czwartek, 9 lipca 2020


- Jeden z kandydatów na urząd prezydenta zapowiada, że jeśli wygra wybory, natychmiast zniesie składki do ZUS od emerytur. Martwią pana takie obietnice?

Prof. Paweł Wojciechowski, główny ekonomista ZUS: Ma pani oczywiście na myśli składkę zdrowotną, która jest potrącana z emerytur. To nie jest składka ubezpieczeniowa, ale ma charakter daniny podatkowej.

Artykuł 67 Konstytucji RP nakazuje państwu zapewnienie ochrony zdrowotnej obywateli. Idziemy w kierunku powszechnej opieki medycznej. Ktoś musi ponieść związane z tym koszty. Czy emeryci powinni być grupą uprzywilejowaną, która z tej daniny zostanie zwolniona? Według mnie nie. Zasada solidarności społecznej nakazuje, abyśmy wszyscy coś wpłacili do systemu, inaczej należałoby i tak sfinansować NFZ z innych podatków. Dodatkowo emeryci są tą grupą społeczną, która trochę więcej korzysta ze świadczeń medycznych niż reszta społeczeństwa, zatem nie ma powodu, by ich z tego obowiązku całkowicie zwalniać.

(...)

- To ile musimy płacić ZUS-owi, żeby każdy dostał minimalną emeryturę w przyszłości?

To trudne pytanie, bo długość życia ciągle się wydłuża, czyli rośnie liczba lat pobierania świadczenia. Można jednak założyć, że minimalne składki powinny być odprowadzane od co najmniej 60 proc. przeciętnej płacy przez co najmniej 27 lat. Tymczasem obecnie kobiety mogą uzbierać staż uprawniający do dopłaty z budżetu państwa do minimalnej emerytury już po 20 latach pracy. Rachunek jest prosty: społeczeństwo z podatków dopłaci im do tych dodatkowych 7 lat.

Musimy wypracować taki system, w którym społeczeństwo nie dźwigałoby ciężarów tych, którzy nie oszczędzali lub oszczędzali niewystarczająco. Niedobrze byłoby, aby w przyszłości również przedsiębiorcy lub osoby nadmiernie wykorzystujący niżej oskładkowane umowy skarżyli się na niskie emerytury, jak robią to dziś artyści i twórcy, którzy wnosili niewielkie składki i są dziś rozżaleni, że mają głodowe emerytury. Zasadą ubezpieczeń jest proporcjonalność do wkładu, ekwiwalentność. Dlatego każdy powinien wiedzieć, ile i za co płaci.

- Jak taki sprawiedliwy system powinien być skonstruowany?

Doświadczenia zamożnych państw Zachodu pokazują, że progresywne systemy podatkowe lepiej się sprawdzają, są bardziej odporne na wahnięcia koniunktury. Tymczasem nasz system podatkowo-składkowy charakteryzuje się najniższą progresją wśród państw OECD, co oznacza, że nie jest ani korzystny przy stabilizowaniu koniunktury, ani sprawiedliwy.

money.pl

Projektując rozwiązania, mające nas ustrzec przed problemami, które się jeszcze nie pojawiły, warto zachować pokorę i być uważnym. Dlatego, że przy skomplikowanych problemach każda interwencja może wywołać szereg nieprzewidzianych skutków. Autor podaje przykład wydawałoby się prostej sprawy, jaką jest ograniczenie zużycia plastikowych reklamówek. Te reklamówki, mimo że stanowią niewielki odsetek śmieci, powodują nieproporcjonalnie duże szkody w naturze, m.in. dlatego, że potrafią rozkładać się nawet przez sto lat.

Cóż zatem prostszego niż wycofać „plastiki” z użytku i zastąpić je papierowymi i materiałowymi torbami? W końcu takie torby są zdecydowanie lepsze z punktu widzenia zanieczyszczania wód. To prawda, ale Agencja Środowiska z Wielkiej Brytanii policzyła, że do wyprodukowania toreb materiałowych i papierowych zużywa się znacznie więcej energii, niż przy produkcji toreb plastikowych, a to oznacza więcej zanieczyszczeń w powietrzu.

Wspomniana organizacja policzyła, że trzeba by wykorzystywać papierową torbę przynajmniej trzy razy, a materiałową 131 razy, aby szkody przy ich produkcji dla środowiska nie były wyższe, niż w przypadku „plastików”. Nawet jeżeli uznamy, że zakaz produkcji plastików jest uzasadniony, trzeba bardzo dokładnie go sformułować. Na przykład w Chicago w 2014 r. przegłosowano prawo zakazujące sklepom przekazywania klientom cienkich reklamówek. Co zrobiły sklepy? Zaczęły rozdawać torebki z grubszego plastiku. Zakładano, że kupujący będą z takich trwalszych toreb wielokrotnie korzystać. Ci jednak, przyzwyczajeni do wyrzucania plastikowych reklamówek po jednokrotnym użyciu, nie zmienili przyzwyczajeń.

obserwatorfinansowy.pl

Wśród państw, do których danych Piketty uzyskał dostęp, jest m.in. Polska. Najciekawsze informacje dotyczące naszego kraju znajdujemy w połowie książki. Zobaczymy tu porównanie średnich rocznych przepływów środków finansowych z Unii Europejskiej do Polski, Węgier, Czech i Słowacji z ich wypływem za granicę.

I tak na przykład, w latach 2010 – 2016 otrzymaliśmy z UE średnio rocznie środki finansowe stanowiące 2,7 proc. PKB. Ale w tym samym okresie wypływało z naszego kraju netto 4,7 proc. PKB. We wszystkich wymienionych krajach więcej pieniędzy wypływało, niż wpływało w postaci oficjalnych transferów unijnych.

Te dane, w opinii Pikettiego, tłumaczą frustracje wielu obywateli w krajach członkowskich UE pochodzących z państw Europy Środkowej i Wschodniej. Ekonomista wyjaśnia, że wielu Polaków, Czechów czy Węgrów wini za swoje zbyt niskie zarobki to, że ich kraj został wyeksploatowany przez głównie niemieckich i francuskich inwestorów, którzy wykorzystując dużą podaż taniej siły roboczej, wytransferowali do swoich krajów zrealizowane zyski.

