wtorek, 6 sierpnia 2019


W czerwcu 1944 roku pewien młody żołnierz poddał się amerykańskim spadochroniarzom po alianckiej inwazji na Normandię. Początkowo Amerykanie sądzili, że to Japończyk, ale w istocie był Koreańczykiem. Nazywał się Yang Kyoungjong.

W 1938 roku Japończycy przymusowo wcielili osiemnastoletniego Yanga do swojej Armii Kwantuńskiej w Mandżurii. Rok później Armia Czerwona wzięła go do niewoli po bitwie nad Chalchyn gol i zesłała do obozu pracy. Radzieckie władze militarne w kryzysowym okresie 1942 roku wcieliły go wraz z tysiącami innych więźniów do sowieckiego wojska. Potem, na początku 1943 roku, znalazł się jako jeniec u Niemców po bitwie pod Charkowem na Ukrainie. W roku 1944, już w niemieckim mundurze, został wysłany do Francji, aby służyć w Ostbataillon, teoretycznie mającym wzmacniać obronę Wału Atlantyckiego u podstawy półwyspu Cotentin, koło plaży „Utah”. Po okresie spędzonym w obozie jenieckim w Wielkiej Brytanii wyjechał do Stanów Zjednoczonych, nie wspominając o swojej przeszłości. Osiadł tam i ostatecznie zmarł w Illinois w 1992 roku.

Antony Beevor - Druga wojna światowa

Do 55-letniego senatora Grzegorza Biereckiego, przewodniczącego senackiej komisji finansów, jak bumerang znów wróciły sprawy SKOK. Dziś uparcie się od nich odcina. Co dziwi, zważywszy, że przez lata był ich dumnym ojcem założycielem, ich twarzą, a przez 20 lat szefował Kasie Krajowej. Do dziś czerpie z tego systemu sowite profity przez skomplikowaną sieć spółek, które narosły wokół SKOK.

Nową burzę wokół SKOK rozpętało kilka zdań rzuconych niejako mimochodem przez bankiera Leszka Czarneckiego w końcówce nagranej i ujawnionej niedawno rozmowy z szefem KNF Markiem Chrzanowskim. „Wie pan, też taka ciekawa historia ze SKOK…” – zaczął bankier. „Kiedy zaczęło być bardzo gorąco koło kas SKOK, i tej fundacji Biereckiego, Luxemburg, on przyszedł do nas do banku z prośbą włożenia depozytu. Już w tej chwili nie pamiętam – 60, 70 mln zł (…)? Ostatnia rzecz, której ja chciałem, to przyjmować depozyt od Biereckiego (…). Zadzwoniłem wtedy do Kwaśniaka i powiedziałem, że ja wiem, że zgodnie z prawem mi nie wolno odmówić przyjęcia depozytu, ale my go nie przyjmiemy (…). Ja się po prostu boję tych pieniędzy. Nie wiem, co będzie dalej, czy przypadkiem nie będę gdzieś tam miał podejrzenia o współudział w praniu brudnych pieniędzy, jak się okaże, że on te pieniądze ma nielegalnie wyciągnięte ze SKOK”.

O finansowych poczynaniach Biereckiego wiadomo też z upublicznionego w marcu 2015 r. pisma KNF do najważniejszych osób w państwie – premiera, marszałków Sejmu i Senatu, a także szefów ABW i CBA. KNF informował w nim o wyprowadzaniu pieniędzy z systemu SKOK do prywatnych spółek powiązanych z Grzegorzem Biereckim. Zdaniem komisji 77 mln zł z konta Fundacji na rzecz Polskich Związków Kredytowych trafiło do prywatnej spółki Spółdzielczy Instytut Naukowy, założonej przez Grzegorza Biereckiego, jego brata Jarosława i prawnika Adama Jedlińskiego. Do tego jeszcze z systemu SKOK do zarejestrowanej w Luksemburgu innej prywatnej spółki SKOK Holding wypłynęło 80 mln zł.

Bianka Mikołajewska pisała o tym w POLITYCE już dawno temu, ale za tekstami nie poszły działania prokuratury ani konsekwencje dla Biereckiego. Raportu KNF nie można było przemilczeć. W kontekście fali upadłości SKOK, wypłat idących w miliardy złotych dla klientów, których oszczędności nagle gdzieś zniknęły, raport był dla PiS – w czasie trwającej kampanii parlamentarnej – wizerunkową katastrofą. PiS zatem spektakularnie wyrzuciło Biereckiego jak zbędny balast za burtę, zawieszając go w prawach członka. Jarosław Kaczyński mówił wtedy: „Nie chcę w tej chwili oceniać czyjejś uczciwości. Senator jest zawieszony i moralne aspekty sprawy są badane (…)”.

