środa, 3 lutego 2021


Według wyliczeń Deloitte szeroko definiowany przemysł półprzewodników na świecie w 2019 r. wygenerował 515 mld USD przychodów, czyli o prawie 170 mld więcej niż w 2016 r. (345,85 mld). Głównym motorem napędowym przemysłu są dynamicznie rosnące gospodarki Azji i Pacyfiku, które obejmują ok. 76% światowego rynku i kluczowe ogniwa łańcuchów produkcji sektora ICT (technologii informacyjno-komunikacyjnych). Same tylko Chiny w 2019 r. zakupiły procesory o łącznej wartości 304 mld USD, co stanowi kwotę wyższą o 66 mld niż środki przeznaczone na zakup ropy naftowej (238 mld USD).

Mimo ogromnego zapotrzebowania na tę technologię, chiński przemysł półprzewodników nadal raczkuje i wyraźnie ustępuje rywalom z USA, Tajwanu, Korei Południowej, Japonii i Europy. Zgodnie z wyliczeniami Semiconductor Industry Association (SIA) producenci z ChRL odpowiadają za 5% światowego i 16% krajowego rynku i są to głównie układy scalone o niższym poziomie zaawansowania. Trudności chińskich przedsiębiorstw wynikają z faktu, że w odróżnieniu od mniej zaawansowanych gałęzi przemysłu, produkcja mikroprocesorów jest oparta na niezwykle intensywnym wykorzystaniu kapitału i wiedzy, przy jednoczesnym wymogu dojrzałego ekosystemu technologiczno-biznesowego. Nowe przedsiębiorstwa muszą ponadto mierzyć się z koncernami, które posiadają istotne przewagi ze względu na takie czynniki jak pierwszeństwo wejścia na rynek, ekonomia skali, rozpoznawalność marki czy chroniona patentami przewaga jakościowa.

(...)

Władze chińskie reagują na pogarszające się warunki międzynarodowe poprzez szereg programów i polityk sprzyjających rozwojowi krajowego sektora półprzewodników. W czerwcu 2014 r., Rada Państwa opublikowała Narodowy program promocji i rozwoju przemysłu układów scalonych (...), w ramach którego udało się zgromadzić środki inwestycyjne w wysokości 150 mld USD, co pokazuje, jakie znaczenie władze chińskie przywiązują do tej kwestii. Celem strategii miało być wsparcie i wykreowanie „narodowych czempionów” zdolnych do konkurencji z korporacjami zachodnimi. Powierzenie kontroli nad inwestycjami specjalistom z doświadczeniem w sektorze ma zapobiec masowemu marnotrawieniu środków na projekty pozbawione realnych szans na sukces.

Drugim instrumentem wsparcia dla sektora są ulgi i zwolnienia podatkowe dla firm zajmujących się produkcją zaawansowanych mikroprocesorów. Przykładowo SMIC – obecnie największy producent półprzewodników w Chinach – zawdzięcza swoją pozycję m.in. zwolnieniom podatkowym przyznanym na okres 10 lat oraz tanim kredytom z banków państwowych. Skuteczność tych mechanizmów skłoniła władze chińskie do ich rozszerzenia na inne, dobrze rokujące przedsiębiorstwa. 4 sierpnia 2020 r. Rada Państwa ChRL wydała dokument zatytułowany: Polityki promujące wysokojakościowy rozwój przemysłu układów scalonych i oprogramowania w nowej erze (...). W odniesieniu do producentów układów scalonych w standardzie co najmniej 28 nm (im mniejszy tym lepszy), operujących przez co najmniej 15 lat na rynku przewiduje on zwolnienie z podatku na 10 lat. Z kolei w ramach programu Made in China 2025 zainicjowanego w 2015 r. silnie promowane były spółki typu joint-venture mające prowadzić do transferów wiedzy i know-how ze spółek zagranicznych.

Poważnym wyzwaniem będzie wyszkolenie specjalistów i inżynierów mających zasilić powstający sektor produkcji mikroprocesorów. Do tej pory nacisk położony był na przyciąganie talentów z zagranicy, głównie z Tajwanu, poprzez oferowanie wyjątkowo lukratywnych kontraktów. Nasilenie wielkomocarstwowej rywalizacji utrudni jednak realizację tej strategii. Shanghai IC Industry Association wycenia aktualny deficyt pracowników na 300 tys., stąd próby utworzenia specjalistycznych kursów i kierunków na uniwersytetach w Chinach, ukierunkowanych na jego zredukowanie.

warsawinstitute.org

Raport CMP, projektu związanego z Uniwersytetem Hongkońskim, opublikowano w czasie narastających kontrowersji wokół wpływu serwisów społecznościowych na światową opinię publiczną i politykę państw demokratycznych oraz dyskusji o roli wielkich koncernów technologicznych w zwalczaniu dezinformacji i propagandy.

Badacze przeanalizowali wpisy publikowane przez 33 oficjalne chińskie konta w ciągu 50 dni przed i 50 dni po wejściu w życie nowych reguł Twittera. Po wprowadzeniu etykiet „media związane z chińskim rządem” ich tweety miały generalnie znacznie mniej polubień i były rzadziej udostępniane. Na przykład popularność wpisów stacji CGTN, agencji Xinhua i dziennika „Renmin Ribao” spadła o ok. 20 proc.

Ograniczyło to w pewnym stopniu zasięg podejmowanych przez Komunistyczną Partię Chin (KPCh) działań na rzecz budowy „kulturowej miękkiej siły” i poprawy wizerunku ich kraju na świecie. Przywódca ChRL Xi Jinping wzywał w 2013 roku do używania „innowacyjnych metod zewnętrznej propagandy, które łączą to, co chińskie, z tym, co zagraniczne”, a później nakazał mediom, aby „dobrze opowiadały chińską opowieść”.

Władze Chin przeznaczyły ogromne zasoby na ekspansję państwowych mediów za granicą, ale dotarcie do zachodniej opinii publicznej okazało się trudne. Chińskie media zaczęły więc na coraz większą skalę promować stanowisko Pekinu na zachodnich portalach społecznościowych, wydając miliony juanów na zwiększenie swojej obecności w tych serwisach – podał CMP, określając to jako jedną z wielu stosowanych przez Chiny metod „pożyczonej łodzi”.

Konta prowadzone przez chińskie media i urzędników promowały w 2020 roku teorie spiskowe dotyczące pandemii Covid-19. Rok wcześniej Twitter znalazł natomiast wiarygodne dowody świadczące o wspieranej przez chiński rząd kampanii dezinformacyjnej mającej zdyskredytować ruch protestu w Hongkongu, w związku z czym zamknął ok. 200 tys. kont.

Propagowanie punktu widzenia Pekinu na Twitterze czy Facebooku wzbudza kontrowersje również dlatego, że komunistyczne władze ChRL blokują te serwisy w swoim kraju i karzą mieszkańców za obchodzenie zabezpieczeń i krytykowanie ich polityki. Zachodnia prasa i placówki dyplomatyczne mają z kolei ograniczoną możliwość publikacji na chińskich platformach społecznościowych.

