niedziela, 10 maja 2026



Irańska "Armia Nowego Wzoru" /aluzja do raportu Strategy&Future - red./ (a dokładnie jej marynarka wojenna) dziś w nocy  sromotnie przegrała z Amerykanami. 

Irańczycy dziś w nocy zaatakowali za pomocą wielu dronów, rakiet przeciwokrętowych, przeciwokrętowych pocisków balistycznych, motorówek z uzbrojeniem rakietowymi i artyleryjskim trzy amerykańskie niszczyciele: USS Truxtun (DDG 103), USS Rafael Peralta (DDG 115) i USS Mason (DDG 87) które pokonywały cieśninę Ormuz. 

Całość środków rażenia została przechwycona przez Amerykanów a do tego rozpoczęto zwalczanie irańskich jednostek pływających oraz zlokalizowanych nabrzeżnych baterii rakiet.  Warto dodać że całość starcie miała miejsce na akwenie w którym zdolność do manewrowania byłą mocno ograniczona przez irańskie pola minowe. 

Po raz kolejny okazuje się że asymetryczne i hybrydowe środki prowadzenia wojny na morzu po prostu nie są skuteczne wobec marynarek wojennych które od ponad 20 lat rozwijają force protection. 

Dla interesujących się marynistyką jest to bez większych niespodzianek.

(...)

Swoją drogą - Amerykanie średnio się przykładają do zrobienia czegokolwiek z selektywną blokadą nałożoną przez Iran ponieważ im na tym tak naprawdę nie zależy*. Gdyby zależało to migiem powstałyby konwoje i służba konwojowa zaś szereg wysepek Irańskich w Ormuzie zostałoby zajętych po prostu. Wtedy skuteczność irańskiej "blokady" (która blokadę per se nie jest) spadłaby do okolic zera. 

Natomiast takie działanie wymagałoby kosztownych działań i szerokiej koalicji o którą trudno na skutek tego JAK Trump rozpoczął ten konflikt (dołączając się do ataku Izraela).

x.com/wolski_jaros


Tuż przed długim majowym weekendem naładowałem samochód elektryczny tanim prądem z OZE. Kosztowało mnie to 1,30 zł za kilowatogodzinę na szybkiej ładowarce polskiej produkcji. Takie ceny stają się codziennością w weekendy, gdy świeci słońce, a nadwyżka energii z OZE nie znajduje odbiorców.

Na stacji ładowania praktycznie nie było kolejki. W ten sposób zaoszczędziłem jednorazowo około 100 zł w porównaniu z tym, ile zapłaciłbym, tankując benzynę w cenie 6 zł za litr. W przypadku diesla różnica sięgnęłaby około 150 zł.

(...)

Według szacunków Fundacji Instrat konflikt między USA a Iranem będzie kosztował polskich kierowców i firmy ponad 10 mld zł w zaledwie dwa i pół miesiąca (od 1 marca do 15 maja). Pakiet "CPN" pozwolił zmniejszyć te koszty o około 2,5 mld zł – o tyle według Ministerstwa Finansów spadną wpływy z VAT i akcyzy.

Rząd zareagował odważnie – i to zasługuje na uznanie. Minister Domański zapowiedział, że wpływy z podatku od nadmiarowych zysków koncernów paliwowych powinny przekroczyć 4 mld zł. To dobry kierunek: sektor, który zarabia na wojnie wywołanej przez mocarstwo eksportujące ropę, powinien partycypować w kosztach kryzysu. 

(...)

Na dopłaty do samochodów elektrycznych ("Mój Elektryk" i "NaszEauto") NFOŚiGW przeznaczył dotąd nieco ponad 2,5 mld zł, a na rozwój infrastruktury ładowania zaplanowano 1,87 mld zł w kolejnych latach. Łącznie to około 4,4 mld zł na przestrzeni 10 lat.

Tymczasem jeden kryzys paliwowy kosztował gospodarkę ponad dwukrotnie więcej – w ciągu niecałych trzech miesięcy. Sama rekordowa dywidenda Orlenu (4,6 mld zł trafiające do budżetu w tym roku) to kwota większa niż całe dotychczasowe wsparcie dla elektromobilności w Polsce. Te środki powinny wzmacniać naszą odporność – tak jak ma to miejsce np. we Francji.

Francja od 2024 r. prowadzi program leasingu społecznego: auto elektryczne za 100-150 euro miesięcznie, bez wkładu własnego, wyłącznie modele produkowane w Europie. W 2025 r. skorzystało z niego ponad 41 tys. gospodarstw domowych.

money.pl


Marek Meissner: No i tutaj mamy wisienkę na torcie. wisienkę na torcie, o czym, o czym pisze Aman Din, były agent MI6 i banki inwestycyjny na Bliski Wschód. Popatrz, taka sytuacja, że właśnie dużo brytyjskich agentów od znających dobrze Amerykę i Bliski Wschód nagle zaczyna oceniać te projekty i i wychodzi szydło z worka. Otóż tak. 

