piątek, 7 lipca 2017


Istnieją też antypody przewrotności, jej zaprzeczenie, wyjałowiony ze wszelkiej wieloznaczności wygłup: prowokacja o subtelności wyuczonych na pamięć bon motów ministra Błaszczaka, skecz studenckiego kabaretu, narysowany w zeszycie do matmy pisior. Tym wszystkim jest „Putin Interviews” – czterogodzinny wywiad Olivera Stone'a z prezydentem Władimirem Władimirowiczem Putinem. Film miał niedawno premierę w USA, a z lekkim opóźnieniem (lecz wielką pompą) wyświetlany był też w rosyjskiej telewizji, tuż po wieczornych wiadomościach.

(...)

Stone pyta Putina, niemalże dosłownie, czy jest świetnym przywódcą i uczciwym człowiekiem, a Putin – momentami z autentycznym zażenowaniem – musi się w odpowiedzi zgadzać, że owszem, jest świetnym przywódcą i uczciwym człowiekiem, a do tego kocha swoją rodzinę i rosyjski naród w ogóle. Wybór pytań, jakie padają w wywiadzie, daje zresztą lepszy obraz jakości całego materiału niż jakakolwiek recenzja. Stone pyta, czy Putin zgodzi się z twierdzeniem, że jest dobrym menadżerem firmy o nazwie Rosja (Putin zgadza się). Stone pyta, czy Putin potępia zaangażowanie George'a Sorosa i różnych międzynarodowych organizacji na Ukrainie (Putin potępia). Stone pyta, czy Ameryka bardziej szkodzi Rosji, niż Rosja szkodzi Ameryce (Stone zgadza się sam ze sobą, Putin odpowiada wymijająco).

dwutygodnik.com

Konstytutywnym elementem polskiej prawicy jest poczucie bycia wiecznie zaszczutym i prześladowanym. Dotyczy to zwłaszcza generacji ukształtowanej w latach 90. i nieco młodszej. Zgodnie z tym myśleniem, choćbyśmy mieli wszystko, to i tak będziemy się postrzegać jako ostatni oddział powstańców styczniowych przebiegający gdzieś po mokradłach.

Ma to również szerszy wpływ na myślenie o sprawach międzynarodowych, o czym pisałem w eseju „Sarmaci w świecie w wiecznej Jałty”. Nie dotyczy zresztą tylko prawicy, ale w pewnym stopniu Polaków w ogóle. Towarzyszy nam nieustanne oczekiwanie, że wkrótce zostaniemy zdradzeni, lub przekonanie, że jesteśmy zdradzani cały czas.

kulturaliberalna.pl

czwartek, 6 lipca 2017


A zatem nawet ludzie o niby „normalnych” umysłach gotowi są zaakceptować oparte na urojeniach systemy z tego prostego powodu, że zbyt trudno je odróżnić od równie niepojętych i nieprzejrzystych systemów, w ramach których codziennie wiodą swoje życie. Astrologia jest tutaj świetnym przykładem, podobnie jak dwie odmiany państw totalitarnych, które także twierdzą, że weszły w posiadanie klucza do wszystkiego, znają wszystkie odpowiedzi i redukują złożoność do prostych, mechanicznych zależności, pozbywając się wszystkiego co dziwne i nieznane, a przeto nie wyjaśniając tak naprawdę niczego.

Theodor W. Adorno "The Stars Down to Earth"

środa, 5 lipca 2017


„Hodowla przemysłowa powoduje ogromne szkody w przyrodzie i jest jedną z głównych przyczyn wymierania gatunków na naszym globie” – twierdzą aktywiści z kampanii wymierzonej przeciwko hodowli przemysłowej „Stop the Machine”. Według nich podstawowym problemem jest tu ogromna ilość zwierząt zgromadzonych na małej powierzchni, odciętych od naturalnych pastwisk. Z powodu tego odcięcia są one karmione żywnością, która nie jest ich typowym pożywieniem, a której głównym składnikiem są genetycznie modyfikowane ziarna. Aż 35% uprawianych na świecie zbóż i soi przeznacza się na karmę dla zwierząt hodowlanych. „W ten sposób szerzymy wśród nich choroby, a żywność z nich produkowana jest uboga w składniki odżywcze. Jednocześnie sam proces produkcji rolnej staje się jednym wielki marnotrawstwem” – twierdzi Philip Lymbery, dyrektor znanej także w Polsce organizacji Compassion in World Farming (CIWF).

