środa, 1 sierpnia 2018


Po wejściu w życie ustawy Smoota–Hawleya do końca 1932 r. obroty w handlu światowym spadły o 47 proc. Wkrótce w krajach uprzemysłowionych pracę straciło 34 mln ludzi. Do tego jeszcze niemal ustał międzynarodowy handel żywnością. W tym sektorze gospodarki wartość zawieranych kontraktów zmalała o 75 proc. Dla amerykańskich farmerów oznaczało to wyrok śmierci. Lato 1930 r. przyniosło im wspaniałe plony z obsianych po same brzegi pól. Tylko nikt nie chciał ich kupić. Do tego jeszcze nisko oprocentowane pożyczki z budżetu federalnego zachęcające do zwiększenia produkcji nagle stały się kamieniem u szyi. „Ceny produktów rolnych spadły, co doprowadziło do bankructwa dziesiątki tysięcy rolników. Buszel pszenicy, który w 1929 roku był sprzedawany za dolara, około 1932 roku kosztował jedynie 30 centów” – pisze Lawrence W. Reed.

forsal.pl

Na ulicach Węgrowa w dniu likwidacji getta zabito około tysiąca Żydów. Przyglądający się rzezi Polacy zrywali z martwych ubrania i wyrywali im złote zęby. „Złote koronki z zębów ściągano różnymi narzędziami. Z tego powodu nazywano ich w Węgrowie 'dentystami'. Dentyści sprzedawali swój towar przy pomocy różnych pośredników. Gdy jednemu z tych pośredników, który był urzędnikiem sądowym, powiedziano, że na tym złocie jest ludzka krew, odpowiedział: 'nic podobnego, sam je dokładnie oczyściłem'”.

Inne przytoczone przez profesora Grabowskiego świadectwo pochodzi od strażaka Janiszewskiego: „Zdjąłem trupowi kolczyki i pierścionek i oddałem je komendantowi policji granatowej. A za to otrzymałem pozwolenie zatrzymania butów zdjętych z trupa zabitej Żydówki. W tych butach chodziła później moja żona”. Tenże sam Janiszewski zobaczył innym razem, że „obok trupa leżała szczęka kauczukowa ze złotą koronką, od której szpadlem odrąbałem koronkę i schowałem do kieszeni”.

Członkowie Ochotniczej Straży Pożarnej najmowali się do pomocy Niemcom bez przymusu, wręcz na ochotnika. Po likwidacji getta w Węgrowie wraz z granatową policją i miejscową ludnością przeczesywali dom po domu, wyciągając Żydów z kryjówek. „Dodatkową zachętę stanowiło ćwierć kilo cukru, które Niemcy obiecali wydać polskim ochotnikom za każdego doprowadzonego Żyda” – pisze prof. Grabowski, przytaczając relację Efraima Przepiórki.

Innym razem ochotnikom rozdawano wódkę: „Jeden z żandarmów wezwał osoby biorące udział w łapaniu Żydów, by podniosły rękę do góry. Dużo osób podniosło ręce. Niemcy zaczęli rozdawać wódkę. Najbardziej zasłużeni dostawali po półtora litra wódki, a reszta po pół litra”.

Wyłuskiwanych z kryjówek Żydów prowadzono najczęściej na miejscowy kirkut, gdzie dokonywano egzekucji. To właśnie podczas tej ostatniej drogi żonie Fiszmana „gdyby nie była w stanie dość szybko ściągnąć kolczyków – próbowali obciąć uszy”. A do towarzyszącej jej Żydówki „Polacy wołali: 'oddaj nam swoje buty!'. A ona na to: 'Nie chcecie poczekać, aż mnie zabiją?'. Na to Niemiec kazał zdjąć jej buty (…) i powiedział do Polaków – teraz weźcie sobie jej buty”.

newsweek.pl

Wiktoria Bieliaszyn: Putin obiecał, że nie będzie kandydować w 2030 roku. Słyszałeś coś o tym?

Dmitry Glukhovsky: Nie odebrałbym tego jako obietnicy. Putin powiedział wprawdzie, że będzie już wtedy bardzo stary, ale zadał przy tym, niby żartem, pytanie: „Chcecie, żebym był prezydentem w wieku stu lat?”. I tak mi się wydaje, że gdyby to pytanie znowu padło, załóżmy, przed wyborami 2030, to społeczeństwo odpowiedziałoby: tak! (śmiech). Zresztą, teraz też się upewniał: „Chcecie, żebym był waszym prezydentem?” i, rzecz jasna, wszyscy powiedzieli: „Tak. Bardzo chcemy, żeby był pan naszym prezydentem przez kolejne sześć lat, które miną jak z bicza strzelił”.

Trudno sobie wyobrazić Rosję bez Putina?

Wręcz przeciwnie. Jak na pewno wiesz, śmierć Józefa Stalina była prawdziwą tragedią narodową. Miliony ludzi wyszły wtedy na ulicę, a w zamieszkach zginęło wiele osób. Niemalże wszystkim wydawało się wtedy, że to koniec, że nasze państwo nie będzie w stanie funkcjonować bez takiego przywódcy. I co się stało? Krótko po jego śmierci sytuacja nie tylko się nie pogorszyła, ale wręcz przeciwnie, widoczna była znacząca poprawa. Państwo świetnie funkcjonowało bez Stalina. Skoro więc poradziliśmy sobie ze stratą dyktatora, to czy można mieć wątpliwości, że poradzimy sobie bez Putina, który sprawuje władzę o wiele bardziej kolegialnie? Którego cechy osobiste w znacznie mniejszym stopniu przekładają się na sposób rządzenia? I wreszcie, co również ważne, który nie jest tak zideologizowany?

Po śmierci Stalina ludziom w kraju zaczęło żyć się lepiej, więc nie ma powodu, żeby bać się odejścia Putina?

