wtorek, 22 września 2020


– W Chinach udział dochodów gospodarstw domowych w PKB, a w efekcie także udział konsumpcji, jest najniższy w historii. Chińczycy po prostu nie mogą skonsumować tyle, co wyprodukowali, dlatego muszą wyeksportować nadwyżkę oszczędności [nad inwestycjami - red.] – zauważa Pettis.

A to odbija się na dochodach zwykłych Amerykanów. – Dochód amerykańskiej klasy robotniczej, drobnych przedsiębiorców, a także gospodarstw domowych klasy średniej pozostał na podobnym poziomie, pomimo że USA w ciągu 40 lat odnotowały gwałtowny wzrost. Bardzo dobrze poradził sobie jednak system finansowy oraz właściciele majątku ruchomego i biznesowe elity, podobnie jak zresztą w przypadku systemu finansowego i elit biznesowych w Chinach – zaznacza.

Jak rozwiązać problem globalnych nierówności? Zdaniem współautora książki "Trade Wars are Class Wars" najlepiej byłoby stworzyć nowy system handlu międzynarodowego i przepływów kapitałowych. – Myślę jednak, że to będzie bardzo trudne (...). Drugą najlepszą opcją, przy czym podkreślam, że nie jest to dobra opcja, byłoby jednostronne wystąpienie USA z obecnego systemu i ograniczenie napływu nadwyżek finansowych do Stanów Zjednoczonych – przekonuje.

A co mogą zrobić sami Chińczycy, by zrównoważyć własną gospodarkę? – Jeśli chcemy, aby krajowa konsumpcja była źródłem wzrostu, musimy zwiększyć udział gospodarstw domowych zwykłych Chińczyków w PKB. Jak to osiągnąć gospodarczo? Można wyeliminować ograniczenia dotyczące osiedlania się, podnieść wynagrodzenia, wzmocnić system zabezpieczeń społecznych, zmniejszyć degradację środowiska, wprowadzić darmowy transport publiczny. Problem jest jednak taki, że ten dochód musi być przeniesiony od kogoś innego, a tym kimś innym będzie albo biznes, albo rząd – wyjaśnia Pettis.

/Można, i są to pobożne życzenia Zachodu - Partia nie ma zamiaru oddawać władzy i kontroli, eksport zostanie kołem zamachowym gospodarki, nie konsumpcja wewnętrzna - red./

bankier.pl

Sebastian Horn z Uniwersytetu w Monachium, Carmen Reinhart z Uniwersytetu Harvarda i Christoph Trebesch z Instytutu Gospodarki Światowej w Kilonii zebrali dane dotyczące chińskich pożyczek obejmujące 152 krajów. Rząd Chin ma wierzytelności dłużne wobec reszty świata o wartości ponad 5 bilionów dolarów (6 proc. światowego PKB), a na początku XXI wieku miał mniej niż 500 mld (1 proc. światowego PKB). Jeśli dodamy do tego zagraniczne inwestycje kapitałowe oraz bezpośrednie, to całkowite roszczenia finansowe Chin za granicą wyniosły w 2017 roku ponad 8 proc. światowego PKB.

Taki wzrost chińskich, oficjalnych pożyczek, a także inwestycji, jest niemal bezprecedensowy w historii i porównywalny jedynie ze wzrostem akcji kredytowej w USA w następstwie I oraz II wojny światowej.

Większość wierzytelności została nabyta przez Ludowy Bank Chin, czyli bank centralny, na międzynarodowych rynkach obligacji. Ponadto rząd udzielał coraz większych, bezpośrednich pożyczek, zwłaszcza krajom rozwijającym się i wschodzącym. W przypadku krajów o wysokim i średnim poziomie rozwoju najczęstszą formą kredytowania są inwestycje portfelowe, zwykle poprzez zakup obligacji skarbowych przez Ludowy Bank Chin. W rezultacie wiele krajów rozwiniętych jest bardzo zadłużonych wobec chińskiego rządu.

(...)

Znacząco wzrosły również inne rodzaje finansowania napędzanego przez państwo: oficjalnie gwarantowane kredyty handlowe, przepływy kapitału i BIZ do krajów rozwiniętych. Chiny zbudowały globalną sieć stałych linii kredytowych w Ludowym Banku Chin, których suma przekracza 500 mld dolarów. Na chińskie państwo przypada jedna czwarta wszystkich kredytów bankowych udzielanych rynkom wschodzącym. W przypadku 50 największych odbiorców chińskich pożyczek – głównie mniejszych lub biedniejszych krajów – zadłużenie w Chinach wzrosło z około 1 proc. PKB w 2005 r. do ponad 15 proc. w 2016 r. Pożyczki są prawie w całości sterowane przez instytucje państwowe – rząd, bank centralny i państwowe banki komercyjne.

W przypadku krajów biedniejszych dług wobec Chin stanowi obecnie średnio blisko 40 proc. całkowitego, oficjalnie zgłaszanego zadłużenia zewnętrznego. Chińskie pożyczki państwowe zwykle wiążą się ze stosunkowo wysokimi stopami procentowymi i krótkimi terminami zapadalności, w przeciwieństwie do pożyczek udzielanych przez MFW i Bank Światowy, które na ogół mają preferencyjne warunki.

Dynamika chińskich pożyczek dla krajów o niskich dochodach przypomina sytuację z lat 70. XX wieku, kiedy kraje bogate w surowce otrzymały duże kwoty konsorcjalnych kredytów bankowych. Banki miały nadzieję na odzyskanie pożyczonych pieniędzy, bo ceny surowców rosły. W końcu lat 70. zaczęły jednak spadać i państwa bankrutowały, co doprowadziło do „straconej dekady” w Ameryce Łacińskiej oraz innych regionach. Od 2011 roku dłużnicy coraz częściej zwracają się do Chin o restrukturyzację długu, co oznacza narastanie problemów dla dłużników i dla wierzyciela.

