niedziela, 21 lutego 2021


Ogłoszono apele o oddawanie krwi, przede wszystkim jednak wzywano do udziału w kopaniu okopów i schronów przeciwlotniczych. Przewodniczący nawoływał, by „głęboko kopać jaskinie, zwiększyć zapasy zboża”. Już w czerwcu 1965 roku sugerował, że  „najlepszym sposobem byłoby budowanie schronów pod domami, głębokości mniej więcej metra. Jeśli połączymy wszystkie domy tunelami, a każde gospodarstwo domowe wykopie własny schron, to państwo nie będzie musiało ponosić żadnych kosztów”. W apokaliptycznej wizji przypominającej bitwę o Stalingrad, w której Niemcy ścierali się z Rosjanami w zaciekłych walkach wręcz o każdą ulicę, Mao chciał, by wszystkie miasta były gotowe do walk ulicznych. W rozmowie z zagranicznym gościem w czerwcu 1970 roku wyjaśnił, że budynki połączy sieć tuneli, a ludzie wycofają się do schronów, by tam się ukryć, uczyć się, ćwiczyć strzelanie i stamtąd nękać wroga.

W stolicy Przewodniczący otrzymał to, co chciał. Przez ponad rok Pekin pokrywały hałdy ziemi i „niemal niewyobrażalne ilości” cegieł, bo trwały gorączkowe budowy. W domach towarowych i urzędach kopano głębokie doły, połączone z rozległym podziemnym światem wąskich korytarzy i bunkrów obsługiwanych elektrycznymi windami. Na placu Tian’anmen wzniesiono wielkie ekrany, by zasłonić dźwigi i kafary; potężne zadanie połączenia Wielkiej Sali Ludowej z labiryntem tuneli powierzono armii.

Roboty budowlane nadzorowali inżynierowie i wojsko, toczyły się więc szybko; w efekcie pod stolicą powstało podziemnie miasto mające powierzchnię osiemdziesięciu pięciu kilometrów kwadratowych. Wyposażone było w restauracje, szpitale, szkoły, teatry i fabryki, jak również, podobno, tor do jazdy na wrotkach. Niektóre schrony zamknięto włazami uniemożliwiającymi przenikanie gazu oraz stalowymi drzwiami grubości trzydziestu centymetrów chroniącymi przed promieniowaniem. Pod ziemią magazynowano zboże i olej, a w specjalnych podziemnych gospodarstwach uprawiano niewymagające dużo światła grzyby.

Część wykopów prowadzono przy okazji budowy metra, rozpoczętej kilka lat wcześniej. 1 października 1969 roku dwudziestą rocznicę założenia ChRL uczczono próbnymi przejazdami pierwszą linią, łączącą koszary na przedmieściu z głównym dworcem kolejowym Pekinu.

Często dochodziło do wypadków, szczególnie tam, gdzie pracujący bez entuzjazmu obywatele słuchali poleceń lokalnych funkcjonariuszy niemających pojęcia o geologii, czy nawet podstawach inżynierii budowlanej. Duch Yan’anu sławił przecież zbiorową mądrość mas, specjalistyczną wiedzę zaś traktowano pogardliwie jako burżuazyjny przeżytek. Przy wielu przedsięwzięciach o niewielkiej skali wykopaną ziemię wywożono taczkami i wysypywano na ulicach. Ulewne deszcze zamieniały ją w błoto, w którym ślizgały się rowery i przewracały wozy i które zatykało rynsztoki. W Puxi, dzielnicy Szanghaju, na ośmiu ulicach piętrzyło się sto kup ziemi, gruzu i gnijących odpadów, w sumie o wadze około trzydziestu tysięcy ton. Ponieważ wszystko wokół było ochlapane błotem, wyglądało to na sprzątanie po niszczycielskim tajfunie. Podobne sceny spotykało się na wielu ulicach w całym kraju.

Badania geologiczne prowadzono jedynie przy większych przedsięwzięciach budowlanych. Często dochodziło do uszkodzeń domów. W dzielnicy Huangpu, w której aż do 1943 roku funkcjonowała przekazana wówczas republikańskiemu rządowi Szanghajska Dzielnica Międzynarodowa, budowa tuneli do tego stopnia naruszyła fundamenty kilkunastu domów, że budynki zapadały się lub pękały. Dość regularnie zdarzało się też, że źle wzmocnione schrony zapadały się i przysypywały robotników, czasami ze skutkiem śmiertelnym. Przy wykopach zatrudniano także uczniów; dochodziło do tragicznych wypadków, gdy brzegi wykopów się osuwały.

Ludzie musieli również dostarczać cegły. Tak jak podczas Wielkiego Skoku Naprzód w odpowiedzi na wezwanie do podwojenia produkcji stali w całym kraju powstawały podwórkowe piece do wytopu, tak teraz w miastach i miasteczkach budowano podwórkowe piece do wypalania cegieł. Pomysł polegał na tym, by wykopywaną glinę od razu zamieniać w cegły i natychmiast używać do podparcia podziemnych schronów. W Pekinie, gdzie takie piece wznoszono przy hałdach ziemi, przyjęto normę trzydziestu cegieł na osobę. Jak można było przewidzieć, na cegłach drukowano antyradzieckie hasła. Pewien raport podawał z entuzjazmem, że w Szanghaju „ludzie z własnej inicjatywy rozbierali kurniki i cysterny z rybami, a niektórzy nawet przynosili cegły używane przedtem do podpierania łóżek i mebli, wzmacniania ścian, podwyższania pieców czy brukowania podłóg”. Dostarczano także węgiel do opalania prymitywnych pieców, które podobno zdołały wypalić siedem milionów cegieł; do tego dochodziły cegły rozbiórkowe, wyciągnięte lub wygrzebane z istniejących budynków.

Wypadki odnotowywano mniej skrupulatnie niż liczbę cegieł, choć musiały zdarzać się często, ponieważ niektóre piece, zbudowane z piasku, kamieni, gliny i szamotu, przewracały się lub wybuchały. Gdy w Szanghaju jako czyn produkcyjny przed Świętem Niepodległości w 1971 roku usiłowano ustanowić nowy rekord w produkcji cegieł, w jednej z tych budowli w dzielnicy Putuo doszło do implozji, w której zostało zasypanych i odniosło rany dwanaście osób. Podwórkowe piece stanowiły śmiertelne zagrożenie aż do połowy lat siedemdziesiątych.

W rywalizacji o największą w kraju podziemną sieć prowadził Pekin. Szanghaj nie pozostawał daleko w tyle: skomplikowana siatka podziemnych tuneli podobno mogła pomieścić dwa i pół miliona ludzi. W sześciu głównych miastach prowincji Hebei zbudowano schrony dla ponad miliona ludzi. Pod koniec 1970 roku siedemdziesiąt pięć największych miast w kraju mogło się pochwalić wystarczającą liczbą schronów, by pomieścić sześćdziesiąt procent mieszkańców. Większość schronów wykopano ręcznie.

