sobota, 25 stycznia 2020


Brałaś udział w tworzeniu wielu analiz naukowych na temat zagranicznej dezinformacji w Europie Środkowej. Jacy aktorzy chcą wpływać na ten region?

Katarina Klingova: Są to podmioty zarówno oficjalne jak i nieoficjalne, państwowe i pozapaństwowe, ale głównym aktorem, który chce wpływać na region, jest Rosja.

Coraz więcej osób mówi także o wpływach Chin, ale nie jest to temat, na którym aktualnie się koncentrujemy, być może w przyszłości.

Jakie są główne narzędzia rosyjskiego wpływu?

Rosja jest gotowa wykorzystać każdego, kto będzie służył jej celom, ale poszczególne narzędzia wpływu zależą od danego kraju. Na Słowacji mamy wielu otwarcie prorosyjskich polityków. Istnieje też wiele organizacji pozarządowych, które próbują promować kulturową bliskość z Rosją.

Na Węgrzech z kolei mamy inny model – rosyjski wpływ rezonuje z narracjami węgierskiego rządu. Nasi partnerzy z Węgier twierdzą, że czasami trudno jest stwierdzić, gdzie kończy się narracja rządowa, a gdzie zaczyna narracja rosyjska. Co więcej, duża część rosyjskiej narracji czy dezinformacji na Węgrzech jest rozpowszechnia przez media głównego nurtu, które są kontrolowane przez rząd.

W jaki sposób w krajach naszego regionu konstruuje się te narracje?

Jedna z głównych narracji, która jest rozpowszechniana poprzez prokremlowskie ulotki dezinformacyjne, opiera się na kwestionowaniu przynależności krajów Europy Środkowo-Wschodniej do Unii Europejskiej i NATO. Narracja ta wykorzystuje obecne w krajach Grupy Wyszehradzkiej odczucie, że państwa te mogą stać się pomostem między Wschodem a Zachodem. Było to dobrze słyszalne na Słowacji w latach 90. XX wieku, szczególnie w retoryce Vladimira Meciara, który miał dobre relacje z Kremlem.

Inne narracje podkreślają, jak ważna dla gospodarek regionu jest Rosja. Nie chcę nie doceniać gospodarczej roli Moskwy w Europie Środkowej, ale jeśli przyjrzymy się twardym liczbom, to państwa regionu w sensie gospodarczym w większości są powiązane z Unią Europejską.

Kolejny typ narracji próbuje przedstawiać Władimira Putina jako obrońcę tradycyjnych wartości i rodziny w obliczu np. ruchów LBGTI, upadającego Zachodu czy homogenicznych społeczeństw, które są zagrożone migracją. Współgra to z narracjami niektórych rodzimych polityków w Europie Środkowej. Np. nastroje antyimigranckie są mocno wykorzystywane przez środkowoeuropejskich populistów.

Jakie tematy są szczególnie chętnie wykorzystywane w kampaniach dezinformacyjnych?

To zależy od kraju. Na Słowacji większość kampanii dezinformacyjnych skupia się wokół NATO. Słowacy są nastawieni bardzo prounijnie, ale agresja wojsk Układu Warszawskiego na Czechosłowację w sierpniu 1968 roku sprawiła, że do dziś obawiają się jakiejkolwiek obecności zagranicznych wojsk. Dlatego za każdym razem, gdy odbywa się konwój NATO czy transport sprzętu wojskowego przez Słowację, to pojawiają się ulotki dezinformacyjne ostrzegające przed przygotowaniem do inwazji lub powtórki sierpnia 1968. Transporty wojskowe są w nich przedstawiane w nawiązaniu do Sojuszu Północnoatlantyckiego, który określa się mianem agresora. Ulotki te kreślą się jako alternatywne media, które dają ludziom informacje celowo ignorowane przez media głównego nurtu.

W przypadku Czech sytuacja wygląda nieco inaczej. W przeciwieństwie do Słowaków, Czesi są eurosceptyczni, ale bardzo popierają swoje członkostwo w NATO. Dlatego spotykane tam ulotki dezinformacyjne wykorzystują antyeuropejskie nastroje. Jest to możliwe i stosunkowo łatwe, ponieważ niektórzy czescy politycy także grają na tych emocjach.

A w Polsce i na Węgrzech?

W Polsce poparcie dla NATO i Unii Europejskiej jest stosunkowo wysokie, więc prokremlowska dezinformacja opiera się na czymś innym – na pretensjach i niezgodach historycznych, szczególnie pomiędzy Polską a Ukrainą.

Węgry są jeszcze innym przykładem. W największym stopniu narracje związane z dezinformacją wykorzystują sentyment antyimigrancyjny. Ulotki dezinformacyjne opierają się na przekonaniu, że obywatele Unii Europejskiej są stopniowo zastępowani przez imigrantów. Duża kampania wymierzona w imigrantów na Węgrzech była wspierana przez rząd tego kraju i wykorzystywała podobną narrację.

Celem publicznych kampanii na Węgrzech były również organizacje pozarządowe pomagające imigrantom. Oskarżano je, że są finansowane przez zagraniczne podmioty sponsorowane z zewnątrz, głównie przez George’a Sorosa. Niektórzy widzą go dosłownie wszędzie. Liczba rzeczy, które Soros potrafi zrobić w kilku miejscach w różnych krajach w ciągu jednego dnia, jest niesamowita.

