sobota, 18 maja 2019
Głównym źródłem utrzymania dla 2,5 mln mieszkańców Krymu do czasu rosyjskiej aneksji była turystyka. Na półwysep co roku przyjeżdżało średnio 6 mln turystów. Dziś jest ich zaledwie 1,4 mln rocznie. Umiera lokalny biznes – w pierwszym półroczu zysk przedsiębiorstw działających na terenie okupowanego przez Rosję Krymu spadł aż o 81 proc. w porównaniu z analogicznym okresem 2017 roku – podała służba statystyczna lokalnej rosyjskiej administracji Krymu. Straty wykazywało przeszło 42 proc. firm. Przodowały tradycyjnie dominujące w gospodarce regionu sektory: informacji i łączności, kultury, sportu, rekreacji i wypoczynku, w których straty wykazało 80 proc. firm, zdrowia i usług socjalnych – 75,6 proc., branży hotelarskiej i gastronomii – 73,5 proc. firm.
Rozkręceniu gospodarki nie pomogło nawet „wpompowanie” w nią z rosyjskiego budżetu centralnego w ciągu czterech lat 344 mld rubli. Produkcja pojazdów mechanicznych spadła od początku rosyjskiej okupacji o 71 proc., wyrobów metalowych o 28 proc., maszyn i urządzeń o 52 proc., mebli o 36 proc. Jedyną gałęzią jaka wykazuje stabilny dochód jest przemysł wydobywczy — głównie za sprawą złóż gazu ziemnego na szelfie czarnomorskim — tempo wzrostu wyniosło w tym sektorze 57 proc.
(...)
Skutki aneksji widać też w rolnictwie. Powierzchnia nawadnianych sztucznie pól przed rosyjską aneksją Krymu wynosiła ponad 120 tys. hektarów. 85 proc. potrzeb wody pochodziło z kanału Północno-Krymskiego doprowadzającego wodę z Dniepru. W 2014 r. dostawy wody na okupowany przez Rosję półwysep przerwano, w efekcie obecnie nawadnianych jest zaledwie 14 tys. ha. Jeszcze w czerwcu straty rolnictwa a okupowanym przez Rosję półwyspie szacowano na 1 mld rubli. W dwa miesiące te szacunki wzrosły czterokrotnie. Według danych tzw. Ministerstwa gospodarki rolnej Krymu z powodu suszy rolnicy na okupowanym półwyspie ponieśli do końca sierpnia straty w wysokości 4 mld rubli.
Krym pozbawiony podstaw gospodarczych żyje dziś na zasiłku z budżetu centralnego Rosji. Według danych tzw. ministerstwa finansów rosyjskiej administracji Krymu w okresie od stycznia do lipca aż 66 proc. środków budżetowych (w wysokości 58,8 mld rubli) stanowiła dotacja z Moskwy, jedynie 24,3 mld rubli udało się zebrać na miejscu z podatków i wpływów niepodatkowych. Szefowa tej struktury Irina Kiwiko ocenia, że Krym bez dotacji z Moskwy nie będzie w stanie funkcjonować co najmniej przez najbliższych dziesięć lat.
obserwatorfinansowy.pl
Polska sieć osadnicza jest niezwykle policentryczna, a więc charakteryzuje się sporym rozproszeniem ludności. Przykładowo, zaledwie 5 proc. mieszkańców Polski mieszka w stolicy (dla porównania, londyńczycy to 16 proc. mieszkańców Zjednoczonego Królestwa, paryżanie – 17 procent Francuzów). Pod tym względem przypominamy najbardziej Włochy (6 proc. obywateli mieszka w Rzymie) oraz Niemcy (nieco ponad 4 proc. to Berlińczycy). Jak wskazuje prof. Śleszyński w raporcie Klubu Jagiellońskiego Polska średnich miast, mamy aż 23 miasta w przedziale 100-200 tys. i 11 miast w przedziale 200-500 tys. mieszkańców. W tym samym raporcie możemy zobaczyć mapę Europy pokazującą podział kontynentu według indeksu policentryczności – do najwyższej kategorii, a więc do najbardziej policentrycznych państw UE, należą cztery kraje: Holandia, Niemcy, Włochy i Polska właśnie. Najmniej policentryczne są z kolei Węgry, Austria i Portugalia, a za nimi Francja i Wielka Brytania. Inaczej mówiąc, należymy do kilku krajów UE, w których największa część obywateli mieszka poza wiodącymi metropoliami.
Pod względem koncentracji zasobów sprawy wyglądają zupełnie inaczej. Polska jest krajem o dużych nierównościach terytorialnych, a kluczowe aktywa gospodarcze, administracyjne, intelektualne i kulturowe skupione są w kilku największych ośrodkach miejskich, wśród których zdecydowanie dominuje Warszawa. Najważniejszym wskaźnikiem pokazującym skalę dominacji stolicy w kraju jest PKB na głowę mieszkańca stolicy w stosunku do PKB per capita całego kraju. Według Eurostatu PKB per capita Warszawy jest równo dwa razy wyższy niż analogiczny wskaźnik dla całej Polski. To trzeci co do wielkości wynik w UE – Warszawę wyprzedzają pod tym względem jedynie Bratysława i Bukareszt. (Zaraz za nią jest Sofia, a kolejny Paryż pozostaje już daleko w tyle). Stolice krajów o porównywalnym do Polski indeksie policentryczności są na drugim końcu skali – PKB na głowę Rzymianina to niecałe 140 proc. PKB per capita Włoch, zaś mieszkańca Amsterdamu jedynie 125 proc. PKB per capita Holandii. W Berlinie PKB per capita jest wręcz niższe od całego kraju – i to aż o kilkadziesiąt procent.