Badacze stwierdzili, że 50 proc. pożyczek udzielanych przez Chiny krajom rozwijającym się nie jest zgłaszane ani do MFW, ani do Banku Światowego. Moody’s i Standard and Poor’s, podobnie jak inne agencje ratingowe, monitorują pożyczki od prywatnych wierzycieli (banków, obligatariuszy lub innych). Pożyczki udzielane przez jedno państwo drugiemu nie są stałym elementem ich działalności.

Klub Paryski śledzi pożyczki państwowe od oficjalnych wierzycieli dwustronnych (tj. innych państw), więc teoretycznie powinien obejmować większość chińskich pożyczek zagranicznych. Jednak Chiny nie są członkiem Klubu Paryskiego i nie podlegają standardowym wymogom ujawniania informacji. Ponadto nie są członkiem Grupy ds. Kredytów Eksportowych OECD, która dostarcza dane dotyczące długo- i krótkoterminowych przepływów kredytów handlowych. W związku z tym dokumentacja dotycząca międzynarodowych pożyczek Chin jest niejawna lub niepełna. Ludowy Bank nie publikuje informacji o zakupach aktywów ani o strukturze swojego portfela.

Chiny zaczęły składać raporty do Banku Rozliczeń Międzynarodowych (BIS) w 2015 r., ale rząd nie zgodził się na publiczne ujawnienie dwustronnych umów pożyczkowych. Dostępne są tylko dane zagregowane. Wielkość „ukrytych” pożyczek wyniosła w 2016 roku ponad 200 mld dolarów. Problem jest szczególnie dotkliwy w dwudziestu krajach rozwijających się. Nie sposób ocenić, jakie mają rzeczywiste koszty obsługi długu.

(...)

Chiny nie przedstawiają szczegółowych informacji na temat bezpośredniej działalności pożyczkowej w ramach inicjatywy „Pasa i drogi”. Znane są tylko wyrywkowe informacje, np. komercyjny Bank of China informował, że od 2015 r. udzielił kredytów w wysokości 100 mld dolarów krajom, w których realizowane są inwestycje związane z nowym Jedwabnych Szlakiem. Według MFW udzielane przez Chiny pożyczki na te inwestycje są często bardzo ryzykowne i prowadzą do nadmiernego zadłużenia krajów zaangażowanych w inicjatywę.

Przykładem jest Dżibuti, gdzie Chiny mają jedyną zagraniczną bazę wojskową. Udzieliły pożyczek w wysokości prawie 1,4 mld dolarów, co odpowiada 75 proc. PKB tego kraju. Niektóre były oprocentowane poniżej stopy rynkowej, ale kredyt na zbudowanie linii kolejowej Addis Abeba-Dżibuti był udzielony na warunkach komercyjnych. Dług publiczny wzrósł z 50 do 85 proc. PKB i jest najwyższy ze wszystkich krajów o niskich dochodach. Kredyty są udzielane głównie przez China Exim Bank i gwarantowane przez rząd chiński.

Na Malediwach Chiny są zaangażowane w trzy projekty: modernizację międzynarodowego portu lotniczego, która kosztuje około 830 mln dolarów; budowę dzielnicy mieszkaniowej i mostu w pobliżu lotniska, które kosztują około 400 mln dolarów; oraz przeniesienie głównego portu (brak szacunków kosztów). PKB Malediwów to niecałe 6 mld dolarów.

Laosowi China Exim Bank udzielił pożyczki w wysokości 465 mln dolarów na budowę i eksploatację linii kolejowej. Rząd Laosu podpisał również umowę pożyczki 600 mln dolarów na projekt hydroenergetyczny. W Czarnogórze, której dług publiczny przekracza 70 proc. PKB, ten sam bank finansuje 85 proc. kosztów autostrady łączącej nadmorskie miasto Bar z Serbią. Szacowany koszt inwestycji to 1,1 mld dolarów.

W 2017 r. bank podpisał umowę z rządem Mongolii na sfinansowanie budowy elektrowni wodnej i autostrady z lotniska do stolicy. Łączny koszt ok. 1 mld dolarów. Projekt hydroenergetyczny utknął w martwym punkcie i pożyczka jest przeznaczana na inne cele.

W Tadżykistanie Chiny finansują budowę gazociągu, a w Kirgistanie linię kolejową i autostrady. China Exim Bank jest największym, pojedynczym wierzycielem, którego zaangażowanie w Kirgistanie wynosi 1,5 mld dolarów, czyli około 40 proc. całkowitego zadłużenia zagranicznego tego kraju.

W Pakistanie realizowany jest sztandarowy projekt inicjatywy „Pasa i Drogi” – Chińsko-Pakistański Gospodarczy Korytarz (CPEC). Łączną wartość projektów CPEC szacuje się na ponad 60 mld dolarów. Co najmniej 33 mld będzie zainwestowane w projekty energetyczne. Chiny sfinansują około 80 proc. kosztów.

obserwatorfinansowy.pl

niedziela, 20 września 2020


Wiele firm i krajów stara się zaistnieć w tej dziedzinie, ale prawdziwych zwycięzców można policzyć – dosłownie – na palcach jednej ręki. Z dokonanego przez ekspertów McK przeglądu wyników osiągniętych w latach 2015-2019 przez największych w świecie producentów półprzewodników wynika, że pięciu z nich – Samsung, Intel, TSMC, Qualcomm i Apple – osiągnęło razem średni zysk roczny w wysokości 35,5 mld dolarów, o 6,8 mld dolarów wyższy niż 249 pozostałych czołowych firm w tej elitarnej branży.

