piątek, 5 stycznia 2018


Istnienie fal grawitacyjnych przewidział już Albert Einstein w ogólnej teorii względności opublikowanej 20 marca 1916 roku. Jednak po raz pierwszy udało się je zaobserwować dopiero 14 września 2015. Wówczas dotarły do Ziemi fale grawitacyjne wywołane przez zderzenie dwóch czarnych dziur (jedna o masie 29, a druga 36 mas Słońca), oddalonych od nas o 1,3 miliarda lat świetlnych. Tuż przed zderzeniem zbliżały się one do siebie z prędkością równą połowie prędkości światłą (150 000 kilometrów na sekundę). Powstała czarna dziura 62 razy cięższa niż Słońce - brakujące 3 masy Słońca to energia wypromieniowanych fal grawitacyjnych. Jako że fale grawitacyjne rozchodzą się z prędkością światła, to kiedy zdarzył się ten kosmiczny kataklizm, na naszej planecie żyły tylko prymitywne organizmy jednokomórkowe.

(...)

Fale te powstają zawsze, gdy jakaś masa przyspiesza – zarówno w przypadku wykonującego piruet łyżwiarza, jak i pary okrążających się nawzajem czarnych dziur. Gdy taka fala przenika przez Ziemię, wszystko na niej minimalnie zmienia swoje wymiary. Jednak nawet fale wytwarzane przez czarne dziury są tak słabe, że Einstein uważał ich wykrycie za niemożliwe. W rzeczywistości okazało się to "tylko" bardzo trudne – potrzeba było pary ogromnych interferometrów laserowych, oddalonych od siebie o 3 tysiące km, aby wykryć zmianę długości interferometrów, tysiące razy mniejszą od rozmiarów jądra atomowego. Każdy z detektorów (jeden w stanie Waszyngton, drugi – w Luizjanie) ma dwa tunele w kształcie litery L. Długość takiego tunelu to 4 kilometry. W ich wnętrzu odbijają się wiązki laserowa, a odpowiednia aparatura sprawdza, czy długość jednego ramienia nie zmieniła się w stosunku do drugiego. Zwykle wyniki pomiaru są takie same – chyba, że fala grawitacyjna odkształci czasoprzestrzeń.

naukawpolsce.pap.pl

czwartek, 4 stycznia 2018


W powiecie brasławskim panowała bieda. Gorzej. We wsiach i w miasteczkach szerzyła się prawdziwa nędza. Taka, która uczciwych ludzi pozbawia dachu nad głową, a nawet najbardziej pracowitych doprowadza do bankructwa, zwieńczonego licytacjami resztek dobytku. Osadniczka Zofia Pujszowa każdego dnia obserwowała, jak jej sąsiedzi tracą dorobek życia. Wszyscy toną w pożyczkach, które wzięli parę lat temu, gdy koniunktura zdawała się zwyżkować. Myśleli, że dzięki zastrzykowi gotówki unowocześnią swoje gospodarstwa, wybiją się, dorobią. Kredyty brali, gdy za jedną krowę dostawali kilkaset złotych. Teraz ta sama krasula była warta ledwie kilkadziesiąt. Skąd wziąć wobec tego pieniądze na kolejną ratę, gdy komornik łomocze do drzwi?

7 stycznia 1933 Zofia usiadła, wzięła głęboki oddech i zaczęła dyktować. „Najukochańszy Nasz Wodzu” – brzmiały pierwsze słowa jej listu. Zdesperowana kobieta, nie widząc innej nadziei, postanowiła błagać o pomoc najważniejszą osobę w państwie – Józefa Piłsudskiego. W głowie jej się nie mieściło, że Marszałek mógłby wiedzieć o nadużyciach aparatu państwowego i o sytuacji wsi polskiej. Przecież nie pozwoliłby na traktowanie chłopów w ten sposób! Biedna mieszkanka Brasławszczyzny uznała, że gdy wytłumaczy Wodzowi, co się dzieje, ten z pewnością zareaguje. I przebędzie z pomocą, zupełnie jak w roku 1918, gdy ważyły się losy polskiej niepodległości.

W liście opowiadała o tym, że rolnicy, chcąc sprzedać płody swojej ziemi, muszą uiszczać bandyckie opłaty za wjazd na plac targowy. Państwo wydzierżawiało rynki, a najemcy nie mieli litości – czy ktoś wiózł 300 kilogramów, czy 13 musiał wysupłać taką samą opłatę. Agronomowie jeździli na wieś, uczyć chłopów nowoczesnego prowadzenia gospodarstwa, a ci prości ludzie nie mieli za co utrzymać tego, które już posiadali. Nawet jeśli hodowali i sprzedawali zwierzęta, to za doskonale odchowane dostawali śmieszne pieniądze, w żaden sposób nie rekompensujące nakładu sił i środków.

