środa, 8 maja 2019


Od kilku lat mówi się coraz więcej o uzależniających, manipulacyjnych mechanizmach stosowanych przez twórców aplikacji i gier. Jednym z najskuteczniejszych krytyków firm, które stosują te mechanizmy jest Tristan Harris, współtwórca pojęcia Time Well Spent oraz organizacji Center for Humane Technology. Na problem zaczęli zwracać uwagę nawet byli pracownicy i inwestorzy największych gigantów z Doliny Krzemowej. Wszyscy oni uważają, że w pogoni za uwagą użytkowników stosowane są praktyki, które są szkodliwe zarówno dla pojedynczych ludzi, jak i całych społeczeństw.

O jakich manipulatorskich mechanizmach mówimy? Do najpowszechniejszych należą:

Losowa nagroda – użytkownik aplikacji Facebooka nigdy nie wie ile powiadomień zobaczy, gdy sięgnie po smartfon. To mechanizm znany dobrze w branży hazardowej – losowa nagroda uzależnia silniej niż taka, którą możemy przewidzieć.

Informacje zwrotne – lajki i komentarze pod wpisem wywołują emocje u autora i komentujących osób. Dla osoby dającej lajka to tylko kliknięcie, dla odbiorcy sygnał „zostałem doceniony”. Komentarze z kolei prowokują do niekończących się dyskusji („jak mogę nie odpowiedzieć?”).

Szybkość komunikacji – „Muszę zareagować na ten głupi komentarz natychmiast, bo za 30 minut nikt już nie będzie o tym pamiętał.”

Powiadomienia o tym, że odbiorca przeczytał wiadomość – „jeśli zobaczył wiadomość, to dlaczego nie odpisuje?” I w drugą stronę: „ok, on wie, że przeczytałem tę wiadomość. Wypada jakoś zareagować.”

Wywoływanie silnych emocji – o tym, co widzimy w mediach społecznościowych decydują algorytmy, a one premiują treści, które wywołują silne emocje.

Niekończący się strumień treści – nie da się przewinąć instagramowego feedu do końca, tak samo, jak nie da się obejrzeć wszystkich filmów, które podsuwa nam automatycznie YouTube. To my musimy podjąć decyzję i wyjść z aplikacji.

Ta lista to tylko czubek góry lodowej. Technik stosowanych przez twórców aplikacji jest znacznie więcej.

gazeta.pl

Przyglądając się rzeczywistości polskiego stalinizmu, trzeba też zwrócić uwagę na postawy „zwykłych Polaków” wobec niego. Nie były one jednoznaczne, składały się raczej na barwną mozaikę poparcia, oporu i przystosowania. Akceptację dla przemian wyrażali chociażby ideowo zaangażowani członkowie Związku Młodzieży Polskiej, z entuzjazmem uczestnicząc w akcjach kolektywizacyjnych. Władza odwoływała się bowiem do emocji młodzieży, oferując jej poczucie sensu, odgrywania doniosłej roli w dziejowych przeobrażeniach. Ale zawodowy aparat ZMP, PZPR, a także struktury takie jak milicja czy wojsko były też po prostu przestrzenią kariery połączonej z awansem społecznym. W te szeregi masowo napływały nie homunkulusy wyhodowane przez Minca i Bermana, lecz dzieci polskich robotników i chłopów. I to oni występowali często w roli władzy, która zastraszała i biła swoich dawnych sąsiadów.

Awans społeczny następował też dzięki bezpłatnej edukacji oraz przenosinom setek tysięcy ludzi ze wsi do miasta, co stało się udziałem setek tysięcy ludzi. Choć warunki, na jakie natrafiali tam młodzi chłopi, bywały często dramatyczne, już samo znalezienie się w mieście, fabryce czy na ogromnej budowie otwierało szansę wielkiej życiowej zmiany. Wobec nieufności do „burżuazyjnych specjalistów”, robotników masowo awansowano w strukturze zawodowej. W 1949 roku około 15 tysięcy pełniło funkcje kierownicze – trzy lata później było to już 36 tysięcy. Co czwarty dyrektor lub naczelnik należący do partii swoje stanowisko uzyskał na drodze bezpośredniego awansu z pracy fizycznej. Ich kompetencje bywały często wątpliwe, na szczęście często mieli u boku apolitycznych fachowców, z których wcale nie zamierzano zrezygnować.

Nastąpiło spłaszczenie zarobków pracowników fizycznych i umysłowych, poprawiły się nieco standardy mieszkaniowe: w 1950 roku 42,4 procent lokali dysponowało wodociągiem, a 25 procent ustępem, pięć lat później było to 47 procent i 31 procent. Praca – jaka by ona nie była – stała się dobrem powszechnym w kraju, który 20 lat wcześniej żył w cieniu grozy masowego bezrobocia (aczkolwiek wciąż zdarzało się bezrobocie lokalne). Właśnie w okresie stalinowskim widma głodu pozbyła się polska wieś. Jak jednak zauważył Dariusz Jarosz, jeden z najwybitniejszych historyków badających te zagadnienia, było to bardziej wychodzenie z nędzy niż biedy, która wciąż była powszechnym doświadczeniem. Trudno oczywiście winić za polską biedę jedynie komunizm – była to bowiem spuścizna odziedziczona po w poprzednich okresach naszej historii. Nie chodzi tu tylko o katastrofę dwóch wojen światowych: (...), z nędzą i wykluczeniem nie umiała sobie poradzić również II Rzeczpospolita. Wyzysk robotników i chłopów były praktyką komunistycznej władzy – i jednocześnie głęboko zakorzenionym w poprzednich generacjach doświadczeniem milionów Polaków.

