niedziela, 3 marca 2019


W ciągu tych nieco ponad dwóch lat Polska kompletnie zniszczyła kapitał, który kolejne, różne polskie rządy gromadziły w Europie przez ostatnich dwadzieścia pięć lat. Nie jestem w stanie panu opisać, jak bardzo politycy na Zachodzie są Polską zawiedzeni. Jeszcze trzy lata temu politycy w Paryżu byli zaniepokojeni dobrymi stosunkami polsko-niemieckimi, bo bali się, że Francja może stracić wpływy w Berlinie właśnie na rzecz Polski. Mówiło się o tym, że Francja potrzebuje więcej dyplomatów mówiących po polsku. Francuzi nagle zorientowali się, że Europa Środkowa staje się bardzo ważna.

Ale od czasu zerwania umowy na helikoptery z Airbusem, a potem na skutek rozmontowywania przez Polskę własnego wymiaru sprawiedliwości, cały ten nastrój prysł. Dziś ludzie mówią, że Polska przestała być potrzebna, bo nie wiadomo nawet, jak długo zostanie w Unii Europejskiej i czy to kraj, który chce być częścią tej Europy. Odżywają wszystkie negatywne stereotypy na temat Polski, które – jak sądziłam – zostały już pokonane. Wiele z nich jest niesprawiedliwych i nieuzasadnionych – o tym, że Polacy są zacofani, radykalnie prawicowi, że powszechny jest antysemityzm – ale prowadzą do przekonania, że tego narodu nie da się zintegrować z resztą zachodniej Europy.

kulturaliberalna.pl

Żyjemy w epoce…

Kapitalizmu inwigilacji.

Jakiej?

Do niedawna trwał kapitalizm informacji. Ale szybko się wyczerpał, a przejście od informacji do inwigilacji dokonało się dla większości w sposób niezauważony. Jednak zacznijmy od kapitalizmu informacji, zwanego także kapitalizmem wiedzy. Ten termin pojawił się w latach 90. XX w., gdy zaczęły się rozwijać nowe technologie komunikacji. To właśnie dzięki nim wiedza i informacje miały stać się fundamentem gospodarek. Przy czym przyjęło się uważać, że to po prostu kolejna forma tradycyjnego kapitalizmu. Dużo szkody narobiły prace Manuela Castellsa, hiszpańskiego socjologa, badacza społeczeństwa informacyjnego, który uspokajał, że przejście do nowej ery nie wiąże się z żadnymi wielkimi zmianami. Że wszystko pozostanie po staremu, prócz tego, że w epoce informacji będziemy wykonywać pracę szybciej, wydajniej oraz przy niższych kosztach. Przyjęliśmy bezkrytycznie tę narrację i dopiero po jakimś czasie okazało się, jak błędne było to myślenie. Okazało się, że mieliśmy do czynienia z rewolucją.

Czyli?

Na początku powstały nowe zjawiska rynkowe wymyślone na potrzeby mediów cyfrowych, niezdolne istnieć poza nimi. Zaczęły także obowiązywać nowe reguły gry – pojawiły się niezbyt jeszcze efektywne praktyki śledzenia naszej aktywności w internecie, jak ciasteczka (cookies). Wraz z tym doszło też do pierwszych debat, a nawet prób legislacyjnych, by chronić prywatność oraz dane użytkowników sieci. Niestety, nie przykładaliśmy wtedy do tego należytej wagi, bo w latach 1996–2001 internetowa branża wciąż szukała na siebie pomysłu, a inwestorzy nie mieli pewności, czy w ogóle może ona na siebie zarabiać. Temu przepoczwarzaniu – z ery informacji w epokę inwigilacji – pomogło też to, że zachodnia gospodarka w tamtym czasie przybrała wyjątkowo odrażającą formę. Była nastawiona na skrajną eksploatację konsumenta, nic nie dając mu z zamian. Podsumowując – nie tylko kapitalizm informacji okazał się czymś o wiele istotniejszym, niż myśleliśmy, ale kolejne jego wcielenie – kapitalizm inwigilacji, zaczął rozwijać się, nie napotykając przeszkód i w efekcie stając się dominującą formą dla całej ekonomii, nie tylko tej związanej z siecią.

Z pani prac można się dowiedzieć, że przełomowy dla kapitalizmu inwigilacji był 2001 r. Dlaczego?

Pękła internetowa bańka i Krzemowa Dolina wpadła w panikę. W opałach znalazł się też Google, wówczas firma raczkująca, oferująca bardzo dobrą wyszukiwarkę, lecz wciąż niegenerująca zysków – a więc pod presją ze strony inwestorów. W owym czasie relacje koncernu z reklamodawcami były tradycyjne. Firma kojarzyła ich produkt ze słowem kluczem wpisanym przez internautę do wyszukiwarki i pokazywała mu ogłoszenie. Inżynierowie Google’a zaczęli jednak przeglądać serwery z danymi pozostawionymi przez użytkowników i odkryli, że pozostawiają oni po sobie dużo więcej informacji niż tylko wpisana fraza. Że zostaje po nich ślad informacyjny, czyli dane o tym, kim są, w jakim wieku, gdzie mieszkają, co ich interesuje czy czego szukają w sieci. Pojawił się pomysł, by ten ślad wykorzystać do próby przewidzenia zachowania klientów – i od wyników tej projekcji uzależnić wyświetlanie reklam. To był całkowicie nowy rodzaj gry. Do tego Google zastrzegł, że nie wyjawi światu swojego „patentu”. Nikomu się to nie podobało, ale też nikt za bardzo nie narzekał, bo nowa strategia okazała się sukcesem. Między 2001 r. a 2004 r., kiedy to firma dopracowała technologię, jej przychody wzrosły o 4 tys. proc.