Rosja już przecież przeżyła krótki moment bez Władimira Władimirowicza – myślę o kadencji Dmitrija Miedwiediewa w latach 2008-12. Wzrósł wtedy poziom społecznej odpowiedzialności, nabrała znaczenia klasa średnia, poprawił się stan rosyjskiej gospodarki, pojawiła się swoista transparentność. I chociaż wielu śmiało się do rozpuku z aparycji Miedwiediewa, jego komicznych gestów czy zachowań, to trzeba przyznać, że kiedy on sprawował urząd prezydenta, rosyjska retoryka uległa zmianie i nasze państwo obrało właściwy kurs. Jedyny problem z Miedwiediewem polegał na tym, że ludzie zaczęli wierzyć w jego obietnice. A kiedy różnica między tym, co obiecano, a tym, co rzeczywiście się działo, stała się już tak wielka, że nie można było jej ignorować, pojawiło się zniecierpliwienie i pytania: czy to były tylko żarty? A może działania służb?

Ale wrócił Putin i to wszystko chyba straciło na znaczeniu?

Bynajmniej. Powrót Putina doprowadził do tego, że rozwinęła się jakakolwiek aktywność protestacyjna. Ludzie wcale nie mieli ochoty wracać do hermetycznego modelu państwa KGB. Po jakimś czasie przekonaliśmy się jednak, że ci, którzy rządzą telewizją, rządzą też państwem. Ludzi można dowolnie nastroić, nawet zmienić ich punkt widzenia o 180 stopni, zwłaszcza, jeśli używa się do tego pewnych archetypów i mitów.

Na przykład?

Na przykład mit oblężonej twierdzy, przekonanie o ciągłej rywalizacji, przeświadczenie o istnieniu wroga, którego celem jest zniszczenie nas, poszukiwanie piątej kolumny, poszukiwanie wroga działającego od wewnątrz… Tworzenie atmosfery strachu. Wykształcanie potrzeby posiadania przywódcy. To wszystko mechanizmy wykorzystywane od wieków, zarówno w europejskich, jak i nieeuropejskich społeczeństwach. Tutaj po raz kolejny zadziałały.

krytykapolityczna.pl

sobota, 28 lipca 2018


Wróćmy jeszcze do składowania odpadu. Na przykład Niemcy wywożą swój plastik do Chin.

Tak – i potem ładnie wyglądają w statystykach. Ale na pewno teraz się to zmieni. Chiny przez długi czas wykupywały dużą część odpadów, trudno powiedzieć dlaczego, bo ich system gospodarowania odpadami nie jest zbyt przejrzysty. Prawdopodobnie obliczyli, że będzie im się opłacać spalanie ich na produkcję energii. Jednak kilka miesięcy temu zrezygnowali z tego, przestali importować plastikowe odpady. I nagle powstał ogromny problem – okazało się, że nikt inny nie jest nimi zbyt zainteresowany, ceny wykupu spadły o kilkadziesiąt procent. Firmom recyklingowym nie opłaca się ich sprzedawać, więc plastik gromadzi się i nikt nie wie, co z nim zrobić. To tylko kolejny wykrzyknik pokazujący, że już naprawdę najwyższy czas przewartościować obecny krótkowzroczny, linearny sposób produkcji i wyrzucania.

Jakie są inne konsekwencje nadmiernej produkcji śmieci? Oprócz tego, że już nie mamy gdzie ich przechowywać.

Na przykład to, że mnóstwo śmieci ląduje w oceanach. Według raportu przygotowanego dwa lata temu na Światowe Forum Ekonomiczne w 2050 roku będzie w oceanach więcej plastiku niż ryb, a już teraz jest go więcej niż planktonu. Zwierzęta zjadają większe kawałki plastiku i blokują sobie układ pokarmowy, w wyniku czego umierają. Część plastiku rozpada się na tzw. mikrocząsteczki, które fauna morska myli z planktonem – w ten sposób dostają się do łańcucha pokarmowego, którego częścią jesteśmy też my, ludzie. Mikrocząsteczki znajdują się już niemal wszędzie – w soli, ale i w wodach śródlądowych czy w atmosferze. Więc plastik wraca do nas niczym bumerang, trafiając nawet do naszych organizmów.

Często mówi się też o toksynach w materiałach opakowaniowych, co jest dość kontrowersyjnym tematem. Istnieją dwa obozy. Jeden twierdzi, że takie substancje jak ftalany, bisfenole i substancje zmiękczające używane do produkcji jednorazowych opakowań są toksyczne i mogą przedostawać się do żywności. Drugi, wspierający producentów jednorazowych opakowań, zaprzecza temu.

krytykapolityczna.pl

W poniedziałek kanał Channel 4 News wyemitował nagrane z ukrycia rozmowy reportera stacji z czołowymi postaciami w Cambridge Analytica, w tym m.in. z Nixem oraz dyrektorem zarządzającym spółki zależnej Cambridge Analytica - CA Political Markiem Turnbullem; z nagrań wynika, że firma proponowała potencjalnym klientom usługi polegające na szantażowaniu politycznych rywali i rozpowszechnianiu fałszywych informacji, aby zniszczyć ich reputację.

Nix tłumaczył m.in., że oprócz wyszukiwania kompromitujących informacji o politycznych rywalach firma jest także w stanie przeprowadzić pokazowe próby działań korupcyjnych, które byłyby nagrane ukrytą kamerą i opublikowane w internecie, a nawet zastawić pułapki przy udziale prostytutek.

We wtorek Channel 4 wyemitowało kolejne nagrania rozmów, w których Nix oraz Turnbull przechwalali się zakresem pracy na rzecz kampanii wyborczej amerykańskiego prezydenta Donalda Trumpa w trakcie wyborów w 2016 roku. Dokładna rola CA w wyborze Trumpa na prezydenta USA nie jest znana, ale firma informuje na swojej stronie internetowej, że "zapewniła kampanii (...) wiedzę ekspercką, która pomogła zdobyć Biały Dom". Zgodnie z oficjalnymi sprawozdaniami za usługi świadczone od czerwca 2016 roku CA otrzymała co najmniej 6,2 mln dolarów.

Prezes Cambridge Analytica ocenił m.in., że kandydat w wyborach jest zawsze "marionetką" swojego zespołu, która "nigdy, nigdy nie jest zaangażowana" w ustalanie szczegółów kampanii.