Tutaj całkowicie szczerze uważam, że to co się wbrew temu co się mówi, Rada Współpracy Zatoki Perskiej nie została zaskoczona projektem Wolność. Wiedzieli o tym wcześniej, mniej więcej pół dnia wcześniej, czyli za mało, ale przestrzeń powietrzna została otwarta, infrastruktura była dostępna, nikt nie protestował. Dlaczego? Bo projekt Wolność według ogłoszenia publicznego miał być ograniczoną operacją humanitarną. która miała na celu uwolnienie 22.000 marynarzy uwiązanych na statkach wokół Ormus i umożliwienie żegludze swobodnego przepływu. Ale co się okazało? Jeśli prosisz kraje współpracy zatoki perskiej o udział w takiej operacji, musisz od pierwszego dnia otwarcie mówić o zasadach zaangażowania. Nie można powiedzieć: "Proszę, otwórzcie swoje niebo i bazy, ujawnijcie swoją infrastrukturę energetyczną. A prawdziwa polityka Ameryki to jest taka, tak przy okazji, jeżeli Iran zaatakuje was pociskami balistycznymi, manewrującymi dronami w kilku falach, to i tak nie odpowiemy, bo Donald Trump jest zbyt zajęty gonitwą za porozumieniem." I to właśnie zaszokowało Saudyjczyków. Nie sam atak Iranu. ZEA, Rada Współpracy Zatoki Perskiej oczekiwały odwetu. No bo przecież to jest Iran. Nikt za w Zatoce perskiej nie jest w tej kwestii naiwny. Szok nastąpił po późniejszej reakcji Amerykanów. Doszło do ataków na infrastrukturę Emiratów. Atakowano Fugirę. wiele fal ataków z udziałem dronów, pocisków balistycznych i pocisków manewrujących. A odpowiedź Waszyngtonu brzmiała na zasadzie, e, drobny incydent, nie skalujmy. Dla Rady Współpracy zAtoki Perskiej to było szaleństwo, ponieważ Riad, Kuwejt i Abu Zabi nagle zdały sobie sprawę, że obsesja Trumpa na punkcie utrzymania układu najwyraźniej osiągnęła ten etap, w którym infrastruktura energetyczna zatoki perskiej została uznana za akceptowalne straty uboczne w dążeniu do
jego cennych negocjacji. Wszystko staje się umową, umową, piękną, umową, najwspanialszą umową, matką wszystkich umów. ostateczną sztuką układu, a może dokładniej ostatecznym fart of the deal, czyli pierdem układu, ponieważ z perspektywy zatoki perskiej przestało to wyglądać na strategię, a zaczęło być desperacką polityczną próżnością zmieszaną ze śmiertelnym myśleniem życzeniowym.
Gdyby Rada Współpracy Zatoki perskiej została wcześniej poinformowana, słuchajcie, cokolwiek Iran wam zrobi ramach projektu wolność, Ameryka nie odpowie, ponieważ nie chcemy narażać negocjacji. Prawie na pewno odmówiłaby udziału od samego początku. Problem polegał na odkryciu w połowie operacji, że kraje współpracy z atoki perskiej miały najwyraźniej siedzieć cicho jak worki treningowe, podczas gdy Waszyngton odgrywał teatralne sztuczki negocjacyjne z Teheranem. 

Tak więc Saudyjczycy i Kuwejczycy wyciągnęli wtyczkę, bo Rada Współpracy z Atoki Perskiej wie coś, o czym Amerykanie zazwyczaj zapominają. Iran gra na długą metę. Może teraz zamrozić wzbogacanie. wstrzymać wzbogacanie, opóźnić wzbogacanie, podpisać 10 porozumień, 20 porozumień, 40 porozumień. Ale jeżeli infrastruktura pozostanie, wirówki pozostaną, korpus straczników rewolucji islamskiej pozostanie, sieć proksy pozostanie, w końcu ta gra zostanie wznowiona. Nastąpi kolejne rozproszenie uwagi, kolejna pandemia, kolejny kryzys finansowy, kolejna wojna gdzie indziej, kolejny paraliż w Waszyngtonie. Świat rozprasza uwagę, wzbogacanie po cichu wraca do normy. Jak na ironię, znaczna część irańskich zapasów wysoko wzbogaconego uranu wzrosła w latach pandemii właśnie tego,
że globalna uwaga skupiła się gdzie indziej. Sądząc po reakcji na ataki na Emiraty, Saudyjczycy i Kuwejczycy doszli do wniosku, że wersja odstraszania Trumpa brzmi: "Proszę po cichu weźcie na siebie te rakiety, bo próbuję napisać kontynuację: "Fart of the deal".

Transkrypcja z materiału wideo pt. "Czy Trump zniszczy imperium USA jak Neron zniszczył Rzym?" z kanału "KREMLINKA SHOW" na YouTube z 10 maja 2026.

youtube.com

sobota, 9 maja 2026



Sufit prawicowej publicystyki. Dlaczego X przestał dla niej działać

Tygodnie obserwacji 44 dziennikarzy publikujących politycznie na X, ponad 14 tys. publikacji, ponad 6 mln interakcji łącznie. Z tej masy danych wyłania się obraz, który wymaga nazwania wprost bo standardowa diagnoza „prawica jest słabsza na X” nie wyjaśnia ani mechanizmu, ani konsekwencji.

Prawicowa publicystyka w tym ujęciu rozumiana jako blok dziennikarzy związanych z mediami konserwatywnymi, antyrządowymi w obecnej kadencji, ideologicznie tożsamymi z prawą stroną sceny politycznej pracuje w sposób, który ją systemowo wyklucza z mainstreamu mimo intensywnej aktywności. To nie jest problem indywidualnych dziennikarzy. To jest problem strukturalny całego ekosystemu medialnego, który dziś, w tym konkretnym kanale dystrybucji, nie działa.

Pierwsze ograniczenie: parytet wolumenu, asymetria zwrotu

Liczba publikacji prawicowej publicystyki w obserwowanym okresie była niemal identyczna jak liczba publikacji bloku liberalno-lewicowego. Innymi słowy, prawicowi dziennikarze pracują tak samo intensywnie. Pracują tyle samo godzin, generują tyle samo treści, są tak samo obecni w cyklu informacyjnym.

A jednak suma interakcji generowanych przez prawicową publicystykę jest niemal o połowę niższa. Średnia interakcji na pojedynczą publikację po stronie prawicy wynosi około 180. Po stronie liberalnej 320. Innymi słowy: identyczna praca daje prawie dwukrotnie mniejszy zwrot. Konkretny prawicowy publicysta, który opublikuje pięć postów dziennie przez tydzień, zbierze średnio tyle interakcji, ile jego liberalny odpowiednik zbierze po dwóch–trzech postach.

To nie jest kwestia talentu, pracowitości, ani gęstości publikacji. To jest strukturalny mnożnik dystrybucyjny, który działa na korzyść jednej strony i na niekorzyść drugiej. A ponieważ ten mnożnik utrzymuje się we wszystkich 10 tygodniach obserwacji, niezależnie od dominujących tematów, należy go traktować jako stały parametr ekosystemu, nie jako anomalię tygodniową.

Drugie ograniczenie: sufit pojedynczego uderzenia

Tu sprawa staje się jeszcze ostrzejsza. W publicystyce sieciowej istnieje próg, powyżej którego post przestaje być rozmową w bańce i staje się wydarzeniem ogólnopublicystycznym. Empirycznie ten próg ustala się w polskim X-ie w okolicach 10 tysięcy interakcji powyżej tej granicy publikacja zaczyna być cytowana w innych kanałach, dyskutowana w rozmowach niezwiązanych z X-em, podsuwana w algorytmie ludziom spoza bańki nadawcy.