(...)
Polska jest jednym z kilku krajów Europy, w którym relatywnie największa część społeczeństwa żyje poza największymi ośrodkami. Z drugiej strony, jest krajem o bardzo dużej koncentracji zasobów w tych właśnie kilku ośrodkach, ze zdecydowaną dominacją stolicy. To wiedza kluczowa dla stworzenia skutecznej artykulacji politycznej: mieszkańcy spoza wiodących ośrodków, a więc ogromna grupa wyborców, czują się odstawieni na boczny tor i pozbawieni wpływów. Wzbiera w nich gniew i nieufność wobec elit, które są dla nich ludźmi z innego świata – ludźmi, których bez wątpienia nie spotkają na ulicy czy w kolejce w sklepie. Te właśnie nastroje skutecznie wykorzystał PiS, kierując swoją narrację właśnie do nich.
krytykapolityczna.pl
Być może najostrzejsze, najbardziej szokujące slogany pojawiły się w północnych Czechach, w peryferyjnym mieście Most, zdewastowanym przez przemysł ciężki (i późniejsze bezrobocie, które nadeszło wraz z zamknięciem kopalni węgla), borykającym się od dłuższego czasu z kryzysem mieszkaniowym zawinionym przez handlarzy nieruchomościami powiązanych z samorządem lokalnym. Co ciekawe, to właśnie partia Mostowianie dla Mostu (SMM), najbardziej uwikłana w handlowanie biedą, dolewa oliwy do ognia, wywołując rasistowską gorączkę u porządnych skądinąd ludzi. To partia, która otwarcie zaproponowała segregację i tworzenie miejsc nieobjętych zasiłkami mieszkaniowymi dla najuboższych oraz, jak już się czytelnik domyśla, wybudowanie „wiosek dla lumpów”, do których przeniesiono by ów „margines”. Procedura ustalania, kto dokładnie należy do owej grupy zwanej „marginesem” nie jest do końca jasna, należy jednak przypuszczać, że nie obejdzie się bez filtra koloru.
„Margines” to nowe pojęcie w czeskim dyskursie politycznym. „Poprawnym” kryptonimem na oznaczenie mniejszości romskiej był do tej pory przymiotnik „nieprzystosowani”. Partia SMM oczywiście zadbała o to, by nie tworzyć bezpośredniej korelacji między lumpowatością i przynależnością etniczną, jednak jej plany tworzenia „wiosek dla marginesu” dziwnym zbiegiem okoliczności uwzględniają przede wszystkim ludzi żyjących w miejscach wykluczonych społecznie, zamieszkiwanych niemal wyłącznie przez Romów. Tego typu wyrafinowane techniki kamuflażu stały się chlebem powszednim licznej rzeszy mniej lub bardziej rasistowskich partii, które powyrastały jak grzyby po deszczu w całym kraju, zwracając nawet uwagę brytyjskich mediów.
SMM nie wygrała wyborów w Moście, skończyła na trzecim miejscu. Jednak to wystarczy, by odcisnęła swoje piętno na przyszłej polityce (anty-)społecznej miasta. Jej kampania odbiła się echem w postulatach partii, która zajęła miejsce czwarte: tradycyjnej, konserwatywnej Demokracji Obywatelskiej (ODS), która od lat dziewięćdziesiątych odgrywała decydującą rolę w czeskiej polityce, ale wraz z nadejściem masowego populizmu znalazła się w opałach. Niczym niezrażona ODS pojęła w lot, co w trawie piszczy, i zaczęła obiecywać politykę zerowej tolerancji wobec obcokrajowców (akurat ten slogan pochodzi z Mladej Boleslav, miasta, któremu ekonomiczne koło ratunkowe rzucili zagraniczni pracownicy z fabryki samochodów Skody), zyskując dzięki temu znacznie na popularności. Jeżeli można mówić o jakimś ogólnym zwycięzcy tych wyborów, to jest nim właśnie ODS. Hm…?!
krytykapolityczna.pl
- Ponad 13 mln ludzi żyje w gminach, w których samorząd nie obsługuje transportu publicznego, wynika z obliczeń Klubu Jagiellońskiego. Do 20% wsi nie dociera jakikolwiek transport, a do wielu pozostałych autobusy dziennie - dane te przytacza Rafał Górski, prezes Instytutu Spraw Obywatelskich, który od kilku lat koordynuje kampanię obywatelską "My pasażerowie - ratujmy transport w regionach".
Likwidację oddziałów PKS oraz ograniczanie liczby kursów najbardziej odczuwają mieszkańcy wsi i miasteczek, które często leżą z dala od głównej drogi. Tam bowiem nie docierają zwykle ani prywatni przewoźnicy, dla których kursy takie są nierentowne, ani połączenia kolejowe - bo często zwyczajnie nie ma tam stacji. W efekcie na mapie Polski coraz więcej jest tzw. białych plam - miejsc, do których nie dociera publiczny transport zbiorowy.
Według Rafała Górskiego największy problem istnieje w południowo-wschodniej Polsce. Zauważa też, że w różnych miejscach punktowo likwidowane są połączenia autobusowe - chodzi m.in. o Pomorze i województwo mazowieckie. Mieszkańcy tych terenów, jeśli nie posiadają samochodu lub ewentualnie jednośladu, skazani są tak naprawdę na łaskę sąsiadów i nielicznych prywatnych przewoźników, którzy często zawyżają ceny biletów, licząc na większy zysk.
