piątek, 31 stycznia 2020


Kim właściwie są Bracia Muzułmanie? Żeby odpowiedzieć na to pytanie, trzeba się cofnąć w czasie do 1928 roku w Ismailii, gdzie Hasan al-Banna, egipski działacz religijny, powołał do życia organizację, której celem było przygotowanie gruntu pod stworzenie nowego, prawdziwie muzułmańskiego społeczeństwa. Bracia nie nawoływali jednak do rewolucji. Spokojnie, bez pośpiechu wzywali do tworzenia lepszych muzułmańskich rodzin, lepszego muzułmańskiego społeczeństwa, by wreszcie w rezultacie – kiedyś, w przyszłości – powstało państwo funkcjonujące na podstawie Koranu i szariatu. – Bractwo ma reformatorską, a nie rewolucyjną naturę. Nie chce władzy tylko po to, by ją mieć. Chce jej jako środka, który pozwoliłby zaprowadzić szariat – mówił al-Banna.

W latach 40. Bracia stanowili masowy i wpływowy ruch. Członkami organizacji według różnych szacunków było od pięciuset tysięcy do miliona Egipcjan – a pamiętać trzeba, że Egipt liczył sobie wówczas zaledwie 18 milionów ludności. Popularność Braci wynikała z faktu, że jako jedna z nielicznych w tamtym czasie organizacji dbali o interesy zwykłych ludzi – zakładali szkoły i szpitale, fabryki, organizacje charytatywne. Ich działalność można pod tym względem porównać do tego, co robi libański Hezbollah – z tą różnicą, że aspiracją al-Banny nigdy nie było stworzenie partii politycznej sensu stricto.

Problemy zaczęły się, kiedy w ramach organizacji powstało aktywne skrzydło paramilitarne. Choć nigdy nie należało to do oficjalnej agendy stowarzyszenia, a kierownictwo nie pochwalało stosowania przemocy, od lat 40. XX wieku członkowie Braci angażowali się w wiele aktów przemocy i terroru, w tym zabójstwo pierwszego premiera Egiptu Mahmuda Nakrasziego. Poskutkowało to delegalizacją organizacji w 1948 roku i zleceniem zabójstwa al-Banny rok później.

Śmierć lidera nie położyła jednak kresu istnieniu organizacji. Kiedy al-Banna umierał w Kairze, w szpitalu w Waszyngtonie oczekiwał na operację usunięcia migdałków Sajjid Kutb. Ten filozof i dziennikarz, którzy przebywał w USA na stypendium egipskiego rządu, znał lidera Braci i jego dokonania. Byli rówieśnikami, obaj uczęszczali też – choć w różnym czasie – do kolegium nauczycielskiego Dar al-Ulum (Ziemia wiedzy) w Kairze. Choć wizja politycznego islamu, jaką reprezentowała organizacja al-Banny, była Kutbowi bliska, całe życie trzymał się od Braci z daleka. Zaszły jednak dwie zmiany – śmierć intelektualnego rywala otworzyła mu drzwi do wstąpienia w szeregi stowarzyszenia, a doświadczenie życia w Ameryce, wbrew temu, czego można by się spodziewać, wpłynęło na znaczną radykalizację jego poglądów.

Z dzienników Kutba i jego listów do przyjaciół wynika, że liberalne amerykańskie społeczeństwo raziło go pod wieloma względami. Solą w oku była mu swoboda seksualna i skupienie na wartościach materialnych. Nie odpowiadały mu nawet amerykańskie gusta i smaki oraz zbyt duży luz. „Jestem w restauracji – pisał do przyjaciela w Kairze – i na wprost mnie siedzi młody Amerykanin. Na koszuli zamiast krawata ma obrazek z pomarańczową hieną, a na jego plecach, które powinna okrywać kamizelka, widnieje grafitowy rysunek przedstawiający słonia. Oto tutejszy gust i dobór kolorów. A muzyka?! Zostawmy to na później”.

Sprzeciwiając się brytyjskiej dominacji nad Egiptem, Bracia rozpoczęli współpracę z Ruchem Wolnych Oficerów. Ta wojskowa junta, której przewodził charyzmatyczny młody pułkownik Gamal Abdel Naser, w 1952 roku dokonała przewrotu i obaliła króla Faruka. Po raz pierwszy od ponad dwóch tysięcy lat Egiptem zaczęli rządzić Egipcjanie. Wkrótce jednak się okazało, że wizje Braci i Wolnych Oficerów są w wielu punktach zbyt rozbieżne. Egipt Nasera miał być państwem nowoczesnym, egalitarnym i świeckim, co nie pokrywało się z wyobrażeniami Braci o islamskiej teokracji. Jak pisze Lawrence Wright w fenomenalnym reportażu Wyniosłe wieże. Al-Kaida i atak na Amerykę, spór zaczął się w istocie sprowadzać do pytania, czy społeczeństwo egipskie powinno mieć charakter militarny czy też religijny.

Kutb wrócił do Egiptu w 1951 roku jako autor wydanego podczas jego pobytu w USA dzieła Sprawiedliwość społeczna w islamie, które ugruntowało jego pozycję muzułmańskiego myśliciela. Wstąpił w szeregi Braci Muzułmanów, zostając jednym z ich najbardziej radykalnych ideologów. Początkowo często spotykał się z Naserem, który oferował mu wysokie posady państwowe. Kutb jednak zdecydowanie odrzucał świecki nacjonalizm, jaki reprezentował Naser, i coraz mocniej angażował się w działania Braci, zmierzających ku otwartemu starciu z Naserem.

Konflikt stopniowo eskalował, aż 26 października 1954 roku podczas wiecu Nasera w Aleksandrii jeden z członków Braci oddał w jego kierunku strzały. Żadna z kul nie dosięgła prezydenta, nieudany zamach zapewnił mu za to popularność, jaką nie cieszył się nigdy wcześniej. Naser odsunął Braci Muzułmanów od udziału w rządzeniu państwem, a setki członków organizacji – na czele z Sajjidem Kutbem – wtrącił do więzień. Sześciu spiskowców od razu powieszono, tysiące zesłano do obozów. Mimo to grupa nadal funkcjonowała w świadomości egipskiego społeczeństwa jako populistyczna alternatywa dla reżimu wojskowych, który nie miał nic wspólnego z zapowiadanym państwem opiekuńczym, a w dodatku raz po raz ponosił porażki militarne w potyczkach z Izraelem.

