środa, 20 września 2017


Naukowcy z USA przeanalizowali sposób relacjonowania ataków terrorystycznych w Stanach Zjednoczonych w latach 2011-2015. Odkryli, że w tym czasie muzułmanie byli sprawcami 12,4 procent zamachów, lecz relacje o nich zajęły aż 41,4 procent wiadomości dotyczących terroru w mediach, informuje brytyjski dziennik "The Independent”.

Grupa naukowców, która spędziła ponad rok nad wspomnianymi badaniami, doszła do wniosku, że media przesadnie wzmagają obawy mieszkańców USA przed islamskim terroryzmem i podają konkretne przykłady mające udowodnić tę tezę.

Pierwszy przykład to zamach w czasie maratonu w Bostonie w 2013 roku. Dokonało go dwóch muzułmanów, zginęły trzy osoby. Ten atak zajął prawie 20 procent całości obsługi medialnej zamachów w badanym okresie, czyli w latach 2011-2015.

Natomiast masakra w świątyni sikhijskiej w stanie Wisconsin w 2012 roku, w wyniku której zginęło sześć osób, a sprawcą okazał się biały mężczyzna Wade Michael Page zajęła jedynie 3,8 procent miejsca w amerykańskich mediach w badanym okresie.

Następnie, zamach na żydowską synagogę w Kansas City, którego dokonał Frezier Glenn Miller, w wyniku którego zginęły trzy osoby zajął tylko 3,3 procent miejsca. Atak białego Dylana Roofa, który strzelał do ludzi biorących udział w afro-amerykańskiej mszy w kościele w Charleston i zabił dziewięć osób osiągnął zainteresowanie mediów na poziomie 7,4 procent.

polskatimes.pl

„Są dwa rodzaje polityków: insiderzy i outsiderzy. Dla outsiderów priorytetem jest wolność mówienia swojej wersji prawdy. Ceną za tę wolność jest to, że są oni ignorowani przez insiderów, którzy podejmują ważne decyzje. Insiderzy z kolei trzymają się świętej zasady: nigdy nie zwracaj się przeciwko innym insiderom i nigdy nie rozmawiaj z outsiderami o tym, co insiderzy mówią albo robią. Ich nagroda? Dostęp do cennych informacji oraz szansa (choć nie gwarancja) na to, że będziesz miał wpływ na potężnych ludzi i ich decyzje. A więc Yanis, kim z tych dwóch rodzajów polityków ty jesteś?” – zapytał Varoufakisa Larry Summers, amerykański ekonomista, były główny ekonomista Banku Światowego i sekretarz skarbu w gabinecie Billa Clintona.

„Z charakteru jestem naturalnym outsiderem, ale jestem gotowy stłumić mój charakter, jeżeli pomoże to Grecji podpisać umowę, która uwolni nasz naród z więzienia długów. Nie miej co do tego wątpliwości Larry, będę się zachowywał jak naturalny insider tak długo, jak to będzie potrzebne, by uzyskać korzystną umowę dla naszego kraju. Ale jeżeli insiderzy, z którymi mam do czynienia, nie będą chcieli uwolnić Grecji z wiecznej niewoli długów, to bez wahania ujawnię wszystko, co o nich wiem, i powrócę do bycia outsiderem, który to stan jest zgodny z moją naturą” – odpowiedział Grek.

forsal.pl

wtorek, 19 września 2017


20 sierpnia 1968 roku dziesięć minut przed północą dziewięciu komandosów z 1. Batalionu Szturmowego w Dziwnowie wyszło z posterunku polskich wopistów w Lubawce. Cel – czeska strażnica w Královcu. Stąpali cicho i ostrożnie. Na czele szturmowców, ubranych w budzące zazdrość w wojsku spadochroniarskie mundury, szedł porucznik Jerzy Wróbel. Najlepiej znał okolicę.

Dwa dni wcześniej był już u Czechów. Przebrał się w mundur szeregowego i udawał brata dowódcy strażnicy WOP w Lubawce. Szef polskiej strażnicy powiedział czeskim kolegom, że brat dostał urlop w swojej jednostce i wpadł na parę dni w odwiedziny. Chciał zobaczyć życie po drugiej stronie i napić się czeskiego piwa. Czesi w Královcu niczego nie podejrzewali. Sami otworzyli butelki staropramena i poczęstowali.