Ta niesprawiedliwość rodziła też jednak postawy buntu. Choć władze nakręcały (i same jej ulegały) psychozę obaw przed „sabotażystami” sypiącymi piach w tryby Planu, choć w fabrykach działały Referaty Ochrony, czyli ekspozytury UB walczące z „wrogiem”, w latach 1949–1952 wybuchło co najmniej 430 strajków, z reguły krótkotrwałych i bez zorganizowanego kierownictwa. Wiosną 1951 roku protestujący górnicy prawie pobili wiceministra. Reakcją władz były zaś zarówno groźby i represje – jak i ustępstwa. Przeciwko kolektywizacji aktywnie występowali chłopi: tylko między czerwcem a wrześniem 1953 roku naliczono 128 takich wystąpień, w których wzięło udział ponad 2,5 tysiąca osób (aresztowano 53). W 1950 roku takie protesty pod Starachowicami przerodziły się w bójki z aktywistami ZMP; trzy lata później w innym miejscu protestujący chłopi nie dopuścili do przeprowadzenia pomiarów gruntu i pobili gminnego sekretarza partii.

Z tego, że strajki nie są wynikiem działalności reakcji, ale ciężkich warunków życiowych i rozchodzenia się haseł propagandowych z rzeczywistością, zdawali sobie sprawę również niektórzy działacze PZPR. Od swoich zwierzchników słyszeli jednak, że ulegają nastrojom społecznym (zamiast je kształtować) i nie rozumieją znaczenia każdej wydobytej tony węgla – a na tym tle również panowała prawdziwa psychoza. Na poziomie zakładu pracy czy urzędu gminy „władzy” od „społeczeństwa” nie musiał oddzielać nieprzenikalny mur. Rzeczywistością był nie tylko totalitarnie spójny scenariusz ideologiczny, ale również lokalne układy. Swoje gry z PZPR prowadzili na przykład dyrektorzy przedsiębiorstw. Jesienią 1948 roku w pewnym kole partyjnym w województwie olsztyńskim nie udało się przeprowadzić czystki przeciwko „odchyleniu prawicowo-nacjonalistycznemu”, bo okazało się, że prawie wszyscy jego członkowie byli ze sobą spokrewnieni. Choć setki tysięcy chłopów skazano za nielegalny ubój albo niewykonanie dostaw obowiązkowych, to wielu tych kar nigdy nie wyegzekwowano, a parasol ochronny roztaczali między innymi sołtysi. W innych przypadkach wytwarzały się kliki lokalnych działaczy i urzędników dbające o głównie o swój interes. Do tego dochodziły takie strategie radzenia sobie z ciężkim polskim życiem jak korupcja, malwersacje i czarny rynek.

kulturaliberalna.pl

Historii politycznej III Rzeczpospolitej Krasowski poświęcił wcześniej trzy książki. Przy okazji wskazał na liczne jej paradoksy - udanej rzeczywistości i nieudanej władzy. Utalentowanych polityków i bardzo słabych władców. Tak można długo wyliczać. To doprowadziło do prostego wniosku – jest przepaść między tym, co w polityce się działo, a tym, co z niej zrozumiano.

Według niego rozziew ten najmocniej ujawnił się w wyobrażeniu, że polityka dużo może i dużo sprawia. W rzeczywistości była raczej bierna i bezsilna. W wyobrażeniu niemal wszystko zależało od niej, w rzeczywistości zależało niewiele. Okazało się też, że ciekawsze od samej polityki stają się z czasem złudzenia na jej temat. Zdaniem Krasowskiego, większość z nich wyrasta z czegoś głębszego – z kurczowego oporu przed prawdą, który pojawia się zawsze, gdy w centrum uwagi staje polityka własnego kraju i własnej epoki . "Ten opór nie jest zwykłym błędem umysłu, jest jego protestem. Odmową przyjęcia do wiadomości obrazu realnej polityki. Odmową, która polityce towarzyszy od zawsze" – twierdzi.

"Dlatego obywatel realnej polityki nie widzi i dostrzec nie może. Wierzy w inną, lepszą równie mocno, jak inni wierzą w Boga. To go czyni odpornym na fakty. Obywatel broni swoich wyobrażeń wytrwale i zaciekle, wbrew doświadczeniu i wbrew logice. Chętnie zagląda za kulisy polityki, ale równie chętnie zapomina, co tam zobaczył. Bo nie szuka dowodów na to, że jego boga nie ma, ale potwierdzenia, że on tam jest. Że w polityce istnieją narzędzia budowy lepszego świata. I że możliwość tej naprawy jest na wyciągnięcie ręki" – dodaje.

(...)

"Mieszkańcy demokracji zbyt pospiesznie uwierzyli, że polityka została ujarzmiona. Że demokracja zmieniła ją w udomowione zwierzątko (...) Książka nie opisuje bieżących wydarzeń. Ale je tłumaczy. Bo to, co się w Polsce dzieje, ilustruje główne tezy książki. Partię traktującą władzę i państwo jak własność prywatną. Zarozumiałe elity, które nic nie pojmują z polityki, przez co są niezdolne stawić jej czoła. Zdezorientowany demos, miotający się w kręgu niemądrych decyzji. I obojętną na nich wszystkich rzeczywistość. Konflikt przeżywany przez wielu jako apokalipsa nie jest niczym nowym. Jest kolejnym rozdziałem tego, co zawsze. Może bardziej gorącym. Ale nawet to nie jest pewne" - przekonuje dalej Robert Krasowski.