W 1966 roku Kutba i 42 osoby działające pod jego przywództwem postawiono przed sądem. Po trzymiesięcznym procesie ideologa skazano na karę śmierci. Podstawą do skazania była cienka książeczka, którą udało mu się napisać w więzieniu i z pomocą współpracowników wyeksportować na zewnątrz. Kierunkowskazy, zbiór antyzachodnich haseł, komentarzy do islamu, historii świata arabskiego i aktualnej sytuacji w Egipcie, cieszyły się swego czasu wielką popularnością wśród książąt dżihadu na całym świecie. Zaczytywali się w nich m.in. Osama bin Laden i palestyńscy bojownicy. Kutb przyjął wyrok ze spokojem. „Bogu niech będą dzięki – miał oświadczyć. – Przez piętnaście lat prowadziłem dżihad, aż w końcu zasłużyłem na męczeńską śmierć”.

Po śmierci Nasera w 1970 roku obowiązki prezydenta objął, zgodnie z konstytucją, dotychczasowy wiceprezydent Anwar as-Sadat. Ten wykonał ukłon w stronę Braci, doprowadzając do przyjęcia nowej konstytucji z wyraźnymi islamskimi akcentami – szariat został w niej wskazany jako jedno ze źródeł prawa. Kazał także usunąć wartę honorową sprzed mauzoleum Nasera, co stanowiło dla Braci słodką chwilę triumfu. Gest prezydenta okazał się jednak niewystarczający. W 1979 roku, po podpisaniu porozumienia z Izraelem w Camp David, radykalni islamiści oskarżyli prezydenta o zdradę. Nie pomogły wymierzone w nich zmasowane represje – trzy miesiące po podpisaniu traktatu Sadat zginął w zamachu z ręki członka Egipskiego Dżihadu. Władzę w kraju znów objął wiceprezydent – marszałek sił powietrznych Hosni Mubarak.

Rządy Mubaraka, po Naserze i Sadacie, to trzeci akt tego samego dramatu. Jedną z pierwszych decyzji nowego prezydenta było wprowadzenie stanu wyjątkowego, który trwał nieprzerwanie przez cały okres jego rządów. Początkowo prezydent stosował ostre represje, zbiorowe aresztowania i tortury, których ofiarami byli członkowie organizacji islamskich, w tym Braci Muzułmanów i ich różnorakich odłamów.

Złagodził jednak linię, gdy się okazało, że działania te nie przynoszą spodziewanych rezultatów. W 1984 roku Mubarak ponownie zalegalizował działalność Braci, ale tylko jako organizacji religijnej i dobroczynnej. Skutecznie posługiwał się nią jednak jako straszakiem w relacjach ze Stanami Zjednoczonymi i Izraelem. Egipt, przywołujący widmo irańskiej rewolucji z 1979 roku oraz będący gwarantem „zimnego pokoju” w regionie dzięki układowi z Izraelem, przez cały okres rządów Mubaraka był odbiorcą gigantycznej pomocy wojskowej od Stanów Zjednoczonych. Miliardy dolarów z Białego Domu były jednym z silnych fundamentów egipskiej dyktatury.

Drugim, wewnętrznym fundamentem była niepisana umowa między państwem a społeczeństwem. W zamian za niezłe warunki życia, jakie zapewniał Egipcjanom reżim, przymykali oko na jego autorytarne zapędy. W miarę jednak jak państwo przestawało wypełniać swoją część zobowiązania, zmagając się ze złożonymi problemami gospodarczymi i znacząco ograniczając subsydia, zanikać zaczęła jego legitymacja. Rząd coraz częściej musiał się uciekać do przemocy. Rosnące niezadowolenie społeczne starali się umiejętnie kanalizować Bracia, którzy w 2005 roku uzyskali rekordową liczbę miejsc w egipskim parlamencie.

krytykapolityczna.pl

Przedsiębiorstwo to jest największą platformą handlową Europy, z obrotem dwukrotnie większym, niż wykazuje dwudziestu kolejnych konkurentów łącznie. Kiedy jego prezes zarabiał w 2017 roku 2,16 miliona dolarów na godzinę, jego pracownicy mieli być wdzięczni za ustawową płacę minimalną, która w Unii Europejskiej wynosi od 1,42 do 11,27 euro za godzinę.

W 2017 roku Amazon miał globalny obrót wielkości około 210 miliardów euro, o 31 procent więcej niż rok wcześniej. Firma zatrudnia na całym świecie ponad 600 tysięcy pracownic i pracowników. Z kapitalizacją na poziomie ponad 730 miliardów euro należy do najbardziej wartościowych spółek notowanych na giełdzie. Zysk przedsiębiorstwa wyniósł około 11 miliardów euro, ale za sprawą układu z luksemburskim nadzorem finansowym w latach 2003–2014 Amazon nie płacił podatków od 75 procent swego obrotu.

Na dłuższą metę ekonomia platformowa zagraża stabilności oraz stanowi budżetów państw, w których koncerny faktycznie zarabiają pieniądze, ale nie płacą podatków. 

(...)

Amazon generuje obroty na cztery sposoby: jako jeden z największych sklepów internetowych, jako organizator zdecydowanie największego rynku online dla stron trzecich, jako jeden z największych oferentów usług sieciowych oraz jako dostawca zamówionych towarów. W przypadku niektórych grup produktów koncern jest tak silny, że niezależni sprzedawcy zdani są na rynek Amazona, aby w ogóle móc dotrzeć do klientów. Wiele wskazuje na to, że Amazon stosuje rozmaite strategie, aby samą swą rynkową siłą wypierać innych z rynku, np. przez oferowanie kopii produktów czy zaniżanie cen.

Sprzedawcy stawiają jednak opór. W efekcie licznych skarg toczy się obecnie kilka postępowań przeciw Amazonowi w sprawie konkurencji. Niemiecki Urząd Antymonopolowy już w 2018 roku otworzył postępowanie w sprawie takich nadużyć, a rok później poszedł w jego ślady austriacki Federalny Urząd Konkurencji. Jak jednak mają się sprawy z zatrudnionymi w firmie?

Gwałtowny wzrost Amazona dokonuje się kosztem pracowników oraz systemów zabezpieczenia społecznego w krajach, gdzie funkcjonuje. Według raportów międzynarodowej organizacji zrzeszającej związki zawodowe sektora usług, UNI Global Union, strategia koncernu opiera się na brutalnej pracy na akord, wykonywanej pod stałą kontrolą z zastosowaniem najnowocześniejszych technik nadzoru. W czasie 10-godzinnej zmiany zatrudnieni przechodzą od 16 do 20 kilometrów i przenoszą łącznie 50 ton kartonów dziennie. Oczekuje się od nich, że w ciągu godziny odprawią 300 paczek; przerwy w pracy często ledwie starczają na wyjście do toalety. W ciągu trzech lat wskutek wypadków lub przeciążenia pracą tylko w jednym zakładzie Amazona 600 razy wzywano karetki pogotowia. 87 procent zatrudnionych odczuwało trwałe bóle spowodowane wykonywanymi w pracy czynnościami.