Podczas tygodni analiz prawicowa publicystyka jako blok wygenerowała jedną publikację przekraczającą próg 10 tys. interakcji. Dla porównania, sama trójka czołowych liberalnych publicystów wygenerowała ich osiem. Antyestablishmentowy K. Stanowski z Kanału Zero, traktowany w tej analizie jako oddzielna kategoria, zrobił ich dwadzieścia dwa.

To oznacza, że prawicowa publicystyka jako całość osiemnaście kont aktywnych w obserwowanym okresie w 10 tygodni ciężkiej pracy wytworzyła jeden wirusowy moment. To nie jest niedobór indywidualnego talentu. To jest strukturalne odcięcie od poziomu, na którym treść zaczyna żyć poza dystrybucją kont prawicowych.

Innymi słowy: prawicowy publicysta może być świetny, może mieć rację, może produkować ciekawe treści i w 95% przypadków zatrzymuje się na pułapie 4–7 tys. interakcji. Tam treść żyje, ale tam też kończy. Próg wirusowy jest dla niego praktycznie zamknięty.

Trzecie ograniczenie: bańkowa dystrybucja zamiast zdobywania nowych odbiorców

Tu pojawia się wskaźnik, który najlepiej ujawnia mechanikę problemu: udział udostępnień w łącznej liczbie interakcji. Wysoki udział udostępnień (czyli wysokie RT/repost rate) oznacza, że post jest mocno dystrybuowany przez przekonanych bańka go niesie dalej, ale niewielu nowych odbiorców zostaje przy treści, by ją polubić, skomentować, zostać.

Najwięksi prawicowi publicyści mają RT-rate w przedziale 20–30%. Co czwarta lub co trzecia interakcja z ich postem to udostępnienie wewnątrz prawicowej sieci. To jest klasyczna sygnatura zamkniętego obiegu: treść krąży po prawicowych kontach, ci sami ludzie ją widzą, ci sami ludzie ją podsyłają, ci sami ludzie ją komentują.

Po stronie liberalnej ten wskaźnik dla najmocniejszych kont wynosi 5–17%. Czyli treść jest przede wszystkim lubiana, nie redystrybuowana. To oznacza, że dociera do nowych odbiorców, którzy ją oceniają (lajk to pasywna ocena), ale niekoniecznie ją niosą dalej. Niski RT-rate przy wysokich lajkach to sygnatura otwartego obiegu treść trafia do publiczności, która nie była na nią zasubskrybowana.

Konsekwencja jest brutalnie prosta prawicowa publicystyka tworzy treść, która się nie skaluje. Każda kolejna publikacja trafia do tych samych ludzi, przez tych samych ludzi jest udostępniana, do tych samych ludzi przez algorytm wraca. Liberalna publicystyka tworzy treść, która wychodzi z bańki. Każda dobra publikacja zdobywa nowych obserwujących, którzy jej nie udostępnią, ale dadzą lajk i wrócą jutro.

W długim okresie te dwie krzywe się rozjeżdżają coraz bardziej. Prawica trzyma swoich, ale ich nie przybywa. Liberalna publicystyka przy podobnym wolumenie pracy sukcesywnie poszerza zasięg.

Czwarte ograniczenie: brak ekosystemu wzajemnej amplifikacji

Najpoważniejszy problem strukturalny ujawnia się dopiero przy obserwacji, jak temat staje się tematem.

Po stronie liberalno-lewicowej działa rojowisko wzajemnej amplifikacji. Mechanika jest następująca: śledczy z dużej redakcji wrzuca news; ekspert tematyczny komentuje go z perspektywy merytorycznej; ironiczny komentator robi z niego mem; redaktor flagowej gazety podaje go z linkiem; publicystka moralizuje; dwóch kolejnych dorzuca uzupełnienia. Temat żyje przez 3–4 dni, każde kolejne ogniwo zwiększa zasięg poprzedniego, a obecność wielu kont równolegle wymusza algorytmiczną widoczność na całej platformie. Każdy publicysta wzmacnia każdego nawet jeśli się ze sobą nie zgadzają w 80% spraw, w danym tygodniu zgadzają się w 20%, które są akurat na agendzie.

Po stronie prawicowej tego mechanizmu nie ma. Każdy publicysta pracuje samotnie. Mocny news pojedynczego dziennikarza nawet jeśli generuje przyzwoity zasięg w bańce nie jest podchwytywany przez resztę bloku. Innymi słowy gdy ktoś w środowisku prawicowym ujawnia coś istotnego, koledzy z tego samego ideologicznego frontu nie biorą tego dalej. Każdy ma swoją własną agendę, swoją własną linię, swoich własnych wrogów.

Konsekwencja jest taka, że nawet dobry news ginie w 24 godziny, bo nie ma fali wzmocnienia, która przenosiłaby go z autora do szerszej publiczności. W obserwowanym okresie zdarzało się, że prawicowy publicysta wybijał się pojedynczą mocną publikacją z bardzo wysokim RT-rate i nikt z jego strony tego nie podchwycił. Po liberalnej stronie tego samego dnia inny temat został podchwycony przez sześciu publicystów równolegle i pracował przez tydzień.

To wyjaśnia, dlaczego prawica ma dobre tematy, ale nie ma agend. Pojedyncze publikacje, choć często wartościowe, nie układają się w narracje. Brakuje infrastruktury redakcyjnej, która zamieniłaby news w temat.

Piąte ograniczenie: brak własnego dziennikarstwa śledczego

W obserwowanym okresie wszystkie największe afery polityczne zostały otwarte, prowadzone i wyjaśniane przez dziennikarza śledczego pracującego dla redakcji liberalno-lewicowych.

Prawicowa publicystyka nie wytworzyła w tym czasie żadnej własnej dużej afery politycznej. Były próby śledztwo o pedofilii w policji, materiał o genealogii rodu związanego z PRL-owską bezpieką, wątek wewnątrzkadrowy w służbach. Każdy z tych wątków miał potencjał, każdy zatrzymał się na poziomie pojedynczej publikacji, każdy nie został wzmocniony.

Strukturalnie to oznacza, że prawicowa publicystyka działa w trybie reaktywnym. Czeka na temat wygenerowany przez stronę liberalną, a potem albo go atakuje (jeśli uderza w rząd), albo go relatywizuje (jeśli uderza w opozycję). W żadnym z obserwowanych tygodni prawicowa publicystyka nie zdefiniowała tematu tygodnia. W każdym z analizowanym tygodni temat tygodnia był narzucony przez stronę liberalną lub przez Kanał ZERO.

