poniedziałek, 11 maja 2020


Opublikowany nieco ponad tydzień temu sondaż opinii publicznej wykazuje, że 70 procent amerykańskich milenialsów – osób w wieku od 23 do 38 lat – jest gotowych poprzeć w wyborach prezydenckich socjalistę lub socjalistkę. Progresywnie nastawieni komentatorzy widzą w tym rezultat kilku dziesięcioleci neoliberalnego kapitalizmu i dominacji wielkich koncernów w porządku politycznym.

Nieco młodsi respondenci, w wieku od 16 do 22 lat, wyrażają podobne preferencje: niemal dwie trzecie osób z „pokolenia Z” również poparłoby socjalistów.

Sondaż przeprowadzono na platformie YouGov, a sfinansowała go amerykańska Fundacja Pamięci Ofiar Komunizmu (VOC), która postanowiła zapytać 2,1 tys. osób, co sądzą na temat kapitalizmu, amerykańskiego systemu gospodarczego, socjalizmu i nierówności w USA.

(...)

Progresywni komentatorzy w mediach społecznościowych nie są zaskoczeni tak silną pokoleniową rozbieżnością zdań na temat dwóch konkurencyjnych modeli gospodarki. Widzą w niej efekt kilku dziesięcioleci kapitalizmu państwowego.

Miliony milenialsów wchodziły właśnie w dorosłość, kiedy ryzykowne kredyty hipoteczne udzielane na masową skalę przez banki z Wall Street wywołały krach finansowy z 2008 roku, a w konsekwencji doprowadziły do tzw. wielkiej recesji. Około 15 milionów osób w wieku od 25 do 34 lat ma dziś do spłacenia kredyty studenckie na łączną sumę 497 miliardów dolarów.

Początek dorosłego życia milenialsów i pokolenia Z przypada także na okres, gdy 53 procent Amerykanów spłaca długi medyczne i ma trudności z opłacaniem rachunków za leczenie – są wśród nich osoby, które wykupiły ubezpieczenie medyczne w prywatnych towarzystwach.

Biorąc pod uwagę, jakie szkody kapitalizm poczynił w życiu milionów amerykańskich rodzin, pisze Oliver Willis z liberalnego portalu Shareblue, „dziwię się, że poparcie dla socjalizmu nie jest jeszcze wyższe”.

Dyrektorka wykonawcza fundacji VOC Marion Smith przyczyn takiego rozkładu opinii upatruje w „historycznej amnezji” młodych ludzi, którzy jej zdaniem nie wynieśli ze szkół wystarczającej wiedzy o upadłych autorytarnych krajach „socjalistycznych” XX wieku w Europie.

„Musimy ze zdwojonym wysiłkiem edukować amerykańską młodzież o historii reżimów komunistycznych i o współczesnej groźbie powrotu socjalizmu” – napisała Smith w oświadczeniu, dodając na Twitterze, że 66 procent respondentów nie kojarzy socjalizmu „z własnością publiczną ani krwawą historią państw komunistycznych”.

(...)

Chociaż przedstawiciele dwóch najstarszych pokoleń objętych sondażem – tzw. baby boomers i silent generation – wyrażali najmniej pochlebne zdanie o socjalizmie, to właśnie starsi Amerykanie otrzymują najwięcej świadczeń z państwowych, finansowanych z publicznych pieniędzy programów, takich jak Medicare i Social Security.

Starsi respondenci sondażu fundacji VOC również najczęściej przychylali się do opinii, że system gospodarczy USA działa na ich korzyść.

krytykapolityczna.pl

Teza Acemoglu i Robinsona głosi, że perspektywa wolności i dobrobytu wisi na włosku pomiędzy państwową opresją a bezprawiem i przemocą, którą społeczeństwo często wyrządza samo sobie. Daj państwu nadmierną przewagę nad społeczeństwem, a masz despotyzm. Osłab państwo względem społeczeństwa, a dostaniesz zamęt.

Gdzieś między tymi dwiema dystopiami biegnie tytułowy „wąski korytarz” – ścieżka, którą udało się odnaleźć jedynie kilku krajom, w większości leżącym na uprzemysłowionym Zachodzie. Co więcej, trafienie na tę ścieżkę nie gwarantuje, że się na niej pozostanie. Acemoglu i Robinson podkreślają, że o ile społeczeństwo obywatelskie nie zachowa czujności i zdolności do mobilizacji przeciwko potencjalnym autokratom, w każdej chwili możliwy jest regres do autorytaryzmu.

(...)

Wygląda na to, że The Narrow Corridor napisano częściowo po to, by wyjaśnić przyczynę widocznej słabości demokracji liberalnych. Autorzy ukuli termin „efekt Królowej Kier” – na opisanie ciągłej walki o podtrzymanie otwartych instytucji politycznych. Tak jak w Krainie Czarów z książki Lewisa Carrolla, społeczeństwo obywatelskie musi coraz szybciej gonić za autorytarnymi przywódcami, by powstrzymać ich despotyczne tendencje.

Zdolność społeczeństwa obywatelskiego do przeciwstawienia się „Lewiatanowi” może z kolei zależeć od podziałów społecznych i ich przemian. Demokracja zazwyczaj pojawia się wtedy, gdy rosną w siłę duże grupy społeczne zdolne do rzucenia wyzwania władzy elit, lub gdy wśród tych elit dochodzi do rozłamu. Uprzemysłowienie, wojny światowe i dekolonizacja doprowadziły do mobilizowania się takich grup w XIX i XX wieku. Elity rządzące przystały na żądania przeciwników, by rozciągnąć przywileje na (najczęściej) wszystkich mężczyzn, bez kryterium majątkowego. Z kolei grupy, które uzyskały nowe prawa polityczne, zgodziły się nie odbierać elitom zgromadzonego bogactwa. W skrócie – wymieniono prawo głosu na prawa własności.

