sobota, 31 marca 2018


W lipcu przywódcy Polski, Węgier, Słowacji i Czech spotkali się z Netanjahu i stworzyli wspólne grupy ds. walki z terroryzmem i ds. współpracy technologicznej.

Izraelska prawica jest bardzo zainteresowana sojuszem z potencjalnie antysemickimi europejskimi prawicami na bazie wspólnego militaryzmu, ksenofobii, wiary w etniczny nacjonalizm. To jest ciekawe o tyle, że to pokazuje, jak bardzo instrumentalizowany jest zarzut antysemityzmu przez obecne izraelskie władze. Dla mnie to jest przerażające, bo oni się świetnie dogadają np. z obecnymi polskimi władzami, które pobłażają antysemitom pokroju Jacka Międlara.

No więc Polski rząd na pewno nie będzie bojkotować Izraela.

W bojkocie kluczowy jest fakt, że europejscy Żydzi, którzy zdominowali kulturę izraelską od samego początki, zawsze mieli marzenie o byciu częścią Europy, jej kulturalną, cywilizacyjną odnogą.

Izrael występuje w Eurowizji, grają w mistrzostwach Europy w piłkę nożną…

A Palestyna gra w mistrzostwach Azji. Przywiązanie Izraela do Europy jest bardzo ważne i może być źródłem nacisku. Weźmy izraelskie uniwersytety. Oczywiście, że pracuje tam wiele genialnych osób, ale także dysydenci i krytycy władz. Te uniwersytety są kluczową częścią okupacji. To tam się rozwija technologie wojskowe. Bojkot ekonomiczny ciężko jest oddolnie zorganizować, a ja nie mam wiary w żadne rządy, więc nie sądzę, żeby kiedyś udało się coś takiego wymusić.

Ale bojkot akademicki, kulturalny już tak – a to są rzeczy, które bardzo dotykają wygodnego życia elit inteligenckich, kulturalnych w Izraelu. I to może przymusić ludzi, żeby się chwilę zastanowili. Bo rzeczywiście nic innego nie działa.

(...)

Ostatnią wojnę w Gazie w 2014 r. poprzedziło ogromne napięcie w Jerozolimie. Jerozolima w ogóle nie jest przyjemnym miejscem do życia, tam można kroić powietrze nożem: protesty, ostentacyjne wycieczki nacjonalistów żydowskich… Do tego jest niemal tak uboga jak Gaza – 75 proc. osób żyje poniżej linii ubóstwa, bo palestyńska część jest tragicznie niedoinwestowana przez miasto.

Część ludności z Jerozolimy Wschodniej pracuje w Jerozolimie Zachodniej: jako kucharze, parkingowi, to są proste fizyczne prace. Tuż przed wybuchem ostatniej wojny izraelski rząd robił to, co robi nasz rząd, czyli nakręcał ekstremalnie ksenofobiczną atmosferę. I tak jak u nas nastąpiła cała seria pobić osób o innym kolorze skóry, tak w Jerozolimie też wylał się antypalestyński rasizm. Po głównej ulicy Jerozolimy zachodniej chodziły bandy młodych wyrostków, nacjonalistów żydowskich, które szukały Palestyńczyków wracających z pracy i biły ich, często na oczach przechodniów. Tego nikt nie widział wcześniej na taką skalę. Wtedy zaczęły się protesty, które trwały przez pół roku. Mało mediów o tym pisało. Wtedy pierwszy raz widziałam protesty, które miały szansę naprawdę zamienić się w powszechny ruch i być tą trzecią intifadą, o której wszyscy mówią średnio raz do roku, że za chwilę wybuchnie. Mnie się wręcz wydaje, że to była ta trzecia intifada, tylko że ona przeszła zupełnie niezauważona.

I wtedy było widać wyraźnie: im gorsza sytuacja mieszkańców, tym intensywniejsze protesty, im więcej aresztowań dzieci, porwań z domów i w drodze do szkoły, im więcej wizyt izraelskiego wojska i nocnych rajdów na dzielnice, im więcej zajmowanych domów i masowych aresztowań, ostrej amunicji czy nowych, testowanych pocisków, im więcej zamykania całych dzielnic – tym bardziej burzyli się ludzie.

Skoro mechanizm jest taki, jak zawsze: ksenofobia nakręca protesty, protesty dają pretekst do większej ksenofobii i tak dalej – aż do rozlewu krwi, to może trzeba liczyć na zmianę polityczną w Izraelu? Na przyjście władzy, która tę ksenofobię wyciszy i całkowicie zmieni nastawienie?

To by musiało pójść dużo dalej niż tylko zmiana rządu. To jest cały system państwowy, który tę ksenofobię utrwala. Podręczniki izraelskie są bardzo ksenofobiczne od dziesiątek lat, one pogłębiają uprzedzenia. Trzeba by było stworzyć warunki do zmiany tej arabofobicznej, islamofobicznej mentalności. Żeby dzieci się nie uczyły głupich stereotypów o Palestyńczykach. Zresztą w podręcznikach w ogóle nie ma Palestyńczyków, są Arabowie – nie uznaje się w ogóle ich tożsamości narodowej, są pasterzami, jeżdżą na wielbłądach, są przemocowi i brutalni. Utwierdzają te najgorsze stereotypy, podobnie jak szkolne sposoby przedstawienia palestyńskiej historii.

Poza tym większość ludzi w Izraelu ma bardzo ograniczony kontakt z Palestyńczykami. Mieszkają bardzo, bardzo blisko, ale ich kontakty to są albo sprzątaczki, albo budowlańcy na budowie w Tel Awiwie, z którymi nawet nie mają okazji porozmawiać. Więc nic dziwnego, że w Izraelu nie szykuje się żadna dogłębna polityczna zmiana. To społeczeństwo nie staje się coraz bardziej progresywne i liberalne, tylko raczej tak jak u nas, jest coraz bardziej prawicowe, zamknięte, islamofobiczne, coraz większy wpływ na wszystko ma religia. Niestety, to nie idzie w dobrą stronę.

krytykapolityczna.pl

wtorek, 20 marca 2018


Dziś centralne instytucje izraelskie są w Jerozolimie, a wszystkie ambasady w Tel Awiwie. Skąd to rozdwojenie?