Oczywiście antyeuropejski sentyment na Węgrzech również jest obecny i może być niekiedy wyrażany w paradoksalny i zaskakujący sposób. Podam przykład: w 2014 roku otwarto nową linię metra w Budapeszcie. Inwestycję tę finansowano m.in. ze środków UE, ale realizowały ją firmy rosyjskie. Gdy, już po ukończeniu budowy, wchodziło się do metra, z jednej strony można było zobaczyć duże tablice informujące o finansowaniu tego projektu z Unii, a zaraz obok plakaty kampanii antyeuropejskiej węgierskiego rządu.

forsal.pl

piątek, 24 stycznia 2020


Od lat istnieją dwie interpretacje na temat porządku społeczno-ekonomicznego w Polsce. Pierwsza interpretacja („optymistyczna”), dominująca w publicznym dyskursie, mówi, iż (neoliberalny) porządek społeczno-ekonomiczny w naszym kraju został ukształtowany w trakcie ostatnich trzech dekad w sposób zasadniczo poprawny, biorąc pod uwagę punkt wyjścia oraz wyzwania modernizacyjne. Druga interpretacja, „krytyczna”, ocenia porządek społeczno-ekonomiczny jako niesprawiedliwy i odrzuca argumenty o jego zasadniczej bezalternatywności.

Optymiści od zawsze wskazywali na dwie przesłanki legitymizujące istniejący stan rzeczy. Po pierwsze, o ile podział dochodu narodowego z roku na rok stawał się coraz bardziej nierówny względem czasów PRL, o tyle ogólne tempo wzrostu dochodu narodowego sytuowało nas w wąskim gronie kilku liderów wzrostu w regionie (razem z m.in. Estonią i Słowacją). Gospodarczy „tort”, chociaż nierówno dzielony, zaczął solidnie rosnąć. Po drugie, charakter transformacji pozwolił uniknąć jednoznacznie oligarchicznego ustroju, na co zdawały się wskazywać dostępne dane o rozkładzie dochodu, na czele z tzw. wskaźnikiem Giniego, nieodbiegające w wyraźny sposób od poziomów notowanych w wielu krajach Europy Zachodniej, będącej wzorem i celem polskiego „nadganiania”.

Interpretacja optymistyczna była w latach dziewięćdziesiątych hegemoniczną, ze względu na absolutną przewagę medialną ośrodków akceptujących neoliberalny, mocno wolnorynkowy sposób kształtowania regulacji społeczno-ekonomicznych. Działo się tak również z uwagi na bardzo wysoki poziom akceptacji nowego porządku przez społeczne elity, w tym elity merytokratyczne, obsadzające kluczowe instytucje państwa. Główne osie konfliktów politycznych również nie przebiegały w ostry sposób wokół kwestii podziału dochodu narodowego, a częściej wokół kwestii tożsamościowych, afer, lub abstrakcyjnego albo uzasadnionego odczucia technokratycznej „niekompetencji” tej lub innej władzy (chociaż kwestie gospodarcze grały swoją rolę w wyborach, np. w roku 2001). Efektem było spore przyzwolenie na bezalternatywny porządek neoliberalny.

Jeszcze 10-15 temu interpretacja krytyczna była absolutnym marginesem w dyskursie medialnym. Jedynymi mediami skłaniającymi się ku tej interpretacji były media Tadeusza Rydzyka oraz zupełnie niszowe wydawnictwa prospołeczne, takie jak „Nowy Obywatel”. Politycznie, do momentu radykalizacji retoryki Prawa i Sprawiedliwości, opcja ta również znajdowała się w mniejszości, znajdując wyraz w formacjach zdobywający poparcie około jednej czwartej elektoratu (LPR, Samoobrona). Stopniowo, w ciągu ostatnich kilkunastu lat środowiska prawicy coraz mocniej zaczęły kwestionować porządek społeczny i zbliżać się do pozycji krytycznej. Prawicowa wersja interpretacji krytycznej opisywała prawdziwe symptomy, jednak stawiając diagnozę w większości fałszywą. Wskazywała na „złe elity” jako winnych społecznych bolączek, w tym ubóstwa i rozwarstwienia. Jedyną odpowiedzią byłaby wymiana elit na „dobre”.

To podejście odległe jest od rzetelnej analizy podstawowych uwarunkowań systemowych rosnących nierówności i innych plag społecznych, przedstawianej przez środowiska prospołeczne. Te uwarunkowania to, m.in. miękki kodeks pracy, słaba kontroli jego przestrzegania, niewielka rola dialogu społecznego, niewielki udział dużych przedsiębiorstw w gospodarce, słabnąca pozycja przedsiębiorstw państwowych, samorządowych i spółdzielczych, prywatyzacja dużej części naturalnych nierynkowych monopoli, czasowe ustanowienie renty sektora finansowego na części systemu emerytalnego (tzw. OFE), faktycznie nieprogresywny system podatkowy, i wiele innych. Do tych czynników dochodziły kolejne, w wielkim stopniu niezależne od polityki i regulacji krajowych, jak np. półperyferyjny status gospodarki polskiej w globalnych łańcuchach wartości oraz deregulacja i liberalizacja handlu międzynarodowego i powiązana z nim globalizacja, a także neoliberalny, antyinflacyjny i antyinterwencjonistyczny konsensus w polityce gospodarczej, forsowany przez organizacje międzyrządowe. W interpretacji prawicy wszystkie te czynniki miały mniejsze znaczenie, niż bycie rządzonym przez „złych ludzi” o „złej woli”.

Ze względu na (relatywnie świeżą) asocjację z radykalizującą się prawicą, krytyka porządku społeczno-gospodarczego jest zatem obarczona cieniem wysuwanych przez to środowisko niepoważnych diagnoz, groteskowych recept, leniwego myślenia życzeniowego. Chociaż w społeczeństwie pasywna akceptacja neoliberalizmu zdaje się maleć (czego znakiem jest szeroka akceptacja programu 500+), to wśród społecznych elit (medialnych, biznesowych, urzędniczych i innych) wiara w słuszność społeczno-gospodarczej ścieżki, po której podążała Polska od 1989 roku, jest nadal bardzo wysoka. Dla tej grupy wszystko zdawało się potwierdzać optymistyczną narrację: doświadczenia osobistego relatywnego sukcesu ostatnich trzech dekad, wyspowa modernizacja i zapełnienie metropolitalnych przestrzeni publicznych artefaktami nowoczesności oraz dobierany przez media wyciąg z rzeczywistości.