W tamtym czasie wieszczono koniec Biereckiego. „Myśli pan, że Grzegorz leży i jest bliski klęski?” – pytał dziennikarz „GW” jednego z dawnych przyjaciół Biereckiego. Ten odpowiadał: „Na to wygląda. Ten raport Komisji Nadzoru Finansowego nie brzmi dobrze. Było 77 mln zł, niby wspólny kapitał całego ruchu Spółdzielczych Kas Oszczędnościowo-Kredytowych, a teraz okazuje się, że te pieniądze poszły do spółki Biereckiego. Wyborcy są czuli na takie sprawy”. Ale może nie był do końca pewien upadku senatora, bo na wszelki wypadek wolał zachować anonimowość. Tłumaczył: „Nie warto się narażać na proces, a wiadomo, że Bierecki otacza się świetnymi prawnikami i pozwy sądowe są w jego działaniach po prostu metodą walki”.

(...)

Zaplecze finansowe zawsze było dla Jarosława Kaczyńskiego ważne. Żadna inna partia w Europie nie dorobiła się takiego dużego majątku tak szybko i na skróty. Zaraz po 1989 r., przy okazji likwidacji RSW Prasa Książka Ruch, działacze PC, poprzedniczki dzisiejszego PiS, zajęli cztery nieruchomości na warszawskiej Woli. Zakręcili tak, że za budynek przy Nowogrodzkiej zapłacili czynszem, który Bank Przemysłowo-Handlowy zapłacił im jednorazowo za 13 lat z góry.

– W gestii samego kierownictwa PiS, czyli prezesa, jest spółka Srebrna, która obrosła w spółki-córki, i to jest podstawowe narzędzie finansowania i także kontroli, ale drugim są kasy SKOK czy Kasa Krajowa SKOK. Daje pracę, pieniądze, ogłoszenia – uważa polityk PiS. I dodaje: – Silna pozycja Grzegorza Biereckiego bierze się z jego umiejscowienia w pewnej architekturze finansowej całego przedsięwzięcia pisowskiego i nie mówię tutaj o partii. Mówię o pewnym konglomeracie finansowo-medialnym, w którym pan Bierecki odgrywa dużą rolę. I jak ten element, choć ma mniejszą wagę niż holding Srebrna, się wyciągnie, to wszystko się tam zacznie chwiać. Może się nie rozsypie, ale będzie niestabilnie.

polityka.pl

Przede wszystkim jednak warto pamiętać, że Wschód tym się różni od Zachodu, iż przypadki rzadko bywają tam przypadkami. Autorowi tego tekstu tłumaczył to przed laty w Moskwie, za pomocą anegdoty, ambasador RP w Rosji i późniejszy szef dyplomacji Stefan Meller. Ambasador Meller spytał mnie, czy rozumiem Wschód i nim zdążyłem odpowiedzieć zadał mi kolejne pytanie: czy wiem czym się różni skandal w operze w Paryżu od skandalu w operze w Moskwie.

Wyjaśnił, że jeśli baletnica w Paryżu pokaże "gołą d..." to oznacza to tyle, że na widowni był jej kochanek. Jeśli jednak baletnica uczyni to samo w Moskwie, to powstaje pytanie czy w Loży Prezydenckiej znajdował się Władimir Putin. Jeśli tak, to powstaje drugie pytanie: kto stoi za tym, że baletnica ośmieliła się pokazać Władimirowi Putinowi gołą d... i czy nie oznacza to aby, że Władimir Putin słabnie, a jego dni na tronie są już policzone. Jeśli natomiast Władimira Putina w Loży Prezydenckiej nie było, to powstaje pytanie, komu na Kremlu Władimir Putin - zlecając baletnicy pokazanie gołej d... w kierunku pustej Loży Prezydenckiej - chciał uświadomić, że nawet gołej d... nie można mu pokazać bez jego zgody.

onet.pl

sobota, 27 lipca 2019


Teoria w największym możliwym skrócie zakłada, że państwo może „drukować pieniądze”, żeby finansować nimi wydatki publiczne; nie musi ich najpierw pożyczać od obywateli czy inwestorów (poprzez obligacje), może je sobie po prostu dopisać na rachunku. Odruchowo przychodzi nam do głowy, że to absurd, bo przecież druk pustego pieniądza w gospodarce nakazowo-rozdzielczej wywołuje nawis inflacyjny (pieniądz nie ma pokrycia w towarze), w kapitalistycznej zaś – po prostu inflację. Twórcy MMT wskazują jednak, że tak być nie musi, tzn. dodrukowany pieniądz nie musi tracić na wartości, o ile służy zatrudnieniu niezagospodarowanych środków produkcji: stojących bezczynnie maszyn, a przede wszystkim bezrobotnych ludzi. Dopóki państwo finansuje niewykorzystane zasoby, inflacji nie ma, rośnie po prostu zatrudnienie i produkcja, a dodruk należy zatrzymać w momencie, gdy PKB realny zbiega się z potencjalnym. Krótko mówiąc, gdy gospodarka pracuje na full mocy – dalszy dodruk oznaczałby bowiem wzrost cen towarów i płac.

krytykapolityczna.pl

A propos spotkania na Kremlu... Media poinformowały, że Łukaszenka z okazji zbliżającego się Nowego Roku podarował Putinowi słoninę i cztery worki kartofli.