Piketty potwierdza, że po upadku komunizmu zachodni inwestorzy przejęli dużą część kapitału w Europie Wschodniej, ok. jednej czwartej całości, jeżeli patrzeć na wszystkie aktywa łącznie z nieruchomościami, ale ponad połowę, gdy brać pod uwagę tylko firmy (a nawet jeszcze więcej, jeżeli patrzeć tylko na duże przedsiębiorstwa).

Autor powołuje się na pracę Pawła Bukowskiego i Filipa Novokmeta „Between communism and capitalism: long-term inequality in Poland, 1892 – 2015”(„Pomiędzy komunizmem a kapitalizmem: długoterminowe nierówności w Polsce, 1892 – 2015”), w której autorzy twierdzą, że nierówności w naszym kraju po transformacji ustrojowej nie wzrosły tak bardzo jak w Rosji, w dużej mierze dlatego, że spora część zysków firm działających w naszym kraju jest wyprowadzana za granicę.

Tak więc nie mamy polskich magnatów, takich jacy są w Rosji, bo pieniądze zarabiane na naszych obywatelach idą do kieszeni niemieckich, francuskich czy amerykańskich miliarderów. „W zasadzie tylko w okresie komunizmu Europa Wschodnia nie należała do zachodnich inwestorów” – konstatuje Piketty i przypomina, że przed II wojną światową także zachodni inwestorzy mieli silną pozycję w naszym regionie.

Ekonomista zauważa jednak, że duży wypływ pieniędzy z krajów takich jak Polska (dokładnie 4,7 proc. PKB) nie oznacza automatycznie, że wstąpienie do Unii Europejskiej było złym interesem dla krajów regionu. W końcu wypływ pieniędzy wynika z poczynionych inwestycji, które zwiększyły produktywność i płace w Europie Wschodniej. Jednak płace w Polsce i innych krajach regionu nie wzrosły tak bardzo jak mogłyby, w części ze względu na mocną pozycję przetargową zachodnich inwestorów, którzy zawsze mogą zagrozić wycofaniem się z kraju, o ile zyski z inwestycji nie będą dla nich satysfakcjonujące.

Piketty zwraca uwagę, że zyski zachodnich inwestorów w krajach takich jak nasz są na tyle wysokie, iż warto bliżej przyjrzeć się tej sprawie. Tym bardziej, że poziom tych zysków nie jest ustalony raz na zawsze. Zależy m.in. od siły przetargowej związków zawodowych, krajowych przepisów prawa, podatków, a więc państwo ma narzędzia, by na wysokość tych zysków wpływać.

Ekonomista wskazuje, że najlepszym sposobem na zmniejszenie wyprowadzania przez zachodnich inwestorów pieniędzy za granicę jest zmuszenie ich do podniesienia płac pracownikom. Tymczasem kraje takie jak Niemcy czy Francja mają tendencję do ignorowania tego problemu. Ewentualnie pojawia się argument, że te zyski to wynik działań „rynku” i „wolnej konkurencji”, które z założenia są sprawiedliwe.

obserwatorfinansowy.pl

niedziela, 5 lipca 2020


- A czy to nie było tak, że dość szybko zamieniliśmy ZSRR na USA? Kiedy trwała wojna irańsko-iracka, reprezentowaliśmy interesy Waszyngtonu w Bagdadzie.

Właśnie tak i to jest początek tej historii. Na przełomie 1989 r. i 1990 o czym szerzej piszę w mojej ostatniej książce o pierwszych rządach solidarnościowych nastąpiła szybka reorientacja. Symbolizowało ją kilka wydarzeń. Pierwszą była sprawa którą pan wymienił, czyli iracka. Nie chodziło jednak głównie o to, że nasi dyplomaci reprezentowali interesy USA w Iraku, ale o tzw. operację Samum. Polegała ona na wywiezieniu przez oficerów wywiadu UOP kilku agentów CIA z ogarniętego wojną Iraku. Równolegle trwała druga operacja, o kryptonimie "Most", czyli przerzucania Żydów z ZSRR do Izraela. Obie operacje będące dziełem służb specjalnych okazały się fundamentem pod późniejszą, coraz bliższą współpracę polsko-amerykańską.

- A jak to wyglądało na niwie dyplomatycznej?

Jeszcze w 1990 r. wysyłano pokaźną grupę ludzi z różnych sfer aparatu państwowego na szkolenia do Stanów Zjednoczonych. To dotyczyło ludzi z dyplomacji, służb specjalnych, sektora gospodarczego, wreszcie z wojska. I tu się zaczynają obszary bardzo wrażliwe, o których nikt szerzej opowiadać nie będzie. To są sprawy wciąż objęte tajemnicą, ale jak się weźmie prasę zachodnioeuropejską to już na początku lat 90. można tam było przeczytać, że Polska staje się "koniem trojańskim" USA w Europie.

- A na czym konkretnie ta nasza rola polegała?

Jak się prześledzi ostatnich 30 lat to są one przetkane zaskakującymi czasem wydarzeniami. Podam dwa przykłady. Ten mniej znany pochodzi z 1996 r., kiedy po aferze Olina i dymisji premiera Oleksego zaczął się konflikt w koalicji SLD-PSL o stanowisko szefa rządu i obsadę ministerstw. Cimoszewicz, który miał zostać premierem - jak sam relacjonuje – postanowił przeciąć ten konflikt grożąc, że jeśli nie dojdzie do porozumienia w sprawie składu rządu, to on zrezygnuje, bo nie będzie świecić oczami przed przybywającym wkrótce do Polski asystentem amerykańskiego sekretarza stanu Richardem Holbrookem. Ten ostatni miał przyjechać, aby zobaczyć co się dzieje w kraju, w którym oskarżono urzędującego premiera o to, że jest rosyjskim agentem. Groźba podziałała jak przysłowiowy kubeł zimnej wody, błyskawicznie kończąc koalicyjne spory. Skończyło się tak, że prezydent Aleksander Kwaśniewski o dwie godziny przesunął swoje spotkanie z Amerykaninem pospiesznie zaprzysiągł ministrów Cimoszewicza.

- Co nam ta historia mówi?

Że oto niskiej rangi amerykański urzędnik przyjeżdża do Polski, a rządzący tak się obawiają jego opinii, że natychmiast kończą spory na temat składu rządu. To jest przykład na to, co zaczęło się już za Mazowieckiego, czyli wpatrzenia w Waszyngton. Wszystkie kolejne ekipy, czy to postsolidarnościowe czy postkomunistyczne były bardzo mocno przywiązane do tego co powiedzą Amerykanie.