Twitter zaczął etykietować konta urzędników i państwowych mediów w sierpniu 2020 roku. Firma oświadczyła wtedy, że opisy mają „dać ludziom kontekst, by mogli podejmować świadome decyzje”. Flagowanie rozpoczęto od pięciu stałych członków Rady Bezpieczeństwa ONZ: USA, Wielkiej Brytanii, Francji, Rosji i Chin.

Serwis wyjaśnił również, że etykieta „media związane z rządem” odnosi się do sytuacji, w których rząd ma wpływ na publikowane treści. Nie dotyczy natomiast mediów, które są wprawdzie finansowane ze środków publicznych, ale ich redakcje działają w sposób niezależny, takich jak brytyjski nadawca BBC czy amerykańskie radio NPR.

Po konsultacji z ekspertami Twitter oflagował natomiast w ten sposób prywatne konta niektórych osób zatrudnionych w chińskich mediach. Jedną z nich jest redaktor naczelny nacjonalistycznego tabloidu „Global Times” Hu Xijin, znany z zaciekłej obrony działań Pekinu na portalach społecznościowych, zarówno chińskich, jak i zagranicznych.

Wkrótce po wprowadzeniu etykiet Hu odnotował spadek zainteresowania swoim kontem i poskarżył się, że liczba obserwujących je użytkowników nie rośnie już tak szybko, jak wcześniej. „Wygląda na to, że Twitter w końcu zadusi moje konto” – napisał.

Badacze z CMP oceniają, że wprowadzone przez Twittera reguły zmniejszają zasięg informacji promowanych przez władze w Pekinie. Zwracają jednak uwagę, że platforma traktuje wszystkie chińskie media w ten sam sposób, choć niektóre z nich dysponują pewnym zakresem swobody redakcyjnej, mimo że również są związane z rządem - jak na przykład portal Caixin, który często prowadzi dziennikarskie śledztwa.

PAP

wtorek, 2 lutego 2021


Oficjalnie członkowie rady Federacji (IIHF, od International Ice Hockey Federation) podjęli decyzję ze względu na brak możliwości zapewnienia bezpieczeństwa zawodnikom, widzom i sędziom.

– Staraliśmy się działać tak, aby Puchar Świata mógł być narzędziem pojednania, rozwiązywania problemów społeczno-politycznych na Białorusi i znalezienia pozytywnej drogi naprzód – mówił René Fasel, który zajmuje stanowisko prezydenta IIHF od 1994 r. W tym samym roku Alaksandr Łukaszenka został prezydentem Białorusi i od tego czasu nie wypuścił władzy z rąk.

Fasel przyjechał do Mińska i spotkał się w tygodniu poprzedzającym decyzję z Łukaszenką. Ten ostatni tłumaczył, że sytuacja epidemiczna na Białorusi jest bardzo dobra, a polityką nie ma co się przejmować. – U nas protestujący i inni niezadowoleni nie szturmują budynków rządowych i Kapitolu, mamy całkiem normalną sytuację z punktu widzenia rozwoju procesów demokratycznych – dodał.

(...)

O tym, że władze w Mińsku starają się pokazać za wszelką cenę, że sytuacja w kraju jest stabilna, świadczy też kuriozalne oświadczenie białoruskiego komitetu organizującego Mistrzostwa wydane po spotkaniu z Faselem. Mińsk publicznie zapewnia o podstawowych rzeczach: że na Białorusi nie zostanie wyłączony w czasie Mistrzostw internet, a wszyscy dziennikarze dostaną akredytacje. Dostęp do sieci był bowiem przez kilka dni wyłączony po sierpniowych wyborach prezydenckich, a potem regularnie w czasie niedzielnych protestów; akredytacje przestano wydawać tuż przed wyborami, a w październiku wszystkie po prostu anulowano, przez co z kraju wyjechała większość zagranicznych korespondentów.

Mińsk przekonywał, że nie ma żadnych prześladowań politycznych, szczególnie sportowców (tymczasem część z nich straciła miejsca w reprezentacji bądź trafiła do aresztu za wyrażanie sprzeciwu wobec reżimu), trwa dyskusja o nowej konstytucji (przemilczając, że nie są do niej dopuszczani oponenci reżimu), a sprawę współudziału szefa Białoruskiej Federacji Hokeju Dzmitryja Baskawa w zabójstwie aktywisty Ramana Bandarenki bada prokuratura (która oczywiście jest w pełni zależna od Łukaszenki). Ponieważ oficjalnie władze w Mińsku przekonują, że na Białorusi nic nadzwyczajnego się nie dzieje, jeszcze na początku stycznia Łukaszenka starał się pokazać, że ewentualne odwołanie Mistrzostw nie spędza mu snu z powiek. – My tam się nie przejmujemy. Będą, to będą. Nie będzie, to nie będzie. Ale nie ma nawet milimetra podstaw, żeby się nie odbyły. To będzie totalny wstyd – mówił.

Do odwołania Mistrzostw jednak doszło w poniedziałek 18 stycznia. Sądząc z ożywionej reakcji białoruskich urzędników i braku reakcji samego Łukaszenki, krok ten bardzo go zabolał. Następnego dnia służba prasowa udostępniała jego zdjęcia spędzającego czas na rąbaniu drewna i kąpieli w przeręblu z okazji święta Chrztu Pańskiego samotnie, w towarzystwie ulubionego szpica, Umki.

(...)

Żeby zrozumieć, czym jest hokej na Białorusi, wystarczy sobie przypomnieć liczne wywiady, których Alaksandr Łukaszenka udzielał na „arenach lodowych”, które pobudował w miastach i miasteczkach w całym kraju. W jednej z ostatnich rozmów, z dziennikarką telewizji Rossija 1, zapewnia, że trenuje co najmniej trzy razy w tygodniu. Sam ma własną drużynę, która regularnie wygrywa w odbywającym się od 2005 r. Bożonarodzeniowym Turnieju Prezydenckim. Łukaszenka (który gra z numerem 01 albo 99) przegrał tylko trzy razy, w latach 2007, 2011 i 2015, gdy wygrywali Rosjanie. Sukcesy prezydenckiego zespołu nie dziwią, grają w nim byli i obecni reprezentanci Białorusi, którzy konkurują z amatorami.

W zeszłym roku turniej się nie odbył ze względu na „rozpowszechnienie infekcji wirusowych”, jak głosił oficjalny komunikat. A jeszcze na wiosnę Łukaszenka zapewniał, też na jednym z lodowisk, reporterkę państwowej telewizji ONT, że wirusa nie ma. – Ty go widzisz? Nie! Tu nie ma żadnych wirusów. To lodowisko, najzdrowsze miejsce! Od sportu lepszy jest tylko lód. To lek antywirusowy, najprawdziwszy – mówił wówczas.

new.org.pl

Rządy Władimira Putina umownie można podzielić na dwa okresy: obfite piętnastolecie (2000-2014) i permanentny kryzys (2014 – obecnie). W tym pierwszym, dostatnim okresie cena baryłki ropy naftowej wzrosła 6-krotnie, rosyjskie wydobycie wzrosło o ponad 60 proc., a dochody z tego tytułu – 10-krotnie. Gdy namaszczeniec Borysa Jelcyna obejmował władzę równo 21 lat temu, rubel kosztował 3,7 centa (1 dolar = 27 rubli). W ciągu 15 lat rubel w relacji do dolara stracił zaledwie 20 proc. wartości, choć po drodze był światowy kryzys finansowy 2008-2009.

