niedziela, 1 kwietnia 2018


Oficjalna reakcja amerykańskiego establishmentu na protesty irańskiej młodzieży na ulicach Teheranu przeciwko sfałszowanym wyborom z czerwca 2009 uderzająco przypominała kampanię reklamową Facebooka, Google’a albo Twittera. Przypuszczam, że jakiś dzielny dziennikarz śledczy – do których niestety się nie zaliczam – mógłby dostarczyć twardych, namacalnych dowodów potwierdzających to wrażenie.

„The Wall Street Journal” ogłosił autorytatywnie: „Bez Twittera nie mogłoby się to wydarzyć!”. Andrew Sullivan, wpływowy i dobrze poinformowany amerykański bloger, wskazał na Twittera jako „kluczowy instrument organizacji oporu w Iranie”, a szacowny „New York Times” uderzył w liryczne tony, pisząc o starciu pomiędzy „bandziorami, którzy strzelają kulami, a protestującymi, których amunicją są wpisy na Twitterze”.

(...)

Ed Pilkington przywołuje Marka Pfeifle’a, doradcę George’a Busha, który zgłosił nominację Twittera do Nagrody Nobla, a także cytuje Jareda Cohena, urzędnika amerykańskiego Departamentu Stanu, który opisał Facebook jako „jedno z najbardziej naturalnych narzędzi demokracji, jakie widział świat”. W telegraficznym skrócie: Jack Dorsey, Mark Zuckerberg i ich towarzysze broni są generałami Armii Bojowników o Demokrację i Prawa Człowieka – a my wszyscy, „twittując” i wysyłając wiadomości na Facebooku, jesteśmy jej żołnierzami. Medium tak naprawdę jest przekazem – a przekaz mediów cyfrowych to „zdarcie informacyjnej kurtyny” i tym samym uruchamianie globalnego potencjału społeczeństw i uniwersalnych praw człowieka.

To właśnie ten niezdrowy rozsądek amerykańskiej elity politycznej i opiniotwórczej oraz innych nieopłacanych komiwojażerów usług cyfrowych napiętnował, obśmiał i potępił – jako „sieciowe złudzenie” – Jewgienij Morozow, 28-letni student, który niedawno przybył z Białorusi do Ameryki, w książce pod taki właśnie tytułem – The Net Delusion, wydanej jakiś czas temu przez Allen Lane.

Wśród wielu argumentów, jakie udało się Morozowowi zgromadzić w tym czterystustronicowym studium, jest na przykład taki, że według Al-Jazeery w Teheranie było około sześćdziesięciu aktywnych kont na Twitterze, a zatem organizatorzy demonstracji najczęściej używali zawstydzająco staromodnych technik przyciągania uwagi, jak dzwonienie przez telefon albo chodzenie po sąsiadach. Natomiast sprytni włodarze autokratycznego Iranu, nie mniej obeznani z internetem, za to bezwzględni i pozbawieni skrupułów, zaglądali na Facebooka, aby znaleźć linki do wszystkich możliwych dysydentów i wykorzystać te informacje w celu izolacji, aresztowania i rozbrojenia potencjalnych przywódców buntu – i zdławienia demokratycznego zagrożenia dla autokracji (gdyby takowe się pojawiło) w zarodku. Morozow wskazuje mnóstwo rozmaitych sposobów, za pomocą których autorytarne reżimy mogą wykorzystać internet dla własnej korzyści – wiele z nich faktycznie je stosowało i wciąż stosuje.

Można zacząć choćby od tego, że sieciowe społeczności oferują tańsze, szybsze, dokładniejsze i zarazem łatwiejsze sposoby ustalenia tożsamości i lokalizacji obecnych bądź potencjalnych dysydentów niż którakolwiek z tradycyjnych technik inwigilacji. Jak próbuje pokazać David Lyon w naszym wspólnym opracowaniu (Liquid Surveillance, Polity Press, ukaże się wkrótce), inwigilacja poprzez społeczności sieciowe jest dużo bardziej skuteczna dzięki współpracy jej potencjalnych obiektów i zarazem ofiar.

Żyjemy w ekshibicjonistycznym społeczeństwie, które publicznemu wystawianiu się na pokaz nadaje rangę podstawowego i najłatwiej dostępnego, a zarazem być możne najbardziej skutecznego i jedynego naprawdę niezawodnego dowodu społecznego istnienia. Miliony użytkowników konkurują ze sobą na ujawnianie i wystawianie na widok publiczny najbardziej intymnych, inaczej  niedostępnych aspektów swej tożsamości, społecznych powiązań, myśli, uczuć i działań. Portale społecznościowe stanowią pola dobrowolnej – „zrób to sam” – inwigilacji, bijąc na głowę (zarówno pod względem skali działania, jak i kosztów) fachowe agencje wypełnione specjalistami od szpiegowania i wykrywania.

(...)

Morozow tropi, w jaki sposób autorytarne czy wręcz tyrańskie reżimy mogą pobić domniemanych bojowników o wolność na ich własnym polu, stosując te same technologie, w których swe nadzieje pokładali apologeci i piewcy „demokratycznego zwrotu” internetu. Nic nowego, jak przypomina nam artykuł na łamach „The Economist” – w podobny sposób do pacyfikowania i rozbrajania ofiar dyktatorów używane były dawne technologie: badania pokazują, że wschodni Niemcy mający dostęp do zachodniej telewizji byli mniej skłonni do wyrażania niezadowolenia z ustroju. A co do rzekomo potężniejszej informatyki cyfrowej: „Internet dostarcza tak wiele taniej i łatwo dostępnej rozrywki ludziom żyjącym w warunkach autorytaryzmu, że skłonienie ich, żeby w ogóle zainteresowali się polityką, stało się o wiele trudniejsze”. Przynajmniej dopóki polityka nie zostanie przekształcona w kolejny pełen furii i wrzasku, ale bezzębny, bezpieczny i nieszkodliwy rodzaj rozrywki.

krytykapolityczna.pl

Ilan Pappé pisze, że jeśli Zachodni Brzeg jest “więzieniem na świeżym powietrzu”, to druga palestyńska enklawa - strefa Gazy - jest więzieniem o najostrzejszym rygorze. Izrael utrzymuje, że nie prowadzi okupacji Gazy. Jednak w praktyce kontroluje granice - w tym morską i powietrzną.