- Daliśmy się spostkolonizować.

Ktoś powie, że to myślenie wasalne, ale my po prostu chcieliśmy się bardzo znaleźć w klubie zachodnim. To się pojawiło po raz pierwszy przy wyborze planu Balcerowicza, który podlegał ścisłym uzgodnieniom ze wskazanym przez Amerykanów Międzynarodowym Funduszem Walutowym. Później zresztą, gdy Mazowiecki podał się do dymisji, Amerykanie chcieli zrobić Balcerowicza premierem. I zrobiliby, gdyby nie to, że on sam nie chciał. Wolał być dalej wicepremierem i ministrem finansów w kolejnym rządzie Jana Krzysztofa Bieleckiego. Każdy kolejny polski rząd traktował Amerykanów jako najważniejszego strategicznego sojusznika, którego trzeba słuchać i broń boże nie wolno mu odmawiać.

- Wspomniał pan o dwóch przykładach owej specyficznej presji. Pierwszym była wizyta Holbrooke'a 24 lata temu. A drugi?

Tajne więzienie CIA na terytorium Polski, w Starych Kiejkutach, utworzone w czasach rządów Leszka Millera. Zostaliśmy wtedy sprowadzeni do roli republiki bananowej. Amerykanie nie chcieli mieć tych więźniów na własnym terytorium, by nie musieć przestrzegać praw człowieka na podstawie amerykańskiego prawa, więc wybrali sobie takie kraje takie jak Polska, Litwa czy Rumunia, które bardzo o względy Waszyngtonu zabiegały. No i niestety wystąpiliśmy w roli hotelu na godziny, tylko nie dla prostytutek, ale dla terrorystów i ich oprawców. Warto zauważyć, że nastąpiło to już w czasie, gdy byliśmy w NATO, nie musieliśmy już zatem aż tak mocno zabiegać o poparcie USA. Jednak Miller i Kwaśniewski byli zdania, że tylko USA są w stanie realnie zapewnić Polsce bezpieczeństwo, co zaowocowało też dość znaczącym udziałem polskich żołnierzy w koalicji antyirackiej, która – tylko przypomnę – nie była dziełem NATO.

dziennik.pl

Ostatnio wiele zaawansowanych technologicznie, chińskich firm przeniosło siedziby na teren ASEAN, gdzie produkty są wytwarzane taniej, a potem eksportowane do Chin, pakowane i wysyłane w świat z naklejką „Made in China”. To napędza import z krajów stowarzyszenia i umacnia powiązania między gospodarkami.

Handel między Chinami a ASEAN rośnie także dzięki nowym strategiom Pekinu polegającym na intensyfikacji dostaw z regionu. Pekin uruchomił specjalne strefy (w okolicach Wietnamu, Myanmaru czy Laosu) kuszące firmy z ASEAN wieloma ulgami, w tym podatkowymi, zachęcając je do zwiększenia współpracy z Chinami. W ostatnich miesiącach, poza intensyfikacją handlu z Singapurem, obserwuje się szczególnie wysokie wzrosty obrotów z Wietnamem i Indonezją. Import z Wietnamu wzrósł rekordowo o prawie 1 w pierwszym kwartale, a z Indonezji o 13 proc. rok do roku.

Generalnie – ostatnio Azja Południowo-Wschodnia stała się przyczółkiem dla wielu międzynarodowych korporacji, np. dla Samsunga, chcących uniknąć narastających kosztów związanych z wojną handlową między Chinami a USA. Sporo międzynarodowych przedsiębiorstw przeniosło swoje fabryki do m.in. Malezji, Wietnamu czy Tajlandii. Zakłady te nastawione są głównie na zaspokajanie popytu w Chinach. Wiele z nich wciąż potrzebuje surowców, sprzętu, wiedzy i technologii z Państwa Środka, dużo jest również zależnych od tamtejszego konsumenta, a to wszystko sprzyja wzrostowi wymiany handlowej na linii Chiny-ASEAN.

Zwrócenie się Chin w stronę ASEAN jest oczywiste, jeśli weźmie się pod uwagę negocjowane „Regionalne, kompleksowe partnerstwo gospodarcze” (ang. Regional Comprehensive Economic Partnership; RCEP), które ma zostać formalnie podpisane w 2020 r. Właśnie zakończyła się 30. runda negocjacji. RCEP połączy umową wolnego handlu ASEAN, Chiny, Japonię, Koreę Południową, Australię i Nową Zelandię. Będzie to największe porozumienie o wolnym handlu na świecie. Obejmie około połowę całej ludzkości. Kraje RCEP odpowiadają za 33% globalnego PKB, ich obroty handlowe szacowane na około 10 bln dol. i realizują 25% globalnych przepływów kapitałowych. Oddziaływanie RCEP na gospodarkę światową byłoby jeszcze większe, gdyby w ostatniej chwili nie wycofały się Indie.

obserwatorfinansowy.pl

Na początku pierwszego rozdziału autor cytuje następujący żart. ”Idąc drogą spotkałem starszego pana rozsypującego jakiś proszek w przerwach mniej więcej co 15 metrów. Zapytałem go, co robi. Odpowiedział: to proszek na słonie. Nie znoszą go, a więc trzymają się z daleka. Ale tu nie ma słoni! No właśnie – odpowiedział. Ten proszek jest bardzo skuteczny.”

Ta anegdotka ma także zilustrować problem mrocznych danych (czyli w tym wypadku danych, których nie mamy). Autor podaje przykład sytuacji ze szczepionkami. Zdarza się, że rodzice argumentują, że szczepionka, którą ma dostać ich dziecko jest niepotrzebna, ponieważ – jak wynika z danych – dana choroba prawie nie występuje w kraju (na przykład odra w USA, na którą w całym kraju w 1999 r. zachorowało 99 osób). Szczepienie na chorobę, której nie ma?

obserwatorfinansowy.pl

Jak się okazuje, ludzie posiadają pewne unikatowe atuty w stosunku do „robotów w białych kołnierzykach” w takich obszarach, jak wydawanie sądów, empatia, intuicja, kreatywność, etyka, ciekawość oraz zdolność do rozumienia złożonych interakcji między zespołami ludzi. Psycholodzy określają te zdolności mianem „poznania społecznego”. Posiadamy je z bardzo konkretnych, bardzo głęboko zakorzenionych przyczyn. W książce „The Cultural Origin of Human Cognition” (Kulturowe źródła ludzkiego poznania) Michael Tomasello twierdzi, że poznanie społeczne pozwoliło ludziom żyć w dużych grupach, gdzie przetrwanie zależało od zdolności poszczególnych osób do współpracy w ramach złożonej sieci relacji obejmujących zaufanie, pokrewieństwo oraz dominację. Te zdolności są głęboko zakorzenione w ludzkim mózgu.