Jak jednak wspólnie z Sharunem Mukandem piszemy naszym artykule, demokracja liberalna wymaga czegoś więcej: praw chroniących mniejszości (które można nazwać prawami obywatelskimi). Konstytutywną cechą ugody politycznej rodzącej demokrację jest wykluczenie mniejszości, czyli głównego beneficjenta praw obywatelskich. Za mniejszościami nie stoją ani zasoby (w przeciwieństwie do elity), ani liczebność (w przeciwieństwie do większości). Ugoda polityczna woli więc demokrację zubożałą – taką, którą można by nazwać demokracją elektorów – zamiast demokracji liberalnej.

To wyjaśnia, dlaczego demokracja liberalna występuje tak rzadko. Brak ochrony praw mniejszości jest prostą konsekwencją logiki politycznej stojącej za pojawieniem się demokracji w ogóle. Trudniejsza do wytłumaczenia jest nie tyle względna rzadkość demokracji liberalnej, co samo jej występowanie. Zaskakiwać powinno raczej to, że w ogóle istnieją demokracje liberalne, a nie to, że jest ich tak niewiele.

krytykapolityczna.pl

- W Polsce jest obowiązek dowozu młodzieży do szkół podstawowych. Czemu nie przedłużyć tego po prostu na szkoły średnie i dołożyć trochę środków?

To dobry pomysł, chociaż obowiązek dowozu do szkół podstawowych też ma swoje wady. Sprawił on, że powstały gimbusy dla dzieci dojeżdżających do szkół i nikt inny nie może się nimi poruszać. Co prawda część pasażerów korzysta z nich nielegalnie, za parę złotych do kieszeni kierowcy. I to jest niby do przeżycia: jak ktoś jeździ raz w tygodniu na targ, jakoś się dogada, ale nie można permanentnie jeździć w ten sposób do pracy. A z kolei tam, gdzie jeżdżą gimbusy, reszta transportu traci gros najpewniejszej klienteli, więc innym już się nie bardzo opłaca. A przecież są jeszcze osoby chcące dojechać do pracy, do lekarza czy do znajomych. To, że od nich nie zacząłem, to nie znaczy, że są one nieważne.

- To czemu tak to zorganizowano?

W czasie reformy edukacji wprowadzanej za rządów AWS–UW równocześnie chwiali się polscy producenci taboru – Jelcz i Autosan. No i żeby je ratować, a konkretnie pana Sobiesława Zasadę – który zresztą potem i tak obydwie firmy położył – kupowano dość dużo autobusów, a potem rozdawano gminom. A gimbusy wymyślono po prostu jako system prostszy do wdrożenia.

- Jeśli to średnio działa, a dziś pieniędzy jest więcej niż w 1999 roku, to czemu nikt tego nie poprawi? Skoro w kwestii wykluczenia transportowego napisano co najmniej kilkanaście raportów i doktoratów, chyba wiadomo, co robić?

Mamy problem nieźle zdiagnozowany, to prawda, chociaż kiedy zaczynaliśmy nasze badania w 2014 roku, nie dopatrzyłem się aż takiej liczby raportów. A tymczasem rząd nie ma nawet wydziału czy referatu w Ministerstwie Infrastruktury ani żadnym innym, który by się zajmował drogowym przewozem osób. Jest ogromny wydział transportu drogowego, który zajmuje się głównie przewozem towarów – to jest jakieś 7 proc. PKB i 12 proc. eksportu, ogromne pieniądze i potężne grupy wpływu – ale publicznym przewozem osób nie ma się kto zająć. Nie utworzono choćby pięcioosobowego zespołu, który by opracował plan walki z wykluczeniem transportowym na wsiach czy zaprojektował zintegrowany jeden bilet, na którym można by dojechać np. z Elbląga do Gdańska.

- I co, tego pięcioosobowego zespołu dalej nie można powołać?

Przez lata wynikało to z przeświadczenia, że transport publiczny to sprawa samorządu. I w komunikacji miejskiej, która niemal od razu na początku lat 90. została, wraz z majątkiem, przypisana samorządom, to się jakoś sprawdziło. Z czasem okazywało się jednak, że bez dobrej legislacji się nie obędzie, że nawet systemy całkiem nieźle funkcjonujące w miastach wysiadają na styku z obszarami podmiejskimi.

- A czemu poza granicami miast to już nie zadziałało?

Bo to są różne światy. W Warszawie mamy 50 procent mieszkańców korzystających z transportu publicznego, a zaledwie 25 procent na stałe korzysta z samochodu – ta proporcja jest bardzo korzystna i niezmienna. Do Warszawy jednak dojeżdża się głównie samochodem i przez dekadę liczba takich podróży się podwoiła, chociaż przecież sporo zainwestowano w kolej. System wysiada na tych łącznikach z zewnętrzem, a tego nie da się naprawić bez spójnej polityki rządowej. Jestem w stanie zrozumieć, że w 1993 roku państwo miało ważniejsze tematy i nie miało środków, ale w tym momencie, na tym etapie rozwoju gospodarczego, kiedy ważne jest to, żeby wszystkie ręce do pracy były dostępne, zaniedbanie wsi i małych miast to po prostu skandal.

- Rozumiem też, że w latach 90. i na początku wieku koncentrowano się na budowie infrastruktury, która pozwalała włączyć polską gospodarkę w obieg międzynarodowy. I to się chyba jakoś udało?

Tak. Położone na drodze tych przelotowych ciągów komunikacyjnych miasta skorzystały, za to obszary wiejskie nie bardzo – przede wszystkim ze względu na rozmieszczenie węzłów autostradowych. Jeszcze 10 lat temu skomunikowanie drogowe było głównym czynnikiem konkurencyjności regionu, bo bez dobrych dróg trudno było zakładać firmy, które mogłyby produkować jakieś towary na eksport czy choćby dla odbiorców w innych województwach. Teraz jednak problemem jest przede wszystkim dostępność zasobów siły roboczej.

- I ona znajdzie się na tej wykluczonej komunikacyjnie wsi?

Kiedy w latach 90. było 20 procent bezrobocia, to może lepiej, mówiąc brutalnie, że ci ludzie byli jakoś odcięci, bo się jakoś na wsi utrzymali, przewegetowali na tych małych gospodarstwach. Ale teraz rąk do pracy po prostu brakuje – czyli jest szansa, żeby długotrwale wykluczeni wrócili na rynek pracy.