W Gazie szczególnie silny jest Hamas, organizacja uznawana za terrorystyczną. Wdaje się ona w konflikty z Izraelem, jest odpowiedzialna za zamachy i odpowiada na niektóre działania Izraela wystrzeliwaniem rakiet. Szczególnie na te ostatnie Izrael reaguje określanym jako "koszenie trawy" atakiem wojskowym na szeroką skalę. Ataki z powietrza i lądu, bombardowania - w tym także cywilnych budynków - mają za zadanie nie tylko eliminować terrorystów, ale "ukrócić" opór wśród społeczności. Jakie są efekty blokady i "koszenia trawnika" w Gazie?

Pracujący w Gazie psycholog Mohammed Mansour opisuje rzeczywistość enklawy jako "dystopię". W rozmowie z Izraelskim "Haazetz" mówi, że warunki życia w strefie, ciągła przemoc, brak perspektyw i zamknięcie na świat powadzą do rozpadu tkanki społecznej, przemocy seksualnej, uzależnień i epidemii chorób psychicznych.

Na pasie ziemi o powierzchni nieco większej od Krakowa mieszkają prawie dwa miliony ludzi. Według ONZ w przeciągu 10 lat Gaza stanie się “niezdatna do życia”. Zagranicznym dziennikarzom trudno jest się tam dostać i opisać sytuację. Można jednak opierać się na relacjach. Tak - według palestyńskiego lekarza i polityka Mustafy Barghoutiego - wygląda typowy scenariusz problemów młodej osoby w Gazie:

- Wyobraź sobie taką sytuację. Żyjesz w Gazie, jesteś młodym człowiekiem, skończyłeś szkołę. Ale od lat nie możesz znaleźć pracy, tak, jak 80 proc. absolwentów w Gazie. Idziesz do domu, gdzie prąd jest tylko przez dwie godziny dziennie. Mama pogania cię, żebyś wniósł baniaki z wodą na 8. piętro, bo przez brak prądu nie działa pompa. Gdy wniesiesz wodę, okazuje się, że jest ona słona - dostęp do czystej wody jest tam bardzo ograniczony. Kiedy myjesz się, sól podrażnia twoją skórę. Potem twój młodszy brat nieupilnowany pije tę wodę i dostaje infekcji. Sąsiad poszedł wykąpać się w morzu, dostał zapalenia opon mózgowych i zmarł. Woda w morzu też jest zanieczyszczona. Masz tego dosyć i chcesz się wydostać, studiować gdzieś albo pracować. Ale nie możesz przekroczyć granicy. Chcesz się pobrać z dziewczyną, ale żadne z was nie ma pieniędzy, nie będziecie mieli mieszkania. Jesteś zupełnie sfrustrowany. Idziesz do apteki i prosisz o tabletkę tramadolu (opioidowy lek przeciwbólowy - red.), wpadasz w uzależnienie. To typowa historia z Gazy.

gazeta.pl

Czy ZSRR jak pierwszy w nowożytnej historii posługiwał się skutecznie i świadomie swoją soft power?

ZSRR mówiło otwarcie, że jest gotowe przebudować społeczeństwo, ale nie byli w tym pierwsi. Pierwszą soft power była rewolucja francuska. Model sowiecki był bardzo atrakcyjny dla zapóźnionych, słabo rozwiniętych krajów w Europie i zwłaszcza poza nią, krajów, które chciały dogonić pozostałych i przeskoczyć 200 lat europejskiej historii poprzez zmianę reżimu. Przed II wojną komunizm poza Związkiem Radzieckim nie wykraczał poza określone grupy społeczne, ale wszystko zmieniło się po zwycięstwie nad Hitlerem. Komunizm oferował powszechną edukację, darmową opiekę zdrowotną, sprawiedliwość społeczną… Wszystko to było atrakcyjne dla krajów słabo rozwiniętych.

Dzisiejsza Rosja nie posiada już tej siły przyciągania, skupia się na hard power, rozwijaniu swojego przemysłu zbrojeniowego, na tworzeniu negatywnych koalicji, propagandowym mobilizowaniu różnych grup i wskazywaniu im wspólnego wroga. Nic więc dziwnego, że Rosjanie finansują zarówno radykalną prawicę jak i lewicę. Ale nie posiadają już spójnej wizji. Model rosyjski nie mógłby istnieć bez ropy i gazu, nie jest to więc system w tym znaczeniu, w jakim posiadał go Związek Radziecki. Wtedy chodziło o znacjonalizowanie środków produkcji i całą resztę, stała za tym ideologia. Dziś chodzi tylko o wykorzystanie antyglobalistycznego momentu, żeby umocnić pozycję Rosji na świecie. Nie jest to wpływ ideologiczny tylko państwowy. Kiedyś bycie w określonej strefie wpływów określało naturę reżimu politycznego, przynależność do wojskowych paktów itd. Dziś wygląda to inaczej. Wielu sojuszników Rosji posiada inne reżimy i nie jest w bezpośredniej zależności handlowej czy gospodarczej. Krajom takim jak Rosja czy Chiny zależy raczej na zapanowaniu nad przestrzenią informacji, nie chcą być zależne od Google czy Facebooka, chcą posiadać własną infrastrukturę cyfrową.

Chińczykom się to udaje.

Chińczykom tak, Rosjanom nie. Do niedawna wierzono, że big data i social media uniemożliwią istnienie reżimów autorytarnych, ponieważ wzmacniają rolę i znaczenie jednostki. Paradoksalnie, social media mogą wzmacniać autorytaryzm, a to dlatego że służą jako narzędzie dezinformacji. Bardzo interesujące jest jak Chińczycy sprawują kontrolę nad mediami społecznościowymi. Czytałem, że jeśli zamierzasz krytykować porażki rządu albo lokalnych urzędników w internecie, twoje wypowiedzi nie zostaną zbanowane, tylko przeanalizowane i mogą odnieść jakiś efekt. Jeśli natomiast zaczniesz nawoływać ludzi do zbiorowych protestów, wtedy spotkasz się z natychmiastową reakcją. A zatem social media są używane do zbierania wiarygodnych informacji na temat tego, co dzieje się w społeczeństwie. Nie potrzebują już aparatu policyjnego, który znamy z okresu komunistycznego ani siatki donosicieli, ponieważ to ludzie sami dostarczają im informacji.

Potrzebują tylko dobrych analityków.

Dokładnie. Nowe technologie wzmacniają niedemokratyczne reżimy, ponieważ to sami ludzie mówią o tym, co robią, o czym myślą, z kim się spotykają.

Media społeczne są agenturą szpiegującą samą siebie.