Cezurę stanowi rok 2014. Pierwsze ruchy spadkowe pojawiły się na tle napięcia politycznego między Rosją a Ukrainą w 2013 r., które przerodziło się w krwawe wydarzenia na kijowskim Majdanie. Latem 2014 r. kurs rubla oscylował wokół 2,8 centa (1 dolar = 35 rubli), a ropa osiągnęła cenę 108 dol. za baryłkę. Lawina ruszyła wraz z szokiem naftowym, jaki wywołała amerykańska rewolucja łupkowa. W ciągu siedmiu lat (2014-2020) rosyjska waluta straciła 60 proc. swojej wartości. COVID-19 pogrzebał nadzieje Kremla na przezwyciężenie złej passy ciągnącej się od 2014 r.

Jak wiadomo, rosyjska gospodarka jest uzależniona od eksportu ropy naftowej i surowców naturalnych. Ropa i gaz odpowiadają za ponad 60 proc. rosyjskiego eksportu i dostarczają ponad 30 proc. produktu krajowego brutto. A rubel ma tendencję do podążania za ceną ropy. Gdy ich drogi się rozchodzą, zawsze interweniuje czynnik zewnętrzny. Rynki reagują na napięcia geopolityczne między państwami, o czym można się było przekonać podczas konfliktu rosyjsko-ukraińskiego. Obecnie Moskwa musi zmierzyć się z kryzysem białoruskim, oskarżeniem o próbę otrucia czołowego opozycjonisty Aleksieja Nawalnego i kontynuacją sankcji ekonomicznych nałożonych przez państwa zachodnie po aneksji Krymu. Zasadniczym problemem z punktu widzenia inwestowania w Rosji jest więc niestabilność waluty będącej zakładnikiem ceny ropy naftowej, a także zakładnikiem zawirowań geopolitycznych, w dużym stopniu generowanych przez Kreml.

Początki boomu na ropę z łupków sięgają 2010 r., kiedy to postęp w dziedzinie szczelinowania hydraulicznego umożliwił opłacalne ekonomicznie pozyskiwanie ogromnych ilości niekonwencjonalnej ropy z ciasnych formacji skalnych. Amerykański przemysł naftowy przeżył istny renesans. Wydobycie wzrosło ponad dwukrotnie: z 5,5 mln baryłek dziennie w 2010 r. do prawie 13 mln w 2019 r. Tym samym rewolucja łupkowa stanowi największy w historii wzrost wydobycia ropy naftowej, przewyższający nawet ten, który był udziałem Arabii Saudyjskiej w latach 70. Dzięki niej Stany Zjednoczone, będące największym na świecie importerem ropy, nie tylko osiągnęły samowystarczalność, ale weszły do pierwszej ligi eksporterów.

Załamanie na rynku ropy naftowej w 2014 r. w związku z nadpodażą z USA przetoczyło się nad Rosją jak niszczycielski żywioł. Między styczniem 2014 r. a styczniem 2016 r. rubel stracił 60 proc. w stosunku do dolara. W szczytowym punkcie kryzysu, w styczniu 2016 r., cena ropy spadła na kilka dni poniżej 30 dol. za baryłkę. Depresja rubla wywołała skok cen, a więc silną inflację. Na początku 2015 r. Rosja, wraz z sąsiednią Ukrainą, miała najniższy ze wszystkich krajów świata parytet siły nabywczej (PPP), co przełożyło się na potworną drożyznę i ubóstwo.

Wciąż jednak daleko było do degrengolady z 1998 r., do której doszło w wyniku splotu skutków azjatyckiego kryzysu finansowego i spadku ceny ropy (do 18 dol. w sierpniu 1998 r.). Wówczas obrona rubla przed skutkami ucieczki zagranicznego kapitału kosztowała Bank Rosji 27 mld dol. A wysiłki i tak były daremne, bo uwolnienie kursu rubla okazało się nieuniknione w obliczu krachu na rynku kapitałowym i hiperinflacji. Na szczęście dla rosyjskiej gospodarki w latach 90. charakteryzowała się ona niskim stopniem ubankowienia, w dużym stopniu opierając się na niemonetarnych instrumentach wymiany. Od tego czasu jednak Rosja zgromadziła ponad 10-krotnie więcej rezerw walutowych niż miała w 1998 r., a rosyjskie banki nauczyły się lepiej dywersyfikować swoje aktywa.

obserwatorfinansowy.pl

poniedziałek, 1 lutego 2021


W młodych latach Mao Zedong poszukiwał własnej drogi najpierw jako student, potem publicysta, wreszcie jako działacz związkowy. Odkrył w końcu swoje powołanie na wsi, pięć lat po wstąpieniu w 1921 roku do Komunistycznej Partii Chin. Był wówczas wciąż młodym, trzydziestotrzyletnim człowiekiem, wysokim, szczupłym i przystojnym, a porwał go bunt chłopski, który wybuchł, gdy narodowcy ruszyli z bazy w Kantonie z ofensywą mającą na celu odebranie władzy lokalnym watażkom i zjednoczenie kraju. Armii narodowców towarzyszyli rosyjscy doradcy, ponieważ w tym okresie Czang Kaj-szek wciąż blisko współpracował ze Stalinem. W rodzinnej prowincji Mao, Hunanie, władze narodowców zgodnie z rosyjskimi zaleceniami finansowały stowarzyszenia chłopskie i podburzały do rewolucji w stylu radzieckim. Porządek społeczny się załamał. W Changsha, stolicy prowincji, ofiary – by wszyscy mogli je wyszydzać – oprowadzano po ulicach w upokarzających, wysokich stożkowatych kapeluszach. Dzieci biegały po mieście, śpiewając: „Precz z [imperialistycznymi] mocarstwami i militarystami”. Robotnicy uzbrojeni w bambusowe kije pikietowali biura zagranicznych kompanii. Służby komunalne niemal przestały funkcjonować.

Na wsi to najbiedniejsi chłopi opanowali stowarzyszenia chłopskie i postawili świat na głowie. To oni stali się teraz panami, w przypadkowy sposób wybierając cele, obalając bogatych i możnych, wprowadzając panowanie terroru. Niektóre ofiary zadźgano nożami, kilku obcięto głowy. Chińskich pastorów prowadzano po ulicach jako „psy łańcuchowe imperializmu”, ze związanymi na plecach rękoma i sznurem na szyi. Kościoły plądrowano. Mao podziwiał zuchwałość i brutalność rebeliantów. Podobały mu się tworzone przez nich hasła: „Każdy, kto ma ziemię, jest tyranem, wszyscy didżu są źli”. Pojechał na wieś, by przyjrzeć się buntom z bliska. „Do domów tuhao i lieszenów, którzy występują przeciwko związkom chłopskim – napisał w raporcie na temat ruchów na wsi – wdzierają się tłumy ludzi: zarzynają świnie, zabierają zboże. Czasami chłopi przychodzą do tuhao i lieszenów i rozwalają się na starannie złożonej pościeli ich córek i synowych. Często chwytają tuhao i lieszenów, ubierają ich w wysokie czapy i wiodą po wsiach”. Mao tak się zachwycił tą przemocą, że czuł się „podekscytowany jak nigdy dotąd”.