Szóste ograniczenie: lokalność tematyczna

Nawet jeśli prawicowy publicysta uderza mocnym tematem, ten temat jest najczęściej lokalny lub punktowy relacja z konkretnego wydarzenia, komentarz do konkretnej sprawy, wpis emocjonalny związany z konkretną osobą lub miejscem.

Liberalna publicystyka, w tym samym okresie, generuje tematy systemowe kryzys ochrony zdrowia, kompromitacja prokuratury, niewłaściwa obsada służb specjalnych, dysfunkcja systemu kaucyjnego, wadliwa polityka energetyczna. To są ramy, w które każdy odbiorca może wpisać własne doświadczenie. Każda nowa publikacja w obrębie tej ramy jest zrozumiała bez kontekstu.

Tematy lokalne nie skalują się, tematy systemowe się skalują. To nie jest kwestia stylu to jest kwestia inwestycji intelektualnej w budowanie ramy interpretacyjnej. Prawicowa publicystyka, w tym konkretnym okresie, takich ram nie buduje. Reaguje na zdarzenia.

Siódme ograniczenie: pojemność komunikacyjna pojedynczego konta jest dwukrotnie niższa

To pozornie techniczna obserwacja, ale ma głębokie konsekwencje. Najwięksi prawicowi publicyści, niezależnie od tego, jak intensywnie pracują, uderzają w sufit zasięgowy znacznie wcześniej niż liberalni.

Konto prawicowe z dużą bazą obserwujących i intensywną aktywnością trzytygodniową generuje średnio ok. 130 tys. interakcji. Konto liberalne z porównywalnymi parametrami ok. 270 tys. interakcji. Czyli ten sam wysiłek, ten sam czas, ta sama dyscyplina zawodowa daje ponad dwukrotnie mniejszą pojemność komunikacyjną.

Liberalna bańka jest większa, bardziej rozproszona, bardziej heterogeniczna co oznacza więcej możliwych odbiorców pojedynczej publikacji. Prawicowa bańka jest w pełni nasycona większość możliwych odbiorców już aktywnie konsumuje treści, więc każda kolejna publikacja konkuruje o tych samych ludzi.

Konsekwencje: trzy nakładające się problemy

Z powyższego wynika, że prawicowa publicystyka pracująca dziś na X ma do czynienia z trzema nakładającymi się problemami strukturalnymi, które wzajemnie się wzmacniają.

Pierwszy: problem podaży. Brak własnego dziennikarstwa śledczego, brak własnych dużych newsów, brak budowania ram tematycznych. Treść istnieje, ale jest zdominowana przez komentarz do treści produkowanych przez kogoś innego.

Drugi: problem dystrybucji. Wysoka redystrybucja w bańce, niski lajkowy zasięg poza bańką, sufit pojedynczej publikacji znacznie poniżej progu wirusowego. Treść, która istnieje, nie wychodzi z obiegu wewnętrznego.

Trzeci: problem ekosystemu. Brak rojowiska wzajemnej amplifikacji, brak wzmocnień między kontami, każdy publicysta pracuje sam. Nawet jeśli pojedyncza publikacja jest dobra, nie zostaje przekuta w temat.

Te trzy problemy są ze sobą sprzężone. Brak dystrybucji zniechęca. Brak ekosystemu uniemożliwia podchwytywanie nawet udanych newsów. Brak własnych newsów oznacza pracę na cudzej agendzie. I tak w kółko.

Konsekwencje polityczne

Z perspektywy strategii politycznej obozu prawicowego należy uznać, że kanał X nie jest dziś efektywnym narzędziem wpływu na publicystyczną agendę. To nie znaczy, że jest bezużyteczny pełni funkcję mobilizacyjną dla bańki, jest ważny dla utrzymywania spójności narracyjnej już przekonanych odbiorców, służy jako szybki kanał reaktywny.

Ale jako narzędzie zmiany agendy publicystycznej, X w obecnej konfiguracji nie pracuje na korzyść strony prawicowej. Każda godzina pracy włożona przez prawicowego publicystę w tworzenie treści na X przynosi ułamek zwrotu, jaki przyniosłaby ta sama godzina po stronie liberalnej. To nie jest opinia to jest empirycznie potwierdzony parametr ekosystemu.

To rodzi pytanie strategiczne: gdzie powinna być główna inwestycja prawicowej publicystyki, jeśli nie na X? Możliwe odpowiedzi to inne platformy społecznościowe, formaty wideo, podcasty, długi format pisany w portalach, telewizja w trybie streamingowym. Dane nie odpowiadają na to pytanie wprost ale pokazują, że kontynuowanie obecnego modelu pracy na X jest stratą strategiczną, bo zasięg generowany przez tę pracę jest niewspółmierny do nakładów.

Antyestablishmentowy Kanału Zero który w danych wygląda jak osobna kategoria, a nie jak prawicowy publicysta pokazuje, że na X można być skutecznym, ale wyłącznie pod warunkiem opuszczenia ramy partyjno-publicystycznej. Treść, która działa na X, jest dziś treścią, która przekracza podział. Treść partyjna, niezależnie od strony, ma sufit. Treść antypartyjna sufitu nie ma.

Dla prawicowej publicystyki to oznacza wybór: albo akceptacja statusu publicystyki bańkowej (z konsekwencją dystrybucyjną, jaka się z tym wiąże), albo przebudowa formuły pracy w stronę treści mniej ideologicznej, bardziej narracyjnej, bardziej skierowanej do publiczności niezdefiniowanej politycznie. Trzeci wariant kontynuowanie obecnego modelu w nadziei, że dystrybucja się odwróci nie jest, w świetle tych danych, racjonalny.

Konkluzja

Prawicowa publicystyka na X w obserwowanym okresie pracuje intensywnie, ale w warunkach strukturalnego niedoboru dystrybucyjnego, ekosystemowego i podażowego. Pracuje tyle samo, co liberalna generuje połowę zasięgu. Próbuje tych samych form natrafia na sufit dwukrotnie niższy. Niesie podobne wątki bez infrastruktury wzmocnienia.