Oprowadzili „szeregowego” z bratniej armii. Pokazali mu całą placówkę. Por. Wróbel szkicował w głowie plan wszystkich pomieszczeń.

Noc z 20 na 21 sierpnia 1968 roku była ciepła. Blasku księżyca było jednak niewiele i szturmowcy z Dziwnowa szli w ciemnościach. Daleko nie mieli. Sto metrów.

Pod Královcem grupa komandosów rozbiegła się na boki. Nasłuchiwali przez chwilę, ale nic nie wzbudziło podejrzeń. Porucznik Król pierwszy wtargnął do środka. Za drzwiami – ciemność. Chwila zastanowienia. Czy to jednak nie zasadzka, czy za chwilę nie rozlegną się strzały? Trzeba będzie wtedy odpowiedzieć ogniem – komandosi mają polecenie strzelania, gdyby pogranicznicy nie ustąpili.

Dowódca komandosów słyszy głosy z bocznego pomieszczenia. Puka. Otwiera mu zdziwiony czeski wopista. Polacy wpadają do pokoju. Rozbrajają Czechów i każą im stanąć pod ścianą. Nie ma tylko dowódcy posterunku. Kapitan Duszanek kąpie się po służbie. Plutonowy Chojnacki wywala drzwi od łazienki i aresztuje go w wannie. Teraz jeńców jest dziesięciu.

Porucznik Wróbel nadaje przez radio sygnał: granica otwarta. Skoty i czołgi z białymi pasami wymalowanymi wapnem na burtach i z numerami taktycznymi zasłoniętymi brezentem przetaczają się z chrzęstem obok strażnicy. Długa kolumna wozów bojowych 2. Armii Wojska Polskiego rusza na Hradec Králové. Jest 21 sierpnia 1968 roku. Rozpoczęła się operacja „Dunaj”.

wyborcza.pl

Jak będą układały się relacje Moskwy z Waszyngtonem?

Nieprzewidywalność Donalda Trumpa, transformacja Waszyngtonu w cyrk polityczny i obrócenie USA w czynnik destabilizujący to zupełnie nowe zjawisko. Ameryka zawsze była czynnikiem stabilizującym, nawet przy ryzykownych działaniach w Iraku i w Afganistanie, czy podczas wojny z terroryzmem, którą rozpoczął George W. Bush.

Z jednej strony Trump zabiera Kremlowi jego atut i silny instrumentu polityki zagranicznej – nieprzewidywalność. Putin mógł być nieprzewidywalny, ale tylko w sytuacjach, gdy wiedział, jaka będzie reakcja na Zachodzie, wiedział, co powie Ameryka. Przy Trumpie on nie może sobie pozwolić, aby tak się zachowywać, ponieważ może otrzymać najbardziej zwariowaną odpowiedź.

Z drugiej zaś strony Trump ma pewną cechę, która jest Kremlowi bliska i z której ten bardzo się cieszy. Trump pokazał ją w szczególności podczas wizyty w Arabii Saudyjskiej: on nie dba o zasady demokratyczne, nie przeszkadzają mu autorytarne reżimy. Jest mu znacznie bliżej do przywódców takich krajów jak Turcja czy Arabia Saudyjska niż do Angeli Merkel. Było to oczywiste, kiedy się spotkali z kanclerz Niemiec: Trump nie był wówczas w stanie nawiązać normalnych stosunków.

Prawdopodobnie u Trumpa istnieje głęboko zakorzeniona sympatia do Putina jako potężnego przywódcy i silnego człowieka. Jemu rzeczywiście imponuje autorytarny model przywództwa Putina, a rosyjskiemu prezydentowi imponuje w Trumpie to, że ten opowiada się przeciwko kolorowym rewolucjom, przeciw wspieraniu demokracji. Pomimo jednak bliskości ich języka i cech, w Trumpie jest coś niebezpiecznego dla Putina i Kremla. Trump wygłaszając slogan America first dał do zrozumienia: „będę realizować swoje interesy, jak zechcę i nie istnieją żadne przepisy ani czerwona linia dla mnie, chcę zbombarduję Syrię, zechcę Afganistan albo przyniosę swoje oddziały do Krajów Bałtyckich. Zrobię to, co chcę”. To jest nie do przyjęcia dla Kremla. Nieuniknione jest zderzenie ich osobowości. Te okoliczności uniemożliwiają nowe otwarcie w polityce lub tak zwany reset. Uniemożliwiają również stabilne relacje.

new.org.pl

– Po kilku latach wojny Ukraińcy czują jeszcze, że toczy się ona w ich kraju? Czy może Donbas jest już na tyle obcym miejscem, że sama wojna stała się dla nich abstrakcyjna?