Wysokie zyski wynikają z renty wielkości kilku elektronicznych światowych gigantów, a ich wielkość z kolei wynika m.in. z wielkich nakładów finansowych, jakie one ponoszą, prowadząc badania naukowe, projektowe i testowe, aby w końcu uruchomić produkcję nowych generacji jeszcze mniejszych układów scalonych. Nakłady te rosną w tempie niemalże geometrycznym. Zaprojektowanie chipów o charakterystyce 10 nanometrów kosztowało 174 mln dolarów, 7-nanometrowych – blisko 300 mln dolarów, a jeszcze gęściej „upchanych” 5-nanometrowych – aż 540 mln dolarów. Wybudowanie fabryk takich układów scalonych to koszt około 2,9 mld dolarów w przypadku „kostek” 7-nanometrowych i aż 5,4 mld dol. w przypadku 5-nanometrowych.

Pomimo ponoszenia tak wysokich kosztów na badania, rozwój, a później na budowę i oprzyrządowanie nowych fabryk upływa wiele czasu zanim ich produkcja jest ostatecznie uruchamiana. Eksperci McK wskazują, że od 12 do 24 miesięcy trwa budowa samej fabryki i instalowanie precyzyjnych urządzeń produkcyjnych, które muszą spełniać coraz trudniejsze warunki (chodzi m.in. o czystość powietrza) przyszłego wytwarzania. Kolejne miesiące (od do 12 do 18) trwa dochodzenie do pełnych zdolności produkcyjnych, co ma kluczowe znaczenie dla opłacalności gigantycznych inwestycji.

Wyliczenia ekspertów wskazują na zależność pomiędzy skalą nowej produkcji, w tym zwłaszcza stopniem wykorzystania mocy wytwórczych a czasem, jaki upływa do momentu (breakeven point), kiedy fabryki zaczynają przynosić zyski. W przypadku pełnego obłożenia produkcyjnego moment ten następuje dopiero po 4-5 latach. Gdy stopień wykorzystania spada do 80 proc. moment ten następuje dopiero po mniej więcej 7 latach, a gdy do 65 proc. – koszty poniesione na nową fabrykę układów scalonych nigdy się nie zwrócą. Gdy produkcja układów scalonych zyskuje wsparcie finansowe od instytucji rządowych – co jest dość częste np. na etapie badań – czas uzyskania opłacalności w tej dziedzinie skraca się o rok-dwa lata, ale i tak jej granicą jest minimum 55 proc. wykorzystanie mocy nowej fabryki.

Cztery, pięć czy siedem lat w elektronice to tymczasem niemal wieczność. Przy wysokim tempie rozwoju i postępu technicznego w dziedzinach, w których elektronika ma zastosowanie, trzeba z wielkim wyprzedzeniem wyobrazić sobie, do czego i w jaki sposób mogą być za niemal dekadę wykorzystywane projektowane dziś jeszcze doskonalsze chipy. Są w stanie to osiągnąć jedynie najwięksi producenci układów scalonych i podzespołów elektronicznych. Trwa między nimi wprawdzie zażarta konkurencja, ale zarazem widać symptomy podziału elektronicznego rynku pomiędzy firmy i kraje. Przykładowo amerykański Intel zdominował rynek układów scalonych do laptopów i desktopów, Qualcomm jest liderem w tej samej dziedzinie, ale w przypadku smartfonów, TSMC z Tajwanu przoduje w technologiach poniżej 10 nanometrów, holenderska firma ASML w technologiach litograficznych, Samsung opanował rynek pamięci, a amerykańska firma Nvidia to światowy lider kart graficznych.

obserwatorfinansowy.pl

Od 18. Kongresu Narodowego w maju członkowie Komitetu Centralnego partii i towarzysz Xi zaproponowali serię nowych koncepcji i strategii oraz przyjęli szereg środków w celu kierowania i promowania prywatnej ekonomicznej pracy na "jednolitym froncie”. Mówią, że te posunięcia przyniosły "niezwykłe rezultaty”.

Wraz z rozwojem i dywersyfikacją prywatnej gospodarki Chin, w oświadczeniu czytamy, że "środki te doprowadzą do wielkiego odmłodzenia narodu chińskiego pod wpływem myśli Xi Jinpinga".

Ogółem istnieje ponad sto zaleceń dla firm, w tym wytyczne dotyczące doboru personelu do realizacji działań.

"Musimy zauważyć, że chiński socjalizm wszedł w nową erę, [jako że] skala gospodarki prywatnej nadal się rozwija, ryzyko i wyzwania znacznie wzrosły, wartości i interesy gospodarki prywatnej stają się coraz bardziej zróżnicowane, a jednolita praca na froncie prywatnej gospodarki stoi w obliczu nowych sytuacji i zadań"- napisano w oświadczeniu.

Podkreślono, że głównym powodem wprowadzenie zaleceń jest "wzmocnienie przywództwa partii nad prywatną gospodarką". Prywatne podmioty gospodarcze mają być "ściślej zjednoczone wokół partii".

To duży zwrot od dotychczasowej polityki - wskazuje dziennikarz ATF Chriss Gill. "Wcześniej prywatny biznes nie był uważany za bardzo godny członkostwa w partii lub wywierania wpływu, ale krok po kroku trafił do serca reżimu" - komentuje.

Zgodnie z nowymi przepisami prywatne firmy będą potrzebowały pewnej liczby pracowników zarejestrowanych w Komitecie Centralnym, co jest już wieloletnią praktyką w dużych firmach prywatnych, ale jeszcze nie tych mniejszych. Te kadry mają zapewnić, że firmy będą postępować zgodnie z wiodącą ideologią "kierując się myślą Xi Jinpinga o socjalizmie z chińskimi cechami dla nowej ery". Będą również kierować prywatnymi biznesmenami.