Izrael od lat 50. traktuje Jerozolimę Zachodnią jako swoją stolicę – tam jest siedziba Knesetu, Sądu Najwyższego i inne rządowe budynki. W 1980 roku w Knesecie zostało uchwalone prawo o aneksji podbitej wcześniej wschodniej, palestyńskiej części miasta. Społeczność międzynarodowa nigdy nie uznała tej aneksji i oczekuje, że status Jerozolimy, prawdopodobnie jako stolicy dwóch państw, Izraela i Palestyny, będzie wynegocjowany w ostatniej fazie rozmów pokojowych. Na znak protestu przeciwko aneksji, która jest nielegalna wedle prawa międzynarodowego, wszystkie kraje utrzymują swoje ambasady w Tel Awiwie.

A za tym wszystkim stoi skomplikowana historia izraelskiego państwa…

Pod koniec XIX wieku, kiedy rodziła się koncepcja „powrotu” rozproszonych po świecie Żydów na tereny obecnego Izraela, czyli ruch syjonistyczny i jego nurty, koncepcje wokół Jerozolimy były bardzo różne. Niektórzy żydowscy intelektualiści chcieli, żeby Jerozolima była centrum duchowym Żydów świata, ale niekoniecznie stolicą formalnego państwa. Dla pionierów, pierwszych syjonistów, którzy przyjeżdżali do Palestyny, Jerozolima nie była aż tak ważna. To były osoby o poglądach raczej socjalistycznych, niereligijne. Państwo, które chcieli zbudować miało być socjalistyczne.

Ale było już wtedy wielu Żydów na całym świecie, którzy nie widzieli innego centrum państwowości niż Jerozolima.

Owszem, jako religijne, duchowe centrum, Jerozolima była zawsze ważna. Ale cała idea syjonizmu była taka, żeby zaprzeczyć wizerunkowi diaspory, który kształtowali antysemici: słabego Żyda, zepchniętego do getta, zamkniętego, kulturowo zacofanego, będącego słabą mniejszością. Izrael miał być państwem nowego hebrajskiego Żyda, silnego, często na plakatach wyglądającego wręcz jak aryjscy Niemcy: blondyna o niebieskich oczach, opalonego, na traktorze, pracującego na roli. To w niewielkim stopniu miało coś wspólnego z religią.

To odcięcie od religii nie do końca wyszło, sądząc po tym, jak wygląda dziś Izrael. Kiedy religia zaczyna decydować o losach Izraela?

Im bliżej powstania państwa, tym bardziej świeccy Żydzi, socjaliści, syjoniści mają problem z religijnymi Żydami, którzy nie chcą w ogóle rozmawiać o państwie. Wierzą, że Izrael może powstać dopiero po nadejściu mesjasza i nie wolno tego procesu przyspieszać poprzez ściąganie Żydów do Palestyny i tworzenie świeckiego państwa.

Ważne wydarzenia mają miejsce w przededniu przyjazdu Specjalnej Komisji ONZ ds. Palestyny, która miała zbadać sytuację na ziemiach i tuż przed planem ich podziału. Jeden z ojców założycieli państwa, Ben Gurion, zawiera wówczas układ z religijnymi Żydami. To była umowa, która symbolizuje wszystko, co się dzieje do dziś. Ben Gurion poprosił ich, żeby rozmawiając z komisją ONZ nie mówili, że nie chcą państwa. Ale w zamian za to obiecał, że jeśli to państwo powstanie, to będzie dbało o przestrzeganie religijnych nakazów.

Trochę tak jest do dziś – świeccy Izraelczycy z jednej strony potrafią wyrażać się bardzo pogardliwie o ortodoksyjnych Żydach, a z drugiej potrzebują ich i ich narracji.

A nie jest tak, że świeckie państwo w sumie potrzebuje religii, żeby uzasadnić swoje istnienie? No bo jeśli nie religia, to dlaczego w ogóle osiedlać się akurat na Bliskim Wschodzie?

Dokładnie tak jest. Religia stała się w którymś momencie podstawą roszczeń Izraela o prawie do tej ziemi. Partie polityczne, np. Likud, który jest u władzy, a który nie jest partią religijną, tylko konserwatywną, prawicową i bardzo nacjonalistyczną, wchodzi w sojusze z religijnymi ruchami, żeby uzasadnić prawo Żydów do całej ziemi między rzeką Jordan a Morzem Śródziemnym.

krytykapolityczna.pl

poniedziałek, 19 marca 2018


Kurz w puszce, zużyte testy ciążowe, a nawet sesje przytulania – jest coś, czego jeszcze nie wystawiono na sprzedaż?

Zdaje się, że wszystko już było. Widziałem nawet do kupienia wyżute gumy Britney Spears czy Baracka Obamy. Ale można też trafić na kubek, z którego pił mleko Justin Bieber, co też specjalnie mnie nie zaskakuje.

A jak pan to sobie tłumaczy?

Jestem wielkim wyznawcą prawa popytu i podaży, czyli jeśli ktoś chce kupić, to znajdzie się ktoś, kto daną rzecz sprzeda. Po drugie, nawet jeśli przedmioty będą mieć zerową wartość, to mogą stać się cenne za sprawą opowieści o nich.

Czyli płacimy za historie, a nie za rzeczy takie, jakimi one są?!

Absolutnie tak. Jest taki eksperyment, opisany w książce „Significant Objects” (Znaczące rzeczy). Rob Walker, dziennikarz „New York Timesa”, oraz Josh Glenn, autor bestsellerowej książki „Taking Things Seriously”, kupili na pchlich targach i garażowych wyprzedażach 200 przedmiotów, głównie bibelotów. Czego tam nie było: popielniczki, świnki-skarbonki, piłeczki golfowe... Płacili dokładnie tyle, ile chcieli sprzedający. Średnio za każdą z tych rzeczy dali 1,5 dol., czyli łącznie była to inwestycja rzędu 300 dol. Po czym rozdali te przedmioty swoim znajomym, ale tylko takim, którzy parają się opowiadaniem historii. Wśród nich byli pisarze, poeci, dziennikarze, copywriterzy. I poprosili ich o napisanie historii otrzymanego obiektu. „Nie wolno kłamać, ale można używać słów typu: prawdopodobnie, tak sądzę” – zastrzegali. Po czym wystawili te przedmioty plus opowieści o nich na aukcjach w sieci. Pozwolili ludziom płacić tyle, ile chcą, wnioskując – poniekąd słusznie – że różnica pomiędzy tym, co zapłacą za przedmiot z opowieścią, a tym, ile oni sami za niego dali, będzie ceną samej opowieści.