Co ciekawe, okres szybkiego rozwoju rolnictwa przemysłowego pokrywa się z okresem wymierania zwierząt dziko żyjących. Jak donosi dziennik The Guardian, tylko przez ostatnich 10 lat pod uprawy przeznaczono aż 40 mln hektarów ziemi, głównie w Afryce. Jednocześnie, w ciągu zaledwie 4 dekad populacja dzikich zwierząt zmniejszyła się o połowę. The Guardian pisze: „Dziesięć tysięcy lat temu ludzie i ich żywy inwentarz stanowiły ok. 0,1% żyjących na świecie kręgowców. Teraz jest nas ok. 96%. Czas zatem na poważną dyskusję w tym temacie.”

(...)

Według CIWF zaprzestanie karmienia zwierząt hodowlanych ziarnem dałoby możliwość wyprodukowania jedzenia dla kolejnych 4 miliardów ludzi. CIWF wskazuje, że według Organizacji Narodów Zjednoczonych ds. Wyżywienia i Rolnictwa (FAO) zebrane w 2014 plony wystarczyłyby do nakarmienia 15 miliardów ludzi, tj. dwukrotnie więcej niż jest nas teraz, jednak ogromną ich część zjadły zwierzęta hodowlane.

ulicaekologiczna.pl

We wczesnych godzinach popołudniowych, 30 lipca 2013 roku, Kielce obiegła informacja o awarii w elektrowni jądrowej w nieokreślonej lokalizacji za wschodnią granicą Polski. Mówiło się o obiekcie na Ukrainie lub w Rosji (pierwsze podejrzenia padły na elektrownię w Sosnowym Borze nieopodal Petersburga). Plotka rozprzestrzeniła się lotem błyskawicy w mediach społecznościowych i osiągnęła punkt, w którym prawdopodobnie nic nie mogło jej powstrzymać. Jej źródłem był artykuł o awarii elektrowni atomowej w Rosji w 2010 roku, do którego link umieszczony został w serwisie Wykop. Z każdą godziną w wielu miejscach w sieci, pojawiały się coraz bardziej złowieszcze informacje o będących w toku nadzwyczajnych działaniach. Na forach powoływano się na informacje pochodzące od „wujków, służących w wojskach chemicznych”, obrazy z miejskich kamerek internetowych na Ukrainie, na których widać ewakuację całych miast i rozdawanie „maseczek” (sic!). Były także informacje od „bliskich, pracujących w ogarniętych paniką szpitalach”, „cioci, pracującej w ONZ” oraz od ludzi, którzy „zostali wysłani do domu przez pracodawcę, bo coś wybuchło na Ukrainie”. Plotki miały być „potwierdzane” przez „pracowników aptek”, „rodziców”, „personel świętokrzyskiego Centrum Zarządzania Kryzysowego”, a nawet przez „krewnych z Warszawy”.

Zaniepokojeni ludzie dzwonili i wysyłali maile do urzędów oraz lokalnych mediów. Oficjalne oświadczenia pomogły jednak niewiele. W godzinach wieczornych przestała działać strona Polskiej Agencji Atomistyki, a wraz z nią mapa poziomu promieniowania. Witryna nie wytrzymała masowych wejść. W komentarzach na różnych witrynach pojawiała się jednak przerobiona prostym sposobem ta sama mapa, epatująca złowieszczym, czerwonym kolorem. W Kielcach masowo wykupowano z aptek jodynę i płyn Lugola (nie zwracając uwagi na konsekwencje ich „swobodnego” używania).

(...)