Kolejną sprawą jest fakt, że w wielu z tych krajów teorie spiskowe są ważniejsze niż ideologia. Ideologię można atakować z pozycji idealnego wzorca, jak to robili dysydenci komunistyczni w latach 50 i 60. Teoria spiskowa nic nie obiecuje, po prostu opowiadamy historyjkę. Tu nie możesz być dysydentem, bo albo ją kupujesz albo nie. I nie bez powodu. Zaawansowanie technologiczne może się też stać czułym punktem. Fragmentaryzacja i polaryzacja społeczna są konsekwencją rozwoju technologicznego. Możesz szczęśliwie żyć w swojej bańce internetowej.

Rewolucja technologiczna zaskoczyła nawet tak zaawansowane gospodarki jak niemiecka. Według the „Economist” Niemcy faktycznie są już skazane na upadek przemysłu samochodowego, który nie zdąży przekwalifikować się na samochody elektryczne. Mercedes podzieli los wszechwładnej kiedyś, a następnie upadłej Nokii. Przyszłość samochodów pisze się dziś w Palo Alto i w Chinach.

Z drugiej strony, zaawansowanie technologiczne może stać się także najsłabszą stroną. Dlaczego wybory w Niemczech przebiegły bez problemu rosyjskiego wpływu? Jednym z powodów był brak dostępnych danych na temat niemieckich obywateli. Nie da się w Niemczech zorganizować podobnego mikrotargetingu dla rosyjskich fake newsów jak udało się w USA. Niemcy są zbyt tradycyjne, co czyni je tym samym lepiej zabezpieczonymi.

Skąd Rosja bierze swoje zaawansowanie technologiczne?

Rosja jest selektywnie silna i selektywnie słaba. W sprawach wojskowych Rosja nie tyle jest silna w przemyśle zbrojeniowym, co w nowych technologiach zbrojeniowych. Rosja już dawno udowodniła, że nawet, jeśli nie jest w stanie wyprodukować dobrze działającej lodówki, to może wyprodukować sputnika. Rosja inwestuje pieniądze ze sprzedaży surowców naturalnych w selektywnie wybrane obszary, np. w sztuczną inteligencję. Rewolucja przemysłowa w USA jest napędzana przez zapotrzebowanie rynkowe. Tak więc, gdy przedsiębiorstwa dokonują ważnych wynalazków, robią to, myśląc o konsumencie. W Rosji nowe technologie generowane są przez zapotrzebowanie państwa. Rosjanie nie mają złudzeń, że ich społeczeństwo będzie równie zaawansowane co zachodnie. Wierzą jednak, że w sprawach wybranych technologii są w stanie dogonić lub przegonić Zachód, co nie raz udowodnili. Rosja nie potrzebuje nowoczesnego społeczeństwa, wystarczy jej dobrze zorganizowana elita władzy uzbrojona w możliwości selektywnego rozwoju technologicznego. Obszar sztucznej inteligencji charakteryzuje się tym, że żywi ludzie przestają być potrzebni.

Elity rosyjskie nie muszą myśleć już o społeczeństwie, a przynajmniej nie bardziej niż tyle, żeby im ono nie przeszkadzało w rządzeniu.

Za czasów ZSRR ludzie byli niezbędni do rewolucji przemysłowej i do pracy przymusowej na rzecz przemysłu zbrojeniowego. Rosjanie pokonali Hitlera by było ich po prostu dużo więcej. Dzisiejsze czasy nie bez powodu charakteryzuje tak cyniczna postawa rosyjskich elit wobec społeczeństwa. Rosja dziś właściwie osiągnęła stan komunizmu. Nie eksploatuje się tam ludzi, tylko naturę, a następna ma być technologia. Ale nie popadajmy w skrajności. Piętnaście lat temu mówiło się, że Rosja jest na dnie, nic tam nie działa, wszystko jest rozkradane, że są zacofani gospodarczo i społecznie. A dziś z kolei, że prześcignęli Zachód, bo wymyślili wojnę hybrydową, mają najlepszych hackerów, ogrywają nas, jak chcą. Bez przesady. Mają masę problemów. Siła rosyjskiej ulicy jest niedoceniana. Niedoceniana jest siła wybuchowa islamu. Kadyrow organizuje ich i wzmacnia islamską tożsamość. Współpracuje z Kremlem, ale to nie znaczy, że nie buduje siły islamu w Rosji. A to jest kilkanaście milinów ludzi, może nawet dwadzieścia. Znacznie większy odsetek niż w jakimkolwiek kraju Europy.

krytykapolityczna.pl

Maria Zmarz-Koczanowicz zapamiętała, że kiedy w 2001 r. montowały z Teresą film „Noc z generałem” w budynku dawnej Wytwórni Filmowej Wojska Polskiego „Czołówka”, nagle zadzwonił ktoś z gabinetu prezesa TVP Roberta Kwiatkowskiego, na której zlecenie produkowano film. Generał Jaruzelski przypomniał sobie, że wypowiedział się nieprzychylnie na temat Stanisława Kani, więc zadzwonił do Kwiatkowskiego, z którego ojcem się przyjaźnił, aby to z filmu usunąć. – Tereska się wściekła. Natychmiast zadzwoniła do Jaruzelskiego. Mówiła: Jak to, panie generale?! Tak to pan do mnie wydzwania, a jak ma pan uwagi, to dzwoni pan do telewizji?! W końcu wycięłyśmy to zdanie, generał zapowiedział, że przyjedzie do montażowni sprawdzić. Teresa wściekle paliła papierosy. Powtarzała: Niech mi teraz, od razu, podpisze zgodę i żadnych więcej zmian. Nie wypuszczę go, jak nie podpisze! Przyjechał w towarzystwie BOR-owca, Teresa była dla niego niemiła do końca wizyty. Było nerwowo. Chyba nawet jej obiecał, że to odkręci, że nie zgłosi zastrzeżeń. Obejrzał i zapytał BOR-owca, czy mu się podoba. Próbował rozładować sytuację. Tłumaczył Teresie: pani to zrozumie… Kiedy tak walczył o jedno słowo, zrozumiałam, że nie od parady był generałem. W rozmowach sprawiał wrażenie ciepłego wujka z kindersztubą, człowieka z towarzystwa, który nie będzie o nic walczył, wkraczając w cudze kompetencje, i nagle okazało się, że jest nieugięty. Zadzwonić do szefa telewizji w sprawie jednego skreślenia? Przecież nie był już postacią pierwszoplanową, a my robiłyśmy mały film dokumentalny. Doszło do podpisywania zgody na wykorzystanie wizerunku, w grę wchodziły jakieś pieniądze, w każdym razie generał miał podać numer konta. Powiedział, że go nie zna. – Jak to pan nie zna swojego numeru konta? – pytała. Generał odpowiedział, że nie musi, bo żona za niego wszystko załatwia. – To jak pan w ogóle żyje?! Jak pan idzie do toalety, to pan nie ma przy sobie złotówki?! – Nigdy nie noszę przy sobie pieniędzy – odpowiedział. Teresa nie wstydziła się o takie sprawy pytać, to ją naprawdę interesowało, bo pokazywało generała jako oderwanego od rzeczywistości. Jest jeszcze jedna scena, którą generał kazał wyciąć. Nakręciliśmy, jak przy wejściu BOR-owcy sprawdzali nam dowody osobiste. To przecież normalne, bo wchodziłyśmy do byłego prezydenta. Ale Jaruzelski wiedział, że jest w tym kontekst stanu wojennego. Poprosił, żeby tego nie było w filmie.