Przepowiadał, że huragan zmiecie istniejący porządek:

Przejdzie bardzo niewiele czasu – a we wszystkich prowincjach Chin środkowych, południowych i północnych staną do walki setki milionów chłopów: będą oni gwałtowni i niezwyciężeni jak huragan i żadna siła nie zdoła ich powstrzymać. Rozerwą wszystkie krępujące ich więzy i podążą do wyzwolenia. Pogrzebią wszystkich i wszelkich imperialistów, militarystów, urzędników – złodziei mienia państwowego i łapowników, tuhao i lieszenów.

Frank Dikotter - Tragedia wyzwolenia

Widoczne zaostrzenie retoryki wobec Tajwanu ze strony przywódców KPCh, którzy w 2020 r. przestali używać przymiotnika „pokojowe”, kiedy mówią o zjednoczeniu wyspy z kontynentem, jest nie tylko przejawem zdobycia przez Pekin pewnej przewagi militarnej nad Tajpej, lecz przede wszystkim rezultatem postępującej dezintegracji relacji Chin z USA. Wywiera się presję ekonomiczną i polityczną na państwa pozostające w stosunkach dyplomatycznych z Tajpej, aby przeniosły uznanie na Pekin. ChRL ogłosiła również, że nie uznaje tzw. mediany, czyli umownej granicy między przestrzenią powietrzną Chin i Tajwanu w Cieśninie Tajwańskiej. Reelekcja prezydent Tsai Ing-wen, uznawanej za sympatyczkę ruchu niepodległościowego, w styczniowych wyborach na Tajwanie potwierdziła przekonanie KPCh, że społeczeństwo tajwańskie nie jest zainteresowane chińskim modelem społeczno-politycznym. Partia jest zakładniczką nacjonalistycznej narracji, legitymizującej autorytarne rządy, dlatego w obliczu poważnych wyzwań gospodarczych aneksja Tajwanu wzmocniłaby reżim politycznie, a chińskiej marynarce dałaby bezpośrednie wyjście na zachodni Pacyfik. Równocześnie Pekin zdaje sobie sprawę, że relacje z Waszyngtonem nie ulegną gruntownej poprawie bez względu na wynik wyborów prezydenckich, a reforma armii tajwańskiej i dostawy nowoczesnych rodzajów broni zniwelują względną przewagę militarną ChRL.

Pogłębiający się autorytaryzm Chin, pacyfikacja ruchów protestu walczących o utrzymanie autonomii Hongkongu w okresie 2019–2020 i wynikająca z tego kompromitacja zasady „jeden kraj, dwa systemy” jako wiarygodnej formuły zjednoczeniowej powodują rosnącą determinację Tajwańczyków do obrony de facto suwerenności. Od styczniowej reelekcji prezydent Tsai Ing-wen oraz odnowienia mandatu rządzącej na Tajwanie Demokratycznej Partii Postępu na wyspie przyspieszyły działania mające wzmocnić jej zdolności obronne. Cieszą się one poparciem społecznym, mimo że wiążą się z możliwym przywróceniem obowiązkowej służby wojskowej czy znacznym wzrostem wydatków wojskowych. Towarzyszy temu intensyfikacja nieformalnych stosunków z USA. Prowadzone są rozmowy m.in. o zawarciu umowy o wolnym handlu czy wspólnych przedsięwzięciach infrastrukturalnych w regionie Azji i Pacyfiku. Także Kuomintang (KMT) – główna partia opozycyjna, która opowiadała się za zacieśnianiem relacji gospodarczych z ChRL i formalnie akceptowała perspektywę zjednoczenia – prowadzi rewizję programu politycznego oraz szuka możliwości nawiązania dialogu z amerykańskim establishmentem. Jest to podyktowane nie tylko zmianami społeczno-kulturowymi na Tajwanie, lecz także uświadomieniem sobie przez elitę KMT, że w zjednoczonym przez KPCh państwie chińskim nie byłoby przestrzeni politycznej dla ich aktywności.

Chociaż USA formalnie nie gwarantują Tajwanowi bezpieczeństwa, to jednak wielokrotnie wyrażały niezgodę na zbrojną aneksję wyspy przez ChRL oraz definiowały się jako patron tajwańskiej demokracji. Upadek demokratycznego, nowoczesnego Tajwanu, odgrywającego ważną rolę w światowej gospodarce, podważyłby nie tylko wiarygodność amerykańskiej pozycji jako globalnego mocarstwa, lecz także rolę USA jako przywódcy wolnego świata. Ponadto przejęcie wyspy i jej wysoko zaawansowanej technologicznie gospodarki (szczególnie w obszarze półprzewodników, gdzie ChRL zmaga się z zapóźnieniem technologicznym) stanowiłoby poważne wzmocnienie dla Chin w rywalizacji ze Stanami Zjednoczonymi. W konsekwencji w tym roku doszło do pierwszych bezpośrednich rozmów przedstawicieli amerykańskiej administracji z władzami tajwańskimi. We wrześniu Tajwan odwiedził podsekretarz stanu Keith Krach (wcześniej Tajwańczycy pozostawali w bezpośrednim kontakcie tylko z Kongresem). Waszyngton potwierdził także tzw. sześć gwarancji udzielonych przez prezydenta Ronalda Reagana w 1982 r., które m.in. dają Tajwanowi pewność, że USA nie będą nakłaniać Tajpej do negocjacji z Pekinem ani nie zaakceptują formalnej zwierzchności ChRL nad wyspą, jeżeli kwestia tajwańska nie zostanie rozwiązana w sposób pokojowy. Do mediów przeciekły również zdjęcia z prowadzonych na wyspie wspólnych ćwiczeń tajwańskich i amerykańskich sił specjalnych. USA zdają sobie jednak sprawę, że mimo wdrażanego programu modernizacji i zmiany doktryny obronnej Tajwan nie byłby dzisiaj zdolny do samodzielnej defensywy. Dlatego prowadzone są doraźnie działania zniechęcające Pekin do inwazji, takie jak wspólne manewry z Japonią w okresie wyborów prezydenckich w Stanach Zjednoczonych.