- I jak dostaną autobus do wsi, to wrócą?

Niekoniecznie nawet rozkładowy. Przykładowo w Szkocji funkcjonuje transport na życzenie, gdzie busy nie jeżdżą według normalnego rozkładu, tylko pasażer się zgłasza, że potrzebuje dowozu. Ale co do zasady: tak, już teraz widzimy, że jak do wsi czy miasteczka dociera jakiś transport, to chociaż część nieaktywnych zawodowo podejmuje proste prace. I zamiast siedzieć na tych swoich pięciu hektarach z resztą rodziny, pójdzie pracować w fabryce na pół etatu, a to zmienia przyzwyczajenia życiowe i zwiększa to nasze nieszczęsne PKB.

krytykapolityczna.pl

- Już w seminarium zaczął tworzyć krąg ludzi, którzy mu coś zawdzięczają, albo którym on coś zawdzięcza. Potrafił zjednywać sobie ludzi. (..) I na tym przejechał całe seminarium. Święceń miał nie dostać, bo nie udało mu się zdać egzaminów. Mimo to został wyświęcony - wyjaśniał współautor książki.

Przytoczono w niej liczne świadectwa kobiet, które opisują, że były zgwałcone przez Janowskiego. Z zebranych materiałów wynika, że "ekscesy" księdza były znane przełożonym. - Ksiądz Jankowski miał zakaz kontaktów z klerykami. Oficjalnie wydany przez ordynariusza po doniesieniu złożonym przez duchownych, w którym napisali do biskupa, że "Jankowski i klerycy świadczą sobie miłość" - mówił Głuchowski.

Dodał, że z relacji jednego z funkcjonariuszy SB wynika, że młodymi dziewczynkami Jankowski interesował się w latach 70, a w kolejnych dekadach miał "przestawić się" na chłopców i młodych mężczyzn.

Z wypowiedzi Bogdana Borusewicza wynika, że to właśnie wiedza na temat "ekscesów" prałata umożliwiła funkcjonariuszom SB zwerbowanie go. Od początku lat 80. działał pod pseudonimem Delegat.

- Miał być usunięty z parafii świętej Brygidy i wysłany na jakąś odległą parafię wiejską. Przeszkodził temu strajk sierpniowy w stoczni i wspólna decyzja pierwszego sekretarza Komitetu Wojewódzkiego PZPR, wojewody gdańskiego, biskupa ordynariusza i szefa gdańskiej bezpieki, żeby na ten strajk wydelegować księdza Jankowskiego. Po pierwsze, stocznia leży geograficznie na terenie parafii świętej Brygidy. Po drugie, delegowanie tam księży z Bazyliki Mariackiej, a tym bardziej franciszkanów lub dominikanów, mogłoby spowodować zaostrzenie retoryki na strajku. Mogliby po prostu nie uspokajać, ale jeszcze podgrzać robotników. Po trzecie, wreszcie bezpieka wiedziała, że to jest człowiek, który jest kontaktem operacyjnym i będzie słuchał - wymieniał Piotr Gołuchowski.

Msza święta odprawiona 17 sierpnia dla strajkujących okazała się początkiem światowej kariery Jankowskiego. Duchowny twierdził, że uratował strajk.

- Było wręcz odwrotnie. Namawiał robotników do powrotu do domu. Msza 17 sierpnia odbyła się, bo robotnicy się jej domagali. W ten sposób został kapelanem "Solidarności". Sam sobie tę nazwę wymyślił. Działał w "Solidarności", a jednocześnie donosił SB - tłumaczył dziennikarz. Bazylika pw. św. Brygidy stała się wtedy centrum opozycyjnej Polski, a Jankowskiemu zaczęły być wdzięczne tysiące osób.

Po zmianie ustrojowej nie spełniły się jednak ambicje prałata - Lech Wałęsa nie zabrał go ze sobą do Warszawy.

- Ci, którzy go znali, wiedzieli, że to jest prymitywny gość. Mieli poczucie obciachu wynikającego z tych złotych pierścieni, łańcuchów. Przecież ówczesna parafia to było skrzyżowanie dworku myśliwskiego z Luwrem. Poza tym, Wałęsa na pewno wiedział, są na to dowody, że Jankowski miał kontakty z SB - przekonywał w TOK FM autor książki.

Jego zdaniem, krytyka III RP przez Jankowskiego, jako spisku żydowsko-masońsko-liberalno-antypolskiego, jest właśnie skutkiem tego, że Jankowski nie został zabrany do Warszawy. Ostatecznie związał się z LPR i Samoobroną. Umarł w biedzie i zapomnieniu. - Podwójne życie go kosztowało. Zatrudniał ministrantów, kochanków. Kupował im samochody, mieszkania. Oni go okradali. Wydawał huczne obiady, latał samolotami, koniecznie pierwszą klasą, jeździł z ochroniarzami, płacił za wydawanie książek o sobie, inwestował w biznesy, które nie wychodziły - wymieniał dziennikarz.

tokfm.pl

niedziela, 10 maja 2020


Wielu konserwatystów w USA uważa, że ubóstwo jest skutkiem przede wszystkim złych decyzji. Szczególnie narażeni na obwinianie za własne ubóstwo są Afroamerykanie – to postawa, którą niektórzy politolodzy nazywają rasową urazą. Stereotyp tzw. królowych zasiłków jest od dekad podstawą komunikatów Republikanów. Konserwatyści przypisują jednak zdeprawowanie także białym ubogim. W pamiętnym artykule z 2016 roku pisarz Kevin Williamson z National Review powiązał rozwody i uzależnienie od różnych substancji ze zwątpieniem białej klasy pracującej:

(Biała klasa pracująca – przyp. autora) zawiodła samą siebie. Przyjrzyjcie się uczciwie uzależnieniu od pomocy socjalnej, leków i alkoholu oraz rozpadowi rodziny i zdacie sobie sprawę z czegoś strasznego… Biała amerykańska podklasa znajduje się w niewoli złej, samolubnej kultury, której głównymi produktami są nędza i zużyte heroinowe igły.