Ile zarobili?

8 tys. dol., co daje zwrot z inwestycji na poziomie 3200 proc., o ile dobrze liczę. Tyle dokładnie są warte historie.

forsal.pl

niedziela, 18 marca 2018


Ignacy Morawski: Wśród ekonomistów w Polsce, zwłaszcza tych zajmujących się polityką gospodarczą, dominuje przekonanie, że naszej gospodarce potrzebne jest szarpnięcie cuglami. Widać to i po prawej, i po lewej stronie spektrum – mówi się, że inaczej wpadniemy w „pułapkę średniego rozwoju”, która ma polegać z grubsza na tym, że relatywnie łatwo jest przejść z niskiego poziomu rozwoju do średniego, ale już kolejne szczeble pokonać jest coraz trudniej.

Dlaczego?

Wedle tej koncepcji najpierw wystarczy uruchomić proste rezerwy: przesunąć pracowników z rolnictwa do przemysłu, a potem do bardziej wydajnych usług, przyciągnąć kapitał, sprywatyzować firmy państwowe, itp. To wszystko wymaga nieraz trudnych decyzji politycznych, ale technicznie jest dość proste. Potem mają zaczynać się schody.

A tak nie jest?

Ja, jako jeden z pierwszych w Polsce, około 2010-11 roku opisałem badania tej tzw. pułapki, jakie pojawiły się na świecie, potem idea ta zaczęła się rozprzestrzeniać także u nas w kraju. Jest ona atrakcyjną bazą do formułowania efektownych strategii, ale w praktyce nie ma dowodów, że coś takiego w ogóle istnieje. Ryzyko, że kraj przestanie się w pewnym momencie rozwijać jest dość podobne bez względu na etap rozwoju, z tym zastrzeżeniem, że gospodarki wysoko rozwinięte są bardziej stabilne. Naprawdę rzadko się zdarza, żeby kraj bogaty zupełnie przestał się rozwijać – wyjątkiem są może Włochy, które pod względem produktywności i postępu technologicznego są w stagnacji.

Japonia też.

Nie, Japonia ma bardzo niski wzrost gospodarczy, ale wydajność produkcji wciąż tam rośnie, problem ma raczej charakter demograficzny. W każdym razie nie jest tak, żeby na „średnim” poziomie ryzyka stagnacji były większe niż na niskim czy – w przypadki Polski – dziś były większe niż 10 lat temu. To atrakcyjna formuła, jak ktoś chce wybrzmiewać w mediach, ale procesy gospodarcze są bardziej liniowe niż skokowe. Dość powoli przechodzimy od gospodarki prostych produktów, których konkurencyjność bazuje na taniej sile roboczej, do kraju innowacyjnego przemysłu i bardziej wyrafinowanych usług. Tak czy inaczej, zawarta także w Strategii Odpowiedzialnego Rozwoju diagnoza, że dziś trzeba „szarpnąć cuglami” może prowadzić do niekoniecznie najlepszych rekomendacji.

(...)

W swoim tekście w Ekonomii politycznej „dobrej zmiany”, obok repolonizacji banków wskazuje pan na inne, źle zdiagnozowane wyzwania: reindustrializację czy wyjście z zależności od kreowanych przez kraje centrum łańcuchów produkcji. Nie uważa pan, że to kwestie domagające się interwencji?

To po kolei. Jeśli chodzi o repolonizację, mam mieszane uczucia. Wiąże się ona bowiem z diagnozą, że problem z inwestycjami w Polsce wynika głównie z ograniczeń w dostępie do finansowania. To jest pośrednio powiązane z bardzo popularną diagnozą, że w Polsce brakuje oszczędności, by finansować inwestycje. Tyle że de facto ten problem był poważny 10-15 lat temu, wtedy rzeczywiście inwestycji było więcej niż oszczędności, w efekcie czego generowaliśmy deficyt na rachunku bieżącym, bo trzeba było importować kapitał.

A oszczędności nam nie brakuje?

Niskie oszczędności to nie jest bariera dla inwestycji, bo gdyby tak było, to mielibyśmy nierównowagi zewnętrzne – np. nadmierny import w stosunku do eksportu, ale też np. wysokie stopy procentowe. Tymczasem mamy rekordową nadwyżkę handlową – w 2016 roku ponad 20 mld złotych, a realne stopy procentowe, tzn. po uwzględnieniu inflacji są dziś ujemne. Byłyby też problemy z finansowaniem przedsiębiorstw, czego firmy nie sygnalizują – GUS pyta je co miesiąc o bariery inwestycyjne i dostęp do finansowania. Moim zdaniem bariery dla zwiększonych inwestycji są gdzie indziej, częściowo rząd może je usunąć, a częściowo nie…

A gdzie pan je widzi?

Np. polityka spółek skarbu państwa – ogromna zmienność kadr i ingerencja polityków w ich działanie nie sprzyjają inwestycjom, a to jest spora część sektora dużych przedsiębiorstw.

A czy ma znaczenie, czy w tych spółkach siedzą ludzie od Ziobry czy od Morawieckiego?

Nie, ważne jest to, że siedzą tam na walizkach. Druga grupa barier to bariery regulacyjne, tzn. niepewność związana ze stanowieniem prawa. Weźmy zmiany z ostatnich dwóch lat: zakaz ekspansji sieci aptecznych, zakaz budowy wiatraków, zmiany interpretacji podatkowych… Te ostatnie zawsze były problemem, ale dziś to element walki o uszczelnienie systemu podatkowego. Niepewność regulacyjna jest większa niż kiedykolwiek i może generować zbyt niskie inwestycje. Wreszcie, problem polega na tym, że jesteśmy gospodarką opartą na małych i średnich przedsiębiorstwach.

To źle?

