czwartek, 13 lutego 2020


Handel rodzi zwycięzców i przegranych. W przypadku chińskiego szoku konsumenci amerykańscy skorzystali dzięki niższym cenom, natomiast niektórzy pracownicy w USA ponieśli straty. Jaki jest bilans tych tendencji? Powiązaliśmy dane dotyczące cen ze szczegółowymi danymi dotyczącymi rynku pracy, aby dokładnie porównać wpływ chińskiego szoku na zatrudnienie i ceny.

Zauważamy, że wzrost siły nabywczej konsumentów amerykańskich w całej gospodarce jest bardzo duży w porównaniu z zakłóceniami na rynku pracy. W szczególności handel z Chinami spowodował wzrost całkowitej siły nabywczej konsumentów amerykańskich o 411.464 dolarów na każde przeniesione miejsce pracy (przy czym średnia płaca roczna dla stanowisk w tych branżach wynosi 40.000 dol.). Wynik ten oznacza, że łączny zysk amerykańskich konsumentów dzięki niższym cenom jest wystarczająco wysoki, by wypłacić rekompensaty wszystkim pracownikom amerykańskim, którzy stracili pracę z powodu większej konkurencji z Chin w ich branżach.

Zrealizowanie w praktyce rekompensaty dla tych właśnie pracowników, którzy stracili pracę z powodu handlu, może przysporzyć trudności. Wymaga to od decydentów znalezienia i wdrożenia odpowiednich strategii redystrybucji zysków od zwycięzców do przegranych. Jednak nasze ustalenia wskazują na szerokie pole manewru dla przeprowadzenia takich transferów. Byłoby to na przykład możliwe do osiągnięcia poprzez szkolenia zawodowe, dodatki na przeprowadzkę lub zasiłki dochodowe w ramach programów federalnych takich jak Trade Adjustment Assistance.

obserwatorfinansowy.pl

„W 2018 roku świat konsumował 11.743 Mtoe (milionów ton oleju ekwiwalentnego – przyp. JW) w postaci gazu, węgla i ropy. Spalanie tych paliw emitowało do atmosfery 33,7 mld ton dwutlenku węgla. Jeśli chcemy zredukować te emisje do zera (pomijam tu tzw. technologie emisji negatywnych, które nie istnieją w pożądanej skali) powinniśmy znaleźć sposób na zaspokojenie potrzeb energetycznych rzędu 12.000 Mtoe (…). Do 1 stycznia 2050 roku pozostało ok. 11.000 dni. Żeby w tym czasie osiągnąć poziom neutralności klimatycznej, musimy codziennie dostarczać do konsumpcji ponad 1 Mtoe czystej energii, które zastępować będzie taką samą ilość energii pochodzącej z paliw kopalnych” – pisze Pielke.

Autor artykułu zaznacza, że powyższy model byłby właściwy w przypadku stagnacji światowego zapotrzebowania na energię. To jednak ma rosnąć. „Międzynarodowa Agencja Energii szacuje, że globalna konsumpcja energii będzie rosnąć rokrocznie o 1,25% aż do roku 2040. Ten poziom wzrostu oznacza, że świat będzie potrzebował dodatkowej ilości ok. 0,5 Mtoe dziennie do 2050 roku. Oznacza to, że osiągniecie neutralności klimatycznej będzie wymagać pozyskiwania 1,6 Mtoe czystej energii dziennie na przestrzeni najbliższych 30 lat” – wskazuje.

Żeby zobrazować ten proces, Pielke posłużył się przykładem elektrowni jądrowej Turkey Point na Florydzie. „Ilość energii wyprodukowanej przez tę jednostkę w ciągu roku to mniej więcej 1 Mtoe. Matematyka jest zatem prosta: żeby osiągnąć neutralność klimatyczną w 2050 roku, świat musi oddawać do użytku 3 elektrownie Turkey Point co dwa dni od jutra przez trzydzieści lat. W tym samym czasie należy zamykać jednostki o takiej samej sprawności zainstalowane w paliwach kopalnych” – twierdzi.

energetyka24.com

- Wracając do tematów energetycznych, pracował Pan w ministerstwie energetyki podczas trwania prac nad Nord Stream.