– Pamiętam jednego z mieszkańców Debalcewe, który śledził informacje o toczących się działaniach wojennych w niedalekim Słowiańsku. Mówił mi, że dla niego było to jak doniesienia o wojnie w Syrii; że nie było to dla niego interesujące, dopóki bomby nie zaczęły spadać na jego dom. W ogóle bardzo często nawet na terenach objętych wojną spotykałem się z tym, że ludzie wypierają ten konflikt, żeby nie zwariować. Często wygląda to dość absurdalnie: ktoś w przerwie między ostrzałami sprząta swoje podwórko; ktoś mimo walk toczących się pod jego miastem jak gdyby nigdy nic chodzi na dyskoteki. Oczywiście, im dalej od frontu, tym zainteresowanie tą wojną mniejsze.

(...)

– Opisuje pan zresztą, jak stopniowo entuzjazm do tej wojny opadał na Ukrainie. Początkowo ludzie niesieni patriotycznymi uczuciami rwali się na front, a cywile organizowali się, by dostarczać zaopatrzenie dla wiecznie zabiedzonej armii ukraińskiej. Dziś od wojny ucieka każdy, kto może, a i pomoc się skończyła.

– Tak, bo ta wojna wyprała się już trochę z emocji. Zaraz po Majdanie było przekonanie, że trzeba odeprzeć rosyjską agresję, by po zwycięstwie zbudować nowe, lepsze państwo. Jednak przegrana w 2014 r. pod Iłowajskiem, która zatrzymała ukraińską ofensywę i uniemożliwiła pokonanie sposobem militarnym separatystów wspieranych przez Rosjan, sprawiła, że w Kijowie zabrakło pomysłu, co dalej z tym wszystkim zrobić. To samo zresztą dzieje się po stronie separatystów, którzy już wiedzą, że żadna Noworosja ani ZSRR-bis nie powstanie. Z kolei mieszkający w Donbasie cywile nie wierzą już w nic.

se.pl

piątek, 1 września 2017


Agne Pix: Czy technologia chroni naszą prywatność w sieci, czy jej zagraża?

Bruce Schneier, amerykański kryptograf, wykładowca na Uniwersytecie Harvarda: Jest wiele technologii pomagających nam zachować prywatność, bezpieczeństwo danych i nas samych, jak na przykład szyfrowanie komunikacji. Ale technologia może również kraść prywatność za pomocą kamer, urządzeń podsłuchowych i niezabezpieczonych połączeń z internetem. Żyjemy w świecie, w którym komunikujemy się bardzo często z komputerami, które produkują dane na temat tych interakcji, będące tak naprawdę informacją o nas. Te dane z kolei są gromadzone przez korporacje. Inwigilacja to model biznesowy internetu. Obecnie część technologii, jaką się posługujemy, jest szkodliwa dla naszego bezpieczeństwa i prywatności.

Czy to nie ironia, że internet, który miał sprawić, że świat będzie lepiej skomunikowany i bardziej otwarty, co zresztą wprost głosi np. misja Facebooka, stał się dla rządów narzędziem do masowej inwigilacji, a korporacjom przyniósł masowe zyski?

Internet rzeczywiście sprawia, że świat jest bardziej połączony. Dostarcza miliardom ludzi dostęp do nowych informacji i idei oraz niesamowicie wyzwala. Niestety, te same technologie, które umożliwiają nam komunikację, są dla innych narzędziem podsłuchu. Internet w swoich początkach był wolny i otwarty. Reklamy były jedynym oczywistym źródłem dochodu, co zmieniło się w inwigilację. Oczywiście możemy budować bardziej bezpieczny i prywatny internet, ale wtedy pojawia się pytanie, jak korporacje na tym zarobią. Internet może bardziej chronić wolność ludzi, lecz wtedy państwa, które chcą tę wolność atakować, będą się takim zmianom przeciwstawiać. Te napięcia zawsze będą istniały w przypadku technologii. Jako konstruktorzy internetu musimy rozpoznać, co jest naprawdę istotne i nadać temu pierwszeństwo.