I zaczął się kapitalizm inwigilacji.

Dokładnie. Na rynku pojawił się nowy produkt, możliwy dzięki zupełnie nowemu surowcowi. Surowcem stał się ślad, jaki pozostawiamy po sobie w internecie, zaś produktem – przewidywanie naszych zachowań. Ten produkt jest sprzedawany na rynki, które skupił wokół siebie Google. Powszechnie myśli się, że to branża reklamowa, ale to błąd. Te rynki też są nowe. To rynki przewidywania przyszłych zachowań ludzkich (behavioral futures markets). Zostały stworzone, by służyć reklamie na podobnej zasadzie, co masowa produkcja branży motoryzacyjnej – taśmę wymyślono po to, by zwielokrotnić zyski. Dzisiaj już widzimy obecność tych nowych rynków w bardzo wielu sferach naszego życia: w ubezpieczeniach, handlu, bankowości, polityce – co pokazała nam afera związana z Facebookiem i firmą Cambridge Analytica. FB właśnie odpowiedział na pytanie rządowego US House Energy & Commerce Committee – w 750-stronicowym dokumencie przyznał się, że dane użytkowników przekazywał lub sprzedawał 52 firmom z branży IT. Warto także wiedzieć, że nad technologią będącą fundamentem kapitalizmu inwigilacji pracowała w Google’u Sheryl Sandberg, obecna szefowa operacyjna Facebooka, nie dziwi więc, że to te dwie firmy są liderami nowej formy gospodarki. Na bazie ich sukcesu ten model rynkowy stał obowiązujący. I gdziekolwiek spojrzymy, tam trwa wyścig o zbieranie danych o naszych zachowaniach w celu kreowania produktu zgodnego jak najbardziej z naszym pożądaniem. Kapitalizm inwigilacji wylał się z sieci nawet do świata offline’u. A to przecież nie koniec, bo rynek, jak natura, jest wciąż w ruchu, ewoluuje.

Dokąd więc zmierzamy?

Jak zawsze – toczy się odwieczna walka o to, kto będzie miał najlepszy produkt na rynku. Surowcem jest ślad informacyjny, wobec czego rynek poszukuje sposobów na usprawnienie metod projektowania naszych oczekiwań. A o wiele łatwiej coś przewidzieć, jeśli najpierw dokona się ingerencji w zachowanie tak, by przybrało ono pożądane formy. Co więc się dzieje? Dynamika kapitalizmu inwigilacyjnego prze coraz bardziej w kierunku wcielania w życie programów modyfikacji naszych zachowań. Mówiąc wprost – rynek usiłuje nas, jako klientów i konsumentów, coraz mocniej popychać w preferowanym przez siebie kierunku, próbuje wpływać na nasze opinie, niekiedy wręcz zaganiać w określone miejsca niczym owce na pastwisku. To jest obecny kierunek rozwoju rynku.

forsal.pl

Co się zdarzyło w Polsce po roku 1945? Czy to była wielka rewolucja społeczna? Jak to określić?

– Kiedyś prof. Tadeusz Łepkowski, znakomity historyk, twierdził, że w latach 1945-1946 zderzyły się dwie rewolucje: niepodległościowo-demokratyczna i komunistyczna. Ta druga zwyciężyła, bez wątpienia dzięki radzieckim bagnetom. Ale nie tylko. Wszak w Polsce pod koniec wojny narastały nastroje lewicowe, co widać chociażby w dokumentach AK, w tużpowojennej publicystyce. Przy czym wielu historyków dopowiada, że te przemiany rewolucyjne zaczęły się już w okresie II wojny. Zniknęli Żydzi, a wraz z nimi ich majątki. Wszystko, co zostało po nich, posłużyło bardzo silnej zmianie, która miała charakter rewolucji, oczywiście…

Sztetl został zasiedlony.

– Przez polski żywioł. Ludowy. I w związku z tym poziom życia tych ludzi się zmienił.

Do domków biedoty wprowadziła się jeszcze większa biedota.

– Dzisiaj, na 100-lecie niepodległości, będziemy pod pewnym przymusem pokazywać, jaka piękna była II Rzeczpospolita. Wszystkich zwolenników takich tez odsyłam do „Pamiętników chłopów” z 1935 r., które pokazują, jak zacofany był to kraj w sensie społecznym. Bohaterowie opisują swoje warunki życia. To wstrząsająca lektura, zwłaszcza dla ludzi młodych, dla których obecny świat jest czymś, co było zawsze.

Takie wsie, z takimi warunkami życia, z przeludnieniem, były na początku Polski Ludowej.

