poniedziałek, 21 sierpnia 2017


Oglądając rozmaite wykresy przedstawiające projekcje zmiany klimatu można czasem odnieść wrażenie, że wzrost temperatur przekłada się na inne zjawiska w nieskomplikowany, liniowy sposób. Znaczyłoby to, że przy wzroście średniej temperatury o 2,1°C względem czasów przed przemysłowych, świat wyglądałby podobnie jak przy wzroście o 1,9°C, tylko „trochę gorzej”. Rzeczywistość jest jednak inna. Badania naukowe wskazują, że w przypadku szeregu niepokojących zjawisk, istnieją tak zwane „punkty krytyczne”. Po ich przekroczeniu zmiany następujące w ziemskim układzie klimatycznym będą wymykać się spod naszej kontroli: działające w przyrodzie sprzężenia zwrotne będą popychać je w stronę nowego, odmiennego stanu równowagi. Określenie „równowaga” kojarzy nam się pozytywnie, ale niestety w tym przypadku chodzić może np. o sytuację, w której zniknie większość lądolodu grenlandzkiego, a poziom morza podniesie się o kilka metrów – przystosowanie się do takich zmian wymagać będzie od nas sporych nakładów (Lenton i in. 2009).

Przykładem punktu krytycznego, który już najprawdopodobniej przekroczyliśmy, jest ten związany z rozpadem lądolodu zachodniej Antarktydy. Jak piszemy w artykule "Mit: Na Antarktydzie jest za zimno, żeby jej lody topniały", masę lądolodu (i jej zmiany) dyktuje jej bilans. Dostawę masy zapewniają Antarktydzie opady śniegu nad kontynentem, a ubytek odłamywanie się (tzw. cielenie) lub topienie jęzorów lodowych sięgających morza. Z opublikowanych w roku 2014 prac naukowych (Favier i in. 2014, Rignot i in. 2014) wynika, że lodowce szelfowe w rejonie Morza Amundsena są już na tyle podmyte przez wody oceanu, że nawet powstrzymanie ocieplenia nie spowolni już spływu lodu z głębi lądu.

naukaoklimacie.pl

Spacer kobiet palących papierosy podczas parady w Niedzielę Wielkanocną to podręcznikowy przykład pionierskiej aktywności w dziedzinie inżynierii społecznej. Chociaż dziś ten obraz ocenilibyśmy jako zdecydowanie normalny, w 1929 roku wciąż szokował jako akt śmiałości przesuwania granic przez sufrażystki i szeroki ruch na rzecz emancypacji kobiet. Wydarzenie jednak nie miało spontanicznego charakteru – jego autorem był Edward Bernays, a zleceniodawcą American Tobacco Company. Bernays, uważany dziś za twórcę branży public relations, wykorzystał cenne uwagi psychonalityka A. A. Brilla o papierosach jako “pochodniach wolności” kobiet i zatrudniając znane działaczki społeczne zorganizował marsz oraz kampanię społeczną. W ten sposób cynicznie połączył interes korporacji tytoniowej z dobrymi intencjami ruchów społecznych.

Pojawienie się sieci społecznościowych wywróciło ten standardowy model do góry nogami. Co prawda trendsetterzy i tytuły medialne dalej tu są, ale możliwość generowania fałszywego ruchu, lansowania hasztagów i trendów dyskusyjnych, obsługi tysięcy komentujących kont i czarowania niezliczonych stron poparcia czy wydarzeń otworzyła nowe możliwości skalowania działań. Szczególnie niebezpieczna okazuje się jedna z kluczowych zalet sieci – jej anonimowość, pozwalająca na przybieranie fałszywych tożsamości. Konieczność opłacania statystów do uczestniczenia w marszach czy stawiania fałszywych stron WWW instytucji naukowych, jak robiło to m.in. Monsanto rękami firm PR, odeszła na drugi plan.