"My zrobiliśmy całe przygotowanie, wszystkie dane, całą analizę, całe przygotowanie pod kątem określonego wyborcy, całą kampanię cyfrową i telewizyjną" - mówił Nix.

Z kolei Turnbull tłumaczył reporterowi Channel 4 - który podał się za potencjalnego klienta - w jaki sposób Cambridge Analytica wykorzystuje inne organizacje do rozpowszechniania negatywnych przekazów o konkurentach politycznych ich klientów.

"My tylko wrzucamy to do obiegu i patrzymy, jak to rośnie; czasem tylko popchniemy trochę tu i tam, żeby nabrało kształtów. Te rzeczy przenikają do społeczności internetowej i rosną, bez użycia żadnej marki - więc nie da się tego nikomu przypisać ani znaleźć źródła" - mówił.

Wcześniej w niedzielnym wydaniu "Observera" ujawniono, że firma prawdopodobnie naruszyła prawo, pozyskując i wykorzystując w celach komercyjnych dane dotyczące nawet 50 milionów osób zarejestrowanych na Facebooku (ok. 1/3 wszystkich użytkowników w Ameryce Północnej), które były następnie wykorzystywane w celu przewidywania ich decyzji wyborczych i wpływania na nie w kampanii prezydenckiej w 2016 roku.

"Użyliśmy Facebooka do pozyskania milionów profili osób, a następnie zbudowaliśmy modele, które wykorzystywały to, co o nich wiedzieliśmy, i ich wewnętrzne demony (w celu tworzenia skutecznych przekazów politycznych). To był fundament, na którym zbudowano całą firmę" - powiedział w rozmowie z "Observerem" były szef działu badań CA, Chris Wylie.

PAP

wtorek, 24 lipca 2018


Spiker rumuńskiej telewizji oznajmia, że sekretarz generalny partii Nicolae Ceausescu głęboko boleje nad postawą Rumunek, które nie chcą rodzić dzieci. Żeby pomóc im zmienić to egoistyczne nastawienie, towarzysz Ceausescu wprowadza Dekret nr 770, na mocy którego dokonywanie aborcji będzie odtąd karane więzieniem.

- W ten sposób - oświadcza spiker - zapisujemy nową kartę historii w naszej chwalebnej walce przeciwko dekadencji imperializmu.

Od 1 października 1966 roku prawo do antykoncepcji i aborcji mają tylko te kobiety, które wywiązały się z patriotycznego obowiązku i urodziły przynajmniej czworo dzieci. Albo skończyły czterdzieści lat i wzrasta ryzyko, że powiją dziecko ułomne, gdy tymczasem naród potrzebuje „witalności, młodości i wigoru”.

(...)

Nazajutrz dzienniki z niekłamanym uznaniem piszą o dalekowzrocznej polityce sekretarza generalnego, który dokłada wszelkich starań, by uczynić z Rumunii światową potęgę. Partia ukuwa hasło „Dwadzieścia pięć milionów Rumunów w 2000 roku!”. Brakuje jeszcze sześciu milionów, dlatego obywatelki muszą brać się do roboty.

Będzie im łatwiej, bo ze sklepów znikają prezerwatywy. Czasem można jeszcze kupić spod lady globulki z chininą, które pieką tak bardzo, że bardziej przypominają środek żrący niż antykoncepcyjny. Ale i tak wszyscy są przyzwyczajeni, że problem niechcianych ciąż rozwiązuje się aborcją.

Rumuni są zdezorientowani: uchwałę przyjęto z dnia na dzień, a większość kobiet nie ma pojęcia o swojej fizjologii. Edukacja seksualna nie istnieje, mało która matka potrafi rozmawiać z córką o zapobieganiu ciąży. Koleżanki szepczą sobie na ucho: „Wlej do środka wrzącą mamałygę”, „Skacz na jednej nodze”, „Biegaj po schodach”.

W 1967 roku w Rumunii przychodzi na świat dwa razy więcej niemowląt niż jeszcze rok wcześniej. Dzieci z tego rocznika, rekordowego w historii kraju, jak żadne inne poczują na własnej skórze niewydolność państwa: zabraknie dla nich miejsc w żłobkach, przedszko-lach, szkołach, zabraknie dla nich pracy i mieszkań.

(...)

Pani Oana jest pulchną sześćdziesięciolatką o mahoniowych włosach. Mówi szybko i często się śmieje, nawet z rzeczy, które mało kogo by śmieszyły. Kiedyś była inżynierem, teraz jest już na emeryturze.

- Każdy zna te historie. Ktoś doniósł, więc ktoś dostał wyrok. Kobieta, która miała aborcję, szła na sześć miesięcy do więzienia, lekarzowi wlepiali jakieś dwa lata i grzywnę. W szpitalach były specjalne komisje, które badały, jak wyglądało łyżeczkowanie pacjentki z krwotokiem: czy jej ktoś wcześniej nie pomagał poronić. Kobiety wkładały do macicy wszystko, co było ostre. Wiadomo, robiły się rany, ale o to chodziło, żeby wywołać krwotok i żeby to się wreszcie wylało. Na wsi to się używało wrzeciona, drutów, szydełek, ale też korzenia chrzanu, łodyg jakichś roślin, dziurawca, lubczyku. Najlepszy był łopian, bo miał długą, twardą łodygę, stosowało się go do leczenia ran. Łopian działał odkażająco i był jak nóż. Idealny. Nie mogę patrzeć spokojnie, jak kobieta robi na drutach. Mnie się te druty kojarzą z jednym. Może to jakaś obsesja jest, nie wiem. Ja mam prawie sześćdziesiąt jeden lat, to chyba powinnam już o tym zapomnieć, prawda? Wyjechaliśmy z mężem za miasto niedawno, on łowi ryby, ja sobie usiadłam na kocu, patrzę na krzewy, na piołun, pokrzywę, osty, myślę: „Tym by się dało; tym nie”.