Do obowiązków kadr będzie należało wzmacnianie przewodnictwa ideologicznego, kierowanie prywatnymi postaciami ekonomicznymi, by "zwiększyć ich świadomość samodyscypliny, budować silną linię ideologicznej i moralnej obrony, ściśle regulować własne słowa i czyny, pielęgnować zdrowy styl życia i tworzyć dobry wizerunek publiczny".

Będą również musieli stale poprawiać przestrzeganie prawa i standardy moralne prywatnych obywateli. Zostaną utworzone kanały komunikacji między prywatnymi firmami a stroną w celu informowania o postępach zmian.

businessinsider.com.pl

sobota, 19 września 2020

Wszystko to dzieje się w czasie, gdy moc MbS w domu nigdy nie była tak słaba. Należy pamiętać, że tuż przed pełnym początkiem ostatniej wojny cen ropy, wywołanej przez Arabię Saudyjską, MbS urządził kolejną łapankę na swoich wysokich rangą przeciwników (poprzedni miał miejsce pod koniec 2017 roku w osławionym Ritz-Carlton w Rijadzie). 

W ostatniej potyczce wzięli udział książę Ahmed bin Abdulaziz, młodszy brat króla Salmana, oraz książę Mohammed bin Nayef, bratanek króla i były następca tronu. Nastąpiło to po licznych doniesieniach, że stan zdrowia 84-letniego obecnego króla Salmana jest bardzo zły, co spowodowało przepychankę między starszymi członkami królewskiego rodu o sukcesję. 

Należy też mieć na uwadze, że MbS nie zawsze był naturalnym następcą króla Salmana. Przed czerwcem 2017 roku (kiedy sukcesja została zmieniona na korzyść MbS), faworytem był książę Mohammed bin Nayef.

Zdolność MbS do polegania na wsparciu długoletniego kluczowego sojusznika Arabii Saudyjskiej - Stanów Zjednoczonych - również budzi poważne wątpliwości po drugiej wojnie cenowej ropy wywołanej przez Arabię Saudyjską w ciągu mniej niż pięciu lat, której celem było zniszczenie lub unieruchomienie amerykańskiego sektora ropy łupkowej. 

"Od czasu dojścia do władzy MbS był co najmniej współwinny litanii wielkich błędów, jeśli chodzi o Stany Zjednoczone, w tym - ale nie tylko - prowadzonej przez Arabię Saudyjską wojny w Jemenie, przymilania się do Rosji w ramach kartelu OPEC+ oraz zabójstwa dysydenta saudyjskiego dziennikarza Jamala Khashoggi, które nawet CIA uznała za osobiste zamówienie MbS" – zaznacza portal oilprice.com.

Jednak ponad wszystko to, zdaniem USA, było zerwaniem podstawowego zaufania między tymi dwoma krajami, które zostało ustanowione w 1945 r. W porozumieniu zawartym między USA a Arabią Saudyjską w sprawie odcinka Bitter Lake Kanału Sueskiego. Porozumienie zawarte między prezydentem USA Franklinem D. Rooseveltem a ówczesnym królem Arabii Saudyjskiej, Abdulazizem, polegało na tym, że USA otrzymają wszystkie potrzebne im dostawy ropy tak długo, jak Arabia Saudyjska będzie miała ropę, w zamian za co USA gwarantowałoby bezpieczeństwo rządzącej dynastii Saudów. 

Po wojnie cenowej w latach 2014-2016 umowa ta uległa nieznacznej zmianie, aby uwzględnić amerykańskie oczekiwania, że dom Saudów zapewni, że Arabia Saudyjska nie tylko będzie dostarczać Stanom Zjednoczonym potrzebną im ropę tak długo, jak to możliwe, ale także że pozwoli amerykańskiej branży łupkowej na dalszy wzrost. 

Ostatnia wojna cenowa prowadzona przez Rijad spowodowała bankructwo wielu amerykańskich koncernów łupkowych.

energetyka24.com


Zaczęło się w okolicy przełomu 1989 r. od letniego studia telewizyjnego, gdzie Rewiński prowadził satyryczny cykl "Skauci piwni". Opowiadał on o niezwykłym letnim obozie skautowym, którego uczestnicy woleli raczyć się tytułowym piwem, niż chodzić na podchody i zdobywać sprawności.

Choć trudno w to uwierzyć, ekipa satyryków występujących w tym programie założyła partię polityczną. Już jej nazwa brzmiała jak jeden wielki żart: Polska Partia Przyjaciół Piwa. Ale ktoś musiał jednak wziąć ten swoisty happening na poważnie.

I nie było to kilka osób. Poparcie było na tyle duże, że nowo powstałe ugrupowanie trafiło po wyborach z 1991 roku do parlamentu pierwszej kadencji, zdobywając ponad 3 proc. głosów - nie obowiązywał wtedy jeszcze wymóg przekroczenia progu wyborczego. Taki wynik pozwolił wprowadzić do Sejmu 16 posłów, wśród których byli m.in.: ceniony dziennikarz Adam Halber czy mało jeszcze wówczas znany aktor Krzysztof Ibisz.

Jednym z ważnych postulatów partii było... zwalczanie alkoholizmu. Drogą do tego miało być promowanie piwa kosztem wódki.

W programie ugrupowania można było przeczytać: "Nie mamy złudzeń, że Polak stanie się abstynentem. Tylko niech nie pije wódki. Smaczne, chłodne, aromatyczne piwo tak samo może służyć do wznoszenia toastów (...) Przy piwie można wymienić poglądy, przy piwie łatwiej dojść do porozumienia, dogadać się. Dogadujmy się, bądźmy tolerancyjni, wyrozumiali i spolegliwi".