osw.waw.pl

W latach poprzedzających pierwszą kampanię prezydencką Obamy w gabinetach zarządów firm Doliny Krzemowej narodziła się nowa logika akumulacji: przedsiębiorstwa branży nowoczesnych technologii postanowiły zacząć zarabiać na umiejętności przetwarzania i porządkowania informacji. U źródła tego modelu biznesowego leży zasadnicza asymetria wiedzy – maszyny wiedzą o naszych zachowaniach znacznie więcej niż my o zachowaniach maszyn. Firmy zaoferowały nam swoje usługi informacyjne w zamian za dostęp do innych informacji – naszych danych. Wartość danych rośnie; przykładowo, Facebook zarabia średnio 30 dolarów na każdym ze swoich 170 milionów amerykańskich użytkowników. Daliśmy sobie wmówić, że usługi oferowane przez te firmy są darmowe, podczas gdy w rzeczywistości płacimy za nie naszymi danymi. Firmy z sektora technologicznego wiedziały, że im więcej danych znajdzie się w ich posiadaniu, tym większy będzie zysk, dlatego projektowały swoje produkty i usługi tak, aby zachęcać użytkowników do dzielenia się coraz większą ilością informacji na własny temat. Projektanci platform internetowych sięgali po rozwiązania stosowane w kasynach, na przykład po mechanizm nieskończonego przewijania; wprowadzano też wiele innych innowacyjnych funkcji, obliczonych na pobudzanie układu nagrody w ludzkim mózgu i dzięki temu skutecznie uzależniających użytkownika. Serwisy takie jak Gmail zaczęły przeglądać nasze emaile, dopuszczając się naruszenia tajemnicy korespondencji, za które pracownik tradycyjnej poczty powędrowałby do więzienia. Do naszych telefonów trafił system lokalizacji w czasie rzeczywistym, który wcześniej znajdował zastosowanie w elektronicznych bransoletach na kostkach skazańców; coś, co jeszcze kilka lat temu uznalibyśmy za formę nielegalnego podsłuchu, stało się standardową funkcją niezliczonych aplikacji.

Zanim się obejrzeliśmy, zaczęliśmy udostępniać innym nasze dane bez najmniejszego zawahania czy refleksji. Sprzyjała temu nowa terminologia. Należące do prywatnych firm platformy, będące de facto rozbudowanymi sieciami inwigilacji, określono mianem „społeczności”; ludzi wykorzystywanych dla zysku przez właścicieli tych sieci nazwano „użytkownikami”; o uzależniających funkcjach aplikacji czy serwisów zaczęto mówić jako o „podnoszeniu komfortu użytkowania” albo „angażowaniu użytkownika”. Coraz powszechniejsze stało się profilowanie osób na podstawie pozostawianych przez nie „cyfrowych śladów” czy „okruszków danych”. Przez tysiące lat na świecie dominował model gospodarczy oparty na pozyskiwaniu surowców z zasobów naturalnych, które następnie przetwarzano w produkty. Z bawełny tkano tkaniny. Z rudy żelaza wytapiano stal. Lasy wycinano na drewno. Lecz wraz z nastaniem ery internetu możliwe stało się wytwarzanie produktów z naszego życia – naszych zachowań, zainteresowań, tożsamości. Rozpoczął się proces przetwarzania ludzkiej egzystencji na dane. Człowiek miał być surowcem dla nowego przemysłu obróbki informacji.

Steve Bannon, mało znany redaktor naczelny prawicowego portalu Breitbart News, jako jeden z pierwszych dostrzegł możliwość wykorzystania tej nowej rzeczywistości do realizacji swoich politycznych celów. Misja portalu Breitbart News polegała na przeobrażeniu współczesnej amerykańskiej kultury i dostosowaniu jej do nacjonalistycznej wizji publicysty Andrew Breitbarta. Bannon uważał, że jedyną drogą do realizacji tego celu jest ni mniej, ni więcej, tylko wojna kulturowa. Kiedy spotkałem go po raz pierwszy, zdawał sobie sprawę, że nie posiada odpowiedniej broni do wygrania takiej wojny. O ile szykujący się do bitwy generał musi przede wszystkim zapewnić sobie artyleryjską siłę rażenia i dominację powietrzną, o tyle Bannon potrzebował kulturowej siły rażenia i dominacji informacyjnej – zasilanego danymi arsenału, za pomocą którego mógłby podbić serca i umysły Amerykanów. I takiego właśnie arsenału dostarczyła mu nowo powstała firma Cambridge Analytica. Stosując udoskonalone techniki rodem z wojskowych operacji psychologicznych (tak zwane PSYOPS), Cambridge Analytica zapewniła strategiczną przewagę wznieconej przez Steve’a Bannona altprawicowej rewolucji. W tej nowej wojnie amerykański wyborca stał się obiektem manipulacji, oszustw i dezinformacji. Prawda została wyparta przez alternatywne narracje i wirtualną rzeczywistość.

Cambridge Analytica (CA) zaczęła od przetestowania nowych metod walki w Afryce i w tropikalnych państewkach wyspiarskich. Eksperymentowała tam z szerzoną za pośrednictwem internetu dezinformacją, fake newsami i profilowaniem na masową skalę. Współpracowała z agentami rosyjskich tajnych służb i zlecała hakerom włamania do skrzynek e-mailowych polityków opozycji. W ten sposób mogła dopracować swoje metody, nie ściągając na siebie uwagi zachodnich mediów. A kiedy już nabrała wprawy w rozpalaniu plemiennych konfliktów w Afryce, przystąpiła do rozpalania plemiennego konfliktu w Stanach Zjednoczonych. Krajem wstrząsnęły nagle histeryczne nawoływania Make America Great Again! i żądania budowy muru na granicy z Meksykiem. Debaty prezydenckie przestały mieć cokolwiek wspólnego z polityczną dyskusją i zamieniły się w dziwaczne spory o to, co jest prawdziwą informacją, a co fake newsem. Dzisiejsza Ameryka to przykład tego, jak wygląda polityczny i społeczny krajobraz po skorzystaniu z psychologicznej broni masowego rażenia. 

Wylie Christopher - Mindfuck

Mamy dwie kategorie aktorów: „lud” (jeden) oraz „elity” (których może być wiele). Elity rywalizują o władzę, a więc także o zasoby, takie jak pieniądze i prestiż, które ta władza daje. Do zdobycia władzy potrzebują jednak ludowego poparcia. Może ono przyjmować różne formy: od głosowania w wyborach po masowy udział w powstaniu, wojnie czy rewolucji.

Osią podziału na elity i lud jest miejsce w podziale społecznie wypracowanych dóbr. Lud je wytwarza, elity w części konsumują, a w części zużywają na budowę rozmaitych instytucji społecznych (np. państwowych, ale nie tylko). Elity są więc elitami nie dlatego, że są światlejsze, mądrzejsze czy moralnie lepsze, ale dlatego, że to do nich płyną zasoby wypracowane przez lud i one nimi zarządzają.

(...)

Wróćmy do modelu: żeby zdobyć ludowe poparcie, elity składają ludowi polityczną propozycję. Ta propozycja ma dwa wymiary: wspólnotowy i emancypacyjny. W uproszczeniu – elita aspirująca do zdobycia władzy mówi warstwom ludowym: „zbudujemy nową wspólnotę, w której wasze życie będzie lepsze”.

„Złożenie propozycji” brzmi jak coś prostego, ale to oczywiście trudny, pracochłonny i skomplikowany proces. Może też przybierać różne formy. Kiedy socjaliści prowadzili agitację wśród robotników w Królestwie Polskim przed rewolucją 1905 roku, składali im taką propozycję. Kiedy „Solidarność” w 1980 roku obiecywała Polakom lepszy PRL (obalenie systemu nie wchodziło w grę), była to polityczna propozycja. Kiedy PiS wygrał wybory w 2015 roku, również złożył taką propozycję.

W ramach tego modelu można zinterpretować kluczowe momenty w polskiej polityce ostatnich dwóch stuleci z okładem.

