piątek, 12 stycznia 2018


„Człowieka sowieckiego” cechuje skłonność do podążania za autorytetem państwa w ocenie rzeczywistości, biorąca się z nieufności i lęku wobec wszystkiego, co obce i nieznane, oraz z przekonania o własnej bezsilności i niemożności wpływu na otaczającą rzeczywistość – stąd już tylko krok do braku poczucia odpowiedzialności za nią. Tłumiona agresja, zrodzona przez chroniczne niezadowolenie z życia, dojmujące poczucie niesprawiedliwości i niemożności samorealizacji oraz zawiść przeradzają się w fascynację siłą i przemocą oraz skłonność do „identyfikacji negatywnej” – poprzez opozycję wobec „wroga” lub „obcego”. Osobowości takiej właściwe jest quasi-plemienne podejście do norm moralności i prawa (to, do czego mają prawo „swoi”, potępiane jest u „obcych”).

Powyższe cechy przekładają się na skłonność do samoizolacji i wiarę w czarno-biały, stereotypowy, konfrontacyjny obraz świata, serwowany przez kremlowską propagandę. „Człowiek sowiecki” cierpi na syndrom imperialny i projektuje na samego siebie dokonania przeszłych pokoleń, co napełnia go poczuciem wyższości wobec innych narodów. Funkcję kompensacyjną pełnić ma w tym kontekście wiara w szczególną, cywilizacyjną tożsamość Rosji, opartą na niedemokratycznym systemie wartości. Władza państwowa staje się dla niego gwarantem porządku i punktem odniesienia dla tożsamości narodowej. Może on doświadczać poczucia własnej wartości jedynie poprzez utożsamienie się z państwem, szczególnie w chwilach próby, mobilizacji całej wspólnoty przeciw wspólnemu wrogowi, co skutkuje podatnością na retorykę militarystyczną. Osobowością o takich cechach łatwo kierować i manipulować, ale też jest ona z natury inercyjna, odporna na zmiany.

"Uzależnieni od konfliktu. Wewnętrzne uwarunkowania antyzachodniej polityki Kremla." OSW 2017

Jeśli chodzi o radykalną prawicę, to aż do niedawna była ona zmarginalizowana. Do końca lat 30. niemal cała prawica albo stała się faszystowska, albo przed faszyzmem skapitulowała. Późniejsza klęska Hitlera owiała faszyzm złą sławą. Radykalna prawica straciła swój potencjał, a sukces socjaldemokratycznego, „regulowanego kapitalizmu” już wkrótce stał się podstawą dla lewicowo-postępowej hegemonii. Kryzys powojennego konsensusu za sprawą globalizacji, która pozwoliła biznesowi wypowiedzieć go dla zysku, przyspieszył nadejście nowej epoki neoliberalizmu, który dążył do wycofania się państw z przyjaznych światu pracy rozwiązań z przeszłości, zachowując potencjał wzrostu poprzez dług, zarówno publiczny, jak i prywatny. Jak stało się dziś jasne, kryzys neoliberalizmu z 2008 roku rozpoczął okres niepokojów i niepewności, w którym zbyt wielu ludzi ma zbyt małe szanse na dające status klasy średniej miejsca pracy znane z okresu powojennego – i ten właśnie okres przywrócił radykalnej prawicy jej moc i znaczenie. W końcu to jedyny nurt, który może powiedzieć – zgodnie z prawdą – że nie miał nic wspólnego z całym powojennym systemem społeczno-gospodarczym. Jedyny, który może zaprezentować się jako nowy i świeży.