Kobiety umierały od tego. Wykrwawiały się albo zabijało je zakażenie.

- A nie wolno było udzielić pomocy krwawiącej kobiecie, póki nie wyda tego, kto przeprowadzał aborcję. To sobie pani może wyobrazić, jaki to był wybór. Trafiali na przykład na trop akuszerki, a ona miała w ciągu ostatniego miesiąca trzy kobiety u siebie. No to trafiali też do tych kobiet. A u nich w domu po dwoje, troje dzieci i nikt się nie zastanawia, co z nimi będzie, jak matka trafi do więzienia. Tyle złamanych ludzkich życiorysów.

(...)

Dan, rocznik 1974, pierwsze dziecko, opowiada:

- Mój dobry kolega z podstawówki wychowywał się bez matki i nigdy o niej nie wspominał. Dopiero gdy mieliśmy już po dwadzieścia parę lat, a znaliśmy się przecież od dziecka, upił się ze mną i powiedział, że jego matka umarła z wykrwawienia, w szpitalu, bo nie chciała wydać człowieka, który przeprowadzał aborcję. Jego ojciec siedział przy jej łóżku i błagał ją, by powiedziała, bo jest z nią bardzo źle, bo umiera, a on nie da sobie rady z dzieckiem. Ale ona się zaparła. Powiedziała, że nie chce żyć w takim kraju. Mój kolega opowiadał mi o tym i płakał.

W filmie dokumentalnym Dzieci z dekretu Florina Iepana pokazano, jak traktowane były „zdrajczynie narodu”. Te, które umarły wskutek nieudanej aborcji, były publicznie potępiane na uniwersytetach i w zakładach, w których pracowały. Zdarzały się sytuacje skrajne: w 1985 roku, po śmierci młodej robotnicy z fabryki tekstyliów w Bukareszcie, władze zażądały, by orszak pogrzebowy zatrzymał się pod oknami fabryki. Każda z pracownic miała zobaczyć na własne oczy, czym może się skończyć nielegalny proceder. Wszystko działo się na oczach trojga dzieci zmarłej, które płakały i krzyczały: „Mamo!”.

(...)

Na początku 1988 roku Ceausescu ogłasza narodziny dwudziestotrzymilionowego obywatela.

- Jesteśmy wolnymi ludźmi i panami własnego losu - uświadamia dyktator swój naród. - Mamy wspaniałą ojczyznę o wysoko rozwiniętej gospodarce objętej procesem modernizacji.

Przekaz dla ludu zajmuje niemal cały czas antenowy tamtego dnia - ze względu na galopujący kryzys sygnał telewizyjny jest nadawany tylko przez dwie godziny dziennie, od dwudziestej do dwudziestej drugiej. Poza tym - czarna plansza.

W latach osiemdziesiątych Ceausescu postanowił, że energia narodu zostanie prze-znaczona na spłatę zadłużeń, by Rumunia mogła stać się w pełni niezawisła. Produkty spożywcze i surowce eksportowano, zostawiając niewielkie ilości na rynek wewnętrzny. Po domach chodziły specjalne komisje, które sprawdzały, czy nikt nie oświetla pokoju więcej niż jedną żarówką i o mocy nie większej niż czterdzieści watów. Zimą temperatura w mieszkaniach rzadko dochodziła do dziesięciu stopni. Oficjalnie nie mogło być więcej niż dwanaście, ale dwanaście to już prawdziwy gorąc. Nawet szpitale nie były ogrzewane, wyjątkiem była sala, do której trafiały noworodki. Jeśli śmiertelność nowo narodzonych dzieci przekroczyła pułap określony w ustawie, lekarze mieli potrącane dwadzieścia procent pensji.

Statystykami śmiertelności kobiet nikt się specjalnie nie interesował. W 1989 roku umieralność matek w Rumunii była najwyższa w Europie.

rekolektyw.pl

niedziela, 22 lipca 2018


Matyja przywołuje koncepcję Lakoffowskich „ram myślenia”, które warunkują nasze tożsamości i stanowiska w politycznych sporach. Jak pamiętamy z głośnej książki Nie myśl o słoniu, amerykańskiej prawicy udało się skutecznie odwołać do figury „surowego ojca” (prezydenta), dyscyplinującego dzieci (surowe prawo karne, brak pomocy dla tych, którym się nie udaje), aby mogły sobie radzić samodzielnie w życiu (zarabiać na siebie na wolnym rynku i przestrzegać prawa). Rama ta jest korzystna tylko dla jednej strony sporu, a polityczne zwycięstwo wymaga narzucenia własnej ramy myślenia, a nie odpieraniu konkretnych tez przeciwnika na jego gruncie. W Polsce, zdaniem Matyi, owe ramy dające przewagę prawicy, to stosunek do historii, a konkretnie do „sprawy polskiej” na przestrzeni dziejów. Współczesna polityka i bieżące problemy interpretowane są właśnie w odniesieniu do tej ramy, w której po jednej stronie są obrońcy niepodległości, a z drugiej – zdrajcy wspólnoty.

W dominującej narracji historycznej, w której każda „kilkuosobowa konspira” ważniejsza jest od położenia na drodze asfaltu, doprowadzenia do miasta elektryczności czy nadania ludziom ziemi, „sprawa polska” zawsze gra na korzyść prawicy, która np. dziś w stosunkach z UE „broni suwerenności” i „chroni tradycyjną tożsamość” (a zatem jej przeciwnicy z definicji oddają Polskę pod okupację i szargają cenne dla Polaków wartości). Liberałowie, zdaniem Matyi, próbowali wyjść z tej pułapki w ogóle uciekając w narrację o „końcu historii”, ewentualnie licząc na to, że będąc w UE po prostu przyswoimy wartości i idee Zachodu.