Dlaczego szyfrowanie jest tak ważne w ochronie naszej prywatności? Zwyczajni ludzie tak naprawdę nie rozumieją, na czym to polega. Brzmi to zbyt technicznie i skomplikowanie.

Bo szyfrowanie jest techniczne i skomplikowane, nikt nie powinien tego rozumieć! Czy rozumiemy jak dokładnie działa zamek w drzwiach i wszystkie zawiłości jego mechanizmu? Niekoniecznie, ale nie przeszkadza nam to. Potrzebujemy zamku w drzwiach, by chronić nasz dom. Szyfrowanie jest tylko narzędziem. Ludzie nie potrzebują szyfrowania, tylko prywatności, bezpieczeństwa i rzeczy, które są ważne dla nich i dla społeczeństwa. To prywatność i bezpieczeństwo myśli i komunikacji są ważne dla naszej wolności, swobód obywatelskich i osobistej autonomii, to podstawowe prawa człowieka. Szyfrowanie to matematyczna technologia, która w pewnych przypadkach umożliwia egzekwowanie tych praw w internecie.

W Europie, a także w USA, po każdym ataku terrorystycznym prędzej czy później ktoś z polityków wskazuje na szyfrowanie komunikacji jako narzędzie terrorystów.

Po atakach terrorystycznych ludzie, którzy cenią państwo policyjne, zawsze obwiniają technologie i prawa utrudniające im życie. Czy to szyfrowanie, czy prawo do rewizji i zajęcia, czy nowe procedury albo uprawnienia śledcze, policja zawsze będzie próbowała powiększyć swą władzę, wykorzystując przy tym tragiczne wydarzenia. Musimy zrozumieć, że nasza wolność i swobody obywatelskie są ważniejsze. To prawda, że w erze technologii ceną wolności jest możliwość zbrodni. Ale musimy mieć świadomość, że płacimy tę cenę dobrowolnie. Oczywiście możemy dać policji wszelkie rodzaje uprawnień, kontrolę nad szyfrowaniem, prawem do sprawiedliwego procesu, oskarżaniem i aresztowaniem… I żyć wtedy w państwie policyjnym. Być może będzie mniej terroryzmu, ale nie staniemy się bezpieczniejsi. Wszystkie te postulaty policyjne to umacnianie władzy za pomocą strachu, i tak też powinny być traktowane.

krytykapolityczna.pl

Ale byłaby błędem konkluzja, że osiągnęliśmy już szczyt rozgoryczenia stanem globalnej gospodarki – a przynajmniej tym, jak traktuje ona wielkie liczby byłych i obecnych członków klasy średniej. Nawet jeśli rozwinięte demokracje liberalne podtrzymają status quo swojej polityki, to wyrwani z korzeniami pracownicy dalej będą wyalienowani. Wielu pomyśli, że przynajmniej Trump, Le Pen i im podobni czują ich ból. Pomysł, że wyborcy z własnej inicjatywy odwrócą się od protekcjonizmu i populizmu, może być jedynie przejawem kosmopolitycznego myślenia życzeniowego.

Zwolennicy liberalnej gospodarki rynkowej muszą pojąć, że wiele reform i postępów technologicznych może działać na niekorzyść niektórych grup, czasami bardzo dużych. Być może nawet zmiany te podnoszą ekonomiczną wydajność, pozwalającą zwycięzcom rekompensować straty przegranych. Ale jeśli przegranym wciąż nie powodzi się lepiej, to dlaczego mieliby wspierać globalizację i politykę prorynkową? Właściwie jest to w ich własnym interesie, by zwrócić się z prośbą o pomoc do polityków przeciwnych tym zmianom.

Więc lekcja powinna być oczywista: pod nieobecność polityki progresywnej, z jej silnymi programami pomocy społecznej, podtrzymania zatrudnienia i innymi formami pomocy dla osób i grup pozostawionych w tyle przez globalizację, politycy pokroju Trumpa mogą stać się stałym elementem naszego krajobrazu.

Wysokie koszty działalności takich polityków poniesiemy my wszyscy, nawet jeśli nie uda im się całkowicie spełnić protekcjonistycznych i nacjonalistycznych ambicji. Żerują na strachu, podsycają nietolerancję i dobrze prosperują dzięki niebezpiecznie spolaryzowanemu podejściu do rządzenia na zasadzie „my versus oni”. Trump już zdążył dopuścić się twitterowych ataków przeciwko Meksykowi, Chinom, Niemcom, Kanadzie i wielu innym krajom – a lista z pewnością będzie się wydłużała w miarę trwania jego kadencji. Le Pen skierowała się przeciwko muzułmanom, ale jej niedawne komentarze, w których zrzeka się francuskiej odpowiedzialności za obławy na Żydów w czasie drugiej wojny światowej, ujawniły jej antysemityzm.