Czy jest bowiem coś lepszego niż autentyczne tłumy protestujących – ale skrzyknięte przez fałszywy ruch w sieci?

Jedną z pierwszych namierzonych inicjatyw cyfrowego astroturfingu zaprezentował American Petroleum Institute, gdy w sierpniu 2011 roku prawdopodobnie użył około 15 próbnych kont-botów do rozpoczęcia operacji kreowania poparcia dla Keystone XL, projektu rurociągu łączącego Amerykę z ropą z piasków bitumicznych w Kanadzie. Inwestycja wzbudzała powszechny opór ze strony okolicznych mieszkańców i osób zaangażowanych w ochronę środowiska, ale wydawało się, że znaleźli się także jej zwolennicy. Dostrzeżono jednak, że konta utworzono i zapełniono uwiarygadniającymi zdjęciami w tym samym czasie, zaś rzekomo chaotyczne posty były wzajemnie retweetowane w ramach grupy w równie skoordynowany sposób i dotyczyły wyłącznie jednego tematu.

(...)

W swoim filmie z 2010 roku Taki Oldham ukazał pierwszy zarys strategii cyberturfingu służący do politycznego manipulowania opinią publiczną. Udało mu się wejść w szeregi libertariańskiego centrum American Majority i nagrać jak trenowano zespoły do masowego wystawiania recenzji książkom i propagowania przygotowanych argumentów w różnych serwisach. Głównym donatorem organizacji był Eric O’Keef, polityk i lider organizacji lobbystycznych.

Koncepcja sięga już głębiej. W 2011 roku HB Gary, firma zajmująca się cyberbezpieczeństwem, została w odwecie za próby infiltracji środowiska Anonymous zhakowana. Wśród danych i wymian e-maili znaleziono dokumenty wskazujące na współpracę spółki z US Air Force w zakresie dostarczenia oprogramowania pozwalającego na automatyczną obsługę 10 kont z wygenerowaną “legendą” pełną zdjęć i postów. Narzędzie miało także generować zmienne IP, aby ukryć lokalizację operacji, a nawet przypisywać stałe dla większej wiarygodności. Przypadek został opisany przez różne media, jednak z racji na wagę sprawy dalsze śledztwo może być niemal niemożliwe na lata. Nie jest trudno jednak zauważyć, że mniej więcej w tym samym okresie z sieci społecznościowych na ulice wytoczyła się rewolucyjna fala Arabskiej Wiosny.

(...)

W 2014 roku analitycy portalu War on the Rocks odkryli, że krytyka syryjskiego prezydenta Asada spotyka się w mediach społecznościowych z falą odpowiedzi ze strony… kont atrakcyjnych kobiet zainteresowanych polityką. Podążając za siecią powiązań, trafili na nieznany, ale oceniany na bardzo dużej wielkości amalgamat prokremlowskich botnetów, przejętych kont i amplifierów agregujących “przekaz dnia”.

Grupa watchdogów z PropOrNot w specjalnym raporcie ocenia, że w trakcie kampanii prezydenckiej w 2016 roku kombinacja rosyjskiego pochodzenia fake news oraz cyberturfingu w istocie z powodzeniem docierała do blisko 15 milionów Amerykanów. W ten sposób sztucznie budowano gorące tematy, takie jak oszustwa wyborcze, czy też najbardziej udany – i całkowicie wykreowany – przekaz o chorobie Hillary Clinton. Przeprowadzono także udane ataki na giełdowe spółki, m.in. Walt Disney Co, wzbudzając panikę w związku z fikcyjnym atakiem terrorystycznym w parku rozrywki.

wethecrowd.pl

Rolę botów w politycznej grze od lat bada Samuel Woolley z Uniwersytetu w Oxfordzie i jego zespół w ramach projektu Computational Propaganda Research Project (COMPROP). Próbują nazwać i przeanalizować związki algorytmów, automatycznej komunikacji i polityki, w tym wpływ botów na opinię publiczną i trendy w mediach społecznościowych, rozprzestrzenianie się fałszywych treści, mowy nienawiści i dezinformacji.