Jedną z takich "białych plam" są Bieszczady. - Tam problem z komunikacją jest tak naprawdę od zawsze - mówi mi Duszan Augustyn, pochodzący z Leska, który jako dziecko przez lata cierpiał z powodu braku transportu zbiorowego. Teraz prowadzi badania w tej dziedzinie na Uniwersytecie Jagiellońskim. - Wielokrotnie było tak, że musiałem zimą wracać pieszo do domu ze szkoły 5 km, bo ostatni autobus odjeżdżał koło 16.00, czyli jeszcze przed końcem moich lekcji. Teraz połączeń jest jeszcze mniej - opowiada. - To rzeczywistość wielu mieszkańców tego regionu, którzy są pozbawieni jakiegokolwiek transportu publicznego - dodaje. Kiedy nawiązuję do wycofania się przewoźnika Arriva, zaznacza, że kilkadziesiąt bieszczadzkich wsi jest odciętych od świata, a do wielu autobusy docierają najwyżej raz lub dwa razy dziennie. Jak więc radzą sobie ludzie mieszkający w tamtych rejonach? - Młodzi najczęściej po prostu wyjeżdżają - stwierdza. - Ci, którzy zostają, są zmuszeni kupić sobie samochód. Inaczej są całkowicie pozbawieni mobilności - tłumaczy mi, zrezygnowany.
Takie sytuacje zdarzają się niemalże w całej Polsce. Przykładem może być woj. łódzkie. Kuba Lisiecki, uczeń 4 klasy technikum, opowiada mi: - Rano mam autobus o 7:10. Jeśli mam lekcje na 8:00, to spoko, ale jeśli na 8:50, to muszę czekać około 1,5 godziny w szkole, gdy moi koledzy z klasy jeszcze śpią. Kończę lekcje zazwyczaj o 15:05, a autobus o tej samej godzinie odjeżdża z mojego przystanku, więc nie mam szans na niego zdążyć. Kolejny mam dopiero o 16:40. Muszę ponad 1,5 godziny czekać. Chcąc czy nie, muszę coś w tym czasie robić, więc najczęściej przesiaduję w galerii handlowej - tłumaczy.
Ostatni autobus do wsi Kuby odjeżdża o 19.00, więc nie ma możliwości spędzić czasu ze znajomymi. - U mnie nie ma spontanicznych wyjść. Wszyscy moi znajomi piszą do siebie "Wyjdziesz za 5 minut?" i po prostu wychodzą. Do mnie trzeba pisać co najmniej kilka godzin wcześniej, a najlepiej dzień wcześniej - opowiada. Jeszcze trudniej jest w weekendy. W sobotę Kuba ma do wyboru dwa autobusy do pobliskiego miasta - o 9.00 i 12.00. - Wiadomo, że w sobotę czy niedzielę nie ma nawet szans się ze mną spotkać. Pracować w weekend też nie mogę, bo nie mam jak dojechać ani wrócić - twierdzi.
(...)
- Transport zbiorowy to nie jest kolejna przestrzeń rynkowa, ale narzędzie, którym można kształtować potencjał regionu i mieszkańców. Wiele krajów europejskich już dawno to zrozumiało, my jeszcze nie - podkreśla Duszatyn Augustyn. - Mimo, że połączenia mogą często nie przynosić dochodów, koszty społeczne wykluczenia transportowego są o wiele wyższe. Potrzeba jednak odpowiedniej polityki transportowej - dodaje.
gazeta.pl
Po trzecie, rozprzestrzenianie się nowoczesnych technologii i ich natychmiastowa integracja w rozwiązaniach B2C (ang. business-to-consumer) prowadzi do zmiany struktury rynku. Rozwój internetu umożliwia znaczny spadek kosztu poszukiwań produktów przez konsumentów co prowadzi do spadku marż sprzedawców (Salop, 1989). Dzięki rozwojowi technologii cyfrowych niższy jest również koszt zmiany cenników, a szybkie porównywanie cen i jakości oferowanych dóbr i usług stało się możliwe. Sprzyja to wzrostowi przejrzystości rynku, skraca łańcuch dostaw (De Prince i Ford, 1999), a potrzeby konsumentów szybciej i taniej są zaspokajane przez ofertę przedsiębiorców. W efekcie zarówno tradycyjni, jak i internetowi sprzedawcy są zmuszeni do utrzymywania niskich cen w warunkach zbliżonych do doskonałej konkurencji (Wadhwani, 2000). Adaptacja nowoczesnych technologii ułatwia również konkurowanie na rynku globalnym dzięki niskim barierom wejścia na lokalne rynki (OECD, 2017), co znacznie utrudnia utrzymanie geograficznych monopoli (Trainer, 2016) i obniża premię monopolistyczną, a w skrajnych przypadkach może prowadzić do agresywnej konkurencji celem przejęcia udziałów w lokalnych rynkach (ang. race to the bottom of prices). Z drugiej strony rozwój nowoczesnych technologii może sprzyjać wzrostowi koncentracji rynku i pojawianiu się tzw. superfirm (ang. superstar firm), które po osiągnięciu optymalnego poziomu marż – oszczędności z tytułu automatyzacji produkcji przenoszą na konsumentów (Korinek i Ng, 2017). W dodatku, w myśl teorii o rynku kontestowalnym (ang. contestable market theory), przedsiębiorstwa te zazwyczaj nie mogą wykorzystać swojej dominującej pozycji na rynku celem zwiększenia marż, gdyż niewielkie bariery wejścia umożliwiają szybkie i łatwe kopiowanie modeli biznesowych przez nowe podmioty. W efekcie, obecność tych firm na rynku może prowadzić do wzrostu konkurencji, spadku rentowności i niższego tempa wzrostu cen przy jednoczesnym wzroście koncentracji rynku (jest to tzw. efekt Amazona).