Na kolejnych stronach obala liczne mity czy wyobrażenia o polityce i demokracji, którą żyje wielu z nas. Mówi wprost: obywatele nie analizują realnej polityki, oni kurczowo bronią swojej. Potrafią patrzeć, a nie widzieć. Potrafią zobaczyć i chwilę potem zapomnieć. Nie można ich uświadomić ani przez uszy, ani przez oczy. "Z tej postawy zrodziły się po 1989 roku nowe obywatelskie praktyki. Ich głównym mechanizmem było zapomnienie. Skupieni na marzeniach, obywatele nie chcieli pamiętać przeszłości. Każdego dnia polityka zaczynała się dla nich na nowo. Dzień w dzień czytali tą samą powieść. Zawsze ciekawi, jak tym razem się skończy. Zapominali, że każdy polityk, w którego wierzyli, ich zawiódł. Zapominali, że żaden nie zrobił tego, co zapowiedział" – twierdzi.

"Gdy z kolejnych kadencji wykreślimy nazwiska i twarze polityków, zobaczymy wiecznie to samo widowisko, tę samą fabułę, ten sam kalendarz. Zobaczymy zachowania, które pozornie ogniskują się wokół konkretnych wydarzeń i konkretnych polityków. Ale naprawdę są rytuałami odklejonymi od realnych wydarzeń i od realnych polityków. Obywatele nie śledzą polityki. Nie próbują jej zrozumieć. Odmawiają zapamiętywania dawnych doświadczeń. Ich zachowania są rytuałami wiary w znaczenie polityki. Są rytuałami jak każde święta – co roku te same piosenki, te same rekwizyty, te same stroje. Obywatele pozbawili politykę treści, zostawiając sobie czyste emocje" – dodaje.

"W Polsce po 1989 roku zobaczyliśmy polityków zacięcie walczących o władzę. Nie byli skończonymi cynikami, ale walka o władzę tak mocno ich absorbowała, że na rządzenie czasu nie mieli. Gdy jednak czasem próbowali rządzić, odnosili głównie porażki. Nie z własnej winy, po prostu natrafiali na ścianę. Raz był to opór polityki – złośliwość opozycji albo oportunizm własnego zaplecza – innym razem był to opór ze strony rzeczywistości. To sprawiło, że państwo w swoich działaniach rzadko wykraczało poza administracyjną rutynę. Poza działania podejmowane poniżej poziomu politycznego, wyznaczone przez aktywność urzędników oraz nacisk rzeczywistości, lokalnej i globalnej" – wylicza dalej autor.

"Mimo tak wątłego udziału polityki rzeczywistość niezbyt ucierpiała. A przecież przez kraj przetaczały się wielkie procesy. Kruszyła się władza autorytarna, załamała się gospodarka komunistyczna, tworzyła się demokracja, wolny rynek oraz prywatna gospodarka. Na geopolitycznej mapie również zmieniało się wszystko – nowi sąsiedzi za granicami, wprowadzający nowe porządki, co rodziło nowe sojusze. Trwający przez pół wieku układ z Moskwą został zamieniony na wojskowy sojusz z Waszyngtonem, polityczny z Brukselą i ekonomiczny z Berlinem. Tak wielkie zmiany nawet w skali długiego życia państw zdarzają się rzadko. A jednak powiodły się w całości, mimo że polscy politycy nawet nie próbowali nimi pokierować" – czytamy dalej.

(...)

Kolejny raz też przypomina prostą prawdę: wszystkie wydarzenia w walce o władzę mają drugie dno. Brudne, mroczne, ukryte przed okiem publicznym. "Kiedy te wszystkie brudne gry się przetoczą, przychodzi konwencjonalna wiedza i udaje, że wydarzenia rozumie. Ale rozumie tyle, co dziecko patrzące na prostytutkę idącą w południe do sklepu. Nawet się nie domyśla, co ta pani robi nocami. Powszechna wiedza o polityce, nawet gdy jest mocno krytyczna, jest opisem tego, co oficjalne. Jest krytyką tego, co polityk robi w dzień. Ale nie sięga w prawdziwą noc" – tłumaczy.

I dodaje kolejną prawdę, której często nie chcemy znać - tam, gdzie opinia publiczna szuka u polityków planu albo krytykuje ich brak, zazwyczaj jest... czekanie na przypadek. "Konwencjonalna wiedza nie wychwytuje głównych parametrów walki o władzę. Bo się przeciw nim buntuje. Buntuje się przeciw brudowi jej motywacji, brutalności metod, przypadkowości rozgrywki. Inteligentni obserwatorzy buntują się najmocniej, co sprawia, że w opisie polityki mylą się najbardziej" – pisze Krasowski.

onet.pl

poniedziałek, 6 maja 2019


Zaczyna sięgać po hasła socjal-radykalne. O ile jeszcze w marcu 1990 roku apelował do klasy średniej, to już w listopadzie popiera strajkujących robotników i ostro krytykuje prywatyzację. Bezpardonowo walczy z żydowskim spiskiem, w którym tkwią praktycznie wszyscy: Wałęsa, Solidarność, Kościół Katolicki z Papieżem włącznie i inne endeckie organizacje. Żydzi rządzą tak Watykanem, jak i Waszyngtonem, są fatum losu Polaków. Powstanie Warszawskie? Żydzi! Jałta? Żydzi! Stalinizm? Żydzi! Aborcja? Żydzi! Alkoholizm? Żydzi! Magdalenka – wiadomo, umowa Żydów z Żydami.