To jest piękna sprawa dla polityków, którzy rytualnie się do nich odwołują i nawet jakoś obiektywnie trzeba powiedzieć, że to jest wyraz przedsiębiorczości Polaków. Jak pojedziemy na Słowację, to widzimy lasy i piękne widoki, a za naszą granicą wszędzie budki z oscypkami i kożuchami, hotele i spa… Nie wszystkim to się podoba, ale taki jest obraz polskiego biznesu. Kłopot w tym, że małe firmy mniej inwestują.

Bo nie mają z czego?

Nie korzystają z efektów skali, dzięki której koszt wytworzenia produktu jest mniejszy, mają mniej wolnych funduszy na innowacje. Bo żeby wprowadzić innowacje, trzeba zaryzykować jakiś pieniądz, a zatem nie może on być zaangażowany w bieżący obrót. A żeby mieć nadwyżki, trzeba mieć wysokie marże, których one zazwyczaj nie mają, bo wysokie marże uzyskuje się głównie przez budowę marki, rozwój unikalnych technologii, czy monopol, np. patentowy, . Krótko mówiąc: oparcie gospodarki na MiS-iach (małych i średnich przedsiębiorstwach – red.) powoduje, że te inwestycje wcale nie są wysokie.

(...)

No to dalej: reindustrializacja.

To zupełne nieporozumienie. Na tle krajów OECD udział przemysłu w polskim PKB jest wysoki i albo rośnie, albo utrzymuje się na stałym poziomie, podobnie jak zatrudnienie. Jesteśmy krajem mocno zindustrializowanym – to nie Wielka Brytania, gdzie faktycznie doszło do finansjalizacji gospodarki i kraj ma kłopoty z przemysłem, a zwłaszcza z upadłymi regionami poprzemysłowymi.

I autorzy Strategii Odpowiedzialnego Rozwoju tego nie wiedzieli?

Rozumiem, że hasło to oznacza przede wszystkim budowę polskich firm przemysłowych, ale to jest nie tyle kwestia uprzemysłowienia, ile funkcjonowania polskich firm w sieciach budowania wartości dodanej. Chodzi o tzw. teorię zależności i podział świata na centrum i peryferie.

A konkretniej?

To chyba jest filar myślenia gospodarczego PiS i to ich też różni od PO. W wielu szczegółach różnice poglądów ekonomicznych przebiegają w poprzek podziałów partyjnych, ale tu podział jest klarowny. PO jest przekonana, że możemy – poprzez integrację ze strukturami zachodnimi – powoli zbliżać się do poziomu życia Europy Zachodniej. To miałby być proces liniowy, oparty na idei konwergencji: otworzymy granice, utrzymamy stabilną makroekonomię i regulacje, technologie napłyną, będziemy się ich uczyć, a produktywność kiedyś będzie taka jak w Niemczech.

Rozumiem, że PiS tego nie kupuje.

PiS wyznaje inną teorię, a mianowicie, że różnice wydajności między krajami wynikają nie tylko z uzbrojenia w kapitał, wiedzę czy kulturę organizacyjną, ale też z siły politycznej walki o interesy, z możliwości wspierania krajowych firm przez rząd. Widać tu ślady teorii dependystów czy teorii systemu-świata z jego podziałem na centrum i peryferie.

I kto jest bliżej rzeczywistości?

Uważam, że możemy się wciąż zbliżać do Zachodu bez wielkiego wysiłku politycznego; kiedyś pewnie uderzymy w szklany sufit, ale do tego jeszcze długa droga. Inna sprawa, że nawet u Wallersteina peryferie są w stanie awansować tylko wtedy, gdy centrum przechodzi kryzys, a peryferie wykorzystują uchylającą się szczelinę. To proces wymagający cierpliwości i czekania na okazję. I to się właściwie dzieje: kryzys w UE osłabił zachodnie firmy i np. polskie firmy meblarskie wykorzystały słabość finansową konkurentów zagranicznych, na przykład Nowy Styl przejął od czasów kryzysu kilka spółek zagranicznych. Jest też dużo firm, które zaczynają sprzedawać swoje produkty w branży finansowej.

Wypchniemy HSBC z City?

Nie, ale spójrzmy np. na branżę „zarządzania należnościami”, czyli na windykatorów. Ta branża bardzo się zmieniła w ostatnich latach i to już nie są smutni panowie, którzy w skórzanych kurtkach pukają do drzwi. Kultura tego biznesu jest dziś inna; jedna z polskich firm – Kruk –zaczęła rozwijać interes we Włoszech, gdzie dotąd zajmował się nim sektor bankowy, który dziś jest osłabiony kryzysem. To przykład sytuacji, w której słabość Zachodu generuje szansę dla nas.

Czyli jednak nie imitacja, a właśnie wykorzystywanie słabości centrum?

Zgadzam się, że istnieje podział na centrum i peryferie, ale peryferie nie mogą się zbliżyć do centrum poprzez konflikt z nim – na co gra PiS – tylko trzymać się blisko niego i wkładać stopę w drzwi zamiast iść na zwarcie.

Ale skoro nie imitacja, to w imię czego to zwarcie?

Rząd jest zapatrzony w model azjatycki: wysokie oszczędności, krajowe technologie, niezależność od zewnętrznego kapitału, silna wspólnotowość no i ostry kurs polityczny – bo przecież do lat 80. Korea Południowa była krajem autorytarnym. Tylko że Morawiecki patrzy na Azję i myśli: oszczędności krajowe, inwestycje i innowacje, za to Kaczyński myśli: twarda ręka i wspólnota narodowa.

To się może udać?

Wiele rzeczy nie przystaje do Polski, np. kultura i sposób organizowania administracji publicznej w Azji. W Chinach urzędnik historycznie był osobą o wysokim statusie, to część mandaryńskiej tradycji. U nas tradycja jest raczej rosyjska: urzędnik to trochę biznesmen, państwo deleguje na niego zadania, ale nie ma go za co utrzymać, więc pozwala mu, żeby zadbał o własne dochody…

krytykapolityczna.pl

sobota, 27 stycznia 2018


Badacze z Uniwersytetu w Cardiff zidentyfikowali co najmniej 47 kont powiązanych z rosyjskimi władzami, które wysłały 475 wiadomości dotyczących ataków, do których doszło w Wielkiej Brytanii. Autorzy analizy podkreślają, że zostały one udostępnione ponad 150 tys. razy, stając się zauważalnym elementem debaty publicznej w pierwszych godzinach po zamachach.