obserwatorfinansowy.pl
środa, 8 maja 2019
Od kilku lat mówi się coraz więcej o uzależniających, manipulacyjnych mechanizmach stosowanych przez twórców aplikacji i gier. Jednym z najskuteczniejszych krytyków firm, które stosują te mechanizmy jest Tristan Harris, współtwórca pojęcia Time Well Spent oraz organizacji Center for Humane Technology. Na problem zaczęli zwracać uwagę nawet byli pracownicy i inwestorzy największych gigantów z Doliny Krzemowej. Wszyscy oni uważają, że w pogoni za uwagą użytkowników stosowane są praktyki, które są szkodliwe zarówno dla pojedynczych ludzi, jak i całych społeczeństw.
O jakich manipulatorskich mechanizmach mówimy? Do najpowszechniejszych należą:
Losowa nagroda – użytkownik aplikacji Facebooka nigdy nie wie ile powiadomień zobaczy, gdy sięgnie po smartfon. To mechanizm znany dobrze w branży hazardowej – losowa nagroda uzależnia silniej niż taka, którą możemy przewidzieć.
Informacje zwrotne – lajki i komentarze pod wpisem wywołują emocje u autora i komentujących osób. Dla osoby dającej lajka to tylko kliknięcie, dla odbiorcy sygnał „zostałem doceniony”. Komentarze z kolei prowokują do niekończących się dyskusji („jak mogę nie odpowiedzieć?”).
Szybkość komunikacji – „Muszę zareagować na ten głupi komentarz natychmiast, bo za 30 minut nikt już nie będzie o tym pamiętał.”
Powiadomienia o tym, że odbiorca przeczytał wiadomość – „jeśli zobaczył wiadomość, to dlaczego nie odpisuje?” I w drugą stronę: „ok, on wie, że przeczytałem tę wiadomość. Wypada jakoś zareagować.”
Wywoływanie silnych emocji – o tym, co widzimy w mediach społecznościowych decydują algorytmy, a one premiują treści, które wywołują silne emocje.
Niekończący się strumień treści – nie da się przewinąć instagramowego feedu do końca, tak samo, jak nie da się obejrzeć wszystkich filmów, które podsuwa nam automatycznie YouTube. To my musimy podjąć decyzję i wyjść z aplikacji.
Ta lista to tylko czubek góry lodowej. Technik stosowanych przez twórców aplikacji jest znacznie więcej.
gazeta.pl
Przyglądając się rzeczywistości polskiego stalinizmu, trzeba też zwrócić uwagę na postawy „zwykłych Polaków” wobec niego. Nie były one jednoznaczne, składały się raczej na barwną mozaikę poparcia, oporu i przystosowania. Akceptację dla przemian wyrażali chociażby ideowo zaangażowani członkowie Związku Młodzieży Polskiej, z entuzjazmem uczestnicząc w akcjach kolektywizacyjnych. Władza odwoływała się bowiem do emocji młodzieży, oferując jej poczucie sensu, odgrywania doniosłej roli w dziejowych przeobrażeniach. Ale zawodowy aparat ZMP, PZPR, a także struktury takie jak milicja czy wojsko były też po prostu przestrzenią kariery połączonej z awansem społecznym. W te szeregi masowo napływały nie homunkulusy wyhodowane przez Minca i Bermana, lecz dzieci polskich robotników i chłopów. I to oni występowali często w roli władzy, która zastraszała i biła swoich dawnych sąsiadów.
Awans społeczny następował też dzięki bezpłatnej edukacji oraz przenosinom setek tysięcy ludzi ze wsi do miasta, co stało się udziałem setek tysięcy ludzi. Choć warunki, na jakie natrafiali tam młodzi chłopi, bywały często dramatyczne, już samo znalezienie się w mieście, fabryce czy na ogromnej budowie otwierało szansę wielkiej życiowej zmiany. Wobec nieufności do „burżuazyjnych specjalistów”, robotników masowo awansowano w strukturze zawodowej. W 1949 roku około 15 tysięcy pełniło funkcje kierownicze – trzy lata później było to już 36 tysięcy. Co czwarty dyrektor lub naczelnik należący do partii swoje stanowisko uzyskał na drodze bezpośredniego awansu z pracy fizycznej. Ich kompetencje bywały często wątpliwe, na szczęście często mieli u boku apolitycznych fachowców, z których wcale nie zamierzano zrezygnować.
Nastąpiło spłaszczenie zarobków pracowników fizycznych i umysłowych, poprawiły się nieco standardy mieszkaniowe: w 1950 roku 42,4 procent lokali dysponowało wodociągiem, a 25 procent ustępem, pięć lat później było to 47 procent i 31 procent. Praca – jaka by ona nie była – stała się dobrem powszechnym w kraju, który 20 lat wcześniej żył w cieniu grozy masowego bezrobocia (aczkolwiek wciąż zdarzało się bezrobocie lokalne). Właśnie w okresie stalinowskim widma głodu pozbyła się polska wieś. Jak jednak zauważył Dariusz Jarosz, jeden z najwybitniejszych historyków badających te zagadnienia, było to bardziej wychodzenie z nędzy niż biedy, która wciąż była powszechnym doświadczeniem. Trudno oczywiście winić za polską biedę jedynie komunizm – była to bowiem spuścizna odziedziczona po w poprzednich okresach naszej historii. Nie chodzi tu tylko o katastrofę dwóch wojen światowych: (...), z nędzą i wykluczeniem nie umiała sobie poradzić również II Rzeczpospolita. Wyzysk robotników i chłopów były praktyką komunistycznej władzy – i jednocześnie głęboko zakorzenionym w poprzednich generacjach doświadczeniem milionów Polaków.