Żydzi w partii. Żydzi w seminariach, Żydzi mają punkty za pochodzenie i specjalne dopłaty do pensji. Dawni przyjaciele czy dawni wrogowie, nieważne. Dziś to wszystko to Żydzi. A jak nie Żydzi to agenci Mossadu, KGB, SB i CIA. Opanowali „wojsko, policje, sadownictwo, urzędy centralne, naukę, szkolnictwo, sztukę, gospodarkę, finanse, prasę, radio i telewizję”. Żydzi kierują, Polacy pracują. Bogacą się Niemcy. Oprócz tego: turbosłowianizm, aryjski rodowód, promocja rodzimowierczych świąt zamiast kościelnych.

Tejkowski głosi też swoje teorie genetyczne dotyczące różnych polityków. Wałęsy ojcem na przykład miał być, służący w wojsku niemieckim, Żyd Kohne. Zdaniem Tejkowskiego bronił w 1945 roku Gdyni przed armią radziecką. Wraz ze swym oddziałem zdążył się wycofać drogą morską na zachód Niemiec i tam poddał się Amerykanom. Udowodnił swoje, ukrywane przed Niemcami żydostwo i został zabrany do USA, gdzie umarł w dostatku. Wałęsę wychowywał zaś brat ojca, który pozostał w Polsce. Stąd prawdziwe nazwisko prezydenta brzmi oczywiście Lejba Kohne.

Sytuacja zmienia się dla Tejkowskiego diametralnie 4 lipca 1991 roku, kiedy „Wyborcza” publikuje z nim długi wywiad. Z dnia na dzień staje się najbardziej znanym nacjonalistą w Polsce. Wprost bombarduje świat odezwami. 25 lipca: Księża Polacy!, 26 lipca: Robotnicy Polscy!, 27 lipca: Chłopi Polscy!, 28 lipca: Młodzi Polacy! 29 lipca: Do narodu Polskiego! Do wszystkich Polaków-wyborców!. Te wysiłki zdają się jednak na niewiele. Listy udaje się zarejestrować tylko w dwóch okręgach, a partia zdobywa 27 października zaledwie 5262 głosy (0,05%). Niezależnie od tego, do jednej grupy jego przekaz trafi świetnie. Do skinheadów.

Zaczynają masowo napływać do jego organizacji. Już 15 lutego 1992 roku na pierwsze strony gazet trafi demonstracja PWN-PSN w Zgorzelcu. Tłum czterystu skinów wyrusza spod dworca, bijąc napotkanych po drodze Niemców i udaje się w kierunku granicy, gdzie zostaje zatrzymany przez policje i brygadę antyterrorystyczną. Tam pali flagę Izraela i poniewiera niemiecką. Policja siłą spycha skinów z powrotem na dworzec i aresztuje kilkunastu z nich. Tejkowski szumnie zapowiada kolejne demonstracje które maja przerodzić się w „Marsz na Warszawę”.

(...)

Przez cały czas Tejkowski jest poszukiwany przez policję. Zawiadomienie składa senator Zbigniew Romaszewski. Zarzuty: nawoływanie do waśni na tle narodowym i lżenie organów władzy. Konkretnie lży on ówczesnego prezydenta Lecha Wałęsę, papieża Jana Pawła II, Episkopat, a przede wszystkim Żydów. Poszło o wypowiedzi i treść ulotek z wyborów 1991 r., gdzie stwierdzał między innymi: „Solidarność żydowska z Wałęsą na czele sprzedaje Polskę”, „W niszczeniu WP bierze udział zjudaizowany Episkopat” i „Nie miejmy skrupułów wypowiedzieć Żydom w Polsce wojnę”.

9 i 24 kwietnia 1992 roku nie stawia się na badania psychiatryczne. Kieruje go na nie przewodniczący składu orzekającego po tym, jak wyliczając Żydów ukrywających swe pochodzenie pod przybranymi nazwiskami, Tejkowski wymienia również jego. 12 maja prokurator wydaje nakaz aresztowania, a w czerwcu wystawiony zostaje za nim list gończy. Pozostaje jednak nieuchwytny, a 29 maja rozmawia nawet telefonicznie z Wałęsą. Ukrywa się we Wrocławiu w mieszkaniu jednego ze swoich młodych  zwolenników.

krytykapolityczna.pl

piątek, 26 kwietnia 2019


Mieszkańcom des Moines w stanie Iowa wstrząsy gospodarcze nie są obce. Kiedy w latach 80. XX w. do Ameryki dotarła fala japońskiego importu, ich miasto było jednym z miejsc najbardziej narażonych na nową konkurencję.

Jeszcze w 1974 r. 4500 mieszkańców tej miejscowości pracowało przy produkcji maszyn i urządzeń rolniczych, a taka sama liczba zatrudniona była przy produkcji opon i dętek. Do 1990 r. pozostała tylko połowa tych miejsc pracy. Jednocześnie w ciągu tych 16 lat powstało tysiące nowych miejsc pracy: w branży ubezpieczeniowej, budownictwie czy w gastronomii. W 1990 r. stopa bezrobocia w Des Moines wynosiła mniej niż 4 proc., czyli poniżej średniej krajowej wynoszącej 5,6 proc.