Zofia Pujszowa przytaczała własny przykład. Porządnie utuczyła wieprza i sprzedała. W międzyczasie zdążył on pożreć paszy za 100 złotych, jako prosię kosztował 5, za możliwość sprzedania go na rynku gospodyni musiała zapłacić 50 groszy i jeszcze drugie tyle za świadectwo pochodzenia… Za dorosłego wieprza dostała tymczasem śmieszne 35 złotych, czyli równowartość sześciu litrowych butelek wódki! Za dużo, by od razu szykować się na konanie z głodu, za mało by normalnie żyć. Chyba zostawało tylko wziąć te sześć butelek wódki i zapić się na śmierć.

(...)

Kryzys trwał w niepodległej Polsce właściwie permanentnie, odkąd tylko kraj odzyskał niepodległość w listopadzie 1918 roku. Ziemie, które złożyły się na odrodzoną Rzeczpospolitą. leżały na głębokich i zupełnie zaniedbanych peryferiach trzech wymęczonych konfliktem imperiów. Kraj był w opłakanym stanie. Przez niemal 90% terytorium, jakie weszło w skład państwa, przetoczyły się działania wojenne, ze wszystkimi tego skutkami, a na 25% ziem toczyły się zacięte walki pozycyjne.

Nie sposób zliczyć ograbionych i spalonych wiejskich zabudowań, „ewakuowanych” przez zaborców maszyn, fabryk i wykwalifikowanych specjalistów. Tereny rolnicze zostały zrujnowane, a taktyka spalonej ziemi stosowana przez wycofujące się wojska oraz niczym nieograniczany rabunek pogłębiały jeszcze tragizm sytuacji. Żołnierze, chcąc wyżywić się na terenach swoich działań, prowadzili brutalne rekwizycje, zabierając zboże, siano, bydło, nierogaciznę i konie.

(...)

Polska odzyskująca niepodległość w 1918 roku nie była jednym i jednolitym państwem, raczej kawałkami zupełnie różnych krajów sklejonymi nagle w jeden, z różną siecią transportu, walutą, prawodawstwem, a nawet różnymi systemami miar i wag. Radość z zakończenia po 123 latach zaborów mieszała się w Polakach z niepokojem o najbliższą przyszłość własnej rodziny.

Zatarcie różnic gospodarczych pomiędzy trzema zaborami i stworzenie jednolitego rynku wewnętrznego stanowiło zadanie godne Syzyfa. Przede wszystkim należało właściwie zbalansować różne gałęzie przemysłu i wytwórczości oraz stworzyć na nowo wymianę handlową pomiędzy poszczególnymi częściami Polski. Dotąd na przykład produkcja rolna z Wielkopolski i urobek z kopalni węgla na Śląsku wędrowały na zachód, gdzie pochłaniał je rynek niemiecki, a to, co wydobyły galicyjskie rafinerie, do Austro-Węgier. Teraz wszystko miało pozostać w kraju. I tylko nikt do końca nie wiedział, jak teorię przekuć w praktykę.

twojahistoria.pl

To jedna z najbardziej niezrozumiałych historii związanych z tzw. ustawami dezubekizacyjnymi. Zarówno tą z roku 2009, jak i obecną. W trakcie ich przygotowywania mieliśmy do czynienia z radosną twórczością ustawodawcy, wyszukującego instytucje i formacje, które miałyby „służyć na rzecz totalitarnego państwa”. Gdyby skutkiem tych poszukiwań nie były tragedie ludzkie, można by to traktować jako kolejną aberrację polskiej prawicy, kolejne ideologiczne wzmożenie policji historycznej, ulokowanej w Instytucie Pamięci Narodowej (bo tzw. fachowcy z IPN tworzyli owe listy potępionych instytucji). Jako pewien eksperyment społeczny, dzięki któremu lepiej możemy zrozumieć minione epoki szaleństw ideologicznych, polowania na wrogów, fałszowania historii. Ale to się dzieje naprawdę.

Jedną z instytucji, w których służba skutkuje odebraniem emerytury, jest Zwiad WOP, komórka dawnych Wojsk Ochrony Pogranicza. Ustawodawca uznał ją za działającą na rzecz totalitarnego państwa, choć nie do końca nawet wie dlaczego. Jaką odpowiedź otrzymali emeryci Straży Granicznej, gdy zwrócili się do prezesa IPN o wyjaśnienie, dlaczego Zwiad WOP został uznany za formację działającą na rzecz totalitarnego państwa? Że były dwa artykuły dotyczące struktury i organizacji Zwiadu WOP i w nich zawarte są informacje na temat kwalifikowania tej służby.

Oto résumé jednego z tych tekstów: „Analiza przedstawionych w artykule normatywów regulujących zadania i kompetencje Zwiadu WOP wskazuje w sposób niebudzący wątpliwości, że nie była to formacja o charakterze czysto policyjnym lub wojskowym, zajmująca się jedynie zwalczaniem przemytu lub kontrolą ruchu granicznego albo ochroną nienaruszalności granic.