Ta nowa radykalna prawica najpierw urosła w siłę w Europie Wschodniej. Za sprawą gorliwości, z jaką tamtejsze społeczeństwa powitały kapitalizm po upadku ustroju socjalistycznego, wzrost znaczenia takiej prawicy nie jest bardzo zaskakujący. Nie stawiając żadnego oporu, nawet wschodnioeuropejskie związki zawodowe przyczyniły się do tego, że rodzący się kapitalizm stał się wybitnie nieznośny. Ja sam pamiętam, jak wysoki rangą menadżer Procter&Gamble mówił mi w 1991 roku, że jego firma spodziewała się twardych negocjacji z NSZZ Solidarność, gdy firma zbudowała w Polsce pierwszą fabrykę, ale związek od początku dał korporacji carte blanche – którego P&G nawet nie chciała – zakładając, że prywatni właściciele z pewnością lepiej zaopiekują się robotnikami, niż robił to właściciel państwowy. Europa Wschodnia wcześniej niż inne regiony doświadczyła kryzysu neoliberalizmu, gdyż nie był on tam zbudowany na bazie socjaldemokratycznego kapitalizmu, lecz stanowił jedyną jego formę, jakiej region zaznał po roku 1989. Związki broniące robotników przed kapitalizmem nie stały się słabsze po roku 1989; były raczej słabe od samego początku. Słabe związki, skojarzenie lewicy z opresyjną władzą partii komunistycznej i wynikający z tego kult kapitalizmu jako „wroga naszego wroga” stworzyły ostatecznie żyzny grunt dla pojawienia się silnej antydemokratycznej prawicy.

Chociaż nowe partie prawicy – PiS w Polsce i Fidesz na Węgrzech to najważniejsze przykłady – zawsze podkreślają swój antykomunizm, uporczywie sięgały po głosy tych, którzy tęsknią za kolektywistycznym etosem, jaki zapewniał państwowy socjalizm. W swojej kampanii prezydenckiej z 2010 roku Jarosław Kaczyński mówił życzliwie o czasach Gomułki, będących szczytowymi latami tzw. narodowego komunizmu. Fidesz zdobył pełnię władzy na Węgrzech w roku 2010, PiS zaledwie pięć lat później. Choć obydwie ekipy doszły do władzy w ramach systemów parlamentarnych sankcjonowanych przez Unię Europejską, zobowiązanych przestrzegać praw mniejszości politycznych, promować w publicznej sferze pluralizm i wynosić profesjonalizm ponad lojalności partyjne, najbardziej charakterystyczną cechą ich rządów – najsilniej przywodzącą na myśl klasyczne praktyki bolszewików – jest konsekwentny wysiłek na rzecz skonsolidowania całej władzy we własnych rękach. Opozycję wykluczono z kluczowych komisji, zamieniono media publiczne w tuby propagandowe rządu, sądy odarto z niezależności i forsowano zmieniające ustrój ustawy bez publicznej dyskusji. Drastyczne manipulacje granicami okręgów w połączeniu z nową ordynacją wyborczą pozbawiły opozycję szansy realnego konkurowania w wyborach na Węgrzech, PiS grozi tym samym w Polsce.

krytykapolityczna.pl

Według międzynarodowego badania przeprowadzonego przez firmę Aon Hewitt, tylko 25 proc. pracowników na świecie jest bardzo zaangażowana w swoją pracę, a 39 proc. – „średnio”. Pozostali z 5 milionów przebadanych pracowników to osoby słabo zmotywowane, które nie są w stanie wykrzesać z siebie energii ani pomysłów.

W Polsce aż 52 proc. pracowników nie czuje się zaangażowanych w wykonywaną pracę. O największym spadku zaangażowania w pracę od lat mówi badanie Aon Best Employers, przeprowadzone na grupie blisko 72 tysięcy respondentów ze 119 polskich firm. Mimo, że obecnie mamy rekordowo niskie wskaźniki bezrobocia od początku lat 90., jakość wykonywanej pracy pogarsza się. Najbardziej spadło poczucie lojalności pracowników w stosunku do pracodawcy bo aż o 4 p. p. w stosunku do roku poprzedniego – z 59 proc. na 55 proc. O 3 p. p. obniżyły się także pozytywne myślenie i mówienie o firmie, w której pracujemy – z 59 proc. na 56 proc. oraz chęć działania i rozwoju w firmie – z 51 proc. na 48 proc.

Aż 74 proc. respondentów uznało, że ich wynagrodzenie nie jest adekwatne do ich wkładu w wykonywaną pracę.