Optymistyczny ogląd świata nie był zbudowany, jak chcą niektórzy, wyłącznie na poznawczych niedostatkach i egoizmie beneficjentów transformacji. Dla klasy średniej Polska była w dużej mierze krajem relatywnie szerokich możliwości i faktycznie istniejącej ścieżki merytokratycznej. Fakt, iż ścieżka ta jest dostępna dla grup o relatywnym przywileju, nie była oczywista. Dane zdawały się potwierdzać narrację optymistów. Wskaźnik Giniego (im niższy, tym mniejsze rozwarstwienie) miał lokować się na poziomie ok. 0,3, czyli blisko średniej unijnej. W samozadowolenie wprawiały badania panelowe ludności (POLPAN), pokazujące rosnące zadowolenie Polaków ze swojej sytuacji. Twarde liczby przemawiały za uznaniem sukcesu jeśli nie całego, to przynajmniej znaczącej większości społeczeństwa, co potwierdzały swoim autorytetem poważne opiniotwórcze media oraz naukowcy o środowiskowej reputacji. Przy braku innych przesłanek, Polak z klasy średniej akceptował te „fakty”, bez możliwości nawet poznania metodologicznych słabości takiej analizy rzeczywistości czy alternatywnych opinii.

nowyobywatel.pl

czwartek, 23 stycznia 2020


Dlaczego starsze gospodarki są mniej wydajne? Nie wynika to z faktu, że – jak można by przypuszczać – starsi pracownicy są mniej produktywni. Chociaż z wiekiem pogarszają się niektóre zdolności, zwłaszcza fizyczne, ogólny efekt tych zmian nie jest duży. W opublikowanym w 2016 roku badaniu niemieckiego sektora wytwórczego nie stwierdzono spadku wydajności u pracowników w wieku do 60 lat. Firmy mogą dostosowywać realizowane przez pracowników zadania w miarę ich starzenia się, aby jak najlepiej wykorzystać zalety zaawansowanego wieku, takie jak duże doświadczenie i kontakty zawodowe.

Ponadto, gdyby słaby wzrost wydajności wynikał z faktu, że starsi pracowników mniej produkują, powinno to znaleźć odzwierciedlenie w płacach. Zarobki rosłyby wówczas na początku kariery i spadały bliżej jej końca. Według badania opublikowanego niedawno przez ekonomistów z firmy konsultingowej Moody’s Analytics, w firmach z dużą liczbą starszych pracowników wszyscy pracownicy mają niższe płace. Wydaje się, że gospodarkę hamuje nie spadająca wydajność starszych pracowników, ale wpływ, jaki wywierają oni na swoje otoczenie. Oddziaływanie to jest bardzo silne: autorzy uważają, że starzenie się społeczeństwa może odpowiadać za nawet jeden punkt procentowy niedawnego spadku rocznego tempa wzrostu produktywności w Stanach Zjednoczonych.

Nie jest do końca jasne, jaki jest tego mechanizm. Autorzy badania sugerują jednak, że przedsiębiorstwa z większą liczbą starszych pracowników mogą być mniej skłonne do stosowania nowych technologii. Może tak być dlatego, że firmy niechętnie podejmują się inwestycji, które wymagałyby przekwalifikowania pracowników, zważywszy na krótszy okres, w którym mogłyby liczyć na uzyskanie zwrotu z takiego szkolenia w przypadku osób dobiegających końca swojej kariery. Odpowiadać za to mogą również starsi szefowie. Badania wskazują, że młodzi menedżerowie są bardziej skłonni do wdrażania nowych technologii niż starsi. Może się to wydawać dość oczywiste: stwierdzenie, że ludzie starsi wykazują większą niechęć do nowych technologii jest truizmem. Obserwacje „z życia” wskazują, że „siwiejące” branże rzeczywiście wydają się bardziej niechętne zmianom.

obserwatorfinansowy.pl

Po raz pierwszy WHO klasyfikuje zaburzenia związane z graniem w gry komputerowe, jako uzależnienie. Kategorie związane z transpłciowością zostały usunięte z rozdziału o zaburzeniach psychicznych i behawioralnych. Umieszczono je w nowym rozdziale „Warunki związane ze zdrowiem seksualnym”. Wypalenie zawodowe zostało uznane przez Światową Organizację Zdrowia za "oficjalną diagnozę medyczną" i wymienione wśród zjawisk związanych z pracą lub bezrobociem. W zespole stresu pourazowego (PTSD) ograniczono liczbę kryteriów diagnostycznych, co ma ułatwić stawianie rozpoznania. Wprowadzono też nową kategorię kPD7Z, która oznacza bycie uderzonym przez statek kosmiczny. Wśród innych decyzji dotyczących ICD-11 znajduje się włączenie do klasyfikacji, tradycyjnej medycyny chińskiej (co ułatwi klasyfikację na terenie Azji).

naukawpolsce.pap.pl

Problem w tym, że nikt nas nie słucha. Sam to widziałeś. Jeździłeś po kraju, zanim Trump został wybrany. I prawie przewidziałeś, że wygra.

Na początku kampanii podszedłem do Trumpa na konferencji prasowej. Powiedziałem, że ma spore szanse na wygraną. Moja diagnoza mile go połechtała, więc zapytałem, czy mogę zostać wiceprezydentem. Ale nie zrozumiał żartu.

Okazało się, że miałem rację. Moja rodzina głosowała na Trumpa. I wiem dlaczego.

Dlaczego?