Nie wszyscy jednak poradzili sobie równie dobrze. Mary Kate Batistich i Timothy Bond z Uniwersytetu Purdue oszacowali ostatnio, że „wstrząs japoński” odpowiada za około jedną piątą spadku udziału afro-amerykańskiej siły roboczej w amerykańskim rynku pracy między 1970 r. a 1990 r. Jeżeli natomiast chodzi o wymiar lokalny, to Kerwin Kofi Charles, Erik Hurst i Mariel Schwartz z Uniwersytetu w Chicago stwierdzili, że spadki zatrudnienia w przemyśle przetwórczym w latach 80. XX w. nie były związane ze wzrostem lokalnych stóp bezrobocia.

Jednak wyniki badań nad wpływem handlu z Chinami na gospodarkę amerykańską w latach 90. XX w. i pierwszej dekadzie XXI w. wskazują już na negatywne konsekwencje w tym zakresie. W dobrze znanym artykule z 2016 r. David Autor, David Dorn i Gordon Hanson stwierdzili, że import z Chin zlikwidował szereg stanowisk pracy. Skazał wielu na bezrobocie, czego konsekwencją były m.in. gorsze perspektywy udanego życia, w tym zawarcia związku małżeńskiego.

(...)

O ile wcześniejsze wstrząsy – najpierw ze strony Japonii, a następnie ze strony gospodarek -„tygrysów” Azji Wschodniej – dotknęły obszary, które w tamtym czasie były stosunkowo odporne na zmiany, o tyle wstrząs chiński uderzył w miejsca, które były mniej zdolne do dostosowania się.

Teza ta opiera się na idei cyklów produkcyjnych – od innowacyjności do zalewu normalizacji. Ciekawe gadżety są nowością, kiedy pojawiają się po raz pierwszy, ale w końcu stają się banalne. W miarę jak procesy stabilizują się i stają się coraz bardziej znormalizowane, a niegdyś nowatorskie gadżety stają się towarami, lokalizacja produkcji również przesuwa się z ośrodków innowacji z lepiej wykształconą ludnością w kierunku społeczności, które mogą nie poradzić sobie tak dobrze w przypadku likwidacji miejsc pracy.

Zatrudnienie w amerykańskim przemyśle przetwórczym rozkwitło na początku XX w. w miejscach, gdzie ludzie charakteryzowali się lepszym wykształceniem i gdzie liczba patentów przypadająca na osobę przekraczała średnią krajową. Ale w miarę upływu dziesięcioleci i rozprzestrzeniania się zatrudnienia w przemyśle, powiązanie z patentami i edukacją osłabło.

Katherine Eriksson i współautorzy jej opracowania stwierdzają, że import z Japonii i Azji Wschodniej w latach 70. i 80. XX w. dotknął miejsc i produktów, które charakteryzowały się w USA ponadprzeciętną liczbą patentów na osobę, ponadprzeciętnym poziomem dochodów i wykształcenia oraz stopą bezrobocia poniżej średniej.

Wstrząs chiński był inny. Branże dotknięte to na przykład produkcja zabawek i obuwia. Autorzy badania twierdzą, że wstrząs chiński był tak szkodliwy, ponieważ pozbawił stanowisk pracy ludzi, którzy już walczyli o przetrwanie. Pracownicy w miejscach, z których przemysł już się wynosił, okazali się przy tym najmniej sprawni zawodowo.

Inni autorzy, jak np. Dorn i Hanson opisują z kolei, w jaki sposób najbardziej dotknięte konkurencją miejsca produkcji wpłynęły negatywnie np. na dostawców, szkodząc tym samym całym społecznościom. Nicholas Bloom z Uniwersytetu Stanford wraz z trzema współautorami stwierdził, że chociaż import z Chin wspierał niektóre nowe miejsca pracy (np. poprzez zapewnienie tańszych surowców), to jednak nie zwiększył ich na obszarach, na których zlikwidowano wrażliwe miejsca pracy. O ile takie miejsca jak Des Moines uniknęły wstrząsu chińskiego i niektóre miasta zyskały dzięki tańszym surowcom, o tyle inne zostały pozostawione same sobie.

obserwatorfinansowy.pl

sobota, 20 kwietnia 2019


Podczas rozwijania swojego biznesu Jack Ma stał się najbogatszym człowiekiem w Chinach, a jego wartość rynkową szacuje się na 36 miliardów dolarów. Chociaż jego życie mogłoby przypominać kadry z najnowszego filmu o azjatyckich milionerach, to jednak chińskie realia odbiegają znacznie od bajkowej opowieści. Jack Ma, świadom niebezpieczeństwa, jakie niesie za sobą dobrobyt w Chinach, podczas jednego ze swoich przemówień powiedział „Myślę, że pośród wszystkich chińskich milionerów zaledwie kilku udało się dobrze skończyć”.

(...)