(...)

Im większa jednak siła rynkowa przedsiębiorstwa, tym łatwiej mu wymuszać własne (nieuczciwe) warunki na kontrahentach. Dlatego Traktat o funkcjonowaniu Unii Europejskiej przewiduje zakaz nadużywania dominującej pozycji na rynku. To dość oczywiste, że Amazon ze względu na swą potrójną funkcję – rynku obrotu, sprzedawcy i dostawcy – ma dominującą pozycję, a w handlu internetowym jego udział w rynku wynosi już ponad 50 procent. Przez efekt sieciowy oraz przewagę skali firma winduje swą pozycję jeszcze bardziej i wypiera konkurentów wedle reguły „zwycięzca bierze wszystko”. To oczywiście fatalny trend z punktu widzenia pozostałych uczestników rynku, jak również osób zatrudnionych w tej firmie. Dzięki pozycji monopolisty łatwo jest Amazonowi łamać strajki na rzecz przyzwoitych płac przez wynajem pracowników agencyjnych lub przenoszenie zakładów do innych państw członkowskich UE, gdzie płaca minimalna jest niższa.

krytykapolityczna.pl

Nie jest tajemnicą, że od wielu lat wielki biznes nie ma najlepszej prasy. Badania pokazują, że młodzi ludzie na całym niemal świecie są raczej anty-kapitalistycznie nastawieni, a duże korporacje traktują często jako zło wcielone. Nawet w USA – kolebce kapitalizmu korporacyjnego – badania naukowców z Harvard University pokazały, że tylko 42 proc. osób w wieku od 19 do 29 lat popiera kapitalizm (51 proc. go nie popiera). Z ankiety instytutu Gallupa przeprowadzonej wśród Amerykanów w 2016 r. wynika, że wielkie korporacje nie cieszą się zaufaniem społecznym – gorzej niż one postrzegany jest jedynie Kongres (stąd zapewne wielka popularność amerykańskiego serialu z gatunku dramatu politycznego „House of Cards”). Obserwując wypowiedzi i zachowania niektórych naukowców, można dojść do wniosku, że na uniwersytetach rozpoczęła się – i to już dawno – pełzająca marksistowska rewolucja.

Wiele śmiałości pokazał więc znany amerykański ekonomista i publicysta, profesor George Mason University Tyler Cowen, publikując „Big Business: A Love Letter to an American Anti-Hero” (St. Martin’s Press, 2019). Jak sam pisze we wstępie: „Biznes stał się niedoceniany. Napisałem więc książkę na pierwszy rzut oka kontrariańską, która wcale taką w istocie rzeczy nie jest. […] Biznes produkuje większość rzeczy i usług, które wszyscy konsumujemy. Poza tym daje nam pracę. Bez wielkiego prywatnego biznesu nie mielibyśmy statków, pociągów, samochodów, elektryczności, wielu produktów spożywczych, wielu leków, telefonów, książek i wielu, wielu innych przydatnych rzeczy oraz usług.”

Zdaniem autora „Big Business”, za spaczony obraz wielkiego biznesu odpowiedzialne są głównie media. „Chodzi o to, że media – nie tylko telewizja, ale także blogi czy media społecznościowe – prezentują głównie ciemną stronę rzeczywistości korporacyjnej. Skandale korupcyjne, seksualne czy wszelkiego innego rodzaju – ostatnio ich synonimem stały się nazwy takich firm, jak Theranos, Volkswagen czy Wells Fargo – to jest to, o czym słyszy odbiorca mediów. Nie słyszy on natomiast o wielkich sukcesach prywatnych firm. A takich nie brakuje. Największym z nich jest to, że codziennie pomagają one podnosić poziom życia nas wszystkich. […] Nawet tak wybitni publicyści jak na przykład Rana Foroohar nie unikają pejoratywnych określeń odnośnie takich przedsiębiorstw, jak Google, Amazon, Apple czy Facebook. Tymczasem te korporacje Big Tech zaoferowały całemu światu rewolucyjne rozwiązania za śmieszną wręcz cenę, która czasami wynosi zero” – zwraca uwagę prof. Cowen. I dodaje, że wielce niepokojące jest pojawienie się i wzrost popularności takich jawnie anty-kapitalistycznych mediów, jak „The Jacobin”.

Według Tylera Cowena wielki biznes nie tylko dostarcza rzeczy materialnych, czy związanych z ogólnie i szeroko pojmowaną sferą profanum, ale także propaguje szlachetne wartości. Zdaniem autora „Big Business” nie ma rozwoju wielkich korporacji bez właściwej jakości zarządzania. A nie ma zarządzania na poziomie bez zaufania. „Zaufanie pozwala na decentralizację procesu decyzyjnego. Dzięki temu menedżerowie stojący na szczycie korporacyjnej hierarchii nie stają się hamulcowymi. Firma oparta na zaufaniu może rozwijać się szybko i być bardzo fleksybilna” – wskazuje profesor George Mason University.

Mało tego. Prof. Cowen uważa, że wielki biznes przyczynia się pośrednio do upowszechniania się takich wartości, jak miłość, przyjaźń czy kreatywność. „Firmy takie jak McDonald’s, General Electric czy Procter & Gamble wprowadziły wspólną opiekę zdrowotną dla par jednopłciowych wiele lat przed tym, jak Sąd Najwyższy zalegalizował małżeństwa homoseksualne. Z kolei Apple, Pfizer czy Microsoft opowiadały się za prawami osób transpłciowych. Wielki biznes nie chce, by jakakolwiek grupa osób była dyskryminowana. Chęć maksymalizacji zysku w czasach social media powoduje, że korporacje muszą być wzorem inkluzywności i tolerancji” – stwierdza autor „Big Business”. Poza tym, jak wskazuje prof. Cowen, korporacje dają ludziom okazję do interakcji z innymi ludźmi o podobnych poglądach, inteligencji, umiejętnościach czy kodzie kulturowym. „Połowa Amerykanów przyznaje, że ma w pracy serdecznych przyjaciół” – podkreśla naukowiec.

Prof. Cowen uważa, że amerykańskie wielkie korporacje były i są szczególnie efektywne na tle konkurencji z innych regionów świata głównie dzięki mechanizmowi „kreatywnej destrukcji”. Chodzi o to, że w USA gra jest ostra – najsłabsi szybko wypadają z rynku, brutalnie weryfikowani przez bezwzględnych klientów, nie znajdując oparcia w państwie. Inną zaletą amerykańskiego kapitalizmu jest – według Cowena – umiejętne kierowanie strumieniem najzdolniejszej siły roboczej. „Ameryka jest wyjątkowo dobra w łączeniu talentów i wyciskaniu z nich maksa, dla dobra firm i dla dobra klientów tychże firm” – uważa naukowiec.