W powstaniu kościuszkowskim 1794 roku powstańcy obiecywali ludowi – wówczas głównie byli to chłopi pańszczyźniani – wolność osobistą, wzięcie pod prawną opiekę państwa, niższe ciężary pańszczyźniane, oraz wspólnotę polityczną, w której nie tylko szlachta będzie miała głos.

W 1905 roku socjaliści obiecywali demokratyczną republikę polską, samorząd robotniczy, lepsze warunki pracy i płacy (w tym krótszy dzień roboczy). Konkurujący z nimi narodowi demokraci – sprzymierzeni wówczas z rosyjskimi elitami imperialnymi – obiecywali wspólnotę narodową, wykluczającą Żydów, nowoczesną technicznie, ale też opartą na tradycji, a w wymiarze materialnym – solidaryzm społeczny, czyli wspólny dobrobyt budowany razem rękami fabrykantów, ziemian i robotników.

W 1989 roku opozycja obiecywała demokratyczną republikę i lepsze życie, które miał przynieść kapitalizm.

W podobny sposób można opisać inne przełomowe momenty w polskiej przeszłości: te z lat 1830, 1846, 1848, 1863, 1918-1920, 1944, 1956, 1968, 1970, 1980 – a także 2015.

(...)

Dobrej ilustracji dostarcza tutaj historia II RP. Elity odrodzonego państwa składały się w dużej części z byłych socjalistów, rewolucjonistów z 1905 roku. Należał do nich także Józef Piłsudski.

Kiedy młode państwo walczyło o przetrwanie (w latach 1918-1920), obiecało m.in. robotnikom ośmiogodzinny dzień pracy, płatne urlopy, ubezpieczenia chorobowe i szereg innych zdobyczy socjalnych; chłopom zaś – reformę rolną, czyli oddanie im części ziemi obszarników (słowo „obszarnik” nie wywodzi się z języka komunistycznego, używali go już socjaliści w 1905 roku). Reformę rolną uchwalono w momencie, w którym Armia Czerwona podchodziła pod Warszawę i stawką było ocalenie niepodległości.

Kiedy jednak II RP okrzepła, wycofała się – otwarcie lub po kryjomu – z większości tych obietnic. Ośmiogodzinny dzień pracy w większej części gospodarki nie był przestrzegany (...). Płatne urlopy były fikcją dla większości pracowników. Reforma rolna najpierw okazała się niezgodna z uchwaloną w marcu 1921 roku konstytucją, potem ją przez kilka lat poprawiano (sprawiając, że stała się mniej korzystna), a jej wykonanie ślimaczyło się.

oko.press

Mateusz Zimmerman: - O co jeszcze zatem idzie?

Rafał Matyja: O bunt przeciw próbie wtłaczania Polaków w pewien wzorzec światopoglądowy czy ideologiczny. W tym wtłaczaniu brały udział dwie siły: partia rządząca i Kościół. One są adresatem protestów i solidnie sobie na to zapracowały.

Politycy PiS mogli ulec własnemu złudzeniu, że rośnie młode konserwatywne pokolenie, które uwierzyło, że największym szczęściem człowieka jest zginąć za ojczyznę czy cierpieć za przekonania i wiarę. Jeśli ktoś miał taką iluzję, to nie ma już dla niej podstaw. Mało tego: Strajk Kobiet włączył do głównego nurtu hasła, które kojarzyły się raczej z lewicowym radykalizmem.

Sam jestem rówieśnikiem premiera Morawieckiego, ale nawet dla mnie język, którym mówi on i władza, jest kompletnie anachroniczny. Tak jakbym włączył sobie program „Tu Jedynka” z czasów mojej młodości, w którym psioczono na okropny Zachód i wychwalano sojusz narodu z partią. Nie mówię już o monologach prezesa Kaczyńskiego, bo to jest głos z jeszcze dawniejszej epoki. Nie dziwię się, że dużo młodsi ode mnie ludzie reagują na to mniej więcej tak: odwalcie się, to jest wasz sen, nie chcemy w nim żyć.

(...)

- Wiem, że pan ma doświadczenie przeprowadzki ze stolicy do mniejszego miasta – ta perspektywa sporo zmienia. Czego nie widać z Warszawy, jeśli idzie o protest i jego możliwe skutki?

Wizja monolitycznej „pisowskiej prowincji” jest nieprawdziwa i media muszą tę lekcję wreszcie odrobić. Nawet jeśli PiS wygrywa np. na Podkarpaciu, to nie znaczy, że wszyscy tam tę partię popierają. Ci, którzy są przeciw, są nawet bardziej zdeterminowani niż mieszkańcy wielkich miast, bo są mniejszością.

Szkodliwym mitem jest też ten, że prowincja jest zacofana. Już kiedy przeprowadzałem się z Warszawy do Nowego Sącza – a to było 20 lat temu – dostępność internetu, telewizji informacyjnych itd. sprawiała, że mieszkanie poza stolicą nie wyłączało z obiegu. Tym bardziej dzisiaj mieszkańcy prowincji mają dostęp do tych samych mediów społecznościowych, tych samych portali i mogą oglądać te same seriale na tych samych platformach.

Trzecia sprawa: prowincja w sensie kulturowym czy tożsamościowym nie jest „pisowska” – jeśli taki związek zachodzi, to dotyczy raczej interesu ekonomicznego, choć są regiony, gdzie istotnym czynnikiem jest także religia. Ale to część Polski, nie cała. PiS wysłał wielu Polakom mieszkającym poza wielkimi miastami sygnał, że rozumie, że hasła typu: „weź kredyt, zmień pracę” to dla nich czysta abstrakcja. Nie oznacza to jednak, że mówimy o świecie ludzi wypatrujących socjalu, jak lubi się o tym myśleć np. w Warszawie.

Prowincja będzie natomiast przeżywać procesy modernizacyjne, które się dotychczas z kilku powodów opóźniały. Sądzę – także na podstawie własnych doświadczeń – że najważniejszym będzie zrywanie z kulturą paternalizmu.

onet.pl

Celem ataków stali się wszyscy cudzoziemcy, którzy nie wyrażali absolutnej lojalności, ale nikt nie skupiał na sobie tyle uwagi co Brytyjczycy. Przyczyna leżała około dwóch tysięcy kilometrów na południe od stolicy, w kolonii korony brytyjskiej Hongkongu. Po opadnięciu bambusowej kurtyny w 1949 roku miasto stało się punktem obserwacyjnym dla zewnętrznego świata, ale w maju 1967 roku przez granicę przelała się idąca z głębi lądu fala rozruchów. Silny wstrząs sprawił, że Hongkong nie mógł dłużej zachowywać statusu obserwatora. Strajk w wytwórni plastikowych kwiatów w Koulunie szybko rozwinął się w zamieszki, w których wzięły udział tysiące pikietujących robotników. Wielu z nich mieszkało w tym regionie, złożonym z plątaniny ulic z wysokimi, zaniedbanymi, przeludnionymi budynkami, w dzielonych z innymi klitkach. Ogarnięta rewolucyjnym zapałem młodzież, wymachująca Czerwonymi Książeczkami i skandująca bojowe hasła, wyległa na ulice, by demonstrować przeciwko władzom kolonialnym. Napięcie rosło, protestujący zaczęli rzucać w policjantów kamieniami i butelkami, ci zaś odpowiedzieli pałkami i gazem łzawiącym. Wkrótce tłumy wznosiły na ulicach barykady, przewracały samochody i podpaliły piętrowy autobus.