To się zaczęło jeszcze przed rozpoczęciem przeze mnie pracy w ministerstwie.

- W 1997 roku.

Tak. Gdy zacząłem pracę w ministerstwie, ta koncepcja już istniała. Ideologia obchodzenia państw tranzytowych pojawiła się w Gazpromie już w połowie lat 90-tych.

- Jak ją tłumaczono?

Wynikało to z myślenia tunelowego. Jest państwo, z którym nie udaje się nam porozumieć. Co zatem należy zrobić? Wydać mnóstwo pieniędzy na projekty, które pozwolą je obejść.

- Ma Pan na myśli Ukrainę?

To się zaczęło od Gruzji. Pierwszym projektem był Blue Stream przez Morze Czarne. Jego celem była budowa gazociągu bezpośrednio do Turcji, z pominięciem Gruzji. Z nią były wówczas problemy odnośnie porozumienia tranzytowego.

Z Ukrainą były pewne problemy, choć nie tak znaczące jak później, ale już wtedy przewidywano taką możliwość. Wówczas powstał projekt North-European Gas Pipeline. Na „Nord Stream” przemianowano go już za głębokiego Putina. Prace nad tym gazociągiem zaczęły się jednak jeszcze w połowie lat 90-tych.

Z tym projektem związana jest zabawna historia. Gdy odszedłem z rządu, wciąż doradzałem Germanowi Grefowi, który był ministrem ds. reform gospodarczych. Był rok 2004, mniej więcej wtedy, gdy Putin kandydował na drugą kadencję. Gref zaprosił mnie na spotkanie. Byli na nim obecni również dwaj zastępcy prezesa Gazpromu. Pierwszym z nich był Ananienkow, lobbujący za Nord Stream. Drugim był Jurij Komarow, późniejszy szef projektu sztokmańskiego, który odpowiadał za eksport.

Na zebraniu doszło do kłótni między nimi. Bardziej współcześnie myślący Komarow mówił tak: "Panowie, gazociągi przechodzą do historii. Teraz liczy się LNG. Gazociągi nie są elastyczne. Wybudujecie jeden, coś się z nim nie uda i trzeba będzie budować kolejny, obchodzący ten pierwszy. Dzisiaj macie problem z Ukrainą, a jutro będziecie mieli na przykład z Niemcami".

Rzeczywiście już teraz są problemy z Niemcami, ponieważ realizują oni zapisy III Pakietu Energetycznego i pełne wykorzystanie przedłużenia Nord Stream - OPAL - zostało zablokowane. Nie jest to bezpośrednio niemiecką decyzją polityczną, ale Niemcy, jako członek UE, zmuszone są do przestrzegania prawa unijnego. Jest to problem poważniejszy niż z Ukrainą - ona nam nigdy nie blokowała możliwości przesyłowych.

Dlatego ja również zawsze powtarzałem, że należy inwestować w LNG. Gazprom nie wybudował jeszcze ani jednego terminalu skraplającego.

- Robi to Novatek.

Tak. Te zakłady, które istnieją w Rosji, należą do prywatnych firm. Jeden z nich został wybudowany przez Shell z Japończykami, a Gazprom go później po prostu zabrał. Drugi wybudował Novatek.

Gazprom - olbrzymi gigant gazowy - nie wybudował jeszcze ani jednego terminalu skraplającego!

Ta polityka się nie opłaca i jest nieelastyczna z punktu widzenia rynku. Budowa tych gazociągów to idiotyczna polityka.

Trzeba jednak pamiętać, że oprócz geopolityki jest jeszcze czynnik ekonomiczny. Są ludzie, którzy bardzo dobrze na tym zarabiają. Są to koledzy Putina - Timczenko i Rotenberg. To oni budują te gazociągi.

energetyka24.com

- Niedawno chciałem powiesić szafkę na ścianie, prosta sprawa. Nie ma wiertarki, zadzwoniłem do lokalnej złotej rączki. Facet usłyszał adres, głęboko westchnął i podbił cenę o dwie dychy. Jak przyjechał, okazało się dlaczego. Nie wystarczyła wiertarka udarowa, musiał przywieźć młot udarowy. Potężny sprzęt, a i tak nieźle się namęczył - opowiada mi mieszkaniec Ursynowa, Adam.