To nie jest sytuacja, w której wystarczy pisać lepiej. To jest sytuacja, w której kanał dystrybucji jest skonfigurowany na niekorzyść. Każda strategia, która ignoruje ten fakt i opiera się na założeniu, że „wystarczy zwiększyć aktywność”, w świetle danych z trzech tygodni jest stratna.

Pytanie strategiczne nie brzmi „jak prawicowa publicystyka może lepiej pracować na X” bo na to pytanie odpowiedź w obecnej konfiguracji platformy nie istnieje. Pytanie brzmi: jakie kanały dystrybucji prawicowa publicystyka powinna przebudować w pierwszej kolejności, żeby uniknąć pułapki strukturalnej, w której obecnie się znajduje.

resfutura.pl


– Uważam, że udostępnienie narzędzia Claude w styczniu tego roku można przyrównać do 1981 roku, kiedy to pojawił się Microsoft – powiedział Paul Tudor Jones w głośnym wywiadzie dla stacji CNBC.

Uważnie obserwowany przez Wall Street legendarny spekulant dostrzega w obecnej adaptacji sztucznej inteligencji podobieństwa do 1995 roku, kiedy zadebiutował system operacyjny Windows 95, co przyspieszyło komercyjne wykorzystanie internetu. Choć rozwój AI przypomina wczesne etapy ekspansji technologicznej, wywołana nim hossa przypomina już raczej rok 1999, czyli okres na około rok przed pęknięciem bańki dot-comów.

– To był początek cudu produktywności, który trwał od 4 do 5,5 roku. Powiedziałbym, że jesteśmy w 50–60 procentach tej drogi. Jeśli miałbym szacować, zostało nam jeszcze rok lub dwa lata rajdu – powiedział Paul Tudor Jones.

Inwestor przyznaje, że dokupił więcej akcji spółek powiązanych ze sztuczną inteligencją, jednak nie zdradza konkretnych nazw.

– Gram pod trendy makroekonomiczne, więc po prostu kupuję koszyki akcji. Powiem krótko, to szalony, szalony czas. Zawsze lubię szukać historycznych precedensów – stwierdził Jones.

bankier.pl


Daleko idące ograniczenia celebracji najważniejszego święta w kalendarzu Kremla, to po pierwsze dowód na ogromny sukces ukraińskiej kampanii uderzeń dronami i rakietami na cele w Rosji. Po drugie to pokaz słabości rosyjskich sił zbrojnych, najwyraźniej niebędących w stanie zagwarantować Władimirowi Putinowi, iż nic nie spadnie na Plac Czerwony podczas uroczystości.

Decyzja o daleko idącym ograniczeniu defilady została ogłoszona jeszcze pod koniec kwietnia. Rzecznik Kremla Dmitrij Pieskow przyznał wprost, że to reakcja na "zagrożenie terrorystyczne" ze strony Ukraińców. Dodatkowo usprawiedliwiał to faktem, że tegoroczna rocznica nie jest okrągła, tylko 81. W związku z tym postanowiono zrezygnować z bodaj najistotniejszego pokazu siły militarnej Rosji - przejazdu kolumny ciężkiego sprzętu przez Plac Czerwony. Od kiedy te defilady zaczęto jeszcze w czasach ZSRR z okazji rocznicy rewolucji październikowej, był to gwóźdź programu. W latach 90. na chwilę z niego zrezygnowano, ale po przejęciu władzy przez Władimira Putina wrócono, zaś całą defiladę przeniesiono na lepiej pasujący do nowych czasów 9 maja. Nawet po inwazji na Ukrainę starano się udawać, że wszystko jest po staremu i organizowano przejazdy ciężkiego sprzętu, choć na mniejszą skalę niż przed wojną. Był to pokaz wiary, że Ukraina Ukrainą, ale Rosja pozostaje mocarstwem i tu oto jedzie na to dowód. Aż do 2026 roku.

Tegoroczna defilada została ograniczona do przemarszu tak zwanej kolumny pieszej, czyli żołnierzy reprezentujących rodzaje sił zbrojnych, uczelnie wojskowe i różne inne formacje rosyjskiego wojska oraz sił Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. Tradycyjnie był to początkowy etap uroczystości. Po przywitaniu dygnitarzy, przemówieniu Putina, oficjalnych meldunkach składanych ministrowi obrony przez dowódcę parady (zazwyczaj dowódca wojsk lądowych), czworoboki żołnierzy oraz funkcjonariuszy ruszały do przemarszu przed trybuną honorową zbudowaną wokół mauzoleum Lenina. Po nich na opustoszały z ludzi Plac Czerwony wjeżdżały pojazdy, na końcu przelatywały śmigłowce i samoloty. W tym roku mają się jeszcze pojawić w ograniczonej formie tylko te ostatnie, pod postacią formacji maszyn Su-27 i MiG-29 zespołów akrobacyjnych, a na końcu Su-25 rysujących na niebie flagę Rosji.

Pozwoli to znacząco skrócić uroczystości na Placu Czerwonym (przemarsz ma trwać około 20 minut) i ograniczyć ryzyko, że Ukraińcy w jakiś sposób zjawią się nieproszeni. Być może rosyjski wywiad ustalił, że ci w tym roku są zdeterminowani to uczynić. Na tegorocznych obchodach nie będzie wielu zagranicznych gości, a ci nieliczni obecni będą z raczej drugiego i trzeciego szeregu. Jeśli w 2025 roku Moskwę odwiedził m.in. przywódca Chin Xi Jinping, tak w 2026 roku do Rosji przyjadą Łukaszenka z Białorusi, prezydent Laosu Thongloun Sisoulith i Sultan Ibrahim z Malezji. Rok temu jakiekolwiek zagrożenie bezpieczeństwu chińskiego dygnitarza nie było na rękę Ukraińcom. W tym roku może być inaczej.

(...)

Łatwiejsze do wykonania byłoby wysłanie na Moskwę dronów startujących z terytorium Ukrainy. Ukraińcy już praktycznie co noc posyłają ich na Rosję ponad setkę, a czasem nawet kilkaset. Moskwa rzadko jest głównym celem, a jeszcze rzadziej coś się przedziera nad jej centrum, bo jest to najsilniej broniony obszar w całym kraju. Choć akurat w poniedziałek nad ranem w tym tygodniu jakiś bezzałogowiec wleciał w apartamentowiec stojący około 10 kilometrów od Placu Czerwonego, wyrządzając powierzchowne szkody. Na 9 maja Ukraińcy mogliby skoncentrować wszystkie dostępne drony na Moskwie, podnosząc statystyczną szansę, że jakiś dotrze nad jej centrum dzięki przesaturowaniu obrony przeciwlotniczej. Nie musiałby nawet spaść na Plac Czerwony podczas defilady. Sam alarm powietrzny i ewakuacja VIP-ów przed kamerami byłyby zwycięstwem propagandowym Ukraińców. W całej tej grze chodzi bowiem o wizerunek i autorytet, niekoniecznie o wyrządzenie realnych szkód.