– Są badania z lat 50. Instytutu Budownictwa Mieszkaniowego. Oni badali nowe osiedla, które zaczęły wtedy powstawać w Mielcu, Stalowej Woli, Nowej Hucie. Są tam opisy hoteli robotniczych w Nowej Hucie… Że w jednej sali jest kilkadziesiąt osób, są dwie umywalki z zimną wodą. A potem pytano tych ludzi, jak oni to oceniają. Odpowiedź brzmiała: bardzo dobrze! W porównaniu z tym, co mieli u siebie na wsi, to, co nam się wydaje koszmarnymi warunkami życia, dla nich koszmarne nie było. Dla nich to był awans. I dlatego tak trudno nam dziś zrozumieć lata 50. Nie mamy tamtych doświadczeń.

Nie wiemy, jak w 14 osób można było żyć w dwuizbowej, drewnianej chałupie z glinianą polepą.

– Wielu chłopców, którzy z tych wsi spod Krakowa czy Rzeszowa szli przede wszystkim do Nowej Huty, wychodziło właśnie z takich warunków życia, gdzie w jednej chałupie nie wystarczało miejsc do spania. Spali w stodole, w komórce… I to są tego typu warunki, przeniesione z II Rzeczypospolitej. Oczywiście wieś wielkopolska była inna, ale mówimy o pewnej średniej.

Czyli industrializacja na wielką skalę to świadomy plan wyrwania Polski z tej nędzy?

– To był plan bardzo celowy. Są teorie mówiące, że to, co zdarzyło się w latach 50., było próbą siłowej, centralnie zaplanowanej modernizacji Polski, jako jednego z wielu na świecie obszarów peryferyjnych. Grzegorz Wójtowicz kiedyś zbadał tzw. produkt na osobę w Polsce od roku 1000 w stosunku do Europy Zachodniej. Oczywiście porównywać te wszystkie lata niemal nie sposób. Ale co mu wyszło? Że w 1950 r. w Polsce na statystycznego mieszkańca przypadało 54% dochodu przeciętnego mieszkańca Europy Zachodniej. W 1938 r. było to 50%, w 1978 – 48%, a w 1989 – 36%! Zgoda, że wskaźnik z 1950 r. to efekt stosowania w dużej mierze metod represyjnych w gospodarce, a postępujące od lat 70. zacofanie wobec Zachodu to głównie skutek zmiany filozofii gospodarowania – coraz bardziej liczyła się produkcja komputerów, a nie stali. Ale nawet przy tych zastrzeżeniach mówienie o tym jest dziś niepoprawne.

Projektowi modernizacji towarzyszył projekt awansu społecznego milionów.

– Awans społeczny w PRL szedł dwiema podstawowymi ścieżkami. Z jednej strony, był to awans do miasta i przede wszystkim do przemysłu, a z drugiej – awans oświatowy, przez szkołę. Jeżeli chodzi o ten pierwszy, był plan sześcioletni – industrializacji, szczególnie rozwoju przemysłu środków produkcji: ciężkiego i metalowego. To przedsięwzięcie potrzebowało mnóstwo siły roboczej. Są takie teksty propagandowe z lat 1949-1950, które mówią o tym, że wszyscy zbędni na wsi, młodzież, kobiety, powinni zasilić przemysł, bo tworzymy Polskę, jakiej nigdy nie było, Polskę wielkiego awansu, mocną gospodarczo.

Trudno stwierdzić, czy te teksty były skuteczne, ale faktem jest, że wieś się ruszyła.

– Jeżeli bada się migracje ze wsi do miasta, widać, że są dwa okresy w historii Polski, kiedy to wychodźstwo i awans z tym związany były najintensywniejsze. Otóż w latach 1951-1955 ze wsi do miasta przeniosło się na stałe ponad 1,8 mln osób. Podobna wielkość została uzyskana w Polsce w latach 1976-1980. Wszystko pośrodku było mniejsze. Duże, ale sporo mniejsze. Zwłaszcza migracja lat 50. jest interesująca. To jest migracja chłopska. Ona wchodzi w miasto z całym swoim kapitałem kulturowym, bardzo ograniczonym.

tygodnikprzeglad.pl

sobota, 2 marca 2019


Na początku publikacji jej autorzy zauważają, że niemiecki filozof Georg Hegel (1770-1831) przewidywał, iż podstawową komórką społeczną nowoczesnego społeczeństwa będzie państwo, Karol Marks, że komuna, Lenin i Hitler wskazywali na partię polityczną. Wcześniej sukcesja świętych i mędrców twierdziła to samo o kościele parafialnym, dworze feudalnym i monarchii.

Autorzy stawiają zaś tezę, że najważniejszą organizacją na świecie jest firma, bo jest ona „fundamentem zachodniego dobrobytu”. Dla większości z nas jedynym rywalem w konkurencji o czas i energię dla firmy jest rodzina. Mimo to rola jaką firma odegrała w cywilizacji jest często pomijana.

W najnowszych biografiach premiera Wielkiej Brytanii Williama Gladstone`a (1809-1899), tzw. Companies Act, XIX-wiecznej ustawie, którą uważa się za kamień milowy w historii spółek, a której promotorem był właśnie Gladstone, poświęca się zaledwie jedno zdanie.

Robert Lowe, intelektualny ojciec nowoczesnej firmy, jest lepiej pamiętany za swoją pracę na rzecz edukacji i gderliwą opozycję w stosunku do powszechnego prawa wyborczego. W tomie historii Anglii „New Oxford History of England”, który obejmuje lata 1846-1886 i ma 720 stron, o powstaniu koncepcji nowoczesnej firmy nie ma nawet zdania.