W jednym z wywiadów poseł PPPP, Jerzy Dziewulski wspominał: "Posłowie ze styropianowym rodowodem byli zszokowani. Już nie oni, tylko my byliśmy bohaterami newsów".

Sam Rewiński był dość aktywnym posłem, ale doprawdy trudno było stwierdzić, czy jego wystąpienia na trybunie sejmowej były poważnymi przemówieniami politycznymi, czy raczej monologami satyryka.

- Jesteśmy zatruwani ołowiem i stopień jego stężenia w powietrzu, jak również ilość spożywanego alkoholu wysokoprocentowego powodują, że jesteśmy społeczeństwem agresywnym, nietolerancyjnym i może temperatura na tej sali również jest wypadkową tego zjawiska - głosił z trybuny sejmowej.

Cała historia założonego przez niego ugrupowania wyglądała zresztą jak skecz kabaretu - jedna z frakcji, na które podzieliła się partia nazywała się Duże Piwo, a w międzyfrakcyjnych walkach kanapowej w gruncie rzeczy organizacji Rewiński został odsunięty od przywództwa przez Leszka Bubla.

wp.pl

piątek, 18 września 2020

Przed wyborami w 2016 roku Internet Research Agency – petersburska agencja propagandowa blisko związana z rosyjskim rządem – mogła wykupywać polityczne reklamy na Facebooku, płacąc za nie czasami w rublach i tworzyć fałszywe profile w mediach społecznościowych, które rozpowszechniały kontrowersyjne posty w takich sprawach jak podziały rasowe w Ameryce i traktowanie przez ten kraj imigrantów.

Jednak niektóre z tych drzwi zostały zamknięte.

Po fali krytyki jaka spadła na nie po wyborach w 2016 roku, Facebook, Twitter i należący do Google’a YouTube poświęciły dwa lata na usunięcie milionów dezinformujących postów i fałszywych kont kontrolowanych przez rosyjskich agentów. Firmy te ograniczyły również prokremlowskim mediom możliwość kolportowania swoich newsów w internecie.

Pierwszego września Facebook i Twitter ogłosiły, że nie rezygnują z ograniczania rosyjskich wpływów, likwidując kolejne konta i strony społecznościowe powiązane z Internet Research Agency, które za sprawą fałszywej witryny informacyjnej miały trafiać do postępowych wyborców.

Próbując wymknąć się polowaniu na fałszywe konta IRA wykorzystywała sztuczną inteligencję do tworzenia zdjęć nieistniejących ludzi, następnie budowała ich profile, które później promowały artykuły skierowane do lewicowych wyborców, podały obie firmy. Co jeszcze ciekawsze, IRA zatrudniała dziennikarskich free-lancerów do pisania artykułów dla fikcyjnej strony internetowej PeaceData, promującej wygodne dla Kremla tematy, takie jak ataki na przywódczynię białoruskiej opozycji, Swietłanę Cichanouską i amerykańską politykę zagraniczną wobec Wenezueli.

onet.pl


Taktyka mająca pogłębić podziały wśród Amerykanów i tak już straumatyzowanych przez pandemię i rekordowe bezrobocie, stanowi część wieloletnich działań rosyjskich władz, które siały zamieszanie przed wyborami prezydenckimi w 2016 r. Tym razem jednak ataki są o wiele bardziej wyrafinowane i szkodliwe: fejki stały się trudniejsze do wykrycia, więcej krajów prowadzi ukryte działania, mnóstwo amerykańskich grup kopiuje ich metody.

Niektóre z kłamliwych przekazów są dodatkowo wzmacniane przez media głównego nurtu i ważne postaci polityczne, w tym prezydenta Donalda Trumpa. W zeszłym tygodniu na przykład wykorzystał on swój wielki zasięg w mediach społecznościowych, aby twierdzić bez dowodów, że głosowanie korespondencyjne doprowadzi do "najbardziej nierzetelnych i sfałszowanych wyborów w historii".

Starania Doliny Krzemowej, aby położyć tamę nowym formom kłamstwa na razie, według badaczy i niektórych deputowanych, nie przynoszą skutków. A skala wyzwań tylko rośnie.

- W listopadzie będziemy mieli Superpuchar Dezinformacji. Przy okazji wyborów w USA pojawi się każda forma internetowego fałszerstwa – powiedział Graham Brookie, kierujący działem dochodzeń internetowych w think tanku Atlantic Council.

Gniew wobec niezdolności gigantów mediów społecznościowych do wygrania wolnej amerykanki z fejkami powracał podczas przesłuchania przed Kongresem prezesów wielkich firm z branży. Szef Facebooka Mark Zuckerberg próbował odeprzeć skargi, że jego firma zarabia na dezinformacji dotyczącej koronawirusa. Przewodniczący komisji antymonopolowej Izby Reprezentantów David Cicilline z Partii Demokratycznej jako przykład przytoczył to, że Facebookowi zajęło aż pięć godzin usunięcie zamieszczonego przez alt-prawicowy portal Breitbart filmu, w którym wbrew faktom twierdzono, że hydroxychlorochinina to lek na COVID-19. Zanim zniknął, post został obejrzany 20 mln razy i zebrał ponad 100 tys. komentarzy.

(...)