/xDDD - red./

obserwatorfinansowy.pl

William H. Dow, Anna Godoy, Christopher A. Lowenstein i Michael Reich przygotowali pracę „Can Economic Policies Reduce Deaths of Despair?” (Czy polityka ekonomiczna może redukować liczbę tragicznych śmierci?). Autorzy zwracają uwagę, że od 2014 r. spada w USA oczekiwana długość życia, odwracając, trwający wiek, trend wydłużania średniej długości życia.

Spadek oczekiwanej długości życia wynika z tzw. „śmierci z desperacji” czy zgonów będących wynikiem nadużywania alkoholu, narkotyków i samobójstw, które głównie dotyczą Amerykanów bez ukończonych studiów. Autorzy postanowili sprawdzić, jak na tę charakterystykę wpływały zmiany w wysokości płacy minimalnej oraz tzw. zarobionych kredytów podatkowych (ang. Earned Tax Credit – ETC – rodzaj ulgi podatkowej dla osób z niższymi zarobkami). Wykorzystali do tego dane z lat 1999-2015.

I okazuje się, że wzrost płacy minimalnej o 10 proc. powoduje spadek samobójstw nie związanych z zażywaniem narkotyków wśród osób bez wyższego wykształcenia o 3,6 proc. Wskaźnik ten spada aż o 5,5 proc. gdy ulga podatkowa ETC rośnie o 10 proc. Autorzy wyliczają, że podniesienie zarówno płacy minimalnej, jak i ulgi podatkowej o 10 proc. zapobiegłoby 1230 samobójstwom rocznie.

obserwatorfinansowy.pl

sobota, 25 stycznia 2020


Brałaś udział w tworzeniu wielu analiz naukowych na temat zagranicznej dezinformacji w Europie Środkowej. Jacy aktorzy chcą wpływać na ten region?

Katarina Klingova: Są to podmioty zarówno oficjalne jak i nieoficjalne, państwowe i pozapaństwowe, ale głównym aktorem, który chce wpływać na region, jest Rosja.

Coraz więcej osób mówi także o wpływach Chin, ale nie jest to temat, na którym aktualnie się koncentrujemy, być może w przyszłości.

Jakie są główne narzędzia rosyjskiego wpływu?

Rosja jest gotowa wykorzystać każdego, kto będzie służył jej celom, ale poszczególne narzędzia wpływu zależą od danego kraju. Na Słowacji mamy wielu otwarcie prorosyjskich polityków. Istnieje też wiele organizacji pozarządowych, które próbują promować kulturową bliskość z Rosją.

Na Węgrzech z kolei mamy inny model – rosyjski wpływ rezonuje z narracjami węgierskiego rządu. Nasi partnerzy z Węgier twierdzą, że czasami trudno jest stwierdzić, gdzie kończy się narracja rządowa, a gdzie zaczyna narracja rosyjska. Co więcej, duża część rosyjskiej narracji czy dezinformacji na Węgrzech jest rozpowszechnia przez media głównego nurtu, które są kontrolowane przez rząd.

W jaki sposób w krajach naszego regionu konstruuje się te narracje?

Jedna z głównych narracji, która jest rozpowszechniana poprzez prokremlowskie ulotki dezinformacyjne, opiera się na kwestionowaniu przynależności krajów Europy Środkowo-Wschodniej do Unii Europejskiej i NATO. Narracja ta wykorzystuje obecne w krajach Grupy Wyszehradzkiej odczucie, że państwa te mogą stać się pomostem między Wschodem a Zachodem. Było to dobrze słyszalne na Słowacji w latach 90. XX wieku, szczególnie w retoryce Vladimira Meciara, który miał dobre relacje z Kremlem.

Inne narracje podkreślają, jak ważna dla gospodarek regionu jest Rosja. Nie chcę nie doceniać gospodarczej roli Moskwy w Europie Środkowej, ale jeśli przyjrzymy się twardym liczbom, to państwa regionu w sensie gospodarczym w większości są powiązane z Unią Europejską.

Kolejny typ narracji próbuje przedstawiać Władimira Putina jako obrońcę tradycyjnych wartości i rodziny w obliczu np. ruchów LBGTI, upadającego Zachodu czy homogenicznych społeczeństw, które są zagrożone migracją. Współgra to z narracjami niektórych rodzimych polityków w Europie Środkowej. Np. nastroje antyimigranckie są mocno wykorzystywane przez środkowoeuropejskich populistów.

Jakie tematy są szczególnie chętnie wykorzystywane w kampaniach dezinformacyjnych?

To zależy od kraju. Na Słowacji większość kampanii dezinformacyjnych skupia się wokół NATO. Słowacy są nastawieni bardzo prounijnie, ale agresja wojsk Układu Warszawskiego na Czechosłowację w sierpniu 1968 roku sprawiła, że do dziś obawiają się jakiejkolwiek obecności zagranicznych wojsk. Dlatego za każdym razem, gdy odbywa się konwój NATO czy transport sprzętu wojskowego przez Słowację, to pojawiają się ulotki dezinformacyjne ostrzegające przed przygotowaniem do inwazji lub powtórki sierpnia 1968. Transporty wojskowe są w nich przedstawiane w nawiązaniu do Sojuszu Północnoatlantyckiego, który określa się mianem agresora. Ulotki te kreślą się jako alternatywne media, które dają ludziom informacje celowo ignorowane przez media głównego nurtu.

W przypadku Czech sytuacja wygląda nieco inaczej. W przeciwieństwie do Słowaków, Czesi są eurosceptyczni, ale bardzo popierają swoje członkostwo w NATO. Dlatego spotykane tam ulotki dezinformacyjne wykorzystują antyeuropejskie nastroje. Jest to możliwe i stosunkowo łatwe, ponieważ niektórzy czescy politycy także grają na tych emocjach.

A w Polsce i na Węgrzech?

W Polsce poparcie dla NATO i Unii Europejskiej jest stosunkowo wysokie, więc prokremlowska dezinformacja opiera się na czymś innym – na pretensjach i niezgodach historycznych, szczególnie pomiędzy Polską a Ukrainą.

Węgry są jeszcze innym przykładem. W największym stopniu narracje związane z dezinformacją wykorzystują sentyment antyimigrancyjny. Ulotki dezinformacyjne opierają się na przekonaniu, że obywatele Unii Europejskiej są stopniowo zastępowani przez imigrantów. Duża kampania wymierzona w imigrantów na Węgrzech była wspierana przez rząd tego kraju i wykorzystywała podobną narrację.