Nowoczesna korporacja powstała z inicjatywy państwa, ale jej potęga nie wynika głównie z faktu, że dzięki niej produktywność rośnie. Jej główny atut – zdaniem autorów – jest taki, że ma większość praw takich, jakie mają ludzie, ale nie ma ograniczeń wynikających z biologii, czyli mówiąc wprost: firma sama z siebie nie umiera.

(...)

Korporacje od początku swojego istnienia wzbudzały kontrowersje. Angielski sędzia, a później polityk, Edward Coke (1552-1634) skarżył się, że „firmy nie mogą popełnić zdrady albo zostać wyjęte spod prawa czy ekskomunikowane, ponieważ nie mają one duszy”. Ten wątek powrócił dwa wieki później w słowach lorda kanclerza Edwarda Thurlowa (1731-1806). Mówił on: „Korporacje nie mają ani ciał, by je ukarać, ani dusz by je skazać na potępienie, a zatem czynią tak, jak mają ochotę”.

obserwatorfinansowy.pl

Utrzymująca się od lat nadwyżka w bilansie handlowym Chin wynika z chińskiej wewnętrznej polityki gospodarczej, nakierowanej na systemowe wspieranie sektora produkcyjnego. Zasadza się ona m.in. na utrzymywaniu stałego kursu juana do dolara amerykańskiego, oraz niskich stóp procentowych dla dużego biznesu, a także wieloletnim powstrzymywaniu wzrostu płac. Prowadzi do efektywnego subsydiowania sektora eksportowego, co zapewnia jego międzynarodową konkurencyjność. Pozyskiwane z eksportu nadwyżki dolarowe są lokowane na chłonnym amerykańskim rynku kapitałowym, finansując amerykański import z Chin. Innymi słowy, długotrwały deficyt USA w handlu z Chinami finansowany jest poprzez import chińskiego kapitału i rosnące zadłużenie wobec Chin. Obecna polityka gospodarcza państw regularnie notujących nadwyżki handlowe z USA (oprócz Chin również Niemcy, Japonia, Korea Południowa) uważana jest za szkodliwą dla amerykańskiej gospodarki, w sferze realnej powodując utratę konkurencyjności i przenoszenie produkcji z USA za granicę, a w sferze finansowej wpływając na obniżki stóp procentowych i powstawanie baniek na rynkach aktywów (sytuacja ta wskazywana jest jako jedna z głównych przyczyn kryzysu finansowego z 2008 roku). Przywrócenie równowagi handlowej między USA i Chinami wymaga reform po stronie chińskiej, częściowego demontażu systemu subsydiowania sfery produkcyjnej i zwiększenia chińskiej konsumpcji wewnętrznej. Działania doraźne, jak chińskie „misje zakupowe” w USA czy objęcie części importu cłami, nie rozwiążą problemów amerykańskiego bilansu płatniczego w długim okresie.

Drugie pole gospodarczego konfliktu USA z Chinami wiąże się z chińską polityką przemysłową. Rozwój wysokich technologii i wzrost pozycji chińskich firm w globalnych łańcuchach wartości wspierany jest przez rząd w Pekinie (m.in. w ramach strategii China 2025), często kosztem przedsiębiorstw amerykańskich. Odbywa się to poprzez subsydiowanie chińskich firm sektora high-tech, przymusowe transfery technologii przez zagranicznych inwestorów jako warunek dostępu do rynku chińskiego, wspierane przez państwowe banki zakupy amerykańskich spółek technologicznych, kradzież własności intelektualnej (wspieraną przez chińskie państwo), naruszanie patentów etc. Dotyczy to branż kluczowych dla długofalowej konkurencyjności amerykańskiego przemysłu i usług, m.in. sztucznej inteligencji, big data, robotyki, biotechnologii, awiacji czy technologii kosmicznych. Zmniejszanie dystansu technologicznego Chin i USA w tych sektorach postrzegane jest jako zagrożenie dla długofalowej konkurencyjności amerykańskiej gospodarki, a także wyzwanie dla przewagi technologicznej amerykańskiej armii.

osw.waw.pl

Odkąd Donald Trump został amerykańskim prezydentem, USA mają ciągłe pretensje do świata. Międzynarodowe reguły handlu mają być dla Stanów wyjątkowo niekorzystne, przez co ubożeje amerykańska klasa pracująca, a tamtejsza klasa średnia staje się coraz węższa. Zyskują zaś Chińczycy i Niemcy, sprzedając Amerykanom swoje produkty na potęgę. Kiedy słucha się przekazu sączącego się z Waszyngtonu od półtora roku, można dojść do wniosku, że USA, czyli globalne mocarstwo i jedno z najbogatszych państw na Ziemi, to w rzeczywistości największy poszkodowany globalnego porządku gospodarczego. Nie są poszkodowane państwa Afryki, których bogactwa naturalne brutalnie eksploatują zachodnie koncerny, nie są poszkodowani pracownicy z Azji Południowo-Wschodniej, którzy za grosze szyją tanie ubrania, by młodzi Amerykanie mogli sobie co tydzień kupować nowy ciuch, ani państwa rozwijające się, które w wyniku nagłych odpływów kapitału co chwilę gdzieś na świecie wpadają w kryzys finansowy. Nie, tym największym przegranym globalizacji tak naprawdę są Stany Zjednoczone.