Znajdujące się w strategicznych miejscach góry poprzebijano tunelami, w tym kilkoma dość szerokimi, by zmieściło się w nich kilka autobusów. Ten, który przebito w górze Langmao, niedaleko Jinanu, stolicy prowincji Shandong, miał osiem metrów szerokości i siedem metrów wysokości, a prowadził do podziemnego magazynu mieszczącego ponad dziesięć tysięcy ton zboża. W pobliskiej górze Wanling podziemny parking mógł pomieścić dwieście pojazdów wojskowych. Nawet w jałowej prowincji Gansu, daleko w głębi lądu, do końca 1970 roku wykopano blisko milion metrów kwadratowych schronów. W Yan’anie, tak odległym i izolowanym od reszty kraju, że kilkadziesiąt lat wcześniej Mao wybrał go na swoją kwaterę podczas walk z Japończykami, Zhai Zhenhua i część najlepszych wiejskich robotników musieli łopatami przekopać lessową górę.

Ten gigantyczny wysiłek w większości poszedł na marne. Podczas starannie przygotowanej wizyty w schronach stolicy w listopadzie 1970 roku amerykańskiego dziennikarza Edgara Snowa poprowadzono wąskimi korytarzami do nowiutkiego bunkra, w którym odebrał telefon od księcia Sihanouka, także przebywającego w Pekinie po zamachu wojskowym, który pozbawił go władzy w ojczystej Kambodży. Wojna jednak nie wybuchła. Ukończona sieć schronów i tuneli szybko poszła w zapomnienie; opanowały ją grzyby i robactwo. W końcu wiele tuneli zagrodzono. Sieć uważano za tajemnicę wojskową i zabroniono do niej wstępu także tym, którzy budowali ją własnymi rękoma.

Frank Dikotter - Rewolucja kulturalna

Drugim podejrzanym rejonem była Mongolia Wewnętrzna, obejmująca ponad jedną dziesiątą terytorium kraju i granicząca z Mongolią i Związkiem Radzieckim. Znaczną część prowincji stanowi lessowy płaskowyż pokryty pustyniami i stepem. W 1947 roku, przy strategicznym wsparciu ze strony Stalina i Armii Czerwonej, partii komunistycznej udało się tu przejąć kontrolę i utworzyć Region Autonomiczny Mongolii Wewnętrznej. Komunistyczna Partia Chin wchłonęła członków Mongolskiej Partii Ludowej, założonej wiele lat wcześniej przez wykształconego w Moskwie Mongoła nazwiskiem Ulanfu. Ulanfu, zwany także „mongolskim chanem”, został naczelnikiem prowincji. Jednak po zawinionym przez Mao wielkim głodzie, gdy można już było ocenić zakres zniszczeń wywołany radykalną kolektywizacją, zaczął dystansować się od Przewodniczącego, a na Konferencji Siedmiu Tysięcy Działaczy w styczniu 1962 roku w ostrych słowach potępił Wielki Skok Naprzód. W Mongolii Wewnętrznej rozluźnił nadzór nad kolektywnymi gospodarstwami, a także w dużej mierze zignorował kampanię edukacji socjalistycznej kierowaną przez Liu Shaoqi. Gdy modne stało się hasło „nigdy nie zapominajcie o walce klas”, Ulanfu wyraził wątpliwość, czy różnice między klasami w ogóle istnieją. „Większość pasterzy nie myśli o istnieniu klas, a narzucanie ich jest subiektywne”. W czerwcu 1966 roku wezwano go do Pekinu, gdzie przez sześć tygodni musiał brać udział w męczących zebraniach. 2 lipca Liu Shaoqi i Deng Xiaoping na zmianę w ostry sposób oskarżali Ulanfu o wszelkie możliwe zbrodnie, od „używania produkcji do zastąpienia walki klas” i „promowania rozłamów etnicznych” przez „ustanowienie udzielnego księstwa” po „rewizjonizm” i „występowanie przeciwko Przewodniczącemu Mao”. Ulanfu zniknął z widoku publicznego.

Kang Sheng i Xie Fuzhi przyjrzeli się tej sprawie ponownie w początkach 1966 roku, rozpętując kampanię terroru wymierzoną w byłych członków Mongolskiej Partii Ludowej założonej przez Ulanfu w latach trzydziestych, teraz podejrzewanych o szpiegostwo i zdradę. Do MPL należeli głównie zwykli mongolscy pasterze i rolnicy i to oni najdotkliwiej odczuli wpływ kampanii. W całej prowincji powstały sale tortur; około ośmiuset tysięcy ludzi aresztowano, przesłuchiwano i potępiano na masowych zebraniach. Metody stosowane przeciwko ofiarom sięgały dna horroru nawet według standardów rewolucji kulturalnej. Wyrywano języki i zęby, wyłupiano oczy, ciała piętnowano rozżarzonym żelazem. Kobiety wykorzystywano seksualnie, piersi, brzuch i części intymne przypalano wyjętymi z ognia prętami. Mężczyzn chłostano skórzanymi batami tak, że odpadało im ciało, a czasami odsłaniał się kręgosłup. Kilka osób spalono żywcem.

Choć Mongołowie stanowili niecałe 10 procent populacji, to spośród nich pochodziło ponad 75 procent ofiar. W niektórych okolicach aresztowano dosłownie wszystkich. W biurze kolei w Hohhot spośród 446 mongolskich pracowników nie prześladowano tylko dwóch. Zniknęły wielkie grupy mongolskiej elity – urzędników, kierowników, uczonych, techników. Zakazano używać języka mongolskiego we wszelkich publikacjach. Ocenia się, że w sumie zginęło 16–23 tysięcy osób. Nosiło to wszelkie znamiona ludobójstwa. Głównym podżegaczem w tej kampanii był Teng Haiqing, generał stojący na czele komitetu rewolucyjnego prowincji. W maju 1969 roku Przewodniczący rozkazał mu przerwać kampanię, ale nigdy nie postawiono go przed sądem. Mongolia Wewnętrzna znalazła się pod kontrolą wojska. Prowincję podzielono, a większość jej terytorium włączono do sąsiednich prowincji.