Zgodnie z tą perspektywą, gdyby ludzie po prostu ciężko pracowali, unikali narkotyków, alkoholu i przemocy oraz posiadania dzieci poza związkiem małżeńskim, ubóstwo byłoby rzadkością.

Ale istnieje co najmniej jeden bogaty kraj, w którym ludzie realizują wszystkie zalecenia, ciężko pracują, unikają ryzykownych i autodestrukcyjnych zachowań i dokonują mądrych życiowych wyborów. Krajem tym jest Japonia. Pomimo tego ciągle ma wysoki poziom ubóstwa.

Wskaźnik przestępczości w Japonii zawsze był niski, ale w ostatnich latach spadł jeszcze bardziej, więc niektóre tamtejsze departamenty policji mają niewiele roboty.

W Japonii rzadko też dochodzi do nielegalnego spożycia narkotyków. Po zakończeniu drugiej wojny światowej występował tam problem uzależnienia od metaamfetaminy (co doprowadziło do wystąpienia pewnej liczby brutalnych przestępstw), ale problem ten w znacznej mierze zniknął. Pomimo obowiązywania drakońskiego antynarkotykowego prawa, dochodzi tam rocznie do tylko około 13 tys. przypadków oskarżeń o zażywanie narkotyków, z czego około 3 tys. dotyczy marihuany. Bardzo niewielki odsetek Japończyków przyznaje się do zażywania narkotyków.

Kraj ten ma też bardzo niewielu samotnie wychowujących dziecko rodziców. Chociaż odsetek ten wzrósł o około 50 proc. od pęknięcia gospodarczej bańki z początku lat 90., to ciągle żyje tam tylko około 712 tys. samotnych matek, które stanowią mniej niż 2 proc. wszystkich gospodarstw domowych. Dla porównania w USA jest ich 8,5 mln, chociaż kraj ten ma tylko 2,7-razy większą populację od Japonii.

Wreszcie, prawie wszyscy Japończycy pracują. Wskaźnik zatrudnienia wynosi tam 77 proc., czyli więcej niż w USA (71 proc.).

Biorąc pod uwagę wszystkie te pozytywne zachowania, konserwatyści mogą oczekiwać, że wskaźnik ubóstwa w Japonii będzie na bardzo niskim poziomie. Jednak prawda wygląda inaczej; jak na rozwinięty kraj Japonia ma relatywnie dużą liczbę ubogich obywateli. Wskaźnik ubóstwa (definiowany jako odsetek populacji zarabiający poniżej połowy średniego krajowego dochodu) wynosi ponad 15 proc. – nieznacznie mniej niż w USA, ale znacznie więcej niż w takich krajach jak Niemcy, Kanada czy Australia.

Japońska bieda to ukryty problem. Prawie nie ma tam slumsów ani dzielnic nędzy. Ulice są na ogół czyste i zadbane. Bezdomni śpią poza zasięgiem wzroku. Tzw. wyparowani opuszczają domy i rodziny i toczą skromne, anonimowe życie. Pojedyncze osoby mieszkają w maleńkich pustych mieszkankach niewiele większych od szafy. Ludzie w podeszłym wieku, którzy nigdy nie podnieśli się po gospodarczej zapaści z lat 90., cierpią w ukryciu. Wielu z nich aby przetrwać kupuje w sklepach „za 100 jenów” (podobne do amerykańskich „za dolara”).

Również dzieci głodują. Prawie 14 proc. z nich, czyli około 3,5 miliona, żyje w ubóstwie (chociaż liczba ta spadła ze szczytowego poziomu 16 proc. w 2012 roku). Aby rozwiązać ten problem, lokalne rządy z całego kraju otwierają tysiące stołówek, w których dzieci mogą jeść za darmo.

forsal.pl

Anna Brzeska: - Pokazuje pan, że winę za fatalny stan polskiej kolei ponoszą wszystkie partie rządzące od lat 90. A właściwie sięga pan aż do czasów PRL. My przywykliśmy już do tego, że za różne katastrofy bardziej winimy którąś stronę sceny politycznej. Do kogo adresował pan książkę? Albo raczej – dlaczego pan ją napisał?

Karol Trammer: Po pierwsze, chciałem zmierzyć się z mitem, że do 1989 r. polska kolej działała świetnie, a potem zdarzyła się katastrofa. Nie, to był ciągły proces, który rozpoczął się jeszcze w latach 80. Nie mam żadnych sympatii politycznych, więc łatwo było mi pisać książkę, która pokazuje rzadko spotykaną w polskiej polityce ciągłość władzy – niezależnie od tego, jaka partia była u steru, cały czas ograniczano działalność kolei: połączenia pasażerskie, przewozy towarowe czy długość sieci kolejowej. Co ciekawe, następujące po sobie partie korzystały z tych samych ludzi, mimo że zmiana władzy zwykle przecież powoduje przeoranie personalne spółek państwowych. I wcale nie jest tak, że partie liberalne bardziej energicznie likwidowały kolej, a partie socjalne mniej. Na przykład za rządów SLD połączenia traciły takie kilkudziesięciotysięczne miasta jak Śrem czy Police, z kolei za rządów Akcji Wyborczej Solidarność – Jastrzębie-Zdrój, obecnie największe miasto bez kolei.

- W pana książce wśród osób odpowiedzialnych za niszczenie kolei pojawia się jednak kilka nazwisk z kręgu Balcerowicza.

Jeśli miałbym wskazać tego, kto miał na tym polu największe „osiągnięcia”, jest to jednak człowiek spoza tego kręgu. Krzysztof Celiński, zajmując wysokie stanowiska za rządów różnych partii, zlikwidował najwięcej połączeń. To on jest odpowiedzialny za likwidację jednego dnia połączeń na ponad 1 tys. km linii kolejowych. Celiński likwidował połączenia, czy to będąc prezesem PKP, czy jako prezes PKP Intercity. Wcześniej zaś jako szef Departamentu Kolejnictwa w Ministerstwie Transportu i Gospodarki Morskiej przez prawie całe lata 90. sprawił, że ten departament stał się maszynką do wydawania zgód na likwidację linii i ograniczanie działalności przewozowej.