Szybki wzrost gospodarczy ostatnich lat spowodował rozwój wielu chińskich firm. Inwestorzy tacy jak Guo Guangchang czy Wang Jianling szybko podbili azjatyckie rynki, tym samym stając się posiadaczami informacji w teorii przypisanych KPCh. Chińscy inwestorzy podobnie jak Jack Ma zdecydowali się na przerwę w kierowaniu działalnością oraz na zwrot w stronę nauki i zaprzestanie intensywnych działań na płaszczyźnie biznesowej, unikając dzięki temu bankructwa czy więzienia. Obecnie Guo Guangchang zasiada w zarządzie Fosun International po tym, jak w 2015 roku został poddany śledztwu, podczas gdy Wang Jianling jest zaangażowany w działalność charytatywną. Mniej szczęścia miał Wu Xiaohui – były prezes Anbang Insurance Group, który dzięki swoim koneksjom z Dengiem Xiaopingiem stworzył polityczne zaplecze dla rozwoju biznesu nie tylko na Dalekim Wschodzie, ale również w Stanach Zjednoczonych. To właśnie zakup słynnego nowojorskiego hotelu Waldorf Astoria spowodował, że biznesmen znalazł się pod obserwacją KPCh. Kres jego kariery nastąpił w maju zeszłego roku, kiedy to został skazany na 18 lat więzienia za „przestępstwa na tle finansowym”.

polska-azja.pl

Ablowi udało się przekonać do projektu szefa propagandy Josepha Goebbelsa. Argumentował, że realizacja pomysłu pomoże amerykańskiej opinii publicznej lepiej zrozumieć niemiecki narodowy socjalizm.

Hitlerowskie ministerstwo propagandy zezwoliło pracownikowi nowojorskiego Columbia University na zorganizowanie w Niemczech konkursu na najciekawsze wspomnienia „bojowników”. Dodatkową zachętą była nagroda – 700 dolarów dla najlepszej pracy.

W pierwszych latach po przejęciu władzy, Hitlerowi zależało na dobrych relacjach ze Stanami Zjednoczonymi i Wielką Brytanią, dlatego pomimo oporów Abel dostał pozwolenie na projekt. Jego książka ukazała się w USA w 1938 roku i przeszła całkowicie niezauważona przez fachowców i opinię publiczną. Z 683 zebranych wówczas relacji do chwili obecnej zachowało się 581 dokumentów.

(...)

„NSDAP połączyła cele narodowe z reformami socjalnymi, co przesądziło o jej atrakcyjności dla wielu weteranów wojny i idealistów” – napisał w swojej relacji dla Abla piekarz Sens.

Hertha von Reuss z Berlina tłumaczyła, że „od klęski wojennej cierpiała z powodu hańby Niemiec”. Przypadkowo przyszła na wiec z udziałem Hitlera, który „oczarował ją” i „nadał sens jej życiu”.

„Z Hitlera promieniowała niewidzialna siła, która działała na wszystkich jak magnes” – pisał Hans Thaysen.  Gustav Kohlenberg twierdził, że każde zebranie nazistów było dla niego „wewnętrznym przeżyciem, rodzajem nabożeństwa”.

Książę Friedrich Christian Prinz zu Schaumburg-Lippe argumentował, że „w świecie zwalczających się klas jedynie Hitler, sam robotnik, był w stanie odebrać milionowej armii proletariatu wiarę w Międzynarodówkę, przywracając im wiarę w solidarność własnego narodu”.

Wśród relacji nie brakuje także wypowiedzi awanturników, którzy bez ogródek deklarowali, że motywem przyłączenia się do nazistów była chęć bezkarnego bicia „bolszewików i Żydów”. 

dw.com

W 2010 roku, czyli gdy Orban dochodził do władzy, produktywność węgierskiego pracownika stanowiła 73 proc. średniej unijnej, czeskiego 77 proc., a polskiego 70 proc. W 2017 roku produktywność Węgra stanowiła już jedynie 68 proc. średniej unijnej, czeskiego 81 proc., a polskiego 76 proc.

W 2010 roku PKB na głowę na Węgrzech stanowiło 65 proc. średniej unijnej, w Polsce 62 proc., a w Czechach 83 proc. Obecnie poziom rozwoju Węgier to 68 proc. średniej unijnej, Polski to już 70 proc., a Czech 89 proc. A więc w obu tych kluczowych wskaźnikach Węgry wylądowały za nami i wyraźnie straciły do Czech. Jedyne, co w latach 2010-2017 Orbanowi wyszło, to ograniczenie dług publicznego z 80 proc. do 74 proc. PKB. Tyle że w Polsce również on spadł z 53 do 51 proc. PKB, a w Czechach z 37 do 35 proc. Węgry nadal są więc zdecydowanie najbardziej zadłużonym krajem Grupy Wyszehradzkiej.

A jak wygląda ekonomiczno-społeczna sytuacja węgierskich obywateli? Orban wiele mówi o węgierskich rodzinach, wprowadził też sporo zmian w systemie ekonomiczno-społecznym. Między innymi niski liniowy PIT na poziomie 15 proc. Problem w tym, że w zamian podwyższył on VAT do absurdalnego poziomu 27 proc. (najwyższego w Europie), a także ograniczył wiele świadczeń socjalnych. Polityka niskich i liniowych podatków dochodowych w połączeniu z wysokimi podatkami pośrednimi i cięciami socjalnymi to oczywiście gotowa recepta na eksplozję nierówności.