Zdaniem ekspertów publikowane treści były "elementem systematycznej kampanii skierowanej przeciwko Wielkiej Brytanii, mającej na celu zwiększenie szkód" wyrządzonych przez ataki przez podsycanie lęku i podziałów społecznych.

Jeden z tych wpisów - zamieszczony godzinę po majowym zamachu terrorystycznym w Manchester Arena, w którym zginęły 22 osoby - nawoływał do wprowadzenia zakazu praktykowania islamu i został udostępniony blisko 4 tys. razy. Inny pokazywał śmiejących się ludzi, sugerując fałszywie, że to muzułmanie świętujący czerwcowy atak terrorystyczny na London Bridge.

Analitycy podkreślili, że obserwowane przez ponad 136 tys. osób konto na Twitterze, na którym opublikowano oba powyższe wpisy, było prowadzone bezpośrednio przez pracowników finansowanej przez rosyjskie państwo Agencji Badań Internetu w Petersburgu.

Profesor Anthony Glees z Uniwersytetu w Birmingham ocenił, że jest "ewidentne, iż celem ich działań było zmylenie, a także zmobilizowanie i zradykalizowanie opinii publicznej w nadziei na wywołanie reakcji łańcuchowej, a nawet agresji na ulicach", w tym np. zamieszek przeciwko brytyjskiej mniejszości muzułmańskiej.

forsal.pl

Łącznie pomiędzy 2000 a 2015 r. liczba godzin przepracowanych rocznie przez młodych mężczyzn spadła aż o 12 proc. Naturalnym wytłumaczeniem jest spadek popytu na pracę, a w szczególności na takie jej rodzaje, które najczęściej świadczą młodzi mężczyźni. I rzeczywiście: w przemyśle oraz w zawodach z większym udziałem czynności rutynowych, a także w budownictwie w wielu stanach zatrudnienie się zmniejszyło. Tyle że spadek popytu wyjaśnia zaledwie niewielki procent zaobserwowanego spadku zatrudnienia młodych mężczyzn.

Problemem zajęli się Mark Aguiar (Princeton), Mark Bils (University of Rochester), Kerwin Kofi Charles oraz Erik Hurst (obaj z Chicago University), a odpowiedzi szukali we wzorcach aktywności. W badaniach nazywanych „budżetami czasu”, które dostępne są w USA niemal co roku, reprezentatywna populacja deklaruje rodzaje czynności, którym poświęca czas, np. dojazdy do pracy, sprzątanie, gotowanie i zakupy, opieka nad dziećmi, praca czy uczenie się – a także wypoczynek, czyli przyjemne sposoby spędzania wolnego czasu (kino, czytanie dla przyjemności itp.; czas snu i higieny osobistej zliczany jest osobno). Dzięki takim danym można prześledzić dokładnie wzorce spędzania czasu i zmiany w nich.

Okazało się, że młodzi mężczyźni w USA zwiększyli ilość czasu poświęcanego na przyjemności średnio o ok. 2,3 godz. w tygodniu, podczas gdy czas pracy zawodowej spadł o średnio 2,5 godz. Spowolnienie gospodarcze i kryzys przejawiły się m.in. tym, że wzrosła ilość czasu spędzanego na edukacji i poszukiwaniu pracy, średnio o 1,1 godz., lecz głównie kosztem opieki nad dziećmi oraz prac domowych. W przypadku młodych mężczyzn przyjemność zastąpiła pracę, a poszukiwanie pracy i edukacja – prace domowe. Wzorce spędzania czasu starszych mężczyzn (w wieku 31–55 lat) oraz kobiet w tym samym wieku nie uległy podobnym zmianom.

Cóż takiego robią w czasie wolnym ci młodzi mężczyźni? W kategorii „wypoczynek” mieści się oglądanie telewizji i filmów, socjalizowanie, fitness, jedzenie, a także... rekreacyjny komputer oraz gry. Okazuje się, że to wzrost czasu spędzonego na rekreacyjnym komputerze i grach wyniósł aż 1,9 godz. tygodniowo. To 82 proc. całego wzrostu czasu wolnego. W przypadku młodych kobiet i starszych mężczyzn przyrost czasu spędzonego na grach komputerowych i wideo był niewielki.

forsal.pl

Dzisiaj niezadowolenie z globalizacji zasila falę populizmu w Stanach Zjednoczonych i innych zaawansowanych gospodarkach, rządzonych przez polityków, którzy mówią swoim wyborcom, że system jest niesprawiedliwy wobec ich krajów. W USA prezydent Donald Trump twierdzi, że amerykańscy negocjatorzy porozumień handlowych zostali wystrychnięci na dudka przez negocjatorów z Meksyku i Chin.

Jak coś, co miało nam wszystkim się przysłużyć, zarówno w krajach rozwiniętych, jak i rozwijających się, mogło niemal wszystkim tak bardzo obrzydnąć? W jaki sposób porozumienia handlowe mogą być nieuczciwe wobec wszystkich jego stron?

Dla ludzi z krajów rozwijających się tezy Trumpa – podobnie jak on sam – są po prostu śmieszne. Stany Zjednoczone same napisały przecież zasady i stworzyły instytucje globalizacji. W niektórych z tych instytucji, na przykład w Międzynarodowym Funduszu Walutowym, Ameryka nadal ma prawo weta, pomimo że jej rola w globalnej gospodarce się zmniejszyła (rola, którą jak się wydaje, Trump poprzysiągł pomniejszyć jeszcze bardziej).

Dla ludzi takich jak ja, którzy pilnie obserwują negocjacje handlowe od ponad ćwierć wieku, jest jasne, że negocjatorzy z ramienia USA dostali większość tego, czego chcieli. Problem polegał na tym czego chcieli. Ich cele zostały ustalone, za zamkniętymi drzwiami. Przez korporacje. To były cele napisane przez i dla wielkich międzynarodowych firm, kosztem pracowników i zwykłych obywateli na całym świecie.