- Może w takim razie nie powinniśmy się koncentrować na polityce, skoro katastrofa nie zależała od tego, kto aktualnie rządził?

Sądzę, że jak najbardziej powinniśmy, ponieważ kolej i polityka są silnie powiązane.

- Jak to możliwe, że tacy ludzie jak Celiński – i nie tylko on, bo w książce pojawiają się też inne postacie o podobnych „zasługach – tak długo utrzymali się przy władzy?

Trzeba pamiętać, że teraz żyjemy w innej rzeczywistości politycznej niż kilkanaście lat temu. Mam tu na myśli politykę transportową. Dzisiaj ten, kto likwiduje połączenia kolejowe, jest przez opinię publiczną, w tym ekspertów i dziennikarzy, uważany za szkodnika. W latach 90. – i jeszcze na początku XXI w. – powszechnie uznawano, że likwidowanie połączeń jest sposobem na reformę kolei. Sądzono, że jeśli kolej pozbędzie się tych „nikomu niepotrzebnych” bocznych linii, wydźwignie się i wjedzie na dobre tory. Tymczasem po masowych likwidacjach wyniki wcale się nie poprawiły, lecz pogorszyły.

- Dlaczego tak się stało?

Jeśli zlikwidujemy pociąg na bocznej linii, jej pasażerowie nie dojadą do linii głównej, więc liczba chętnych do korzystania z tej drugiej też się zmniejszy. Taka stopniowa likwidacja doprowadziła do tego, że w ciągu zaledwie 20 lat – od 1985 r. do 2005 r. – liczba podróży koleją spadła czterokrotnie: z 1 mld do 250 mln. Idąc dalej taktyką reformatorów z lat 90., doszlibyśmy do całkowitej likwidacji kolei w Polsce. W efekcie ich działań mamy dziś drastycznie niskie wyniki na tle innych krajów Europy. Przewozy pasażerów koleją są w naszym kraju dziewięciokrotnie mniejsze niż w Niemczech, państwie liczącym przecież tylko dwa razy więcej mieszkańców niż Polska. W latach 90., gdy ktoś mówił, że zreformuje kolej poprzez likwidowanie połączeń, był traktowany poważnie i dostawał wolną rękę.

- Czy to wynikało ze zbyt dużego zaufania do niewidzialnej ręki rynku, przywiązywania się do kwestii rentowności danych połączeń?

Może zaszokuje to czytelników "Przeglądu", ale najbardziej otwarcie o potrzebie ograniczania nierentownej działalności mówiono w drugiej połowie lat 80. W ogóle lata 80. były dla kolei okresem dużych skrajności. Z jednej strony, modernizowano dużo linii kolejowych, także lokalnych – i to bez tego zadęcia propagandowego, które mamy teraz. Z drugiej, wtedy zaczęło się likwidowanie połączeń na masową skalę, które było przygrywką do cięć w latach 90.

- Co można było wtedy zrobić, by zapobiec dalszej katastrofie?

Pozwoliłem sobie w książce porównać decyzje Polski z decyzjami, które zapadły w Czechosłowacji. Każdy, kto był w Czechach i korzystał z tamtej kolei, widzi przepaść między naszymi krajami. Czechy uniknęły likwidacji połączeń kolejowych i w efekcie w znacznie mniejszych Czechach kolej wozi niewiele mniej osób niż w Polsce. Kiedy u nas był nacisk na elektryfikowanie linii kolejowych, w Czechosłowacji stawiano na zakup bardzo dużej liczby oszczędnych, małych pociągów spalinowych do obsługi linii lokalnych

- Motoraków.

Tak, które po dziś dzień zapewniają obsługę wielu linii lokalnych, takich, które w Polsce nie funkcjonują od co najmniej kilkunastu lat. Polska w latach 80. osiągała światowe rekordy w tempie elektryfikowania linii kolejowych, ale kompletnie zapomniała o zapewnieniu odpowiedniego taboru do obsługi linii lokalnych i regionalnych. Nie znaczy to jednak, że nie było w latach 80. osób, które próbowały w ramach PKP wdrożyć pewne rozwiązania, by uratować lokalne linie, np. inwestując w nowe przystanki, które przybliżały kolej do mieszkańców wielu wsi i nowych osiedli.

onet.pl

Niedawno w programie „Trzeci punkt widzenia” Dariusz Gawin zwrócił uwagę, że mieliśmy do czynienia z klasyczną Paretowską wymianą elit – mocniej do gry wrócił establishment przemysłowo-wojskowy, w miejsce tego z Doliny Krzemowej i Hollywood.

Coś w tym jest, bo choć Trump atakował różne elity, to sam do niej należy. Trzeba jednak zastanowić się nad czynnikami, które wyniosły do władzy inną niż dotychczas część elity. W latach 70. do klasy średniej należało ponad 60% amerykańskiego społeczeństwa, dziś według badań odsetek ten spadł poniżej 50%. Już nawet przychylny biznesowi „Wall Street Journal” zwraca uwagę na niesprawiedliwy, asymetryczny rozkład wypracowywanego bogactwa i zysków z popieranej przez USA globalizacji.

Nie może więc dziwić, że Trump wzywa do zmiany światowego ładu gospodarczego na bardziej korzystny dla USA, co budzi obawy o neoprotekcjonizm. I w tym wypadku widzimy już zmianę, bo wycofał się z porozumienia TPP, które było forsowane przez prezydenta Obamę, choć przyznajmy, że nie wiemy czy rzeczywiście doszłoby do skutku po przegranej Trumpa.