Co też dokładnie miało miejsce – w 2010 r. wskaźnik Giniego wynosił na Węgrzech 24,1 i był jednym z najniższych w Europie. Obecnie Gini na Węgrzech wynosi 28,1 i jest już niemal na poziomie Polski (nad Wisłą spadł on w tym czasie z 31,1 do 29,2). W 2010 roku odsetek osób zagrożonych ubóstwem lub wykluczeniem ekonomicznym na Węgrzech i w Polsce był na bardzo podobnym poziomie (odpowiednio 30 proc. i 28 proc.). W 2017 roku wciąż aż 26 proc. Węgrów jest zagrożonych ubóstwem, co jest zdecydowanie najgorszym wynikiem wśród krajów V4. W Polsce w tym czasie wskaźnik ten spadł do 19 proc., na Słowacji wynosi 18 proc., a w Czechach 12 proc.

(...)

Węgrzy są tak samo zlaicyzowani jak Europa Zachodnia. Według Eurobarometru 2012, 22 proc. Węgrów zadeklarowało się jako ateiści lub agnostycy. W Belgii takich osób było 23 proc., w Danii 25 proc., a w Niemczech 27 proc. Polska pod tym względem przypomina południową Europę, nie Węgry. W Polsce agnostyków lub ateistów według tego badania było tylko 5 proc., we Włoszech 6 proc., w Portugalii 7 proc., a w Grecji zaledwie 3 proc.

Węgrzy mają też jeden z najwyższych w Europie wskaźników aborcji. Dokonywanych jest tam 340 aborcji na tysiąc urodzeń, czyli dużo więcej niż w zdegenerowanej podobno Francji (268) czy w Niemczech (135). Nawet w Szwecji (334) odbywa się mniej aborcji rocznie niż na Węgrzech. Trudno też powiedzieć, żeby Węgrzy byli bardziej przywiązani do instytucji małżeństwa. Na Węgrzech 47 proc. dzieci rodzi się poza małżeństwem, czyli więcej niż przeciętnie w UE (43 proc.). Tymczasem w Niemczech pozamałżeńskich urodzeń jest tylko 35 proc., a we Włoszech zaledwie 28 proc. Tutaj także najbardziej przypominamy Włochy (w Polsce co czwarte dziecko przychodzi na świat poza małżeństwem), a nie Węgry.

krytykapolityczna.pl

NFZ co roku przeznacza na cały sektor psychiatrii tylko około 3% środków. Woli założyć, że część jego podopiecznych zrezygnuje z domagania się pomocy ze strony publicznych placówek i poszuka jej w prywatnych ośrodkach badawczych. Te od lat oferują możliwość skorzystania z terapii nowatorskimi lekami lub technikami. Pośrednio i nieoficjalnie — odciążają fundusz, redukując liczbę pacjentów. Urzędnicy najwyraźniej nie rozumieją, że zaniedbywanie leczenia psychologicznego i psychiatrycznego podnosi koszta terapii wszystkich innych chorób. Rozwój zaburzeń psychicznych jest bowiem czynnikiem ryzyka między innymi dla dolegliwości ze strony układu krążenia, oddechowego czy pokarmowego. Z raportu WHO wynika, że każdy dolar zainwestowany w leczenie depresji i lęku zwraca się czterokrotnie: przez poprawę zdolności do pracy, polepszenie wydajności i kreatywności pracownika, oraz zmniejszenie wydatków na leczenie chorób towarzyszących. Krótkowzroczne zaniedbania w niedługim czasie odbiją się na stanie polskiej gospodarki, w bezpośrednich i ukrytych wydatkach: świadczeniach dla coraz szerszych grup osób z niepełnosprawnością, kosztach zwolnień chorobowych, większej rotacji pracowników.

Przez ostatnich trzydzieści lat liczba chorych na depresję wzrosła ponad dwukrotnie. Aktualnie dotyka ona około 350 milionów osób na świecie. Tymczasem ponad połowa chorych na nią Polaków nie szuka pomocy lekarza. Ci z objawami chorób psychosomatycznych są często latami odsyłani do specjalistów innych dziedzin. Kompletny system profilaktyki powinien utrwalać prozdrowotne wzorce, przyspieszać diagnozę, minimalizować konsekwencje rozwoju zaburzeń i ich powikłań. Dopóki nie zostanie wdrożony, dopóty grupa osób poszukujących efektów „terapeutycznych” w środkach z czarnego rynku będzie rosła. Przykładowo, stosowanie substancji psychoaktywnych to powszechna u osób z depresją próba samoleczenia. Na zmniejszone łaknienie i trudności ze snem – marihuana, na obniżenie sprawności psychoruchowej i nadmierną senność — amfetamina, kokaina i inne stymulanty, na spadek libido i fobię społeczną — ecstasy, na ból psychosomatyczny — opioidy, na skrajnie pesymistyczne postrzeganie świata — psychodeliki.

krytykapolityczna.pl

wtorek, 16 kwietnia 2019


Dianne Hales w powieści „Mona Lisa” pisze: „Podczas karnawału 1497 roku grupy fanciulli (chłopaczków) Savonaroli przemierzały miasto, pukając do drzwi i domagając się, żeby mieszkańcy domów oddali swoje «marności» – klejnoty, futra, pogańskie księgi, perfumy, peruki, karty, kości, wachlarze, kosmetyki, dzieła fałszywej sztuki. […] siódmego lutego, ostatniego dnia karnawału przed Wielkim Postem, na Piazza della Signoria powstało olbrzymie stożkowate rusztowanie o wysokości piętnastu metrów. Tej nocy Piagnoni [Płaczący, zwolennicy Savonaroli] rzucili wszystkie zebrane «marności» na stos chrustu i słomy, na szczycie postawili podobiznę Szatana i całość podpalili. Gdy płomienie buchnęły pod niebiosa, rozległy się śpiewy chórów, głosy trąb i bicie kościelnych dzwonów. Według pewnego pamiętnikarza uczestniczyła w tym «niemal cała ludność», ale «tylko zwolennicy mnicha chwalili wydarzenie jako dobrze zrobione i słuszne, podczas gdy reszta srodze je krytykowała»”.