Jest to tym zabawniejsze, że to przecież USA dominowały podczas tworzenia powojennego ładu na świecie. Najpierw przyczyniły się do stworzenia systemu Breton Woods, który z grubsza polegał na tym, że dolar był wymienialny na złoto, a pozostałe waluty na dolara według stałego kursu wymiany. USA zapewniły więc dolarowi kluczową rolę w zachodniej gospodarce. Gdy Breton Woods przestało być dla USA korzystne, a utrzymanie parytetu złota stało się niewygodne, jednostronnie wystąpiły z niego, zawieszając wymienialność dolara na złoto. Mimo to dolar do dziś utrzymał swoją pozycję światowej waluty rezerwowej, co pozwala Stanom Zjednoczonym bardzo tanio się zadłużać - o wiele taniej niż krajom o podobnej skali zadłużenia w stosunku do PKB. USA zapewniły sobie także większość głosów w Międzynarodowym Funduszu Walutowym, który w okresie powojennym miał kluczowe znaczenie dla szerzenia gospodarczego Pax Americana i wymuszał na państwach rozwijających się przyjmowanie zasad gospodarczych zawartych w konsensusie waszyngtońskim (w zamian za kredyty). Stany Zjednoczone miały też istotne zdanie przy tworzeniu Światowej Organizacji Handlu i finalizacji rund negocjacji, które regulowały kolejne obszary światowego handlu. USA utrzymują też na swoim terytorium kilka rajów podatkowych, z których najsłynniejszy jest stan Delaware. Nie mówiąc już o tym, że jako globalne mocarstwo morskie kontrolują one najważniejsze szlaki handlowe na Atlantyku i Pacyfiku. Tak więc jeśli globalny ład gospodarczy jest niesprawiedliwy dla USA, to mogą mieć one pretensje tylko do siebie, bo to one go tworzyły. Problem w tym, że światowe zasady handlu wcale nie są dla USA niesprawiedliwe – niesprawiedliwy jest za to porządek gospodarczy, który USA ustanowiły u siebie w kraju.

Wystarczy rzut oka na podstawowy wskaźnik makroekonomiczny, który pokazuje poziom zamożności kraju, czyli PKB na mieszkańca (z uwzględnieniem parytetu siły nabywczej), by przekonać się, że światowy porządek gospodarczy jest dla USA raczej łaskawy. W 2017 roku PKB wyniósł prawie 60 tys. dol. i był zdecydowanie wyższy od tego we wszystkich dużych krajach Zachodu. W Niemczech PKB na głowę wyniósł 51 tys. dol., w Szwecji - 50 tys. dol., w Kanadzie - 47 tys. dol., w Japonii - 43 tys. dol. Te różnice są jeszcze bardziej widoczne, jeśli weźmiemy pod uwagę pojedyncze stany, wśród których są tacy krezusi, jak Nowy Jork i Massachusetts (po 75 tys. dol. na głowę). Gdyby kraje Zachodu stały się stanami USA, to Niemcy pod względem PKB na głowę plasowałyby się na 32. miejscu. Zaraz nad Luizjaną, której gigantyczne problemy społeczne i ekologiczne opisała w książce „Obcy we własnym kraju” Arlie Hochschild. Pod Luizjaną znalazłaby się Szwecja, a Francja byłaby na 45. miejscu, między Arizoną a Karoliną Południową. Za to bogata Holandia znalazłaby się na 27. miejscu, zaraz nad trapionym przez patologie społeczne Kansas, któremu książkę „Co z tym Kansas?” poświęcił Thomas Frank.

Tak więc najbogatsze kraje UE pod względem dochodu narodowego znalazłyby się wśród biedniejszych stanów USA. A mimo to nie słychać o gigantycznych obszarach biedy w Niemczech czy Szwecji, nie ma też eksplozji patologii społecznych w Holandii. Problemem USA nie jest więc brak zamożności spowodowany niesprawiedliwym porządkiem globalnym, bo zamożności w USA jest aż nadto. Problemem USA jest patologiczny porządek ekonomiczno-społeczny, który stworzyły one same u siebie.

W jednej rzeczy z Donaldem Trumpem należy się zgodzić – rzeczywiście ostatnie dekady nie był dobre dla pracujących Amerykanów, szczególnie tych mniej zarabiających. Od lat 70. ich dochody są w stagnacji, za to wyraźnie wzrosły wskaźniki ubóstwa. Doskonale przedstawił to noblista z dziedziny ekonomii Angus Deaton w książce „Wielka ucieczka”. W roku 1974 najbiedniejsze 20 proc. amerykańskich gospodarstw domowych miało średni dochód na poziomie 18 tys. dol. rocznie. W 2010 r. ich realny dochód… spadł do 15 tys. dol. Rodziny w przedziale 20-40 proc. miały w 1974 r. średnie dochody na poziomie 37 tys. dol., czyli na dokładnie takim samym jak w 2010 r. Wskaźnik ubóstwa w 1973 r. wynosił w USA 10 proc., za to w 2010 r. - już 15 proc. Odsetek osób poniżej 18. roku życia żyjących poniżej granicy ubóstwa wzrósł w tym czasie z 15 do 22 proc. Chociaż od lat 60. próg ubóstwa de facto nie był zmieniany - był korygowany jedynie o wskaźnik inflacji.

gazeta.pl

wtorek, 5 lutego 2019


I tak na przykład autor cytuje historię niejakiego Kurta, który pracuje dla podwykonawcy podwykonawcy podwykonawcy niemieckiej armii (to nie pomyłka, podwykonawca ma swojego podwykonawcę, który ma swojego podwykonawcę). Bundeswera zleciła zarządzanie sprawami komputerów firmie, która wynajęła inną prywatną firmę do tego, by zajęła się logistyką w tym zleceniu, a tamta firma zatrudniła kolejnego prywaciarza by przejął od niej część związaną z zarządzaniem personelem.