Technologie uczenia maszynowego mają problemy z poznaniem społecznym, (..). Po pierwsze nawet dzisiejsze komputery nie mają wystarczających mocy obliczeniowych, jeśli weźmiemy pod uwagę kombinatoryczne aspekty interakcji społecznych. Po drugie nie posiadamy odpowiednich danych, aby dobrze wytrenować „roboty w białych kołnierzykach”. Po trzecie technologie uczenia maszynowego są płytką imitacją biologii ludzkiego procesu uczenia się. Może się więc okazać, że aby maszyny mogły z nami rywalizować w zakresie typowo ludzkich umiejętności konieczne będzie zupełnie nowe podejście do nauk informatycznych (...).

(...)

Eksperymenty psychologiczne wskazują, że kiedy ludzie komunikują się ze sobą twarzą w twarz, przebywając w tym samym pomieszczeniu, mniej niż 30 proc. wymienianych informacji wynika z wypowiadanych słów – niektórzy badacze zajmujący się komunikacją wskazują nawet, że w takich warunkach komunikacja werbalna odpowiadać może za zaledwie 7 proc. przekazywanych informacji. Za całą resztę odpowiada komunikacja niewerbalna. Jednym ze skutków jest to, że budowanie zaufania jest znacznie łatwiejsze przy komunikacji twarzą w twarz, ponieważ łatwiej jest kłamać przy pomocy słów niż kłamać twarzą w twarz. Właśnie dlatego bardziej ufamy ludziom, gdy mówią nam coś prosto w twarz.

Prawie dziesięć lat temu Alan Blinder sklasyfikował miejsca pracy według ich podatności na przeniesienia za granicę (offshore-ability) i stwierdził, że około 40 proc. prac może być wykonywana zdalnie. Sektory, w których dałoby się przenieść za granicę – tj. mogłyby być wykonywane przez telemigrantów – mniej niż 20 proc. miejsc pracy stanowiły głównie zajęcia, w przypadku których konieczna jest fizyczna obecność pracownika na miejscu: stanowiska w hotelach i restauracjach, transporcie i magazynowaniu, budownictwie, branżach rekreacyjnych, edukacji, a także opiece zdrowotnej i społecznej. Najbardziej podatne na konkurencję ze strony telemigrantów natomiast były sektor usług profesjonalnych, sektor naukowy i techniczny, a także sektor finansowy oraz przemysł i media. W ostatnim okresie Dingel i Neiman (2020) stwierdzili, że 37 proc. miejsc pracy w Stanach Zjednoczonych pozwala na pracę zdalną.

Miejsca pracy w sektorze usług oraz stanowiska specjalistyczne były do tej pory w większości chronione przed skutkami globalizacji (czyli „zdalnej inteligencji”) oraz skutkami rozwoju „robotów w białych kołnierzykach” (czyli sztucznej inteligencji), ponieważ ważne były interakcje twarzą w twarz, a komputery nie umiały myśleć tak jak ludzie. To się stopniowo zmienia wraz z postępem technologii cyfrowych.

obserwatorfinansowy.pl

środa, 1 lipca 2020


Dane potwierdzają, że przyrost zadłużenia rzeczywiście koncentrował się w grupie gospodarstw o najwolniej rosnących dochodach. Relacja długu do dochodu wzrosła najbardziej drastycznie w przypadku gospodarstw, których udział w zagregowanych dochodach nie wzrastał lub kurczył się. Dotyczy to zwłaszcza klasy średniej, definiowanej jako gospodarstwa pomiędzy 50. a 90. percentylem rozkładu dochodów. Stanowią one ok. 55 proc. całkowitego przyrostu zadłużenia od roku 1950. Gospodarstwa z dolnego 50 proc. rozkładu dochodów generują względnie mały, dziesięcioprocentowy wzrost całkowitego zadłużenia. Co więcej, ich udział w tym zadłużeniu z czasem spada.

Boom na rynku kredytów pod zastaw mieszkań w Stanach Zjednoczonych w ostatnich dziesięcioleciach dotyczył przede wszystkim klasy średniej. Podczas gdy dochody klasy średniej wzrosły o 20 proc. od 1970 r., jej zadłużenie zwiększyło się o 250 proc. Ten związek pomiędzy powolnym wzrostem dochodów i wysokim poziomem zadłużenia jest nieoczywisty. W konwencjonalnej logice ekonomicznej oczekuje się, że gospodarstwa będą pożyczać w oczekiwaniu wyższych – a nie takich samych czy niższych – zarobków w przyszłości.

O co więc tu chodzi? W dużym skrócie, amerykańskie rodziny z klasy średniej pozostają w tyle pod względem dochodów, a więc pożyczają pod zastaw swoich domów, aby sfinansować wydatki. W miarę wzrostu cen nieruchomości, rosła wartość tego głównego składnika majątku gospodarstw domowych klasy średniej. Po skorygowaniu o inflację i uwzględnieniu zmian jakościowych, w okresie od połowy lat 70. ubiegłego wieku do połowy lat 2000 ceny domów w Stanach Zjednoczonych wzrosły o 75 proc. Wskaźniki majątku „mieszkaniowego” do dochodu wzrosły w klasie średniej ponad dwukrotnie, ze 140 do 300 proc. dochodu w roku 2007. Pozwoliło to gospodarstwom domowym zaciągać kredyty zabezpieczone wyższą wartością aktywów mieszkaniowych i zwiększać wydatki ponad poziom dochodów. Wykazujemy, że ten mechanizm wykorzystywania zasobów mieszkaniowych „jako bankomatu” wyjaśnia 50 proc. przyrostu zadłużenia gospodarstw domowych w Stanach Zjednoczonych notowanego od lat 70.