"Pracownicy przychodząc do nowej firmy mają wysokie poczucie zaangażowania, które wynika z samego faktu rozpoczynania nowego etapu w życiu zawodowym. Niestety po jakimś czasie zaczynają odczuwać brak zainteresowania ze strony przełożonego, czują, że nie są wystarczająco ważni i docenieni w oczach pracodawcy, zarówno w kontekście wynagrodzenia, jak i pozafinansowych aspektów. Nie czują się też częścią sukcesów firmy. Dlatego ich lojalność drastycznie spada i odchodzą, a firma wpada w błędne koło zmagania się z niedoborem pracowników" – wyjaśnia Magdalena Warzybok, Talent Director w Aon Hewitt. - "Mamy też coraz większe oczekiwania, dlatego świadczenia pozafinansowe, takie jak karnety na basen, fitness czy do centrów medycznych nie robią już na nas wrażenia. To już nie benefit od pracodawcy i karta przetargowa w rekrutacji, a podstawowy wymóg kandydatów do pracy" – dodaje.

Problemem jest nie tylko samopoczucie pozbawionych motywacji pracowników, spędzających 8 godzin dziennie w miejscu, które ich nie inspiruje. Ich niezadowolenie przekłada się na tempo wzrostu gospodarki: firmy, w których zaangażowanie pracowników jest małe, często zmieniają zespół, borykają się z większą liczbą urlopów na żądanie i brakiem satysfakcji ze strony klientów. Konsekwencje są łatwe do przewidzenia: słabo rozwijające się przedsiębiorstwa prowadzą do spadku krajowego dobrobytu, a tym samym do pogorszenia się średniego standardu życia.

forsal.pl

czwartek, 11 stycznia 2018


48 metrów wysokości, 26 tys. miejsc paletowych i 2,2 tys. ton stali zużyte na budowę obiektu. Tak w skrócie można opisać magazyn wysokiego składowania, który na początku września uruchomiła spółka Amica we Wronkach. Całość kosztowała 60 mln zł. To unikatowa inwestycja, nie tylko w Polsce, ale i na świecie. (...)

Budowla ma 48 metrów i może zmieścić 220 tys. sztuk dużych wyrobów AGD. Komputer doskonale wie, w którym miejscu jest każdy towar, nawet po numerze seryjnym. Dziennie może obsłużyć 30 tys. sztuk towaru na wejściu i 36 tys. sztuk na wyjściu. Obiekt zabezpiecza logistykę spółki Amica do 2021 roku, ale przewidziana jest możliwość jego rozbudowy. (...)

W magazynie nie ma ogrzewania, a światło jest zgaszone. Nie pracuje w nim żaden pracownik, jedynie operator nadzoruje prawidłową pracę systemów. W obiekcie nie ma wypadków, a towar jest przenoszony przez pięć 44 metrowych ruchomych ramion. W weekendy magazyn nie bierze urlopów. Jest tak zaprogramowany, aby w tym czasie optymalizował ułożenie towaru pod zlecenia na kolejny tydzień.

strefainwestorow.pl

Bitcoin to najpopularniejsza z kryptowalut, czyli walut, których fundamentem jest specjalny kod elektroniczny. Liczba bitcoinów jest odgórnie ograniczona i nie może przekroczyć 21 mln, a każda podzielona jest na 100 mln mniejszych – nazwanych satoshi. Działanie kryptowalut oparte jest na technologii blockchain. To rejestr, do którego dopisywana jest każda transakcja. Dostęp do niego ma każdy i jest on gwarantem przejrzystości i uczciwości systemu. Żeby dana transakcja została do blockchainu dopisana, musi zostać zaakceptowana przez „górników”, czyli osoby zajmujące się wykopywaniem bitcoinów. Kopanie polega na dostarczaniu przez nich do sieci bitcoin mocy obliczeniowej, pozwalającej na jej funkcjonowanie. Dotąd wykopano już niemal 17 mln bitcoinów, a wykopanie kolejnych wymaga coraz większej mocy (...).

Jak wyjaśnia Janusz Zieliński w jednym z artykułów na portalu Bithub.pl, żeby używać bitcoinów, wystarczy zainstalować na komputerze odpowiedni program albo skorzystać z usług portali, które pozwalają na utworzenie osobistego portfela bitcoin. – (...) Użytkownik posiada powiązane ze sobą dwa klucze: publiczny i prywatny. Adres portfela bitcoin generowany jest z klucza publicznego, a do autoryzacji transakcji wymagany jest klucz prywatny. (...) Gdy Alice chce przelać bitcoiny Bobowi, dodaje do nich klucz publiczny Boba oraz podpis własnego klucza prywatnego. Kolejny krok to ogłoszenie transakcji w sieci. Kiedy sieć uzna, że cyfrowe podpisy i liczba bitmonet są poprawne, przelew zostanie zaakceptowany. Ostatnim etapem transakcji jest dodanie informacji o niej do bloku, który już na zawsze zostanie przypisany do Blockchaina – tłumaczy Zieliński. Za bitcoiny można kupić już właściwie wszystko – artykuły spożywcze, auta, nieruchomości, a nawet bilety lotnicze (wystarczy zgłosić się do internetowego brokera).