- Łukaszenka już w latach 90. zeszłego stulecia, zanim został prezydentem, miał taki zwyczaj, że ludziom, w których łaski chciał się wkupić, przywoził ze swojego sowchozu na przykład bagażnik pełen ogórków. Taka jest jego mentalność. Jak widać, nawet 20 lat na urzędzie prezydenta Białorusi nie zmieniło tego byłego dyrektora sowchozu. Oczywiście, taki prezent dla Putina ma wymiar czysto symboliczny. Jednak symboliczne jest również to, że Łukaszenka z Moskwy wyjechał bez prezentu. Znamienny jest też fakt, znając miłość Łukaszenki do hokeja, że nie dał się on zaprosić Putinowi na mecz. Stwierdził, że wraca do Mińska, bo się spieszy. Jeżeli dodamy do tego wcześniejsze słowa Łukaszenki, że są z Putinem sobą zmęczeni, to mamy pełen obraz dosyć poważnej gry nerwów. Łukaszenka później wycofywał się z tych słów, ale jednak one padły. Kolejna rzecz wskazująca na mocno napięte relacje, to brak konferencji prasowej po jednym ze spotkań na Kremlu.

- W takich sytuacjach zamiast polityków "mówią" media. W tym przypadku ewentualną wersję wydarzeń przedstawiły rosyjskie media. Przypomniano, że w 2024 roku Putinowi kończy się kadencja i jednocześnie formalnie konstytucyjna możliwość kontynuowania rządów. Zaczęto spekulować, że być może utworzenie nowego tworu państwowego, poprzez przyłączenie Białorusi, spowoduje zmianę konstytucji i pozwoli Putinowi na kontynuowanie rządów.

Jak oceniać taki scenariusz? Wydaje się, że Putin nie będzie widział żadnych przeszkód, by doprowadzić do takiego właśnie rozwiązania.

- Wcześniej takie spekulacje wydawały się political fiction, ale po aneksji Krymu wszystko jest możliwe. Zwłaszcza, że Białorusini w wielu kwestiach pozwalają na wiele Kremlowi. Weźmy przykład plany stworzenia nowych baz wojsk rosyjskich na Białorusi. Mińsk początkowo twardo przekonywał, że się na to nie zgodzi, później jednak stwierdził, że może nowe wojskowe bazy rosyjskie to nie byłby taki zły pomysł, jeśli weźmiemy pod uwagę, że NATO buduje kolejne bazy w Europie Wschodniej. A to tylko jeden z przykładów, kiedy Białoruś stroszy piórka, a później potulnie wykonuje polecenia Rosji. Co się wydarzy w 2024 roku? Na pewno trzeba byłoby znaleźć nowe miejsce dla Łukaszenki.

Wykluczone jednak jest siłowe zajęcie Białorusi? Nie będzie drugiego Krymu.

- Rosja chyba nie może sobie pozwolić na kolejną taką awanturę. Raczej to byłby polityczno-ekonomiczny manewr pod pretekstem zjednoczenia. Byłby to manewr tym łatwiejszy, że Białoruś to nie Ukraina. Stopień sowietyzacji białoruskiego społeczeństwa, jego sympatii dla Rosji, jest nieporównywalnie większy, niż kiedykolwiek był na Ukrainie - może z wyjątkiem właśnie Krymu i wschodnich obwodów, które oderwano w 2014 roku. Prawdopodobnie tylko garstka ludzi demonstrowałaby przeciwko przyłączeniu Białorusi przez Rosję. Wydaje mi się też, że Putin zachowałby się według sprawdzonych stalinowskich wzorców. Niczego nie można przesądzać, ale to nie byłoby bezpośrednio włączenie czy też wchłonięcie, choć o takim scenariuszu przed laty mówił Putin strasząc Łukaszenkę. Wzorce są. W czasach Związku Sowieckiego zarówno Ukraina, jak i Białoruś, były między innymi samodzielnymi członkami Organizacji Narodów Zjednoczonych. Stalin to wykorzystywał, miał dwa głosy więcej i posługiwał się tymi "republikami" na arenie międzynarodowej. Wydaje mi się, że Putin będzie się na tym wzorował. Białoruś pozostanie państwem formalnie suwerennym. Już teraz jest wygodna - na przykład do obchodzenia zachodnich sankcji. Po co rezygnować z takiego narzędzia? Raczej więc nie zostanie zamieniona w kolejny obwód, czy też "trzy gubernie", jak kiedyś groził Putin, a Łukaszenko mianowany gubernatorem. Pewnym jest natomiast, że na Białorusi Putin nie będzie potrzebował "zielonych ludzików". Zabrzmi to brutalnie, ale co drugi Białorusin jest "zielonym ludzikiem".