(...)

Żona poprosiła mnie o powieszenie zegara, nic trudnego. Wyciągnąłem z szafy wiertarkę, którą kupiłem w markecie. 10 minut później miałem dziurę o głębokości pół centymetra, skrzywione wiertło i dymiącą z wysiłku wiertarkę. Smród na całą chałupę. Wielka płyta mnie pokonała, ale już wiem czemu. Spotkałem na dole sąsiada, który popatrzył na mnie jak na łosia - mówi nam Piotr Nikliński, mieszkaniec warszawskiej Chomiczówki.

- Wytłumaczył, że spora część sąsiadów to ludzie, którzy budowali nasze osiedle. A jak budowali dla siebie, to nieźle się postarali i bloki mają wytrzymałość bunkra - dodaje.

money.pl

A tymczasem Wrocław pod wodzą prezydenta Dutkiewicza „wychodzi z Rzeczypospolitej”. Dowody, zdaniem Brauna? Powołanie Centrum im. Willy’ego Brandta przy Uniwersytecie, Niemiec prof. Klaus Bachmann w lokalnej „Gazecie Wyborczej”, tablica upamiętniająca Fritza Habera, wrocławskiego noblistę z przedwojnia oraz „World Games”. W inauguracyjnej części imprezy wykonana zostaje pieśń, która zawiera słowa: „To będzie miasto równych ludzi. Nie niemieckie. Nie polskie. Nie żydowskie. Nie rosyjskie i nie ukraińskie”. Braun informuje prokuraturę. Ta jednak – najwyraźniej opanowana przez służby, mafie i loże – nie wszczyna śledztwa.

Miasto bowiem przejęła obca agentura. Już wrocławscy pierwsi osadnicy w 1945 roku to, zdaniem reżysera, zaufani „sowieciarze”. Sztaby tzw. Północnej Grupy Wojsk Armii Czerwonej, Legnica ze słynną „małą Moskwą”, Świdnica – miasto, z którego dowodzona była operacja „Dunaj”, tajny bunkier pod Oławą, gdzie miało znajdować się jedno z centrów dowodzenia III wojną światową, WSI, SB, KGB, STASI, BND i GRU oraz Putin w pobliskim Dreźnie: wszystko to według Brauna świadczy, że na Dolnym Śląsku „mamy więcej postsowieckiej agentury na kilometr kwadratowy niż w jakimkolwiek innym regionie Polski. Sowieci zawczasu układają sobie klocki”, twierdzi.

Zaczynają już od stanu wojennego – procesu selekcji do nowej władzy, zaś Dolny Śląsk „mógł być poletkiem doświadczalnym” polskiej transformacji ustrojowej. Braun nie może się nadziwić, skąd tyle karier z tego regionu: Stanisław Ciosek, Bogdan Zdrojewski, Władysław Frasyniuk, Rafał Dutkiewicz, Barbara Labuda, Beata Sawicka, Mirosław Chlebowski, Józef Pinior, Jerzy Szmajdziński, Ryszard Czarnecki, Kazimierz Ujazdowski, Adam Lipiński, wszyscy są w tej „szajce”. A na jej czele stoi ówczesny właściciel Radia Eska, WKS Śląsk i barów Pan Smak, funkcjonariusz służb wstawiony przez SB do Solidarności, demonicznie inteligentny – tak, tak! – Grzegorz Schetyna. Wszyscy robią kariery, tylko nie Braun. Wrocław to bowiem jego zdaniem „polski Wiedeń” gdzie spotykają się „mafie, służby i loże” Tymczasem Braun z nikim takim się nie spotyka, nie ma stałej pracy, czuje się gnębiony i prześladowany.

krytykapolityczna.pl

Jednak niechęć firm do podnoszenia cen może nie tylko przyczyniać się do niskiego poziomu inflacji, ale również być jego konsekwencją. Gdy znacząco z roku na rok rosną ceny wszystkiego, tak jak w latach 70. i 80. ubiegłego wieku, firmy mogą ustalać realne, skorygowane o inflację ceny swoich produktów, bez obaw, że zniechęci to nabywców. Jeśli cena kufla piwa wzrośnie o 5,5 proc. po wielu latach podwyżek o 5 proc., to klienci nie zaczną szukać innych pubów. Paradoksalnie mogłoby się tak stać po podwyżce o zaledwie 0,5 proc., następującej po wielu latach braku wzrostów cen. W ten sposób spadająca inflacja może zwiększać „lepkość” cen. Chcąc zrekompensować sobie brak możliwości podnoszenia cen, firmy znajdują inne sposoby przerzucania kosztów na nabywców, takie jak np. zmniejszanie rozmiaru produktów lub obniżanie ich jakości.