Frank Dikotter - Rewolucja kulturalna

W stolicy wspaniałe gmachy publiczne rosły jak grzyby po deszczu, wznosząc się wysoko ponad morze szarych dachów domów zbudowanych wokół wewnętrznych podwórek i różowych murów cesarskiego miasta. W centrum i na obrzeżach pojawiły się ministerstwa, instytuty i muzea, niektóre pod szerokimi uniesionymi dachami krytymi glazurowaną dachówką, inne pod zwykłymi płaskimi, ale wszystkie inspirowane rosyjskim upodobaniem do gigantyzmu. W jednej tylko dzielnicy w kilka miesięcy zbudowano kilkadziesiąt gmachów mieszczących rozliczne instytuty, od Instytutu Lotnictwa, przez Instytut Ropy Naftowej, po Instytut Metalurgii. Przed każdym z tych budynków rozpościerał się przestronny dziedziniec, objęty szerokimi skrzydłami. Obok Xizhimen, północnozachodniej bramy dawnych murów miejskich, wkrótce wyrósł pawilon wystawowy Związku Radzieckiego. Krążyły plotki, ile złota zużyto do pokrycia jego wyniosłej wieży. Z placu Tian’anmen w sercu stolicy usunięto wiele starożytnych budynków, by zrobić miejsce na doroczne parady. Rozebrano też większość murów miejskich, które utrudniały ruch.

W innych miastach także wzniesiono wielkie, widoczne symbole władzy, ponieważ ambicje rządu centralnego powtarzano na poziomie prowincji, łącznie z pokazowymi gmachami i prestiżowymi projektami, towarzyszącymi rozwijającemu się państwu. W Chongqingu, rozległym mieście zbudowanym na wzgórzach często spowitych mgłą i mżawką, w centrum Ludowego Parku Kultury wzniesiono piękną salę koncertową. Wkrótce dołączyły do niej duży stadion oraz Sala Zgromadzeń. Utrzymanie tej ostatniej – ogromnej dekoracyjnej budowli z trzema kolistymi poziomami dachu z zielonego szkła – kosztowało około stu tysięcy juanów rocznie, choć rzadko była używana. Wiele innych nowych gmachów też stało pustych, ponieważ Chongqing przestał już być stolicą Syczuanu. Dalej na północ, w Zhengzhou, całe nowe miasto zdawało się wyrastać wprost z pól pszenicy, daleko od starego miasta; wzdłuż szerokiego bulwaru wzniesiono wielkie siedziby urzędów. Każdy gmach miał własne ogrody i hotele pracownicze. W Lanzhou, suchej stolicy Gansu, nowe gmachy rządowe ciągnęły się przez kilka kilometrów po obu stronach Jangcy, co w połączeniu z nowymi instytutami, szpitalami, fabrykami i blokami mieszkalnymi niemal podwoiło obszar miasta. Nowe ulice, zbudowane kilofem i łopatą, były tak szerokie, że po obu stronach wytyczano jezdnie dla wolniejszego ruchu. Biegły prosto jak strzała i przecinały dawne drogi bez żadnego szacunku dla przeszłości. Tempo budowy oszałamiało. Kierownictwo śpieszyło się, by dogonić przyszłość. W rezultacie wiele budynków wznoszono „w przypadkowy, dziki sposób”, nie przywiązując większej wagi do planowania. Ponieważ lokalni przywódcy ścigali się w stawianiu coraz większych obiektów, nowe budowle często nie miały instalacji wodno-kanalizacyjnych. Tam, gdzie miasta budowano poza centrum, jak w Zhengzhou, koszt budowy dróg i usług powodował wielką dziurę w budżecie. Ponadto w pośpiesznym dążeniu do katapultowania kraju w komunizm ignorowano najbardziej podstawowe etapy, takie jak pomiary geodezyjne, badanie nośności gruntu i przebiegu cieków wodnych, co prowadziło do kosztownych błędów. Zdarzało się, że nowo zbudowane drogi nieustannie pękały, a różne władze lokalne procesowały się o rekompensaty. Nawet w Pekinie zapadały się fundamenty fabryk, a belki nośne wyginały się i łamały. Marnotrawstwo było ogromne. W imperium centralnego planowania wydawało się, że nie planuje się niczego.

W rezultacie nawet w niektórych pokazowych elementach tego potiomkinowskiego przedsięwzięcia, mających wzbudzić zachwyt i podziw cudzoziemców, nie ustrzeżono się wad. Za lśniącą fasadą socjalistycznej nowoczesności leżał chwiejny świat partactwa. Hotel Qianmen w Pekinie, jeden z trzech przybytków przeznaczonych dla zagranicznych delegacji, w 1956 roku był ulubionym miejscem życzliwych gości. Z kranów kapało, więc tworzyły się plamy w umywalkach i wannach. Toalety nieustannie ciekły, a woda czasami przelewała się z rezerwuarów. Drzwi nie pasowały do futryn, żarówki migały, okna nie chciały się zamykać.

W prestiżowe gmachy ładowano ogromne sumy, ale potrzeby mieszkaniowe zwykłych ludzi zaniedbywano, chyba że chodziło o nowoczesne obiekty budowane na pokaz – na przykład akademiki dla studentów Uniwersytetu Pekińskiego czy Dom Ludowy w Xi’anie. Kwatery mieszkalne znajdowały się tuż przy fabrykach, bez dbałości o podstawowe normy higieny. Miejscowi często narzekali, że „nieustannie wysiedla się zmarłych i żywych”. Znaczna część budownictwa mieszkaniowego wyglądała ponuro jak koszary: rzędy niskich bloków, identycznych i najczęściej bez żadnych udogodnień. Były też wadliwie zbudowane. Na przedmieściach stolicy, z dala od widoku publicznego, mieszkania dla robotników wznoszono z niepełnowartościowych materiałów. Mury chwiały się pod dotknięciem, framugi wypadły po jednej burzy, a dachy przeciekały. W Nanyuanie, przedmieściu oddalonym o trzynaście kilometrów od cesarskiego pałacu, w nowiutkich mieszkaniach ściekała po ścianach woda. Niektóre domy były bez drzwi. Także i to wynikało ze świadomej decyzji. Liu Shaoqi napisał w instrukcji przeznaczonej dla Ministerstwa Przemysłu Włókienniczego w lutym 1956 roku: „Musicie budować jednopiętrowe budynki sypialne, nie wielopiętrowe. Nasi robotnicy nie zawsze są przyzwyczajeni do budynków wielopiętrowych, dopiero w przyszłości będziemy mogli budować dobre gmachy wielopiętrowe. I nie musicie budować ich bardzo dobrze, jeśli okażą się nieco lepsze niż zwykłe szopy, to wystarczy, bo i tak w przyszłości zostaną zburzone”. Uznał, że kilka drzew jest dopuszczalnych, ale nie ma potrzeby wprowadzać stawów, ogródków skalnych, kwiatów i trawy. Nawet dostarczenie robotnikom filiżanek do herbaty, jak to czyniono w Stołecznej Przędzalni Bawełny Numer Dwa, było „zbytkiem”. Takie zalecenia trafiły w nurt szukania oszczędności, ponieważ rząd musiał okresowo ograniczać wydatki.

