do problemu praktykowane przez kraje zachodnie, wskazując, że są one nieefektywne.

Państwo Środka, co opisują eksperci w swoim raporcie, wzmocniły historie o swoim międzynarodowym przywództwie poprzez podkreślanie współpracy ze Światową Organizacją Zdrowia (WHO) i wysyłaniu przesyłek pomocy medycznej do krajów dotkniętych kryzysem. „Narracja leżąca u podstaw tego była taka, że model rządzenia w Chinach jest bardziej skuteczny niż model zachodni” – wskazano w opracowaniu.  

Zarówno Rosja, jak i Chiny dążą do wzmocnienia swojej pozycji, lecz Moskwa robi to poprzez próbę osłabienia pozycji Zachodu, z kolei Pekin promując prochińską narrację. Państwo Środka stawiało na rozpowszechnianie fake newsów w mediach zagranicznych, tymczasem Rosja oddziaływała za pośrednictwem mediów społecznościowych oraz własnych mediów. 

Eksperci wskazują, że rosyjskie działania informacyjne nastawione były na konfrontacje w przeciwieństwie do chińskich, które były „bardziej podstępne”. Co podkreślają również badacze CEPA, Kreml był skłonny żyć z konsekwencjami ingerencji w wybory i szerzenia dezinformacji. Chiny działały ostrożniej, mając nadzieję, że budowanie wpływów w mniej jawny i destrukcyjny sposób przyniesie przyszłe korzyści.

Państwo Środka skupiło się na tłumieniu negatywnych informacji – w przeciwieństwie do działań informacyjnych Kremla. Operacje te polegały na wykorzystaniu cenzorów, jak i poprzez wzrost obecności chińskich mediów poza granicami kraju, finansowanie think tanków i uniwersytetów.

Eksperci podkreślają, że niektóre „metanarracje” były podobne – jako przykład wskazano, że oba kraje krytykowały demokracje jako skorumpowane i nieudolne, chwaląc własne globalne przywództwo oraz zwracając uwagę na brak przywództwa zachodniego. Oba państwa postawiły również na podważenie liberalnych norm i instytucji demokratycznych, osłabianie spójności między demokratycznymi sojusznikami oraz partnerami, zmniejszanie globalnych wpływów Stanów Zjednoczonych, a także wspieranie ich własnych interesów.

cyberdefence24.pl

W ciągu kilku kolejnych dekad gospodarka Korei Południowej doświadczyła głębokiej transformacji, która przy bardzo mocnym wsparciu państwa, wydała na świat wielkie konglomeraty biznesowe. Dziś stanowią one nie tylko motor napędowy kraju, ale także jedne z największych firm w swoich branżach na świecie. Mowa tu o czebolach, południowokoreańskich grupach biznesowych zarządzanych przez wąskie grono rodziny założycielskiej oraz jej zaufanych współpracowników i przyjaciół, o wysokim stopniu dywersyfikacji i znaczącym udziale w PKB kraju (...). 

Dane nie pozostawiają wątpliwości co to tego, jak duże jest dziś ich znaczenie dla gospodarki tego kraju. Według raportu Korea CXO Institute w 2019 r. przychód 64 największych czeboli odpowiadał aż za 84,3% PKB Korei Południowej (...). Południowokoreańska gospodarka charakteryzuje się więc wysoką koncentracją siły i wpływów.

Jednakże stopni koncentracji jest jeszcze co najmniej kilka, o czym pisał także badacz zagadnienia rozwoju czeboli Myung Hun Kang. Jak trafnie zauważył, drugim przejawem koncentracji jest przewaga największych konglomeratów nad pozostałymi. Jak pokazują zestawienie Global Fortune 500 oraz dane Banku Światowego, cztery największe czebole Samsung, Hyundai, SK Holdings oraz LG odpowiadały łącznie w 2018 roku za prawie 30% PKB kraju (Fortune, World Bank Open Data, 2020). To właśnie te konglomeraty mają decydujący wpływ na krajową gospodarkę. 

Dodatkowo wewnątrz tych grup ponownie mamy do czynienia z kolejnymi stopniami koncentracji. Choć konglomeraty te składają się z wielu spółek działających na znacznie różniących się od siebie rynkach, to kluczowe role pełnią w nich te największe, odpowiedzialne za najbardziej dochodową część biznesu, jak np. spółki zajmujące się produkcją szeroko pojętego sprzętu elektronicznego oraz półprzewodników w Samsungu (...). 

(...)