Ta sytuacja ma także wpływ na rynek pracy. Bardzo dobrze znane jest zjawisko lepkości płac, zwłaszcza jeśli chodzi o ich ewentualną obniżkę. W środowisku niskiej inflacji przedsiębiorstwa tracą możliwość obniżania wynagrodzeń pracowników poprzez ich podnoszenie w tempie niższym od stopy inflacji, co ma poważne konsekwencje makroekonomiczne. Ekonomiści przypisują zjawisku lepkości płac wzrost bezrobocia podczas recesji. W obliczu zmniejszonego popytu, firmy zmuszone do obniżki cen nie mogą obniżyć płac, aby utrzymać marżę zysku. Zamiast tego zmniejszają więc produkcję i zwalniają pracowników.

Prężne firmy mogą jednak sięgać po inne rozwiązania: mogą zrobić z zatrudnieniem to, co zrobiono z czekoladowym batonikiem. Niektóre przedsiębiorstwa redukują koszty poprzez zwiększenie wartości produkcji przypadającej na pracownika, często poprzez wymuszanie na pracownikach wzrostu wydajności pracy. Znamienne jest, że wielkość produkcji na pracownika spada zwykle w okresie ekspansji gospodarczej, a rośnie podczas kryzysów, co jest dokładnym przeciwieństwem prawidłowości obserwowanych 40 lat temu, w warunkach wysokiej inflacji. Firmy mogą reagować na presję rynku zmniejszając świadczenia pracownicze. Sieć supermarketów Asda ogłosiła niedawno plany znacznej redukcji uprawnień urlopowych swoich pracowników w Wielkiej Brytanii. Przedsiębiorstwa mogą też narzucać pracownikom mniej dogodne harmonogramy pracy. Badania opublikowane w 2017 roku wskazują, że możliwość dostosowania godzin pracy pracowników z tygodnia na tydzień jest warta co najmniej 20 proc. ich wynagrodzenia. Z drugiej strony, w okresach prosperity firmy często decydują się nagradzać pracowników przywilejami i jednorazowymi premiami, zamiast podwyżkami płac, które trudniej jest cofnąć w czasie spowolnienia.

obserwatorfinansowy.pl

poniedziałek, 10 lutego 2020


Po spotkaniu z Jeffreyem turecki minister obrony gen. Hulusi Akar stwierdził, że Turcja domaga się stworzenia w północnej Syrii, przy granicy z Turcją na wschód od Eufratu, „strefy bezpieczeństwa” o szerokości 30-40 km (w głąb Syrii) i długości ok. 440 km, która kontrolowana byłaby przez armię turecką, przy wsparciu protureckich rebeliantów syryjskich. Ponadto Turcy chcą również zająć znajdujący się na zachód od Eufratu region Manbidż.

(...)