Skutek prywatyzacji, która miała w założeniu poprawić efektywność jest taki, że kiedy na przykład żołnierz A chce przenieść się do innego pokoju na tym samym korytarzu, zamiast wziąć komputer i ruszyć tam, wypełnia formularz. Trafia on do prywatnej firmy komputerowej, gdzie jest czytany, zatwierdzany i przesyłany do innej prywatnej firmy zajmującej się logistyką, która także zatwierdza przenosiny i wysyła wniosek do prywatnej firmy zajmującej się zarządzaniem personelem.

Tam szef Kurta zleca mu asystowanie przy przenosinach. Kurt dostaje maila z poleceniem: ”Bądź w barakach B o godz. C”. Te baraki oddalone są zwykle o jakieś 100-500 km od jego miejsca urzędowania. Kurt wsiada w samochód, specjalnie wypożyczany na tę okazję (zarobek dla kolejnej prywatnej firmy) jedzie kilkaset kilometrów do miejsca pracy żołnierza, któremu zachciało się przenieść do sąsiedniego pokoju. Tam wypełnia formularz, odłącza komputer, pakuje go do pudełka, pieczętuje pudełko, daje je pracownikowi z firmy logistycznej, by przeniósł je dwa pokoje dalej, gdzie rozpieczętowuje je i rozpakowuje.

Następnie wypełnia kolejny formularz, dzwoni to swojej centrali i informuje ją, ile mu czasu zajęła praca. Tak więc, zamiast żołnierz wziąć komputer i przenieść go pięć metrów dalej, dwie osoby spędzają sześć godzin na podróży autem i wypełniają piętnaście stron formularzy. Kosztuje to niemieckich podatników 400 euro.

obserwatorfinansowy.pl

środa, 16 stycznia 2019


Panie ambasadorze, czy czeka nas nowy konflikt w Zatoce? Co się dzieje z Arabią Saudyjską? Kraj, który zawsze był spokojny, teraz zaczął prężyć muskuły.

– Arabia Saudyjska od utworzenia w 1932 r. starała się odgrywać ważną rolę międzynarodową, zarówno w stosunkach regionalnych, jak i w świecie islamu. Ale, po pierwsze, tradycyjnie robiła to bardzo dyskretnie, preferując instrumenty miękkiej polityki. Po drugie, realizowała politykę zagraniczną w ścisłej koordynacji ze Stanami Zjednoczonymi, w ramach sojuszu zawartego w 1945 r. Dbała o stabilność na globalnym rynku ropy, ale także wszechstronnie wspierała Amerykanów w wojnie w Afganistanie, tej pierwszej, przeciwko ZSRR. Dołożyła też swoją cegiełkę do rozpadu ZSRR.

W jaki sposób?

– 15 września 1985 r. Rijad zdecydował się na krok, który ekonomicznie rzucił Związek Radziecki na kolana. I to jest jedna z dat początku jego rozpadu. Chodzi o decyzję o odejściu od limitów wydobycia ropy naftowej. Wpływy ZSRR z eksportu tego surowca spadły wtedy czterokrotnie, rocznie o 20 mld dol. Ta polityka niskich cen czarnego złota była konsekwentnie prowadzona do rozpadu ZSRR. W sojuszu saudyjsko-amerykańskim coś zaczęło się zmieniać dopiero w czasach rządów Baracka Obamy.

Co zaczęło się zmieniać?

– Arabia Saudyjska zaczęła być pouczana. W kwestiach dotyczących praw człowieka Amerykanie wytykali jej różnego rodzaju potknięcia. Naciskali w sprawach reform. Budzili nadzieje na liberalizację w całym regionie arabskim. A przede wszystkim zaczęli szukać jakiejś nici porozumienia z rosnącym w siłę Iranem. Ostatecznie znalazło to wyraz w porozumieniu nuklearnym, mającym wielostronny charakter. Saudyjczycy, którzy zabiegali o zaostrzenie sankcji nałożonych na odwiecznego rywala, zamiast tego otrzymali osiągnięte środkami dyplomatycznymi porozumienie, które otwierało drogę do zniesienia sankcji. I powrotu Iranu do społeczności międzynarodowej we wszystkich wymiarach, także gospodarczym. Dla Arabii Saudyjskiej, konkurującej z Iranem, jeśli chodzi o sprzedaż ropy naftowej na rynku chińskim, indyjskim, japońskim i europejskim, nagle sytuacja zasadniczo się zmieniła. Do Iranu zaczęli wracać również inwestorzy zagraniczni. Umacnianie wpływów irańskich w Iraku, jak również w Syrii, Libanie i Jemenie, było postrzegane przez Saudów jako osaczanie królestwa. Rysy na sojuszu amerykańsko-saudyjskim wywołały wręcz panikę w Rijadzie. I myślę, że Saudyjczycy po doświadczeniach z prezydenturą Obamy zrobili wiele, a nawet, powiedziałbym, wszystko, by następnym prezydentem USA został Donald Trump.