Skutkiem tego wszystkiego mogą się okazać nieodwracalne narodowe rozłamy. W USA przez Trumpa już spadło poparcie i szacunek dla urzędu prezydenckiego, najprawdopodobniej zostawi on po sobie jeszcze bardziej podzielony kraj.

krytykapolityczna.pl

sobota, 26 sierpnia 2017


Polesie miało stosunkowo słabą sieć komunikacyjną - dostatecznie dobrą, by dowieźć na miejsce więźniów i zaopatrzenie, ale także dostatecznie słabą, by stworzyć problem ewentualnym ciekawskim, których na początku było wielu. Należy tez dodać, że teren Polesia był gęsto zalesiony, a lasy te były bardzo zaniedbane - wynikało to m. in. z naturalnej bariery, jaką stanowiły w przypadku niespodziewanego ataku ze wschodu. Co za tym idzie decyzje o budowie dróg czy wyrębie lasów podejmowali wojskowi, to oni byli faktycznymi administratorami Polesia. Ważnym czynnikiem była także lokalna ludność czyli społeczeństwo słabo wykształcone, bardzo nieuświadomione politycznie, zainteresowane wyłącznie własnymi sprawami, mieszkające w jednym z najuboższych regionów Polski. W tej sytuacji nie interesowali się oni obozem karnym, znajdującym się na obrzeżach miasta. Można było być spokojnym o to, że więźniowie rzeczywiście będą przebywali w „miejscu odosobnienia” i nikt się nimi nie zainteresuje. Kolejnym z istotnych czynników decydujących powstania łagru w Berezie były budynki, będące pozostałościami po starych rosyjskich koszarach - nie trzeba było budować wszystkiego od nowa, a miejsca wystarczyło zarówno dla więźniów jak i dla personelu obozu. Dwie części obozu rozdzielała szosa Berestje-Kobruń, a miejsce już sprawdzone z tajnych i nietypowych zastosowań.

Ciekawym był sam proces wysyłania podejrzanego do miejsca odosobnienia w Berezie. Starosta występował do miejscowego wojewody z wnioskiem o skierowanie określonej osoby do miejsca odosobnienia czyli do łagru. Jeśli wojewoda wyrażał opinię pozytywną, to wtedy wniosek ten trafiał do Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, do Departamentu I Politycznego, gdzie dyrektor zbierał codziennie nadesłane nazwiska i przedstawiał je ministrowi. Kiedy wniosek o umieszczenie jakiejś osoby był rozpatrywany pozytywnie, wojewoda był o tym listownie informowany, a drugi egzemplarz tego dokumentu trafiał do sędziego śledczego, któremu podlegał obóz - jego siedziba znajdowała się w Brześciu nad Bugiem. Formalnie to on musiał zaakceptować skierowanie danej osoby do miejsca odosobnienia, ale nigdy nie odrzucił takiego wniosku, akceptując decyzje MSW. To on także decydował o ewentualnym przedłużeniu pobytu więźnia w Berezie, na wniosek komendanta obozu. Często zdarzało się także, że z takim wnioskiem występował wojewoda terenu, z którego pochodził więzień. W czasach, kiedy Felicjan Sławoj-Składkowski był ministrem spraw wewnętrznych, często akty i dokumenty były podpisywane przez niego niejako automatycznie, bez czytania - zdawał się on na wiceministrów, którzy wcześniej parafowali podpisywany przez ministra dokument. I tak można było zostać już łagiernikiem w swej Ojczyźnie.

macierz.org.pl

Po fali protestów w 2012 roku w Rosji reżim Putina obwinił organizacje pozarządowe o koordynację i podsycanie protestów. Wkrótce przyjęto nowe prawo o organizacjach pozarządowych, nakazujące rejestrować się każdej otrzymującej finansowanie z zagranicy organizacji trzeciego sektora pod etykietą „obcego agenta”.

Określenie to było głęboko stygmatyzujące, miało zniechęcić społeczeństwo do trzeciego sektora. Rządowi Putina zależało, by przedstawić niezależne formy organizowania się obywateli – nawet nie wprost polityczne – jako narzędzie interwencji obcych sił w wewnętrzne sprawy Rosji.