Rzeczywiście, niektórym się wydaje, że pracownicy, których zarobki spadały, a miejsca pracy znikały, to po prostu „ofiary transformacji”, niewinne, acz nieuniknione ofiary bezlitosnego marszu postępu gospodarczego. Ale istnieje także inna interpretacja: jednym z celów globalizacji było celowane osłabienie siły przetargowej pracowników. Korporacje chciały tańszej siły roboczej – nieważne jakimi środkami zdobytej.

(...)

Istnieją trzy odpowiedzi na globalne niezadowolenie z globalizacji. Pierwszą nazwijmy strategią Las Vegas. Polega on na podwojeniu stawki i postawieniu na globalizację w formie, którą miała ona w ciągu ostatniego ćwierćwiecza. To niebezpieczny hazard. Jest to stawianie na skompromitowaną politykę z przeszłości, której klęski potwierdzono licznymi dowodami (jak ekonomia „skapywania” – trickle-down economics) i opiera się na nadziei, że jakimś sposobem w przyszłości któraś z nich zadziała.

Druga odpowiedź to Trumpism: odcinamy się od globalizacji z nadzieją, że to jakoś przywróci świat, którego już nie ma. Ale protekcjonizm nie zadziała. Na całym świecie zmniejsza się liczba miejsc pracy przy produkcji, po prostu dlatego, że wzrost produktywności przewyższył wzrost popytu.

(...)

Istnieje też trzecie podejście: ochrona społeczna bez protekcjonizmu. To rodzaj podejścia zastosowany przez kraje skandynawskie. Wiedziały one, że jako małe kraje muszą pozostać otwarte. Wiedziały jednak również, że takie otwarcie wystawi na szwank interes ich pracowników. Dlatego kraje te musiały mieć umowę społeczną, która pomogła pracownikom przekwalifikować się ze starych rodzajów pracy na nowe, w okresie przejściowym udzielając im pewnego wsparcia.

krytykapolityczna.pl

piątek, 26 stycznia 2018


KB: A czy nauka przyszłości pójdzie w kierunku odpowiedzi na odwieczne pragnienie nieśmiertelności?

MF: Niektórzy uważają, że można zapewnić nieśmiertelność poprzez przepisywanie całej naszej wiedzy na maszynę. Nie do końca tak jest, bo receptory, które odbierają wrażenia zmysłowe, również są elementem całego układu przetwarzania informacji. Zatem technologiczna puszka, w której zamkniemy nasze wspomnienia, nie będzie tożsama ze świadomością charakterystyczną dla żywego człowieka. Kiedy ja myślę o śmierci – a każdy starszy człowiek o niej myśli – najstraszniejszy wydaje się fakt, że nie będzie już mojego świata. Dla mnie świat się skończy. Choć będzie trwał, to przestanie istnieć. Utrata świadomości w śmierci wydaje mi się najstraszniejsza, ale nie sądzę, żebyśmy byli w stanie czymś zastąpić naszą świadomość. Uważam, że istnienie człowieka to czas od narodzin do śmierci, czas ograniczony, a w stosunku do trwania Wszechświata to nie jest nawet mrugnięcie okiem. I pojawia się pytanie, czy to już jest wszystko, co mogliśmy dla tego świata zrobić. Tu wkraczamy w pole naszych świadomych działań. Jesteśmy w stanie mocno ingerować w życie osobiste i ogromnie w świat, który nas otacza i z którym jesteśmy ściśle związani.

KB: I być może, mając świadomość ograniczonego czasu na ziemi, człowiek tak dalece w ten świat ingeruje.

MF: To prawda. Dzisiejszy świat nijak się ma do świata w czasach, kiedy formował się nasz genom i rodziła nasza świadomość. Nasz genom formował się 3 mln lat temu, a współczesny świat zaczęliśmy budować zaledwie 100 lat temu. Genom, czyli nasza biologia, za tym światem nie nadąża. Próbuje, ale nie jest w stanie zareagować na tak szybkie zmiany. Mnie szczególnie trapi problem edukacji. Nasz sposób edukowania ludzi jest XIX-wieczny, a mamy XXI w. (...) Uważam, że nie mamy dzisiaj pomysłu, jak przekazywać wiedzę naukową. Istnieje „doktor Google” i każdy, kto ma zasięg w smartfonie, doraźnie sięga po informacje. Fizyki wciąż uczy się na poziomie XIX w. Fizycy mówią, że nie można o mechanice kwantowej opowiadać w szkole. A dziś cała fizyka jest oparta na mechanice kwantowej! Powinniśmy być w stanie nauczyć więcej niż 100 lat temu, ale z jakiegoś powodu w dziedzinie edukacji i rozwoju społecznego doszliśmy do ściany. Znajdujemy się w zamkniętej, malutkiej, europejskiej bańce. Czasem nam się wydaje, że świat niewiele się zmienił, lecz zmienił się nadzwyczajnie. Biologia może tutaj tylko bezradnie rozłożyć ręce.

KB: A może odpowiedzią jest integracja nauk, interdyscyplinarność?