Dodamy jednak, że zarzuty stawiane przez nowego prezydenta USA nie są bezpodstawne. Choć większość amerykańskich ekonomistów wciąż uważa, że w długim okresie umowy o wolnym handlu były korzystne dla USA, to nowe badania dostarczają amunicji dla argumentów Trumpa. Zwraca on uwagę iż międzynarodowe porozumienia o wolnym handlu, w szczególnie te dotyczące Chin, które w 2001 r., za zgodą USA, zostały przyjęte do Światowej Organizacji Handlu, w praktyce nie okazały się dla Stanów Zjednoczonych tak owocne, jak zakładali. W teorii chodziło o otwarcie ogromnego chińskiego rynku na produkty i usługi z USA. Tymczasem stało się odwrotnie. Według jednej z analiz Banku Światowego, zdobywającej popularność wśród przedstawicieli sektora finansowego w 2016 r. i dotyczącej beneficjentów porozumień o wolnym handlu,  zdecydowanie najmocniej skorzystały na tym gospodarki wschodzące, jak Chiny, później 1% najbogatszych na świecie, a klasa średnia państw zamożnych, w tym USA, zyskała nieznacznie ekonomicznie lub wręcz straciła. W praktyce mamy więc do czynienia z mającą pewne racjonalne podstawy korektą międzynarodowej strategii gospodarczej. Nowe szaty, ale stare interesy.

Rysuje się więc nam perspektywa czegoś na kształt potencjalnej amerykańsko-chińskiej wojny handlowej.

Część ekonomistów dla określenia stosunków gospodarczych USA-Chiny używa pojęcia „Chimeryki”, aby oddać złożoność tychże relacji. Z jednej strony amerykański rynek jest otwarty na chińskie produkty, z drugiej – w chińskich rękach znajduje się spora część amerykańskich obligacji. Potencjał wzajemnego szkodzenia jest znaczny.

Paradoksalna jest także sytuacja, w której dzisiaj Niemcy i Chiny wobec protekcjonistycznych zapowiedzi Trumpa zaczynają przedstawiać się jako filary gospodarczego systemu stworzonego w przeszłości przez USA.

Sytuacja robi się jeszcze bardziej intrygująca, kiedy doda się do tego krytyczne wypowiedzi Trumpa wobec Berlina oraz wcześniejsze działania USA, mające na celu zablokowanie chińskich inwestycji w wysokie technologie na terenie Niemiec.

Trump bardzo mocna podkreśla potrzebę zawarcia nowych umów bilateralnych, które mają zastąpić zbiorowe porozumienia gospodarcze jak TTIP i TPP. Jest tu więc i zmiana (wycofanie się z umów wielostronnych), ale i kontynuacja (wzmacnianie pozycji gospodarczej przez umowy handlowe). Przez długi czas zastanawiałem się jak chce on zawrzeć takie umowy w sytuacji istnienia wspólnej polityki handlowej UE. Odpowiedzi udzielił mi w styczniu tego roku, mówiąc o rozpadzie UE. Na odpowiedź elit europejskich popierających integrację nie trzeba było długo czekać. W raporcie powstałym pod auspicjami przewodniczącego Rady Europejskiej, nowa polityka Trumpa, grającego na dekompozycję UE, znalazła się wśród głównych zewnętrznych zagrożeń dla wspólnoty europejskiej – obok Rosji i sytuacji na Bliskim Wschodzie.

W tych okolicznościach dochodzi jeszcze jedna kwestia. W niemieckiej prasie zaczynają się pojawiać delikatne, subtelne, ale sugestie ekspertów, mówiących o potrzebie uruchomienia niemieckiego wojskowego programu jądrowego. Chodziłoby o to, że w przypadku scenariusza wycofania gwarancji bezpieczeństwa dla państw Europy Zachodniej ze strony USA, które wiążą się przecież z obecnością na Starym Kontynencie amerykańskich głowic jądrowych, Niemcy powinny same zacząć się starać o uzyskanie takiego uzbrojenia.

klubjagiellonski.pl

Niewielu analityków o tym wspomina, ale nie funkcjonujemy już w amerykańskim ładzie hegemonicznym, lecz w czymś na granicy porządku wielobiegunowego (który składałby się z Chin, Niemiec, Rosji, USA, a być może także Indii) i dwubiegunowości (ze Stanami Zjednoczonymi i Państwem Środka jako dwoma wiodącymi potęgami na skalę globalną).

Sam fakt, że USA nie są w już stanie narzucić pewnych rozwiązań, a nawet porozumiewają się z innymi państwami, niekoniecznie silnymi (vide szczyt w Singapurze i Helsinkach), świadczy o tym, że potęga dawnej Ameryki zniknęła.

Powyższa, być może nieco mocna teza, znajduje swoje uzasadnienie w kilku argumentach. Pierwszym z nich jest sposób funkcjonowania USA w stosunkach międzynarodowych. Do tej pory Amerykanie byli w stanie podejmować i realizować wszelkie inicjatywy polityczno-militarne. Międzynarodowe zaplecze instytucjonalno-organizacyjne służyło opracowaniu i legitymizacji poszczególnych posunięć, w przypadku zaś pojawienia się wyraźnego oporu Amerykanie – z racji braku możliwości konstrukcji porozumień blokujących ich działania – mogli zignorować powyższe sygnały lub zmienić formułę aktywności. W tym przypadku symptomatycznym przykładem jest choćby druga wojna w Zatoce Perskiej.

Drugim argumentem jest zmiana w procesie konstruowania decyzji wiążących. Wcześniej proces ten funkcjonował w warunkach stworzonych dzięki instytucjonalnej multipolarności, która polegała na poszukiwaniu szerokiego konsensusu przez USA wśród mniejszych państw, cedując także na nie odpowiedzialność za niektóre podjęte decyzje. Oznaczało to, że decyzje posiadały znamiona międzynarodowej, kolektywnej legitymizacji na poziomie instytucjonalnym (np. na forum Rady Bezpieczeństwa ONZ). Współcześnie atrofia znaczenia instytucji międzynarodowych spowodowała tworzenie się grup decyzyjnych składających się z najsilniejszych państw, w których wiążące rozstrzygnięcia są podejmowane w sposób luźno sformalizowany lub nawet za pośrednictwem słownych deklaracji działania. Ten trend obserwujemy już od czasu porozumień w Mińsku.