Do wieloletniego funkcjonowania tego mechanizmu przyczynił się zbieg dwóch okoliczności. Po pierwsze, na skutek deregulacji finansowej w latach osiemdziesiątych pojawiły się nowe produkty finansowe, umożliwiające gospodarstwom domowym finansowe zdyskontowanie zasobów mieszkaniowych; były to m.in. kredyty konsumenckie pod zastaw nieruchomości (ang. housing equity loans). Szczególną rolę odegrała tu reforma podatkowa z roku 1986. Znosiła ona możliwość odliczania odsetek od kredytów gotówkowych, natomiast utrzymywała ją dla hipotecznych, co prowokowało zwrot ku tym ostatnim. W latach 80. banki intensywnie reklamowały te nowe produkty, posługując się sloganami typu: „Teraz, skoro wartość twojego domu rośnie, pora z tego skorzystać”. Po drugie, spadek stóp procentowych sprawił, że możliwe stało się refinansowanie jednej hipoteki za pomocą innej, bardziej korzystnej (ang. cash-out refinancing) przy jednoczesnym zachowaniu kontroli nad kosztami obsługi długu.

(...)

Z nastaniem kryzysu hipotecznego w roku 2008 ten mechanizm uśmierzania bólu nierosnących dochodów zaciął się. To, co po nim zostało, to jeszcze więcej długów, niska dynamika płac i mniejsza wartość majątków. Dziesięciolecie po globalnym  kryzysie finansowym stało się świadkiem niespotykanego w historii Stanów Zjednoczonych pogłębienia nierówności. W konsekwencji COVID-19 dotknął amerykańskie społeczeństwo w chwili, gdy ludzie borykali się jeszcze ze skutkami poprzedniego kryzysu.

obserwatorfinansowy.pl

sobota, 27 czerwca 2020


Mateusz Zimmerman: Granatowa policja i inne formacje, o których pan pisze, działały za wiedzą i zgodą polskiego rządu na uchodźstwie. Jak się do tego miały ich antyżydowskie aktywności?

Prof. Jan Grabowski: Wyjaśnijmy, dlaczego policjanci służący w II RP dostali zgodę polskich władz, by do tych służb wstępować. Pierwszym powodem było chronienie ich przed represjami – Niemcy z łatwością mogli zidentyfikować i wyłapać tych funkcjonariuszy, którzy sami by się nie zgłosili.

Drugi powód: ochrona polskiej ludności cywilnej. Po klęsce wrześniowej okupowana Polska była pogrążona w chaosie, m.in. z powodu szalejącego bandytyzmu – we wrześniu otwarto więzienia, więc tysiące kryminalistów znalazło się na wolności. Pozwalając funkcjonariuszom przedwojennej policji wstępować do służb kontrolowanych przez Niemców, władze emigracyjne ogłosiły jednocześnie nakaz, by policjanci kierowali przede wszystkim „dobrem narodu polskiego”. Rząd i podziemie w kraju nie lekceważyły przypadków, w których ktoś postępował wbrew temu nakazowi.

Tylko że nie obejmowało to Żydów?

Właśnie – „naród polski” już przed wojną definiowano na zasadach etnicznych. Między Polakami z krwi i kości a „obywatelami polskimi religii mojżeszowej” istniało głębokie pękniecie już w latach 30., a niemiecka polityka wobec Żydów zmieniła je w przepaść. To, że Żydzi także byli przed wojną polskimi obywatelami, miało drugorzędne znaczenie dla rządu na uchodźstwie, a więc także dla policjantów w okupowanym kraju.

Kiedy granatowy policjant wyrządzał krzywdę Polakowi, a już szczególnie związanemu z podziemiem – nie uchodziło mu to na sucho, a przynajmniej taki wybór był obarczony obawą przed konsekwencjami. Są takie historie: granatowi policjanci zabili Polaka, a jego rodzinie tłumaczyli, że to przez pomyłkę – bo wzięli go za Żyda. A więc kiedy się krzywdziło Żyda, raczej nie trzeba było się obawiać konsekwencji.

Z czasem Żydzi przestali być uważani nie tylko za polskich obywateli, ale w ogóle za ludzi. Stawali się, jak to ujął Ringelblum, „nieboszczykami na przepustce”.

To jedna okoliczność – ale gdzie szukać innych uwarunkowań i motywacji? Antysemityzm? Typowa dla wojny demoralizacja?

Splot czynników. Antysemityzm był czymś w rodzaju podściółki, na której to wszystko wyrastało. Nie można zapomnieć o silnej antysemickiej asocjacji, która się bardzo często pojawia w źródłach: Żyd równa się złoto. Wstrząsające są np. zapisy grabienia i mordowania ludzi, którzy zdołali się wydostać się z pociągów do Treblinki i próbowali uciekać przez okoliczne wsie czy lasy.

Jeśli pyta pan o demoralizację, to ważne według mnie jest pytanie: kim byli przed wojną ludzie, którzy to robili? „Bohaterowie” tej książki to policjanci często ze wspaniałą karierą i nieposzlakowaną opinią, a „kryminalni” to była elita policji II RP.

Moi zachodni koledzy, którzy badali zbrodnie wojenne popełniane przez rezerwowe formacje niemieckiej policji – jak Christopher Browning – zwracali uwagę na grupowe konformizmy, które znieczulały „zwyczajnych Niemców”, a potem pchały ich do własnoręcznego zabijania. Zapewne także w przypadku polskich policjantów musimy brać takie zjawisko pod uwagę.

Pokazuje pan biograficzne sploty, w które nieraz trudno uwierzyć.

Chciałem znaleźć takie postaci, które powracałyby w kolejnych rozdziałach – to pomaga opowieści, ale przede wszystkim pozwala pokazać bardziej uniwersalne zjawiska. Dotarłem do biografii, które żadną miarą nie pasują do wpajanego nam wzorca „pamięci narodowej”, prostego jak pałka milicyjna: Polacy ratowali Żydów, a ci, którzy ich mordowali, to właściwie nie Polacy. Ja się raczej zastanawiam – i nie mam łatwych odpowiedzi – w jaki sposób człowiek taki jak pan czy ja może się zmienić w bestię. I jak ciągle może potem uchodzić za porządnego człowieka.