Czyli mówiąc wprost, Białorusini chcieliby być w Rosji?

- Wielu Białorusinów w ogóle nie widzi różnicy pomiędzy Białorusią a Rosją. Ci wychowani w czasach Związku Sowieckiego, mentalnie żyją w tamtym okresie. To jednak nie dotyczy tylko starszego pokolenia Białorusinów, dlatego że światopogląd i kultura sowiecko-rosyjska są cały czas odnawiane. Teraz sprzedawana są w atrakcyjniejszej formie. Rosja stworzyła własny krąg kulturowy, który przyciąga mieszkańców świata posowieckiego. Najlepszym przykładem popsa - rosyjska tandetna muzyka słuchana niemal we wszystkich byłych republikach. Inny przykład na jedność tego świata to rosyjskie seriale - często realizowano je na przykład na Ukrainie, bo tam było taniej, a widz w ogóle nie orientował się, że to kręcone było zagranicą - te same bloki, te same ulice, ci sami ludzie... Znamienna jest zresztą sytuacja z początków niepodległości Białorusi, gdy wprowadzono białoruskie banknoty z symbolami zwierząt. Białorusini tak nimi gardzili, bo nie były to ukochane rosyjskie ruble, że mówili o nich kpiąco "zajcziki". To myślenie w kategoriach Związku Sowieckiego pozostało tam do dziś i jest bardzo żywe. Wyjątkiem może jest mińska inteligencja i część młodych żyjących na zachodzie Białorusi, zwłaszcza w Grodnie i okolicach, gdzie też najwięcej jest Polaków.

interia.pl

Tak się składa, dla wielu niespodzianie, że w wymiarze globalnym to biedniacy ciągną wóz ze wzrostem gospodarczym. Zwłaszcza, że w zaprzęgu są Chiny i Indie. Wprawdzie Chiny to wielowymiarowy gigant, ale gigant nadal dość biedny, z PKB per capita dwa i pół razy mniejszym niż w tak-sobie majętnej Portugalii. Przez wiele ośrodków Chiny zaliczane są więc jeszcze do grupy gospodarek wschodzących (rozwijających się), a polemika z takim przypisaniem byłaby tyleż długa, co jałowa.

Przez ostatnie 15 lat państwa rozwijające się w liczbie ok. 70 zapewniły światu prawie 2/3 globalnego wzrostu i ponad połowę nowej konsumpcji. Grupa ta jest jednak bardzo niejednorodna. Obejmuje stale potężniejące Chiny i bardzo dynamiczne gospodarki Indonezji, Malezji, czy Tajlandii, ale także ledwo dyszące Zimbabwe, jak również Ukrainę i Rosję – oba państwa w stagnacji i w wielkich kłopotach.

obserwatorfinansowy.pl

czwartek, 25 lipca 2019


Często jest tak, że kiedy ktoś traci, to i ktoś zyskuje. Skoro rosną ceny węgla, to źle dla polskich producentów energii, ale dobrze dla kopalni i polskiego górnictwa.

Najnowsze dane pokazują, że importujemy najwięcej węgla od lat.

Skąd?

W 75 procent z Rosji, ale również między innymi z Kolumbii. I teraz odpowiedzmy sobie na pytanie, dlaczego bardziej opłaca się sprowadzać do Polski węgiel ze wschodniej Syberii czy Kolumbii, niż brać go ze Śląska?

Słucham.

Po pierwsze, w Polsce mamy kopalnie głębinowe, w których opłacalność wydobycia spada, bo trzeba schodzić coraz niżej, a w związku z tym rosną koszty. Jak mamy konkurować z takimi państwami – jak choćby Australia czy Rosja – gdzie działają kopalnie odkrywkowe? Po drugie, państwowe kopalnie wciąż bardzo hojnie rozdają przywileje pracownicze – od deputatów węglowych, po czternastki. Po trzecie, polski węgiel jest kiepskiej jakości. Węgiel rosyjski jest po prostu lepszy. Po czwarte, wiele perspektywicznych, nowych złóż zostało zabudowanych, na przykład autostradami w okolicach Gliwic. Te wszystkie elementy powodują, że wydobycie węgla w Polsce musi spadać. Rząd sam to zresztą zapowiada – do 2050 roku udział węgla w wytwarzaniu energii ma zmaleć z 80 do 50 procent.

To po cholerę nam ta elektrownia węglowa w Ostrołęce?

To jest okręg wyborczy ministra Tchórzewskiego. Można powiedzieć, że budowa elektrowni węglowej w Ostrołęce to najdroższa kampania wyborcza w historii.

Jaki jest jej koszt?

Około 6 miliardów złotych.

Jak się ma wzrost importu węgla do zapewnień rządu o budowie energetycznej suwerenności?