Celem publicznych kampanii na Węgrzech były również organizacje pozarządowe pomagające imigrantom. Oskarżano je, że są finansowane przez zagraniczne podmioty sponsorowane z zewnątrz, głównie przez George’a Sorosa. Niektórzy widzą go dosłownie wszędzie. Liczba rzeczy, które Soros potrafi zrobić w kilku miejscach w różnych krajach w ciągu jednego dnia, jest niesamowita.

Oczywiście antyeuropejski sentyment na Węgrzech również jest obecny i może być niekiedy wyrażany w paradoksalny i zaskakujący sposób. Podam przykład: w 2014 roku otwarto nową linię metra w Budapeszcie. Inwestycję tę finansowano m.in. ze środków UE, ale realizowały ją firmy rosyjskie. Gdy, już po ukończeniu budowy, wchodziło się do metra, z jednej strony można było zobaczyć duże tablice informujące o finansowaniu tego projektu z Unii, a zaraz obok plakaty kampanii antyeuropejskiej węgierskiego rządu.

forsal.pl

piątek, 24 stycznia 2020


Od lat istnieją dwie interpretacje na temat porządku społeczno-ekonomicznego w Polsce. Pierwsza interpretacja („optymistyczna”), dominująca w publicznym dyskursie, mówi, iż (neoliberalny) porządek społeczno-ekonomiczny w naszym kraju został ukształtowany w trakcie ostatnich trzech dekad w sposób zasadniczo poprawny, biorąc pod uwagę punkt wyjścia oraz wyzwania modernizacyjne. Druga interpretacja, „krytyczna”, ocenia porządek społeczno-ekonomiczny jako niesprawiedliwy i odrzuca argumenty o jego zasadniczej bezalternatywności.

Optymiści od zawsze wskazywali na dwie przesłanki legitymizujące istniejący stan rzeczy. Po pierwsze, o ile podział dochodu narodowego z roku na rok stawał się coraz bardziej nierówny względem czasów PRL, o tyle ogólne tempo wzrostu dochodu narodowego sytuowało nas w wąskim gronie kilku liderów wzrostu w regionie (razem z m.in. Estonią i Słowacją). Gospodarczy „tort”, chociaż nierówno dzielony, zaczął solidnie rosnąć. Po drugie, charakter transformacji pozwolił uniknąć jednoznacznie oligarchicznego ustroju, na co zdawały się wskazywać dostępne dane o rozkładzie dochodu, na czele z tzw. wskaźnikiem Giniego, nieodbiegające w wyraźny sposób od poziomów notowanych w wielu krajach Europy Zachodniej, będącej wzorem i celem polskiego „nadganiania”.

Interpretacja optymistyczna była w latach dziewięćdziesiątych hegemoniczną, ze względu na absolutną przewagę medialną ośrodków akceptujących neoliberalny, mocno wolnorynkowy sposób kształtowania regulacji społeczno-ekonomicznych. Działo się tak również z uwagi na bardzo wysoki poziom akceptacji nowego porządku przez społeczne elity, w tym elity merytokratyczne, obsadzające kluczowe instytucje państwa. Główne osie konfliktów politycznych również nie przebiegały w ostry sposób wokół kwestii podziału dochodu narodowego, a częściej wokół kwestii tożsamościowych, afer, lub abstrakcyjnego albo uzasadnionego odczucia technokratycznej „niekompetencji” tej lub innej władzy (chociaż kwestie gospodarcze grały swoją rolę w wyborach, np. w roku 2001). Efektem było spore przyzwolenie na bezalternatywny porządek neoliberalny.

Jeszcze 10-15 temu interpretacja krytyczna była absolutnym marginesem w dyskursie medialnym. Jedynymi mediami skłaniającymi się ku tej interpretacji były media Tadeusza Rydzyka oraz zupełnie niszowe wydawnictwa prospołeczne, takie jak „Nowy Obywatel”. Politycznie, do momentu radykalizacji retoryki Prawa i Sprawiedliwości, opcja ta również znajdowała się w mniejszości, znajdując wyraz w formacjach zdobywający poparcie około jednej czwartej elektoratu (LPR, Samoobrona). Stopniowo, w ciągu ostatnich kilkunastu lat środowiska prawicy coraz mocniej zaczęły kwestionować porządek społeczny i zbliżać się do pozycji krytycznej. Prawicowa wersja interpretacji krytycznej opisywała prawdziwe symptomy, jednak stawiając diagnozę w większości fałszywą. Wskazywała na „złe elity” jako winnych społecznych bolączek, w tym ubóstwa i rozwarstwienia. Jedyną odpowiedzią byłaby wymiana elit na „dobre”.

To podejście odległe jest od rzetelnej analizy podstawowych uwarunkowań systemowych rosnących nierówności i innych plag społecznych, przedstawianej przez środowiska prospołeczne. Te uwarunkowania to, m.in. miękki kodeks pracy, słaba kontroli jego przestrzegania, niewielka rola dialogu społecznego, niewielki udział dużych przedsiębiorstw w gospodarce, słabnąca pozycja przedsiębiorstw państwowych, samorządowych i spółdzielczych, prywatyzacja dużej części naturalnych nierynkowych monopoli, czasowe ustanowienie renty sektora finansowego na części systemu emerytalnego (tzw. OFE), faktycznie nieprogresywny system podatkowy, i wiele innych. Do tych czynników dochodziły kolejne, w wielkim stopniu niezależne od polityki i regulacji krajowych, jak np. półperyferyjny status gospodarki polskiej w globalnych łańcuchach wartości oraz deregulacja i liberalizacja handlu międzynarodowego i powiązana z nim globalizacja, a także neoliberalny, antyinflacyjny i antyinterwencjonistyczny konsensus w polityce gospodarczej, forsowany przez organizacje międzyrządowe. W interpretacji prawicy wszystkie te czynniki miały mniejsze znaczenie, niż bycie rządzonym przez „złych ludzi” o „złej woli”.

Ze względu na (relatywnie świeżą) asocjację z radykalizującą się prawicą, krytyka porządku społeczno-gospodarczego jest zatem obarczona cieniem wysuwanych przez to środowisko niepoważnych diagnoz, groteskowych recept, leniwego myślenia życzeniowego. Chociaż w społeczeństwie pasywna akceptacja neoliberalizmu zdaje się maleć (czego znakiem jest szeroka akceptacja programu 500+), to wśród społecznych elit (medialnych, biznesowych, urzędniczych i innych) wiara w słuszność społeczno-gospodarczej ścieżki, po której podążała Polska od 1989 roku, jest nadal bardzo wysoka. Dla tej grupy wszystko zdawało się potwierdzać optymistyczną narrację: doświadczenia osobistego relatywnego sukcesu ostatnich trzech dekad, wyspowa modernizacja i zapełnienie metropolitalnych przestrzeni publicznych artefaktami nowoczesności oraz dobierany przez media wyciąg z rzeczywistości.