Od czasu wyborów 2016 r. Twitter i Facebook wydały kilkadziesiąt mln dolarów na nowe technologie i personel tropiący fałszywe treści i zapobiegający się ich rozsiewaniu. Stworzyły też przepisy przeciwko politycznym reklamom udającym zwykłe treści, zaktualizowały wewnętrzne reguły postępowania z mową nienawiści i w tym roku usunęły miliony fałszywych, ektremistycznych postów. W lipcu Twitter zbanował tysiące kont powiązanych ze skrajną teorią spiskową Qanon - była to jak dotąd największa akcja, która miała zatrzymać jej rozpowszechnianie.

Google ogłosiło w piątek kolejne przedsięwzięcie: od 1 września będzie spychać na gorsze pozycje w swoim algorytmie te strony, które rozpowszechniają zhakowane materiały oraz reklamodawców biorących udział w skoordynowanych kampaniach dezinformacji. Gdyby te zasady obowiązywały w 2016 r. ogłoszeniodawcy nie mogliby umieszczać zrzutów ekranowych emaili, które rosyjscy hakerzy wykradli ze sztabu Hillary Clinton.

Chociaż należą do najbogatszych firm świata, giganci internetowi nie są w stanie monitorować wszystkiego, co zostaje zamieszczone w ich sieciach. Firmy mają też sprzeczne opinie co do skali problemu oraz metod jego rozwiązania. Daje to siewcom dezinformacji szansę na wynajdowanie luk i słabych punktów w systemach obrony poszczególnych platform.

Momenty szczególnego napięcia w skali kraju takie jak kryzys zdrowotny oraz ruch Black Lives Matter dały sztukmistrzom dezinformacji kolejne pola, na których mogą operować, siejąc podziały.

Problemy w zapobieganiu temu są znaczne: zagraniczne kampanie nacisków ewoluowały, krajowe grupy kopiują ich techniki, sztaby polityków przyswoiły sobie niektóre ich strategie.

(...)

Jak wynika z oświadczeń firm, od października ub. r. Facebook, Twitter i YouTube usunęły co najmniej 10 kampanii skierowanych do odbiorców w USA i Europie, promujących fałszywe informacje, w których uczestniczyły konta powiązane z autorytarnymi krajami takimi jak Rosja, Iran i Chiny.

Ale według Kim rosyjska taktyka w USA ewoluuje szybciej niż platformy społecznościowe są w stanie to wykryć i zlikwidować konta. Tylko Facebook ma 2,6 mld użytkowników, w tym gigantycznym zbiorze szkodliwe podmioty mogą się łatwo ukryć.

W 2016 r. metody IRA były nieskomplikowane. Kupowała np. reklamy na Facebooku, płacąc rublami, produkowała tępe, łatwe do zidentyfikowania fejki albo logotypy polityczne.

Tym razem, jak mówi Kim, konta grupy operują na wyższym poziomie. Stały się lepsze w podszywaniu się pod kandydatów i partie. Tworzenie fałszywych organizacji walczących o jakąś sprawę zastąpiły podszywaniem się pod prawdziwe organizacje. Używają więcej pozornie apolitycznych, czysto komercyjnych kont, żeby poszerzyć zasięg, nie uruchamiając systemów ostrzegania, jakie stosują platformy.

Kreml już zdążył udoskonalić te metody za granicą. W paru europejskich głosowaniach (zwłaszcza wyborach do europarlamentu w ub. r. oraz katalońskim referendum niepodległościowym z 2017 r.) rosyjskie grupy próbowały nowych taktyk dezinformacyjnych obecnie wdrażanych przed listopadowymi wyborami. Twierdzą tak trzej ważni urzędnicy UE i NATO zaangażowani w analizę tych zjawisk.

(...)

Rosja zaczęła też bardziej otwarcie i bez skrępowania używać państwowych mediów, podobnie jak Chiny, których obecność w zachodnich mediach społecznościowych znacznie wzrosła od czasu ubiegłorocznych protestów w Hong Kongu. Zarówno Russia Today jak i chińska telewizja CGTN korzystają z szerokich zasięgów społecznościowych, żeby rozpowszechniać fałszywe wiadomości i jątrzące przekazy.

Wspierane przez Moskwę i Pekin media korzystały z popularności hasztagów związanych z pandemią oraz niedawnymi protestami Black Lives Matter, aby zalać Facebooka, Twittera i YouTube treściami podsycającymi podziały rasowe i polityczne.

Szczególnie agresywne były Chiny. Konta wysokiej rangi urzędników i ambasadorów promowały głównie na Twitterze teorie spiskowe, że USA stworzyły koronawirusa jako tajną broń biologiczną.

onet.pl

 

W komunikacie wyróżniono grupę hakerską Strontium (inna nazwa Fancy Bear), którą uznano za jedno z poważniejszych zagrożeń dla procesów wyborczych w USA. To rosyjski podmiot, jaki Microsoft już wcześniej powiązał z kampaniami mającymi na celu zakłócanie procesów demokratycznych w Stanach Zjednoczonych. „Zidentyfikowano ją (grupę - przyp. red.) jako główną organizację odpowiedzialną za ataki na kampanię prezydencką w 2016 roku” – czytamy w komunikacie firmy.

Cyberataki ze strony Strontium trwają od września 2019 roku do dnia dzisiejszego. Hakerzy podczas operacji – podobnie jak to miało miejsce 4 lata wcześniej – zbierają dane do logowania osób będących celem lub naruszają ich konta, aby w ten sposób móc następnie wykradać dane o znaczeniu wywiadowczym bądź zakłócać określone procesy i operacje.

Działania Strontium zostały wymierzone w ponad 200 organizacji, które są bezpośrednio lub pośrednio związane z nadchodzącymi wyborami oraz w podmioty polityczne działające na terenie Europy. Wśród nich znajdują się: konsultanci współpracujący z Demokratami i Republikanami, think tanki, takie jak The German Marshall Fund of the United States i inne organizacje wspierające, krajowe i stanowe organizacje partyjne w USA, brytyjskie partie polityczne, w tym The European People’s Party.