Ponieważ ciężko pracujący ludzie szli za Republikanami przez lata, nawet kiedy było to wbrew ich interesowi. Republikanie obiecywali, że zniosą akcję afirmacyjną [chodzi o politykę, która daje Afroamerykanom dodatkowe punkty np. przy przyjęciu na studia - przyp. red.]. Wprowadziliśmy ją, ponieważ przez 400 lat wykorzystywaliśmy czarnych i próbujemy naprawić ten błąd. Ale takie stawianie sprawy obrażało białych ludzi. Republikanie nigdy nie dotrzymali słowa, nie znieśli akcji afirmacyjnej. Zrobili dla białego wyborcy wiele innych rzeczy: sprawili, że jego dom jest dziś gówno wart, a czynsz pochłania połowę wypłaty. Wysłali jego fabrykę do Meksyku. Wysłali go na wojnę, z której wrócił bez nogi. W Phoenix żołnierze umierali w kolejce do centrum zdrowia dla weteranów. Mam to wszystko w książce.

Aż przyszedł Trump i powiedział: "Amerykański sen umarł. Przywrócimy wielkość USA". I ludzie zakrzyknęli: "O, ten Donny to ma gadane! Sam jest bogatym gościem, oszukiwał na podatkach, migał się od służby wojskowej, ale to nieważne. Jest zabawny. Zamienił głupi, nudny, pusty show telewizyjny pod nazwą 'wybory prezydenckie' w coś ciekawego".

A co myśli czarny człowiek? Od Demokratów przez lata dostawał okrągłe zero. W zeszłym roku Demokraci sparaliżowali rząd przez walkę o nielegalną imigrację [chodzi o "goverment shutdown" - paraliż administracji federalnej. Ostatni rozpoczął się pod koniec 2018 roku, kiedy Kongres odmówił Trumpowi pięciu miliardów dolarów na budowę muru na granicy z Meksykiem, w efekcie prezydent nie przyjął prowizorium budżetowego; był to najdłuższy shutdown w historii USA - przyp. red.]. Mówię do czarnych braci i sióstr - nie "zamknęli" rządu nawet w czasie wojny domowej, a zrobili to teraz? Co, do ku**y? Wywołali burzę o mur na granicy, a co takiego zrobili dla obywateli USA przez lata? A co wcześniej Demokraci zrobili dla Detroit? I pytasz, dlaczego Trump wygrał? Dlatego.

(...)

Czy po Trumpie mainstream zrozumiał, co robił źle?

Nieeee... Demokraci nie mają nic do zaoferowania. Żadnego przekazu. A media? Obiecały, że będą utrzymywać łączność z "amerykańskim społeczeństwem". Przed Trumpem tak bardzo się pomylili! Więc miało być więcej ludzkich historii. Dziennikarze bliżej społeczeństwa. Zamiast tego dostaliśmy telewizyjny ekran podzielony na kwadraty, a w każdym gadające głowy ekspertów. Co, ku*wa? Przecież mieliście pojechać w teren! Teraz czytam w "New York Timesie" - a wybory są za rok, przypominam - "Zobaczycie wielu z nas [dziennikarzy - przyp. red.] w Michigan". Bo Michigan to ogromny wstyd Demokratów. Stan, który kiedyś był niebieski [tradycyjny kolor Demokratów - przyp. red.], teraz poszedł za Trumpem. Dziennikarze piszą więc: "Tam właśnie nas zobaczycie". A ja się pytam: Gdzie byliście w zeszłym roku? Mój kolega Bartek przyjechał do Detroit aż z Polski, ale was tam jakoś nie widziałem. A jak już tam dotrzecie, to wybierzecie się na przejażdżkę autobusem z Hamtramck? Czy uderzycie do politycznej elity w Detroit, zrobicie kolejny wywiad z burmistrzem... bla, bla, bla. To właśnie będą robić do wyborów. I wciąż niczego nie zrozumieją.

Można powiedzieć, że to media wybrały Trumpa. Jeśli wybory stają się cyrkiem, to wygrywa największy klown.

O tak, oni go stworzyli, bez wątpienia. A najlepsze jest to, że wcale nie liczyli, że wygra. Pokazywali go, bo to był dobry show. Patrzyli, jak rosną im statystyki kliknięć i oglądalności. Jedyną osobą, która była bardziej zdziwiona po wyborach od dziennikarzy, był Trump. "Cooo? Robiłem wszystko, żeby to spieprzyć, i wygrałem? Teraz muszę wziąć tę fuchę".

gazeta.pl

Zacznijmy od kilku liczb. 100 – tyle osób przedawkowuje opioidy w USA każdego dnia. 400 tysięcy – tyle osób w latach 1999–2017 przedawkowało opioidy ze skutkiem śmiertelnym. 13 miliardów dolarów – tyle warta jest rodzina Sacklerów. 2000 – z tyloma pozwami musi się zmierzyć należąca do Sacklerów Purdue Pharma. Skąd pozwy? Sacklerowie odegrali główną rolę przy wybuchu epidemii uzależnień od opioidów.

Historia Purdue Pharma to typowa historia amerykańskiego sukcesu. Można by ją opowiadać jak podnoszącą na duchu przypowieść o geniuszu prostego pomysłu ułatwiającego życie – OxyContin, flagowy produkt firmy, miał być cudownym lekiem na ból, dzięki specjalnej formule rzekomo całkowicie bezpiecznym. Historia popadnięcia w niesławę jest z kolei równie typową amerykańską historią o chciwości, która popchnęła rodzinę lekarzy do złamania naczelnej zasady przysięgi Hipokratesa – po pierwsze nie szkodzić.

Purdue Pharma trafiła w ręce Sacklerów w połowie XX wieku. Kupiło ją wtedy trzech braci lekarzy – Mortimer, Raymond i Arthur. W latach 70. firma zaczęła wytwarzać leki przeciwbólowe na bazie opioidów. Niecałe dwadzieścia lat później zaczęła się w tym specjalizować, a prawdziwą żyłą złota – i początkiem problemów Purdue Pharma i Sacklerów – okazał się wprowadzony na rynek w 1995 roku OxyContin.

Substancją aktywną w OxyContinie jest oksykodon, pochodna morfiny popularnie zwana oxy. Sam oksykodon uzyskano po raz pierwszy w 1916 roku w Niemczech i od tamtego czasu razem z morfiną i podobnymi był używany jako środek znieczulający.