SDF przedstawiło własną propozycję strefy bezpieczeństwa, która, jak poinformował Mazlum Abdi, została dostarczona Turkom za pośrednictwem Jamesa Jeffreya. Zakłada ona, że strefa będzie miała szerokość 5 km, a nie 30-40 km. Ze strefy zostałyby wycofane kurdyjskie oddziały YPG, które Turcja uznaje za „filię PKK” (przy czym ani Amerykanie ani Francja czy Wielka Brytania, które również wspierają SDF na  miejscu, nie podzielają takiej percepcji). Zostałyby one zastąpione przez „siły lokalne” wsparte przez siły międzynarodowe, jednakże z wykluczeniem ewentualnej obecności Turcji w ich składzie, ze względu na to że Turcja jest stroną konfliktu. Abdi dodał, że SDF może się zgodzić na obecność Turków w składzie takich sił międzynarodowych tylko pod warunkiem, że jednocześnie Turcja zgodzi się na powrót do domu mieszkańców okupowanego przez nią w Syrii kurdyjskiego regionu Afrin i opuszczenie ich przez protureckich rebeliantów syryjskich i osadników z innych części Syrii. Proces ten miałby być nadzorowany przez lokalne władze cywilne Afrin, przy międzynarodowych gwarancjach. Abdi zadeklarował też gotowość wycofania wszelkiego ciężkiego sprzętu wojskowego ze strefy bezpieczeństwa jeśli Turcja zobowiąże się do nieagresji. SDF wyklucza też możliwość obecności w strefie protureckich rebeliantów, którzy w Afrin wsławili się grabieżami i porwaniami dla okupu.

Obie koncepcje strefy bezpieczeństwa (SDF-u i Turcji) są nie do pogodzenia, gdyż przyświeca im zupełnie inna idea. Motywacja SDF jest klarowna: wprowadzenie sił międzynarodowych w strefie bezpieczeństwa oznaczałoby bezstronną kontrolę uniemożliwiającą ataki i prowokacje z obu stron granicy. Turcja twierdzi, że stworzenie takiej strefy jest niezbędne dla jej bezpieczeństwa ze względu na rzekome zagrożenie ze strony PKK, która miałaby ją atakować ze strony syryjskiej. Dotychczas jednak do żadnych takich ataków nie dochodziło (pomijając oczywiste prowokacje tureckie takie jak wystrzelenie pocisku w kierunku Turcji z terytorium NES w trakcie wizyty McKenziego – sprawcy tej prowokacji zostali zresztą natychmiast aresztowani przez SDF). Wręcz przeciwnie, to tureccy żołnierze regularnie ostrzeliwują tereny NES (w ostatnim takim incydencie 31 lipca od kuli tureckiego snajpera zginął 14letni Kurd). Agenci tureccy dokonują również zamachów na terenie NES. I dlatego taka strefa byłaby przede wszystkim w interesie SDF gdyż nie tylko wytrąciłaby z rąk Turcji argumenty o rzekomym zagrożeniu ale również chroniłaby mieszkańców NES przed tureckimi prowokacjami.

Odrzucenie tej propozycji przez Turcję pokazuje natomiast, że Turcji nie chodzi o ochronę przed rzekomym zagrożeniem ataków terrorystycznych z terytorium Syrii. W istocie Turcja dąży do aneksji Syrii Płn. po to by z terenów tych wygnać miejscową ludność (zwłaszcza kurdyjską) i osiedlić na niej przebywających w Turcji syryjskich uchodźców z innych części Syrii (uchodźcy z terenów kontrolowanych przez SDF nie mają żadnych problemów jeśli chcą wrócić i większość z nich dawno to zrobiła). Taki scenariusz na mniejszą skalę został już zrealizowany w Afrin. Ponadto w całej tureckiej strefie okupacyjnej następuje systematyczne wprowadzanie tureckiej administracji i turkifikacja szkolnictwa. „Strefa bezpieczeństwa” według tureckiej koncepcji ma zatem przede wszystkim oddzielić tereny zamieszkane przez Kurdów w Syrii i Turcji przez stworzenie arabskiego pasa buforowego. Ludność w tym buforze zależna byłaby bardzo mocno od Turcji, a jej naturalnym wrogiem byliby Kurdowie (których mieszkania i ziemię zajęliby przecież właśnie ci nowi mieszkańcy). Podlegałaby też stopniowej turkifikacji, która mogłaby stanowić wstęp do formalnej aneksji (tak jak miało to miejsce w 1939 r. z sandżakiem Aleksandrietty). Jednocześnie pozbycie się Syryjczyków z terytorium Turcji byłoby spełnieniem oczekiwań znacznej części tureckiej opinii publicznej.

defence24.pl

Nastroje gospodarcze na świecie ulegają gwałtownym wahaniom, a okresy głębokiego niepokoju przeplatają się z falami optymizmu. Czasami trudno jest nadążyć za tymi zmianami. The Economist w latach 2015 i 2018 ostrzegał czytelników by przygotowali się na „kolejną recesję”, z przerwą w 2017 r., kiedy to wychwalał „zaskakujący rozwój światowej gospodarki”. Ostatnio okresy niepokoju i nadziei wydają się trwać coraz krócej.