Nie Władimir Putin tu mieszał?

– Nie odmawiam zasług Rosjanom. Ale mogę z całą odpowiedzialnością powiedzieć, zresztą są już na to dokumenty, że jeśli chodzi o Bliski Wschód, to z jednej strony Arabia Saudyjska i Zjednoczone Emiraty Arabskie, a z drugiej Izrael wiele zrobiły, by Donald Trump został prezydentem. Z czego w jakimś stopniu Trump zdaje sobie sprawę, bo podchwycenie przez niego propozycji rozpoczęcia urzędowania w sferze polityki zagranicznej od Arabii i od Izraela było poniekąd konsekwencją tego poparcia. Misterna siatka powiązań nierozerwalnie łączy się ze zmianami na szczytach władzy w Rijadzie, w wyniku których dominującą pozycję w państwie uzyskał asertywny i ambitny następca tronu, książę Muhammad ibn Salman. Wraz z jego awansem Rijad poczynił wielkie postępy w kwestii wizerunku, ale polityka saudyjska w regionie stała się wręcz drapieżna.

tygodnikprzeglad.pl

sobota, 1 grudnia 2018


Nie inaczej jest z najnowszą epidemią narkotykową dotykającą Stany – masowym uzależnieniem od opiatów. Epidemia zaczęła się od przepisywanych na receptę leków przeciwbólowych. Z leków na receptę wielu uzależnionych przechodzi do heroiny, rozpowszechnianej na terenie Stanów przez sieci meksykańskich gangów. Już w 2008 roku przedawkowanie (przede wszystkim opiatów) staje się w Stanach główną przyczyną nienaturalnych zgonów – więcej ludzi ginie z przedawkowania niż w wypadkach samochodowych czy strzelaninach.

Krajobraz tej epidemii rysuje w swojej reporterskiej książce „Dreamland” Sam Quinones. Pejzaż opiatowej katastrofy kształtują dwa kluczowe społeczno-polityczne czynniki. Pierwszym są amerykańskie polityki zdrowotne, powstające na przecięciu interesów wielkich firm farmaceutycznych i ubezpieczeniowych. W interesie obu graczy leży model, gdzie pacjentom skarżącym się na bóle i różne inne dolegliwości podaje się po prostu coraz większe ilości uśmierzających je leków. Z punktu widzenia akcjonariuszy firmy ubezpieczeniowej sensowniej jest zrefundować pacjentce cierpiącej na bóle pleców wizyty u wypisującego recepty lekarza pierwszego kontaktu, niż np. płacić za długą fizjoterapię.

Drugą ważną częścią równania opisującą epidemię opiatów jest upadek „pasa rdzy” – stanów niegdyś stanowiących przemysłowy kręgosłup Ameryki, dziś duszących się w bezrobociu, długu i braku nadziei. Miejscem, w którym Quinones zaczyna i kończy swoją narrację jest Portsmouth w stanie Ohio, typowe dla amerykańskiego Środkowego Zachodu miasto średniej wielkości. Jeszcze kilka dekad temu ośrodek przemysłowy ze stalownią, fabrykami obuwia i sznurówek. Przemysł zapewniał dobre, stabilne miejsca pracy klasie pracującej i średniej. Tworzył szkielet, wokół którego wzrastać mógł społeczny kapitał.

Dziś wszystko to przeszłość. Od kilku dekad fabryki zamykają się – ich właściciele przenoszą produkcję w miejsca, gdzie siła robocza jest tańsza. Portsmouth się wyludnia – kto może ucieka do sąsiednich miast i stanów - gdziekolwiek, gdzie widać jakieś perspektywy. W tym krajobrazie, na przeciwległym brzegu rzeki Ohio, w miasteczku South Shore w Kentucky, wyrasta pierwsza w Stanach „fabryka prochów” – przychodnia zdrowia, która swój model biznesowy opiera nie na leczeniu czegokolwiek, ale na masowym wypisywaniu pacjentom recept na leki przeciwbólowe.

Epidemia opiatów nie ogranicza się przy tym do miejsc takich jak Portsmouth. Dotyka także zamożnych przedmieść klasy średniej w słonecznej Kalifornii i innych miejscach kojarzonych raczej z amerykańskimi sukcesami ostatnich dekad. Sukces ten – zwłaszcza od czasu wielkiego kryzysu z przełomu 2008 i 2009 roku – podszyty jest jednak niepewnością. Amerykańska klasa średnia obawia się, czy zdoła utrzymać swój status i przekazać go następnemu pokoleniu. Klasa pracująca boi się zupełnej ekonomicznej degradacji. Po raz pierwszy od długiego czasu amerykańska przyszłość przynosi więcej lęków niż nadziei. Ta atmosfera stwarza hossę zarówno dla ekspansji opiatowego nałogu, jak i politycznego populizmu spod znaku Trumpu. Oba dopadają zresztą często te same grupy społeczne.

dwutygodnik.com

sobota, 17 listopada 2018


Przykładem udanego osiedla w Krakowie jest dla mnie Krowodrza-Górka, czyli dawne Osiedle 30-lecia PRL. Realizacja z pierwszej połowy lat 70., częściowo z wielkiej płyty. Nie zostało zrealizowane w stu procentach zgodnie z tym, co założyli sobie planiści, ale zasadniczy kształt zgadza się z wytycznymi i jako długoletnia użytkowniczka mogę powiedzieć, że zawsze odbierałam je jako bardzo dobrze funkcjonującą przestrzeń.