Nijak. Społeczeństwo jest po prostu oszukiwane. Ponieważ świadomość energetyczna jest wciąż niska, opinię publiczną można dowolnie modelować, jak plastelinę.

Akurat tę sprzeczność dość łatwo zrozumieć – mieliśmy uniezależniać się od Rosji, a importujemy stamtąd coraz więcej węgla.

Import, mimo że rośnie, nadal stanowi ułamek tego, co produkujemy w Polsce. Ale to się będzie zmieniać. W perspektywie 15–20 lat to będzie bardzo poważny udział.

A inne źródła energii?

Rząd „zaorał” wiatraki, które rozwijały się najszybciej. Wprowadzono przepisy mówiące, że nowe wiatraki można budować w odległości co najmniej 2 kilometrów od zabudowań. To utrudnia rozbudowę już istniejących farm wiatrowych i budowę nowych. W związku z tym cały sektor nie tylko wyhamował, ale znajduje się na skraju bankructwa.

Dlaczego to zrobiono?

Ponieważ Polska ma pewne normy do wypełnienia jeśli chodzi o odnawialne źródła energii. Najprostszym sposobem na ich wypełnienie jest doprowadzenie firm prywatnych, które dominowały w branży wiatrowej, do bankructwa, a następnie wykupienie ich za bezcen. To bandycka polityka.

Przez jakiś czas pojawiały się też pomysły na budowę elektrowni atomowej.

Do 2030 roku emisje gazów cieplarnianych w porównaniu z rokiem 1990 muszą spaść o 40 procent. To bardzo dużo. Jeśli tak się nie stanie, spadną na Polskę surowe kary. A ponieważ przespaliśmy wiele lat – bo u nas rzadko myśli się dłużej niż jedną kadencję do przodu – doszliśmy do sytuacji, że właściwie jedynym sposobem na wypełnienie tych norm jest budowa elektrowni jądrowej. Problem polega na tym, że żadne spółki skarbu państwa – poza Orlenem – nie mają odpowiedniego kapitału.

O jakich kosztach mówimy?

Między 40 a 60 miliardów złotych. Moim zdaniem głównym problemem nie jest dziś to, czy budować taką elektrownię, ale za co.

Niektóre kraje – przede wszystkim Niemcy – z takich elektrowni rezygnują.

Ale to nie jest ogólnoświatowy trend. W Indiach i Chinach uznaje się, że przy obecnym tempie wzrostu liczby ludności i zapotrzebowania na energię, jedynym rozwiązaniem jest właśnie energetyka jądrowa.

kulturaliberalna.pl

wtorek, 23 lipca 2019


Jak gwałtownie wzrosły ceny za emisję CO2? Czy to zjawisko rozciągnięte w czasie, które można było przewidzieć, czy nagłe?

Mechanizm handlowania emisjami CO2 został tak skonstruowany, żeby te uprawnienia drożały. Wszystko po to, żeby zniechęcać do węgla, bo Unia założyła sobie, że chce produkować energię ze źródeł czystych, niskoemisyjnych. Polski rząd wiedział więc, że te uprawnienia będą drożeć.

Tym, co zaskoczyło nasze władze, jest tempo wzrostu cen. Nikt się nie spodziewał, że przed rokiem 2020 ceny za tonę wyemitowanego CO2 przebiją 20 euro. Polskie spółki są na to nieprzygotowane. I mają dwa wyjścia: albo podwyższyć ceny, żeby zrekompensować te wzrosty, albo – jeśli z przyczyn politycznych nie mogą tego zrobić – sięgnąć do własnych rezerw finansowych.

Jest jeszcze drugi czynnik powodujący wzrost cen energii: sam węgiel, który także drożeje. Doszło do sytuacji, w której polskie przedsiębiorstwa produkujące energię – z powodu uzależnienia od węgla – będą zmuszone płacić za wytwarzanie energii o kilkadziesiąt procent więcej. Z roku na rok.

Gdzie trafiają pieniądze za prawa do emisji? Kto na tym zarabia?

Państwo. W Polsce niekiedy słychać głosy, że Unia Europejska to jest ciemny lud, który gwałcąc nasze interesy narodowe, każe nam odchodzić od węgla. To nieprawda. Unia daje coś w zamian – środki na transformację energetyczną. Jednym ze źródeł są zyski dla państwa ze sprzedaży uprawnień do emisji. To są miliardy.

Ile miliardów? 2, 10, 20?

W zeszłym roku z samej sprzedaży uprawnień budżet zarobił około miliard euro, czyli około 4 miliardy złotych. To duże środki, które powinny być przeznaczone na modernizację energetyki.

A są dedykowane na ten cel czy mogą być wydane na coś innego?