Frank Dikotter - Tragedia wyzwolenia

piątek, 19 lutego 2021


- Redditowy tłum skierował swoje zainteresowanie na większego wieloryba, usiłując wywołać wyciśnięcie krótkich pozycji na rynku srebra. To jest ich chwila będąca odpowiednikiem Moby Dicka – powiedział Kyle Rodda, analityk IG Markets cytowany przez Reutersa.

Redditowym inwestorom chodzi o to, aby poprzez wzmożony popyt na srebro podbić jego notowania i zmusić posiadaczy krótkich pozycji do ich zamknięcia - czyli wymuszone odkupienie wystawionych kontraktów. Jeśli by do tego doszło, to fala wymuszonych zleceń kupna mogłaby wynieść ceny srebra na niewidziane wcześniej poziomy. Tak samo, jak to w ostatnich dniach miało miejsce w przypadku akcji firmy GameStop.

Jest to jednak bardzo ryzykowna gra. Tego typu sztuczne podbitki co do zasady przypominają schemat piramidy finansowej. Notowania rosną tylko tak długo, jak długo znajdują się chętni do takiej gry. Gdy ich zabraknie, inwestorzy „ubrani” na górce ponoszą dotkliwe straty. Cała zabawa polega jednak na tym, że nikt nie wie i nie jest w stanie przewidzieć, na jakim poziomie cenowym pojawi się szczyt. Dodatkowym ryzykiem są potencjalne działania nadzoru finansowego, giełd i brokerów, którzy mogą zmienić zasady gry i zakazać inwestorom tego typu spekulacji.

- Większość zapasów fizycznego srebra została wyprzedana. Obecnie widzimy, że premie – czyli nadwyżka ponad cenę spot, jaką trzeba zapłacić, aby wejść w posiadania fizycznego metalu – szybuje w niebo. Większość towaru na naszej stronie kosztuje przynajmniej 30% ponad spot i nie możemy dostać niczego taniej od naszych hurtowników – powiedział w wywiadzie dla Bloomberg TV Tyler Wall, szef SD Bullion.

(...)

Efekty „srebrnego szaleństwa” dostrzegalne są także na polskim rynku. Na warszawskiej giełdzie akcje KGHM-u podrożały o ponad 3%, po niespełna dwóch godzinach poniedziałkowego handlu osiągając cenę 194,50 zł. Lubiński kombinat jest jednym z największych producentów srebra na świecie.

bankier.pl

W publikacji (jej polski tytuł to „Jak zrozumieć świat”) zwraca uwagę rozdział ósmy  – „Nie traktuj jako pewnik źródeł statystyk”. Autor ilustruje go cytatem słynnego szwedzkiego statystyka Hansa Ronslinga. Zapytano go, skąd bierze fakty, które podaje. Odpowiedział: ”Ze statystyk Międzynarodowego Funduszu Walutowego i Narodów Zjednoczonych, nic kontrowersyjnego. Te fakty nie podlegają dyskusji. Ja mam rację, a wy się mylicie”.

Jednak, jak twierdzi autor książki, sprawa nie zawsze jest tak oczywista. Bowiem niekoniecznie dane brane z – na pierwszy rzut oka renomowanych urzędów statystycznych – są tak wiarygodne, jak sugerował Ronsling. Harford nawiązuje do historii Andreasa Georgiou, greckiego statystyka, który w 2010 r., po dwóch dekadach pracy w Międzynarodowym Funduszu Walutowym, powrócił do rodzinnego kraju, by stanąć na czele ELSTAT-u, greckiego nowego urzędu statystycznego. Dlaczego nowego?

Otóż kiedy w 2002 r. ekonomistka Paola Subacchi odwiedziła ówczesną siedzibę greckiego urzędu statystycznego nie mogła się nadziwić temu, jak on wygląda. Znajdował się na przedmieściach Aten w budynku z lat 50. XX w., schowany między zwykłymi sklepami. Subacchi musiała się sporo namęczyć, by znaleźć wejście do niego. Kiedy wreszcie jej się to udało, weszła po schodach do zakurzonego pokoju, w którym pracowało kilka osób. Ekonomistka nie zauważyła żadnego komputera.

W tej sytuacji nie dziwi, że w owym czasie przedstawiciele europejskiego biura statystycznego Eurostat otwarcie narzekali na jakość danych, jakie otrzymywali od swoich greckich kolegów. Było to o tyle istotne, że Grecja jako kraj strefy euro miała obowiązek respektować limit deficytu budżetowego w wysokości 3 proc. PKB. Było to trudne dla greckich polityków. Dlatego, zamiast obciąć wydatki, zaczęto tak manipulować przy kategoryzacji wydatków, by nie wliczać ich do deficytu. W 2009 r., w świetle konsekwencji globalnego kryzysu finansowego zaczęto wątpić, czy Grecja będzie w stanie spłacić swoje zobowiązania.

Należało przede wszystkim ustalić, ile tych zobowiązań jest. Stąd misja greckiego statystyka Andreasa Georgiou. Jeszcze zanim ją rozpoczął, greckie ministerstwo finansów ogłosiło prognozę, że deficyt będzie wynosił 3,7 proc. PKB. Tymczasem z wyliczeń Georgiou wynikało, że będzie to 15,4 proc. PKB. Jednak najciekawsze jest to, co zaczęło się dziać po ujawnieniu skali zadłużenia greckiego państwa przez analityka.

Najpierw grecki prokurator ds. przestępstw ekonomicznych oskarżył Georgiou o celowe zawyżanie greckiego deficytu i szkodzenie greckiej gospodarce. Do tego doszły kolejne zarzuty, m.in. taki, że nowy szef urzędu statystycznego nie pozwolił zarządowi ELSTAT-u głosować nad definicją tegoż deficytu. Gdyby Georgiou został uznany winnym, groziło mu dożywotnie więzienie. Co prawda, greckie sądy niższej instancji sześć razy nie uznały winy statystyka, ale grecki sąd najwyższy podtrzymywał zarzuty.

Ostatecznie Georgiou w 2018 r. otrzymał dwa lata więzienia w zawieszeniu. I nie pomogło, że 80 renomowanych statystyków z całego świata podpisało się pod listem w jego obronie.

obserwatorfinansowy.pl

środa, 17 lutego 2021


Termin „wojna mozaikowa” nie został wybrany przypadkowo. Jak mówią przedstawiciele DARPA chodzi o to aby na polu bitwy współdziałało ze sobą wiele małych elementów, tworzących jednak z większej perspektywy jeden spójny obraz. Mozaika została też wybrana z innego względu. To kompozycja w której „każdy element pasuje do każdego”. Współczesne metody działania porównują z kolei do puzzli, w których każdy element ma swoje przyporządkowanie i może zostać zainstalowany w jedynym wyznaczonym dla niego miejscu, a jego brak może uniemożliwić przyłączenie kolejnych elementów.

