czwartek, 19 marca 2026



Duńscy żołnierze przetransportowali na wyspę ładunki wybuchowe, które miały zostać użyte do wysadzenia pasów startowych na lotniskach w Nuuk oraz Kangerlussuaq. Wojsko miało również ze sobą zapasy krwi dla ewentualnych rannych.

- Nie byliśmy w takiej sytuacji od kwietnia 1940 roku, ale musieliśmy być przygotowani na wszystkie ewentualności - przyznało źródło w duńskim wojsku. Media powołały się też na informacje w kręgach rządowych oraz wywiadzie innych państw.

Według DR /nadawca publiczny - red./ przygotowania do przetransportowania duńskiego wojska na Grenlandię rozpoczęły się po ataku USA na Wenezuelę z 3 stycznia. Media dotarły do rozkazu operacyjnego duńskich sił zbrojnych z 13 stycznia, stanowiącego podstawę rozmieszczenia żołnierzy. Dopiero 21 stycznia na Światowym Forum Ekonomicznym w Davos prezydent USA Donald Trump oświadczył, że nie użyje siły wojskowej.

Oficjalnie zwiększoną obecność duńskich sił na Grenlandii tłumaczono manewrami "Arctic Endurance", których celem - jak podało wówczas wojsko - było wzmocnienie północnej flanki NATO. Swoich oficerów łącznikowych, mających przygotować udział wojska, wysłały również m.in. Szwecja, Norwegia, Francja, Wielka Brytania i Niemcy. Żołnierze Bundeswehry opuścili Grenlandię po dwóch dniach. Według DR w operacji, której nieoficjalnym celem było odstraszanie USA, znaczącą rolę odegrała Francja, która była gotowa wysłać setki żołnierzy.

gazeta.pl


Niewdzięczni sojusznicy Ameryki powinni podziękować prezydentowi Donaldowi Trumpowi za to, że zdecydował się wyeliminować zagrożenie dla świata ze strony Iranu - powiedział w czwartek szef Pentagonu Pete Hegseth. Zapewniał też, że wojna nie będzie przedłużać się w nieskończoność.

Hegseth wykorzystał konferencję prasową w 19. dniu wojny z Iranem, by odeprzeć krytykę komentatorów i mediów na temat przebiegu wojny, zapewniając, że nie skończy się ona tak, jak skończyły się wojny w Iraku i Afganistanie.

- Media tutaj, nie wszystkie, ale znaczna część, chcą, abyście myśleli, zaledwie 19 dni po rozpoczęciu konfliktu, że zmierzamy ku bezkresnej otchłani, wiecznej wojnie lub grzęzawisku. Nic nie może być dalsze od prawdy - zapewniał szef Pentagonu.

Przekonywał, że administracja Trumpa jest skoncentrowana na jasnych celach i filozofii "America First".

- Nasze cele pozostają niezmienne, jeśli chodzi o cel i plan: zniszczyć wyrzutnie rakiet i irańską bazę przemysłowo-obronną, aby nie mogli się odbudować, zniszczyć ich marynarkę wojenną i Iran nigdy nie zdobędzie broni jądrowej - mówił Hegseth, wymieniając pasmo sukcesów militarnych, w tym uderzenia na 7 tys. celów w Iranie.

- Ostatnia praca, jakiej ktokolwiek na świecie teraz pragnie, to stanowisko starszego dowódcy Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej lub Basidżu (sił paramilitarnych - PAP), tymczasowe prace, wszystkie, a biorąc przykład z admirała Ernesta Kinga z czasów II wojny światowej, postanowiliśmy dzielić ocean z Iranem: daliśmy im dolną połowę, przy dnie - mówił. Zaznaczył, że zniszczonych zostało 120 irańskich okrętów, w tym 11 okrętów podwodnych.

Hegseth chwalił postawę Izraela i bliskowschodnich sojuszników USA, lecz ganił "niewdzięcznych" sojuszników w Europie.

- (Irański reżim) to bezpośrednie zagrożenie dla Ameryki, dla wolności i cywilizacji świata, Bliskiego Wschodu, naszych niewdzięcznych sojuszników w Europie, a nawet część naszej prasy powinna powiedzieć prezydentowi Trumpowi jedno: dziękuję. Dziękuję za odwagę, by powstrzymać to państwo terrorystyczne przed trzymaniem świata jako zakładnika za pomocą pocisków, jednocześnie budując lub próbując zbudować bombę atomową. Dziękuję za wykonywanie pracy wolnego świata - mówił.