Optymistyczny ogląd świata nie był zbudowany, jak chcą niektórzy, wyłącznie na poznawczych niedostatkach i egoizmie beneficjentów transformacji. Dla klasy średniej Polska była w dużej mierze krajem relatywnie szerokich możliwości i faktycznie istniejącej ścieżki merytokratycznej. Fakt, iż ścieżka ta jest dostępna dla grup o relatywnym przywileju, nie była oczywista. Dane zdawały się potwierdzać narrację optymistów. Wskaźnik Giniego (im niższy, tym mniejsze rozwarstwienie) miał lokować się na poziomie ok. 0,3, czyli blisko średniej unijnej. W samozadowolenie wprawiały badania panelowe ludności (POLPAN), pokazujące rosnące zadowolenie Polaków ze swojej sytuacji. Twarde liczby przemawiały za uznaniem sukcesu jeśli nie całego, to przynajmniej znaczącej większości społeczeństwa, co potwierdzały swoim autorytetem poważne opiniotwórcze media oraz naukowcy o środowiskowej reputacji. Przy braku innych przesłanek, Polak z klasy średniej akceptował te „fakty”, bez możliwości nawet poznania metodologicznych słabości takiej analizy rzeczywistości czy alternatywnych opinii.

nowyobywatel.pl

czwartek, 23 stycznia 2020


Dlaczego starsze gospodarki są mniej wydajne? Nie wynika to z faktu, że – jak można by przypuszczać – starsi pracownicy są mniej produktywni. Chociaż z wiekiem pogarszają się niektóre zdolności, zwłaszcza fizyczne, ogólny efekt tych zmian nie jest duży. W opublikowanym w 2016 roku badaniu niemieckiego sektora wytwórczego nie stwierdzono spadku wydajności u pracowników w wieku do 60 lat. Firmy mogą dostosowywać realizowane przez pracowników zadania w miarę ich starzenia się, aby jak najlepiej wykorzystać zalety zaawansowanego wieku, takie jak duże doświadczenie i kontakty zawodowe.

Ponadto, gdyby słaby wzrost wydajności wynikał z faktu, że starsi pracowników mniej produkują, powinno to znaleźć odzwierciedlenie w płacach. Zarobki rosłyby wówczas na początku kariery i spadały bliżej jej końca. Według badania opublikowanego niedawno przez ekonomistów z firmy konsultingowej Moody’s Analytics, w firmach z dużą liczbą starszych pracowników wszyscy pracownicy mają niższe płace. Wydaje się, że gospodarkę hamuje nie spadająca wydajność starszych pracowników, ale wpływ, jaki wywierają oni na swoje otoczenie. Oddziaływanie to jest bardzo silne: autorzy uważają, że starzenie się społeczeństwa może odpowiadać za nawet jeden punkt procentowy niedawnego spadku rocznego tempa wzrostu produktywności w Stanach Zjednoczonych.

Nie jest do końca jasne, jaki jest tego mechanizm. Autorzy badania sugerują jednak, że przedsiębiorstwa z większą liczbą starszych pracowników mogą być mniej skłonne do stosowania nowych technologii. Może tak być dlatego, że firmy niechętnie podejmują się inwestycji, które wymagałyby przekwalifikowania pracowników, zważywszy na krótszy okres, w którym mogłyby liczyć na uzyskanie zwrotu z takiego szkolenia w przypadku osób dobiegających końca swojej kariery. Odpowiadać za to mogą również starsi szefowie. Badania wskazują, że młodzi menedżerowie są bardziej skłonni do wdrażania nowych technologii niż starsi. Może się to wydawać dość oczywiste: stwierdzenie, że ludzie starsi wykazują większą niechęć do nowych technologii jest truizmem. Obserwacje „z życia” wskazują, że „siwiejące” branże rzeczywiście wydają się bardziej niechętne zmianom.

obserwatorfinansowy.pl

Po raz pierwszy WHO klasyfikuje zaburzenia związane z graniem w gry komputerowe, jako uzależnienie. Kategorie związane z transpłciowością zostały usunięte z rozdziału o zaburzeniach psychicznych i behawioralnych. Umieszczono je w nowym rozdziale „Warunki związane ze zdrowiem seksualnym”. Wypalenie zawodowe zostało uznane przez Światową Organizację Zdrowia za "oficjalną diagnozę medyczną" i wymienione wśród zjawisk związanych z pracą lub bezrobociem. W zespole stresu pourazowego (PTSD) ograniczono liczbę kryteriów diagnostycznych, co ma ułatwić stawianie rozpoznania. Wprowadzono też nową kategorię kPD7Z, która oznacza bycie uderzonym przez statek kosmiczny. Wśród innych decyzji dotyczących ICD-11 znajduje się włączenie do klasyfikacji, tradycyjnej medycyny chińskiej (co ułatwi klasyfikację na terenie Azji).

naukawpolsce.pap.pl

Problem w tym, że nikt nas nie słucha. Sam to widziałeś. Jeździłeś po kraju, zanim Trump został wybrany. I prawie przewidziałeś, że wygra.

Na początku kampanii podszedłem do Trumpa na konferencji prasowej. Powiedziałem, że ma spore szanse na wygraną. Moja diagnoza mile go połechtała, więc zapytałem, czy mogę zostać wiceprezydentem. Ale nie zrozumiał żartu.

Okazało się, że miałem rację. Moja rodzina głosowała na Trumpa. I wiem dlaczego.

Dlaczego?

Ponieważ ciężko pracujący ludzie szli za Republikanami przez lata, nawet kiedy było to wbrew ich interesowi. Republikanie obiecywali, że zniosą akcję afirmacyjną [chodzi o politykę, która daje Afroamerykanom dodatkowe punkty np. przy przyjęciu na studia - przyp. red.]. Wprowadziliśmy ją, ponieważ przez 400 lat wykorzystywaliśmy czarnych i próbujemy naprawić ten błąd. Ale takie stawianie sprawy obrażało białych ludzi. Republikanie nigdy nie dotrzymali słowa, nie znieśli akcji afirmacyjnej. Zrobili dla białego wyborcy wiele innych rzeczy: sprawili, że jego dom jest dziś gówno wart, a czynsz pochłania połowę wypłaty. Wysłali jego fabrykę do Meksyku. Wysłali go na wojnę, z której wrócił bez nogi. W Phoenix żołnierze umierali w kolejce do centrum zdrowia dla weteranów. Mam to wszystko w książce.