Zwiad WOP był ważnym elementem w systemie organów bezpieczeństwa, stworzonym głównie w celu ochrony totalitarnego reżimu narzuconego Polsce w 1944 r., a jego działalność do 1990 r. – podobnie jak MBP, SB, WSW – wiązała się z »łamaniem praw człowieka i obywatela na rzecz komunistycznego ustroju totalitarnego«.

Zwiad WOP podporządkowano w zakresie pracy operacyjnej Departamentowi II MSW, a system kontroli ruchu granicznego skonstruowano tak, by przede wszystkim zaspokoić potrzeby operacyjne MSW związane ze zwalczaniem opozycji politycznej, Kościoła i innych związków wyznaniowych oraz działalności wywiadowczej na rzecz NATO czy wykrywaniem przemytu »wrogiej« literatury”.

Zgodnie z tą logiką drogówka w PRL była po to, żeby kontrolować samochody przewożące opozycjonistów i bibułę, bloki mieszkalne budowano, bo łatwiej kontrolować ludzi, gdy są w jednym miejscu, a drogi – żeby przemieszczały się po nich kolumny ZOMO.

Przesadzam? Skądże! Proszę przeczytać jeszcze raz, jaki był według autora artykułu główny cel systemu kontroli ruchu granicznego w PRL – zwalczanie opozycji i Kościoła. I – o zgrozo – działalności wywiadowczej na rzecz NATO.

Te głupoty zyskały jednak pieczęć obowiązującego prawa. Każdy więc funkcjonariusz, który otarł się w karierze zawodowej o Zwiad WOP, został naznaczony jako „oprawca”. A jeżeli podjął pracę w służbach mundurowych III RP, najczęściej w Straży Granicznej, to za ten okres została mu odebrana emerytura. W ten sposób ludzie zostali ukarani za pracę dla III RP.

Czymże był ów Zwiad WOP oraz Zarząd Kontroli Ruchu Granicznego, bo tę komórkę również dorzucono do grupy formacji „totalitarnych”? Najogólniej można powiedzieć, że Wojska Ochrony Pogranicza dzieliły się na dwie grupy. Na tych, co pilnowali zielonej granicy, czyli Zarząd Ochrony Granicy Państwowej, i na tych, co stali na przejściach granicznych, czyli Zarząd Kontroli Ruchu Granicznego i Zwiad WOP. Dziś, z mocy ustawy, ci pierwsi są w porządku, natomiast tym drugim odbiera się emerytury.

tygodnikprzeglad.pl

środa, 3 stycznia 2018


Putin odwiedził zakłady, produkujące samochody GAZ, z okazji ich 85-lecia i uczestniczył tam w mityngu połączonym z koncertem. Jeden z robotników dziękując mu za przyjazd zapewnił, iż wszyscy zgromadzeni na sali popierają go, i poprosił, by szef państwa poinformował o swojej decyzji w sprawie przyszłorocznych wyborów.

Putin zareagował uwagą, że "nie ma lepszego miejsca i lepszej okazji, by o tym ogłosić", i zadeklarował: "wysunę swoją kandydaturę na stanowisko prezydenta Federacji Rosyjskiej". Dodał następnie: "jestem przekonany, że wszystko nam się wspólnie uda". Sala przyjęła jego słowa wybuchem entuzjazmu.
Spotkanie z robotnikami poprzedziła w środę rozmowa Putina z uczestnikami ogólnokrajowego zjazdu wolontariuszy. Również tam padło pytanie o wybory, na co Putin zapytał młodych wolontariuszy, czy w razie decyzji o starcie może liczyć na ich poparcie. Sala zareagowała aplauzem i chóralnym okrzykiem "Tak!". Wówczas Putin obiecał, iż podejmie decyzję w najbliższym czasie.

Również w środę rzecznik Kremla Dmitrij Pieskow powiedział dziennikarzom, że decyzja Putina w sprawie udziału w wyborach może zapaść w każdym momencie.

bankier.pl

Owszem, Stany Zjednoczone są zamożnym krajem. Ale słynna maksyma lorda Actona pasuje na tyle dobrze do państw, na ile do pojedynczych ludzi: każda władza deprawuje, a władza absolutna deprawuje absolutnie. Amerykańscy plutokraci od tak dawna dysponują tak wielką władzą, że teraz zachowują się wobec słabszych i wobec środowiska naturalnego, jakby nie mogła ich spotkać za to żadna kara.

Od lat sytuację dominują dodatkowo cztery potężne ośrodki lobbingowe: Big Oil (nafta), prywatna opieka zdrowotna, kompleks wojskowo-przemysłowy i Wall Street. Wydaje się, że o interesy tych grup szczególnie dobrze dba administracja prezydenta Donalda Trumpa, który w gabinecie ma samych korporacyjnych lobbystów i paru prawicowych miliarderów. (...)