tygodnikprzeglad.pl

Szpitale-molochy na odludziach, okrojona kadra, utrudniony dostępu do lecznictwa w warunkach środowiskowych (czyli takiego, które działa w lokalnej społeczności pacjenta) czy do psychoterapii – oto portret polskiej psychiatrii AD 2017.

(...)

Prawie milion obywateli naszego kraju ma stwierdzoną jakąś formę uzależnienia (tradycyjnie uznaje się je za zaburzenia psychiczne), ponad pół miliona cierpi na psychiczne zaburzenia o podłożu organicznym (wywołanym przez uszkodzenie mózgu), a niecałe 300 tysięcy choruje na schizofrenię – tyle oficjalne liczby.

Niestety dotyczą one tylko osób, które (przynajmniej w jakimś momencie) zgłosiły się na leczenie i otrzymały diagnozę. Według danych populacyjnych WHO w ubiegłym roku 27% Europejczyków miało epizod zaburzenia psychicznego, niekoniecznie objęty jakąkolwiek profesjonalną pomocą lekarską czy psychologiczną. Nieliczne badania porównujące całe społeczeństwa (np. ESEMeD lub EZOP) wykazały, że u Polaków najczęściej występują problemy związane z nadużywaniem alkoholu (dotyczą aż 10,9% z nas), ataki paniki (6,2%), fobii (3,4%) oraz dużej depresji (3,2%). W innych krajach europejskich ta kolejność jest mniej więcej odwrotna – najczęstsze są depresje, a problemy alkoholowe zajmuje nieco dalsze pozycje.

Polska jest jednym z krajów o najwyższych współczynnikach samobójstw w Europie, a ich liczba rośnie w alarmującym tempie. W 2016 r. śmiercią samobójczą zginęło u nas więcej osób niż w wypadkach drogowych. Wiele badań wskazuje na to, że przynajmniej części z samobójczych zamachów można skutecznie zapobiegać. Według ostatniego raportu WHO nadal nie wdrożyliśmy programu prewencji samobójstw dla populacji ogólnej, mimo iż jego projekt istnieje od kilku lat.

krytykapolityczna.pl

Jak wiemy z badań ilościowych, przeciętny dorosły członek ludu zbieracko-łowieckiego spędzał około 20 godzin w tygodniu na zbieraniu żywności i polowaniu, a kilka dodatkowych godzin zajmowały mu inne konieczne dla życia czynności, takie jak wyrób narzędzi i przygotowywanie posiłków. Co robili w pozostałym czasie? Odpoczywali, ale większość wolnego czasu spędzali na zajęciach, które sprawiały im przyjemność: muzykowali, tworzyli sztukę, tańczyli, rywalizowali ze sobą w grach, snuli opowieści, gawędzili i żartowali. Odwiedzali znajomych i krewnych w sąsiednich zbiorowościach. Nawet samych łowów i zbierania żywności nie uważali za pracę – oddawali się tym czynnościom z entuzjazmem. Zadania te sprawiały im przyjemność i zawsze wykonywano je gromadnie, Dlatego nigdy nie brakowało chętnych do poszukiwania owoców czy zwierzyny łownej. A ponieważ żywność sprawiedliwie rozdzielano między wszystkich, nikt nie odczuwał presji, jeśli w danym dniu (albo tygodniu) nie uczestniczył w wyprawach.

(...)

Niektórzy obawiają się, że życie niewypełnione po brzegi pracą prowadzi do gnuśności i depresji. Praca, przestrzegają, nadaje życiu sens, a kiedy jej nie ma, nie warto wstawać rano z łóżka. Wskazują na bezrobotnych, którzy często cierpią na depresję; na tych, którzy po pracy osuwają się bezwładnie na fotel, albo na emerytów, którzy nie wiedzą, co robić z wolnym czasem i czują się niepotrzebni. Te spostrzeżenia nie są fałszywe, ale pochodzą z obserwacji świata, w którym bezrobocie uważa się za życiową klęskę; w którym po dniu pracy jesteśmy fizycznie lub mentalnie wyczerpani; w którym pracę się gloryfikuje, a zabawę potępia – i w którym, nieustannie pracując od ukończenia szkoły podstawowej aż po emeryturę, zapominamy, jak się bawić.

Spójrzmy raczej na dzieci, które nie chodzą jeszcze do szkoły, więc nakaz wytężonej pracy nie zdążył jeszcze stłumić ich ciekawości i chęci do zabawy. Czy dzieci są leniwe? Nic podobnego. O ile nie śpią, są bez przerwy aktywne. Powodowane ciekawością, ciągle coś robią. W zabawie wymyślają historie, budują, rysują i filozofują (tak, filozofują!) na temat otaczającego świata.

(...)

Ludy zbieracko-łowieckie, jak pisałem, żyły zabawą, a w antropologii są kardynalnym przykładem społeczeństw chętnych dzielić się wszystkim, co posiadają, i wzajemnie sobie pomagać. Cechował je także egalitaryzm – ze wszystkich znanych nam zbiorowości tylko one nie wytworzyły hierarchii społecznych. Ich etyka, oparta na zabawie, nie zezwala nikomu na wywyższanie się ponad innych statusem ani majątkiem. W świecie bez pracy – albo takim, gdzie pracowalibyśmy mniej – nie wspinalibyśmy się z takim wysiłkiem po tej czy innej drabinie społecznej, która i tak prowadzi donikąd. Znacznie więcej uwagi poświęcalibyśmy za to szczęściu innych ludzi. To przecież nasi koledzy i nasze koleżanki. Chcą się z nami bawić.

krytykapolityczna.pl

sobota, 31 marca 2018


W lipcu przywódcy Polski, Węgier, Słowacji i Czech spotkali się z Netanjahu i stworzyli wspólne grupy ds. walki z terroryzmem i ds. współpracy technologicznej.