Weźmy na przykład sierżanta Piotra Sałabuna, szefa policji w Działoszycach pod Miechowem. Ten człowiek jedną ręką współpracuje z konspiracją, opiekuje się nawet dwiema czy trzema rodzinami żydowskimi, które poleciło mu krakowskie podziemie. Miejscowi będą mu po wojnie wystawiać świadectwo patrioty, oddanego sprawie wolnej Polski. Zarazem Sałabun – jak wynika z wielu świadectw – to wielokrotny morderca Żydów, okrutny i bezwzględny.

Albo plutonowy Władysław Królik spod Węgrowa – filar wywiadu lokalnej AK, tyle że z rękami unurzanymi w żydowskiej krwi po łokcie i z pochwałami od niemieckich zwierzchników. Te ostatnie zachowały się w jego teczce. Albo Czesław Zander z Ciężkowic pod Tarnowem – kolejny zwykły przedwojenny policjant, który zabija Żydów w samym centrum miejscowości, w której pracuje. Nie wstydzi się, nie kryje, mało: cieszy go to i po egzekucjach chodzi sobie na piwo.

Uderzające są „patriotyczne” motywy niektórych zbrodni.

Zamordowanie Żyda, który szukał pomocy, próbował uciec czy się ukryć, traktowano jako formę samoobrony polskiej „substancji narodowej”. Usuwano w ten sposób ze wspólnoty czynnik zagrożenia – bo gdyby o takim Żydzie dowiedzieli się Niemcy, to mogliby węszyć: kto mu pomagał? czy ktoś nie przywłaszczył sobie tego, co uciekinier miał przy sobie?

Jeśli się takiego Żyda zabiło bez wiedzy Niemców, to taka groźba znikała. Bezpieczniej było donieść policjantom, bo to byli „nasi”: wujowie, mężowie, bracia, czyli ludzie względnie przewidywalni. Miejscowym raczej nic z ich strony nie groziło – nie to co w przypadku pojawienia się niemieckich żandarmów. Po wojnie granatowi policjanci nieraz się w ten sposób tłumaczyli w sądach: tak, zabiłem tego Żyda – ale na prośbę sołtysa Nowaka czy Kowalskiego…

…żeby ochronić miejscową ludność przed odwetem Niemców?

Ludobójczy system, który Niemcy zaprojektowali i wprawili w ruch, był w tym znaczeniu genialnie skuteczny. Angażował do mniej lub bardziej świadomego wsparcia lokalne społeczności, z sołtysami, burmistrzami, policjantami czy strażakami. To działało w prawie każdym okupowanym kraju i Polacy nie byli wyjątkiem.

Ci, którzy włączali się w zabijanie Żydów, rzadko robili to z zamiarem pomocy Niemcom. Najczęściej albo chcieli się wzbogacić na grabieży, albo sami oczyścić własną miejscowość z Żydów, albo jedno i drugie. A więc machina pozostawiała przestrzeń na morderczą inicjatywę – zresztą miejscowi aktorzy okazywali jej tym więcej, im mniej było na miejscu Niemców. Jeśli ich nie było, to większy wpływ na sytuację miała granatowa policja. Ale jeśli i ona nie była liczna, to asystowali jej lub wręcz zastępowali ją np. członkowie Ochotniczej Straży Pożarnej.

W niektórych miejscowościach – czytałem o tym z przerażeniem – strażacy ruszali na poszukiwania Żydów. Aresztowali ich, wydawali, czasem zabijali – czasem bez nadzoru Niemców, czasem nawet na ochotnika. Tak było np. w okolicach Markowej.

Tej Markowej, w której działa Muzeum Ulmów?

Tej samej. Swoją drogą warto zauważyć, że w oficjalnej narracji historycznej, której częścią jest to muzeum, nie sposób się doszukać informacji o licznym udziale mieszkańców tamtych okolic w polowaniach na Żydów. Mam na myśli nie tylko strażaków i granatowych policjantów, ale po prostu miejscową ludność.

To zresztą jeden z bardziej ponurych motywów, które przewijają się w źródłach: nieumundurowani, niezmobilizowani ludzie, właściwie gapie, którzy bez niczyjego rozkazu, na ochotnika przyłączali się do polowania.

Mówi pan, że granatowi policjanci mieli pewną samodzielność – czy mogli zatem w pewnym zakresie sabotować niemieckie plany zamiast w nich współuczestniczyć?

Biorąc poprawkę na ahistoryczność pytania, odpowiem: mogli te plany częściej komplikować, gdyby chcieli – a ze źródeł wiemy, że częściej nie chcieli. Widzimy to w innych sferach, w których działali granatowi policjanci.

Kiedy Niemcy próbowali się nimi posłużyć w walce z podziemiem, to ci stawiali bierny opór, nie angażowali się – z pewnością dlatego, że wielu należało do podziemia, a inni czuli się polskimi patriotami. Nieraz też zapewne ze strachu. Sami także informowali AK, co się dzieje w niemieckim aparacie terroru. Gdy przychodziło do ściągania kontyngentów czy dostarczania Polaków na roboty przymusowe do Rzeszy, często policjanci dogadywali się z lokalnymi władzami, aby dana wspólnota odniosła jak najmniejsze szkody.

Istniały więc pewne strategie łagodzenia skutków niemieckiej polityki – ale nie robiono tego, gdy przychodziło do tropienia, grabienia i mordowania Żydów. Piszę także o przypadkach dobrych, szlachetnych policjantów, którzy się wyłamywali z tego schematu, ale to były jednostkowe sytuacje.

To co wiemy o tych, którzy się wyłamywali? Jakie konsekwencje groziły tym, którzy nie chcieli polować na Żydów?

Jedną z najciekawszych relacji na ten temat złożył Franciszek Banaś, policjant z Krakowa. Podczas likwidacji tamtejszego getta Niemcy kazali polskim policjantom strzelać do Żydów, ale – według Banasia – strzelało najwyżej trzech-czterech z kilkudziesięcioosobowego posterunku.

Co z tej relacji wynika?

Że można było strzelać niecelnie, udawać, że nie było do kogo strzelać – a Niemcy w żaden sposób nie byli w stanie tego skontrolować, a więc nic nikomu z tego powodu nie groziło. Banasia, któremu zresztą wiele lat po wojnie przyznano tytuł Sprawiedliwego, spotkały inne konsekwencje. Kiedy któregoś razu powiedział młodszym funkcjonariuszom, że polski policjant nie powinien strzelać do Żydów, został przez nich nazwany „wujkiem żydowskim” – czyli kimś, kto Żydów broni i im pomaga. Gdyby o takiej etykietce dowiedzieli się Niemcy, to mogło się skończyć dla niego nawet wyrokiem śmierci.