To właśnie zespół COMPROP udowodnił, że polityczny przekaz działający na korzyść Donalda Trumpa i podważający wiarygodność Hillary Clinton, w dużej mierze był rozprzestrzeniany przez sieć botów. W dniu wyborów armia botów wystawiona przez Trumpa przewyższała liczebnością boty pracujące dla Clinton w proporcji 5:1. Najbardziej zaskakujące w ustaleniach Woolleya jest to, że wykorzystywania botów do manipulowania debatą publiczną politycy nawet specjalnie nie ukrywają. Zarządy i właściciele firm obsługujących te sieci utrzymują bliskie związki z przedstawicielami rządów i wpływowymi politykami.

Jak ten krajobraz wygląda w Polsce? Robert Gorwa, badacz związany z zespołem COMPROP, przeanalizował „polityczny” ruch na polskim Twitterze pod kątem aktywności tzw. fałszywych wzmacniaczy (false amplifiers), w tym botów. Jego raport opublikowany w lipcu tego roku („False Amplifiers and the Digital Public Sphere: Lessons from Poland”) ilustruje złożoność problemu, z jakim mamy do czynienia. Gorwa nie przechodzi do łatwych konkluzji, raczej stawia kolejne pytania niż dostarcza definitywnych odpowiedzi.

Drążąc temat, Gorwa przywołuje wcześniejsze opracowania (m.in. Centrum Stosunków Międzynarodowych, CERT), które wskazują na aktywność rosyjskich botów w polskich mediach społecznościowych. Sądząc po efektach, ich zadaniem jest eskalacja polsko-polskiego konfliktu i nastrojów narodowo-radykalnych, sianie dezinformacji w temacie konfliktu rosyjsko-ukraińskiego oraz zniechęcanie i zastraszanie użytkowników krytykujących politykę Rosji. Sam badacz podkreśla jednak, że jednoznaczne zidentyfikowanie aktorów schowanych za sieciami twitterowych botów jest bardzo trudne. Nie ułatwia tego sam Twitter, który nie wymaga (w przeciwieństwie np. do Wikipedii) rejestracji takich podmiotów, nie udostępnia badaczom pełnych danych o ruchu w swojej sieci i w rzeczywistości nie dąży do blokowania ani ograniczania aktywności botów.

panoptykon.org

piątek, 18 sierpnia 2017


Uniwersytet Oxford ujawnił wyniki swoich badań, które pokazuje w jaki sposób rządy, partie czy organizacje manipulowały opinią publiczną w Internecie. Na niechlubnej liście 28 państw znalazły się także Filipiny.

(...)

Badanie pokazuje, że obóz popierający obecnego prezydenta Filipin wydał na ten cel około 200 tys. USD (t.j. 10 mln PHP lub 720 tys. PLN), zatrudniając grupę szacowaną na 400-500 osób.

Według badaczy, filipińscy trolle mają nacjonalistyczny i prorządowy światopogląd i skupiają się głównie na nękaniu przeciwników obecnej władzy w komentarzach oraz innych internetowych interakcjach.

Na Filipinach znaleziono także dowody na istnienie fałszywych kont oraz botów, służących do zalewania sieci społecznościowych spamem, nieprawdziwymi informacjami oraz tworzenia sztucznego tłumu.