Trzecią przesłanką jest ambiwalentne działanie Waszyngtonu, który z jednej strony wzywa do odbudowy międzynarodowego systemu instytucji, z drugiej zaś sam go podkopuje, wysyłając takie sygnały jak wystąpienie z Rady Praw Człowieka ONZ czy wojna celna z Unią Europejską. Wprowadza to dezorientację wśród dotychczasowych amerykańskich partnerów, którzy nie dostrzegają już w USA gwaranta międzynarodowej stabilności, lecz nieprzewidywalnego gracza, który sam nie wie, czego tak naprawdę chce.

klubjagiellonski.pl

poniedziałek, 4 maja 2020


Dziś dzieci tych robotników, pozbawionych na początku lat 90. znaczenia, pracy i godności, zwracają się ku agresywnemu nacjonalizmowi. Ideologia narodowa czy nawet patriotyczna daje niesłychanie silne, grupowe poczucie wpływu, znaczenia, bycia kimś. Wnuki robotników i robotnic, którzy w Służbie Polsce pracowali na wielkich budowach socjalizmu, tworzą dziś ruchy narodowe – stają się aktorami owych wielkich, smutnych i strasznych spektaklów, które dla nich są reżyserowane.

Wygrywającym po 1989 roku okazało się nowe mieszczaństwo, wywodzące się z peerelowskich elit: inteligencji, średniego aparatu urzędniczego i partyjnego oraz, w jakimś stopniu, choć zapewne mniejszym, niż twierdzą zwolennicy teorii o układzie, z aparatu bezpieczeństwa. Te elity zaś są dziećmi rewolucji 1939-1956. Oczywiście pojawiają się w „nowym” mieszczaństwie ludzie, którzy reprezentują mieszczaństwo „stare”, których genealogie sięgają Polski międzywojennej. Ludzie wracający z kilkupokoleniowej często emigracji czy ci, których tradycje rodzinne zachowały etos i mentalność przedwojennych bourgeois. Ale to nie oni decydują o kształcie „nowej klasy średniej”, nie oni są jej substancją. Nie oni też nadają tożsamość symboliczną nowemu hegemonowi społecznemu.

(...)

Rewolucja mieszczańska dopełniła się w jeszcze jednym sensie. Mieszczaństwo wywodzące się z wielkiego awansu okresu 1939-1956 przejęło władzę polityczną. Jego przedstawicielami byli w pewnym sensie jedni i drudzy; i opozycja demokratyczna, i generalicja. Różnica była taka, że opozycja to byli ci, którzy wcześniej odeszli od ustroju autorytarnego na rzecz demokracji. Generalicja i aparat partyjny natomiast do ostatniej chwili korzystały z tego ustroju i różnych profitów, które dawał. Lata 80. nieprzypadkowo są okresem, kiedy aparat państwowy i partyjny zamienia swoją pozycję w hierarchii władzy na pozycję ekonomiczną. Dogadali się więc i ustanowili hegemonię mieszczaństwa, której wyrazem był najpierw Wilczek, a potem Balcerowicz. Wprowadzono taki ustrój ekonomiczny, który dla mieszczaństwa jest najlepszy, przy wszystkich wadach tego, jak państwo polskie go realizuje.

Mieszczaństwo wzięło realnie władzę i osiągnęło ogromną korzyść polityczną, to znaczy władzę ustabilizowało. Nie czuje się jednak „w prawie”. Przez historię Donald Tusk będzie rozpoznany jako świetny przedstawiciel tej klasy. Sprawny, posiadający wszystkie pozytywne cechy nowoczesnego mieszczanina, obdarzony wybitnym talentem politycznym, który pozwolił mu na coś w Polsce niebywałego – ustabilizowanie władzy na dwie kadencje parlamentarne.

Jednocześnie okazał się politykiem pozbawionym poczucia legitymizacji wewnętrznej wystarczającej dla rozwinięcia pełnego rozmachu projektu społecznego czy wręcz cywilizacyjnego, projektu osadzonego w nowym uniwersum symbolicznym. Takiego, który wynikałby z przekonania, że można oderwać się od obciążonej tradycją przeszłości w imię politycznej wizji przyszłości. Brak wizji i hasło „nie róbmy polityki” są ogromną słabością jego formacji w porównaniu z opozycją konserwatywną, która uważa, że misję ma. Ona bowiem cieszy się rodzajem legitymizacji wewnętrznej – tradycyjnie silną legitymizacją przez krzywdę i cierpienie. Daje to poczucie moralnego prawa zmiany świata, którego brakuje hegemonistycznemu mieszczaństwu.

Andrzej Leder - Prześniona rewolucja

Prezydent Aleksander Łukaszenko rekomenduje wódkę, wizytę w saunie i ciężką pracę na traktorze. Do tej osobliwej listy środków antywirusowych można dopisać jeszcze grę w hokeja. Przywódca niewzruszony trwającą pandemią postanowił wziąć udział w rozgrywanym w Mińsku amatorskim turnieju. Pozując w kasku i z kijem w dłoni, przekonywał, że sport sprzyja zwalczaniu wirusów. Dlatego rozgrywki sportowe na Białorusi nie zostały wstrzymane, a obstawianie wyników tamtejszej ligi piłkarskiej to jedna z nielicznych nisz, jakie pozostały fanom zakładów bukmacherskich. Na trybunach wciąż widać ludzi, którzy nie przejmują się zachowaniem bezpiecznego dystansu i nie zakładają masek.

Zabrakło tego również podczas narodowego czynu społecznego (subotnika), w ramach którego ponad 2 miliony Białorusinów wykonywało prace przygotowawcze do obchodów 75. rocznicy zwycięstwa w II wojnie światowej. Prezydent sam dał przykład, pozując do zdjęcia w wojskowych spodniach, bluzie i w czapce z daszkiem podczas sadzenia drzew. Towarzyszył mu syn, Mikałaj. Warto odnotować, że obchody odbędą się zgodnie z planem, tj. 9 maja, i zapewne pojawią się na nich tłumy. Wcześniej Białorusini zdążyli już odwiedzić cerkwie podczas Świąt Wielkanocnych i cmentarze z okazji Radonicy (prawosławnego dnia modlitw za zmarłych). Łukaszenka deklarował, że nie wyobraża sobie, by mógł zabronić ludziom „pójścia i pokłonienia się rodzicom”.

(...)