Pamiętam też przykład z Racławic. Polski policjant słyszy od niemieckiego przełożonego: weź tę Żydówkę i zastrzel ją. Odpowiada: mowy nie ma. Ale tym momencie zgłasza się jego kolega i mówi, że on to załatwi… To zauważył już Browning: komuś, kto nie chciał strzelać, nic nie groziło – a jednocześnie zawsze znalazł się ktoś, kto chciał go zastąpić.

Niemcy zabijali polskich policjantów za różne wykroczenia, od zgubienia broni po podejrzenie udziału w konspiracji. Ale przez lata badań nie trafiłem na przypadek, by granatowy policjant zginął za odmowę strzelania do Żydów.

Polscy policjanci, którzy zabijali Żydów, odpowiadali za to po wojnie?

Zdarzyło mi się trafić na jeden wyrok śmierci – być może było ich więcej, ale raczej nie mówimy o wielkich liczbach. Procesów było kilkaset, więc wcale niemało, tyle że na ogół chodziło w nich o mordowanie Polaków, a zbrodnie na Żydach wychodziły jako element towarzyszący.

Także dlatego, że było niewielu żydowskich świadków – albo nie przeżyli, albo wyjechali z Polski tuż po wojnie, albo milczeli, bo podjęli świadomy wybór, że jeśli już zostają w Polsce, to nie będą się narażać, zeznając przeciw Polakom. Widać pewną prawidłowość: dopóki jacyś Żydzi są jeszcze w Polsce i chcą zeznawać, jakieś sprawy się toczą i jakieś wyroki zapadają – oskarżeni później są natomiast oczyszczani, bo nie ma kto przeciw nim zeznawać.

Druga prawidłowość: lokalne wspólnoty zwierały szyki w obronie granatowych policjantów. Sędziowie i prokuratorzy często w tym zresztą uczestniczyli. Jeśli ktoś „tylko” zabijał Żydów, ale miejscowym nie szkodził – ci wystawiali mu świadectwa patriotyzmu i moralności. Niczego nie widzieli, niczego nie słyszeli, nie zeznawali – nie było więc winnych i nie było wyroków.

onet.pl

Jednocześnie w Niemczech wprowadzono w życie decyzje dotyczące mobilizacji zapasów wojskowo–gospodarczych, przestawiania potencjału produkcyjnego, zapasów surowców, paliwa, energii — wszystko na potrzeby przemysłu zbrojeniowego. Ograniczano zakres prac całych cywilnych gałęzi gospodarki. Hitler zdecydował się w końcu częściowo przestawić gospodarkę na tryb wojenny (wiele zakładów w dalszym ciągu produkowało artykuły codziennego użytku i realizowało zamówienia na eksport, który praktycznie nie zmniejszył się). Trudno uwierzyć, ale w 1942 roku wartość produkcji wojskowej stanowiła 26% całej produkcji przemysłowej i dopiero w 1943 — w rezultacie wysiłków ministra uzbrojenia Alberta Speera — udział ten zwiększył się do 38%, co oznacza, że stopień militaryzacji gospodarki Niemiec w szczytowym okresie drugiej wojny światowej dorównał wydatkom na cele wojskowe Związku Sowieckiego z lat „socjalistycznego budownictwa”: w 1940 roku stopień wydatków ZSRR na potrzeby wojenne stanowił 52% budżetu, na wzmocnienie obrony szło 26% produkcji przemysłowej.

Mobilizacji towarzyszyła głośna kampania propagandowa pod hasłem: „Powstań narodzie, niech rozpęta się burza!” Zamykano modne sklepy, kluby nocne, sklepy jubilerskie, instytucje kultury. Przestały ukazywać się pisma kobiece. Zabroniono organizowania imprez sportowych i wszelkich „rozkoszy życia”. Z Bramy Brandenburskiej uroczyście zdjęto i wysłano na przetopienie miedziane płaskorzeźby.

„Życie i pracę poświęcamy zwycięstwu — krzyczał doktor Goebbels. — Führer oczekuje od nas takich sukcesów, które przyćmią wszystko, co było do tej pory. Chcemy stanąć na wysokości jego żądań. Jesteśmy dumni z niego, a on musi być dumny z nas. Tylko w chwili kryzysu i wielkich wstrząsów narodowych okazuje się, kto jest prawdziwym mężczyzną (…) Naród gotów jest na wszystko. Führer dał rozkaz, my pójdziemy za nim. W tej godzinie jedności narodowej i wewnętrznego zapału jeszcze bardziej nieugięcie będziemy wierzyć w zwycięstwo”. Ale ogólnie rzecz biorąc, ciężar „wojny totalnej” w niemieckim wydaniu nie robił na sowieckim człowieku żadnego wrażenia. Czym dla Niemca była „wojna totalna”, dla sowieckiego człowieka było dniem powszechnym i „pracą z oddaniem”.

Wladimir Bieszanow - 1943. Rok przełomu

czwartek, 25 czerwca 2020


Nikolaos Gavalakis: W książce "The System: Who Rigged It, How We Fix It" twierdzi pan, że ustrój polityczno-gospodarczy w Stanach Zjednoczonych jest zamknięty w błędnym kole bogactwa i władzy. Czy może pan rozwinąć tę tezę?

Robert B. Reich: Coraz większa część dochodu narodowego Stanów Zjednoczonych znajduje się dziś w rękach bardzo bogatych Amerykanów. Razem dysponują ogromną pulą pieniędzy. Część z tych pieniędzy wykorzystują, by wpływać na politykę. W USA niemal nie istnieją ograniczenia sum, jakie można przeznaczyć na rywalizację polityczną, w tym reklamy, marketing w mediach społecznościowych czy inne działania pomagające konkretnym kandydatom.

Tryby ustroju politycznego Stanów Zjednoczonych są dziś nasmarowane pieniędzmi bogatych. Z tego powodu dokonano szeregu zmian w regułach obowiązujących amerykański kapitalizm od mniej skwapliwego egzekwowania praw antymonopolowych po utrudnianie organizacji pracownikom. Zwykłym ludziom utrudniono, a wielkim koncernom ułatwiono ogłoszenie upadłości. Rozszerzono prawa własności intelektualnej, przez co korporacjom farmaceutycznym czy technologicznym jest dziś łatwiej zdobywać patenty i prawa autorskie.