Zamieszanymi w proceder mają być partia prezydenta Duterte, Partido Demokratiko Pilipino-Lakas ng Bayan, osobisty manager ds. mediów społecznościowych Nic Gabunada, grupy ochotników oraz opłaceni obywatele. Początek działań to rok 2016, kiedy to wspierano w ten sposób najpierw kampanię prezydencką Rodrigo Duterte, a następnie udzielano mu poparcia od momentu, gdy obejmował on władzę.

polska-azja.pl

Hashtag #AstroTurfing był w ostatnich dniach jednym z najpopularniejszych na Twitterze. Jak pisze "Press", w weekend media sprzyjające rządowi sugerowały, że masowa krytyka reformy wymiaru sprawiedliwości w mediach społecznościowych była astroturfingiem, czyli celową, skoordynowaną akcją udającą spontaniczne inicjatywy osób lub grup.

Z analizy przeprowadzonej przez Digital Forensic Research Lab, należący do amerykańskiego think tanku Atlantic Council, wynika jednak, że kampania o astroturfingu napędzającym uliczne protesty w Polsce sama miała znamiona astroturfingu. W sieci masowo publikowano wpisy o tej samej treści i z tymi samymi ilustracjami. „Press” podaje, że prędkość zamieszczania tweetów z hashtagiem #StopAstroTurfing lub #StopNGOSoros w sobotę wieczorem wzrosła gwałtownie z 3 na minutę do ponad 200. Taka dynamika utrzymywała się przed około godzinę. Około północy było to już tylko 10 tweetów na minutę.

Z danych Digital Forensic Research Lab wynika, że 50 najaktywniejszych użytkowników Twittera zamieściło ponad 5,5 tys. tweetów, co stanowi ponad 35 proc. wszystkich wpisów z takimi hashtagami. Na 15 tys. tweetów z obydwoma hashtagami aż 11 tys. było tej samej treści.

Beata Biel, specjalistka ds. szkolenia mediów, przyznaje w rozmowie z „Press”, że choć analiza Digital Forensic Research Lab wymagałaby szerszych badań, to widać wyraźnie, że hashtagi były wspierane przez krótki czas przez boty. Bez głębszych badań nie można jednak określić, kto stał za tymi wpisami, ani jaki miał cel.

Termin astroturfing pochodzi od nazwy marki popularnej w USA syntetycznej murawy. To właśnie dlatego astroturf marketing jest nazywany przez Amerykanów kładzeniem sztucznej trawy. Terminem takim są nazywane wszelkie kampanie, które udają spontaniczne, oddolne inicjatywy osób bądź grup, wyrażające poparcie lub sprzeciw wobec konkretnej idei, produktu, usługi, wydarzeń czy działalności polityków. Celem takich inicjatyw jest stwarzanie wrażenia niezależnej reakcji ludzi i ukrywanie prawdziwych inicjatorów akcji i ich intencji

Takie manipulowanie opinią publiczną jest coraz bardziej powszechne i staje się bronią masowej zagłady w rękach biznesu i grup interesów. Według amerykańskich naukowców nawet jedna trzecia opinii konsumentów w sieci jest fałszywa, a większość przypadków organizowania się obywateli jest skutkiem działań firm doradczych pracujących dla korporacji i organizacji wpływu.

forsal.pl

czwartek, 27 lipca 2017


W Algierii kobieta nie ma prawa palić publicznie. Gdy mój ojciec odkrył, że palę, kazał mi za karę wypalić całą paczkę papierosów jeden za drugim. Miałam wtedy 17 lat, było to pod koniec lat 70. Potem tata zmiękł, choć nigdy nie pozwolił mi palić w swojej obecności. Pamiętam, jak raz zabrakło mu papierosów. Stanął na środku pokoju, bym go dobrze widziała, i powiedział na głos: „Boże, widzisz ten stół, o tutaj? Pójdę teraz na balkon, a ty spraw, by pojawiły się tam cztery papierosy. Nie będę patrzył, a ty czyń cuda”. Wyszedł, a jak oczywiście położyłam te kilka papierosów na stole. Wrócił. „Dziękuję ci, Panie Boże! Widzę, że mnie kochasz”. Ale gdy wyszłam za mąż, już nie musiałam się ukrywać. Paliłam przy swoim mężu, a według ojca należałam teraz do niego.