Aż przyszedł Trump i powiedział: "Amerykański sen umarł. Przywrócimy wielkość USA". I ludzie zakrzyknęli: "O, ten Donny to ma gadane! Sam jest bogatym gościem, oszukiwał na podatkach, migał się od służby wojskowej, ale to nieważne. Jest zabawny. Zamienił głupi, nudny, pusty show telewizyjny pod nazwą 'wybory prezydenckie' w coś ciekawego".

A co myśli czarny człowiek? Od Demokratów przez lata dostawał okrągłe zero. W zeszłym roku Demokraci sparaliżowali rząd przez walkę o nielegalną imigrację [chodzi o "goverment shutdown" - paraliż administracji federalnej. Ostatni rozpoczął się pod koniec 2018 roku, kiedy Kongres odmówił Trumpowi pięciu miliardów dolarów na budowę muru na granicy z Meksykiem, w efekcie prezydent nie przyjął prowizorium budżetowego; był to najdłuższy shutdown w historii USA - przyp. red.]. Mówię do czarnych braci i sióstr - nie "zamknęli" rządu nawet w czasie wojny domowej, a zrobili to teraz? Co, do ku**y? Wywołali burzę o mur na granicy, a co takiego zrobili dla obywateli USA przez lata? A co wcześniej Demokraci zrobili dla Detroit? I pytasz, dlaczego Trump wygrał? Dlatego.

(...)

Czy po Trumpie mainstream zrozumiał, co robił źle?

Nieeee... Demokraci nie mają nic do zaoferowania. Żadnego przekazu. A media? Obiecały, że będą utrzymywać łączność z "amerykańskim społeczeństwem". Przed Trumpem tak bardzo się pomylili! Więc miało być więcej ludzkich historii. Dziennikarze bliżej społeczeństwa. Zamiast tego dostaliśmy telewizyjny ekran podzielony na kwadraty, a w każdym gadające głowy ekspertów. Co, ku*wa? Przecież mieliście pojechać w teren! Teraz czytam w "New York Timesie" - a wybory są za rok, przypominam - "Zobaczycie wielu z nas [dziennikarzy - przyp. red.] w Michigan". Bo Michigan to ogromny wstyd Demokratów. Stan, który kiedyś był niebieski [tradycyjny kolor Demokratów - przyp. red.], teraz poszedł za Trumpem. Dziennikarze piszą więc: "Tam właśnie nas zobaczycie". A ja się pytam: Gdzie byliście w zeszłym roku? Mój kolega Bartek przyjechał do Detroit aż z Polski, ale was tam jakoś nie widziałem. A jak już tam dotrzecie, to wybierzecie się na przejażdżkę autobusem z Hamtramck? Czy uderzycie do politycznej elity w Detroit, zrobicie kolejny wywiad z burmistrzem... bla, bla, bla. To właśnie będą robić do wyborów. I wciąż niczego nie zrozumieją.

Można powiedzieć, że to media wybrały Trumpa. Jeśli wybory stają się cyrkiem, to wygrywa największy klown.

O tak, oni go stworzyli, bez wątpienia. A najlepsze jest to, że wcale nie liczyli, że wygra. Pokazywali go, bo to był dobry show. Patrzyli, jak rosną im statystyki kliknięć i oglądalności. Jedyną osobą, która była bardziej zdziwiona po wyborach od dziennikarzy, był Trump. "Cooo? Robiłem wszystko, żeby to spieprzyć, i wygrałem? Teraz muszę wziąć tę fuchę".

gazeta.pl

Zacznijmy od kilku liczb. 100 – tyle osób przedawkowuje opioidy w USA każdego dnia. 400 tysięcy – tyle osób w latach 1999–2017 przedawkowało opioidy ze skutkiem śmiertelnym. 13 miliardów dolarów – tyle warta jest rodzina Sacklerów. 2000 – z tyloma pozwami musi się zmierzyć należąca do Sacklerów Purdue Pharma. Skąd pozwy? Sacklerowie odegrali główną rolę przy wybuchu epidemii uzależnień od opioidów.

Historia Purdue Pharma to typowa historia amerykańskiego sukcesu. Można by ją opowiadać jak podnoszącą na duchu przypowieść o geniuszu prostego pomysłu ułatwiającego życie – OxyContin, flagowy produkt firmy, miał być cudownym lekiem na ból, dzięki specjalnej formule rzekomo całkowicie bezpiecznym. Historia popadnięcia w niesławę jest z kolei równie typową amerykańską historią o chciwości, która popchnęła rodzinę lekarzy do złamania naczelnej zasady przysięgi Hipokratesa – po pierwsze nie szkodzić.

Purdue Pharma trafiła w ręce Sacklerów w połowie XX wieku. Kupiło ją wtedy trzech braci lekarzy – Mortimer, Raymond i Arthur. W latach 70. firma zaczęła wytwarzać leki przeciwbólowe na bazie opioidów. Niecałe dwadzieścia lat później zaczęła się w tym specjalizować, a prawdziwą żyłą złota – i początkiem problemów Purdue Pharma i Sacklerów – okazał się wprowadzony na rynek w 1995 roku OxyContin.

Substancją aktywną w OxyContinie jest oksykodon, pochodna morfiny popularnie zwana oxy. Sam oksykodon uzyskano po raz pierwszy w 1916 roku w Niemczech i od tamtego czasu razem z morfiną i podobnymi był używany jako środek znieczulający.

Brany doustnie oksykodon działa do sześciu godzin. Lek trzeba było brać w miarę często, ryzykując nieprzyjemności związane z efektami ubocznymi i uzależnienie. OxyContin miał być cudowną odpowiedzią na ten problem – kontrolowane uwalnianie substancji aktywnej miało powodować, że lek działa dłużej, tabletki należało łykać rzadziej. Firma twierdziła – popierając to badaniami – że dzięki temu groźba uzależnienia jest dużo mniejsza.

Lek przepisywano rutynowo, bo ze względu na rzekomą niską szkodliwość rekomendowano go nie tylko na bóle ostre, ale też średnie. Niby bezpieczniejszy oxy powszechnie wędrował do domowych apteczek, zyski spółki szły w górę, konta Sacklerów pęczniały.

(...)

Lekarze przepisywali lek często, bo jedną ze strategii Purdue Pharma był agresywny marketing, na który firma wydała od sześciu do dwunastu razy więcej pieniędzy niż jej konkurenci na swoje produkty. Lekarze zapraszani byli na opłacane przez firmę „sympozja”. Purdue Pharma, korzystając z dostępnych jej informacji, zapraszała na te „szkolenia” lekarzy wystawiających wiele recept na opioidy. Przedstawiciele Purdue Pharma namawiali ich, aby nie tylko przepisywali OxyContin zamiast innych leków przeciwbólowych, ale też by chętniej go przepisywali w innych przypadkach niż ostre bóle wywołane nowotworami. Purdue Pharma stosowała również program darmowych miesięcznych zapasów leków dla pacjentów. Biorąc pod uwagę amerykański system ochrony zdrowia – w tym niejednokrotnie konieczność współpłacenia za leki – miesięczny zapas pigułek mógł być istotną ulgą dla domowego budżetu.