W systemie autorytarnym, bo takim jest Rosja, ogromne znaczenie ma autorytet przywódcy, co sugeruje już sama nazwa ustroju. Władza opiera się na wierze ludzi w sprawczość systemu - zarówno pod względem nagradzania lojalności, jak i karania za jej brak. Kiedy wódz zaczyna sprawiać wrażenie niemającego realnego wpływu na rzeczywistość, system zaczyna się rozsypywać. Ludzie zaczynają wierzyć, że może być inaczej. Nie chodzi przy tym o gotowość zwykłych obywateli do wyjścia na ulice i walkę o demokrację. Raczej o to, że bezpośrednie otoczenie Putina może odważyć się podnieść na niego rękę i wymienić na kogoś innego. Stąd też zamiłowanie do budowania wizerunku silnego człowieka trzymającego ster kraju pewną ręką i do wszelkich pokazów siły, jak na przykład wielkie defilady na 9 maja, w symboliczną rocznicę zwycięstwa nad III Rzeszą. Nie bez powodu ta data stała się jednym z filarów budowy tożsamości Rosjan pod kierownictwem Putina. To jego przekaz o Rosji rozstrzygającej losy świata.

Wszystko to pozwala zrozumieć, jak znaczącym wydarzeniem jest tegoroczne ograniczenie skali defilady. Z przekazu o sile Rosji robi się przekaz o Rosji w stanie zagrożenia ze strony Ukraińców, które do tej pory trywializowano lub całkowicie pomijano. Nie chodzi o samo ograniczenie skali wydarzenia w Moskwie, ale też całkowitą rezygnację z wielu defilad regionalnych, które zazwyczaj jej towarzyszyły. Według wyliczeń portalu "Verstka" 1/3 stolic regionalnych w ogóle zrezygnowała z uroczystości, głównie te na zachodzie kraju, w zasięgu ukraińskich dronów. Tylko 18 z 85 stolic regionalnych urządza defilady z udziałem ciężkiego sprzętu. W Moskwie odwołano nawet tradycyjny "marsz nieśmiertelnego pułku", w którym biorą udział rodziny już nieżyjących weteranów niosące ich zdjęcia. Ma się odbyć "wirtualnie", choć nie wyjaśniono w jaki sposób.

Do tego zarządzono daleko idące środki bezpieczeństwa. W Moskwie i wielu innych miastach oznacza to między innymi całkowite wyłączenie mobilnego internetu. Zablokowane jest nawet wysyłanie zwykłych sms-ów, głównie w celu uniemożliwienia Ukraińcom korzystania z sieci do zdalnego sterowania dronami, czy detonowania bomb. W centrum stolicy rozmieszczono liczne zespoły snajperów, przeciwlotnicze z lekką bronią ręczną, a na niektórych budynkach zamontowano nawet systemy obrony przeciwlotniczej krótkiego zasięgu Pancyr. Całe miasto roi się od służb bezpieczeństwa. Jeszcze więcej ciężkiej broni przeciwlotniczej znajduje się wokół stolicy, tworząc gęsty pierścień obrony przestrzeni powietrznej.

gazeta.pl

piątek, 8 maja 2026



Władze Armenii powinny przeprowadzić referendum w sprawie przystąpienia do Unii Europejskiej, do czego dąży premier Nikol Paszynian — stwierdził prezydent Rosji Władimir Putin podczas konferencji prasowej zorganizowanej po paradzie z okazji Dnia Zwycięstwa w Moskwie. Według niego kwestia ta "wymaga szczególnego rozważenia".

— Byłoby słuszne zarówno wobec ludności, jak i wobec nas, jako głównego partnera gospodarczego, podjąć decyzję jak najwcześniej, na przykład przeprowadzić referendum. To nie nasza sprawa, ale logiczne byłoby przeprowadzenie referendum i zapytanie obywateli Armenii, jaki będzie ich wybór — powiedział. Dodał, że wówczas można by dążyć do "łagodnego, inteligentnego i korzystnego dla obu stron rozwodu".

Podkreślił również jedno — że wojna przeciwko Ukrainie rozpoczęła się "od przystąpienia lub próby przystąpienia tego kraju do UE".

Stwierdził, że seria wydarzeń i odmowa byłego prezydenta Wiktora Janukowycza dotycząca integracji z UE doprowadziły do "zamachu stanu" w Ukrainie, który z kolei doprowadził do "incydentu krymskiego, sytuacji na południowo-wschodniej Ukrainie i działań zbrojnych".

— Dlatego nie należy doprowadzać do skrajności, trzeba po prostu w odpowiednim czasie powiedzieć, że będziemy postępować tak i tak. Nie ma w tym nic nadzwyczajnego. Wszystko trzeba kalkulować. Strona armeńska musi kalkulować i my również — oświadczył Putin.

(...)

Na początku tego tygodnia w Erywaniu odbył się szczyt Europejskiej Wspólnoty Politycznej (EWP), w którym wzięli udział przedstawiciele prawie 50 krajów. Po raz pierwszy takie spotkanie odbyło się w stolicy państwa, które nie tylko nie jest częścią Zachodu, ale także przez długi czas uważano za należące do orbity wpływów Rosji.

Obecny na spotkaniu prezydent Francji Emmanuel Macron zwrócił uwagę na zmiany polityczne w kraju i pochwalił Paszyniana za to, że obrał kurs na "integrację europejską".

4 maja na szczyt przybył prezydent Wołodymyr Zełenski, co wywołało ostrą reakcję Kremla. Rzeczniczka rosyjskiego ministerstwa spraw zagranicznych Maria Zacharowa oskarżyła Erywań o "działania przeciwko Rosji", zagroziła "poważnym pogorszeniem" stosunków dwustronnych i skrytykowała Armenię za "bardzo serdeczne" przyjęcie Zełenskiego.

— Po której stronie historii wy właściwie stoicie? Kogo popieracie w historycznym kontekście? — zapytała Zacharowa.