Ta niesprawiedliwość rodziła też jednak postawy buntu. Choć władze nakręcały (i same jej ulegały) psychozę obaw przed „sabotażystami” sypiącymi piach w tryby Planu, choć w fabrykach działały Referaty Ochrony, czyli ekspozytury UB walczące z „wrogiem”, w latach 1949–1952 wybuchło co najmniej 430 strajków, z reguły krótkotrwałych i bez zorganizowanego kierownictwa. Wiosną 1951 roku protestujący górnicy prawie pobili wiceministra. Reakcją władz były zaś zarówno groźby i represje – jak i ustępstwa. Przeciwko kolektywizacji aktywnie występowali chłopi: tylko między czerwcem a wrześniem 1953 roku naliczono 128 takich wystąpień, w których wzięło udział ponad 2,5 tysiąca osób (aresztowano 53). W 1950 roku takie protesty pod Starachowicami przerodziły się w bójki z aktywistami ZMP; trzy lata później w innym miejscu protestujący chłopi nie dopuścili do przeprowadzenia pomiarów gruntu i pobili gminnego sekretarza partii.
Z tego, że strajki nie są wynikiem działalności reakcji, ale ciężkich warunków życiowych i rozchodzenia się haseł propagandowych z rzeczywistością, zdawali sobie sprawę również niektórzy działacze PZPR. Od swoich zwierzchników słyszeli jednak, że ulegają nastrojom społecznym (zamiast je kształtować) i nie rozumieją znaczenia każdej wydobytej tony węgla – a na tym tle również panowała prawdziwa psychoza. Na poziomie zakładu pracy czy urzędu gminy „władzy” od „społeczeństwa” nie musiał oddzielać nieprzenikalny mur. Rzeczywistością był nie tylko totalitarnie spójny scenariusz ideologiczny, ale również lokalne układy. Swoje gry z PZPR prowadzili na przykład dyrektorzy przedsiębiorstw. Jesienią 1948 roku w pewnym kole partyjnym w województwie olsztyńskim nie udało się przeprowadzić czystki przeciwko „odchyleniu prawicowo-nacjonalistycznemu”, bo okazało się, że prawie wszyscy jego członkowie byli ze sobą spokrewnieni. Choć setki tysięcy chłopów skazano za nielegalny ubój albo niewykonanie dostaw obowiązkowych, to wielu tych kar nigdy nie wyegzekwowano, a parasol ochronny roztaczali między innymi sołtysi. W innych przypadkach wytwarzały się kliki lokalnych działaczy i urzędników dbające o głównie o swój interes. Do tego dochodziły takie strategie radzenia sobie z ciężkim polskim życiem jak korupcja, malwersacje i czarny rynek.
kulturaliberalna.pl
Według niego rozziew ten najmocniej ujawnił się w wyobrażeniu, że polityka dużo może i dużo sprawia. W rzeczywistości była raczej bierna i bezsilna. W wyobrażeniu niemal wszystko zależało od niej, w rzeczywistości zależało niewiele. Okazało się też, że ciekawsze od samej polityki stają się z czasem złudzenia na jej temat. Zdaniem Krasowskiego, większość z nich wyrasta z czegoś głębszego – z kurczowego oporu przed prawdą, który pojawia się zawsze, gdy w centrum uwagi staje polityka własnego kraju i własnej epoki . "Ten opór nie jest zwykłym błędem umysłu, jest jego protestem. Odmową przyjęcia do wiadomości obrazu realnej polityki. Odmową, która polityce towarzyszy od zawsze" – twierdzi.
"Dlatego obywatel realnej polityki nie widzi i dostrzec nie może. Wierzy w inną, lepszą równie mocno, jak inni wierzą w Boga. To go czyni odpornym na fakty. Obywatel broni swoich wyobrażeń wytrwale i zaciekle, wbrew doświadczeniu i wbrew logice. Chętnie zagląda za kulisy polityki, ale równie chętnie zapomina, co tam zobaczył. Bo nie szuka dowodów na to, że jego boga nie ma, ale potwierdzenia, że on tam jest. Że w polityce istnieją narzędzia budowy lepszego świata. I że możliwość tej naprawy jest na wyciągnięcie ręki" – dodaje.
(...)
"Mieszkańcy demokracji zbyt pospiesznie uwierzyli, że polityka została ujarzmiona. Że demokracja zmieniła ją w udomowione zwierzątko (...) Książka nie opisuje bieżących wydarzeń. Ale je tłumaczy. Bo to, co się w Polsce dzieje, ilustruje główne tezy książki. Partię traktującą władzę i państwo jak własność prywatną. Zarozumiałe elity, które nic nie pojmują z polityki, przez co są niezdolne stawić jej czoła. Zdezorientowany demos, miotający się w kręgu niemądrych decyzji. I obojętną na nich wszystkich rzeczywistość. Konflikt przeżywany przez wielu jako apokalipsa nie jest niczym nowym. Jest kolejnym rozdziałem tego, co zawsze. Może bardziej gorącym. Ale nawet to nie jest pewne" - przekonuje dalej Robert Krasowski.