Brany doustnie oksykodon działa do sześciu godzin. Lek trzeba było brać w miarę często, ryzykując nieprzyjemności związane z efektami ubocznymi i uzależnienie. OxyContin miał być cudowną odpowiedzią na ten problem – kontrolowane uwalnianie substancji aktywnej miało powodować, że lek działa dłużej, tabletki należało łykać rzadziej. Firma twierdziła – popierając to badaniami – że dzięki temu groźba uzależnienia jest dużo mniejsza.

Lek przepisywano rutynowo, bo ze względu na rzekomą niską szkodliwość rekomendowano go nie tylko na bóle ostre, ale też średnie. Niby bezpieczniejszy oxy powszechnie wędrował do domowych apteczek, zyski spółki szły w górę, konta Sacklerów pęczniały.

(...)

Lekarze przepisywali lek często, bo jedną ze strategii Purdue Pharma był agresywny marketing, na który firma wydała od sześciu do dwunastu razy więcej pieniędzy niż jej konkurenci na swoje produkty. Lekarze zapraszani byli na opłacane przez firmę „sympozja”. Purdue Pharma, korzystając z dostępnych jej informacji, zapraszała na te „szkolenia” lekarzy wystawiających wiele recept na opioidy. Przedstawiciele Purdue Pharma namawiali ich, aby nie tylko przepisywali OxyContin zamiast innych leków przeciwbólowych, ale też by chętniej go przepisywali w innych przypadkach niż ostre bóle wywołane nowotworami. Purdue Pharma stosowała również program darmowych miesięcznych zapasów leków dla pacjentów. Biorąc pod uwagę amerykański system ochrony zdrowia – w tym niejednokrotnie konieczność współpłacenia za leki – miesięczny zapas pigułek mógł być istotną ulgą dla domowego budżetu.

W 2007 roku Purdue Pharma przyznała, że „bezpieczny opioid” to pic na wodę, a potwierdzające to badania są metodologiczną fuszerką. Troje kierowników przyznało się do zarzutów wprowadzania w błąd. OxyContin był dużo bardziej uzależniający, niż wcześniej twierdzono, i wcale nie był bezpieczniejszy od generycznego oxy. Firma zapłaciła 634 miliony dolarów kary. Z ujawnionych w 2018 roku poufnych materiałów Departamentu Sprawiedliwości wynika, że Purdue Pharma zdawała sobie sprawę ze szkodliwości leku. Już w wewnętrznych dokumentach firmy z 1997 roku pojawiają się określenia takie jak „wartość uliczna” – pracownicy Purdue Pharma musieli wiedzieć, że ich lek sprzedawany jest nielegalnie na ulicy.

Ale w 2007 roku było już za późno. Radykalny wzrost przypadków uzależnień od leków przeciwbólowych na receptę, zwłaszcza OxyContinu, zanotowany został pięć lat wcześniej.

Tam, gdzie przepisywano dużo OxyContinu, ludzie częściej się uzależniali i – gdy nie było ich stać na opioidy przepisywane na receptę – częściej się przerzucali na heroinę lub śmiercionośny fentanyl (który, swoją drogą, Purdue Pharma również produkuje).

krytykapolityczna.pl

To mamy komara tygrysiego w Polsce.

– Jeszcze niezupełnie. Mamy doniesienia o jego pojawianiu się w naszym kraju, ale chyba jeszcze u nas się nie zadomowił. Natomiast z dużym prawdopodobieństwem możemy powiedzieć, że jego obecność przyczyniła się do pierwszego przypadku śmierci na chorobę tropikalną w Czechach. Osoba, która zmarła na dengę, została ukłuta przez komara tygrysiego, który przenosi tę chorobę. A wiadomo, że ten ktoś nigdy nie wyjeżdżał za granicę. Najprawdopodobniej komar został w ubiegłym roku zawleczony do Czech, może w samolocie. Istotne jest jednak to, że w związku z ociepleniem się klimatu możemy wkrótce się spodziewać komara tygrysiego w naszej części Europy. Warunki już sprzyjają przenoszeniu się tutaj zwierząt i roślin, a także chorób, które dotąd występowały tylko w tropikach.

Jak zmiany klimatu będą oddziaływały na zmiany w przyrodzie? Czy prowadzi się na ten temat badania i obserwacje?

– Instytucja, w której pracuję – Katedra Ochrony Środowiska SGGW, prowadzi badania w tym zakresie. Natomiast Koalicja Klimatyczna, która jest organizacją pozarządową, bada, jak zmiany klimatu będą wpływały na bezpieczeństwo żywności w Polsce.

Jakie są wyniki?

– Przede wszystkim negatywne: obniży się poziom bezpieczeństwa żywnościowego Polski, znacząco zmniejszy się pewność produkcji rolnej. Wciąż jednak nie wszystko o tym wiemy. Powinno się prowadzić badania nad modelem prognostycznym, który powie, jakie skutki zmiana klimatu będzie miała dla poszczególnych sektorów gospodarki. Takie próby, co prawda, zostały podjęte, ale ich efekty nie do końca odpowiadają obecnym realiom, bo zmiana klimatu postępuje szybciej, niż przypuszczaliśmy jeszcze kilka lat temu. Badania powinny być prowadzone w dwóch kierunkach. Po pierwsze, by wskazywać metody redukcji emisji gazów cieplarnianych, które doprowadziły do dzisiejszego stanu. Po drugie, by określić, jak postępować, aby zaadaptować się do tych zmian.

Jakie są skutki zmian klimatycznych?