Emisje CO2 z sektora energetycznego rocznie w przeliczeniu na głowę mieszkańca wynoszą w Stanach 16,4 tony i są najwyższe na świecie wśród dużych gospodarek. Ten sam wskaźnik w Niemczech wynosi 9,2 tony. Amerykańska agencja ochrony środowiska, która teraz przeszła w ręce lobbystów z sektora paliw kopalnych, co tydzień usuwa jakieś regulacje dotyczące ochrony środowiska (wiele z podjętych przez nią działań zostało zaskarżonych do sądów).

Cele Zrównoważonego Rozwoju zakładają też zmniejszenie nierówności społecznych. Różnice w dochodach między obywatelami USA przez ostatnie 30 lat wzrosły niebotycznie. Współczynnik Giniego, który wynosi w Stanach 41,1, jest drugim najwyższym na świecie w grupie państw zamożnych (po Izraelu – 42,8). Republikańskie postulaty cięć podatkowych jeszcze bardziej powiększyłyby te nierówności. Wskaźnik ubóstwa względnego (odsetek gospodarstw z dochodami poniżej połowy mediany) to 17,5 proc., co jest z kolei drugim najwyższym w OECD (znów tuż za Izraelem).

Dalej: chociaż zgodnie z założeniem Celów Zrównoważonego Rozwoju powinniśmy dążyć do zapewnienia powszechnego, jakościowego zatrudnienia, to amerykańscy pracownicy jako nieomal jedyni w grupie OECD nie mają gwarantowanego urlopu zdrowotnego, urlopu ze względów rodzinnych i wakacji. Coraz więcej z nich haruje w fatalnych warunkach bez żadnego zabezpieczenia socjalnego. Około dziewięć milionów znalazło się w egzystencjalnej pułapce życia poniżej poziomu ubóstwa.

Amerykanie cierpią również z powodu epidemii niewłaściwego odżywiania, której patronuje potężne lobby branży fast-foodowej. Ten przemysł de facto zatruł mój naród, serwując wszystkim dietę z produktów przetworzonych w niezdrowy sposób, pełnych nasyconych tłuszczów, cukru i chemicznych dodatków. Rezultat tych działań to wskaźnik otyłości, który wynosi w USA 33,7 proc. i jest zdecydowanie najwyższy w grupie OECD. Ma to ogromne negatywne konsekwencje dla zapadalności na choroby niezakaźne. Oczekiwana długość życia w dobrym zdrowiu (lata przeżyte bez poważnych chorób, liczone od urodzenia) wynosi w USA tylko 69,1 lat, podczas gdy w Japonii to 74,9, a w Szwajcarii – 73,1.

Cele Zrównoważonego Rozwoju wzywają do zapewnienia pokoju, tymczasem amerykański kompleks wojskowo-przemysłowy dąży do rozpoczynania potencjalnie niekończących się wojen (Afganistan, Irak, Syria, Jemen, Libia, by wymienić tylko kilka) i prowadzi sprzedaż broni na wielką skalę.

krytykapolityczna.pl

Zdaniem Myśliwiec obecne nasilenie nastrojów separatystycznych spowodowały dwie kwestie - kryzys ekonomiczny z 2008 roku oraz sprawa statutu Katalonii. "Najbardziej zapalnym punktem" był rok 2006, gdy Katalończycy z socjalistycznym wówczas rządem centralnym opracowali nowy statut autonomii, w którym główne kwestie dotyczyły uznania Katalończyków za naród i negocjowania z politycznym centrum specjalnych warunków rozliczania się z Madrytem. "Statut został zaakceptowany przez regionalny parlament, przez obywateli w referendum, jak również zatwierdzony przez parlament centralny Hiszpanii i podpisany przez króla, (...) jednak (rządząca obecnie) Partia Ludowa skierowała ten statut do Trybunału Konstytucyjnego" - tłumaczyła Myśliwiec.

W 2010 r. Trybunał wydał orzeczenie, uznając wiele przepisów statutu za niekonstytucyjne, "upokarzając Katalończyków; a na to wszystko nałożył się kryzys ekonomiczny z 2008 roku" - oceniła rozmówczyni PAP, dodając, iż jako że Trybunał unieważnił wówczas część zawartych w statucie przepisów, Katalonia ma statut, w którym nie określa się Katalończyków jako naród i który ich zdaniem "nie wygląda tak, jak powinien".