Rozwiązania te są spadkiem po wypracowanej po wojnie wietnamskiej doktrynie „łamacza ofensyw” (Assault Breaker), która miała skutecznie powstrzymać sowiecką ofensywę w Europie. Wówczas także dostrzegano korzyści płynące ze współpracy na polu bitwy i planowano stoczyć bitwę powietrzno-lądową (air-land battle). W swoich czasach koncepcja ta, oparta o ówczesny poziom techniczny, sprawdziła się. Sowieci nie zdecydowali się na wojnę w Europie, a na własnej skórze amerykańskie założenia odczuł Saddam Husajn podczas Operacji Pustynna Burza w 1991 roku. Jednak, jak podkreśla DARPA, bitwa powietrzno-morska opierała się na osiągnięciu zdolności do współpracy „kilku elementów” sił zbrojnych z kilkoma innymi. Udało się to zresztą osiągnąć wielkim nakładem kosztów i pracy, a prawidłowe zadziałanie tej współpracy zależało od prawidłowego przeprowadzenia wielu procedur. Cały ten system DARPA określa dzisiaj jako „kruchy”, wymagający wielkich nakładów pracy, a także nieskalowalny.

Oczywiście kruchy z punktu widzenia współczesnego pola bitwy, po ogromnym rozwoju w zakresie digitalizacji pola walki, łączności oraz dostępnych platform rozpoznawczych i bojowych. Jak informuje DARPA, niemal wszystkie platformy potrzebne do realizacji „wojny mozaikowej” już w USA istnieją, a nawet są wdrożone do służby. Wyzwaniem pozostaje jednak stworzenie systemu ich pewnej komunikacji między sobą i z dowództwem. Jako przykład podawany jest fakt, że dwa najlepsze myśliwce – F-22 Raptor i F-35 Lightning II nie mają możliwości wymiany informacji między sobą w trybie trudnowykrywalnym.

Właśnie stworzenie systemu dobrej wymiany informacji i łączności jest wymagane. Tak aby dowódca miał informacje ze wszystkich dostępnych sensorów i mógł wyznaczyć do wykonania zadania odpowiednie siły. Docelowo w wojnie mozaikowej ma jednak chodzić o coś więcej. O to, aby dzięki włączeniu wszystkich systemów do wspólnej sieci dane zadanie można było wykonywać na wiele możliwych sposobów. Dzięki tej elastyczności po utracie np. jednego środka mającego je wykonać, dowódca może mieć nadal wiele różnych innych możliwości. Sieć niezliczonych połączeń pomiędzy różnymi uczestnikami pola walki, w połączeniu z ich dużą ilością (pojawienie się inteligentnej broni, działającej w rojach i bezzałogowców różnych typów i klas) ma sprawiać, że przeciwnik nie będzie mógł przewidzieć jaki rodzaj uderzenia go czeka. Nawet po odparciu ataku będzie musiał się też liczyć z kolejnym, który będzie mógł nadejść z zupełnie innej strony.

defence24.pl

Na kontynencie wkrótce opadła bambusowa kurtyna, kończąc jedną z największych migracji w historii Chin. Jednak przeważająca część społeczeństwa ani zbyt entuzjastycznie nie popierała nowych władz, ani nie była im przeciwna. Większość nie miała wyboru – musiała pozostać na miejscu, przyglądając się wyzwoleniu i towarzyszącym mu fanfarom z mieszanką ulgi, nadziei i obaw.

Po uroczystościach pojawiła się policja. Nie była tak przyjacielsko nastawiona jak żołnierze. Patrole policyjne wkraczały do domów, szukając zabronionych przedmiotów, od broni po odbiorniki radiowe. Policjant, który nękał rodzinę Kang Zhengguo w Xi’anie, miał na sobie znoszony mundur i mówił z ciężkim północnym akcentem z Shaanxi. „Zawsze podawaliśmy mu w salonie herbatę, ale wydawał się nieprzyzwyczajony do gładkich krzeseł z drzewa cedrowego i po chwili kucał wprost na krześle, nie zdjąwszy nawet butów”. Interesował go należący do rodziny lampowy odbiornik radiowy. Policja podejrzewała, że urządzenie to wykorzystywano do wysyłania depesz, a nie do odbierania programów. Głowę domostwa Kangów nieustannie wzywano na policję do składania wyjaśnień. W końcu ojciec miał dość i oddał odbiornik.

W całych Chinach policja odwiedzała osoby podejrzewane o sprzyjanie dawnym władzom. W wielkich miastach, takich jak Pekin, Szanghaj czy Wuhan, kilka dni po wyzwoleniu pojawiły się zespoły specjalne, szkolone do przejęcia spraw dotyczących bezpieczeństwa publicznego. Uzyskawszy informacje od zakonspirowanych członków partii komunistycznej, rozeszli się do komisariatów i kwater policji, skąd wydali zarządzenie, by wszyscy pozostali na stanowiskach. Generał Chen Yi, nowy burmistrz Szanghaju, zamienił szpiczastą czapkę na ciemny beret i podczas trzygodzinnego posiedzenia, z niezapalonym papierosem wiszącym w kąciku ust, wzywał siły policyjne, by się „zreformowały, a równocześnie kontynuowały pracę bez zbytniego niepokoju”.

Komuniści nie mieli wyboru – musieli zwrócić się do urzędników i policjantów starego reżymu, by pracowali dalej. We wszystkich instytucjach – na poczcie, w ratuszu, w komendzie policji – część najwyższych funkcjonariuszy poprzedniego systemu znikała, a na ich miejsce pojawiały się nowe twarze. Były to kadry partyjne, którym powierzono nadzór nad przejmowaniem władzy:

Typowy urzędnik [nowych] władz, w mundurze koloru niebieskiego lub khaki, przypominającym wojskowy, z głową przykrytą sukienną czapką, często niezdejmowaną nawet w biurze, znacznie bardziej przypomina radzieckiego komisarza niż chińskiego funkcjonariusza. Żyje oszczędnie […]. Jest biednym człowiekiem; to partia go ubiera, żywi i zapewnia mu dach nad głową. Tytoń i mydło otrzymuje z oficjalnego przydziału, a miesięcznie ledwo zarabia dość, by kupić sobie parę byle jakich sandałów. Sypia na podłodze, a w zarekwirowanych europejskich budynkach odrzuca miękkie materace, na których nie potrafiłby zasnąć. Wobec obcych zachowuje dystans i jest dostępny jedynie dla tych nielicznych, których wyznaczono do prowadzenia „stosunków zagranicznych”. Upiera się, by inni Chińczycy mówili do niego w dialekcie pekińskim, teraz bardziej niż kiedykolwiek oficjalnym języku całego kraju, a nie w lokalnym dialekcie szanghajskim czy jakimś innym.