Na kolejnych stronach obala liczne mity czy wyobrażenia o polityce i demokracji, którą żyje wielu z nas. Mówi wprost: obywatele nie analizują realnej polityki, oni kurczowo bronią swojej. Potrafią patrzeć, a nie widzieć. Potrafią zobaczyć i chwilę potem zapomnieć. Nie można ich uświadomić ani przez uszy, ani przez oczy. "Z tej postawy zrodziły się po 1989 roku nowe obywatelskie praktyki. Ich głównym mechanizmem było zapomnienie. Skupieni na marzeniach, obywatele nie chcieli pamiętać przeszłości. Każdego dnia polityka zaczynała się dla nich na nowo. Dzień w dzień czytali tą samą powieść. Zawsze ciekawi, jak tym razem się skończy. Zapominali, że każdy polityk, w którego wierzyli, ich zawiódł. Zapominali, że żaden nie zrobił tego, co zapowiedział" – twierdzi.
"Gdy z kolejnych kadencji wykreślimy nazwiska i twarze polityków, zobaczymy wiecznie to samo widowisko, tę samą fabułę, ten sam kalendarz. Zobaczymy zachowania, które pozornie ogniskują się wokół konkretnych wydarzeń i konkretnych polityków. Ale naprawdę są rytuałami odklejonymi od realnych wydarzeń i od realnych polityków. Obywatele nie śledzą polityki. Nie próbują jej zrozumieć. Odmawiają zapamiętywania dawnych doświadczeń. Ich zachowania są rytuałami wiary w znaczenie polityki. Są rytuałami jak każde święta – co roku te same piosenki, te same rekwizyty, te same stroje. Obywatele pozbawili politykę treści, zostawiając sobie czyste emocje" – dodaje.
"W Polsce po 1989 roku zobaczyliśmy polityków zacięcie walczących o władzę. Nie byli skończonymi cynikami, ale walka o władzę tak mocno ich absorbowała, że na rządzenie czasu nie mieli. Gdy jednak czasem próbowali rządzić, odnosili głównie porażki. Nie z własnej winy, po prostu natrafiali na ścianę. Raz był to opór polityki – złośliwość opozycji albo oportunizm własnego zaplecza – innym razem był to opór ze strony rzeczywistości. To sprawiło, że państwo w swoich działaniach rzadko wykraczało poza administracyjną rutynę. Poza działania podejmowane poniżej poziomu politycznego, wyznaczone przez aktywność urzędników oraz nacisk rzeczywistości, lokalnej i globalnej" – wylicza dalej autor.
"Mimo tak wątłego udziału polityki rzeczywistość niezbyt ucierpiała. A przecież przez kraj przetaczały się wielkie procesy. Kruszyła się władza autorytarna, załamała się gospodarka komunistyczna, tworzyła się demokracja, wolny rynek oraz prywatna gospodarka. Na geopolitycznej mapie również zmieniało się wszystko – nowi sąsiedzi za granicami, wprowadzający nowe porządki, co rodziło nowe sojusze. Trwający przez pół wieku układ z Moskwą został zamieniony na wojskowy sojusz z Waszyngtonem, polityczny z Brukselą i ekonomiczny z Berlinem. Tak wielkie zmiany nawet w skali długiego życia państw zdarzają się rzadko. A jednak powiodły się w całości, mimo że polscy politycy nawet nie próbowali nimi pokierować" – czytamy dalej.
(...)
Kolejny raz też przypomina prostą prawdę: wszystkie wydarzenia w walce o władzę mają drugie dno. Brudne, mroczne, ukryte przed okiem publicznym. "Kiedy te wszystkie brudne gry się przetoczą, przychodzi konwencjonalna wiedza i udaje, że wydarzenia rozumie. Ale rozumie tyle, co dziecko patrzące na prostytutkę idącą w południe do sklepu. Nawet się nie domyśla, co ta pani robi nocami. Powszechna wiedza o polityce, nawet gdy jest mocno krytyczna, jest opisem tego, co oficjalne. Jest krytyką tego, co polityk robi w dzień. Ale nie sięga w prawdziwą noc" – tłumaczy.
I dodaje kolejną prawdę, której często nie chcemy znać - tam, gdzie opinia publiczna szuka u polityków planu albo krytykuje ich brak, zazwyczaj jest... czekanie na przypadek. "Konwencjonalna wiedza nie wychwytuje głównych parametrów walki o władzę. Bo się przeciw nim buntuje. Buntuje się przeciw brudowi jej motywacji, brutalności metod, przypadkowości rozgrywki. Inteligentni obserwatorzy buntują się najmocniej, co sprawia, że w opisie polityki mylą się najbardziej" – pisze Krasowski.
onet.pl
poniedziałek, 6 maja 2019
Zaczyna sięgać po hasła socjal-radykalne. O ile jeszcze w marcu 1990 roku apelował do klasy średniej, to już w listopadzie popiera strajkujących robotników i ostro krytykuje prywatyzację. Bezpardonowo walczy z żydowskim spiskiem, w którym tkwią praktycznie wszyscy: Wałęsa, Solidarność, Kościół Katolicki z Papieżem włącznie i inne endeckie organizacje. Żydzi rządzą tak Watykanem, jak i Waszyngtonem, są fatum losu Polaków. Powstanie Warszawskie? Żydzi! Jałta? Żydzi! Stalinizm? Żydzi! Aborcja? Żydzi! Alkoholizm? Żydzi! Magdalenka – wiadomo, umowa Żydów z Żydami.