— Oczywiście, prawdopodobnie oczekiwalibyśmy jakichś wyjaśnień ze strony Erywania — powiedział w niedzielę rzecznik prasowy prezydenta Federacji Rosyjskiej Dmitrij Pieskow, komentując tę kwestię. Nazwał "nienormalnym" fakt, że Armenia zapewniła Zełenskiemu "platformę do wygłaszania całkowicie antyrosyjskich wypowiedzi". — Nie pasuje to do ducha naszych stosunków z Erywaniem — skwitował Pieskow.

To nie pierwszy raz, kiedy Armenia dystansuje się od Rosji. Ostatnio premier tego kraju oświadczył, że nie uda się na paradę z okazji Dnia Zwycięstwa do Moskwy.

onet.pl\The Moscow Times


- Zlokalizował pan portfel Zondy z 1,1 mln kryptowaluty XRP. To daje wartość 5,7 mln złotych. Jak do tego doszło?

Mec. Robert Nogacki z Kancelarii Skarbiec: Blockchain ma tę specyficzną cechę, że jest widoczny dla wszystkich. W tym przypadku, kiedy mówimy o systemie kryptowaluty XRP, każda transakcja, jaka kiedykolwiek miała miejsce w sieci XRP, jest zapisana w publicznym rejestrze dostępnym bez logowania. Tu działa zupełnie inny mechanizm niż w tradycyjnym banku. Bank prowadzi prywatną bazę danych — tylko on widzi, kto ile ma. Sieć kryptowalutowa działa odwrotnie. Tak naprawdę każdy, kto zna się na blockchain i posiada odpowiednie narzędzia, może "wyśledzić" konkretne portfele. Oczywiście trzeba wiedzieć, czego się szuka. Ja zawodowo interesuję się kryptowalutami i blockchain.

- Są cztery fakty, które z osobna nic nie dowodzą, jednak razem składają się w obraz, którego nie da się wytłumaczyć inaczej niż: "to jest portfel Zondy".

Po pierwsze, portfel założyła sama Zonda, powstał 27 listopada 2023 roku. W sieci XRP założenie portfela trochę kosztuje, więc kto płaci, ten zostawia ślad.

Po drugie, przez dwa i pół roku wszystkie znaczące wpłaty przyszły wyłącznie z Zondy. Żadnych wpłat z banku, od innych użytkowników, z innych giełd. Klient prywatny tak nie funkcjonuje.

Po trzecie, wszystkie wypłaty wracały wyłącznie do Zondy, oznaczone jednym i tym samym wewnętrznym numerem identyfikacyjnym: DestinationTag 23531. Powtarzalność tego numeru jest podpisem konkretnego konta wewnętrznego giełdy, nie indywidualnego użytkownika. Kwoty są o rzędy wielkości większe niż jakikolwiek detaliczny wolumen: są po 100, 150, 200 tysięcy XRP.

- A czwarty fakt?

Najbardziej znaczący. 7 kwietnia 2026 roku, czyli na dzień przed zawieszeniem wypłat, na ten portfel wpłynęło 130 tysięcy XRP w dwóch szybkich transferach, tuż po tym, jak do Zondy wpłynęła niemal identyczna kwota z giełdy Kraken. Wzorzec "przyjmij – przekaż dalej w kilkanaście minut" to klasyczna sygnatura zarządzania rezerwami w czasie rzeczywistym, nie operacji klienta. To nie jest zbieg okoliczności.

- Co to wnosi do sprawy? Pan reprezentuje dużą grupę klientów Zondy. Czy to "znalezisko" oznacza, że jest już jakaś masa, z której będzie można zwrócić choć małą część środków? A jak uda się znaleźć więcej portfeli — to będzie kolejna pula?

Niestety nie. Żaden sąd nie może tych pieniędzy natychmiast zablokować.

- Dlaczego?

To jest fundamentalna cecha kryptowalut. W systemie bankowym dostęp do pieniędzy regulują instytucje — bank wykonuje przelew, bo ma uprawnienia, a jeśli sąd każe zablokować rachunek, bank to robi. W systemie kryptowalutowym instytucji nie ma. Dostęp do środków reguluje wyłącznie znajomość klucza prywatnego. Kto ma klucz, ten ma środki. Nikt poza nim. Nie firma Ripple, która stworzyła XRP. Nie sąd. Nie prokurator. Nie polski rząd ani amerykański.

- To znaczy, że posiadacz tego portfela może w każdej chwili przenieść te pieniądze?

Może przenieść 1,1 miliona XRP gdziekolwiek na świecie w jedną sekundę. Ale to jest ta druga strona medalu tej jawności: nie zrobi tego niezauważenie. Bo blockchain pokazuje wszystko. Istnieje cała branża, której praca polega na czytaniu publicznych blockchainów i katalogowaniu, kto czym dysponuje. Firmy takie jak Elliptic, Chainalysis czy TRM Labs prowadzą bazy etykiet adresów, z których korzysta praktycznie każda regulowana giełda kryptowalut na świecie w ramach swoich systemów przeciwdziałania praniu pieniędzy.

- I co z tego wynika w praktyce?

Jak tylko poważna tzw. analiza on-chain — czyli z konkretnymi datami, hashami transakcji i logiką dedukcyjną — trafia do publicznej przestrzeni, te firmy ją weryfikują i dodają portfelowi etykietę typu: "rezerwa Zondy — wallet powiązany z polskim śledztwem karnym, high confidence".

- Rozumiem, że pana analizę można uznać za "poważną" i teraz temu portfelowi ktoś powinien nadać odpowiednią etykietę?

Tak powinno się wydarzyć. Od tej chwili każdy ruch tych środków na regulowanej giełdzie generuje automatyczny alert compliance. Binance, Coinbase, Kraken – każda z nich widzi adres jako wysoko ryzykowny i zazwyczaj zamraża wpływające środki oraz przekazuje organom ścigania dane klienta, który próbował je wpłacić. To jest kanał, którym w międzynarodowych sprawach upadłości giełd kryptowalutowych najczęściej udaje się ostatecznie zabezpieczyć środki.

- Czyli Zonda jako operator tego portfela jest w pułapce?