Korzystanie z kryptowalut jest szybkie, bezpieczne i nie generuje dodatkowych kosztów. Nie płacimy prowizji, nie kosztuje nas przewalutowanie. Prawdziwie rewolucyjną ich cechą jest zaś to, że czynią one zbędnymi (potencjalnie) nie tylko waluty tradycyjne, lecz także banki centralne czy w ogóle banki (a na pewno marginalizują ich znaczenie). Dlaczego? Kryptowaluty funkcjonują bez pośredników, bo gwarantem są inni użytkownicy sieci. Kryptowaluty dają więc prawdziwą finansową niezależność.

forsal.pl

środa, 10 stycznia 2018


Kluczową rolę w wepchnięciu I Rzeczpospolitej w stan zależności i niedorozwoju miała postawa jej elit oraz celowe działania przez nie podejmowane. Szlachta – bo o nią tu chodzi – nie dążyła oczywiście świadomie do zepchnięcia swojego państwa na bocznicę historii, realizowała jednak swoje interesy materialne w sposób, który do tego doprowadził. Dlatego na jej określenie używam terminu „elita kompradorska”, zaczerpniętego z badań nad kolonializmem w Ameryce Łacińskiej.

Rozwój gospodarki folwarcznej na terenach I Rzeczypospolitej wraz ze wszystkimi tego konsekwencjami – pańszczyzną, niedorozwojem miast i mieszczaństwa, osłabieniem rodzimej produkcji proto-przemysłowej, mizerną pozycją rodzimego kupiectwa itp. – był wynikiem świadomych i celowych działań szlachty, która widziała możliwość realizacji swoich interesów raczej we współpracy z obcymi ośrodkami gospodarki kapitalistycznej niż z resztą własnego społeczeństwa. Bardzo konsekwentnie i zdecydowanie walczyła też ze wszystkimi przejawami nowoczesności i była w tym tak zaciekła, że gdy w wieku osiemnastym młodzi szlachcice zaczęli przywozić oświeceniowe idee ze swoich podróży na zachód kontynentu, w Sejmie zgłoszono projekt prawa zakazującego takich podróży (a pamiętamy, jak niechętnie szlachta odnosiła się do wszelkich zakazów i nakazów nakładanych na jej „złotą wolność”; jest to jeden z bardzo nielicznych przypadków, gdy szlachta sama z siebie proponuje ograniczenie swojej wolności, widać jednak, że czyni to w obronie swojego interesu klasowego). Ci, którzy dzisiaj propagują polskość, odwołując się do kultury sarmackiej i szukając w niej inspiracji dla rozwiązywania współczesnych problemów społecznych i politycznych, konsekrują właśnie tradycję odpowiedzialną za zacofanie i peryferyzację Polski. Kto chce temu przeciwdziałać, powinien tego rodzaju postawy aktywnie zwalczać.