Na tym polega problem – mogą być przeznaczone na cokolwiek. Skoro koszty wytwarzania energii wzrosły, to normalnie, gdyby chodziło o wolny rynek, powinno się to przenieść na cenę dla każdego konsumenta – dla mnie, dla pana, dla tej kawiarni, w której jesteśmy, dla małych, średnich i największych przedsiębiorstw. Ale rząd wymyślił sobie – ponieważ w przyszłym roku mamy wybory parlamentarne – żeby wprowadzić dopłaty z żywej gotówki dla najbardziej energochłonnych i największych przedsiębiorstw oraz dla konsumentów indywidualnych. Te pieniądze mają pochodzić właśnie ze środków ze sprzedaży uprawnień do emisji CO2.

Czyli pieniądze, które miały iść na reformę polskiej energetyki, pójdą na łagodzenie skutków tego, że energetyka zreformowana nie jest?

Błędne koło. Naszym problemem jest węgiel i z jego powodu rosną ceny energii. A ponieważ wzrost cen powoduje, że polska gospodarka będzie skrajnie niekonkurencyjna, to trzeba ją wesprzeć środkami, które powinny służyć ograniczaniu użycia węgla. Energetyka nie ma więc z czego się zmodernizować i odejść od węgla, bo środki na to „przejada”, wypłacając dopłaty do nierentownego przemysłu.

Ale może taki system jest do utrzymania? Przedsiębiorstwa energetyczne emitują CO2, płacą za to państwu, a państwo te pieniądze zwraca w postaci dopłat.

Moglibyśmy tak trwać, gdyby nie to, że system handlu emisjami został stworzony w taki sposób, żeby one nieustannie drożały i zachęcały do rezygnacji z węgla. W efekcie nierentowność polskich spółek energetycznych będzie się pogłębiać.

Ale państwo będzie miało coraz więcej wpływów.

Nie, ponieważ Polsce przysługuje tylko pewna, ograniczona pula praw do emisji. I jeśli ją wyczerpiemy, trzeba dokupić od innych. Oczywiście można by z tym coś zrobić, ale rząd sam się skrępował swoją antyunijną retoryką.

Tylko czy to jest wina tego rządu? Sektora energetycznego nie reformuje się z dnia na dzień. Ceny za emisję mogą rosnąć szybciej, niż przewidywaliśmy, ale cały ten mechanizm nie powstał wczoraj. Był czas, żeby się dostosować.

Problem wynika z zaniechań wszystkich rządów, które z przyczyn politycznych nie chciały odchodzić od węgla. W tej sytuacji kryzysowej można by jednak było szybko obniżyć ceny energii przy współpracy z Komisją Europejską, która ma na to środki. Niestety z różnych powodów – między innymi sporu o praworządność w Polsce – relacje polskiego rządu z Komisją są najgorsze od lat.

Co konkretnie mogłaby zrobić Komisja?

Upraszczając, można powiedzieć, że Komisja zachowała sobie pewną pulę praw do emisji w rezerwie, żeby ewentualnie wpływać na ceny energii. Gdyby polski rząd miał dobre relacje z Komisją i się z nią dogadał – co obecnie jest niemożliwe – Komisja mogłaby wypchnąć część tych rezerw na rynek, dzięki czemu spadłyby ceny za emisję CO2, a za nimi: ceny energii. To można by zrobić w ciągu kilku tygodni, bardzo szybko.

Ale?

Ale Komisja na razie nie chce tych rezerw wrzuć na rynek, bo wydaje się, że mamy do czynienia z szerokim konfliktem na wielu polach między Brukselą a Polską.

„Wydaje się”? Związek między kwestiami praworządności w Polsce a cenami energii to są pana domysły czy fakty?

Z racji tego, że zajmuję się energetyką od lat, doradzam różnym spółkom, jeżdżę do Brukseli regularnie i to jest to, co słyszę od urzędników Komisji Europejskiej średniego szczebla. Mówią wprost, że Polsce nikt na rękę nie pójdzie. Komisja będzie się ściśle trzymać litery prawa, trochę na zasadzie strajku włoskiego. Skutek jest taki, że bank Crédit Agricole w przyszłym roku przewiduje w Polsce podwyżki cen energii na poziomie od 50 do 70 procent.

Dla kogo?

Dla wszystkich, ale skutki są oczywiście różne dla różnych grup. Pierwsza grupa to największy przemysł, który konsumuje najwięcej energii. Dla takich przedsiębiorstw podwyżka o kilkadziesiąt procent oznacza utratę konkurencyjności i upadek. To oznaczałoby katastrofę gospodarczą, dlatego rząd chce wypłacać tym przedsiębiorstwom rekompensatę, żeby utrzymać ich konkurencyjność. Środki na to mają pochodzić właśnie z funduszu modernizacyjnego na polską energetykę. To nie jest do końca głupie rozwiązanie, bo inne państwa niekiedy też tak robią – każde chce chronić swój przemysł. Pytanie, jaką część funduszu modernizacyjnego chcemy na rekompensaty przeznaczyć.