Izraelska prawica jest bardzo zainteresowana sojuszem z potencjalnie antysemickimi europejskimi prawicami na bazie wspólnego militaryzmu, ksenofobii, wiary w etniczny nacjonalizm. To jest ciekawe o tyle, że to pokazuje, jak bardzo instrumentalizowany jest zarzut antysemityzmu przez obecne izraelskie władze. Dla mnie to jest przerażające, bo oni się świetnie dogadają np. z obecnymi polskimi władzami, które pobłażają antysemitom pokroju Jacka Międlara.

No więc Polski rząd na pewno nie będzie bojkotować Izraela.

W bojkocie kluczowy jest fakt, że europejscy Żydzi, którzy zdominowali kulturę izraelską od samego początki, zawsze mieli marzenie o byciu częścią Europy, jej kulturalną, cywilizacyjną odnogą.

Izrael występuje w Eurowizji, grają w mistrzostwach Europy w piłkę nożną…

A Palestyna gra w mistrzostwach Azji. Przywiązanie Izraela do Europy jest bardzo ważne i może być źródłem nacisku. Weźmy izraelskie uniwersytety. Oczywiście, że pracuje tam wiele genialnych osób, ale także dysydenci i krytycy władz. Te uniwersytety są kluczową częścią okupacji. To tam się rozwija technologie wojskowe. Bojkot ekonomiczny ciężko jest oddolnie zorganizować, a ja nie mam wiary w żadne rządy, więc nie sądzę, żeby kiedyś udało się coś takiego wymusić.

Ale bojkot akademicki, kulturalny już tak – a to są rzeczy, które bardzo dotykają wygodnego życia elit inteligenckich, kulturalnych w Izraelu. I to może przymusić ludzi, żeby się chwilę zastanowili. Bo rzeczywiście nic innego nie działa.

(...)

Ostatnią wojnę w Gazie w 2014 r. poprzedziło ogromne napięcie w Jerozolimie. Jerozolima w ogóle nie jest przyjemnym miejscem do życia, tam można kroić powietrze nożem: protesty, ostentacyjne wycieczki nacjonalistów żydowskich… Do tego jest niemal tak uboga jak Gaza – 75 proc. osób żyje poniżej linii ubóstwa, bo palestyńska część jest tragicznie niedoinwestowana przez miasto.

Część ludności z Jerozolimy Wschodniej pracuje w Jerozolimie Zachodniej: jako kucharze, parkingowi, to są proste fizyczne prace. Tuż przed wybuchem ostatniej wojny izraelski rząd robił to, co robi nasz rząd, czyli nakręcał ekstremalnie ksenofobiczną atmosferę. I tak jak u nas nastąpiła cała seria pobić osób o innym kolorze skóry, tak w Jerozolimie też wylał się antypalestyński rasizm. Po głównej ulicy Jerozolimy zachodniej chodziły bandy młodych wyrostków, nacjonalistów żydowskich, które szukały Palestyńczyków wracających z pracy i biły ich, często na oczach przechodniów. Tego nikt nie widział wcześniej na taką skalę. Wtedy zaczęły się protesty, które trwały przez pół roku. Mało mediów o tym pisało. Wtedy pierwszy raz widziałam protesty, które miały szansę naprawdę zamienić się w powszechny ruch i być tą trzecią intifadą, o której wszyscy mówią średnio raz do roku, że za chwilę wybuchnie. Mnie się wręcz wydaje, że to była ta trzecia intifada, tylko że ona przeszła zupełnie niezauważona.

I wtedy było widać wyraźnie: im gorsza sytuacja mieszkańców, tym intensywniejsze protesty, im więcej aresztowań dzieci, porwań z domów i w drodze do szkoły, im więcej wizyt izraelskiego wojska i nocnych rajdów na dzielnice, im więcej zajmowanych domów i masowych aresztowań, ostrej amunicji czy nowych, testowanych pocisków, im więcej zamykania całych dzielnic – tym bardziej burzyli się ludzie.

Skoro mechanizm jest taki, jak zawsze: ksenofobia nakręca protesty, protesty dają pretekst do większej ksenofobii i tak dalej – aż do rozlewu krwi, to może trzeba liczyć na zmianę polityczną w Izraelu? Na przyjście władzy, która tę ksenofobię wyciszy i całkowicie zmieni nastawienie?

To by musiało pójść dużo dalej niż tylko zmiana rządu. To jest cały system państwowy, który tę ksenofobię utrwala. Podręczniki izraelskie są bardzo ksenofobiczne od dziesiątek lat, one pogłębiają uprzedzenia. Trzeba by było stworzyć warunki do zmiany tej arabofobicznej, islamofobicznej mentalności. Żeby dzieci się nie uczyły głupich stereotypów o Palestyńczykach. Zresztą w podręcznikach w ogóle nie ma Palestyńczyków, są Arabowie – nie uznaje się w ogóle ich tożsamości narodowej, są pasterzami, jeżdżą na wielbłądach, są przemocowi i brutalni. Utwierdzają te najgorsze stereotypy, podobnie jak szkolne sposoby przedstawienia palestyńskiej historii.

Poza tym większość ludzi w Izraelu ma bardzo ograniczony kontakt z Palestyńczykami. Mieszkają bardzo, bardzo blisko, ale ich kontakty to są albo sprzątaczki, albo budowlańcy na budowie w Tel Awiwie, z którymi nawet nie mają okazji porozmawiać. Więc nic dziwnego, że w Izraelu nie szykuje się żadna dogłębna polityczna zmiana. To społeczeństwo nie staje się coraz bardziej progresywne i liberalne, tylko raczej tak jak u nas, jest coraz bardziej prawicowe, zamknięte, islamofobiczne, coraz większy wpływ na wszystko ma religia. Niestety, to nie idzie w dobrą stronę.

krytykapolityczna.pl

wtorek, 20 marca 2018


Dziś centralne instytucje izraelskie są w Jerozolimie, a wszystkie ambasady w Tel Awiwie. Skąd to rozdwojenie?

Izrael od lat 50. traktuje Jerozolimę Zachodnią jako swoją stolicę – tam jest siedziba Knesetu, Sądu Najwyższego i inne rządowe budynki. W 1980 roku w Knesecie zostało uchwalone prawo o aneksji podbitej wcześniej wschodniej, palestyńskiej części miasta. Społeczność międzynarodowa nigdy nie uznała tej aneksji i oczekuje, że status Jerozolimy, prawdopodobnie jako stolicy dwóch państw, Izraela i Palestyny, będzie wynegocjowany w ostatniej fazie rozmów pokojowych. Na znak protestu przeciwko aneksji, która jest nielegalna wedle prawa międzynarodowego, wszystkie kraje utrzymują swoje ambasady w Tel Awiwie.