W czasach dziejowego optymizmu (a więc w czasach przedakcesyjnych i krótko potem, do kryzysu UE) taka strategia od biedy mogła się sprawdzać. Okazało się jednak, że gdy dołączamy do wspólnoty zachodnioeuropejskiej, z wszystkimi jej bolączkami i sprzecznościami, nie mamy intelektualnych narzędzi, by się z nimi mierzyć. Świadomości zbiorowa Zachodu, obok kwestii narodowej ma bowiem przepracowane (a przynajmniej uświadomione) setki lat zmagań z kapitalizmem, sekularyzacją, emancypacją kolejnych grup, masowymi migracjami i urbanizacją, a więc tym wszystkim, co kojarzymy z pojęciem nowoczesność.

Czy zatem Polacy przez ostatnie dwieście lat tylko konspirowali – i dlatego teraz przepisują tematy uchodźców, pracowników delegowanych i gender na walkę o honor i niepodległość? Oczywiście nie, ale dominująca narracja o historii jako zmaganiach o „sprawę polską” w takie właśnie ramy wtłacza każdy problem, jaki napotkamy. W dobrych czasach Polacy byli zdemobilizowani politycznie, gonili za celami prywatnymi. Gdy nadeszły czasy trudne, z braku innej – poza radosnym końcem historii – ramy myślowej, łatwo podchwycili hasła o zagrożeniu naszego bezpieczeństwa i kultury, a także zaakceptowali infantylną narrację, w której „wstawanie z kolan” wyprowadzi nas z roli zależnej.

krytykapolityczna.pl

czwartek, 12 lipca 2018


Problemy wynikające z raczej bezkrytycznego przyjęcia zewnętrznej agendy modernizacyjnej – związanej z wejściem do zachodnich struktur – zmieniły swój charakter po zakończeniu procesu akcesyjnego. Reformy, które uczyniłyby państwo polskie narzędziem panowania nad własnym, półperyferyjnym losem, dalej nie były możliwe. Choć na przeszkodzie temu w coraz mniejszym stopniu stawała neoliberalna ideologia, wystąpiły za to dwa inne, równoległe procesy. Po pierwsze, nastąpiła seria „zwrotów populistycznych” wśród wyborców, wynikająca z legitymizacji zwiększonych roszczeń wobec państwa, ogromnego zwiększenia jego możliwości inwestycyjnych (fundusze UE!), ale też zwyczajnego zmęczenia Polaków bolesnymi reformami. Na tym tle (a także za sprawą ustawy o finansowaniu partii z 2001 roku) zmieniła się też logika sporu partyjnego – dzięki funduszom unijnym rozdzielanym na poziomie województw partie stały się nie tylko „agencjami pośrednictwa pracy”, ale też głównym kanałem pozarynkowego dojścia do ogromnych środków finansowych.

W takim kontekście ujawnił się cynizm Tuska i Kaczyńskiego, twórców „partii autorskich” niedopuszczających pluralizmu wewnętrznego i legitymizujących siebie nawzajem poprzez zwalczanie przeciwnika zamiast konkurowania na wizje reformy państwa. Nie wynikał on jednak z ułomności ich charakterów, lecz z czynników „obiektywnych”. Po pierwsze, dostrzeżonego rozdźwięku między wynikami rządzenia a wynikami wyborów; po drugie, z wyraźnej niezgody Polaków na ambitne posunięcia reformatorskie, wcześniej możliwe za sprawą wyparcia gospodarki ze sfery debaty publicznej; po trzecie wreszcie, ze zdiagnozowanej wreszcie przez obydwu liderów słabości i niemocy polskiego państwa, której ukrycie przed wyborcami było największym dla nich wyzwaniem, a temu z kolei najlepiej służyło podgrzewanie konfliktu.

Matyja podkreśla, że ów zanik wszelkich wizji reformowania państwa w pierwszej dekadzie XXI wieku przynosi brzemienne skutki dziś: Polacy oczekują szybszej poprawy warunków życia, dla której miarą jest dobrobyt państw zachodniego centrum, a która to miara logicznie wynika z liberalnej opowieści o szczęśliwym końcu polskiej historii w Europie. Jednocześnie w czasach kryzysu gospodarki i społeczeństwa ich własne państwo mierzy się z nieraz większymi problemami niż zachodni sąsiedzi, posiadając do tego o wiele gorsze narzędzia i zasoby.

krytykapolityczna.pl

Edward Krzemień: Czy można oszacować, ilu Polaków i Polek ukrywało Żydów?

Alina Skibińska: Oszacować można, natomiast jest pytanie, na ile te szacunki będą w tej chwili bliskie prawdy, były bardzo różne kategorie tej pomocy. Możemy mówić o osobach, które pomagały doraźnie, jednorazowo, nie ryzykowały swoim życiem, udzielając pomocy i tych nazywamy pomocnikami. Z kolei były osoby, których nazywamy ratownikami lub ratującymi, to ci, którzy udzielali długotrwałej pomocy, takiej, która rzeczywiście pomagała przetrwać długie miesiące.

Jak Pani ocenia liczbę tych osób?

Ja badałam jeden powiat, biłgorajski, i na jego terenie 27 osób z 14 rodzin dostało medale „Sprawiedliwych”, na ogółem 190 000 tysięcy mieszkańców powiatu w okresie okupacji. Uratowali w sumie co najmniej 36 istnień ludzkich.

Z drugiej strony, gdyby wziąć pod uwagę wszystkie osoby w powiecie, które takiej czy innej pomocy udzieliły, to byłoby na pewno kilkaset osób, może nawet kilka tysięcy jeśli uwzględnimy wszelkie formy pomocy, nawet akty jednorazowego wsparcia.

Tego nigdy dokładnie się nie dowiemy. To ludzie, którzy na przykład dostarczali jedzenie ukrywającym się, lub pozwalali im nocować w swoim gospodarstwie w stodołach, oborach, przymykali na to oko, w sposób bierny pomagali, nie wypędzali ich.

Medalami są odznaczane osoby, które w sposób znaczący przyczyniły się do uratowania czyjegoś życia i robiły to bezinteresownie. W tej chwili to jest jakieś 6700 medali przyznanych Polakom przez Yad Vashem na łączną liczbę ok. 24 tysięcy.

Czy można odnieść to do liczebności osób, które były kompletnie obojętne, starały się unikać Żydów?