Żydzi w partii. Żydzi w seminariach, Żydzi mają punkty za pochodzenie i specjalne dopłaty do pensji. Dawni przyjaciele czy dawni wrogowie, nieważne. Dziś to wszystko to Żydzi. A jak nie Żydzi to agenci Mossadu, KGB, SB i CIA. Opanowali „wojsko, policje, sadownictwo, urzędy centralne, naukę, szkolnictwo, sztukę, gospodarkę, finanse, prasę, radio i telewizję”. Żydzi kierują, Polacy pracują. Bogacą się Niemcy. Oprócz tego: turbosłowianizm, aryjski rodowód, promocja rodzimowierczych świąt zamiast kościelnych.
Tejkowski głosi też swoje teorie genetyczne dotyczące różnych polityków. Wałęsy ojcem na przykład miał być, służący w wojsku niemieckim, Żyd Kohne. Zdaniem Tejkowskiego bronił w 1945 roku Gdyni przed armią radziecką. Wraz ze swym oddziałem zdążył się wycofać drogą morską na zachód Niemiec i tam poddał się Amerykanom. Udowodnił swoje, ukrywane przed Niemcami żydostwo i został zabrany do USA, gdzie umarł w dostatku. Wałęsę wychowywał zaś brat ojca, który pozostał w Polsce. Stąd prawdziwe nazwisko prezydenta brzmi oczywiście Lejba Kohne.
Sytuacja zmienia się dla Tejkowskiego diametralnie 4 lipca 1991 roku, kiedy „Wyborcza” publikuje z nim długi wywiad. Z dnia na dzień staje się najbardziej znanym nacjonalistą w Polsce. Wprost bombarduje świat odezwami. 25 lipca: Księża Polacy!, 26 lipca: Robotnicy Polscy!, 27 lipca: Chłopi Polscy!, 28 lipca: Młodzi Polacy! 29 lipca: Do narodu Polskiego! Do wszystkich Polaków-wyborców!. Te wysiłki zdają się jednak na niewiele. Listy udaje się zarejestrować tylko w dwóch okręgach, a partia zdobywa 27 października zaledwie 5262 głosy (0,05%). Niezależnie od tego, do jednej grupy jego przekaz trafi świetnie. Do skinheadów.
Zaczynają masowo napływać do jego organizacji. Już 15 lutego 1992 roku na pierwsze strony gazet trafi demonstracja PWN-PSN w Zgorzelcu. Tłum czterystu skinów wyrusza spod dworca, bijąc napotkanych po drodze Niemców i udaje się w kierunku granicy, gdzie zostaje zatrzymany przez policje i brygadę antyterrorystyczną. Tam pali flagę Izraela i poniewiera niemiecką. Policja siłą spycha skinów z powrotem na dworzec i aresztuje kilkunastu z nich. Tejkowski szumnie zapowiada kolejne demonstracje które maja przerodzić się w „Marsz na Warszawę”.
(...)
Przez cały czas Tejkowski jest poszukiwany przez policję. Zawiadomienie składa senator Zbigniew Romaszewski. Zarzuty: nawoływanie do waśni na tle narodowym i lżenie organów władzy. Konkretnie lży on ówczesnego prezydenta Lecha Wałęsę, papieża Jana Pawła II, Episkopat, a przede wszystkim Żydów. Poszło o wypowiedzi i treść ulotek z wyborów 1991 r., gdzie stwierdzał między innymi: „Solidarność żydowska z Wałęsą na czele sprzedaje Polskę”, „W niszczeniu WP bierze udział zjudaizowany Episkopat” i „Nie miejmy skrupułów wypowiedzieć Żydom w Polsce wojnę”.
9 i 24 kwietnia 1992 roku nie stawia się na badania psychiatryczne. Kieruje go na nie przewodniczący składu orzekającego po tym, jak wyliczając Żydów ukrywających swe pochodzenie pod przybranymi nazwiskami, Tejkowski wymienia również jego. 12 maja prokurator wydaje nakaz aresztowania, a w czerwcu wystawiony zostaje za nim list gończy. Pozostaje jednak nieuchwytny, a 29 maja rozmawia nawet telefonicznie z Wałęsą. Ukrywa się we Wrocławiu w mieszkaniu jednego ze swoich młodych zwolenników.
krytykapolityczna.pl
piątek, 26 kwietnia 2019
Mieszkańcom des Moines w stanie Iowa wstrząsy gospodarcze nie są obce. Kiedy w latach 80. XX w. do Ameryki dotarła fala japońskiego importu, ich miasto było jednym z miejsc najbardziej narażonych na nową konkurencję.
Jeszcze w 1974 r. 4500 mieszkańców tej miejscowości pracowało przy produkcji maszyn i urządzeń rolniczych, a taka sama liczba zatrudniona była przy produkcji opon i dętek. Do 1990 r. pozostała tylko połowa tych miejsc pracy. Jednocześnie w ciągu tych 16 lat powstało tysiące nowych miejsc pracy: w branży ubezpieczeniowej, budownictwie czy w gastronomii. W 1990 r. stopa bezrobocia w Des Moines wynosiła mniej niż 4 proc., czyli poniżej średniej krajowej wynoszącej 5,6 proc.
Nie wszyscy jednak poradzili sobie równie dobrze. Mary Kate Batistich i Timothy Bond z Uniwersytetu Purdue oszacowali ostatnio, że „wstrząs japoński” odpowiada za około jedną piątą spadku udziału afro-amerykańskiej siły roboczej w amerykańskim rynku pracy między 1970 r. a 1990 r. Jeżeli natomiast chodzi o wymiar lokalny, to Kerwin Kofi Charles, Erik Hurst i Mariel Schwartz z Uniwersytetu w Chicago stwierdzili, że spadki zatrudnienia w przemyśle przetwórczym w latach 80. XX w. nie były związane ze wzrostem lokalnych stóp bezrobocia.