A za tym wszystkim stoi skomplikowana historia izraelskiego państwa…

Pod koniec XIX wieku, kiedy rodziła się koncepcja „powrotu” rozproszonych po świecie Żydów na tereny obecnego Izraela, czyli ruch syjonistyczny i jego nurty, koncepcje wokół Jerozolimy były bardzo różne. Niektórzy żydowscy intelektualiści chcieli, żeby Jerozolima była centrum duchowym Żydów świata, ale niekoniecznie stolicą formalnego państwa. Dla pionierów, pierwszych syjonistów, którzy przyjeżdżali do Palestyny, Jerozolima nie była aż tak ważna. To były osoby o poglądach raczej socjalistycznych, niereligijne. Państwo, które chcieli zbudować miało być socjalistyczne.

Ale było już wtedy wielu Żydów na całym świecie, którzy nie widzieli innego centrum państwowości niż Jerozolima.

Owszem, jako religijne, duchowe centrum, Jerozolima była zawsze ważna. Ale cała idea syjonizmu była taka, żeby zaprzeczyć wizerunkowi diaspory, który kształtowali antysemici: słabego Żyda, zepchniętego do getta, zamkniętego, kulturowo zacofanego, będącego słabą mniejszością. Izrael miał być państwem nowego hebrajskiego Żyda, silnego, często na plakatach wyglądającego wręcz jak aryjscy Niemcy: blondyna o niebieskich oczach, opalonego, na traktorze, pracującego na roli. To w niewielkim stopniu miało coś wspólnego z religią.

To odcięcie od religii nie do końca wyszło, sądząc po tym, jak wygląda dziś Izrael. Kiedy religia zaczyna decydować o losach Izraela?

Im bliżej powstania państwa, tym bardziej świeccy Żydzi, socjaliści, syjoniści mają problem z religijnymi Żydami, którzy nie chcą w ogóle rozmawiać o państwie. Wierzą, że Izrael może powstać dopiero po nadejściu mesjasza i nie wolno tego procesu przyspieszać poprzez ściąganie Żydów do Palestyny i tworzenie świeckiego państwa.

Ważne wydarzenia mają miejsce w przededniu przyjazdu Specjalnej Komisji ONZ ds. Palestyny, która miała zbadać sytuację na ziemiach i tuż przed planem ich podziału. Jeden z ojców założycieli państwa, Ben Gurion, zawiera wówczas układ z religijnymi Żydami. To była umowa, która symbolizuje wszystko, co się dzieje do dziś. Ben Gurion poprosił ich, żeby rozmawiając z komisją ONZ nie mówili, że nie chcą państwa. Ale w zamian za to obiecał, że jeśli to państwo powstanie, to będzie dbało o przestrzeganie religijnych nakazów.

Trochę tak jest do dziś – świeccy Izraelczycy z jednej strony potrafią wyrażać się bardzo pogardliwie o ortodoksyjnych Żydach, a z drugiej potrzebują ich i ich narracji.

A nie jest tak, że świeckie państwo w sumie potrzebuje religii, żeby uzasadnić swoje istnienie? No bo jeśli nie religia, to dlaczego w ogóle osiedlać się akurat na Bliskim Wschodzie?

Dokładnie tak jest. Religia stała się w którymś momencie podstawą roszczeń Izraela o prawie do tej ziemi. Partie polityczne, np. Likud, który jest u władzy, a który nie jest partią religijną, tylko konserwatywną, prawicową i bardzo nacjonalistyczną, wchodzi w sojusze z religijnymi ruchami, żeby uzasadnić prawo Żydów do całej ziemi między rzeką Jordan a Morzem Śródziemnym.

krytykapolityczna.pl

poniedziałek, 19 marca 2018


Kurz w puszce, zużyte testy ciążowe, a nawet sesje przytulania – jest coś, czego jeszcze nie wystawiono na sprzedaż?

Zdaje się, że wszystko już było. Widziałem nawet do kupienia wyżute gumy Britney Spears czy Baracka Obamy. Ale można też trafić na kubek, z którego pił mleko Justin Bieber, co też specjalnie mnie nie zaskakuje.

A jak pan to sobie tłumaczy?

Jestem wielkim wyznawcą prawa popytu i podaży, czyli jeśli ktoś chce kupić, to znajdzie się ktoś, kto daną rzecz sprzeda. Po drugie, nawet jeśli przedmioty będą mieć zerową wartość, to mogą stać się cenne za sprawą opowieści o nich.

Czyli płacimy za historie, a nie za rzeczy takie, jakimi one są?!

Absolutnie tak. Jest taki eksperyment, opisany w książce „Significant Objects” (Znaczące rzeczy). Rob Walker, dziennikarz „New York Timesa”, oraz Josh Glenn, autor bestsellerowej książki „Taking Things Seriously”, kupili na pchlich targach i garażowych wyprzedażach 200 przedmiotów, głównie bibelotów. Czego tam nie było: popielniczki, świnki-skarbonki, piłeczki golfowe... Płacili dokładnie tyle, ile chcieli sprzedający. Średnio za każdą z tych rzeczy dali 1,5 dol., czyli łącznie była to inwestycja rzędu 300 dol. Po czym rozdali te przedmioty swoim znajomym, ale tylko takim, którzy parają się opowiadaniem historii. Wśród nich byli pisarze, poeci, dziennikarze, copywriterzy. I poprosili ich o napisanie historii otrzymanego obiektu. „Nie wolno kłamać, ale można używać słów typu: prawdopodobnie, tak sądzę” – zastrzegali. Po czym wystawili te przedmioty plus opowieści o nich na aukcjach w sieci. Pozwolili ludziom płacić tyle, ile chcą, wnioskując – poniekąd słusznie – że różnica pomiędzy tym, co zapłacą za przedmiot z opowieścią, a tym, ile oni sami za niego dali, będzie ceną samej opowieści.

Ile zarobili?

8 tys. dol., co daje zwrot z inwestycji na poziomie 3200 proc., o ile dobrze liczę. Tyle dokładnie są warte historie.

forsal.pl

niedziela, 18 marca 2018


Ignacy Morawski: Wśród ekonomistów w Polsce, zwłaszcza tych zajmujących się polityką gospodarczą, dominuje przekonanie, że naszej gospodarce potrzebne jest szarpnięcie cuglami. Widać to i po prawej, i po lewej stronie spektrum – mówi się, że inaczej wpadniemy w „pułapkę średniego rozwoju”, która ma polegać z grubsza na tym, że relatywnie łatwo jest przejść z niskiego poziomu rozwoju do średniego, ale już kolejne szczeble pokonać jest coraz trudniej.