wysokieobcasy.pl

niedziela, 23 lipca 2017


W 2015 roku w Polsce było około 35 tysięcy czynnych zawodowo adwokatów i radców prawnych. To oznacza, że jeden przypadał na tysiąc mieszkańców. W UE jeden przypada na 625 obywateli, w Stanach na 250. Taka sytuacja – będąca efektem sztucznego zamknięcia zawodu radcy i adwokata przez długą część III RP – sprawia, że większość osób – nawet z szeroko rozumianej klasy średniej – nie ma łatwego dostępu do pomocy prawnej. Niska podaż prawników winduje w górę ceny ich usług często ponad zasoby klasy średniej, o ludowej nie wspominając.

Powoduje to, że prawnicy jawią się jako wyalienowana ze społeczeństwa kasta, stojąca na straży jakiegoś tajemniczego, złowrogiego kunsztu – Prawa – z którym „prosty człowiek” powinien unikać kontaktu, bo oznacza to dla niego wyłącznie kłopoty.

Nawet w rozwiniętych, mieszczańskich demokracjach kultura klas ludowych pełna jest obrazów skorumpowanych sądów, lęku przed sądem jako instytucją stojącą nie tyle na straży sprawiedliwości, ile możnych i ich władzy. Ten obraz silniejszy jest w Polsce, gdzie normalnej, mieszczańskiej demokracji nie udało się jak dotąd zbudować.

(...)

Opieszałość (sądów) nie musi wynikać z lenistwa czy złej woli sędziów. Źródła problemu rozpoznano już lata temu. Jak pisze publicysta „Rzeczpospolitej”, opieszałość wynika głównie z obłożenia sędziów pracą nadzorczo-administracyjną oraz przeciążenia sądów procedurami nieliczącymi się z „ekonomiką procesu”. Od czasu postawienia tej diagnozy nie wykonano jednak żadnego kroku w kierunku kuracji. Sędziowie nie tylko nie zrobili w zasadzie nic, by wspólnie z politykami spróbować rozwiązać ten problem, ale też nie byli w stanie sensownie przedstawić go opinii publicznej.

Paliwa PiS dostarcza wreszcie materialny status sędziów. Jak na elitę prawniczych zawodów w Polsce zarabiają oni faktycznie niewiele i mogą czuć się ekonomicznie sfrustrowani. Ujawnianie tej ekonomicznej frustracji przed silnie spauperyzowanym społeczeństwem, gdzie najczęściej wypłacana do ręki płaca oscyluje w granicach 500 euro, jest receptą na niechęć opinii publicznej. Na tle tego, jak wygląda płaca i praca w Polsce, zarobki sędziów, bezpieczeństwo ich pracy, stan spoczynku, przywileje emerytalne mogą budzić złość i zawiść społeczeństwa.

(...)

Akcja przejmowania sądów przez PiS karmi się pretensjami o sprawy, których środowisko sędziowskie nie potrafiło załatwić przez całą III RP. Gdyby sądy były w stanie same się sensownie uregulować, gdyby umiały jasno przekazywać społeczeństwu, co jest w sądownictwie nie tak, co trzeba poprawić, kiedy to zostanie zrobione, PiS nie miałby politycznie szans tej walki wygrać. Ponieważ trzecia władza nigdy nie nauczyła się rozmawiać z ludem, dziś partia Kaczyńskiego przy przynajmniej obojętności społeczeństwa kawałek po kawałku rozbierać będzie mur chroniący sądy przed ręcznym sterowaniem przez parlamentarną większość.

krytykapolityczna.pl

Polskim sędziom zarzuca się, często słusznie, konformizm, wsobność, grupową lojalność, intelektualną gnuśność, kolesiostwo i pogardę wobec stojących niżej w drabinie społecznej. To wszystko prawda, ale są to także cechy polskiej inteligencji jako takiej. Równie dobrze można w ten sposób oceniać polskich naukowców, samorządowców, lekarzy i przede wszystkim całą naszą klasę polityczną. Każda z tych grup nie potrafi sobie poradzić z korupcją i czarnymi owcami w swoich szeregach. Wszystkie te grupy zioną pogardą do reszty, zwłaszcza do tych, którzy są słabsi i nie pochodzą z ich środowiska.