praktykateoretyczna.pl

Dodajmy do tego fakt, że w siedemnastym czy osiemnastym wieku miarą przestrzeni był czas potrzebny na jej pokonanie: Francja liczyła na przykład trzy tygodnie z południa na północ i tyle samo ze wschodu na zachód, przypomina Pobłocki. Z tego powodu geometryczną dysproporcję terytorialną między Prusami, rozciągniętymi wzdłuż Morza Bałtyckiego stanowiącego dogodny, szybki i doskonale opanowany szlak komunikacyjny, a Rzeczpospolitą, sięgającą daleko na ukraińskie stepy i pozbawioną choćby jednej rzeki płynącej ze wschodu na zachód, trzeba przemnożyć przynajmniej kilku-, jeśli nie kilkunastokrotnie. Jak argumentowałem w Fantomowym ciele króla, jednym z istotnych powodów upadku I Rzeczypospolitej był jej terytorialny rozrost niekorespondujący ani ze zdolnościami organizacyjnymi jej włodarzy, ani z zasobami politycznymi, społecznymi oraz materialnymi, jakimi dysponowali. Gdyby w szesnastym wieku polskie elity, zamiast przeć na Wschód w celu maksymalizacji indywidualnych korzyści kilku magnackich rodów (ziemia, jak uważa sam Pobłocki, zawsze była źródłem bogactwa), przytuliły swój kraj bardziej do Bałtyku i wzmocniły politykę morską (Polska od 1635 do 1918 roku nie posiadała marynarki wojennej), historia mogłaby potoczyć się inaczej. Możliwe, że bardziej kompaktowe państwo złożone z Wielkopolski, Małopolski, Mazowsza oraz Pomorza (z niewielkimi przyległościami), prowadzące bardziej trzeźwą i mniej życzeniową politykę, nigdy nie zniknęłoby z mapy, nawet gdyby utrzymało zarówno pańszczyznę, jak i swój osobliwy ustrój polityczny.

Ogólnie rzecz biorąc, monokauzalne strategie eksplikacyjne typu „wszystko przez pańszczyznę” albo „wszystko przez liberum veto” mają mały sens nie tylko ze względu na konfigurację różnych czynników w tym konkretnym przypadku, ale także z bardziej zasadniczego powodu: w świecie ludzkim bardzo niewiele zjawisk – jeśli w ogóle jakiejkolwiek – ma jedną przyczynę.

praktykateoretyczna.pl

Wacquant, posługując się przejętymi od Bourdieu pojęciami prawej (nadzorująco-karzącej) i lewej (opiekuńczo-wspierającej) ręki władzy, świetnie pokazuje, że w realnym sprawowaniu władzy przez neoliberalne rządy nigdy nie chodziło o osłabienie, a już na pewno nie o zniszczenie władzy państwowej, aby w ten sposób uwolnić potencjał rynku, ale o transfer władzy z lewej ręki do prawej. Państwo neoliberalne nie jest wcale słabsze, ani nie wpływa mniej na relacje społeczne niż państwo dobrobytu, które zastąpiło. Sprawuje po prostu w inny sposób inny rodzaj władzy. Jej efekty są też inaczej rozłożone klasowo, co Wacquant ilustruje, odwołując się do metafory centaura: neoliberalne rządy są eleganckim i miłym biznesmenem ubranym w garnitur na górze, czyli dla klas wyższych, a bezwzględną bestią kopiąca kopytami na dole – dla klas niższych. W obu przypadkach realizują prerogatywy władzy, a neoliberalny kapitalizm jest – tak jak wszystkie inne warianty kapitalizmu – ściśle zarządzany i organizowany przez państwo.

praktykateoretyczna.pl

wtorek, 9 stycznia 2018


Co nastąpi po kapitalizmie?

Frase rysuje cztery scenariusze, z których najciekawszym (co nie znaczy, że najkorzystniejszym dla większości ludzi) jest tzw. rentieryzm. Rentieryzm to według autora przyszłość, w której gospodarka produkuje tyle dóbr i usług, że starczyłoby dla wszystkich (skutek powszechnej robotyzacji), ale kontrolę nad tym majątkiem utrzymuje niewielka elita. Tę kontrolę sprawuje ona nie przez fizyczne posiadanie robotów, ale przez prawa do oprogramowania, które ich obsługuje. Nie wystarczy bowiem mieć najnowocześniejszego robota na świecie. Bez oprogramowania, które mu powie, jak zrobić pasztecik czy umyć podłogę, jest bezużyteczny. A własność oprogramowania można zabezpieczyć prawem autorskim i wówczas każdy, kto będzie chciał za pomocą robota zrobić pasztecik i umyć podłogę, będzie musiał zapłacić tantiemy właścicielom oprogramowania.

A żeby mieć pieniądze na tantiemy, trzeba je zarobić. Problem polega na tym, że w przyszłości, w której roboty są powszechne i wykonują większość prac, niewielu ludzi jest potrzebnych. Większość z dostępnych miejsc pracy to zawody wspierające rządzącą elitę, takie jak programiści piszący oprogramowania dla komputerów, prawnicy pracujący nad ściganiem tych, którzy korzystają z oprogramowania i nie płacą, oraz policjanci trzymający stanowiącą większość biedotę w ryzach.