Kilkumiesięczna obserwacja kampanii hakerskiej pozwoliła specjalistom Microsoftu przypisać złośliwą działalność grupie Strontium. Analiza dodatkowo wykazała, że jej członkowie rozwinęli swoją taktykę od 2016 roku, wprowadzając nowe narzędzia oraz możliwości ukrycia operacji.

„W 2016 roku grupa polegała głównie na spear phishingu, aby przechwytywać dane uwierzytelniające ludzi” – wyjaśniają specjaliści. „W ostatnich miesiącach zaangażowała się w ataki /typu - red./ >brutalnej siły<”.

Ofiarami rosyjskich hakerów są między innymi pracownicy firmy SKDKnickerbocker, odpowiedzialnej za strategię kampanii Joe Bidena. Osoba zaznajomiona za sprawą, która pragnie pozostać anonimowa, wskazała dla agencji Reutera, że hakerzy nie uzyskali dostępu do sieci przedsiębiorstwa. „Są dobrze zabezpieczone, więc nie doszło do incydentu” – podkreśliła.

(...)

Microsoft, badając serię cyberataków na amerykańskie środowisko polityczne, zaobserwował również wysoką aktywność chińskiej grupy Zirconium. Jej głównym zadaniem było zdobycie informacji o organizacjach i podmiotach powiązanych z listopadowymi wyborami w Stanach Zjednoczonych. „Wykryliśmy tysiące ataków między marcem a wrześniem 2020 roku, które wywołały prawie 150 incydentów” – czytamy w komunikacie.

Cele Zirconium w ostatnich miesiącach można podzielić na dwie kategorie. Pierwszą stanowią osoby ściśle związane z kampaniami kandydatów na prezydenta USA oraz ich sztabami. Przykładem mogą być nieudane operacje wymierzone w środowisko Joe Bidena, które odbywały się między innymi za pomocą fikcyjnych kont e-mail. „Grupa zaatakowała również co najmniej jedną prominentną osobę związaną wcześniej z administracją Trumpa” – wskazuje Microsoft.

Druga kategoria obejmuje wybitne osobistości zajmujące się sprawami międzynarodowymi oraz naukowców z ponad 15 uniwersytetów. Hakerzy uderzyli również w organizacje zajmujące się polityką, w tym Atlantic Council i Stimson Center.

„Zirconium używa tak zwanych błędów internetowych lub sygnałów nawigacyjnych w sieci Web, powiązanych z domeną, którą wykupiła i zapełniła treścią” – tłumaczą eksperci. „Następnie wysyła powiązany adres URL w treści wiadomości e-mail lub w załączniku na docelowe konto”.

Microsoft zidentyfikował także wysoką aktywność irańskich hakerów, działających w ramach grupy Phosphorus. Prowadzą oni głównie kampanie cyberszpiegowskie, które są wymierzone w szeroką gamę podmiotów powiązanych z interesami geopolitycznymi, gospodarczymi lub prawami człowieka w regionie Bliskiego Wschodu.

W ostatnim czasie hakerzy usiłowali uzyskać dostęp do kont osobistych lub służbowych osób zaangażowanych bezpośrednio lub pośrednio w wybory prezydenckie w USA. „Od maja do czerwca 2020 roku grupa Phosphorus bezskutecznie próbowała zalogować się na konta urzędników obecnej administracji oraz samego Donalda Trumpa” – podkreślają eksperci amerykańskiego giganta.

cyberdefence24.pl

czwartek, 17 września 2020


Zbyt daleko idąca odmienność była rzeczą na terenie dziewiętnastowiecznej wsi nie do przyjęcia. Dawało się ją łatwo wychwycić, bo w małej społeczności wszyscy wiedzieli o wszystkich prawie wszystko. Kiedy ktoś zbytnio zaczynał odstawać od reguł, wówczas padał ofiarą hejtu. Jeśli to nie przywoływało odstępcy do porządku, kończył jak Jagna z „Chłopów” Reymonta: „w postronkach, na gnoju, zbita do krwi, w porwanym odzieniu, pohańbiona na wieki”.

Współczesne "informacyjne wsie", inaczej niż przewidywał w 1962 r. McLuhan, narodziły się nie dzięki telewizji, lecz w ostatniej dekadzie za sprawą: Internetu, smartfonów oraz mediów społecznościowych. Te trzy instrumenty dały miliardom ludzi możność błyskawicznego przekazywania informacji oraz pozostawania w stałym kontakcie. Generując przy tym efekty uboczne. Po pierwsze użytkownicy nowych mediów uwielbiają epatować swymi opiniami. Po drugie używając: esemesów, twittów, czy nieco dłuższych wpisów na Facebooku można epatować jedynie w skondensowanej postaci. Z jednej strony nauczyło to ludzi lapidarności, z drugiej wiadomości udostępniane publicznie przenoszą nie tyle wiedzę (ją nie daje się niestety łatwo skondensować), lecz prosty ładunek emocjonalny. Jest on niczym kod binarny, czyli wszystko określa cyfra: „0” lub cyfra: „1”. Tym kodem zero-jedynkowym, jakim porozumiewają się komputery, zaczęli komunikować ludzie. Coś jest albo „super” i to się promuje albo „słabe” i to się hejtuje. Owa prawidłowość tyczy się każdego elementu otaczającej nas rzeczywistości: informacji, idei, poglądów, konkretnych osób, itd. Wszystkie byty podlegają regule zero-jedynkowej.