Hegseth potwierdził doniesienia o tym, że Pentagon złożył wniosek o dodatkowy pakiet środków na wojnę w wysokości ok. 200 mld dolarów. Przekonywał, że pieniądze te zostaną wydane na rekordowo szybkie uzupełnienie arsenałów. Obwinił też decyzje administracji poprzedniego prezydenta Joe Bidena o przekazywaniu broni Ukrainie za obecne problemy z dostępnością niektórych zaawansowanych typów amunicji.

Odnosząc się do kwestii izraelskich ataków na irańskie pole gazowe, które zdaniem prezydenta Trumpa odbyło się bez wiedzy USA, Hegseth przyznał, że Izrael "realizuje swoje cele", lecz zaznaczył, że to USA "trzymają wszystkie karty" i że kontrolują losy Iranu, grożąc uderzeniami na instalacje naftowe, jeśli Teheran będzie kontynuował uderzenia na infrastrukturę energetyczną.

Występujący obok Hegsetha przewodniczący Kolegium Połączonych Szefów Sztabów generał Dan Caine poinformował, że siły USA przeprowadziły ataki na proirańskie bojówki w Iraku za pomocą śmigłowców Apache. Ujawnił też, że sojusznicy USA na Bliskim Wschodzie używają tych samych śmigłowców do strącania irańskich dronów.

PAP


„Jeden z oddziałów operacyjnych w rafinerii należącej do KNPC Mina Abdullah został zaatakowany przez bezzałogowce. Wybuchł pożar” – powiadomił rząd Kuwejtu w serwisie X.

Druga rafineria spółki, Mina Al-Ahmadi, również została wcześniej zaatakowana przez drona. Nikt nie doznał obrażeń - przekazał emigracyjny opozycyjny portal Iran International. Państwowa agencja KUNA poinformowała, że oba pożary ugaszono.

Iran ostrzelał także w czwartek rafinerię SAMERF w porcie Janbu na wybrzeżu Morza Czerwonego w Arabii Saudyjskiej. Resort obrony w Rijadzie powiadomił, że trwa ocena szkód, nie podając jednak szczegółów - przekazała agencja Reutera. Wcześniej ministerstwo poinformowało, że został przechwycony pocisk balistyczny wymierzony w port.

Zaatakowana rafineria należy do saudyjskiego giganta naftowego Saudi Aramco i Mobil Yanbu Refining Company Inc., spółki zależnej ExxonMobil. Zakład znajduje się około 200 km na zachód od Medyny.

PAP

środa, 18 marca 2026



Rosnący popyt będzie skoncentrowany w kilku regionach świata. Synergy Research Group wskazuje, że na koniec 2024 r. dominującym graczem na rynku dużych centrów danych (ang. hyperscalers) były Stany Zjednoczone z 54-procentowym udziałem. Drugie w kolejności Chiny odpowiadają za 16 proc. rynku, a Europa – za 15 proc. Prognozy MAE wskazują, że dominacja USA oraz Chin utrzyma się w horyzoncie najbliższej dekady. W tych regionach stopy wzrostu konsumpcji energii do 2030 r. mają sięgnąć odpowiednio 130 proc. oraz 170 proc., podczas gdy w Europie czy Japonii zużycie zwiększy się o 70–80 proc.

Dzieje się tak z dwóch przyczyn. Po pierwsze, USA i Chiny będą wykorzystywać dotychczasową przewagę w nakładach inwestycyjnych. Raport grupy Human Centered AI z Uniwersytetu Stanforda wskazuje, że od 2013 do 2024 r. USA wydały na prywatne inwestycje w AI łącznie 471 mld dol., a Chiny – 119 mld dol. W państwach UE kwoty są dziesięciokrotnie mniejsze – w Niemczech było to 13,3 mld dol., we Francji zaś – 11 mld dol. Na tym froncie sytuację Unii Europejskiej dodatkowo komplikuje niepewność regulacyjna i koszty związane z restrykcyjnymi wymogami dotyczącymi ochrony danych i treści. Obydwa problemy zniechęcają do zakładania działalności. Badacze ze Stanforda wskazują, że w niemieckim sektorze sztucznej inteligencji (AI) działa mniej firm niż w Izraelu, w Kanadzie czy w Indiach.

Doświadczenie to jednak nie wszystko. Drugim, zapewne ważniejszym, elementem ekosystemu centrów danych i AI jest dostępność taniej energii. W horyzoncie najbliższych pięciu lat oznacza to głównie szeroki dostęp do paliw kopalnych – ropy i gazu z łupków w USA bądź węgla w Chinach. IEA wskazuje, że w 2024 roku w światowym miksie energetycznym używanym do zasilania centrów danych największe znaczenie miało właśnie czarne paliwo, które odpowiadało za 30 proc. łącznej mocy. Po nim na równi uplasowały  się energetyka odnawialna (26 proc.) i gaz ziemny (27 proc). Natomiast energia atomowa miała zaledwie 15-procentowy udział. W nadchodzących pięciu latach rosnące zapotrzebowanie ma być pokrywane w niemal równych proporcjach przez gaz i źródła odnawialne (OZE). Na papierze taki układ sił wygląda korzystnie dla państw UE, ale rzeczywistość jest bardziej skomplikowana.