Rankiem 11 września 2014 roku, mieszkańcy gminy św. Marii w stanie Luizjana, otrzymali różnymi kanałami informację o awarii zakładów Columbia Chemical. Zaniepokojeni ludzie powiadamiali lokalne biura Departamentu Bezpieczeństwa Krajowego. W sieci pojawiły się posty i tweety ze zdjęciami, ukazującymi czarny dym nad zakładami. Wiadomości te wzywały do natychmiastowego ukrycia się. Pojawił się także zrzut ekranu, rzekomo pokazujący stronę główną internetowego serwisu CNN, na którym informacja o awarii w Columbia Chemicals miała już status ogólnokrajowy. Wreszcie, pojawił się udostępniany z wielu kont materiał wideo z serwisu YouTube, na którym było widać odbierający arabskojęzyczny kanał informacyjny telewizor i zamaskowanego człowieka przyznającego się do ataku w imieniu Daesh. Ekran ukazywał wielką eksplozję.

Data także była nieprzypadkowa. 11 września rodzi oczywiste skojarzenia, co jeszcze bardziej wzmacniało oddziaływanie informacji. Panika została ostatecznie wygaszona. Lokalne władze oraz przedstawicielstwa administracji centralnej zdołały przebić się z prawdziwymi informacjami. Uznano to za „głupi, sadystyczny żart”.
Czy jednak na pewno było to żart? Śledztwo dziennikarskie, przeprowadzone w tej oraz podobnych sprawach (rzekomy wybuch epidemii wirusa Ebola w Atlancie, okraszony zdjęciami zespołów lekarzy z CDC, transportujących chorego z lotniska, z grającym w tle aktualnym przebojem Beyoncé; zastrzelenie ciężarnej Afroamerykanki, także w Atlancie), nosiły ślady świetnie skoordynowanej, dokładnie przemyślanej operacji. Swoje własne śledztwo prowadziło także FBI. Tropy dziennikarskiego dochodzenia wiodły do Petersburga i osławionej „jednostki internetowych trolli” rosyjskiego wywiadu. Nie zagłębiając się w kwestie sprawstwa (zgodnie z jednym z najpopularniejszych na forach internetowych wątkiem, to przecież także mogła być „fałszywa flaga”), trzeba przyznać, że wydarzenia te pokazały, jaki potencjał mają tego typu działania.

fundacjapoint.pl

„Jeśli półki w warzywniaku są puste, tylko 9 posiłków dzieli cię od anarchii” – stwierdza Mike, jeden z bohaterów popularnej serii dokumentalnej „Doomsday Preppers” (pol. „Czekając na apokalipsę”).

(...)

Według niemieckiego socjologa, Ulricha Becka, ciągłe oczekiwanie globalnych katastrof narusza podstawy funkcjonowania nowoczesnych społeczeństw. Jest to efektem funkcjonowania samego systemu nowoczesności, który wskutek niepohamowanego postępu technologicznego, stanowi już zagrożenie dla samego siebie. Beck nakreśli wizję „globalnego społeczeństwa ryzyka”, w którym człowiek jest narażony na ciągłe niebezpieczeństwo. Ryzyka naszych czasów określa jako wytwory postępu, jego skutki uboczne, które nie są już możliwe do kontrolowana.

(...)

Na szczególną uwagę zasługuje wprowadzona przez Becka kategoria niekalkulowalności ryzyka. Rozwój technologii, pojawienie się zupełnie nowych jego kierunków (za przykład mogą tu posłużyć badania nad ludzkim genomem) sprawia, że niemal niemożliwe jest uzyskanie szczegółowej wiedzy na temat struktury potencjalnych zagrożeń. Podstawą globalnych ryzyk jest w dzisiejszych czasach niewiedza, którą „produkuje” sam postęp naukowo-technologiczny. Doskonale obrazuje to słynne stwierdzenie Carla Sagana: „Żyjemy w społeczeństwie fundamentalnie uzależnionym od nauki i technologii, w którym mało kto ma jakiekolwiek pojęcie o nauce i technologii. To prosta recepta na katastrofę”. Kalkulacja ryzyka przestaje więc bazować na ocenie prawdopodobieństwa (na czym opierało się rozumienie ryzyk w, by posłużyć się pewnym uproszczeniem, epoce industrialnej). W podobnym tonie wypowiadają się w najnowszej prognozie trendów globalnych eksperci Narodowej Rady Wywiadu Stanów Zjednoczonych.