Ratujący to był jakiś ułamek, a nawet promil liczby mieszkańców danego terenu.

Tego nie da się policzyć, dlatego że pomoc była jednym z aktów, które możemy zaliczyć do konspiracji. Nie była dokumentowana. Tak naprawdę przekazy na temat udzielania pomocy, którymi w tej chwili dysponujemy, są bardzo ograniczone. Z moich badań wynika, że niewiele wiemy na temat osób udzielających pomocy. Materiały zbierane dla potrzeb Instytutu Yad Vashem, żeby medal przyznać, też nie były przecież gromadzone od razu po wojnie, dopiero od lat 50.

Najwcześniejsze są relacje samych Żydów zbierane tuż po wojnie przez Centralną Żydowską Komisję Historyczną, a także korespondencja napływająca do organizacji żydowskich od Polaków, którzy pomocy Żydom udzielali, że teraz oni są w złym położeniu i proszą o pomoc. O pomocy pisała też prasa żydowska.

To jest rzeczywiście temat, który powinien być dalej badany. Zbyt mało o tych osobach wiemy, także o ich motywacjach. Oni sami dosyć późno zaczęli się na temat tego, co robili, wypowiadać. Jedną z przyczyn był silny po wojnie antysemityzm.

Ci wspaniali ludzie bali się po wojnie ujawniać przed sąsiadami, że ratowali Żydów!

Czy da się ocenić liczbowo nastawienie do Żydów ogółu społeczeństwa w czasie niemieckiej okupacji?

Tych danych także dokładnie nie znamy. Jakie było doświadczenie Żyda ukrywającego się i jakie były doświadczenia z kontaktów z Polakami? Było potwornie gorzkie.

Na terenie, który ja dokładnie zbadałam, trzy czwarte ukrywających się zginęło, tylko co czwarty przeżył.

Ale te osoby, które przeżyły, doświadczyły śmierci swoich najbliższych w czasie ukrywania się. To najczęściej była decyzja całych rodzin, żeby uciekać i ukrywać się, rodziców z dziećmi, rodzeństwa. Wyzwolenia doczekały pojedyncze osoby. One wiedziały o śmierci swoich najbliższych i bardzo często ta śmierć została spowodowana denuncjacją, donosem, wyłapaniem, zabiciem, ograbieniem.

Wszyscy ocalali mają negatywne doświadczenia z kontaktów z Polakami. Mają również pozytywne doświadczenia – żeby przeżyć musieli spotkać na swojej drodze ludzi, którzy im pomogli, np. pomogli zdobyć żywność. Mieli jedne i drugie, skrajne doświadczenia.

Dodam, że używam terminu „ocalały”, a nie „ocalony”, który jest bardziej neutralny w odniesieniu do sprawczości ocalenia.

Do niedawna jeszcze sądziliśmy, że skoro tak wielka procentowo część populacji Żydów mieszkała w małych miasteczkach, sztetlach, to te sztetle były obszarem, na którym się ukrywali.

W rzeczywistości tak nie było. Na terenie małych miast nie było warunków do ukrywania się, zbyt duża była kontrola społeczna. Gros tych ludzi musiało uciec do lasu bądź na wieś i właśnie wieś i las tworzyły przestrzeń do przeżycia. To jest to, czego się dowiedzieliśmy w ostatnich latach z naszych badań.

Pani badała powiat na Zamojszczyźnie.

Badałam powiat biłgorajski, w skład którego w czasie okupacji wchodził też Szczebrzeszyn. Miasteczko, w którym mieszkał Zygmunt Klukowski, lekarz i autor słynnego dziennika, wydanego w ostatnich latach pod tytułem „Zamojszczyzna”. Dlatego zresztą ten powiat wybrałam, ponieważ bardzo często ten dziennik jest cytowany, żeby ilustrować stosunki polsko-żydowskie i przebieg zagłady Żydów na polskiej prowincji.

To jest najlepszy przekaz polski na ten temat. Byłam ciekawa, czy to była specyfika samego miasteczka Szczebrzeszyn, czy da się obserwacje i wnioski Klukowskiego ekstrapolować. Jeśli chodzi o inne miasteczka w tym powiecie, to schemat się powtarza, było tak jak w Szczebrzeszynie, ogromne zaangażowanie miejscowych w wyłapywaniu Żydów w trakcie samych akcji, w grabieniu mienia – to się powtórzyło we wszystkich miastach.

To jest 1942 rok.

Klukowski opisuje wydarzenia dotyczące losów Żydów od początku okupacji do końca 1942 roku, akcja wywózek z gett do Bełżca była w 1942 roku. Fałszywe jest myślenie, że akcje likwidacyjne odbywały się w ciągu jednego dnia i koniec. Gdzieniegdzie tak było, ale na terenie mojego powiatu w ciągu pół roku były kolejne fale i kolejne akcje w poszczególnych miejscowościach, dopiero w listopadzie 1942 na terenie całego powiatu w ciągu czterech dni przeprowadzono obławy jednocześnie i to zakończyło główny etap akcji „Reinhardt”, czyli akcji ostatecznej eksterminacji Żydów w Generalnym Gubernatorstwie.

Po tym okresie Żydzi legalnie już przebywać na terenie powiatu nie mogli. Zaczął się okres ukrywania, od listopada 1942 aż do lipca 1944 roku, do wyzwolenia.

To co pisał Klukowski o Szczebrzeszynie i okolicach, że uciekają do lasu, na wieś, że chłopi ich wyłapują, że ich denuncjują, że nawet ich mordują, to dotyczy całej okolicy, którą badałam.

Jak wielu Żydów mieszkało w tym powiecie? Ilu ocalało?

W momencie wybuchu wojny oszacowałam ludność żydowską na 16 tys. osób w całym powiecie biłgorajskim w granicach z okupacji. W momencie, kiedy zaczyna się akcja „Reinhardt”, czyli w 1942 roku, mieszka w powiecie około 14,5 tys. Żydów.

Maksymalnie 1500, minimalnie 1100 osób próbowało się ratować, uciekło. To wynik moich bardzo szczegółowych obliczeń i zestawienia wszystkich danych.