Druga grupa to mali i średni przedsiębiorcy. Jako że rząd nie ma w tej chwili dla nich żadnego rozwiązania, to przewiduję, że w przyszłym roku małe i średnie firmy w Polsce będą padać jak muchy. Pod presją cen energii.

kulturaliberalna.pl

piątek, 19 lipca 2019


Wysiadamy w Moście. To kilkudziesięciotysięczne miasto, które słynie z tego, że w latach sześćdziesiątych zburzono w nim starówkę, aby rozszerzyć działalność kopalni węgla brunatnego. Oraz z licznej społeczności romskiej, z powodu której o Moście zrobiło się w tym roku głośno. Kandydaci w październikowych wyborach samorządowych prześcigali się bowiem w pomysłach na rozwiązanie jej problemu.

Komitet Mostowianie dla Mostu proponował z plakatów wyborczych budowę „wiosek dla hołoty” i wygnanie tejże z miasta. Ugrupowanie Otwarty Ratusz – Most poszło dalej, ogłaszając na swoim fanpage’u, że „środki deratyzacyjne to za mało na te szkodniki” – dostali zaledwie parę procent, ale już „Mostowianie” zajęli trzecie miejsce i zachęcili mainstreamowe partie do podobnych, choć bardziej eufemistycznie sformułowanych postulatów.

(...)

Przemysł ciężki – górniczy i chemiczny – od lat dewastuje środowisko naturalne okolicy, ale daje pracę. Po transformacji coraz mniej stabilną i coraz mniejszej ilości osób (również z powodu ekologicznych limitów wydobycia), ale alternatywy nie widać. Siła nabywcza regionu należy do najniższych w całych Czechach, do najwyższych za to wskaźniki bezrobocia, komornika na karku, a nawet wykonywanych aborcji.

(...)

– Bezrobocie w górniczych regionach Czech spadło, ludzie nie żyją w nędzy, nie umierają z głodu, nie są bezdomni – dodaje Jaroslav Fiala politolog i redaktor naczelny magazynu „Alarm”– ale pracują od rana do nocy, są niepewni swojego zatrudnienia i ciężko związać im koniec z końcem. To klasyczny przykład biednych pracujących.

Jest jedna sprawa, która się wielu mieszkańcom bardzo nie podoba: Romowie.

Nie chcą robić, dużo ćpają, wykorzystują państwo – narzekają Mostowianie – współlokatorzy, współobywatele, nieprzystosowani, politycy boją się zajrzeć tam, gdzie oni mieszkają.

krytykapolityczna.pl

Szpitali nigdy wprost nie zmuszono do outsourcingu. „Uznać jednak należy – czytamy w raporcie – że decyzje te zostały wymuszone pośrednio przez wprowadzone regulacje prawne. Zmieniając sposób zarządzania i finansowania szpitali doprowadziły one do głębokiego kryzysu finansowego placówek, które zwróciły się w kierunku działań oszczędnościowych na pracownikach najniższych szczebli.”

Outsourcing w usługach publicznych jest pozostałością po czasach, gdy wierzono, że wolna konkurencja sama z siebie podniesie wydajność i jakość. Z jednej bowiem strony pozwala on danej placówce na zmniejszenie kosztów stałych. Personel sprzątający i dostarczający jedzenie nie jest zatrudniany bezpośrednio przez szpital, a dostarczanie usługi z zewnątrz zwalnia jednostkę z obowiązku utrzymywania kuchni i pralni o odpowiednich standardach.

Z drugiej, ma on służyć podniesieniu jakości usług. Pomysł jest prosty: skoro wiele podmiotów ma konkurować w jednym przetargu, to będą chciały dostarczyć usługi o najwyższej jakości po najniższej możliwej cenie, bo jakikolwiek fakap spowoduje utratę zaufania u zamawiającego.

(...)

To nie zły charakter dyrektorów i organów prowadzących szpitali doprowadził do wypchnięcia personelu niemedycznego do firm zewnętrznych, ale wpisane w regulacje prawne zachęty i ograniczenia. Problem jest systemowy, co pokazały oba raporty. Nigdy dość powtarzania w tym kontekście rzeczy oczywistej: wtedy, kiedy jedynym efektywnym kryterium oceny oferty jest cena, wykonawcy, by mieć szanse w przetargu, oszczędzają na jakości usług i zatrudnienia swoich pracowników.

Skutki tego rodzaju praktyk nietrudno sobie wyobrazić. Dostarczane do szpitali jedzenie było bardzo niskiej jakości i nie przychodziło na czas, podobnie jak czysta bielizna dla pacjentów czy fartuchy dla lekarzy. Pracownice sprzątające mówiły również, że często brakowało odpowiednich środków czystości: papieru toaletowego czy nakładek na mopy.

(...)