(...)

Tutaj próbka ze wspomnień francuskiego nauczyciela, który przebywał na dworze księcia Sapiehy:

Jeśli więzi społeczne między mieszkańcami jakiegoś kraju ograniczają się jedynie do stosunków zależności, władza jest z konieczności rozzuchwalona, a podległość służalcza. Władza rozciąga się nie tylko na czyny człowieka, ale i na jego myśli. Pan patrzy na poddanego tylko z jednego punktu widzenia: ciało, umysł i wola składają się na całość, której istotę stanowi uzależnienie. Stąd płynie pogarda do wszystkiego, co znajduje się na niższych szczeblach w hierarchii społecznej, butne zarozumialstwo w stosunku do własnej osoby, brutalność wobec wszelkich prób oporu. Przyzwyczajanie do zależności wdraża do uniżoności, pochlebstwa, podłości, szalbierstwa, władza wszczepia pychę, próżność, okrucieństwo. W charakterze Polaka, który zakosztował jednego i drugiego, skupiają się niekiedy wszystkie wady im właściwie. Butnie rządzi ten, kto umie ugiąć posłusznie kark. Ten, kogo spotkała krzywda, przenosi ją na niższych od siebie.

krytykapolityczna.pl

Warto przytoczyć też badania prof. Rüdigera Lohlkera, który zajmuje się badaniem radykalizacji młodzieży muzułmańskiej w Europie. Jak wynika z jego ustaleń, osoby, które pochodzą z rodzin religijnych, są akulturowane religijnie od małego, chodzą do meczetu z rodzicami, obchodzą święta, nie radykalizują się. Radykalizują się osoby niereligijne, takie, które do pewnego momentu prowadzą życie rozbitków społecznych, zajmują się drobną przestępczością, chodzą do klubów, zażywają narkotyki, prowadzą życie absolutnie niezgodne z islamem. Później lądują w więzieniu i przechodzą przemianę pod wpływem radykalnych imamów. Ale to jest nikły odsetek. W Europie mamy 18 mln muzułmanów, ilu z nich się zradykalizowało?

AP: Możemy zatem mówić o sukcesie integracji, tyle że rozłożonej w czasie?

Jak najbardziej. Ci, którzy przyjechali w latach 60., wychowali dzieci, które poszły do szkoły i stały się normalnymi obywatelami tych państw. Podam przykład prof. Maleka Chebela, antropologa francuskiego, który zwrócił uwagę na fakt, że kiedy na przedmieściach Paryża palono samochody, to nie stało się tak z powodu islamu. Młodzi ludzie z przedmieść – tak się składa, że też muzułmanie – przejęli po prostu typowe zachowanie francuskich chuliganów. Turcy w Niemczech nie palą samochodów podczas protestów. W tym sensie muzułmanie nawet w swoim proteście udowodnili, że są zintegrowani, bo nie różnią się od swoich francuskich kolegów.

kulturaliberalna.pl

piątek, 21 lipca 2017


Chociaż głównymi przyczynami ogólnoświatowej epidemii otyłości są niewłaściwa dieta i brak aktywności fizycznej, naukowcy wykazali, że pewną rolę może również odgrywać zanieczyszczenia środowiska. Nowe badanie dowodzi, że w warunkach laboratoryjnych niewielkie ilości zawierającego tego rodzaju zanieczyszczenia kurzu domowego mogą pobudzać komórki tłuszczowe do gromadzenia większej ilości trójglicerydów.