Większość codziennych zadań wykonywali byli pracownicy dawnych władz. W 1945 roku policja narodowców zaczęła rejestrację gospodarstw domowych i wydawanie dowodów tożsamości w kontrolowanych przez siebie miastach. Gospodarstwo domowe było pojęciem wykraczającym poza samą rodzinę: mogło odnosić się do każdej kolektywnej jednostki, takiej jak fabryczny hotel robotniczy czy oddział szpitalny. Nowe władze przejęły system rejestracji domostw, początkowo uznawany przez komunistów za „faszystowski”, ale nadały mu nowy aspekt. Kartki na żywność wydawano głowie każdego gospodarstwa domowego – głowie rodziny, kierownikowi fabryki czy opatowi w klasztorze – i tej osobie powierzano obowiązek zgłaszania wszelkich zmian w składzie domostwa. Racjonowanie i rozdawnictwo żywności na podstawie systemu rejestracji oznaczało ogromną ilość papierkowej roboty, ponieważ każdy komisariat policji musiał wydawać bony z przydziałami kilka razy w miesiącu. Zapewniało jednak państwu możliwość wglądu w każde gospodarstwo domowe w stopniu nigdy wcześniej nieznanym.

Poza rejestracją gospodarstw domowych każda osoba otrzymywała etykietkę określającą status społeczny (chengfen), oparty na „pochodzeniu rodziny”, „zawodzie” i „statusie indywidualnym”. Takich etykietek było około sześćdziesięciu i zostały one pogrupowane w ogólniejsze kategorie klasowe. Te z kolei określano jako „dobre”, „średnie” lub „złe” na podstawie domniemanej lojalności wobec rewolucji, na przykład:

klasy dobre:
kadry rewolucyjne
żołnierze sił rewolucyjnych
męczennicy sprawy rewolucji
robotnicy przemysłowi
chłopi należący do biedoty i niższej klasy średniej

klasy średnie:
drobnomieszczaństwo
średniozamożni chłopi
inteligencja i ludzie wykształceni

klasy złe:
właściciele ziemscy
bogaci chłopi
kapitaliści

Te przydziały klasowe wkrótce miano uprościć do dwóch sobie przeciwstawnych: czerwonych i czarnych, czyli przyjaciół i wrogów. Już niedługo miały one na wiele następnych dziesięcioleci określać los człowieka, ponieważ dzieci dziedziczyły status głowy gospodarstwa domowego.

W pierwszej kolejności policja aresztowała najbardziej oczywistych wrogów reżymu – domniemanych zbrodniarzy wojennych, przewodniczących tajnych stowarzyszeń, znanych przywódców dawnego reżymu, którzy jeszcze nie uciekli. Wkrótce jednak podejrzani stali się wszyscy należący do „złych klas”, ponieważ komuniści starali się dopaść ukrytych wrogów rewolucji, szpiegów i tajnych agentów. Ostatecznie Chiny wciąż były w stanie wojny. Mimo wszystkich parad zwycięstwa ostatnie obszary Chin kontynentalnych wyzwolono dopiero pod koniec 1950 roku.

Frank Dikotter - Tragedia wyzwolenia

Kilka miesięcy temu władze w Pekinie wzięły na cel potężne chińskie spółki technologiczne, które przez wiele lat korzystały z nietypowej swobody regulacyjnej za Murem i rozwinęły działalność m.in. aż na pole usług finansowych. Ich niekontrolowany rozwój na tym rynku zaczął zagrażać nie tylko interesom wpływowych osób, ale i stabilności systemu finansowego Państwa Środka.

Na początku listopada ogłoszono projekt zmian regulacji fintechów. Mają one być traktowane bardziej jak banki, a nie spółki technologiczne, czyli podlegać ściślejszej kontroli państwa i tworzyć większe bufory kapitałowe. Planowana modyfikacja przepisów była oficjalnym powodem wstrzymania największego debiutu giełdowego świata: spółki Ant Financial, należącej do imperium Jacka Ma, do niedawna najbogatszego Chińczyka.

Jednak jak donosił "Wall Street Journal", decyzję o zawieszeniu IPO miał podjąć sam Xi Jinping. Przywódcę Chin miała zirytować publiczna wypowiedź założyciela Alibaby, w której Ma bezpardonowo skrytykował regulacje i stan sektora finansowego za Murem. Co było faktycznym powodem anulowania debiutu Ant Financial tuż przed planowanym startem: podrażniona ambicja "nowego Mao", obawy o stabilność finansową kraju czy naruszenie interesów wpływowych grup, a może wszystko na raz? Tego nie wiemy, ale jasne stało się, że Ma podpadł Pekinowi.

Gdy na kolejne dwa miesiące zniknął z życia publicznego, zaczęły pojawiać się plotki: czyżby niepokorny miliarder zniknął "z chińską charakterystyką", czyli został po cichu zatrzymany i jest więziony? Pomimo atrakcyjności takiej narracji wśród osób dobrze poinformowanych dominowało inne stanowisko: to sam Ma zdecydował się przeczekać trudny okres, by nie drażnić smoka.

bankier.pl

wtorek, 16 lutego 2021


Chiny od lat gromadzą zbiory danych dotyczących opieki zdrowotnej oraz stanu zdrowia Amerykanów, a także obywateli innych państw z całego świata – ostrzega Narodowe Centrum Kontrwywiadu i Bezpieczeństwa Stanów Zjednoczonych (ang. U.S. National Counterintelligence and Security Center – NCSC). Informacje pozyskiwane są przez Pekin „zarówno legalnie, jak i nielegalnie” dla realizacji celów rządu.

Zdaniem amerykańskiego kontrwywiadu masowe gromadzenie informacji medycznych w Chinach posłużyło tamtejszej władzy do naruszania praw człowieka wobec mniejszości narodowych oraz etnicznych. Pozyskane dane zostały również wykorzystane do wsparcia nadzoru państwowego poprzez ich połączenie z informacjami z innych źródeł, w tym monitoringu ulicznego czy systemów rozpoznawania twarzy.

(...)

Zdaniem amerykańskiego kontrwywiadu Chiny postrzegają dane osobowe, w tym informacje zdrowotne, jako „towar strategiczny”, który należy gromadzić, a następnie wykorzystywać do realizacji priorytetów w zakresie bezpieczeństwa gospodarczego i narodowego. Nie jest tajemnicą, że Pekin inwestuje w rozwiązania biotechnologiczne, co potwierdzają m.in. krajowe strategie, w których ze szczególnym uznaniem traktuje się pozyskiwanie danych dotyczących sektora medycznego w kraju i zagranicą. Jak twierdzą amerykańskie służby, wszystko po to, aby Chiny stały się światowym liderem w dziedzinie biotechnologii. 

(...)