Zapytana, czy niepodległa Katalonia przetrwałaby poza Hiszpanią, Myśliwiec odpowiedziała: "Po odprowadzeniu wszystkich należnych Madrytowi podatków Katalonia ma budżet regionalny na poziomie mniej więcej jednej trzeciej (budżetu) państwa polskiego, przy 7 mln mieszkańców". "Myślę, że przy rozważeniu przypadku, w którym Katalonia nie musiałaby odprowadzać podatków do Madrytu, (...) odpowiedź na to pytanie jest absolutnie jasna" - dodała.

forsal.pl

„Nie robię tego dla pieniędzy. Mam ich aż nadto, więcej niż kiedykolwiek będę potrzebował. Robię to, bo chcę to robić. Interesy to moja forma sztuki”. To pierwsze zdanie ze słynnej „autobiografii” Trumpa „The Art of a Deal”, napisanej przez dziennikarza Tony’ego Schwartza. Pierwsze zdanie i pierwsze kłamstwo.

Miłość do pieniędzy to jedna z dwóch najważniejszych cech Donalda Trumpa, które zdaniem Davida Cay Johnstona, autora biografii prezydenta Stanów Zjednoczonych „Donald Trump. Jak on to zrobił?”, najlepiej pomagają zrozumieć jego decyzje i metody działania. Owa namiętność jest tak wielka, że przybiera niekiedy kuriozalne formy. W 1990 r. satyryczny magazyn „Spy” postanowił sprawdzić, jak skąpi są najbogatsi nowojorczycy. W tym celu dziennikarze założyli lipną firmę i do 58 nowojorskich bogaczy wysłali informację o rzekomo należnym im zwrocie pieniędzy. Suma wypisana na czeku była zawrotna – 1 dolar i 11 centów – a celem zabawy było sprawdzenie, czy któryś z adresatów zrealizuje czek. Każdy, kto to zrobił, otrzymywał kolejny, tym razem na kwotę o połowę mniejszą. Kiedy zabawę zakończono, na polu bitwy zostało tylko dwóch uczestników, w tym Donald Trump. Rzekomy miliarder, samozwańczy król luksusu, który twierdzi, że interesów „nie robi dla pieniędzy”, podpisał i zdeponował czek na… 13 centów, czyli niespełna 50 groszy [Johnston, s. 155].

Podobną historię opowiada w swojej książce „Trump & Me” dziennikarz „New Yorkera” Mark Singer, który wysłał Trumpowi czek na 37,82 dolarów, czyli około 140 zł. Miał to być ironiczny dowód wdzięczności za skok sprzedaży książki Singera po tym, jak Trump publicznie ją skrytykował, odsądzając autora od czci i wiary. Po kilku dniach Donald pieniądze pobrał.

(...)

Myliłby się jednak ten, kto uważałby, że stosunek Trumpa do mediów jest wyłącznie instrumentalny. Prezydent nie tylko z nich korzysta. On kocha w nich być, a strach przed utratą zainteresowania publiczności to druga – obok miłości do pieniędzy – cecha, która zdaniem Johnstona pozwala najpełniej zrozumieć Trumpa.

To właśnie dlatego, choć nasz bohater już nie raz zapowiadał start w wyborach prezydenckich, ale potem zawsze szybko się wycofywał, tym razem Johnston od początku traktował jego kandydaturę poważnie. Dlaczego?

„Trump opadał w rankingach. Zagrażało mu zdjęcie z anteny jego programu [reality show, „The Apprentice”, w którym uczestnicy pracują jako handlarze nieruchomości i walczą o nagrodę w postaci pracy w firmie Trumpa; przyp. red.]. Wiedziałem, że on, człowiek nabożnie czytający nowojorskie tabloidy, nie mógłby sobie chyba wyobrazić gorszego losu (poza śmiercią) niż przeczytanie w dziennikach «Daily News» lub «New York Post» nagłówka: «NBC do Trumpa: wylatujesz!»” [Johnston, s. 11].

Obsesyjne wręcz zainteresowanie Trumpa oglądalnością jego programu i tym, jak jest przedstawiany w mediach, potwierdzają inne źródła. Autorzy „Trump Revealed” opisują swoją rozmowę z przyszłym prezydentem w Trump Tower, podczas której Trump zaprowadził ich do niewielkiego pokoju ze stołem konferencyjnym ustawionym pośrodku pomieszczenia. Stół był szczelnie przykryty grubą warstwą rozmaitych gazet i magazynów z Trumpem na okładce. „Wszystko to z ostatnich czterech miesięcy”, miał powiedzieć Donald. „Okładka «Time’a» trzy razy w ciągu czterech miesięcy. Nikt nigdy przedtem. To niesamowite” [Kranish, Fisher, s. 333].

kulturaliberalna.pl

sobota, 30 grudnia 2017


Czy wobec tego sankcje gospodarcze, które Zachód nałożył na Rosję, są Putinowi obojętne?

Gospodarczo – tak. Jako element gry politycznej – nie.

Sankcje te jednak uderzyły realnie w Rosję.