Jednak wyniki badań nad wpływem handlu z Chinami na gospodarkę amerykańską w latach 90. XX w. i pierwszej dekadzie XXI w. wskazują już na negatywne konsekwencje w tym zakresie. W dobrze znanym artykule z 2016 r. David Autor, David Dorn i Gordon Hanson stwierdzili, że import z Chin zlikwidował szereg stanowisk pracy. Skazał wielu na bezrobocie, czego konsekwencją były m.in. gorsze perspektywy udanego życia, w tym zawarcia związku małżeńskiego.
(...)
O ile wcześniejsze wstrząsy – najpierw ze strony Japonii, a następnie ze strony gospodarek -„tygrysów” Azji Wschodniej – dotknęły obszary, które w tamtym czasie były stosunkowo odporne na zmiany, o tyle wstrząs chiński uderzył w miejsca, które były mniej zdolne do dostosowania się.
Teza ta opiera się na idei cyklów produkcyjnych – od innowacyjności do zalewu normalizacji. Ciekawe gadżety są nowością, kiedy pojawiają się po raz pierwszy, ale w końcu stają się banalne. W miarę jak procesy stabilizują się i stają się coraz bardziej znormalizowane, a niegdyś nowatorskie gadżety stają się towarami, lokalizacja produkcji również przesuwa się z ośrodków innowacji z lepiej wykształconą ludnością w kierunku społeczności, które mogą nie poradzić sobie tak dobrze w przypadku likwidacji miejsc pracy.
Zatrudnienie w amerykańskim przemyśle przetwórczym rozkwitło na początku XX w. w miejscach, gdzie ludzie charakteryzowali się lepszym wykształceniem i gdzie liczba patentów przypadająca na osobę przekraczała średnią krajową. Ale w miarę upływu dziesięcioleci i rozprzestrzeniania się zatrudnienia w przemyśle, powiązanie z patentami i edukacją osłabło.
Katherine Eriksson i współautorzy jej opracowania stwierdzają, że import z Japonii i Azji Wschodniej w latach 70. i 80. XX w. dotknął miejsc i produktów, które charakteryzowały się w USA ponadprzeciętną liczbą patentów na osobę, ponadprzeciętnym poziomem dochodów i wykształcenia oraz stopą bezrobocia poniżej średniej.
Wstrząs chiński był inny. Branże dotknięte to na przykład produkcja zabawek i obuwia. Autorzy badania twierdzą, że wstrząs chiński był tak szkodliwy, ponieważ pozbawił stanowisk pracy ludzi, którzy już walczyli o przetrwanie. Pracownicy w miejscach, z których przemysł już się wynosił, okazali się przy tym najmniej sprawni zawodowo.
Inni autorzy, jak np. Dorn i Hanson opisują z kolei, w jaki sposób najbardziej dotknięte konkurencją miejsca produkcji wpłynęły negatywnie np. na dostawców, szkodząc tym samym całym społecznościom. Nicholas Bloom z Uniwersytetu Stanford wraz z trzema współautorami stwierdził, że chociaż import z Chin wspierał niektóre nowe miejsca pracy (np. poprzez zapewnienie tańszych surowców), to jednak nie zwiększył ich na obszarach, na których zlikwidowano wrażliwe miejsca pracy. O ile takie miejsca jak Des Moines uniknęły wstrząsu chińskiego i niektóre miasta zyskały dzięki tańszym surowcom, o tyle inne zostały pozostawione same sobie.
obserwatorfinansowy.pl
sobota, 20 kwietnia 2019
Podczas rozwijania swojego biznesu Jack Ma stał się najbogatszym człowiekiem w Chinach, a jego wartość rynkową szacuje się na 36 miliardów dolarów. Chociaż jego życie mogłoby przypominać kadry z najnowszego filmu o azjatyckich milionerach, to jednak chińskie realia odbiegają znacznie od bajkowej opowieści. Jack Ma, świadom niebezpieczeństwa, jakie niesie za sobą dobrobyt w Chinach, podczas jednego ze swoich przemówień powiedział „Myślę, że pośród wszystkich chińskich milionerów zaledwie kilku udało się dobrze skończyć”.
(...)
Szybki wzrost gospodarczy ostatnich lat spowodował rozwój wielu chińskich firm. Inwestorzy tacy jak Guo Guangchang czy Wang Jianling szybko podbili azjatyckie rynki, tym samym stając się posiadaczami informacji w teorii przypisanych KPCh. Chińscy inwestorzy podobnie jak Jack Ma zdecydowali się na przerwę w kierowaniu działalnością oraz na zwrot w stronę nauki i zaprzestanie intensywnych działań na płaszczyźnie biznesowej, unikając dzięki temu bankructwa czy więzienia. Obecnie Guo Guangchang zasiada w zarządzie Fosun International po tym, jak w 2015 roku został poddany śledztwu, podczas gdy Wang Jianling jest zaangażowany w działalność charytatywną. Mniej szczęścia miał Wu Xiaohui – były prezes Anbang Insurance Group, który dzięki swoim koneksjom z Dengiem Xiaopingiem stworzył polityczne zaplecze dla rozwoju biznesu nie tylko na Dalekim Wschodzie, ale również w Stanach Zjednoczonych. To właśnie zakup słynnego nowojorskiego hotelu Waldorf Astoria spowodował, że biznesmen znalazł się pod obserwacją KPCh. Kres jego kariery nastąpił w maju zeszłego roku, kiedy to został skazany na 18 lat więzienia za „przestępstwa na tle finansowym”.
polska-azja.pl
Subskrybuj:
Posty (Atom)