Historia rozwoju czeboli nierozerwalnie związana jest z postacią autorytarnego prezydenta Parka Chung Hee, który rządził Koreą Południową w latach 1961-1979. Polityk ten doszedł do władzy w wyniku przewrotu wojskowego, a jego twarda ręka w zarządzaniu państwem znalazła swoje odzwierciedlenie w sposobie kreowania odradzającej się gospodarki. To właśnie w wyniku jego wizji w kraju tym miały powstać wielkie krajowe przedsiębiorstwa, których rolą była realizacja planów gospodarczych rządzących. Polityk ten wyraźnie inspirował się historią rozwoju Japonii. Dorastał on bowiem w okresie okupacji, a obserwacja industrializacji i rozwoju wojskowego Japończyków wywarły na nim ogromne wrażenie, stanowiły bowiem przykład skutecznej organizacji. Park ukończył japońską akademię wojskową i służył w jej armii w trakcie II wojny światowej. Zdobyte doświadczenie i wiedza posłużyły mu do zbudowania konglomeratów biznesowych na wzór Zaibatsu, czyli organizacji gospodarczych powstałych w Japonii w drugiej połowie XIX wieku. (...).

W realizacji planu prezydenta Parka Chung Hee kluczową rolę odegrać miały istniejące już na rynku duże koreańskie przedsiębiorstwa. Polityk ten postanowił zmusić wybranych biznesmenów do bliskiej współpracy, a ci mieli służyć dyktatorowi jako narzędzia w realizacji ambitnych planów rozwojowych jego autorstwa. 

Swoistym otwarciem nowego porządku była decyzja o aresztowaniu trzynastu znaczących krajowych biznesmenów, którą podjął dwa tygodnie po przejęciu władzy w 1961 r. Rozszerzone śledztwo objęło kolejnych stu dwudziestu przedsiębiorców, których oskarżono o szeroki zakres przewinień o charakterze korupcyjnym (...). Była to jasna demonstracja siły, mająca pokazać zakończenie pewnego porządku politycznego w kraju. Współpraca z nowym rządem i posłuszeństwo wobec niego stały się kluczowymi warunkami prowadzenia biznesu.

(...)

Wybrane przez prezydenta przedsiębiorstwa oprócz ambitnej misji otrzymały także szeroki pakiet wsparcia, który odegrał decydującą rolę w budowie ich potęgi. Pierwszym filarem ich siły była możliwość realizacji inwestycji w określonych branżach, w pełni kontrolowanych wówczas przez rząd. Operowanie na konkretnych rynkach wymagało licencji, a w przypadku największych państwowych inwestycji, decyzje o wyborze wykonawcy nierzadko podejmowane były bezpośrednio przez prezydenta kraju. Zlecenia rządowe w latach 60. były w Korei Południowej głównym źródłem wzrostu gospodarczego (...). Poprzez wprowadzenie wymogu posiadania licencji, rynki, na których operowały czebole charakteryzowały się niską konkurencyjnością i wysokimi barierami wejścia. Były to doskonałe warunki rozwoju dla uprzywilejowanych firm.

Kolejnym niezwykle istotnym aspektem siły czeboli stał się dostęp do kapitału, który w danym czasie był praktycznie niemożliwy do zdobycia bez wsparcia rządowego. Korea Południowa należała wówczas do najbiedniejszych państw świata, a podstawowym źródłem finansowania stały się środki zagraniczne. Te z kolei trafiały najpierw do dopiero co znacjonalizowanych banków, które decydowały o tym, jakim firmom udzielić kredytów. Środki finansowe miały trafiać do wybranych przez prezydenta firm i branż. Co więcej, czebole mogły liczyć na korzystne warunki kredytu oraz subsydia w przypadku kluczowych inwestycji. Tym sposobem państwo napędzało rozwój poszczególnych gałęzi gospodarki oraz kontrolowało wykonawców strategicznych projektów (...).

Każdy z członków FKI otrzymał rolę objęcia swoim biznesem konkretnych gałęzi gospodarki, tak aby ograniczyć konkurencję pomiędzy nimi. Poza obszarami, w których już posiadały wiedzę i doświadczenie, często przypisywano im zupełnie nowe projekty, wymagające wkroczenia na nowe obszary biznesu. Tym sposobem czebole rozszerzały swój zakres działania i dominowały nad rosnącą ilością rynków (...).

Takie warunki operowania pozwalały konglomeratom na osiąganie znaczących rozmiarów. To natomiast stało się źródłem dwóch niezwykle istotnych przewag rynkowych. Pierwszą z nich był efekt skali. Im więcej dane firmy produkowały, tym mniejsze stawały się ich średnie koszty operacyjne. Rosnąca rentowność pozwalała czebolom na gromadzenie coraz większej ilości kapitału, dzięki któremu mogły rozwijać się coraz szybciej i stopniowo uniezależniały się od państwa.