Dlaczego?

Wedle tej koncepcji najpierw wystarczy uruchomić proste rezerwy: przesunąć pracowników z rolnictwa do przemysłu, a potem do bardziej wydajnych usług, przyciągnąć kapitał, sprywatyzować firmy państwowe, itp. To wszystko wymaga nieraz trudnych decyzji politycznych, ale technicznie jest dość proste. Potem mają zaczynać się schody.

A tak nie jest?

Ja, jako jeden z pierwszych w Polsce, około 2010-11 roku opisałem badania tej tzw. pułapki, jakie pojawiły się na świecie, potem idea ta zaczęła się rozprzestrzeniać także u nas w kraju. Jest ona atrakcyjną bazą do formułowania efektownych strategii, ale w praktyce nie ma dowodów, że coś takiego w ogóle istnieje. Ryzyko, że kraj przestanie się w pewnym momencie rozwijać jest dość podobne bez względu na etap rozwoju, z tym zastrzeżeniem, że gospodarki wysoko rozwinięte są bardziej stabilne. Naprawdę rzadko się zdarza, żeby kraj bogaty zupełnie przestał się rozwijać – wyjątkiem są może Włochy, które pod względem produktywności i postępu technologicznego są w stagnacji.

Japonia też.

Nie, Japonia ma bardzo niski wzrost gospodarczy, ale wydajność produkcji wciąż tam rośnie, problem ma raczej charakter demograficzny. W każdym razie nie jest tak, żeby na „średnim” poziomie ryzyka stagnacji były większe niż na niskim czy – w przypadki Polski – dziś były większe niż 10 lat temu. To atrakcyjna formuła, jak ktoś chce wybrzmiewać w mediach, ale procesy gospodarcze są bardziej liniowe niż skokowe. Dość powoli przechodzimy od gospodarki prostych produktów, których konkurencyjność bazuje na taniej sile roboczej, do kraju innowacyjnego przemysłu i bardziej wyrafinowanych usług. Tak czy inaczej, zawarta także w Strategii Odpowiedzialnego Rozwoju diagnoza, że dziś trzeba „szarpnąć cuglami” może prowadzić do niekoniecznie najlepszych rekomendacji.

(...)

W swoim tekście w Ekonomii politycznej „dobrej zmiany”, obok repolonizacji banków wskazuje pan na inne, źle zdiagnozowane wyzwania: reindustrializację czy wyjście z zależności od kreowanych przez kraje centrum łańcuchów produkcji. Nie uważa pan, że to kwestie domagające się interwencji?

To po kolei. Jeśli chodzi o repolonizację, mam mieszane uczucia. Wiąże się ona bowiem z diagnozą, że problem z inwestycjami w Polsce wynika głównie z ograniczeń w dostępie do finansowania. To jest pośrednio powiązane z bardzo popularną diagnozą, że w Polsce brakuje oszczędności, by finansować inwestycje. Tyle że de facto ten problem był poważny 10-15 lat temu, wtedy rzeczywiście inwestycji było więcej niż oszczędności, w efekcie czego generowaliśmy deficyt na rachunku bieżącym, bo trzeba było importować kapitał.

A oszczędności nam nie brakuje?

Niskie oszczędności to nie jest bariera dla inwestycji, bo gdyby tak było, to mielibyśmy nierównowagi zewnętrzne – np. nadmierny import w stosunku do eksportu, ale też np. wysokie stopy procentowe. Tymczasem mamy rekordową nadwyżkę handlową – w 2016 roku ponad 20 mld złotych, a realne stopy procentowe, tzn. po uwzględnieniu inflacji są dziś ujemne. Byłyby też problemy z finansowaniem przedsiębiorstw, czego firmy nie sygnalizują – GUS pyta je co miesiąc o bariery inwestycyjne i dostęp do finansowania. Moim zdaniem bariery dla zwiększonych inwestycji są gdzie indziej, częściowo rząd może je usunąć, a częściowo nie…

A gdzie pan je widzi?

Np. polityka spółek skarbu państwa – ogromna zmienność kadr i ingerencja polityków w ich działanie nie sprzyjają inwestycjom, a to jest spora część sektora dużych przedsiębiorstw.

A czy ma znaczenie, czy w tych spółkach siedzą ludzie od Ziobry czy od Morawieckiego?

Nie, ważne jest to, że siedzą tam na walizkach. Druga grupa barier to bariery regulacyjne, tzn. niepewność związana ze stanowieniem prawa. Weźmy zmiany z ostatnich dwóch lat: zakaz ekspansji sieci aptecznych, zakaz budowy wiatraków, zmiany interpretacji podatkowych… Te ostatnie zawsze były problemem, ale dziś to element walki o uszczelnienie systemu podatkowego. Niepewność regulacyjna jest większa niż kiedykolwiek i może generować zbyt niskie inwestycje. Wreszcie, problem polega na tym, że jesteśmy gospodarką opartą na małych i średnich przedsiębiorstwach.

To źle?

To jest piękna sprawa dla polityków, którzy rytualnie się do nich odwołują i nawet jakoś obiektywnie trzeba powiedzieć, że to jest wyraz przedsiębiorczości Polaków. Jak pojedziemy na Słowację, to widzimy lasy i piękne widoki, a za naszą granicą wszędzie budki z oscypkami i kożuchami, hotele i spa… Nie wszystkim to się podoba, ale taki jest obraz polskiego biznesu. Kłopot w tym, że małe firmy mniej inwestują.

Bo nie mają z czego?

Nie korzystają z efektów skali, dzięki której koszt wytworzenia produktu jest mniejszy, mają mniej wolnych funduszy na innowacje. Bo żeby wprowadzić innowacje, trzeba zaryzykować jakiś pieniądz, a zatem nie może on być zaangażowany w bieżący obrót. A żeby mieć nadwyżki, trzeba mieć wysokie marże, których one zazwyczaj nie mają, bo wysokie marże uzyskuje się głównie przez budowę marki, rozwój unikalnych technologii, czy monopol, np. patentowy, . Krótko mówiąc: oparcie gospodarki na MiS-iach (małych i średnich przedsiębiorstwach – red.) powoduje, że te inwestycje wcale nie są wysokie.

(...)

No to dalej: reindustrializacja.