Rynki rozpoczęły 2019 r. od wzrostów, a następnie pogrążyły się w niepokoju, po czym zaczęły ponownie rosnąć w ostatnich tygodniach. Istnieje pokusa, aby interpretować te gwałtowne wahania nastrojów jako nieudolne próby odnalezienia właściwej narracji pośród szumu informacyjnego.

Jednakże towarzyszą im bardzo realne wahania gospodarcze. Tempo wzrostu wymiany handlowej spadło w 2015 r., następnie zanotowało odbicie i obecnie wyhamowuje. Jak pokazują wskaźniki PMI, globalna produkcja reagowała na rynkowe zawirowania, spadając w 2015 r. i rosnąc w 2017 r., zanim ponownie spadła w tym roku do poziomów nienotowanych od czasów kryzysu w strefie euro. Wahania nastrojów nie są więc skutkiem szumu informacyjnego. Odzwierciedlają one wysiłki inwestorów próbujących zorientować się, jak będzie wyglądała równowaga, która wyłoni się ze wzburzonej światowej gospodarki.

Można by przypuszczać, że taka niepewność będzie normą. Światowa gospodarka, choć mocno zintegrowana, nie ma scentralizowanej, stabilizującej instytucji, takiej jak ministerstwo skarbu czy bank centralny.

obserwatorfinansowy.pl

niedziela, 9 lutego 2020


Z grubsza rzecz biorąc na świecie postrzega się relacje rosyjsko-chińskie na trzy sposoby. Po pierwsze, tak, jak w Rosji i Chinach - przez pryzmat „oficjalnego optymizmu”. Według tej optyki stosunki rosyjsko-chińskie są najlepsze w historii, Moskwa i Pekin zostawiły za sobą dawne spory i zbudowały model relacji będący wzorem dla innych mocarstw. Do tej oficjalnej narracji wkradną się czasem jakieś głosy rozbieżne, ujawnią się jakieś rosyjskie lęki, bądź chiński wielkomocarstwowy szowinizm. Ale to margines. Nawet pozwalający sobie na pewną krytykę swoich władz „niezależni eksperci” (cudzysłów celowy, bo w Rosji i Chinach bycie niezależnych ekspertem to funkcja, nie wybór) tacy jak Dmitri Trenin czy Fu Yin przyznają, że stan relacji Moskwy z Pekinem jest dobry.

Zupełnie inaczej patrzą na to na Zachodzie. Tam dominuje spojrzenie najlepiej uchwycone przez byłego australijskiego dyplomatę (pochodzenia chińskiego) Bobo Lo w książce The Axis of Convenience (i powtarzane w kolejnych tekstach). Według niego relacje rosyjsko-chińskie są cyniczne i oportunistyczne. Oparte na zasadzie „żyj blisko z przyjaciółmi i jeszcze bliżej z wrogami”. Przez to płytkie – stąd tytułowa „oś wygody”. Siłą niepartnerskiego związku Moskwy i Pekinu jest „antyrelacja” wobec USA. To powoduje, według tej narracji, ograniczenia i podatność na zmienne koleje losów relacji rosyjsko-amerykańskich i chińsko-amerykańskich.

Trzeba uczciwie przyznać, że ta wizja, filozoficznie wywodząca się z realizmu politycznego, ma solidne postawy. Zarówno Rosja, jak i Chiny politycznie nie mają złudzeń, nie wierzą w ideały ani postęp ludzkości w „cywilizowaniu” stosunków międzynarodowych. Według nich światem powinny rządzić mocarstwa wzajemnie szanujące własną suwerenność, strefy wpływów i nie ingerujące w swoje wewnętrzne sprawy (za to w sprawy pomniejszych państw – jak najbardziej). Mocarstwa będą dzięki temu równoważyć się wzajemnie, niczym w XIX-wiecznym bismarckowskim koncercie, co jest znacznie lepszym pomysłem na trwały pokój niż próby ujednolicenia świata poprzez narzucenie mu wspólnych demokratycznych wartości. Rzecz jasna inny jest realizm polityczny w Rosji („hobbesowski realizm”, z absolutnym prymatem siły – wszak „człowiek człowiekowi wilkiem” – oparty na leninowskiej zasadzie „kto kogo”), a inny w Chinach („moralny realizm”, z akcentem na moralne przywództwo mające poprzez dobry przykład przywrócić odpowiednią hierarchię – z Chinami na czele – stosunkom międzynarodowym i przez to zbudować trwałą światową harmonię).