(...)

Nie jesteśmy już w stanie zrozumieć zasad działania technologii, która nas otacza i w coraz większym stopniu definiuje nasze życia. Powinniśmy jednak być świadomi tego, że może ona zostać wykorzystana przeciwko nam. Przeciwnik, który sięgnie po tego rodzaju broń, będzie dysponował doskonałą wiedzą na temat szczegółów naszego życia, schematów myślenia i zachowania w sytuacjach kryzysowych, co zostanie bezwzględnie wykorzystane. Wyłania się w związku z tym cały, wielokrotnie złożony kompleks różnego rodzaju ryzyk.

Narracja o „okresie schyłkowym” (która sama w sobie novum nie jest) niewątpliwie ma związek z globalnymi przewartościowaniami, tworzeniem się nowego modelu dystrybucji siły i relatywnego osłabienia Europy oraz Stanów Zjednoczonych, a także zmianami społecznymi, których katalizatorem jest między innymi technologia. Procesy te generują wewnątrzsystemowe wstrząsy, konflikty, stan niepewności i obaw. Przestrzeń publiczna jest wypełniona informacjami o końcu zachodniej cywilizacji, islamskiej inwazji czy wręcz kolonizacji, wzroście potęgi Chin, wszechobecnym zagrożeniu terrorystycznym, upadku wartości, powszechnej dezinformacji, postprawdy, końcu demokracji i wolnorynkowej gospodarki, szkodliwości żywności i leków oraz wieloma podobnymi.

fundacjapoint.pl

wtorek, 4 lipca 2017


Zdaniem Wołobujewa dla Rosji ma znaczenie fakt, że Trump przybywa właśnie do Warszawy. Jego wizytę Moskwa będzie postrzegać "przez pryzmat tak zwanych +mocarstwowych zapędów+ Polski". Jak tłumaczy Wołobujew, władze Rosji uważają, iż "Polska stara się odbudować swoje wpływy" w regionie, jako kraj najludniejszy, najsilniejszy militarnie i gospodarczo. Moskwa sądzi, że Warszawa będzie promowała projekt obliczony na budowę "nowego kordonu sanitarnego wymierzonego przeciwko Rosji, rozlokowanie systemu tarczy antyrakietowej i w pewnej mierze stworzenia niejakiej konkurencji wobec Rosji".

"Moim zdaniem władze polskie kierują się teraz nieco innymi motywami niż te, które przypisują im władze rosyjskie, ale w Moskwie tak właśnie na politykę polską się patrzy - faktycznie, przenosi się na Polskę własne standardy - to, jak teraz Rosja próbuje działać" - powiedział Wołobujew. Jak zauważył, w Moskwie odwoływanie się do wartości ogólnoeuropejskich postrzegane jest jako "gadanina, demagogia". W ocenie władz Rosji "głównym celem jest odbudowa wpływów Polski, w pewnej mierze odbudowa starego projektu Międzymorza" i "w istocie rywalizacja dwóch państw - Rosji i Polski", choć tym razem Polska "próbuje się oprzeć na państwie potężniejszym, na Ameryce - i ma duże szanse, by osiągnąć w tym sukces".

Zarazem - zdaniem eksperta - Moskwa patrzy na tak oceniane przez nią polskie inicjatywy sceptycznie. Rosja ma bowiem teraz dobre stosunki z Węgrami, premier tego kraju Viktor Orban "odszedł od polityki antyrosyjskiej", tymczasem bez Budapesztu "projekt Trójmorza wygląda dość wątpliwie". Także Czechy, "również mające niebagatelną rolę w regionie", zmniejszają swoje wydatki wojskowe i - według Wołobujewa - "dość negatywnie patrzą na politykę zagraniczną Polski".