MF: Jestem kiepsko wykształcona w dziedzinie matematyki i fizyki. Kończyłam studia w 1958 r. i wtedy sobie nie wyobrażano, że biologowi taka wiedza może być potrzebna. Mam teraz młodszych kolegów, którzy są często po studiach informatycznych, potrafią programować – i to też są biolodzy. W ciągu 60 lat nauki przyrodnicze zrozumiały, że potrzebują nauk ścisłych. Dzięki temu nauka się nie kończy – zawsze będą do rozwiązania jakieś problemy, bardziej lub mniej podstawowe. A czy we wszystkich naukach dojdziemy do ściany, o której mówi Krzysztof Meisner? Uważam, że skoro fizyka do niej doszła, to podobny los czeka wszystkie nauki ścisłe. I co się wtedy stanie? Nie wiem. Może będzie się musiała cofnąć do wyjaśniania jakichś dodatkowych szczegółów albo będzie musiała opisywać w sposób bardziej zintegrowany to, co się dzieje wokół nas. Dziś integracja nauk wydaje się głównym celem w naukach przyrodniczych i ścisłych. W mojej dziedzinie nie ma już pojedynczych odkryć. Nie ma geniusza, który dokonałby odkrycia porównywalnego z mendlowskim (że to geny decydują o dziedziczeniu). Ważnych i ciekawych odkryć – przykładowo dotyczących fal grawitacyjnych – dokonują zespoły liczące nawet tysiące ludzi. Oczywiście pojedyncze nazwiska firmują projekty i odbierają Nagrodę Nobla. Zresztą nienadążającą za współczesnością, bo nie wiadomo, według jakiej metody wybrać tego najważniejszego spośród tysięcy ludzi, którzy uczestniczą w odkryciu, zarówno od strony technologiczno-inżynieryjnej, jak również od strony koncepcji teoretycznej czy interpretacji wyników. Moim zdaniem nauka zmierza w kierunku wielkiej integracji różnych specjalizacji, a biologia – na przykład ku poszukiwaniu genów związanych z chorobami psychicznymi. To są prace, w których biorą udział setki osób i dziesiątki pracowni. Powstaje coś w rodzaju zbiorowego umysłu. Nie mogę powiedzieć, że zbliżamy się do końca badań naukowych. Będą one trwały, dopóki jest człowiek, dopóki ma mózg i chce współpracować, z innymi ludźmi i z inteligentnymi maszynami. A jakie będzie sobie stawiał pytania? Nie umiem powiedzieć. Natomiast dziś wiadomo, że największym wyzwaniem jest kwestia mózgu: jak on działa, na czym polega i dlaczego galaretowata substancja, której kilogram w sobie nosimy, jest tak niezwykła strukturalnie i funkcjonalnie.

KB: Ale wydaje się, że złożoność systemu nauki nie przybliża, a czasem wręcz oddala od odpowiedzi na pytania podstawowe.

MF: Niewykluczone, że pomogą nam maszyny, które pozwolą na szybszą analizę, integrację, dezintegrację, syntezę i spojrzenie z szerszej perspektywy. Trudno dziś stwierdzić, ile naszych naukowych zadań przejmą. Pozostaje pytanie, czy wtedy w ogóle będzie potrzebny ludzki mózg. A przecież jego używanie, np. w pracy badawczej, to wielka przyjemność.

magazynterazpolska.pl

Z uwagi na fakt, iż, jak pisał amerykański uczony Tuan Yi-Fu: „Przestrzeń jest bogactwem naturalnym, które zapewnia zamożność i siłę (...). Na całym świecie jest symbolem siły i prestiżu. Możny człowiek zajmuje więcej przestrzeni niż mniej możne istoty (...). Przestrzeń, która jest dla wszystkich zwierząt potrzebą biologiczną, dla człowieka jest również potrzebą psychologiczną, społecznym produktem ubocznym, a nawet atrybutem duchowym”, konflikty o charakterze przestrzennym są stałym elementem społecznej aktywności człowieka. Siła implikuje zdolność do sprawowania kontroli lub wywierania wpływu na innych, a kontrola nad przestrzenią jest rezultatem siły. Relacje i związki pomiędzy siłą a przestrzenią można obserwować we wszystkich geograficznych skalach. W domach rodzice kontrolują przestrzeń swoich dzieci, w przypadku małych dzieci tworząc bariery fizyczne, uniemożliwiające im dostęp do niektórych niebezpiecznych urządzeń. W przypadku starszych dzieci kontroluje się ich przestrzeń poprzez wywieranie presji psychicznej, ograniczanie obszaru, po którym mogą się one poruszać i bawić. Narzucane ograniczenia w wykorzystywaniu przestrzeni są więc doświadczeniem każdego człowieka od najmłodszych lat i występują w ciągu całego ludzkiego życia. Są więc dostrzegalne w skali jednostkowej.

W skali ponadjednostkowej - społecznej, także istnieją wyraźne związki pomiędzy władzą (siłą) a organizowaniem przestrzeni. Kontrola nad terytorium jest jedną z głównych prerogatyw władz lokalnych i rządów, które są odpowiedzialne za politykę przestrzenną, stanowiącą element kształtowania przestrzeni i kontroli nad człowiekiem jako członkiem społeczeństwa. W niektórych społeczeństwach rządowa kontrola nad przestrzenią jest środkiem restrykcyjnym, służącym do wykluczenia pewnych grup społecznych, a wyróżnienia innych. Do lat dziewięćdziesiątych w Republice Południowej Afryki polityka apartheidu ograniczała możliwość swobodnego przemieszczania się i osiedlania ludności czarnej, która nie stanowiła pełnoprawnego członka wspólnoty politycznej.

I wreszcie w stosunkach międzypaństwowych można dostrzec, iż kontrola nad przestrzenią jest jednym z często wykorzystywanych środków wobec przeciwników. Kraje, które zostaną pokonane w wojnie, muszą zrzec się swojej władzy nad określonym terytorium, a w niektórych przypadkach nawet przekazać całą władzę nad swoim terytorium w ręce przeciwnika.

Jakub Potulski - Wprowadzenie do geopolityki

czwartek, 25 stycznia 2018


Duże rozwarstwienie ekonomiczne w brytyjskim społeczeństwie nie jest zjawiskiem ani nowym, ani dziwnym. Kraj, zachowujący od setek lat strukturę klasową, zbudowany na mocnym rozdźwięku między arystokracją a klasą pracującą, pozostaje jednym z tych miejsc na świecie, gdzie przywileje i dysproporcje majątkowe są niezwykle wyraźne. Ekskluzywne i drogie szkolnictwo prywatne, dziedziczenie wpływów politycznych i ekonomicznych, posiadanie kilku mieszkań oraz posiadłości za miastem to wciąż codzienność dziesiątek tysięcy Brytyjczyków urodzonych w bogatszych rodzinach.

Na drugim biegunie społecznym sytuacja wygląda inaczej. Niemal dekada rządów Partii Konserwatywnej, połączona z wieloletnią nieudolnością laburzystów, którzy w pewnym momencie przestali bronić interesów najuboższych, doprowadziła do tego, że odsetek populacji w ubóstwie stał się w Wielkiej Brytanii jednym z najwyższych w Europie.