Lecz co do zasady Rosja i Chiny się zgadzają: nie ma uniwersalnych zasad, mocarstwa są wobec innych „równiejsze”, a hegemonia amerykańska jest anomalią i już dawno powinna się skończyć.

Z tych wszystkich względów patrzenie na Rosję i Chiny przez pryzmat realizmu politycznego (w tym nurcie mieście się ostatnio modna intelektualnie geopolityka, będąca de facto zwulgaryzowaną wersją realizmu politycznego) jest tak popularne, by nie powiedzieć: naturalne. I ma sens. Ale ma też ograniczenia. Stricte realistyczne spojrzenie nie tłumaczy dlaczego Rosja i Chiny jeszcze nie rzuciły się sobie do gardeł. Czemu Rosja po kryzysie 2008 r. zbliżyła się do Chin, zamiast się od nich oddalić. Ani dlaczego do „odwróconego manewru Nixona” jakoś nie dochodzi.

Właśnie tu pojawia się trzecia szkoła patrzenia na relacje rosyjsko-chińskie: konstruktywistyczna. Opiera się ona na założeniu, że patrząc na politykę państwa, trzeba starać się zrozumieć interesy elit politycznych, a nie operować tak abstrakcyjnymi pojęciami jak „interes narodowy”. W państwach typu Rosja elity polityczne prędzej postąpią wbrew interesom państwa, niż zaryzykują naruszenie swoich kolektywnych interesów, a już tym bardziej – utratę władzy (co często równa się pozbawieniu majątku, a być może nawet życia).

A putinowska ekipa, po dekadzie wahania, uznały China za partnera bezpiecznego, który co prawda jest trudny w negocjacjach biznesowych, ale władzy czekistów nie obali, a i da zarobić jednemu czy drugiemu czynownikowi (Giennadijowi Timczencę, Igorowi Sieczinowi czy Dmitrijowi Rogozinowi na przykład).

Słowem: Chińczycy zdołali przekonać nieufne z zasady rosyjskie elity, że im nie zagrażają. Uczynili to dzięki cnocie powściągliwości: Chiny zyskują na relacjach z Rosją znacznie więcej niż vice versa – to „asymetryczne win-win” – ale nie wyzyskują tego, by zmuszać Rosję do ustępstw politycznych. Wolą nie drażnić niedźwiedzia. Ten układ nie jest idealny dla Rosji, ale jest do przyjęcia. To właśnie dlatego Kreml nolens volens pogodził się z chińską przewagą i postanowił ugrać na chińskich warunkach tyle ile się da. Widać to w kilku obszarach.

klubjagiellonski.pl

Zmiana stosunku do ChRL w amerykańskiej polityce zaczęła następować po tzw. trzecim kryzysie tajwańskim (1995-1996). Był to proces powolny, ewolucyjny i niezauważony przez wielu. Jego przejawem był m.in. tzw. Incydent Hainan z 2001 r., kiedy doszło do kolizji chińskiego myśliwca i amerykańskiego samolotu szpiegowskiego. Zwrot przeciwko ChRL został na pewien okres wyhamowany przez „11 września”, lecz w 2005 r., mimo trwającej wojny z terroryzmem, doszło do relokacji poważnych sił Marynarki Wojennej USA na Pacyfik. W 2008 r. Waszyngton dołączył do rozmów na temat Partnerstwa Transpacyficznego (Trans-Pacific Partnership, TPP), które pod jego wpływem stało się projektem nakierowanym na gospodarczą izolację ChRL. Wreszcie w 2012 r. Barack Obama zainicjował „zwrot ku Azji” (Asia Pivot) w polityce zagranicznej, co było jasną deklaracją, że USA nie będzie się biernie przyglądać chińskim ambicjom.