Drugim ważnym atutem wynikającym z ich wielkości, było zaufanie i prestiż, którymi mogły cieszyć się jako duże i rozpoznawalne firmy. Miało to szczególne znaczenie w przypadku licencji i kontraktów na mniejszą skalę, przy których decyzje o wyborze firmy podejmowali lokalni urzędnicy. Wybór mniejszych i mniej znanych firm często wydawał się im obarczony znacznie większym ryzykiem. Miało to szczególne znaczenie w czasie, w którym koreańska gospodarka na wielu przestrzeniach była jeszcze słabo rozwinięta, a skuteczna ocena kompetencji i doświadczenia potencjalnych wykonawców była utrudniona (...).

Od początku lat 60. liderzy koreańskich konglomeratów rodzinnych bezpośrednio współpracowali z najważniejszymi politykami. Państwo utorowało drogę przed czebolami, aby te stały się motorem napędowym południowokoreańskiej gospodarki. Obie strony były zależne od siebie, tworząc korupcjogenny “ekosystem” polityczno-gospodarczy.

Z czasem więź pomiędzy czebolami a rządem stawała się coraz słabsza, a przede wszystkim zdecydowanie mniej formalna. Na początku lat 80. koreański rząd rozpoczął kampanię liberalizacji gospodarczej, która wiązała się ze znaczącym ograniczeniem jego aktywności interwencyjnych oraz obniżeniem ceł i otwarciem się rynku na zagranicznych konkurentów. Działania te miały stymulować rodzimy biznes do rozwoju dzięki zdrowej konkurencji. Koreański rząd wyrażał coraz większe zaufanie do zasad światowego wolnego rynku, na których krajowa gospodarka miała się odtąd coraz mocniej opierać. Zmiany te były jednak wprowadzane stopniowo, tak aby dać czas czebolom na przygotowanie się do nowych warunków gospodarczych. Stopniowość tego procesu obrazuje wprowadzony w 1984 roku program obniżania ceł, który trwał aż jedenaście lat (...).

W okresie tym czebole stawały się coraz bardziej niezależne od rządzących, a zmianie uległ także układ sił. Czebole zdobyły kapitał i możliwości nacisku ekonomicznego, które pozwoliły im na nowy format relacji z państwem, opierający się na nieformalnych i nie zawsze legalnych relacjach z politykami. Konglomeraty w coraz większym stopniu odpowiadały za wkład w rozwój technologii w kraju, a jednocześnie rósł także ich udział w PKB kraju (...). Były coraz mniej zależne od pomocy państwa, a państwo – coraz bardziej polegało na nich.

instytutboyma.org

wtorek, 30 marca 2021


Chiny od dłuższego czasu dążą do uniezależnienia się od zewnętrznych dostawców układów scalonych, a sankcje wprowadzone przez administrację Donalda Trumpa drastycznie ten proces przyspieszyły. Odcięty od wielu dostaw gigant zdecydował się na wpompowanie w gospodarkę absurdalnych ilości pieniędzy oraz hurtowy zakup starszych, przestarzałych maszyn do litografii, które pozwolą przetrwać trudny okres. Według niezależnych źródeł sam ASML sprzedał Chinom maszyny do produkcji chipów w litografii DUV (deep ultraviolet lithography) o wartości 1,2 miliarda dolarów, a Japońskie koncerny pozbywają się swoich przestarzałych maszyn żądając za każdą sztukę około miliona dolarów.

Zakupione maszyny mają pozwolić na wytwarzanie chipów w procesie 14nm-28nm w ilości niezbędnej do zachowania ciągłości funkcjonowania najważniejszych sektorów gospodarki.

W tzw. międzyczasie chiński SIMC buduje olbrzymie fabryki mikroprocesorów wytwarzanych na 300mm waflach krzemowych oraz inwestuje w rozwój technologii, które byłyby niezależne od amerykańskich patentów i mogły konkurować z IP największych gigantów na rynku. Większość z tych inwestycji wspiera rząd Chin, który do 2025 roku przeznaczy na R&D ponad 155 miliardów dolarów, a w sumie na modernizację gospodarki chce wydać astronomiczne 1,4 biliona dolarów. I nie są to jedynie papierowe obietnice, którymi często raczą nas rodzimi politycy - w samym tylko 2019 roku rząd przekazał Zhaoxin, Huawei i SMIC około 29 miliardów dolarów na rozwój technologii i zakup maszyn do wytwarzania układów scalonych.

Celem polityki o roboczej nazwie „3-5-2” jest wyeliminowanie z kluczowej infrastruktury sprzętu i oprogramowania zachodnich firm i zastąpienie go rodzimymi rozwiązaniami. Chodzi przede wszystkim o zaspokojenie potrzeb własnego rynku. Aktualnie chińskie podmioty produkują nieco ponad 20% potrzebnych układów scalonych, a rząd chce, by do końca 2025 roku wskaźnik ten wynosił ponad 70%. Gra idzie o dużą stawkę, bo w 2020 roku na rynek trafiło ponad 543 miliardów sztuk procesorów o łącznej wartości 350 miliardów dolarów, a ich ilość sukcesywnie rośnie.

twojepc.pl