Z tych względów, zdaniem politologa, "Moskwa z jednej strony niepokoi się tymi - mówiąc w cudzysłowie - +imperialnymi+ ambicjami Polski, a z drugiej uważa, że są one mało realistyczne". Władze Rosji zakładają, że "jeśli Polacy będą mogli się na kimś oprzeć w swoich ambicjach przeciwstawiania się Rosji, to przede wszystkim na Stanach Zjednoczonych i na Ukrainie. W zasadzie Polska nie ma w tym względzie innych sojuszników" - podsumowuje ekspert.

forsal.pl

poniedziałek, 3 lipca 2017


Pamiętam Fatimę, która odkryła, że jej mąż czatuje z dziewczynami i udaje 26 latka. Zostawiał konwersacje na ekranie komputera. Śmiała się z tego i mówiła, że w rzeczywistości to stary, głupi dziad i alkoholik. Była dumna, że zrozumiała tekst, samodzielnie go przeczytała i tym samym dostała możliwość odegrania się. A była dziewczyną przywiezioną z Turcji w wieku 16 lat, analfabetką, przez wiele lat teściowa nie pozwalała jej opuszczać mieszkania. Fatima gotowała i sprzątała dla ich licznej rodziny. Nie znała nazwy ulicy, przy której mieszkała. Dopiero jak teściowa zmarła, moja Fatima zaczęła chodzić na zakupy, najpierw z synem, potem z turecką sąsiadką a na koniec sama, gdyż mąż wymagał dostaw alkoholu i zezwolił jej na opuszczanie domu. Dzięki temu kupiła sobie pierwsze nowe ubranie. W wieku 40 lat postanowiła już nie nosić chustki i nie wstydzić się tego, że jest alewitką. Nie lubiła Turcji i nie chciała tam jeździć, pokazywała mi na zdjęciach niedokończony dom, który jej mąż zaczął tam budować dwadzieścia lat temu. Dom na olbrzymią wielopokoleniową rodzinę. Z tych planów zostali: mąż pijak, bezrobotny syn, który nie mógł znaleźć dziewczyny, bo wszystkimi gardził, i drugi syn z niemiecką rodziną. Przynosiła mi w poniedziałki ciasto cytrynowe, była jedną z najbardziej pogodnych osób na kursie, szczęśliwą, że robi coś dla siebie. Mąż musiał się z tym pogodzić, bo inaczej nie mogłaby dostawać zasiłku, nie muszę dodawać, że zabierał jej wszystkie pieniądze. Po 26 latach życia w Berlinie pierwszy raz była ze mną zobaczyć Bramę Brandenburską.

krytykapolityczna.pl

W 2002 r. na maleńkiej i niezamieszkanej wyspie w okolicach Gibraltaru zwanej Perejil, czyli właśnie Pietruszka, pojawiło się 12 żołnierzy marokańskich, którzy wbili tam swoją narodową flagę. Nie spodobało się to Hiszpanom uważającym, że wysepka należy do nich. Momentalnie wysłali 75 żołnierzy, którzy posłali Marokańczyków do domu, i wbili w ziemię aż dwie hiszpańskie flagi. Maroko uznało to za akt agresji; młodzież na ulicach Rabatu krzyczała, że za pokrytą pietruszką wyspę będą przelewać krew, podczas gdy wokół wysepki pojawiły się helikoptery i okręty hiszpańskie.

Konflikt dotyczący skrawka lądu, na którym pasą się kozy, był może niespodziewany i absurdalny, ale domagał się rozwiązania. Naturalnym mediatorem były ONZ, Unia Europejska czy choćby Francja, która miała z oboma krajami przyjazne stosunki, ale to USA musiały zakończyć spór. Zakaria cytuje Colina Powella, ówczesnego sekretarza stanu, który z rozbawieniem wspominał: „Myślałem sobie: co ja mam z tym wspólnego? Dlaczego Stany Zjednoczone są nagle w samym środku tej kabały? (...) Postanowiłem szybko doprowadzić do kompromisu (...) W basenie Morza Śródziemnego był już późny wieczór, a moje wnuki miały zaraz wpaść do nas popływać”. Powell wysłał kilka faksów i mediacje się skończyły, zanim jego wnuki zdążyły porządnie naciągnąć na głowy czepki.