Strategia przyjęta przez Aleksandra Łukaszenkę przypomina raczej tą z Ameryki Łacińskiej. To tam prezydent Brazylii, Jair Bolsonaro, kpi z „grypeczki” i uważa rozwiązania stosowane w innych państwach za histerię. Przekonuje też, że wirus za niedługo zniknie, więc nie należy ograniczać codziennego życia Brazylijczyków. Do zmiany zdania nie przekonały go nawet stwierdzone przypadki w jego najbliższym otoczeniu (sam również musiał poddać się testom). Z kolei w Nikaragui wiceprezydent i zarazem żona urzędującego prezydenta Ortegi, Rosario Murillo, rekomendowali obywatelom swojego kraju wspólny marsz „przeciwko wirusowi”. Na tym tle Białoruś nie wydaje się aż tak oderwana od rzeczywistości. Skąd u Łukaszenki latynoska mentalność? Część odpowiedzi może tkwić w danych gospodarczych.

Już w styczniu i lutym Białoruś odnotowała spadek PKB o 0,6 proc. A było to jeszcze przed turbulencjami w światowej gospodarce, spowodowanymi pandemią. Obecnie eksperci szacują, że białoruska gospodarka może się w tym roku skurczyć nawet o 10%, mimo że Mińsk nie zdecydował się na lockdown. Kłopoty dotknęły branżę turystyczną i rolniczą, spadła produkcja w niektórych fabrykach (bo części nie docierają), a wielu Białorusinów nie będzie mogło skorzystać z okazji dorobienia sobie w innych państwach, bo te zdecydowały o zamknięciu swoich granic. Przez kryzys w państwach Unii Europejskiej i Rosji ucierpi białoruski eksport.

Problemem jest też ropa. Kłopoty gospodarcze Białorusi na początku roku wynikały z komplikacji przy przedłużaniu kontraktu na dostawy tego surowca z Rosji. Do tej pory Mińsk kupował ją od Rosjan po cenach o kilkanaście procent niższych od rynkowych i mógł czerpać zyski z jej przetwarzania. Jednak ze względu na impas w negocjacjach dotyczących integracji obydwu państw Moskwa zadecydowała, że nadszedł czas na zwiększenie presji wobec niepokornego sąsiada. Porozumienie udało się uzyskać dopiero pod koniec marca, ale jego okoliczności nie mogą napawać białoruskiego przywódcy optymizmem.

Rosja postanowiła zmienić swoje stanowisko i zadeklarowała, że Białoruś w momencie poważnego wstrząsu ropy na rynku dostanie tyle tego surowca, ile zechce. Pandemia koronawirusa spowodowała, że popyt na niego spadł gwałtownie, zaś przedłużający się brak porozumienia pomiędzy państwami wydobywającymi go (zrzeszonymi w ramach OPEC+) nie pozwolił na odpowiednie zmniejszenie produkcji – ceny ropy poszły w dół, sygnalizując kłopoty gospodarek czerpiących dochody z jej sprzedaży.

onet.pl

niedziela, 3 maja 2020


Zgodnie z zachodnią wyobraźnią polityczną za wzmocnieniem klasy średniej musi iść koniecznie demokratyzacja całego systemu.

W przypadku Chin to nieprawda. W wydanej jakiś czas temu książce The Dictator’s Dilemma: The Chinese Communist Party’s Strategy for Survival Bruce Dickson wykazał na podstawie sondaży prowadzonych na terenie Chin i analizy tamtejszej klasy średniej, że to właśnie ona jest społeczną ostoją Komunistycznej Partii Chin. Chiny idą swoją drogą i nie patrzą na dogmaty zachodnich politologów.

System może być akceptowany, ale jednocześnie nie jest pozbawiony kontroli społecznej na dużą skalę.

Kiedyś ta kontrola określana była mianem hukou, co oznaczało przywiązanie chłopa do ziemi, ale jednocześnie pewnego rodzaju system zabezpieczenia socjalnego /W rzeczywistości, pierwotnie to komunistyczny system pomocy społecznej, żywieniowej - konkretnej rodzinie, danemu domostwu - rozdzielany wg "adresu", stąd "przywiązanie do ziemi" - red./. Numer nadawany przy urodzeniu traciło się dopiero, opuszczając miejsce urodzenia, a wraz z nim świadczenia socjalne. Dzisiaj mamy do czynienia z ogromną liczbą, szacowaną na 260 milionów liudong renkou, czyli ludnością napływową ze wsi do miejskich placów budowy, którzy są pozbawieni hukou i z tego powodu stanowią swego rodzaju podklasę, bez uprawnień i przywilejów społecznych. /Warstwa "niewolnicza", źródło sukcesu klasy średniej, dlatego owa toleruje władzę Komunistycznej Partii - red./ W 1979 roku 83% chińskiej ludności żyło na wsi. W 2011 roku, po raz pierwszy w chińskiej historii, więcej ludzi mieszkało w miastach niż na wsi. Dzisiaj odsetek ludności miejskiej wynosi 57%, a władze chcą, aby do roku 2030 wzrósł do poziomu 70%. Hukou dopiero z opóźnieniem zaczyna podążać za tymi migracyjnymi procesami.

Drugi ze środków kontroli społecznej to instytucja tzw. komitetu blokowego, zwanego danwei, czyli rodzaj sołtysa, który każdego śledzi i donosi wyższym czynnikom. Za czasów Mao była to kontrola totalitarna, gdzie nie tylko bielizna, ale nawet kobiecy cykl miesiączkowy był własnością kolektywu. Dzisiaj dawny totalitaryzm polityczny zastąpiła kontrola finansowa i ideologia „mamonizmu”. Totalitaryzm polityczny zamienił się w pełną dominację pieniądza: tyle jesteś wart, ile tego pieniądza masz, nic innego się nie liczy. Pieniądz stał się jedyną wartością i miernikiem oceny danego człowieka.

Do tego dochodzi przymus technologiczny, coraz mocniej wkraczający w życie społeczne Chińczyków. Lubimy się przedstawiać jako liderzy w płatnościach bezgotówkowych, ale to Chiny są w tej dziedzinie prawdziwym prymusem. Nie mówiąc już o zaawansowanych systemach kontroli tego przepływu, które są własnością chińską, czyli wszystko zostaje pod kontrolą władzy.

klubjagiellonski.pl