Początkowo zamieszki organizowała miejscowa partia komunistyczna, ale wkrótce na pomoc ruszył Pekin z twierdzeniem, że Brytyjczycy popełniają w Hongkongu „faszystowskie okropieństwa”. Brytyjskiego chargé d’affaires w Pekinie, spokojnego, wielokrotnie odznaczanego oficera z czasów II wojny światowej Donalda Hopsona, wezwano do Ministerstwa Spraw Zagranicznych, gdzie przedstawiono mu ultimatum: wszystkich aresztowanych należy zwolnić i wypłacić im rekompensaty za czas spędzony w więzieniu. Londyn odmówił odpowiedzi.

W Kantonie i Pekinie zwołano więc masowe wiece poparcia dla protestujących. W Hongkongu pojawiły się plakaty: „Krew za krew” i „Ugotować białoskóre świnie”. Strajk podjęły dziesiątki tysięcy studentów i robotników. Głośniki zamontowane na gmachu Bank of China wywrzaskiwały propagandowe hasła, kilkanaście lojalnych wobec Pekinu gazet publikowało podżegające teksty. Mimo to kampania nie zyskała powszechnego poparcia. Hongkong był miastem zbudowanym przez kolejne fale uchodźców z Chin kontynentalnych i mało kto wśród półtoramilionowej ludności żywił jakiekolwiek złudzenia co do komunizmu. Pod koniec czerwca strajk zaczął wygasać.

Wówczas jednak, 8 lipca, około setki uzbrojonych protestujących przekroczyło białą linię demarkacyjną dzielącą małą rybacką wioskę Sha Tau Kok na sektory chiński i brytyjski i napadło na posterunek policji. Najpierw policjantów obrzucono kamieniami i butelkami, po chwili jednak przez granicę zaczął strzelać karabin maszynowy i zabił pięciu policjantów po stronie brytyjskiej. Ten incydent znów rozniecił walki, a po niedługim czasie rebelia sparaliżowała znaczną część Hongkongu.

Wprowadzono godzinę policyjną, a policja przeprowadziła naloty na ośrodki podejrzewane o działalność komunistów. Protestujący odpowiedzieli ostrzałem posterunków policji i budynków rządowych. Do końca lipca bomby, prawdziwe i pozorne, znajdowano w teatrach, parkach, na targach i w innych miejscach publicznych, co poważnie zaburzało zwyczajne życie. Wiele z nich wyprodukowano domowymi sposobami; były to prymitywne urządzenia wypełnione prochem pochodzącym z petard. Kilka jednak spowodowało ofiary. Jedna bomba, zapakowana jak prezent, zabiła siedmioletnią Wong Yee-man i jej dwuletniego braciszka. Saperzy rozbroili około ośmiu tysięcy ładunków wybuchowych. 24 sierpnia jadącego samochodem Lam Buna, popularnego prezentera radiowego krytycznie wypowiadającego się o komunistach, zatrzymał pluton egzekucyjny udający ekipę robotników naprawiających drogę. Buna i jadącego z nim kuzyna oblano benzyną i spalono żywcem. Wielu innym znanym postaciom, które wypowiedziały się przeciwko demonstrantom, grożono śmiercią.

Cały czas w Hongkongu krążyły plotki, że Pekin gromadzi na granicy wojsko i gotuje się do zbrojnego przejęcia kolonii. Przewodniczący jednak nie do końca panował nad rozpętanymi przez siebie kampaniami, poza tym komuniści potrzebowali miasta jako platformy bankowej i okna na świat. Choć brytyjska kolonia była całkowicie uzależniona od dostaw wody z Chin kontynentalnych – przesyłano czterdzieści pięć miliardów litrów rocznie – tego kurka nigdy nie zakręcono.

Frank Dikotter - Rewolucja kulturalna

niedziela, 31 stycznia 2021


Publikację tę z miejsca okrzyknięto nowym „długim telegramem” – odnosząc się do słynnego tekstu George’a F. Kennana – nota bene twórcy i pierwszego dyrektora PPS – z lutego 1946 roku, który stał się podstawą polityki powstrzymywania ZSRR po II wojnie światowej. Ministerstwo spraw zagranicznych ChRL określiło Elementy jako kolejny zbiór antychińskich kłamstw, ujawniający głęboko zakorzenione zimnowojenne myślenie i ideologiczne uprzedzenie Ameryki. To reakcja niezaskakująca, chociaż zimnowojenne nawiązania nie są dla dokumentu kluczowe, a podobieństwa między ChRL i ZSRR uzasadnia się przede wszystkim ze względu na autorytarny charakter obu państw (łączący leninizm z nacjonalizmem), wskazując jednocześnie istotną różnicę: Moskwa poszukiwała dominacji głównie w oparciu o potęgę wojskową, natomiast Pekin, z którego zdolnościami militarnymi również należy się liczyć, próbuje przekształcić system międzynarodowy w sposób znacznie bardziej subtelny i poparty potęgą gospodarczą „o której Sowieci mogli jedynie pomarzyć”. Z kolei chwytliwy i popularny wśród komentatorów, choć nie w pełni adekwatny do charakteru rywalizacji amerykańsko-chińskiej, termin zimna wojna, został przywołany w dokumencie zaledwie dwa razy i w przeszłym kontekście.

Elementy opublikowano w szczególnym czasie: tuż po przegranych przez Donalda Trumpa wyborach prezydenckich. Jest to zatem rodzaj dyplomatycznego testamentu odchodzącej administracji, który oprócz technologiczno-gospodarczego aspektu rywalizacji podkreśla również wymiar aksjologiczny (w tym zakresie jest to bez wątpienia powrót do narastania konfrontacji ideologiczno-politycznej, która według Zbigniewa Brzezińskiego była głównym wyzwaniem w amerykańsko-sowieckiej rywalizacji w okresie zimnej wojny). Jakie zatem są Chiny oglądane okiem strategów z Białego Domu?

Oś narracji dokumentu wyznacza wypowiedź przewodniczącego Xi Jinpinga z 2013 roku, o warunkowym korzystaniu z dobrodziejstw kapitalizmu jako środka do realizacji celu nadrzędnego w polityce wewnętrznej (powszechny dobrobyt) i zagranicznej (dominacja w systemie międzynarodowym). Natomiast ChRL zdefiniowana jest jako „wielka potęga zarządzana przez autorytarny reżim oparty na modelu dwudziestowiecznej marksistowsko-leninowskiej dyktatury”. Stany Zjednoczone przyznają się w Elementach do złudzeń którymi kierowały się od końca lat 70. ubiegłego wieku – że Chiny są komunistyczne głównie z nazwy i że ich mariaż z gospodarką kapitalistyczną w połączeniu „z konstruktywnym zaangażowaniem” w system międzynarodowy, doprowadzi finalnie do demokratyzacji. Teraz już wiemy, że takie oczekiwanie było nie tylko błędne, ale i nieuzasadnione, opierając się na przeświadczeniu, że historia jest procesem teleologicznym a ludzkość zmierza do ostatecznego uporządkowania w oparciu o reguły demokracji liberalnej. Amerykańskie założenia mogą dziwić, tym bardziej że Komunistyczna Partia Chin (KPCh) nigdy nie dała do zrozumienia Zachodowi, że jest zainteresowana przejęciem liberalnego pakietu normatywnego. Deng Xiaoping, którego Stany Zjednoczone „chciały kochać”, postawił tę kwestie jasno już w 1979 roku, formułując tzw. „cztery podstawowe zasady” o nienaruszalności rządów KPCh i doktryny marksistowsko-leninowskiej w procesie modernizacji państwa (40 lat później przypomniał o tym w zdecydowanym tonie Xi Jinping). Wbrew koncepcji „końca historii” Chiny zaprzeczyły logice rozwoju kapitalizmu, decydując się na jedynie częściowe (przejściowe?) zastosowanie mechanizmów rynkowych w gospodarce, podążając w tym zakresie raczej za przykładem leninowskiego NEP-u niż wskazaniami MFW. Tym samym obrały alternatywny model rozwoju – państwowego kapitalizmu.