forsal.pl

sobota, 1 lipca 2017


Zasadniczy problem leży w naturze relacji pomiędzy wyborcami a elitami politycznymi – ten związek zmienił się przez ostatnie lata. W czasach zimnej wojny i państw narodowych wyborca był ważny nie dlatego, że mógł zagłosować na tę czy inną partię. Nie mógł zostać zignorowany, ponieważ był jednocześnie podatnikiem, robotnikiem i – całkiem często – także żołnierzem. Dla zachodnich demokracji szalenie istotne było to, by klasy robotnicze były lojalne wobec swojego systemu politycznego, a tym samym mniej podatne na ideologiczne ataki wychodzące z bloku komunistycznego. To dlatego w czasach zimnej wojny granice między Zachodem a Wschodem pozostawały ściśle chronione, ale te między klasami społecznymi w społeczeństwach zachodnich były o wiele bardziej otwarte. Wraz z wyeliminowaniem komunistycznego zagrożenia i postępem globalizacji granice pomiędzy krajami stały się o wiele bardziej otwarte, a te między klasami społecznymi okrzepły.

ŁP: Więc obecny kryzys demokracji liberalnej ostatecznie sprowadza się do rosnących nierówności społecznych?

Prawdziwy problem dotyczy nie tyle nierówności społecznych, ile społecznej mobilności. Żyjemy w świecie, w którym mobilność społeczna bardzo często przyjmuje formę migracji. Dziś, jeśli ktoś chce poprawić swój status społeczny, decyduje się na emigrację, zamiast pracować na awans w ramach swojego społeczeństwa. Ta tendencja jest szczególnie silna w wielu państwach wschodniej Europy, gdzie młodzi ludzie uważają, że o wiele bardziej prestiżowe jest bycie taksówkarzem w Londynie niż urzędnikiem w Polsce czy Bułgarii. I nie chodzi wyłącznie o pieniądze.

Te powszechne zmiany przeobrażają naturę relacji elita-wyborca. Wyborca jest dziś o wiele słabszy. Nie jest już żołnierzem – armie zostały sprofesjonalizowane, a ogromną rolę w walce odgrywa technologia. Może wciąż być robotnikiem, ale robotnik nie ma już takiego statusu jak kiedyś, a to dlatego, że międzynarodowe koncerny z łatwością mogą przenosić się z miejsca na miejsce, jeśli coś im się nie podoba. Wyborca stracił także część swojej władzy jako podatnik, ponieważ dla państwa i jego zamożności istotniejsza jest zdolność przyciągania inwestorów niż samo zbieranie podatków.

(...)

ŁP: Czy to znaczy, że międzynarodowy system liberalnych demokracji dotarł już do kresu swoich możliwości?

Systemy demokratyczne od zawsze się zmieniały – na początku zmieniało się to, kto ma prawo głosu, potem zakres kwestii, o których możemy decydować. W międzyczasie zmieniały się także relacje władzy pomiędzy większością a różnymi mniejszościami w obrębie społeczeństwa. Z tego punktu widzenia demokracja zawsze znajdowała się w pewnego rodzaju kryzysie. Dlatego nie widzę w obecnej sytuacji egzystencjalnego zagrożenia. Niepokoją mnie raczej pewne koncepcje, które postrzegam jako wyraz nostalgii za minionymi czasami.

Jedna z nich to wiara w to, że system polityczny należy utrzymać w całkowicie niezmienionej formie. Zgodnie z tym poglądem powinniśmy obawiać się partii populistycznych, ponieważ ugrupowania głównego nurtu to jedyne narzędzie dla „robienia” polityki w demokracji liberalnej. Niekoniecznie. Być może za 10–20 lat liczba partii centrolewicowych i centroprawicowych będzie o wiele mniejsza niż przez ostatnie dekady.