Utrudniono też wnoszenie pozwów zbiorowych. Zgodne z prawem jest dziś wykorzystywanie do wykonywania transakcji na giełdzie informacji niejawnych dotyczących przedsiębiorstw. Zgodnie z prawem można też odkupować akcje i sztucznie pompować ich cenę. Ograniczenia wprowadzone w latach 30. w celu kontrolowania Wall Street niemal zupełnie zniesiono przed kryzysem finansowym 2008 roku. Po tym kryzysie narzucono nowe ograniczenia, które jednak po pewnym czasie też zredukowano.

Podatki dla osób o wysokim dochodzie drastycznie obniżono. Na tym właśnie polega błędne koło: dzięki swoim pieniądzom bogaci modyfikują „wolny rynek”, stosując wymienione przeze mnie, ale i inne niezliczone sposoby, a wtedy w ich ręce przechodzi jeszcze więcej bogactwa, co pozwala im na następną rundę zmian w gospodarce, działających oczywiście wciąż na ich korzyść.

Nie wspomniałem jeszcze o bailoutach i subsydiach. Widzi pan, że nawet podczas pandemii pomoc finansową otrzymują wielkie koncerny, bogaci dostają ulgi podatkowe, a zwykli ludzie prawie nic.

To sprawia, że są podatni na manipulacje demagogów takich jak Trump?

Im więcej ludzi czuje, że nie może się wybić, niezależnie od tego, jak ciężko pracują, im bardziej tracą nadzieję na poprawienie sytuacji swojej i swoich dzieci, tym większy jest poziom gniewu i frustracji. To podatny grunt dla demagoga, który wykorzystuje ten gniew i frustrację dla własnych celów: żeby zbudować elektorat i skierować gniew na kozły ofiarne, takie jak imigranci, biedni, elity kulturowe czy tzw. głębokie państwo. Coś podobnego robił Hitler w latach 30. Demagodzy nagminnie żerują na gniewie i frustracji klasy pracującej. To ich częsta strategia.

Dlaczego nie widzimy większego oburzenia społecznego i znaczniejszych protestów?

Przeciwnie, sprzeciw jest ogromny. Dwojgiem poważnych kandydatów w prawyborach Partii Demokratycznej byli Bernie Sanders i Elizabeth Warren. Ich sukces świadczy o istnieniu bardzo licznego ruchu progresywnego wśród demokratów. Jeśli chodzi o Partię Republikańską, to Donaldowi Trumpowi wciąż jeszcze udaje się ogłupiać wielu ludzi pracujących, by wierzyli, że jest ich bohaterem, zbawcą, ale oni też zaczynają się orientować. Widzą, że porządnie obciął podatki bogatym i korporacjom i że poluzował przepisy BHP. W czasie pandemii jest to moim zdaniem jeszcze lepiej widoczne.

W Stanach Zjednoczonych kilka mitów, które snują oligarchowie, wreszcie rozwiewa się w konfrontacji z rzeczywistością. Jeden z tych mitów głosi, że tradycyjny podział na prawicę i lewicę istnieje do dziś. Tak naprawdę mamy do czynienia z podziałem na demokrację i oligarchię. Oligarchowie chcą, żeby ludzie byli poróżnieni, bo to najprostszy sposób odwrócenia uwagi od tego, ile władzy i bogactwa skoncentrowali w swych rękach nieliczni. Ludzie jednak zaczynają to dostrzegać.

Drugi mit opowiada o istnieniu wolnego rynku, dla którego rząd jest intruzem, ale on także zaczyna rozchodzić się w szwach, tym szybciej w czasie pandemii.

Jeszcze inna opowiastka jest o tym, że korporacje są społecznie odpowiedzialne i można na nich polegać, że odpowiadają przed swoimi pracownikami i ich społecznościami. To fikcja. Korporacje odpowiadają tylko przed akcjonariuszami i dyrektorami, którzy otrzymują wynagrodzenia w zależności od sukcesu firmy.

Do tego dochodzi wreszcie mit merytokracji: że płacą ci tyle, ile jesteś wart. Ludzie zaczynają dostrzegać, że system został zniekształcony przez władzę i pieniądze. Jeszcze kilka lat temu problematyka władzy była rzadko poruszana przez ekonomistów, a nawet przez politologów, ale dziś zaczyna zyskiwać poczesne miejsce w dyskusjach. We wszystkich tych aspektach ludzie robią się coraz bardziej świadomi i czynni politycznie. Chcą odzyskać dla siebie politykę i gospodarkę, zagarnięte przez oligarchów.

W wyborach parlamentarnych w połowie kadencji prezydenta Trumpa w 2018 roku mocno i z powodzeniem dały o sobie znać nastroje postępowe. Izbę Reprezentantów przejęli demokraci, i to bynajmniej nie korporacyjni demokraci z Wall Street. To młodzi postępowcy, tacy jak Alexandria Ocasio-Cortez, i wiele innych kobiet i osób o różnorodnych kolorach skóry. Czasy się zmieniają.

W przeszłości krytykował pan demokratów jako partię podtrzymującą status quo. Jakie pańskim zdaniem popełnili błędy? Co musi zrobić Joe Biden, żeby wygrać nadchodzące wybory?

Partia Demokratyczna porzuciła klasę pracującą. To był jej największy błąd. Pracownicy stanowili bardzo ważną część koalicji Partii Demokratycznej w latach 30., za Franklina D. Roosevelta. Jednak w ciągu ostatnich czterdziestu lat Partia Demokratyczna chciała się usytuować w tzw. centrum. Demokratom się wydawało, że nowe centrum mieści się na przedmieściach zamieszkałych przez klasę średnią wyższą, czyli tzw. podmiejskich wyborców niezdecydowanych. Moim zdaniem to nie był dobry pomysł.

Ogromną amerykańską klasę robotniczą pozostawiono samą sobie. Demokraci prawie zapomnieli o związkach zawodowych. Pozwolili na to, żeby udział w związkach spadł z 35 procent siły roboczej w sektorze prywatnym do 6,4 procent. A brak zdrowych i silnych związków poważnie osłabił Partię Demokratyczną.

krytykapolityczna.pl