Co więcej, z kolein outsourcingu niełatwo się wydostać. Przejście na dostarczanie usług niemedycznych przez firmy zewnętrzne wiąże się z likwidacją infrastruktury koniecznej do ich dostarczania na miejscu: zamknięciem kuchni, pralni czy redukcją przestrzeni, w których trzyma się środki czystości. Taką odpowiadającą standardom infrastrukturę niełatwo odbudować, zwłaszcza jeśli podstawowym motywem do jej likwidacji były oszczędności. Nie dziwi zatem fakt, że choć robiono wyceny kosztów i strat przejścia na outsourcing, to w zasadzie nigdy nie wykonano bilansu dla kontynuowania korzystania z firm zewnętrznych.

Pracownicy firm sprzątających, ochroniarskich i dostarczających wyżywienie w badanych placówkach pracowali na umowach cywilnoprawnych, które pozwalały na omijanie przepisów dotyczących (i tak oburzająco niskiej) płacy minimalnej oraz uprawnień do płatnych zwolnień lekarskich czy płatnych urlopów. Jak dobitnie stwierdza autorka: „Instytucje państwowe godziły się zatem z tym, że w firmach zewnętrznych warunki płacowe pracowników będą radykalnie gorsze, niż w przypadku zatrudnienia przez szpital.” Wyjątkiem były osoby z orzeczeniem o niepełnosprawności, dzięki którym firmy zatrudniające otrzymywały dopłaty z Państwowego Funduszu Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych.

krytykapolityczna.pl

Jak wspominają autorki, jesienią 1977 roku Komitet Obrony Robotników przekształcił się w Komitet Samoobrony Społecznej „KOR”, który spotykał się co miesiąc w mieszkaniu profesora Edwarda Lipińskiego. W spotkaniach tych brali udział młodzi opozycjoniści, do których zaliczali się wówczas Jacek Kuroń czy Adam Michnik, ale także autorytety należące do starszej generacji, której przedstawiciele pamiętali jeszcze czasy II RP, czyli tak zwani Starsi Państwo.

Podczas obrad, relacjonują autorki, „spierano się o różne sprawy, ale nic bodaj nie wzbudziło takiej emocji Starszych Państwa, jak projekt oświadczenia na sześćdziesiątą rocznicę odzyskania niepodległości”. Wysunęli oni propozycję, by rocznicę „uczcić nie zdawkowym, rytualnym oświadczeniem KOR, tylko obszerną oceną całego dwudziestolecia międzywojennego”. Odpowiedni tekst opracowali Jan Józef Lipski, Adam Michnik oraz Jerzy Ficowski.

Michnik mówił potem, że „tekst był napisany oczywiście z wielką aprobatą, respektem, szacunkiem dla dokonań II RP, ale też bardzo krytycznie. Przedstawiliśmy go i rozpętało się piekło”. Kuroń twierdził z kolei, że uczestnicy dyskusji podzielili się „nie według opcji: prawica – lewica, ale idealnie wiekowo, według pokoleń. Cała młoda część KOR, od prawa do lewa, uważała projekt za dobry”. Jak wyjaśniał Kuroń: „oddając cześć wielkiemu dziełu Dwudziestolecia, chcieliśmy też wspomnieć o Berezie Kartuskiej, zamachu majowym, prześladowaniu mniejszości narodowych”, jednak „wszyscy, ale to wszyscy Starsi Państwo zakrzyknęli zgodnym chórem: «Świętości nie szargać!»”.

Dlaczego tak się stało? Oto wyjaśnienie Kuronia: „Myślę, że taki stosunek Starszych Państwa do sprawy był podyktowany głównie tym, że szło o ich młodość, ich dzieło, a oświadczenie składali tak naprawdę nie społeczeństwu, ale władzom, które ich dzieło opluwały”. Sam Kuroń był zdania, że oświadczenie wydane przez KOR powinno być skierowane do społeczeństwa, a nie do władz i chciał do tego przekonać Starszych Państwa. Jak piszą autorki „Jacka”, chodziło o to, „żeby podjąć najlepsze tradycje tamtej Rzeczypospolitej, dokonać wyboru, co trzeba powielać, a co zmienić”. Kuroń uważał, że Starsi Państwo „nie muszą przed nikim bronić II RP”, za to „mają obowiązek bycia krytyczni wobec samych siebie”.

(...)

Łuczywo i Bikont relacjonują, że w 1977 roku negocjacje nie były łatwe: „Był taki moment, kiedy wyglądało, że strony się nie dogadają i trzeba będzie w ogóle zrezygnować z oświadczenia – wspominał Kuroń. – Gdy to jednak zaproponował, Starsi Państwo zaprotestowali. Wspólne redagowanie uznali za lekcję trudnego kompromisu. W ferworze dyskusji Adam Michnik zwrócił się do profesora Lipińskiego: «Skoro tak było świetnie, to po co pan profesor tę Ligę Obrony Praw Człowieka i Obywatela zakładał?». «Bo byłem głupi» – odpowiedział profesor”.

kulturaliberalna.pl