To znaczy?

Dlaczego mieszkało się tam tak dobrze, zrozumiałam dopiero wtedy, gdy pracując nad książką, miałam okazję porozmawiać z autorem projektu osiedla Mieczysławem Turskim. Po pierwsze, kształt urbanistyczny dostosowano do ukształtowania terenu. Po drugie, osiedle sprytnie łączy różne typy zabudowy – wysokiej i niskiej. Między blokami znajdowały się spore obszary wspólnej, zielonej, niezagospodarowanej przestrzeni, idealnej do zabawy dla dzieci oraz różnych interakcji między dorosłymi. Osiedle zapewniało całą potrzebną infrastrukturę: pawilony handlowe, pocztę, bibliotekę, przedszkola, szkoły, dom kultury. Było też bardzo różnorodne społecznie. A przy tym było to zwyczajne osiedle, nieopromienione sławą Hansenów czy Haliny Skibniewskiej.

Z udanych zagranicznych przykładów w książce opisuję bloki wokół Platz der Vereinten Nationen z dawnego Berlina Wschodniego. Z zewnątrz wyglądają jak realizacje znane z PRL, w środku są dwupoziomowe mieszania o naprawdę komfortowych metrażach. Inny przykład – którego akurat w Betonii nie ma – to wiedeński Wohnpark Alterlaa – osiedle z ogrodami na tarasach – rosną tam nawet całe drzewa – i basenami na dachach. Zamieszkuje je bardzo zwarta społeczność, starannie dobierająca nowych mieszkańców. Lista oczekujących na mieszkanie w tych blokach jest bardzo długa.

(...)

O Krowodrzy-Górce mówiłaś, że „nie wszystko udało się tam zrealizować zgodnie z planem” – ta fraza powtarza się w opisie niemal każdego osiedla w twojej książce, niezależnie od tego, z której strony żelaznej kurtyny stało. Z czego wynikała ta przepaść między planami a ich realizacją?

Krótko mówiąc, z dwóch kwestii: polityki i gospodarki. W krajach gospodarki rynkowej decydowały najczęściej oszczędności, w bloku wschodnim także niedobory i ogólna niewydolność gospodarki, niezdolnej np. dostarczyć na czas odpowiednich materiałów.

W krajach demokratycznych bloki powstawały jako odpowiedź na wielki, powojenny głód mieszkaniowy, miały zapewnić politykom przychylność wyborców. Jednak projekty budownictwa społecznego często kończyły się skoszarowaniem uboższej ludności w gigantycznych, niedoinwestowanych osiedlach, dogmatycznie usiłujących wcielać w życie ideały z czasów Karty Ateńskiej. Bloki rosły wzdłuż i wszerz, a społeczna infrastruktura i transport publiczny nie nadążały za rozbudową nowych części miasta. Wielkie kompleksy bloków tworzyły miasta satelickie – jednocześnie w mieście i poza nim. Teoretycznie samowystarczalne, w praktyce w ogóle.

Potem kompletnie nie troszczono się dalszy los osiedli, przez co degeneracji ulegała niejednokrotnie bardzo wartościowa architektura. Przykładem choćby zaprojektowane przez Basila Spence’a Hutchesontown w Glasgow – pomnik brutalizmu, który musiał zostać zrównany z ziemią. Trudno odczuwać zadowolenie z tego, że mieszka się w wartościowym architektonicznie otoczeniu, gdy w wysokim bloku od roku nie działają windy i nie są wywożone śmieci, a administracja nie ma środków, by rozwiązać problem.

Pozostawieni sami sobie mieszkańcy takich miast satelickich ulegali stygmatyzacji. W Wielkiej Brytanii i Stanach przykład zaniedbanych osiedli często bywał przywoływany jako dowód na to, że biednym (czy czarnym) nie można „dać mieszkań za darmo”, bo zawsze to skończy się społeczną katastrofą.

krytykapolityczna.pl

piątek, 9 listopada 2018


Polityczna prawica traktuje członkostwo w Unii jak źle dopasowane wdzianko, które uwiera w kroku, pije pod pachami i ociera szyję: trzeba w nim chodzić, bo przecież nie będziemy paradować na golasa, a w dodatku po kieszonkach poupychano wypchane banknotami euro koperty; nie ma takiego krawca, który by je na naszą miarę przerobił, więc jak już jest bardzo niewygodnie, to trzeba się raptownie wypiąć, a wtedy szew na pupie pęknie, poczujemy się swobodniej, a blask naszych rozżarzonych przeżywaniem tożsamości narodowej pośladków pół Europy olśni, a pół oślepi. Cała reszta naszej sceny politycznej Unię Europejską traktuje inaczej: to prawda, garniturek kupiliśmy w sklepie, nie był szyty dokładnie na naszą miarę, gdzieniegdzie nas uwiera, więc staramy się go rozchodzić: tu fikniemy nóżką, tu majtniemy rączką, ale wszystko ostrożnie, żeby się nie podarło, bo zostaniemy łachmaniarzami. To jest przecież nasze wdzianko, innego nie mamy.

gazeta.pl