To prawda, chociaż nie przeceniałbym ich wpływów. Myślę, że sankcje szkodzą Rosji przede wszystkim na poziomie informacji. Oto powstała czarna lista rosyjskich firm i osób, z którymi zachodnie firmy i banki nie mogą robić interesów, w rezultacie czego nie chcą robić interesów także z tymi, z którymi wolno. Obawiają się po prostu, że i te w końcu trafią na czarną listę. Rosja jest odcinana w ten sposób od globalnej gospodarki, inwestycji i przepływów kapitałowych.

W Wenezueli idiotyczna polityka gospodarcza, niszcząc instytucje rynkowe, doprowadziła w końcu do wielkiego kryzysu. Wenezuela to podobnie jak Rosja gospodarka oparta m.in. na wydobyciu ropy. Czy podobny scenariusz jest możliwy w Rosji?

Kryzys w Rosji jest możliwy, ale nie tak duży i innego rodzaju. Przywódcy, którzy zniszczyli Wenezuelę, Hugo Chavez i Nicolas Maduro, to socjaliści, którzy wprowadzili socjalistyczną politykę. Putin to, jak powiedziałem, w pewnym sensie zwolennik rynku, więc nie zamierza wprowadzać centralnego planowania czy racjonowania towarów. W Rosji mamy rynek, jakoś działa, ale nie jest to wolny rynek. Natomiast Rosja już jest w kryzysie, a właściwie w stagnacji. Od dziewięciu przecież lat nie notujemy rozwoju gospodarczego. Przez chwilę rośniemy, robiąc krok naprzód, by zaraz się cofnąć o dwa. Nasze PKB w 2017 roku jest na takim samym poziomie jak w 2008 roku, gdy wybuchł światowy kryzys finansowy.

Rosja jest skazana na stagnację?

Rosja jest na równi pochyłej. PKB jest podobne jak w 2008 roku, ale już poziom inwestycji zagranicznych jest o 30 proc. niższy, co daje podstawy, by sądzić, że w przyszłości PKB spadnie. Oczywiście, wśród przyczyn rosyjskich kłopotów gospodarczych można wymienić także problemy strukturalne, np. brak rozwiniętych małych i średnich firm, ale te każdy rozumie inaczej. Ja natomiast uważam, że generalnie rzecz biorąc, przyczyną, dla której gospodarki państw takich jak Rosja przestają rosnąć, jest stopień ograniczenia wolności politycznej. To nie jest do końca przedyskutowane zagadnienie, ale w mojej najnowszej pracy staram się to udowodnić. Zależność między szklanym sufitem dla wzrostu PKB a stopniem wolności politycznej jest uderzająca, wygląda wręcz na powszechne prawo.

Chiny rosną szybko, ale są krajem rządzonym przez jedną komunistyczną partię…

Zawsze trzeba wziąć poprawkę na konkretny przypadek, ale i Chiny mają górną granicę wzrostu, powyżej której nie podskoczą. Średnio dla krajów politycznie „niewolnych” jest to 30 proc. PKB per capita Stanów Zjednoczonych. Rosja już tam jest, Chiny dopiero będą. Oczywiście są wyjątki. Autorytarne kraje, takie jak Zjednoczone Emiraty Arabskie, Bahrain, Kuwejt czy Brunei, korzystając z zapasów ropy, która daje nawet 90 proc. przychodów budżetowych i tego, że są relatywnie nieliczne (maksymalnie 3 mln ludzi), są bardzo bogate. Jednak gdy mowa o krajach dużych, takich jak niemal 200-milionowa Rosja, to sytuacja nie jest już tak wesoła i ropa nie wystarczy.

obserwatorfinansowy.pl

Saakaszwili i Poroszenko studiowali na elitarnym wydziale stosunków międzynarodowych Uniwersytetu Kijowskiego. O wyborze kierunku kształcenia przyszłego gruzińskiego przywódcy miał zdecydować Temur Alasania, radziecki dyplomata przez wiele lat pracujący w ONZ i wspierający siostrę w wychowaniu synów. Wuj – zgodnie z gruzińską tradycją popierania rodziny – pomógłby w karierze dyplomatycznej Micheila, jednak gdy ten studiował, rozpadł się Związek Radziecki, a na gruzach światowego mocarstwa powstało 15 niepodległych państw, w tym Ukraina i Gruzja. Wszystkie potrzebowały własnych narodowych kadr.