– Skutkiem bezpośrednio zagrażającym zdrowiu i życiu człowieka jest wzrost częstotliwości występowania ekstremalnych zjawisk pogodowych. W atmosferze zatrzymywane jest więcej ciepła, a więc energii, która musi się rozładować. Dzieje się to za pośrednictwem tych zjawisk ekstremalnych, które obserwujemy. Są to ulewne deszcze, huraganowe wiatry, długotrwałe susze. Niestabilność pogody nasila się, w związku z czym nie można tworzyć długotrwałych prognoz, a stare modele do prognozowania pogody zawodzą, są nieprzydatne. Innym skutkiem zmian klimatycznych jest to, że zamiast sześciu pór roku mamy dwie. Po prostu wzrasta ilość ciepła, w związku z większym stężeniem gazów cieplarnianych nasza planeta staje się cieplejsza. Jednym z efektów jest to, że mamy w Polsce wydłużenie okresu wegetacyjnego – wcześniej się zaczyna, później się kończy.

To może nie tak źle…

– Niektórzy mówią, że to świetnie, przecież widzimy, jak Polska staje się krajem winnym – na coraz większym obszarze powstają winnice i jest produkowane wino. W coraz większej części naszego kraju rośnie kukurydza, stajemy się jej producentem, a 50 lat temu uprawiano ją na niewielkiej powierzchni.

Jest też druga strona medalu…

– Coraz trudniej będzie w Polsce uprawiać ziemniaki, bo one są zimnolubne. Zmieni się zasięg występowania niektórych roślin dziko żyjących. Przykładem jest wycofywanie się świerka z Puszczy Białowieskiej, bo robi się dla niego za ciepło. Inna zła wiadomość: już pojawiły się nowe choroby roślin i zwierząt, które wcześniej nie występowały w Polsce. Wśród nowych szkodników upraw mamy omacnicę prosowiankę, szkodnika kukurydzy, który potrafi zniszczyć uprawy nawet w 80%. Mamy też pierwsze przypadki wystąpienia choroby niebieskiego języka u bydła.

A czy zaobserwowano jakieś niebezpieczeństwa dla zdrowia człowieka?

– Mamy ewidentny wzrost liczby zachorowań na boreliozę, którą przenoszą kleszcze. W ciągu ostatnich 15 lat odnotowano czterokrotny wzrost tych zachorowań. I nie jest to tylko spowodowane większą wykrywalnością tej choroby. To samo bowiem dzieje się w krajach skandynawskich i na Syberii – gdzie w ogóle nie było kleszczy.

tygodnikprzeglad.pl

Wyniki wyborów europejskich i obecny kryzys idei europejskiej to bezpośredni wynik debaty, która przetoczyła się przez nasz kontynent ćwierć wieku temu. 25 lat temu spór o przyszłość lewicy toczyli ze sobą przywódca brytyjskiej Partii Pracy Tony Blair oraz przywódca francuskiej Partii Socjalistycznej Lionel Jospin.

Blair uważał, że lewica, aby przejąć władzę po epoce dominacji prawicy, musi przesunąć się do centrum. Jospin był zdania, że lewica przesuwając się do centrum, straci swą tożsamość i że taktycznie co prawda może się to opłacać, ale koszty z czasem okażą się bardzo duże. Zwyciężyła koncepcja Blaira. Nastąpiła dekada rządów lewicy w Europie. I tylko wyborcy coraz mniej rozumieli, po co mają iść do wyborów, skoro niezależnie od tego, czy głosują na chadeków, socjalistów, czy socjaldemokratów i tak mieli w efekcie turboliberlizm i turbokapitalizm. Póki co Blair był jednak na fali.

Mniej więcej 10 lat później na europejskiej skrajnej prawicy zaczynają dochodzić do głosu politycy nowego, młodszego pokolenia, którzy widząc, jak lewica przestała być lewicowa, zaczynają zagospodarowywać retorykę i hasła lewicy, równocześnie mniej lub bardziej starannie maskując swoje faszyzujące oblicze. W Holandii sytuacja jest nieco inna. Oto pojawia się tam niezwykle charyzmatyczny polityk - Pim Fortuyn. Fortuyn nazywany był przez europejski mainstream przedstawicielem skrajnej prawicy, choć sam odżegnywał się od polityków takich, jak chociażby świętujący triumfy mniej więcej w tym samym czasie, tyle że w Austrii, Jorg Heider.

Głównym hasłem Fortuyna było zahamowanie fali imigracji muzułmańskiej. Fortuyn widział w islamie zagrożenie dla wolności obywatelskich, w tym praw kobiet i mniejszości seksualnych. Był przeciw przeregulowaniu Unii Europejskiej, a ostrze jego krytyki wymierzone było również w holenderskie elity, które oceniał jako wsobne i oderwane od rzeczywistości.

Równocześnie opowiadał się za dopuszczalnością małżeństw homoseksualnych, prawami LGBT, świeckością państwa, liberalizmem gospodarczym, deregulacją rynku, wolnością słowa rozumianą również jako brak krępującej tę wolność politycznej poprawności. Fortuyna z obecnie istniejącą skrajną prawicą – w tym też i polską – nie łączy więc, poza homoseksualizmem (w wypadku Fortuyna – otwarcie deklarowanym) – w zasadzie nic.

Jego karierę przerwało zabójstwo dokonane przez aktywistę na rzecz ekologii i praw zwierząt Volkerta van der Graafa, który uważał Fortuyna za faszystę. Dziś, gdy nawet Angela Merkel przyznała, iż mniejszość muzułmańska ma problemy z akceptacją europejskiej kultury, a multi-kulti się nie sprawdziło, Fortuyn byłby politykiem mieszczącym się nawet nie na skrajnej prawicy, ale takim, który śmiało pasowałby do centroprawicy. Być może zresztą dlatego dla mainstreamu był on zagrożeniem znacznie większym niż w Austrii kiedykolwiek mógłby stać się Jorg Heider.

Histora Fortuyna i obiektywna ocena tego, co głosił, każe zadać sobie pytanie, czy współcześnie debata przesunęła się aż tak bardzo na prawo, czy też może kiedyś była tak bardzo przechylona na lewo. Niestety obie odpowiedzi są prawdziwe.