Dlaczego Państwo Środka to robi? Pekin rozumie znaczenie danych biologicznych pochodzących od różnych populacji w odkrywaniu nowych sposób leczenia, które z kolei mogą przełożyć się na korzyści finansowe, rozwój wykorzystania sztucznej inteligencji w medycynie czy też tzw. „medycyny precyzyjnej” – wskazano w ostrzeżeniu wydanym przez amerykańskie NCSC.

Skala kradzieży danych biologicznych przez Chiny wzrosła wraz z wybuchem pandemii koronawirusa. Skąd to wynika? Według Amerykanów wraz z rozwojem COVID-19 Państwo Środka rozpoczęło „agresywną” politykę sprzedawania zestawów testowych, które były oferowane państwom na całym świecie, wraz z laboratoriami do badania próbek i wymazów. Zdaniem służb USA w ten sposób chińscy naukowcy uzyskali dostęp do danych dotyczących kondycji zdrowotnej wielu społeczeństw. 

- Tworzą (Chiny – przyp. red.) ogromną krajową bazę danych. Jeśli obecnie są w stanie uzupełnić ją informacjami z całego świata, mogą otrzymać największy i najbardziej zróżnicowany zestaw danych. To „tykająca bomba zegarowa” – kiedy już opracują prawdziwą sztuczną inteligencję, ruszą do „wyścigu”. - Edward You, funkcjonariusz FBI

Dla potwierdzenia powyższych słów NCSC wskazuje, że jedna z chińskich firm medycznych BGI w ciągu ostatnich sześciu miesięcy sprzedała zestawy testowe do 180 krajów i otworzyła laboratoria w 18 krajach. William Evanina, były szef amerykańskiego kontrwywiadu, w wywiadzie dla stacji CBS News podkreślił, że chiński koncern to idealny przykład podmiotu, który pokazuje bliskie więzi zarówno z państwem, jak i aparatem wojskowym Państwa Środka.

(...)

Problemem jest również to, że wiele placówek medycznych, w tym szpitali, korzysta z chińskich rozwiązań, ponieważ są one zdecydowanie tańsze od konkurencyjnych produktów, np. wyprodukowanych przez zachodnie firmy – podkreśla amerykański kontrwywiad.  Służba zdrowia w wielu państwach szuka „cięcia kosztów”, a technologie z Państwa Środka wydają się być idealnym rozwiązaniem – tanio i dobrze. Jak twierdzą służby USA, w ten sposób Pekin zyskuje z kolei kolejne źródło do pozyskiwania danych na temat pacjentów z różnych stron świata. Według NCSC Chiny kierują do państw „prezenty” w postaci np. atrakcyjnych ofert testów na COVID-19, lecz to wszystko podszyte jest innymi motywami – w myśl zasady: „nie ma nic za darmo”.

(...)

Jak wskazuje NCSC, jedną z najsłynniejszych operacji hakerskich wymierzonych w sektor opieki zdrowotnej w USA był cyberatak na ubezpieczyciela „Anthem” z 2015 roku. Wówczas dane dotyczące około 78,8 miliona osób zostały skradzione z sieci komputerowych firmy. Cztery lata później Departament Sprawiedliwości USA oskarżył dwie osoby z Chin o przeprowadzenie wrogiej kampanii. 

(...)

Amerykański kontrwywiad nie ma wątpliwości, że dostęp Chin do opieki zdrowotnej w USA, w tym danych medycznych, stanowi poważne zagrożenie dla prywatności i bezpieczeństwa narodowego. Jak wskazano w ostrzeżeniu, w wyniku cyberataków w ostatnich latach Pekin pozyskał dane osobowe większości obywateli Stanów Zjednoczonych. William Evanina odwołał się do obecnych szacunków, które mówią, że dane na temat 80% dorosłych Amerykanów zostały skradzione przez Chiny.

Wystarczy wskazać, że operacje hakerskie przeprowadzone lub zlecone przez rząd Państwa Środka doprowadziły w ostatnich latach do kradzieży informacji na temat milionów ludzi – twierdzi NCSC. Przykładowo podczas ataku na Equifax naruszono bezpieczeństwo danych osobowych około 145 mln osób, a w ramach operacji wymierzonej w sieć hoteli Marriott było to 400 mln. Zdaniem amerykańskich służb przywołane historie pokazują potencjał Chin i ich możliwości w zakresie kradzieży informacji. 

Pozyskanie danych odbywa się nie tylko poprzez cyberataki. Potwierdzeniem takiego stanu rzeczy może być poniedziałkowe (1 lutego br.) orzeczenie amerykańskiego sądu w sprawie Li Chen oraz jej męża Yu Zhou, którzy dopuścili się kradzieży danych medycznych z instytutu badawczego szpitala dziecięcego w USA i ich sprzedaży do Chin. Para została aresztowana w Kalifornii w lipcu 2019 roku. Oboje przyznali się do zarzucanych im czynów.

- Chiński rząd przez długi czas zachęcał ich do jawnej kradzieży amerykańskich tajemnic za pośrednictwem programów rządowych, które nagradzają naukowców za kradzież tego, czego Chiny nie są w stanie wyprodukować dzięki własnej pomysłowości. - John C. Demers, zastępca prokuratora generalnego USA

cyberdefence24.pl

Scenka w terminalu promowym Hook of Holland wyjaśnia więcej, co oznacza brexit, niż wszystkie deklaracje polityczne ostatnich miesięcy. Celnik zabiera brytyjskiemu kierowcy wałówkę: kanapki z szynką zawinięte w folię aluminiową. - Nie wolno wwozić do UE niektórych produktów spożywczych, takich jak mięso, owoce, warzywa, ryby i tym podobne - wyjaśnia urzędnik zszokowanemu mężczyźnie. Ten pyta, czy może przynajmniej zatrzymać kanapki, gdyby zdjął z nich szynkę. – Niestety nie, wszystko jest skonfiskowane - mówi urzędnik. - Witamy po brexicie, bardzo mi przykro...

(...)

Kiedy Wielka Brytania wyjdzie z unii celnej z UE, trzeba będzie wypełniać deklaracje celne. Ale nie tylko: konieczne będą także deklaracje pochodzenia produktów, certyfikaty weterynaryjne, certyfikaty norm produktowych i jeszcze wiele więcej.