A Karol Schulz w „Kamieniach i cierpieniach” dodaje: „Potem szły tomy antycznych komedii, tragedii i wierszy, Plaut i Arystofanes, Ajschylos i Sofokles, wiersze Katulla, Tibulla, poezje Anakreonta, rzadkie pergaminy bogato iluminowane, kupowane i przepisywane kosztem ogromnych wyrzeczeń, wiersze od wieków dźwięczące w ludzkich sercach – teraz anatemy i marności”. Płomienie ognia szybko trawiły to, co zakonnik ogarnięty pragnieniem wykorzenienia wszelkiego zła, uważał za – jak mówił – duchowy Egipt, gdzie faraonem jest sam szatan.

wiez.com.pl

Czy istnieje tradycyjny polski model rodziny?

Piotr Szukalski, demograf i gerontolog, profesor Uniwersytetu Łódzkiego, członek Komitetu Nauk Demograficznych i Komitetu Prognoz PAN: Musimy zdać sobie sprawę z tego, że badacze zjawisk społecznych często żyją w świecie fikcji. A jedną z jej składowych jest mit o rodzinie wielopokoleniowej jako rdzennie tradycyjnej. Ten mit obalił już Peter Laslett, brytyjski historyk oraz demograf, który prowadził badania w latach 60. i 70. w Wielkiej Brytanii – w swoich pracach zrekonstruował model rodziny, cofając się o setki lat. Okazało się, że mieszkanie pod jednym dachem wielopokoleniowych rodzin nie było częstym zjawiskiem. Młodzi zakładali własne gospodarstwa – tak na Zachodzie, jak i w Polsce. Więc inne myślenie o naszej przeszłości jest ideologizowaną fikcją.

Ale mieszkająca razem rodzina, w której obok mamy i taty są też dzieci i dziadkowie, często stawiana jest nam za wzór.

To model żywcem wyjęty z PRL, wymuszony koniecznością, niemający wiele wspólnego z wolnym wyborem. Najzwyczajniej w świecie brakowało mieszkań i w popularnym M3 musieli się zmieścić wszyscy. Perspektywa ostatnich dekad jest dla wielu z nas jedynym punktem odniesienia. Za oczywisty uznajemy wzór rodziny z okresu dwudziestolecia międzywojennego lub właśnie z PRL. Często brakuje nam szerszego spojrzenia, więc wyciągamy mylne wnioski. Choćby na temat wieku zawierania małżeństw. Nie brakuje opinii ostrzegających przed skutkami coraz późniejszego podejmowania tej decyzji. Tymczasem dopiero ok. 2005 r. osiągnęliśmy wiek zawierania małżeństw, jaki dominował w międzywojniu. To lata PRL, gdy ludzie bardzo wcześnie decydowali się na ten krok, zmienił naszą perspektywę.

Czy to oznacza, że każdy element tradycyjnej rodziny można podważyć?

Istnieją pewne stałe podstawy w jej pojmowaniu albo społecznym myśleniu o niej: tak być powinno. Po pierwsze – rodzina to instytucja, która musi bazować na związku małżeńskim. Choć i tu trzeba zrobić małe zastrzeżenie co do formy małżeństwa. Na ziemiach polskich do 1945 r. istniały trzy porządki legislacyjne – był to spadek po zaborach, bo niestety dwudziestolecie międzywojenne nie wprowadziło jednolitego prawa cywilnego. I tak w dawnym zaborze rosyjskim nie było możliwości zawarcia małżeństwa w urzędach stanu cywilnego (USC). Były więc małżeństwa wyznaniowe, które rodziły skutki cywilnoprawne. Inaczej było już w Krakowie czy Poznaniu, gdzie składano śluby również lub jedynie przed urzędnikiem. Drugi wyznacznik rodziny to postulat, by zakładać ją jak najwcześniej.

Czyli kiedy?

Gdy mężczyzna, mający być jedynym zarabiającym, osiągnie samodzielność ekonomiczną i będzie w stanie utrzymać rodzinę. I tu znów ściera się kilka wzorców. Bo po wojnie, w PRL, względną finansową niezależność osiągano dość wcześnie. Jednocześnie w Łodzi od pokoleń było wiele kobiet aktywnych zawodowo. Włókniarki pracowały po kilkanaście godzin dziennie, utrzymując domy. Na ich ciężkiej pracy wyrosło wiele tamtejszych fortun. Trzecia wytyczna dotycząca rodziny mówi o tym, że w rodzinie powinno być jak najwięcej dzieci. Ale nie oszukujmy się, nawet nasze prababki i pradziadowie w międzywojniu stosowali metody regulacji poczęć, jak stosunek przerywany czy dłuższy okres karmienia piersią. Były to metody zawodne, ale świadczą o tym, że mało kto kierował się wyłącznie myśleniem „co Bóg da”. Czwarty element sprowadza się do tego, że rodzinę, a zwłaszcza małżeństwo, powinniśmy tworzyć dożywotnio, będąc razem na dobre i na złe.

forsal.pl