Chiński establishment obserwował te działania z niepokojem i na przestrzeni lat podejmował kontrdziałania – rozbudował marynarkę wojenną i zawarł szereg umów handlowych z państwami regionu. Mimo to polityka Donalda Trumpa, obejmująca drastyczną zmianę nastawienia amerykańskich elit do ChRL i wybuch wojny handlowej, zaskoczyła chińskich przywódców. Wynikało to w dużej mierze z przekonania, że USA słabnie, a entropia amerykańskiego systemu politycznego spowoduje, że Waszyngton nie będzie miał sił i możliwości, aby wdrożyć skuteczną politykę powstrzymania wzrostu ChRL. Duży wpływ na taką ocenę miał też fakt, że wiele agresywnych działań Rosji na przestrzeni lat spotkało się z minimalną reakcją Zachodu. Ogólnie uznano amerykańskie inicjatywy w Azji za przeszkodę, ale w dłuższej perspektywie niezdolne do zatrzymania trendu.

Co więcej, pomijając antychińską retorykę w okresie kampanii wyborczej, początek prezydentury Trumpa wydawał się korzystny dla Chin. Prezydent, niechętny umowom o wolnym handlu, podjął decyzję o wystąpieniu z TPP. W połączeniu z niekorzystnym wizerunkiem medialnym Trumpa wpisywało się to w akceptowaną przez chińskie elity narrację o „zmierzchu Zachodu”.

Jeszcze w pierwszej połowie 2018 r. uważano, że Trump zadowoli się zwiększeniem zakupu w Stanach Zjednoczonych takich produktów jak kukurydza, soja czy skroplony gaz, dlatego szybkość i agresywność działań administracji amerykańskiej, a przede wszystkim daleko idące żądania realnego zaprzestania nieuczciwych praktyk handlowych, były prawdziwym szokiem dla chińskiego establishmentu.

klubjagiellonski.pl

Elita jako całość, jako grupa wyraźnie odseparowana od reszty społeczeństwa, widzi w Zachodzie, a przede wszystkim w Stanach Zjednoczonych, zagrożenie lub w najlepszym razie wyzwanie dla KPCh i stworzonego przez nią państwa. W tym samym czasie dla indywidualnych członków establishmentu Zachód stanowi „bezpieczną przystań”, w której mogą ulokować kapitał i członków rodziny na wypadek, gdyby odwrócił się los i znaleźli się po przegranej stronie kolejnej intrygi. Dotyczy to osób zarówno ze średniego szczebla hierarchii partyjnej, jak i samych szczytów aparatu, których majątki ulokowane za granicą zostały ujawnione przy okazji publikacji tzw. Panama Papers.

Od końca lat 90. narastało wśród chińskich elit przekonanie, że Zachód przeżywa kryzys, a stopniowy wzrost ChRL jest nieunikniony i wynika ze swoistej „konieczności dziejowej”. Kulminacyjnym punktem był kryzys finansowy w 2007 r. – do tego momentu chińskie elity en mass uważały Zachód za agresywny i wrogi stworzonemu przez nie systemowi, ale zarazem kompetentny, mający przewagę. Kryzys spowodował ewolucję postrzegania relacji z Zachodem. Zaczęto również dostrzegać jego słabości.

Establishment przeszedł z postawy defensywnej na asertywną, a wręcz ofensywną, która charakteryzuje się przekonaniem, że KPCh stworzyła alternatywny wobec Zachodu model modernizacji. Pojawiły się nawet głosy, że z pewnymi modyfikacjami może być on wzorem dla innych państw rozwijających się, zdecydowanie lepszym od zachodniej demokracji. Towarzyszyła temu rosnąca duma z bezdyskusyjnych sukcesów ChRL, tj. rozwoju gospodarczego, wydźwignięcia z biedy setek milionów ludzi, zachowania stabilności wewnętrznej. Choć ostatnie z nich zostało osiągnięte brutalnymi metodami, nie stanowi dla elity dylematu moralnego, postrzegane jest jako niezbędna konieczność rozwoju i modernizacji.

klubjagiellonski.pl