Po skończeniu studiów – dzięki specjalnemu programowi stypendialnemu Departamentu Stanu USA uruchomionemu w celu kształcenia nowych elit państw poradzieckich – Saakaszwili uzyskał dyplomy amerykańskich uczelni: Uniwersytetu Columbia i Uniwersytetu Jerzego Waszyngtona. Po powrocie ze Stanów został członkiem Związku Obywatelskiego, partii stanowiącej bazę polityczną dla rządzącego Gruzją Eduarda Szewardnadzego, w okresie pierestrojki szefa radzieckiej dyplomacji i przełożonego Temura Alasanii. Po roku początkujący polityk jest już w parlamencie, w 2000 r. zaś prezydent Szewardnadze powierza mu stanowisko ministra sprawiedliwości. Saakaszwili demonstracyjnie rezygnuje z niego po roku, zarzucając rządzącym korupcję. Jako orędownik walki z nieuczciwymi politykami zyskuje popularność i gdy w listopadzie 2003 r. w wyniku masowych protestów, nazwanych rewolucją róż, 75-letni Szewardnadze rezygnuje z urzędu, wybór 96% biorących udział w głosowaniu Gruzinów pada na dwukrotnie młodszego Saakaszwilego. W przeprowadzonych wkrótce potem wyborach parlamentarnych założony przez niego Zjednoczony Ruch Narodowy zdobywa 135 ze 150 miejsc.

Rok 2004 był najlepszy w karierze politycznej Saakaszwilego. Potem było gorzej. Inwestował w bogatych, oszczędzał na biednych, okazywał niezwykłą szczodrość wojsku i policji. Przykręcił śrubę mediom, z walki z korupcją ukręcił bat na opozycję. W przepełnionych więzieniach stosowano tortury.

Cztery lata po pokojowej rewolucji róż oddziały wyposażone w broń gładkolufową, armatki wodne i gaz łzawiący spacyfikowały wielotysięczną manifestację przeciwko rządom Saakaszwilego. Setki osób odniosły obrażenia, prezydent wprowadził stan wyjątkowy w stolicy. Odpowiedzialność za protesty zrzucił na odsunięte przez niego od władzy elity: „W czasach kiedy rządził Szewardnadze, siły te miały się dobrze w Gruzji, lecz po tym jak my doszliśmy do władzy, straciły uprzywilejowane pozycje. Dlatego zaczęły kampanię osłabiania prezydentury i państwa”.

Inaczej sądzi obecna gruzińska prokuratura – zarzut użycia nadmiernej siły w czasie tłumienia protestów w 2007 r. w Tbilisi jest jednym z czterech, na podstawie których wydała międzynarodowy list gończy za Saakaszwilim.

Prezydent przekazywał kolejne dowody miłości USA, Moskwie zaś dedykował taniec z szablą i kindżałem, zakończony atakiem artyleryjskim i zrzuceniem bomb na Cchinwali, stolicę zbuntowanej, ciążącej bardziej ku Rosji niż Gruzji Osetii Południowej. Reakcja Rosjan była natychmiastowa – przekroczyli granicę, błyskawicznie wyparli z Cchinwali oddziały gruzińskiej armii, Moskwa uznała niepodległość Osetii Południowej.

tygodnikprzeglad.pl

niedziela, 24 grudnia 2017


Pierwsze antydepresanty były testowane jako leki na inne schorzenia – poprawa nastroju u chorych, przez podniesienie poziomu jednego z hormonów, wystąpiła jako skutek uboczny. Naukowcy doszli wtedy do wniosku, że przyczyną depresji jest biologiczna wada, że depresja jest jak każda inna choroba, na którą można znaleźć lekarstwo. Tymczasem, jak pisze autorka, problemy psychiczne nigdy do końca nie dadzą się ująć w postaci twardych medycznych danych i trudno o wiarygodne statystyki dotyczące skuteczności leków.

Prawdziwy rozkwit zainteresowania antydepresantami nastąpił w latach 90. Firmy farmaceutyczne uzyskały pozwolenie na reklamowanie w mediach lekarstw na receptę. Wystarczyło pokazać kogoś bardzo smutnego, nazwę leku, a następnie tę samą osobę odmienioną, promieniującą i proste hasło: zapytaj swojego lekarza. Antydepresanty zaczęli przepisywać lekarze pierwszego kontaktu, bez fachowej wiedzy. Nowe kategorie schorzeń w podręcznikach psychiatrycznych pozwalały coraz więcej pacjentów kwalifikować do leczenia farmakologicznego.

Takie podejście pasowało też wielu osobom szukającym pomocy. Jeśli w twojej rodzinie była depresja, masz pewnie do niej też skłonność – to defekt mózgu, a nie wina twoja czy twojego otoczenia, że czujesz się źle. Po prostu choroba. Lekarstwo sprawi, że poczujesz się lepiej. Z doświadczeń własnych i swoich rozmówców autorka wyciąga jednak wniosek, że takie myślenie tylko pozornie ułatwia życie chorym, za to bardzo wydatnie – firmom farmaceutycznym i psychiatrom, którzy teraz mogą „obsłużyć” znacznie większą liczbę pacjentów niż wtedy, kiedy nie było jasnych instrukcji postępowania z przypadkami obniżonego nastroju. Dla wielu chorych to rozwiązanie pozorne, bo często likwiduje symptomy bez pytania o przyczyny – tak jakby rzeczywiście problemem była tylko biochemia mózgu.