Fortuyn nie był politykiem skrajnej prawicy. Europejskie elity przegapiły jednak ten moment, gdy można było polityków takich jak on włączać do systemu i dziś w efekcie mamy do czynienia z prawdziwą już skrajną prawicą.

Równocześnie z drugiej strony – jeśli choćby przyjrzeć się hasłom przywódcy Partii Pracy w Wielkiej Brytanii Jeremy’ego Corbyna czy – nieco bliżej – retoryce przywódców młodzieżówki SPD w Niemczech albo skrajnej młodej lewicy w Polsce widać, że w blokach startowych są już obok jawnych neofaszystów prawdziwi wielbiciele internacjonalizmu (cokolwiek to dziś znaczy), a czasem i wprost komunizmu.

Odpowiedzią na to byłby powrót tradycyjnej lewicy na nieco bardziej lewicowe pozycje, a prawicy – na pozycje prawicowe. Być może jednak 25 lat temu rację miał jednak Jospin, a nie Blair.

onet.pl

środa, 22 stycznia 2020


Brak umiejętności gry widać jak w soczewce na przykładzie relacji z Litwą. Oto z jednej strony mamy wyznawców teorii Giedroycia, z drugiej neo-endeków. Jedni kierując się zwulgaryzowaną wizją Księcia Niezłomnego nie prowadzą gry z Litwą, bo musimy jej przecież pomagać, drudzy – kierując się wykoślawioną wizją Dmowskiego – postanawiają zmusić Litwinów do ustępstw. Jedni i drudzy w pogardzie mają grę jako istotę polityki zagranicznej. W efekcie uniemożliwiają prowadzenie gry dyplomatycznej. Stąd też skądinąd i płynne przejścia z jednego obozu do drugiego. Pomijając już ogromną dawkę konformizmu rodzimego „środowiska eksperckiego”, które czując neo-endeckie wiatry w PiS nagle odkryło w sobie znaczny stopień starannie do tej pory skrywanego „odchylenia prawicowo – nacjonalistycznego”, przejścia takie są możliwe również i dlatego, że rdzeniem zwulgaryzowanej koncepcji Giedroycia i – z drugiej strony – sprymityzowanej wizji endeckiej jest odmowa prowadzenia gry, wstręt do dyplomacji i zastępowanie negocjacji wygłaszaniem „słusznych”, opartych na „dobrze” i „racji” haseł. O ileż to skądinąd prostsze od konstruowania misternych planów i pisania instrukcji negocjacyjnych. Prostsze i mniej ryzykowne. Łatwiej budować wszak kariery, gdy z góry ma się wytłumaczenie dla porażek, niż wówczas, gdy podejmie się ryzyko, które jest integralną częścią prawdziwej dyplomacji. Konia z rzędem temu, kto wskaże, kiedy polska dyplomacja skonstruowała ostatnio jakąś „mapę drogową”. Road map bowiem to nic innego jak realizacja interesów w zmiennym, niekorzystnym i trudnym otoczeniu. To konstatacja, iż wynik pożądany, wyczekiwany nie jest możliwy i miast tego szukać trzeba opcji „second best”. To gra, w której ugrywamy tyle, ile zdołamy, a nie tyle, ile byśmy chcieli. To operowanie w kategorii interesów, a nie wartości. To również odwaga budowy planów, których konstruowanie – w odróżnieniu od pisania pełnych strzelistych aktów wiary przemówień – jest po prostu trudne i wymaga profesjonalizmu. Skądinąd dwóch bardzo deficytowych dóbr w naszej polityce.

oaspl.org

Problem polega oczywiście na tym, że Karta 97 prowadziła politykę niezgodną z linią polityczną państwa, które było głównym donorem portalu. Wolność mediów jest oczywiście rzeczą świętą, ale gdy wspiera się opozycję w innym kraju (a Karta 97 jest tyleż elementem rynku medialnego, co i sceny politycznej), to naturalnym jest to, iż w zamian za pieniądze oczekuje się dostosowania do polityki państwa – donora. Nikt o tym publicznie nie mówi i wszyscy udają, że nie ośmieliliby się ingerować w wolność mediów, ale dziwnym trafem finansowani przez Niemcy są proniemieccy, finansowani przez Amerykanów – proamerykańscy, a mający biura w Paryżu zawsze popierają Pałac Elizejski. I jakoś obrońcy praw człowieka Berlina, Waszyngtonu ani Paryża za to nie potępiają.

Szkoda, że nikt w Warszawie nie wpadł na pomysł, by stronie białoruskiej obiecać zmniejszenie finansowania, po cichu je podnieść, a zarazem tak nakierować linię polityczną portalu, aby ta nie była może zgodna, ale w każdym razie nie była też sprzeczna z polską racją stanu. Tak robią wszystkie państwa na świecie, w tym również państwa demokratyczne i choć rzadko się o tym mówi, to jest to tajemnicą poliszynela. Nie chodzi przy tym o czynienie z beneficjentów wsparcia własnej agentury, ale o zachowanie elementarnego wpływu i zdrowych relacji, w których otrzymujący pieniądze nie działa wbrew interesom darczyńcy.

Problem polega na tym, że Polska nigdy nie prowadziła żadnej realnej polityki. Niedawne próby zamknięcia telewizji Biełsat wynikały z tego, że stacja również prowadziła i prowadzi politykę sprzeczną z polityką państwa. W szczycie resetu z Białorusią w Mińsku dochodziło do demonstracji ulicznych, w których wzięło udział ok. 3 tysięcy ludzi (w 2010 roku – 50 tysięcy). W tym czasie szefowa stacji zapowiadała, że oto zaczyna się koniec reżimu, a Biełsat tak relacjonował demonstracje, że trudno było odnieść inne wrażenie niż takie, że nawołuje ludzi do wyjścia na ulice. Rząd PiS nie miał jednak odwagi ani odwołać szefowej stacji, ani wpłynąć na linię Biełsatu.