Cała reszta została zamordowana, przy czym oceniam, że połowa zginęła w egzekucjach na miejscu, na cmentarzach żydowskich, na ulicach miasteczek, w bezpośredniej świadomości i obecności Polaków. Klukowski opisuje to dokładnie, jak trupy są zbierane z ulic, a w tym samym czasie puste domy ofiar grabione, i to naprawdę miało miejsce wszędzie.

Zabijali Niemcy.

Był specjalny batalion rezerwowy policji stacjonujący w Zamościu, który realizował akcje likwidacyjne.

Pomagały siły policyjne miejscowe, czyli żandarmeria, polska granatowa policja, zaprzęgnięto do wyłapywania Żydów ukrywających się także polską straż pożarną. Częściowo cywilni Polacy też się „podczepiali” na ochotnika,

ponieważ to była okazja do grabienia i do zarobienia, bo za każdego schwytanego mogli liczyć, że dostaną nagrodę.

Próbujący się ratować uciekali na wieś lub do lasu. Jak już mówiłam, spośród nich trzy czwarte zginęło, jedna czwarta przeżyła. Co i tak jest dosyć dużo.

Te dane są możliwe do ustalenia dopiero po naprawdę wielu żmudnych badaniach i śledzeniu losów niemalże każdego człowieka, o którym pojawia się informacja w relacjach, zeznaniach, dokumentach. Tego nie można ekstrapolować na teren całego kraju, bo były różne warunki.

A od czego to zależało?

Głównie od polityki niemieckiej, czy były obozy pracy lub nie. Wielu Żydów doczekało wyzwolenia w obozach. Natomiast jeśli chodzi o lokalne warunki, to na szanse uratowania się miał wpływ choćby tak trywialny czynnik, jak ukształtowanie terenu, warunki geograficzne. W moim powiecie są dwa olbrzymie kompleksy leśne, Puszcza Solska i Lasy Janowskie. To były obszary, w których rozwinęła się partyzantka na wielką skalę, wszystkich formacji.

I na tych terenach GG, gdzie lasów nie było, szanse przeżycia Żydów były znacznie mniejsze.

Tych trzystu uratowanych Żydów w pani powiecie to jest stan na 1944 rok?

274 osoby dokładnie, z tej liczby 35 osób uratowało się poza powiatem biłgorajskim, niektórzy nawet w III Rzeszy, dokąd wyjechali na roboty na aryjskich papierach jako Polacy.

A co się z nimi stało, zostali w Polsce, wyjechali?

W lipcu 1944 roku te ziemie zostały wyzwolone, była to tzw. Polska Lubelska. W trzech miejscowościach powstały komitety żydowskie, zorganizowali je ci, którzy wyszli z lasów, z kryjówek we wsiach. Główne Tarnogród był takim miejscem, gdzie była w miarę liczna grupa ocalałych.

Do stycznia 1945 roku miały miejsce mordy, wiemy o co najmniej czternastu zamordowanych, w tym dziecka. Wszyscy po tych wydarzeniach wyjechali, bali się.

Opuszczano teren małych miasteczek, przenoszono się do większych miast. W tej okolicy były to Zamość i Lublin. Wszyscy Żydzi z mojego powiatu wyjechali do tych dwóch miejscowości, następnie niektórzy na Dolny Śląsk i stamtąd za granicę, inni od razu z Lublina za granicę.

Właściwie wszyscy wyjechali. Zostało dosłownie kilka osób, kobiet, które weszły w związki małżeńskie z Polakami. Były w powiecie chyba trzy przypadki małżeństw mieszanych.

Poza tym w ogóle już nie było Żydów od 1945 roku na tym terenie. Gros Żydów z powiatu ocalało w Związku Radzieckim, około 800 osób z mojego powiatu ocalało na wschodzie.

(...)

Pomoc dla Żydów nie było powszechna.

Oczywiście, nie ulega najmniejszej wątpliwości. Schemat jest taki, że pomoc nie była oferowana, może warto na to zwrócić uwagę. Żydzi musieli sami aktywnie o nią prosić, zabiegać, błagać, żebrać, domagać się, a czasami tę pomoc wręcz wymuszać. Znam sytuację, kiedy rodzina, matka z trojgiem dzieci uratowała się, ale dlatego, że ukryła się w pewnym gospodarstwie i nie chciała odejść. Musiano by ją siłą fizycznie wynieść razem z tymi dziećmi. Polska rodzina, na której terenie ona się ukryła, usiłowała ich zagłodzić. Ale ostatecznie serce im nie pozwoliło, żeby doprowadzić matkę z dziećmi do śmierci głodowej i jakieś ochłapy im podrzucano.

To było tragiczne, dramatyczne okoliczności udzielania pomocy, kiedy się im bliżej przyjrzeć. Sporadycznie zdarzało się, że Polacy pomocy udzielali bez zawahania, ich odruch był na tyle zgodny z ich przekonaniami, że udzielali jej natychmiast, bez nękania ich o to, bez proszenia. Zdarzali się ludzie wyjątkowi, przyzwoici pod każdym względem nawet w tamtych warunkach.

Na ogół jednak w relacjach można przeczytać, że „jesteśmy przepędzani, jak bezpańskie psy”, albo szczuci psami, żebyśmy odeszli.

To wynikało ze strachu przed represjami, że ktoś ich wyda, przyjadą Niemcy, ich zabiją.

Represje wcale nie były tak liczne, jak byśmy sobie to wyobrażali, ale zdecydowanie strach był uczuciem, który towarzyszył wszystkim podczas okupacji, nie można mieć co do tego wątpliwości. Jeśli pomoc drugiemu człowiekowi jest zagrożona karą śmierci, to jest to kompletne odwrócenie porządku moralnego i trudno sobie z taką sytuacją poradzić.

Myślę, że nie jesteśmy sobie w stanie wyobrazić, jakimi uczuciami ci ludzie byli miotani. Czytam też w relacjach, że niektórzy Polacy, którzy udzielili schronienia, dostarczali żywność, po pewnym czasie prosili swoich podopiecznych, żeby odeszli, ponieważ oni nie są w stanie nerwowo w tej sytuacji wytrwać.