Inny nostalgiczny pogląd wychodzi od tych, którzy wierzą, że demokrację można ocalić przez całkowite zamknięcie granic – w ten sposób mielibyśmy przywrócić dawne, spójne społeczeństwa. Przez jakiś czas można podtrzymać iluzję, że naród udało się skonsolidować. Nie da się jednak zamknąć granic dla obiegu informacji, nie da się również stworzyć samowystarczalnej gospodarki, a przynajmniej nie w przypadku większości małych i średnich państw.

Z tego punktu widzenia, paradoksalnie, radykalizm występujący po obu stronach sporu politycznego – lewej i prawej – również jest nostalgiczny. Lewicowcy tęsknie spoglądają na dni, kiedy mieli wyraźną tożsamość ideową i mogli toczyć walki, które im odpowiadały. Prawica zaś tęskni za czasem państw i tożsamości narodowych. Gdy jednak przychodzi do rządzenia, ani skrajna prawica, ani skrajna lewica nie proponują niczego, co sprawdzi się za następne 5–10 lat.

kulturaliberalna.pl

wtorek, 27 czerwca 2017


Tworzenie zaawansowanej wiedzy technicznej i innowacji jest skoncentrowane geograficznie oraz ograniczone głównie do tzw. megaregionów. O ich sile decyduje klasa kreatywna. (...)

Twórcą tych określeń jest amerykański badacz Richard Florida. Twierdzi on, że na obszarach megaregionów powstaje duża część PKB, generują też one znaczny odsetek globalnych technologicznych innowacji. Zdaniem badacza na świecie jest w tej chwili około 40 silnych megaregionów. Liczby określające ich potencjał są porażające: skupiają aż 20 proc. światowej populacji, produkują dwie trzecie globalnego PKB oraz generują 85 proc. wszystkich światowych innowacji. Florida przekonuje, że mniejsze miasta i skupione wokół nich regiony mają tylko jedną szansę, by sprostać wyzwaniom szybko zmieniającej się kapitalistycznej gospodarki – zbudowanie powiązań z megaregionem. Kluczową grupą społeczną napędzającą rozwój technologii i wiedzy w tych kluczowych regionach jest klasa kreatywna.

Klasa kreatywna dzieli się według Floridy na dwa segmenty. Pierwszy z nich to tzw. superaktywny rdzeń obejmujący przedstawicieli następujących zawodowych obszarów: inżynierii, edukacji, programowania komputerowego, prac badawczo-rozwojowych, jak również osób związanych ze sztuką, projektowaniem i mediami. Wszyscy oni są w pełni zaangażowani w pracę twórczą. Drugim segmentem są „twórczy profesjonaliści”, czyli konwencjonalni pracownicy o gruntownym przygotowaniu naukowym, działający w sektorach takich jak służba zdrowia, biznes, finanse, prawo i edukacja. Zajmują się oni rozwiązywaniem konkretnych problemów, korzystając z rozległej wiedzy nabytej na studiach.

Florida twierdzi, że klasa kreatywna gromadzi się w miejscach, które rozwijają się pod względem tzw. trzech „T”: technologii, talentu i tolerancji. Oznacza to, że gospodarcza ekspansja miast i regionów nie jest już uzależniona w tak dużym stopniu jak w XX wieku od ich potencjału finansowego, dostępności do surowców, czy gęstości zaludnienia, ale od zapewnienia młodym ludziom odpowiedniego klimatu do rozwoju, dostępu do innowacji i technologii oraz innych inspirujących, utalentowanych pracowników.

Najbardziej wyróżniającą cechą klasy kreatywnej jest jej stosunek do pracy, która nie jest traktowana jedynie jako źródło zarobkowania, ale staje się częścią stylu życia. Twórcze umysły wybierają więc miejsce zamieszkania nie tylko pod kątem rozwoju zawodowego, ale także potencjału społecznego czy kulturalnego danego ośrodka: dostępu do muzeów, centrów handlowych, nowoczesnych kawiarni i restauracji czy wysokiej jakości infrastruktury. „Kreatywna” generacja jest skrajnie indywidualistyczna, co prowadzi do zaniku tradycyjnie rozumianych lokalnych więzi społecznych. Florida przekonuje, że kapitał społeczny przekształca się więc powoli w kapitał kulturowy.

forsal.pl