Rentieryzm to stagnacja, bo masy są biedne, więc nie stać ich na to, by cokolwiek kupować. O tym, że ten scenariusz jest najbardziej prawdopodobny z czterech zaproponowanych przez Fasera, świadczy to, w jaki sposób już teraz elita zabezpiecza swoje prawa za pomocą praw autorskich.

Na przykład w 2013 roku w sprawie Bowman kontra Monsanto Co. amerykański Sąd Najwyższy podtrzymał wyrok skazujący Vernona Bowmana, farmera ze stanu Indiana, który został uznany winnym złamania patentów należących do wielkiego koncernu zajmującego się agrobiznesem Monsanto. Jego „zbrodnia” polegała na tym, że zasiał genetycznie zmodyfikowane ziarna soi (zmodyfikowane w taki sposób, by zwalczać chwasty), które zostały mu z zeszłego roku. Tymczasem rolnicy, którzy chcą hodować zmodyfikowana żywność, zobowiązują się, że co roku będą kupować nasiona od firmy hodowlanej. Wyrok potwierdził, że koncern może zmusić farmerów do tego, by co roku kupowali od niego nowe ziarna (bo ma patent na modyfikacje genów, które zawierają). (...)

Rentieryzm jest tylko jednym z możliwych scenariuszy. Innym jest system przypominający socjalizm, w którym wytworzone bogactwo jest rozdzielane między wszystkich obywateli za pomocą czegoś w rodzaju dochodu podstawowego (co ciekawe w Polsce niedawno wprowadzono coś takiego, ale tylko dla tych, którzy posiadają dzieci – czyli o program 500 plus). Wydaje się być to rozsądnym pomysłem.

Problem polega na tym, że danie wszystkim ludziom pieniędzy pozwalających na przeżycie sprawia, że ich siła negocjacyjna na rynku pracy zdecydowanie się poprawia (w obecnej sytuacji większość ludzi ma de facto przymus pracy – bo bez pracy nie będzie w stanie zgromadzić środków na przeżycie). Zdaniem Fraze`a to nie podoba się elitom, które wykazują silny opór przeciwko takim pomysłom.

Powinny jednak to rozważyć, bo kolejnym możliwym scenariuszem jest ekstremizm. W takiej przyszłości mamy bogactwo wynikające z powszechnej robotyzacji, ale nie mamy egalitaryzmu. Bogaci mieszkają w ufortyfikowanych enklawach, a reszta wegetuje w ubóstwie (...). W tym scenariuszu zubożałe masy stanowią ciągle zagrożenie dla niewielkiej elity. Oczywiście może ona próbować przekupić „plebs”, oferując im część swojego bogactwa w zamian za spokój. Takie postępowanie naraża ich jednak na niekończącą się litanię żądań. Autor konkluduje, że elity w którymś momencie mogą dojść do wniosku, że najlepszym rozwiązaniem problemu zubożałych mas będzie ich eksterminacja.

obserwatorfinansowy.pl

Gospodarka Chin jest wciąż mniejsza niż gospodarka USA, a chińska armia, choć szybko "nabiera muskulatury, wypada blado" przy amerykańskiej, ale ekonomia i siły zbrojne to nie wszystko. Trump jest mniej potężnym człowiekiem niż Xi, ponieważ ma "wąskie, transakcyjne podejście do cudzoziemców i wydaje się niezdolny do wdrożenia w kraju swego programu" - pisze "Economist".

W ocenie tygodnika to, że Xi ma większy wpływ na świat niż prezydent USA, zwiastuje zły obrót rzeczy i "świat powinien się mieć na baczności".

Prezydent najpotężniejszego kraju świata "jest słabszy w kraju i mniej skuteczny za granicą niż którykolwiek z jego niedawnych poprzedników"; w dużej mierze dlatego, że gardzi "wartościami i sojuszami, które stanowią podbudowę amerykańskich wpływów" - konstatuje "Economist".