Ten strach tak ich ogarnia, że po prostu wariują i ze łzami w oczach proszą Żydów, żeby odeszli i szukali pomocy gdzie indziej. To można zrozumieć, to byli też uczciwi, przyzwoici ludzie, którzy zrobili tyle, na ile ich było stać.

oko.press

środa, 11 lipca 2018


Zamiast wychwalać brygadę świętokrzyską, administratorzy polskiej polityki historycznej (jeśli już mamy ją prowadzić) powinni na wszelkie sposoby umniejszać i bagatelizować działalność nacjonalistycznej partyzantki. IPN powinien na każdym kroku podkreślać, że władze polski podziemnej kategorycznie potępiały działania NSZ, odcinały się od samowoli ich dowódców i zapowiadały postawienie ich przed sądem.

I nie chodzi tylko o współpracę z hitlerowcami, ani rabowanie ludności cywilnej, o których nie raz wspominają meldunki KG AK. Kierownictwo NSZ wraz z jego zapleczem politycznym obciąża coś w moim przekonaniu znacznie gorszego: szczera i dobitna satysfakcja z nazistowskiego „planu ostatecznego rozwiązania kwestii żydowskiej”, wielokrotnie wyrażana na łamach konspiracyjnej prasy nacjonalistycznej. Okazuje się, że obozy zagłady – chociaż to „hitlerowskie barbarzyństwo” – summa summarum służyły polskiemu interesowi narodowemu.

Kronikę tej hańby znajdziemy w kapitalnej książce Pawła Szapiro Wojna żydowsko-niemiecka. Polska prasa konspiracyjna 1943-1944 o powstaniu w getcie Warszawy (wyd. Aneks 1992). Przykładowy cytat: oto co wydawana przez NSZ „Wielka Polska” pisała w sierpniu 1943 roku:

„Zaczynamy już z wolna zapominać o gnębiącej kiedyś międzywojenną Polskę kwestii żydowskiej. (…) W styczniu 1943 roku obliczono resztki pozostałej przy życiu na ziemiach polskich ludności żydowskiej na około pół miliona. Do dziś ta liczba zmalała na pewno przeszło o połowę – biologiczne żydostwo zostało u nas potężnie podcięte. Tego ciosu odrobić już nie może. (…) »Zmierzch Izraela« przesądzony zresztą przez gospodarczą ewolucję świata, przez zaobserwowaną przez Dmowskiego likwidację handlu międzynarodowego, został niespodziewanie przyspieszony wielką klęską biologiczną tego narodu: wymordowaniem milionów najczystszych rasowo jego przedstawicieli. (…) Niemcy wykonali to, czego my byśmy nie zrobili nigdy, bo nie pozwoliłaby nam na to nasza tysiącletnia kultura chrześcijanska – teraz wszakże zapatrzeni melancholijnie w ruiny ghetta, nie możemy zaniedbać wykonania tego, co musimy uczynić nieodwołalnie i bez kompromisów. Dopiero pozbawienie żydów podstawy materialnej i wpływów politycznych i propagandowych zadecyduje o tym, czy nieśmiertelna już kwestia żydowska w Polsce znajdzie wreszcie pozytywne rozwiązanie. Przymusowa emigracja »niedobitków« będzie tylko dopełnieniem tej jedynie słusznej i sprawiedliwej polityki w stosunku do antypaństwowej, choć »obywatelskiej« mniejszości.”

W listopadzie ten sam organ ostrzegał:

„Obecnie większość społeczeństwa polskiego sądzi, że Niemcy całkowicie zlikwidowali w kraju żydów. Tak jednak nie jest, gdyż bardzo znaczna ilość żydów uratowała się przed likwidacją. (…) Po wojnie wszystkie te elementy żydowskie będą usiłowały wrócić do Polski, by znów objąć kierownictwo całokształtu naszego życia gospodarczego, umysłowego i politycznego, jak to było przed wojną. Takie są żydowskie plany, które się łatwo mogą urzeczywistnić, jeżeli tylko w Polsce wrócą rządy sanacyjne lub demokratyczne.”

krytykapolityczna.pl

niedziela, 8 lipca 2018


Sąd w Kairze skazał we wtorek wokalistkę Sherine na sześć miesięcy więzienia za żart z czystości Nilu. Jej stwierdzenie, że picie wody z tej rzeki powoduje choroby, uznano za "rozpowszechnianie fałszywych wiadomości". Wyrok nie jest prawomocny.

Do apelacji gwiazda egipskiej muzyki pop może przebywać na wolności, gdyż zapłaciła 5 tys. funtów egipskich kaucji (ok. 965 złotych) - poinformował egipski dziennik "al-Ahram". Sąd nałożył na nią również grzywnę w wysokości 10 tys. funtów egipskich (ok. 1930 złotych).

W listopadzie Sherine Abdel Wahab postawiono zarzut "obrazy państwa egipskiego", gdy w internecie pojawiło się nagranie, na którym podczas koncertu wokalistka została poproszona przez fana o wykonanie piosenki "Czy kiedykolwiek piłeś wodę z Nilu?". Artystka odpowiedziała, że "picie wody z Nilu powoduje schistosomatozę" (jest to choroba pasożytnicza). "Zamiast tego napij się Evian (marka wody - PAP)" - zażartowała.

Egipskie stowarzyszenie muzyków nałożyło 14 listopada na 37-letnią artystkę czasowy zakaz występowania na egipskich scenach za "nieuzasadnione szyderstwo z naszego drogiego Egiptu".

W wydanym w listopadzie oświadczeniu piosenkarka przeprosiła za "głupi żart" podczas koncertu, który jej zdaniem odbył się w 2016 roku w Zjednoczonych Emiratach Arabskich. "Mój ukochany kraju, synowie mojego kraju, Egiptu, przepraszam was z całego serca za ból, jaki wam sprawiłam" - oświadczyła.

PAP