krytykapolityczna.pl

niedziela, 3 grudnia 2017


Rozpoczęcie procesu Brexitu było zagrywką premiera Camerona, wymierzoną w UKIP i jej lidera Nigela Farage’a. Wielka Brytania ma tak silną pozycje w UE i czerpie z niej takie korzyści, że ani Cameron, ani nikt z elit politycznych Wielkiej Brytanii nie traktował serio pomysłu Brexitu. Ot, blef. Jednak, jak uczeń czarnoksiężnika, Cameron wypowiedział zaklęcie i stracił nad nim kontrolę. Było to o tyle łatwe, że brytyjskie bulwarówki od lat regularnie pisywały negatywnie o Unii Europejskiej. Ponieważ większościowa ordynacja wyborcza uniemożliwia natychmiastowe wymierzenie kary za złe decyzje przez społeczeństwo w kolejnych wyborach, konserwatyści zarządzający Brexitem zostali po czerwcowych wyborach tylko osłabieni, a nie odwołani.

UKIP oszukał Brytyjczyków przed referendum, głosząc, że wyjście z UE to 8,5 mld funtów rocznie zysku dla Brytyjczyków (tyle przeciętnie wynoszą roczne wpłaty netto Wielkiej Brytanii do UE). Na samym początku negocjacji w kwietniu 2017 r., UE zażądała 100 mld euro rachunku brexitowego za różne zobowiązania zaciągnięte względem UE, np. wpłaty do budżetu UE do końca obecnej perspektywy finansowej do 2020 r.  Londyn odrzucił te żądania jako bezzasadne, a obecnie zgadza się na 40 mld euro, podczas gdy UE zredukowała swe oczekiwania do 65 mld euro, co stanowi odpowiednio 1,7% i 2,8% brytyjskiego PKB z 2016 r. Nie zapominajmy przy tym, że Wielka Brytania jest, w przeciwieństwie do Polski, płatnikiem netto do budżetu UE.

(...)

Polska w latach 2004-2020 otrzyma z UE w sumie 162 mld euro netto, czyli około 10 mld euro rocznie, średnio jakieś 3% PKB. Polski eksport to w 80% rynek UE, w tym 27% do Niemiec (w tym sporo prefabrykatów do niemieckich łańcuchów dostawczych, a nie produktów finalnych), a w drugą stronę to tylko 3% i 4,3% (kalkulacja z bazy danych trademap.org). Największe nieunijne rynki eksportowe dla Polski to USA (2,8% polskiego eksportu), Rosja (2,7%), Turcja (1,7%), Ukraina (1,5%), Norwegia (1,4%), Chiny (1,2%) i Szwajcaria (1%). Reszta to drobnica poniżej 1%. Liczenie na Chiny, popularne wśród części prawicy, jest złudne, zwłaszcza że one nie potrzebują Polski poza UE, lecz jako platformy dostępu do rynku UE. Zapewne więc rachunek za Polexit byłby słony i wynosił kilka razy więcej niż 1,75% PKB brytyjskiego, kraju będącego płatnikiem netto. Prawdopodobnie byłoby to około 1,5% PKB za zobowiązania bieżące (składki itd.), a ile zwrotu Unia chciałaby z około 40% polskiego obecnego rocznego PKB, które UE wpompowała w Polskę netto od 2004 r., to nawet strach się zastanawiać… Ponadto polska gospodarka poprzez odcięcie od rynków unijnych zostałaby wrzucona w otchłań kryzysu. Być może dlatego prawica odkurza kwestię reparacji wojennych od Niemiec. Cóż, zapewne moralnie ma to w oczach prawicowych radykałów jakiś sens, choć jest nierealne, nieprofesjonalne i raczej infantylne.

Polexit spowodowałby ogromny kryzys gospodarczy w Polsce, wysokie bezrobocie, wzrost kosztów obsługi długu publicznego do 5-10% odsetek i zapaść finansów publicznych, wyhamowanie inwestycji w modernizację, w technologie obronne, infrastrukturę energetyczną, koniec z 500+, koniec z bezpośrednimi dopłatami dla rolników. I w ogóle koniec marzeń o zamożnej i sprawiedliwej społecznie Polsce na dziesiątki lat. Poza tym – wzrost dominacji Rosji na Ukrainie, w Białorusi i w Polsce. Jednym słowem, Polexit to pogrzebanie „Trójmorza”, które i tak jest mało realne, poza wybudowaniem dobrych sieci transportowych (autostrady i szybka kolej) i energetycznych (zwłaszcza przesył gazu). Polska to 3-4% gospodarki UE, więc byłoby to zderzenie mrówki ze słoniem i zatopienie ekonomiczne Polski. Polexit to marzenie Putina.

nowyobywatel.pl