Rewolucja komunikacyjna anektowała w krajach demokratycznych stare podziały ideowo-polityczne na prawicę i lewicę. Sukcesywnie zmieniając je w nowoczesną polaryzację. Najbardziej widocznym jej efektem są „bańki informacyjne”. Prawdziwy fundament i jednocześnie mur graniczy między „wioskami”. W zależności od poglądów ludzie przyłączają się do konkretnej bańki i stopniowo w niej pogrążają. W zamian dostając jedynie takie informacje oraz idee, jakich oczekują. Nadążające za tą zmianą media tradycyjne: prasa, radia, telewizje skupiły się na wzmacnianiu trwałość murów otaczających wsie. W nowej normalności przecież tego oczekują odbiorcy. Informacje wywołujące u nich dysonans poznawczy są spychane na dalszy plan, przemilczane albo fałszowane. Ludzie o odmiennych poglądach zaszczuwani lub niedopuszczani do głosu. Tak buduje się coraz bardziej jednorodne światopoglądowo wspólnoty.

dziennik.pl

 

Jak zauważają autorzy podręcznika do ekonomii COREO niektóre krzywe statystyczne przypominają położony na płasko kij hokejowy. Przez długi czas biegnie niemal całkiem prosta linia. Dopiero pod koniec osi odciętych „kij” pnie się gwałtownie w górę.

Wskaźnik PKB również przypomina kij hokejowy, jeśli weźmiemy pod uwagę wzrost PKB per capita od czasów Chrystusa do 1820 roku. Aby to zmierzyć, amerykański historyk gospodarki Angus Maddison wykonał iście benedyktyńską pracę. Dowiódł, że od roku 0 do 1820 globalny PKB na głowę wzrósł o około 50 proc.

W Europie było nieco lepiej, ale niewiele. Jak zauważa Johan Norberg współczesny mieszkaniec Mozambiku jest zamożniejszy od mieszkańca Europy Zachodniej w 1820 roku (przy uwzględnieniu siły nabywczej). W książce „Postęp” napisał, że gdyby nawet na początku XIX wieku lub we wcześniejszych stuleciach dochody były „(…) idealnie równo rozłożone na całym świecie (...) oznaczałoby to uniwersalną, skrajną biedę. Przez dużą część historii człowieka większość ludzi prowadziła żywot nędzarzy – porównywalny z żywotem współczesnych mieszkańców Haiti, Liberii czy Zimbabwe”.

Ubóstwo absolutne jest definiowane przez Bank Światowy jako życie za kwotę poniżej 1,9 dolara dziennie – przy uwzględnieniu parytetu siły nabywczej.

W 1820 roku jego wskaźnik grubo przekraczał 90 proc. populacji. Niemal każdy mieszkaniec świata żył zatem w biedzie czy wręcz nędzy. W 1920 roku spadł do ponad 75 proc., a w 1970 wynosił ponad 40 proc. Dziesięć lat później wynosił niecałe 40 proc., przy czym niemal połowa ludzkości cierpiała skrajną nędzę w krajach Azji i Afryki.

W kolejnych dekadach spadek globalnej nędzy okazał się oszałamiający. Jak pisze Norberg, w 2000 roku wskaźnik ubóstwa absolutnego według danych Banku Światowego spadł do ok. 20 proc., by w 2015 roku wynieść 8 proc.

(...)

Europejczycy i Amerykanie zdołali niemal całkowicie pokonać ubóstwo absolutne już w XIX i XX wieku (problemem pozostaje ubóstwo względne), jednak ostatnie kilkadziesiąt lat to przede wszystkim sukces gospodarczy krajów „egzotycznych” – najpierw Japonii, Korei Południowej, Tajwanu, Hongkongu czy Singapuru, a od reform gospodarczych w 1979 roku także i Chin (oraz Indii od otwarcia rynków w 1991 roku).

Skok cywilizacyjny tych krajów jest imponujący. Norberg przypomina, że od 1950 roku PKB Japonii wzrósł o 1100 proc., Indii o 500 proc., a Chin aż o 2000 proc.

(...)

Gwałtowność spadku globalnego ubóstwa w ostatnich dziesięcioleciach (podobnie jak protekcjonalne traktowanie przez Europejczyków państw „egzotycznych”) tłumaczy w znacznej mierze, dlaczego wykształceni ludzie wiedzą o niektórych sprawach na świecie mniej niż szympansy, jak zauważył szwedzki profesor Hans Rosling autor książki „Factfulness”. W znacznej mierze winne jest właśnie (przestarzałe) wykształcenie, a także media lubujące się w przedstawianiu czarnych wizji świata. W efekcie obraz świata wielu współczesnych w kwestii ubóstwa odzwierciedla raczej rzeczywistość lat 70. XX stulecia.

Jak pisze Max Roser, zdumiewający postęp w walce z ubóstwem nie przebił się do powszechnej świadomości. 52 proc. ankietowanych uznaje, że skrajne ubóstwo w ciągu ostatnich 20 lat na świecie wzrosło, a 28 proc. sądzi, że pozostało na tym samym poziomie (lub przyznało się do niewiedzy). Najwięcej prawidłowych odpowiedzi wśród badanych udzielili Chińczycy – co zrozumiałe w świetle rozwoju gospodarczego tego kraju w ostatnich dziesięcioleciach.

Oczywiście nie wszędzie sytuacja jest różowa. Jak podaje Bank Światowy połowa z 730 milionów cierpiących ubóstwo absolutne znajduje się w 5 krajach: Nigerii, Kongo, Bangladeszu, Etiopii i (mimo wszystko wciąż) Indiach. Norberg zauważa, że w 26 państwach – w tym 24 z Afryki Subsaharyjskiej – skrajna bieda dotyczy 4 na 10 osób.

obserwatorfinansowy.pl