Substancje powodujące zaburzenia endokrynologiczne (EDC) są syntetycznymi lub naturalnie występującymi związkami, które mogą zakłócać działanie hormonów wydzielanych przez organizm lub naśladować je.

EDC, takie jak środki zmniejszające palność, ftalany i bisfenol-A, są znane ze względu na ich potencjalny wpływ na funkcje reprodukcyjne, układ nerwowy i odporność.

Badania na zwierzętach sugerują jednak również, że narażenie na działanie niektórych EDC we wczesnej fazie życia może powodować przyrost masy ciała w późniejszym okresie. Dlatego nazwano je „obesogenami”, czyli powodującymi otyłość. Niektórzy producenci ograniczyli stosowanie EDC, ale wiele nadal jest powszechnie stosowanych w produktach konsumpcyjnych.

Jeśli EDC wejdą w skład kurzu, mogą być wdychane, spożywane lub wnikać przez skórę. Amerykańska Agencja Ochrony Środowiska (U.S. Environmental Protection Agency) ocenia, że przeciętne dziecko zjada codziennie 50 miligramów kurzu domowego.

(...)

Spośród 44 rodzajów zanieczyszczeń wykrytych w domowym kurzu najsilniejszy wpływ na komórki wywarły piraklostrobina (pestycyd), obniżający palność TBPDP oraz DBP, powszechnie stosowany plastyfikator. Zdaniem autorów sugeruje to, że mieszanina tych chemikaliów w kurzu domowym pobudza gromadzenie się trójglicerydów i rozwój komórek tłuszczowych. Widoczny efekt mogą dać już 3 mikrogramy kurzu – to ilość znacznie mniejsza niż typowe „spożycie” przez dzieci. Kurz domowy może zaburzać metabolizm zarówno dzieci, jak i dorosłych.

naukawpolsce.pap.pl

Oceany chronią nas przed globalnym ociepleniem.

- Magazynują większość gazów cieplarnianych emitowanych przez ostatnie setki lat. Oceany przyjęły ok. połowy dwutlenku węgla, który wypuściliśmy do atmosfery od czasu rewolucji przemysłowej z XIX w. Do tego trzeba jeszcze dołożyć niezliczone masy metanu, dla atmosfery dwadzieścia razy bardziej niebezpiecznego niż CO2. Żeby oceany mogły wrócić do swojego naturalnego stanu sprzed rewolucji przemysłowej, prawdopodobnie potrzebowałyby tysięcy lat.

Twoim zdaniem tym, co ostatecznie przetrwa po katastrofie ekologicznej, którą właśnie sobie fundujemy, będą meduzy. Dlaczego?

- Gazy cieplarniane, które absorbowane są przez morza i oceany powodują, że woda w nich staje się coraz bardziej zakwaszona. To doprowadzi do wyginięcia skorupiaków, krylu i planktonu, które są pożywieniem dla dużych i małych zwierząt. W dodatku globalne ocieplenie dramatycznie zredukuje zawartość tlenu w atmosferze. Dlatego organizmy, także te żyjące w oceanie, wyginą. Wszystkie poza meduzami, bo one prawie w ogóle nie potrzebują tlenu do oddychania.

Wspominasz w książce o szóstej fazie ery masowego wymierania.

-  Jesteśmy świadkami okresu w naszych dziejach, kiedy tak wiele gatunków doprowadziliśmy na skraj wyginięcia, albo już je wybiliśmy, że naukowcy mówią o ich masowym wymieraniu. Przyrównują go do takich kataklizmów z naszej historii jak uderzenie asteroidy, która spowodowała wyginięcie dinozaurów i była jedną z faz masowego wymierania, ale trwała kilkaset lat. Wygląda na to, że z powodu przeludnienia, zanieczyszczenia i nadmiernej eksploatacji paliw kopalnych sprowadzimy na siebie zagładę szybciej niż asteroida.

gazeta.pl