Według najnowszych statystyk, zaprezentowanych niedawno przez Fundację im. Josepha Rowntree, wiodący brytyjski think tank zajmujący się polityką społeczną i sprawami socjalnymi, ponad milion Brytyjczyków, w tym przeszło 312 tys. dzieci, żyje dzisiaj w nędzy. Najbardziej narażone na problemy materialne są rodziny imigrantów, wobec których wsparcie publiczne zredukowano w ostatnich kilku latach najbardziej. Niewiele lepiej wygląda sytuacja osób starszych, powyżej 65. roku życia, oraz, co może dziwić, nastolatków w wieku 15-19 lat. Na przykładzie tej ostatniej grupy łatwo zobrazować konsekwencje dekady oszczędności w sektorze publicznym i redukowania roli państwa w społeczeństwie, co było przez lata obsesją ekonomicznego ideologa torysów George’a Osborne’a. Coraz mniejsze nakłady na edukację publiczną, wstrzymanie programów i szkoleń mających stymulować zatrudnienie wśród młodych, którzy nie decydują się iść na studia, oraz izolacja ekonomiczna wielu części kraju (głównie przemysłowej północy) od londyńskiej metropolii zahamowały i tak małą mobilność społeczną. W dodatku galopujące jak nigdzie indziej na kontynencie ceny wynajmu mieszkań spowodowały eksmisje wielu rodzin.

Jedną z najwymowniejszych ilustracji tego zjawiska był krótki film dokumentalny wyemitowany rok temu przez Channel 4, w którym 19-letnia Alice opowiadała o życiu jej rodziny po eksmisji. Matka, samotnie wychowująca Alice i młodszą córkę, straciła pracę w sektorze publicznym w Bath w wyniku cięć wprowadzonych przez tamtejsze władze lokalne, wywodzące się z Partii Konserwatywnej. Szybko utraciła też płynność finansową i musiała opuścić mieszkanie, wynajmowane od ponad dwóch dekad od tego samego właściciela. Alice, która w tym samym czasie dostała się na lokalny uniwersytet, znalazła się z rodziną na ulicy dosłownie w przeddzień inauguracji roku akademickiego. Dokument pokazuje, jak młoda studentka geografii wraca codziennie do ciasnego pokoju w jednym z hosteli, do którego rodzina przeniosła się po przymusowej eksmisji. Dziewczyna łamiącym się głosem opowiada o dziesiątkach wymówek przed koleżankami, które chcą odwiedzić ją w domu. Duma nie pozwala jej się przyznać do trudnej sytuacji finansowej. Jednak znajomi mogli się domyślić natury problemów Alice, gdy zaczęła regularnie dojadać niedokończone przez nich posiłki w uniwersyteckiej stołówce.

tygodnikprzeglad.pl

Atmosfera anglofońskiej polityki jest gęsta od burżuazyjnego oburzenia. W Ameryce tak zwany liberalny establishment jest przekonany, że padł ofiarą politycznego rabunku w wykonaniu żałosnych „deplorables” („godnych pożałowania”, jak Hillary Clinton nazywała wyborców Trumpa). To ich rzekomo Władimir Putin obrócił w oręż polityczny przy wsparciu jakichś mrocznych machlojek Facebooka.

W Wielkiej Brytanii rozsierdzona burżuazja też robi wielkie oczy, że poparcie dla opuszczenia Unii Europejskiej w zamian za XIX-wieczną brytyjską splendid isolation („chwalebną izolację”) wcale nie spada, mimo że proces brexitowania zszedł na psy.

Może się zakręcić w głowie od tego, jak szeroki jest zakres analizy sytuacji. Fala wojującej zaściankowości po obu stronach Atlantyku jest tłumaczona pod każdym wyobrażalnym kątem: psychoanalitycznie, kulturowo, antropologicznie, estetycznie i oczywiście za pomocą polityki tożsamości. Jedyne ujęcie, o którym w zasadzie się szeroko nie dyskutuje, a kryje klucz do zrozumienia obecnej sytuacji, to perspektywa wojny klasowej, którą wypowiedziano przeciwko biednym pod koniec lat 70. i która trwa nieustająco do dziś.

Całą historię można wyczytać z dwóch danych z 2016 roku (rok Trumpa i Brexitu), które nawet najbystrzejsi establishmentowi analitycy sumiennie ignorują. Według Banku Rezerw Federalnych ponad połowa rodzin w Stanach Zjednoczonych nie spełniała warunków pozwalających wziąć kredyt na najtańsze nowe auto na rynku (Nissan Vera sedan, cena: 12.825 dol.). W tym samym czasie w Wielkiej Brytanii ponad 40 proc. rodzin musiało wziąć kredyt albo skorzystać z banku żywności, żeby mieć co jeść lub zaspokoić podstawowe potrzeby.

(...)

Nie chcąc wydusić słowa o tym, że w ogóle trwa nasilająca się wojna klasowa, elity brną bez końca w teorie spiskowe o rosyjskim mataczeniu, o nagłym wybuchu spontanicznej mizoginii, o fali imigrantów, buncie maszyn i tak dalej. Chociaż te wszystkie obawy są wyraźnie skorelowane z nastrojami bojowej zaściankowości, które napędzają Trumpa i Brexit, ale schodzą na plan dalszy wobec głębokiej przyczyny: wojny klasowej przeciwko biednym, której wycinek widać w danych na temat przystępności samochodów w USA i uzależnieniem dużej części Brytyjczyków od kredytów.

Oczywiście Trumpa i Brexit popierali też niektórzy stosunkowo zamożni wyborcy. Ale to poparcie wynikało w dużej mierze z lęku związanego z tym, że obserwowali jak niższe klasy społeczne pogrążają się w otchłani rozpaczy i uświadamiali sobie, że przyszłość ich własnych dzieci rysuje się w coraz ciemniejszych barwach.

Dwadzieścia lat temu ci sami liberalni komentatorzy pielęgnowali utopijną wizję, w której zglobalizowanie kapitalizmu finansowego miało przynieść większości ludzi dobrobyt. Gdy kapitał w skali światowej zaczął osiągać coraz wyższe stopnie koncentracji i z coraz większą wrogością obchodził się z tymi, którzy majątku nie posiadali, komentatorzy ci oświadczyli, że wojna klasowa się skończyła.

krytykapolityczna.pl