Wymieniona w raporcie lista przyczyn sukcesu gospodarczego ChRL jest długa. Jako najważniejsze z nich wymienia się m.in. kradzież własności intelektualnej (kosztująca gospodarkę USA nawet 600 mld USD rocznie), przejęcie światowych łańcuchów dostaw, rosnącą potęgę w wielu gałęziach przemysłu i wysokich technologiach, rozwój AI w warunkach państwa autorytarnego (zbieranie danych bez poszanowania prywatności obywateli), wsparcie i kontrolę państwa nad firmami rozwijającymi sieć 5G i technologie inwigilacji obywateli, Pas i Szlak jako narzędzie ekspansji gospodarczej i wciągania państw i ich elit w orbitę polityczną Pekinu, korzystanie z nieskrępowanego dostępu do światowych rynków kapitałowych (ponad 130 chińskich firm na amerykańskiej giełdzie o łącznej wycenie ponad 1 bln USD) i korzystanie z otwartości liberalnych demokracji wraz z realizacją celów politycznych za pomocą narzędzi gospodarczych. Jednak niektóre z powyższych „sprzeczności” między USA i ChRL wynikają raczej z natury globalnego kapitalizmu, niż leninowskiego charakteru chińskiego państwa. Jak wskazują sami autorzy Elementów, od wejścia Chin do WTO, amerykańscy producenci zaczęli w coraz większym stopniu korzystać z niskich kosztów pracy w ChRL, co przełożyło się na spadek cen dla amerykańskich konsumentów i wzrost zysków producentów. Negatywną konsekwencją tych działań był China shock, który dotknął mały i średni sektor wytwórczy w USA (utrata 2,4 mln miejsc pracy) i innych państwach, powodując przejęcie przez Pekin kontroli nad łańcuchami dostaw. Co więcej, raport nie wspomina, że przyjęcie Chin do WTO w 2001 roku bardziej w oparciu o (błędne) przesłanki polityczne niż gospodarcze, zwiększyło jedynie możliwości oddziaływania i rozbudziło ich globalne aspiracje.

Kolejny rozdział dokumentu wskazuje najważniejsze elementy chińskiego postępowania: utrzymanie leninowskiego reżimu (prymatu KPCh w systemie politycznym), wykorzystywanie potęgi gospodarczej kraju do politycznego podporządkowania innych państw, przekształcanie organizacji międzynarodowych od środka zgodnie z celami KPCh, oraz dążenie do stworzenia najpotężniejszej armii na świecie, która w perspektywie krótko- i średnioterminowej będzie wykorzystywana do testowania amerykańskich reakcji na zagrożenia dla bezpieczeństwa sojuszników w regionie Indo-Pacyfiku, zwłaszcza Tajwanu.

Z kolei odnosząc się do intelektualnych źródeł „chińskiego postępowania” wskazuje się na leninowsko-marksistowski charakter reżimu, dając jednocześnie do zrozumienia, że wieloletnim błędem USA było bagatelizowanie tego komponentu. Wydaje się, że wynikało to z projekcji własnych, amerykańskich wyobrażeń odnośnie kształtu państwa, społeczeństwa i porządku międzynarodowego na Chiny lub narzucanie z góry przyjętych założeń na politykę międzynarodową. W tym zakresie Elementy stanowią wezwanie do podjęcia bardziej racjonalnej polityki wobec ChRL, biorącej pod uwagę (leninowski) rodowód systemu politycznego i endemiczne cechy państwa chińskiego (z poczuciem wyższości kulturowej i moralnej, zwłaszcza wobec mniejszych sąsiadów), zgodnie z którymi Pekin wyznacza cele w polityce międzynarodowej.

Nie porzucając cechującego amerykański dyskurs przeświadczenia o wyjątkowości i uniwersalności własnych reguł, Stany Zjednoczone zdają się jednak przyznawać w dokumencie do jałowości używania wartości zachodnich jako (wyłącznego) kryterium służącemu analizowaniu i krytykowaniu KPCh, która owe wartości postrzega jako główne zagrożenie dla swojego przetrwania. Chiny – jak każde imperium – definiują siebie w kategoriach uniwersalistycznych, a zbudowany wokół zachodnich norm gospodarczych i politycznych porządek międzynarodowy postrzegają jako niesprawiedliwy. Odpowiedzią KPCh jest własna koncepcja ładu światowego, określana jako „wspólnota przeznaczenia dla ludzkości” i „nowy rodzaj stosunków międzynarodowych”.

Jednocześnie USA wydają się dostrzegać fakt, że wraz z objęciem władzy przez Xi Jinpinga, Chiny utwierdziły się w przekonaniu o ich momencie dziejowym i znalazły się ponownie – parafrazując historyka Ge Zhaoguanga – w „epoce bez lustra”. ChRL dotykają słabości immanentne dla każdej autokracji, jak trudność w utrzymaniu innowacji i zdolności adaptacji gospodarki w dłuższej perspektywie oraz nieskuteczność w tworzeniu trwałych sojuszy i mobilizacji przyjaciół. Ponadto jako z natury represyjne wobec obywateli państwo autokratyczne, Chiny muszą przekierowywać środki z nakładów wojskowych na utrzymanie porządku społecznego (wydają więcej na bezpieczeństwo wewnętrzne niż na obronę narodową). Natomiast w odniesieniu do słabości endemicznych zalicza się m.in. ogromne różnice dochodowe w społeczeństwie, uzależnienie gospodarki od eksportu, zachodnich półprzewodników i dolara, zadłużenie chińskich firm (fala bankructw), złą sytuację demograficzną (gwałtowne starzenie się społeczeństwa i nierównowaga płci), dewastację środowiska naturalnego i korupcję. Czynnikiem o potencjalnie bardzo negatywnych konsekwencjach jest zakwestionowanie przez Xi Jinpinga reguł przekazywania władzy, które po Deng Xiaopingu zapewniały w miarę stabilne trwanie autorytarnego systemu. Słabością Chin jest ponadto niski poziom zaufania na arenie międzynarodowej, który obniżył się wyraźnie w trakcie pandemii Covid-19.

obserwatormiedzynarodowy.pl