(...)

Czarnym charakterem propagandy przeciw trzeciemu sektorowi jest i w Polsce i w Rosji George Soros – miliarder znany z finansowania licznych inicjatyw trzeciego sektora w Europie postkomunistycznej. Bliski Kremlowi portal „Sputnik” przestrzega przed planami destabilizacji Rosji przez amerykańskiego miliardera, rosyjski prokurator generalny uznał rok temu Sorosa za zagrożenie dla narodowego bezpieczeństwa Rosji.

(...)

Rosyjska propaganda także uwielbia podkreślać jak bardzo bezradna wobec islamskiego terroryzmu jest pogrążona w dekadencji, osłabiona przez radykalny islam Europa. W dzielnicach miast, gdzie policja się nie zapuszcza, migranci wprowadzają prawo szariatu – to typowa narracja Russia Today o takich państwach, jak Szwecja.

krytykapolityczna.pl

czwartek, 24 sierpnia 2017


Jak pisał w książce „O bzdurze” („On bullshit”, 2005) Harry Frankfurt, "piewca bzdur" (bullshitter) nie uczestniczy już w grze o prawdę, jest kimś innym niż zwykły kłamca, który odnosi się do faktów, choć je deformuje czy zniekształca. On ma prawdę/fałsz za nic. Tworzy alternatywną rzeczywistość, by osiągnąć swoje cele.

A przy okazji – jak stwierdza z kolei James Ball w książce "Post-truth. How bullshit conquered the world" (2016) – tworzy atmosferę podejrzliwości, niepewności, niszczy wiarę w to, że jakaś prawda istnieje. "Dezorientacja jest narzędziem autokratów".

oko.press

Wstaję rano, biorę telefon i zaczynam klikać. Czyli zaczynam wypełniać dla pana kwestionariusz psychologiczny. Przeglądam Facebooka, lajk tu, lajk tam, czymś się podzielę, coś skomentuję. Instagram: coś polubię, opublikuję zdjęcie. I tak cały dzień, jak miliony ludzi. Co pan na koniec dnia o mnie wie?

- Wiadomo o panu więcej, niż pan myśli. Telefon zbiera i dostarcza dane także wtedy, gdy pan w niego nie klika. Przecież pan się np. przemieszcza. A Google zbiera te dane. Big Data. Płyną z sieci w niesamowitych ilościach. Ludzie, którzy świadomie używają nowoczesnych technologii, zdają sobie sprawę, że non stop przekazują do sieci jakieś dane, które są zapisywane i będą używane w przyszłości np. do wybrania treści, którą następnego dnia zobaczy pan na Facebooku czy Twitterze. To, z czego wielu nie zdaje sobie sprawy, to to, że taka informacja może zostać przekształcona przez odpowiednie algorytmy w bardzo intymny profil ich własnej osoby, zawierający zarówno charakterystyki takie jak wiek, kolor skóry czy płeć, czy edukacja i rodzaj kariery, ale także dane psychologiczne: zaczynając od emocji, poprzez poglądy i postawy, a kończąc na inteligencji i osobowości.  Ten opis może sięgnąć nawet głębiej - do problemów psychicznych. Algorytm łatwo wykryje, czy ma pan depresję.

Skąd ten cholerny komputer to wie?

- Stąd, że zachowania człowieka nie są przypadkowe. Nasze myśli, uczucia, poglądy są ze sobą powiązane - czasem w sposób oczywisty, czasem w bardzo subtelny.

(...)

Jak to działa?

- Zaczyna się to stworzenia pana profilu. Zostawia pan - wszyscy zostawiamy - niesamowitą ilość śladów cyfrowych w Internecie. Algorytmy są w stanie przetworzyć te ślady w niezwykle dokładny profil psychologiczny każdej indywidualnej osoby. Potem, posiadając pana profil, można stworzyć np. reklamę albo inny przekaz dostosowany do pana osobowości. Dziś można stworzyć inny przekaz dla osoby bardzo emocjonalnej i takiej, którą mniej kierują emocje. Inny dla ekstrawertyka, inny dla introwertyka, inny dla białej, a inny dla czarnoskórej kobiety. I możemy ten przekaz dostarczyć każdemu człowiekowi na jego ekran.

weekend.gazeta.pl