To zupełne nieporozumienie. Na tle krajów OECD udział przemysłu w polskim PKB jest wysoki i albo rośnie, albo utrzymuje się na stałym poziomie, podobnie jak zatrudnienie. Jesteśmy krajem mocno zindustrializowanym – to nie Wielka Brytania, gdzie faktycznie doszło do finansjalizacji gospodarki i kraj ma kłopoty z przemysłem, a zwłaszcza z upadłymi regionami poprzemysłowymi.

I autorzy Strategii Odpowiedzialnego Rozwoju tego nie wiedzieli?

Rozumiem, że hasło to oznacza przede wszystkim budowę polskich firm przemysłowych, ale to jest nie tyle kwestia uprzemysłowienia, ile funkcjonowania polskich firm w sieciach budowania wartości dodanej. Chodzi o tzw. teorię zależności i podział świata na centrum i peryferie.

A konkretniej?

To chyba jest filar myślenia gospodarczego PiS i to ich też różni od PO. W wielu szczegółach różnice poglądów ekonomicznych przebiegają w poprzek podziałów partyjnych, ale tu podział jest klarowny. PO jest przekonana, że możemy – poprzez integrację ze strukturami zachodnimi – powoli zbliżać się do poziomu życia Europy Zachodniej. To miałby być proces liniowy, oparty na idei konwergencji: otworzymy granice, utrzymamy stabilną makroekonomię i regulacje, technologie napłyną, będziemy się ich uczyć, a produktywność kiedyś będzie taka jak w Niemczech.

Rozumiem, że PiS tego nie kupuje.

PiS wyznaje inną teorię, a mianowicie, że różnice wydajności między krajami wynikają nie tylko z uzbrojenia w kapitał, wiedzę czy kulturę organizacyjną, ale też z siły politycznej walki o interesy, z możliwości wspierania krajowych firm przez rząd. Widać tu ślady teorii dependystów czy teorii systemu-świata z jego podziałem na centrum i peryferie.

I kto jest bliżej rzeczywistości?

Uważam, że możemy się wciąż zbliżać do Zachodu bez wielkiego wysiłku politycznego; kiedyś pewnie uderzymy w szklany sufit, ale do tego jeszcze długa droga. Inna sprawa, że nawet u Wallersteina peryferie są w stanie awansować tylko wtedy, gdy centrum przechodzi kryzys, a peryferie wykorzystują uchylającą się szczelinę. To proces wymagający cierpliwości i czekania na okazję. I to się właściwie dzieje: kryzys w UE osłabił zachodnie firmy i np. polskie firmy meblarskie wykorzystały słabość finansową konkurentów zagranicznych, na przykład Nowy Styl przejął od czasów kryzysu kilka spółek zagranicznych. Jest też dużo firm, które zaczynają sprzedawać swoje produkty w branży finansowej.

Wypchniemy HSBC z City?

Nie, ale spójrzmy np. na branżę „zarządzania należnościami”, czyli na windykatorów. Ta branża bardzo się zmieniła w ostatnich latach i to już nie są smutni panowie, którzy w skórzanych kurtkach pukają do drzwi. Kultura tego biznesu jest dziś inna; jedna z polskich firm – Kruk –zaczęła rozwijać interes we Włoszech, gdzie dotąd zajmował się nim sektor bankowy, który dziś jest osłabiony kryzysem. To przykład sytuacji, w której słabość Zachodu generuje szansę dla nas.

Czyli jednak nie imitacja, a właśnie wykorzystywanie słabości centrum?

Zgadzam się, że istnieje podział na centrum i peryferie, ale peryferie nie mogą się zbliżyć do centrum poprzez konflikt z nim – na co gra PiS – tylko trzymać się blisko niego i wkładać stopę w drzwi zamiast iść na zwarcie.

Ale skoro nie imitacja, to w imię czego to zwarcie?

Rząd jest zapatrzony w model azjatycki: wysokie oszczędności, krajowe technologie, niezależność od zewnętrznego kapitału, silna wspólnotowość no i ostry kurs polityczny – bo przecież do lat 80. Korea Południowa była krajem autorytarnym. Tylko że Morawiecki patrzy na Azję i myśli: oszczędności krajowe, inwestycje i innowacje, za to Kaczyński myśli: twarda ręka i wspólnota narodowa.

To się może udać?

Wiele rzeczy nie przystaje do Polski, np. kultura i sposób organizowania administracji publicznej w Azji. W Chinach urzędnik historycznie był osobą o wysokim statusie, to część mandaryńskiej tradycji. U nas tradycja jest raczej rosyjska: urzędnik to trochę biznesmen, państwo deleguje na niego zadania, ale nie ma go za co utrzymać, więc pozwala mu, żeby zadbał o własne dochody…

krytykapolityczna.pl

sobota, 27 stycznia 2018


Badacze z Uniwersytetu w Cardiff zidentyfikowali co najmniej 47 kont powiązanych z rosyjskimi władzami, które wysłały 475 wiadomości dotyczących ataków, do których doszło w Wielkiej Brytanii. Autorzy analizy podkreślają, że zostały one udostępnione ponad 150 tys. razy, stając się zauważalnym elementem debaty publicznej w pierwszych godzinach po zamachach.

Zdaniem ekspertów publikowane treści były "elementem systematycznej kampanii skierowanej przeciwko Wielkiej Brytanii, mającej na celu zwiększenie szkód" wyrządzonych przez ataki przez podsycanie lęku i podziałów społecznych.

Jeden z tych wpisów - zamieszczony godzinę po majowym zamachu terrorystycznym w Manchester Arena, w którym zginęły 22 osoby - nawoływał do wprowadzenia zakazu praktykowania islamu i został udostępniony blisko 4 tys. razy. Inny pokazywał śmiejących się ludzi, sugerując fałszywie, że to muzułmanie świętujący czerwcowy atak terrorystyczny na London Bridge.

Analitycy podkreślili, że obserwowane przez ponad 136 tys. osób konto na Twitterze, na którym opublikowano oba powyższe wpisy, było prowadzone bezpośrednio przez pracowników finansowanej przez rosyjskie państwo Agencji Badań Internetu w Petersburgu.

Profesor Anthony Glees z Uniwersytetu w Birmingham ocenił, że jest "ewidentne, iż celem ich działań było zmylenie, a także zmobilizowanie i zradykalizowanie opinii publicznej w nadziei na wywołanie reakcji łańcuchowej, a nawet agresji na ulicach", w tym np. zamieszek przeciwko brytyjskiej mniejszości muzułmańskiej.

forsal.pl