Stowarzyszenia biznesowe mówią o koszmarze logistycznym, administracyjnym i regulacyjnym. - To największa zmiana w relacjach handlowych między sąsiednimi krajami, która nastąpiła w ciągu jednego dnia - powiedział ekspert ds. handlu David Henig z UK Trade Forum. Z jednej strony rząd nie wskazywał na problemy, z drugiej przedstawiciele biznesu nie rozumieli, że UE jest podstawą ich wolnego handlu z Europą. - Nie mogli sobie wyobrazić, że to się zmieni po ich wyjściu z UE. Płacz i zgrzytanie zębów są obecnie tak powszechne, ponieważ wielu osobom brakuje wiedzy o ograniczonym charakterze umowy o wolnym handlu. – To się skoryguje – uspokaja Henig. - Część eksportu zatrzyma się już teraz, część później z powodu rosnących kosztów i obciążeń administracyjnych. Dostosowanie gospodarcze jest nieuniknione, a część tego procesu będzie widoczna dopiero po latach – przewiduje ekspert.

onet.pl

czwartek, 4 lutego 2021


O najsilniejszym sojuszniku Tokio, Stanach Zjednoczonych, napisano że państwo to zdaje sobie sprawę z rywalizacji jaka musi prowadzić z Chinami i Rosją, próbującymi dokonać rewizji porządku międzynarodowego. Przeciwstawianie się temu Waszyngton ma stawiać sobie za kluczowy cel swojej polityki międzynarodowej. Głównym priorytetem USA są przy tym dzisiaj Chiny i region "IndoPacyfiku". Pod uwagę brana jest tez Korea Północna klasyfikowana jako „państwo bandyckie” prowadzące program atomowy, stanowiący zagrożenie nawet dla tego mocarstwa. Reżim w Pjongjangu jest naciskany ws. rezygnacji z tego programu sankcjami, wysoka jest też gotowość bojowa sił amerykańskich w regionie.

Japończycy zauważają, że USA podnoszą swoją obecność w dwóch rejonach na świecie: na Dalekim Wschodzie i w Europie. Odbywa się to kosztem wycofywania się z Bliskiego Wschodu i Afryki, chociaż interesy i wyzwania jakie tam występują sprawiają, że to przeniesienie sił nie odbywa się w sposób płynny (zgodny z wolą Waszyngtonu). Wymienia się w tym kontekście m.in. zaostrzający się konflikt z Iranem.

Japończycy dostrzegają, że amerykańska „kołdra” stała się zbyt mała aby okrywać nią wszystkie krytyczne na świecie rejony. Z tego powodu właśnie wzrosły naciski na sojuszników, aby w większym stopniu pomagali w utrzymaniu światowego bezpieczeństwa. Chodzi tutaj nie tylko o część państw NATO, które nie wywiązują się zaleceń sojuszu co do wydawania 2 proc. PKB na obronność, ale np. nawet o silnie zmilitaryzowaną i rozwijająca się pod tym względem Republikę Korei, co do której Waszyngton oczekuje pokrywania większej niż wcześniej części kosztów przebywania na jej terenie wojsk amerykańskich. Amerykanie chcą tez np. stworzyć międzynarodową organizację IMSC (International Maritime Security Construct) do strzeżenia swobody żeglugi na Bliskim Wschodzie.

Jednocześnie Japończycy dostrzegają, że Amerykanie rozwijają swoje zdolności militarne wobec zwiększających się wyzwań w tym głównie tych na Dalekim Wschodzi . Przebudowali część swojego arsenału nuklearnego na głowice taktyczne, tj. takie których teoretycznie można użyć w czasie konfliktu zbrojnego bez wywoływania od razu wojny atomowej oraz testują nowe pociski balistyczne i manewrujące należące do średniego zasięgu po wycofaniu się z traktatu INF (Intermediate-Range Nuclear Forces). Jednocześnie Waszyngton chciałby porozumienia rozbrojeniowego nie tylko z Rosją (jak to było dotychczas) ale obejmującego także ChRL.

(...)

Japonia jest zaniepokojona gwałtowną modernizacją chińskich sił zbrojnych, która jest wynikiem szybkiego wzrostu budżetu obronnego tego państwa, szczególnie w ostatniej dekadzie. Towarzyszące raportowi grafiki wskazują, że w ciągu ostatnich 30 lat chińskie nakłady na zbrojenia wzrosły 44-krotnie, a nawet w ostatnim dziesięcioleciu kiedy budżet był już duży – 2,4-krotnie. Tymczasem wzrost japońskich nakładów w latach 2010-2020 to zaledwie około 10 proc.

Niepokój budzi też cel Xi Jingpinga aby do połowy wieku stworzyć z Chińskiej Armii Ludowo-Wyzwoleńczej „siłę klasy światowej”. Chińczycy rozwijają w ostatnim czasie arsenał atomowy, pociski, siły powietrzne i morskie i na to kładziony jest główny nacisk. Wszystkie te elementy oznaczają zwiększenie możliwości rażenia wyspiarskiej Japonii. Jednocześnie Japończycy zauważają wielkie nakłady na wzrost zdolności do wojny informacyjnej i w najnowszych domenach prowadzenia wojny – cyber i w kosmosie czy spektrum elektromagnetycznym. Wzrastają chińskie możliwości tworzenia systemów antydostępowych , co będzie oznaczało swobodę działania chronionych w ten sposób zdolności ofensywnych.

(...)

Chiny nie tylko zwiększają swój potencjał, ale coraz agresywniej poczynają sobie w rejonach spornych z Japonią. Raport wskazuje tutaj na próby zmiany stanu posiadania na wyspach Senkaku, wzrost aktywności chińskiego lotnictwa wojskowego i marynarki wojennej oraz wzrost możliwości projekcji siły nie tylko w pierwszym pierścieniu wysp okalających ChRL  a także na wodach między pierwszym a drugim łańcuchem wysp, co oznacza zdolność do operowania wokół Japonii. Japończycy zwracają też uwagę na militaryzację Morza Południowochińskiego, które ChRL uznaje za własne wody terytorialne. Od 2012 roku niemal 3-krotnie wzrosła liczba nielegalnych wtargnięć chińskich jednostek pływających na japońskie wody terytorialne.

Tokio zdaje sobie sprawę, że Chiny nie pozostają aktywne jedynie na kierunku japońskim. Wyraźnym celem zastraszania jest Tajwan i inni sąsiedzi w regionie. ChRL ma w związku z tym wielu przeciwników i rywali, którymi są w pierwszym rządzie Stany Zjednoczone, ale też większość pozostałych państw regionu. Chińskie wysiłki koncentrują się ponadto na stworzeniu i zabezpieczeniu szklaków handlowych na zachód.

(...)

Japończyków Rosja interesuje raczej w kontekście możliwości jej współpracy z Chinami, w tym możliwości dzielenia się przez nią wojskowymi technologiami. Za zagrożenie uważa się też ewentualny sojusz chińsko-rosyjski, chociaż nie wiadomo, czy do niego dojdzie (obydwa państwa się od takiej możliwości odżegnują choć ich siły zbrojne, w tym bombowce Tu-95 i H-6, często wykonują razem ćwiczenia). Raport zauważa, że Rosjanie okupują nadal „Terytoria Północne” (Kuryle), a ich bombowce dokonują naruszeń japońskiej przestrzeni powietrznej. Rosjanie trenowali też w paździenrniku ubiegłego roku obronę Sachalinu i wybrzeży nad Pacyfikiem.

defence24.pl