onet.pl

Andriej Wtiurin, nim objął stanowisko zastępcy szefa Rady Bezpieczeństwa, przez ponad sześć lat kierował "Służbą Bezpieczeństwa Prezydenta Republiki Białoruś". Służba ta tylko pozornie jest odpowiednikiem polskiej Służby Ochrony Państwa (dawniej BOR). W istocie jest trzecią, a pod pewnymi względami najważniejszą, białoruską służbą specjalną. Według niektórych doniesień zatrudnia nawet około dwóch tysięcy funkcjonariuszy. Wtiurin, dowodząc formacją, był jednym z najbliższych ludzi Aleksandra Łukaszenki. Według relacji białoruskich rozmówców Onetu, w pewnym momencie był wręcz przyjacielem domu białoruskiego prezydenta, a nawet brał udział w wychowywaniu najmłodszego syna A. Łukaszenki. Wtiurinowi oficjalnie zarzuca się wzięcie łapówki w wysokości 150 tys. dolarów. Tyle że za 150 tysięcy na Białorusi nikogo tak ważnego i tak bliskiego prezydentowi się nie aresztuje.

O tym, że raczej nie chodzi o łapówkę, świadczą jeszcze dwa fakty. Po pierwsze, sprawy korupcyjne na Białorusi traktowane są przez reżim jako igrzyska dla ludu. Zatrzymania są publiczne, a szczegóły sprawy nagłaśniane. W tym wypadku jednak, z ogłoszeniem o aresztowaniu czekano aż pięć dni, przy czym również obecnie nie ma tak naprawdę żadnych szczegółowych informacji. Embargo informacyjne jest tak szczelne, że nawet bardzo do tej pory aktywny w mediach społecznościowych syn Andrieja Wtiurina całkowicie zamilkł i niewykluczone, że znajduje się pod "opieką" służb specjalnych. Drugą bardzo poważną przesłanką świadczącą o tym, że raczej chodzi o coś więcej niż tylko łapownictwo, jest to, że Wtiurin został natychmiast po zatrzymaniu zdegradowany przez prezydenta, co nie miałoby miejsca, gdyby chodziło tylko o przyjęcie łapówki.

Rosyjskie i białoruskie media, powołując się - co bardzo istotne - na źródła w białoruskich strukturach siłowych, podają, że prawdziwą przyczyną aresztowania była współpraca aresztowanego z rosyjskimi specsłużbami (FSB i FSO), które miały rzekomo szykować pucz w Mińsku, którego scenariusz zakładać miał przeprowadzenie zamachu na Łukaszenkę. Co ciekawe, doniesień tych nikt nie próbuje dementować. Powyższe informacje są dodatkowo podsycane przez fakt, iż Aleksander Łukaszenka, który 25 i 26 kwietnia brał udział w Forum Inicjatywy "Pasa i Drogi" w Pekinie, gdzie spotkał się m.in. z prezydentem Putinem, nagle z nieznanych przyczyn skrócił swój pobyt i pilnie wrócił do Mińska.

Trzy dni po powrocie Łukaszenki z Pekinu ogłoszono aresztowanie Andrieja Wtiurina, co samo w sobie wywołało szok, bowiem tak ważnego oficjela do tej pory nigdy nie aresztowano. Dzień później na stronie internetowej prezydenta Putina pojawiła się informacja o odwołaniu mianowanego ledwie kilka miesięcy wcześniej ambasadora Rosji na Białorusi Michaiła Babicza. Babicz kilkukrotnie wdawał się w publiczne połajanki z władzami białoruskimi, o których wyrażał się mało dyplomatycznie, a wręcz lekceważąco. Mimo to Moskwa stała murem za swoim ambasadorem, nawet wówczas gdy - jak wieść niesie - Aleksander Łukaszenka wprost zażądał od Putina odwołania ambasadora, grożąc jego wydaleniem jako persona non grata.

Co istotne, Babicz nie był zawodowym dyplomatą, a wysoko postawionym oficerem rosyjskich służb specjalnych. Jego zastępca w Mińsku to z kolei oficer GRU. Trzecią osobą w hierarchii ambasady Rosji w Mińsku jest również oficer GRU – w odróżnieniu od swoich przełożonych odznaczony za zasługi podczas zajmowania Krymu przez Rosję. Kierownictwo ambasady sprawia więc wrażenie, jakby dyplomacja była nie pierwszą, ale drugą jego profesją. Z tej też racji, jak relacjonują media zza Buga, ostatnimi czasy w Mińsku KGB więcej czasu poświęcało ambasadzie Rosji, niż jakiejkolwiek innej ambasadzie.

Odwołanie Babicza to, według mediów białoruskich i rosyjskich, również efekt jego "nadmiernej" aktywności, przy czym "nadmierna" w tym przypadku oznacza zapewne taką, która sprowadzała się do zbyt intensywnych kontaktów nie z opozycją (ta jest niegroźna, bo albo spacyfikowana i bez poparcia społecznego, albo zwerbowana), ale z ludźmi z otoczenia Łukaszenki. Łukaszenka doskonale rozumie, że to Moskwa, a nie Zachód mu zagraża i że może pozbawić go władzy.

(...)

W państwach autorytarnych podstawą sukcesu każdego zamachu stanu jest, poza zjednaniem sobie osobistej ochrony obalanego prezydenta, również opanowanie telewizji oraz telekomunikacji. Co ciekawe, w tym samym dniu w którym aresztowano Andrieja Wtiurina, aresztowany został również prezes Beltelekomu, czyli państwowego monopolisty, dysponującego jedynym kanałem dostępu łączącego białoruski internet z siecią światową (komercyjni dostawcy usług internetowych muszą korzystać z łącz Beltelekomu). Internet to nie jedyna jednak sfera działalności Beltelekomu, który jest też operatorem telefonicznym. Prezesa Beltelekomu aresztowano rzecz jasna za przyjęcie łapówki. I rzecz jasna natychmiast po jego aresztowaniu znów zapadła absolutna cisza.

onet.pl