W 2007 roku Purdue Pharma przyznała, że „bezpieczny opioid” to pic na wodę, a potwierdzające to badania są metodologiczną fuszerką. Troje kierowników przyznało się do zarzutów wprowadzania w błąd. OxyContin był dużo bardziej uzależniający, niż wcześniej twierdzono, i wcale nie był bezpieczniejszy od generycznego oxy. Firma zapłaciła 634 miliony dolarów kary. Z ujawnionych w 2018 roku poufnych materiałów Departamentu Sprawiedliwości wynika, że Purdue Pharma zdawała sobie sprawę ze szkodliwości leku. Już w wewnętrznych dokumentach firmy z 1997 roku pojawiają się określenia takie jak „wartość uliczna” – pracownicy Purdue Pharma musieli wiedzieć, że ich lek sprzedawany jest nielegalnie na ulicy.

Ale w 2007 roku było już za późno. Radykalny wzrost przypadków uzależnień od leków przeciwbólowych na receptę, zwłaszcza OxyContinu, zanotowany został pięć lat wcześniej.

Tam, gdzie przepisywano dużo OxyContinu, ludzie częściej się uzależniali i – gdy nie było ich stać na opioidy przepisywane na receptę – częściej się przerzucali na heroinę lub śmiercionośny fentanyl (który, swoją drogą, Purdue Pharma również produkuje).

krytykapolityczna.pl

To mamy komara tygrysiego w Polsce.

– Jeszcze niezupełnie. Mamy doniesienia o jego pojawianiu się w naszym kraju, ale chyba jeszcze u nas się nie zadomowił. Natomiast z dużym prawdopodobieństwem możemy powiedzieć, że jego obecność przyczyniła się do pierwszego przypadku śmierci na chorobę tropikalną w Czechach. Osoba, która zmarła na dengę, została ukłuta przez komara tygrysiego, który przenosi tę chorobę. A wiadomo, że ten ktoś nigdy nie wyjeżdżał za granicę. Najprawdopodobniej komar został w ubiegłym roku zawleczony do Czech, może w samolocie. Istotne jest jednak to, że w związku z ociepleniem się klimatu możemy wkrótce się spodziewać komara tygrysiego w naszej części Europy. Warunki już sprzyjają przenoszeniu się tutaj zwierząt i roślin, a także chorób, które dotąd występowały tylko w tropikach.

Jak zmiany klimatu będą oddziaływały na zmiany w przyrodzie? Czy prowadzi się na ten temat badania i obserwacje?

– Instytucja, w której pracuję – Katedra Ochrony Środowiska SGGW, prowadzi badania w tym zakresie. Natomiast Koalicja Klimatyczna, która jest organizacją pozarządową, bada, jak zmiany klimatu będą wpływały na bezpieczeństwo żywności w Polsce.

Jakie są wyniki?

– Przede wszystkim negatywne: obniży się poziom bezpieczeństwa żywnościowego Polski, znacząco zmniejszy się pewność produkcji rolnej. Wciąż jednak nie wszystko o tym wiemy. Powinno się prowadzić badania nad modelem prognostycznym, który powie, jakie skutki zmiana klimatu będzie miała dla poszczególnych sektorów gospodarki. Takie próby, co prawda, zostały podjęte, ale ich efekty nie do końca odpowiadają obecnym realiom, bo zmiana klimatu postępuje szybciej, niż przypuszczaliśmy jeszcze kilka lat temu. Badania powinny być prowadzone w dwóch kierunkach. Po pierwsze, by wskazywać metody redukcji emisji gazów cieplarnianych, które doprowadziły do dzisiejszego stanu. Po drugie, by określić, jak postępować, aby zaadaptować się do tych zmian.

Jakie są skutki zmian klimatycznych?

– Skutkiem bezpośrednio zagrażającym zdrowiu i życiu człowieka jest wzrost częstotliwości występowania ekstremalnych zjawisk pogodowych. W atmosferze zatrzymywane jest więcej ciepła, a więc energii, która musi się rozładować. Dzieje się to za pośrednictwem tych zjawisk ekstremalnych, które obserwujemy. Są to ulewne deszcze, huraganowe wiatry, długotrwałe susze. Niestabilność pogody nasila się, w związku z czym nie można tworzyć długotrwałych prognoz, a stare modele do prognozowania pogody zawodzą, są nieprzydatne. Innym skutkiem zmian klimatycznych jest to, że zamiast sześciu pór roku mamy dwie. Po prostu wzrasta ilość ciepła, w związku z większym stężeniem gazów cieplarnianych nasza planeta staje się cieplejsza. Jednym z efektów jest to, że mamy w Polsce wydłużenie okresu wegetacyjnego – wcześniej się zaczyna, później się kończy.

To może nie tak źle…

– Niektórzy mówią, że to świetnie, przecież widzimy, jak Polska staje się krajem winnym – na coraz większym obszarze powstają winnice i jest produkowane wino. W coraz większej części naszego kraju rośnie kukurydza, stajemy się jej producentem, a 50 lat temu uprawiano ją na niewielkiej powierzchni.

Jest też druga strona medalu…

– Coraz trudniej będzie w Polsce uprawiać ziemniaki, bo one są zimnolubne. Zmieni się zasięg występowania niektórych roślin dziko żyjących. Przykładem jest wycofywanie się świerka z Puszczy Białowieskiej, bo robi się dla niego za ciepło. Inna zła wiadomość: już pojawiły się nowe choroby roślin i zwierząt, które wcześniej nie występowały w Polsce. Wśród nowych szkodników upraw mamy omacnicę prosowiankę, szkodnika kukurydzy, który potrafi zniszczyć uprawy nawet w 80%. Mamy też pierwsze przypadki wystąpienia choroby niebieskiego języka u bydła.

A czy zaobserwowano jakieś niebezpieczeństwa dla zdrowia człowieka?

– Mamy ewidentny wzrost liczby zachorowań na boreliozę, którą przenoszą kleszcze. W ciągu ostatnich 15 lat odnotowano czterokrotny wzrost tych zachorowań. I nie jest to tylko spowodowane większą wykrywalnością tej choroby. To samo bowiem dzieje się w krajach skandynawskich i na Syberii – gdzie w ogóle nie było kleszczy.

tygodnikprzeglad.pl