Tymczasem przywódca największego autorytarnego państwa świata cieszy się szacunkiem, rządzi prawie równie silną ręką jak Mao Zedong, a jego kraj jest kołem zamachowym światowej gospodarki - wylicza tygodnik.

forsal.pl

poniedziałek, 8 stycznia 2018


Najpierw, w 1992 roku, w Czechach pojawia się Verlagsgruppe Passau, która wydaje ukazujący się w 71 regionalnych mutacjach dziennik Deník i tabloid Šip plus ponad ćwierć setki czasopism. Dwa lata później Rheinisch-Bergische Druckerei- und Verlagsgesellschaft z Düsseldorfu kupuje większość udziałów w spółce Mafra, wydającej dwa wiodące czeskie dzienniki: Mladą fronta DNES i Lidové noviny.

Z kolei Verlagsgruppe Handelsblatt, także z Düsseldorfu, w 1994 roku przejmuje Economię – wydawnictwo drukujące ekonomiczny dziennik Hospodářské noviny oraz tygodnik Ekonom.

Wreszcie w 2010 roku zuryski dom mediowy Ringier łączy się z berlińskim wydawnictwem Axel Springer. Ringier jest na czeskim rynku już od 1991 roku. Wszedł tam – wtedy jeszcze do Czechosłowacji – z tygodnikiem ekonomicznym Profit. Rok później zaczyna wydawać tabloid Blesk, który od 2002 jest najlepiej sprzedającą się czeską gazetą. Potem kupuje jeszcze tygodnik Reflex i dziennik Sport. Z chwilą fuzji wszystkie one stają się w połowie niemieckie.

To się zaczyna zmieniać w 2006 roku, kiedy Zdeňek Bakala – jeden z czeskich magnatów, siódmy na liście najbogatszych Czechów według Forbesa, właściciel kopalni węgla kamiennego OKD i ČMD, kupuje tygodnik Respekt. Dwa lata później przejmuje wydawnictwo Economia, a z nim dwa wymienione wyżej, najważniejsze tytuły ekonomiczne w kraju.

W 2013 roku tym samym tropem idzie Andrej Babisz, numer dwa z listy Forbesa, właściciel rolno-spożywczego koncernu Agrofert, który kupuje Mafrę. I choć się zarzeka na zdrowie dzieci i wnucząt, że nie będzie ingerować w pracę redaktorów, mało kto mu wierzy. I słusznie, jak się okaże po czterech latach, kiedy wycieka nagranie, jak instruował dziennikarza jednej z gazet, co ma pisać o jego przeciwnikach.

Bo Babisz w przeciwieństwie do Bakali jest nie tylko biznesmenem, ale i politykiem – szefem założonego przez siebie ruchu politycznego ANO 2011 („ano” znaczy po czesku „tak”, ale w tym wypadku to akronim Sojuszu Niezadowolonych Obywateli). Jeszcze w 2013 roku staje się wicepremierem i ministrem finansów Czech.

Kolejny rok, kolejna zmiana. Z medialnego pejzażu znika Ringier Axel Springer, a pojawia się Czech News Center. Właścicielami spółki już nie są Szwajcarzy i Niemcy, lecz Czesi: Daniel Křetínský (numer sześć na czeskiej liście Forbesa), który przejmuje połowę akcji, Patrik Tkáč i Roman Korbačka.

Wreszcie w 2015 roku do czeskich rąk wraca prasa lokalna. Kupuje ją spółka Penta Investments, wprawdzie zarejestrowana na Cyprze, ale należąca do Marka Dospivy (czeski nr osiem u Forbesa).

(...)

I tak na czeskim rynku medialnym, przynajmniej na jego opiniotwórczym odcinku, nie ma już chyba żadnego znaczącego inwestora z Niemiec. Poza wydawnictwem Hubert Burda Media z Offenburga, którego czeska córka Burda Praha wydaje kilkanaście magazynów, jak Chip czy ELLE.

O czym to świadczy? – Czeskie media opanowane przez superbogatych przedsiębiorców okazują się czymś o wiele gorszym, niż gdy były w rękach zagranicznych – mówi dyrektor New York University w Pradze, politolog Jirzí Pehe. – Czescy oligarchowie mają bowiem swoje polityczne i handlowe interesy, a to jest niestety widoczne w ich mediach – dodaje. Jego zdaniem różnorodność i jakość mediów w Czechach wyraźnie się obniżyły.

dw.com