Tak, ma dwa wyjścia, z których żadne nie jest dla niej dobre. Może środków nie ruszać — wtedy pozostają zlokalizowane i czekają na rezultat śledztwa. Może je ruszyć — wtedy każda taka próba zostawia kolejne ślady w publicznym rejestrze i prawdopodobnie kończy się zamrożeniem na giełdzie wyjścia plus ujawnieniem danych klienta. Obejście wymagałoby sieci niezarejestrowanych giełd, mikserów i jurysdykcji niewspółpracujących — teoretycznie wykonalne, ale generuje kolejne problemy i ryzyka. Warto się tu powołać na porównanie: w lutym 2025 roku północnokoreańska grupa Lazarus wyprowađziła z giełdy Bybit 1,5 miliarda dolarów. Rok później firmy analityki on-chain wytropiły ponad 88 procent tych środków. Zamrozić udało się 3,5 proc.

- To niewiele…

Reszta leży widoczna i nieosiągalna, bo klucze prywatne ma reżim w Pjongjangu.

- Czyli to nie jest dobra wiadomość dla klientów Bybit.

Owszem. Ale w naszym przypadku różnica jest zasadnicza: kluczem dysponuje człowiek, którego polska prokuratura może znaleźć i postawić zarzuty.

- Znaleziony portfel to 5,7 mln złotych. Klienci Zondy stracili znacznie więcej. Co z resztą?

To jest praca do wykonania. Przy czym blockchain jest jawny i cała historia przepływów jest możliwa do prześledzenia. To jest oczywiście trudna praca, ale może zaprowadzić do kolejnych ukrytych aktywów. Powinny zająć się nią organy ścigania, które mogą mieć także dostęp do informacji niejawnych.

onet.pl\Forbes


Sąd ds. Handlu Międzynarodowego USA orzekł w czwartek, że 10-proc. globalne cła wprowadzone przez prezydenta Donalda Trumpa w miejsce ceł wcześniej zniesionych przez Sąd Najwyższy są nielegalne. Sąd postanowił o wstrzymaniu poboru ceł.

W wydanym w czwartek wyroku, Sąd ds. Handlu Międzynarodowego Stanów Zjednoczonych (CIT) orzekł, że prezydent nie miał prawa nakładać 10-proc. ceł w oparciu o sekcję 122 ustawy handlowej.

Przepisy te pozwalają na wprowadzenie globalnych ceł w wysokości do 15 proc. na okres do 150 dni w wypadku stwierdzenia kryzysu "deficytu bilansu płatniczego" lub zapobieżenia nagłemu spadkowi wartości dolara. Sąd uznał, że taki stan nie zaistniał w obecnej sytuacji i nie może się odnosić do deficytu handlowego, który jest osobnym pojęciem ekonomicznym.

W rezultacie sąd nakazał wstrzymanie pobierania ceł. Decyzja jest skutkiem skargi wniesionej przez władze 24 stanów, w większości rządzonych przez Demokratów, oraz grupę importerów.

Autorzy pozwu twierdzili, że Trump wprowadzając cła w lutym br. starał się obejść ogłoszone trzy dni wcześniej orzeczenie Sądu Najwyższego, który zniósł większość wcześniej nałożonych przez Trumpa ceł, w tym obowiązujące globalnie 10 proc. cła minimalne na większość towarów. Sąd Najwyższy uznał wówczas, że ustawa sankcyjna IEEPA, na którą powoływał się Trump, nie pozwala prezydentowi na jednostronne nakładanie ceł.

Skutek czwartkowego orzeczenia może być ograniczony. Cła przywrócić może sąd apelacyjny, a unieważnione przez niego cła i tak wygasają w lipcu. Wtedy też spodziewane jest wprowadzenie nowych ceł, już na bardziej ugruntowanej podstawie prawnej, mającej umocowanie w postępowaniach dotyczących nieuczciwych praktyk handlowych, m.in. ze strony Chin i Unii Europejskiej.

Prezydent Trump jak dotąd nie odniósł się do wyroku.

PAP


Siły USA przeprowadziły ataki na irańskie porty Keszm i Bandar Abbas - podała w czwartek telewizja Fox News powołując się na przedstawicieli administracji USA. Urzędnik zaznaczył, że ataki te nie stanowią wznowienia wojny.

Według telewizji, wojska USA zaatakowały porty używane do eksportu ropy naftowej na wyspie Keszm oraz w Bandar Abbas. Oba porty leżą nad cieśniną Ormuz.

Irańskie media państwowe podały, że siły USA zaatakowały również irański tankowiec, a wojsko Iranu w odpowiedzi zaatakowało trzy amerykańskie niszczyciele w cieśninie Ormuz.

Cytowany przez Fox News urzędnik zaznaczył, że ataki nie mają oznaczać wznowienia wojny z Iranem. Fox News sugeruje jednak, że jest to odwet za poniedziałkowe ataki Iranu na porty w Omanie i Zjednoczonych Emiratach Arabskich.

Ówczesna reakcja USA - które uznały, że uderzenia te nie stanowiły pogwałcenia rozejmu i były mało znaczące - miała rozgniewać sojuszników Ameryki w regionie, którzy obawiali się, że USA nie będą ich chronić przed kolejnymi atakami Iranu.

Według "Wall Street Journal" i innych mediów, w reakcji Arabia Saudyjska i Kuwejt wycofały pozwolenie USA na używanie ich baz i przestrzeni powietrznej, co wymusiło wstrzymanie operacji "Projekt Wolność", mającej pomóc statkom handlowym w tranzycie przez Ormuz. W czwartek kraje te ponownie miały zezwolić na korzystanie z baz przez siły USA. 

PAP


Prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski podpisał w piątek dekret, na mocy którego wyłączył obszar wokół Placu Czerwonego w Moskwie z planu użycia ukraińskiej broni podczas parady w Moskwie, co umożliwi jej zorganizowanie 9 maja. Dekret wchodzi w życie z dniem podpisania.

Zgodnie z dokumentem opublikowanym na oficjalnej stronie internetowej głowy państwa decyzja została podjęta "w celach humanitarnych, zgodnie z ustaleniami poczynionymi podczas rozmów ze stroną amerykańską w dniu 8 maja 2026 r.".

Wcześniej Zełenski poinformował, że w ramach procesu negocjacyjnego, przy pośrednictwie Stanów Zjednoczonych, Rosja zgodziła się przeprowadzić wymianę jeńców wojennych w formacie 1000 za 1000 oraz ustanowić zawieszenie broni w dniach 9-11 maja. 

PAP