Centra danych mają z klientami umowy o gwarantowanym poziomie usług i potrzebują nieprzerwanego, stabilnego zasilania przez całą dobę, z tolerancją przestojów liczonych w milisekundach. Źródła odnawialne nie mogą go zapewnić, bo są zależne od zmiennych warunków pogodowych. Co więcej, niezawodne funkcjonowanie rozbudowanego systemu OZE wymaga utrzymania zapasu mocy konwencjonalnych (gaz, węgiel, atom).

W dłuższym terminie nieodzowna będzie przebudowa systemu energetycznego, tak aby spełniał on zapotrzebowanie ze strony centrów danych. Wymusi to spojrzenie łaskawszym okiem na atom. Elektrownie atomowe zapewniają stosunkowo stabilną generację oraz inercję systemu energetycznego – zdolność do utrzymania stabilności po zakłóceniu, dzięki energii kinetycznej zgromadzonej w wirujących turbinach i generatorach. Jednak nie są na tyle elastyczne – w przeciwieństwie do siłowni gazowych lub szczytowo-pompowych – aby umożliwiać krótkoterminowe bilansowanie. Zaletą elektrowni atomowych jest ich niskoemisyjność – wyprodukowanie kilowatogodziny energii powoduje uwolnienie 12 g CO₂, czyli podobnie jak w turbinach wiatrowych, niemal czterokrotnie mniej niż w fotowoltaice i 30 razy mniej niż w najbardziej ekologicznych instalacjach gazowych. Wiąże się to jednak z wysokimi wydatkami. Amerykańska Agencja Informacji Energetycznej wskazuje, że średni koszt produkcji megawatogodziny w elektrowni atomowej w USA wzrośnie do 2030 r. do 81,4 dol. Dla porównania: w przypadku farm wiatrowych czy paneli słonecznych będzie to 29–31 dol. Cenę energii jądrowej podbijają koszty pozyskania kapitału na budowę infrastruktury.

Energetyce atomowej sprzyja obecna administracja USA. Prezydent Donald Trump podpisał serię aktów wykonawczych w ramach realizacji strategii zmierzającej do czterokrotnego wzrostu zainstalowanych mocy atomowych – z 98 GW w 2024 r. do 400 GW w 2050 r. Osiągnięcie tego celu wiąże się z wprowadzeniem systemu zachęt podatkowych oraz subsydiów, którego koszt szacuje się na 67 mld dol. w ciągu 25 lat. Tymczasem europejski mainstream obrał kierunek przeciwny. W UE atom funkcjonuje we Francji i Włoszech. Niemcy zamknęły swoje trzy ostatnie elektrownie jądrowe w kwietniu 2023 r. Hiszpania wygasza moce jądrowe – ostatnie obiekty mają zostać wyłączone do 2035 r. Plany te zapewne niedługo ulegną rewizji – polityka energetyczna w tym państwie zmienia się na skutek blackoutu z kwietnia 2025 r. Niedawno z wygaszania atomu wycofała się Belgia. W praktyce budowa w Europie ekosystemu przyjaznego energii atomowej będzie wymagać zmiany nastawienia elit politycznych i społeczeństwa. To proces czasochłonny, a państwa UE nie mają tego komfortu, aby odkładać go w czasie. Dlaczego?

Ścieżka od przygotowania strategii do zwiększenia faktycznych mocy zajmie lata, nawet dekady. Bloomberg Intelligence wskazuje, że skonstruowanie dużego bloku jądrowego zajmuje przeciętnie 10 lat. Według Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej (IAEA) do 2030 r. łączna zainstalowana moc reaktorów nuklearnych, w tym tych przywracanych do użytku, wzrośnie na świecie z 377 do 425–445 GW (tj. o 12–18 proc.). W amerykańskich planach jest wznowienie funkcjonowania trzech takich reaktorów, które zwiększą dostępne moce łącznie o 2,3 GW: Holtec Palisades (0,8 GW) w najbliższych kwartałach, Three Mile Island Unit 1 (Crane Clean Energy Center) (0,8 GW) w 2027 r. i Duane Arnold (0,6 GW) w 2028 r. Warto zaznaczyć, że znaczny potencjał wznowieniowy mają też Niemcy – około 6 reaktorów może zostać z powrotem włączonych.

Prace nad nowymi blokami w USA i Europie mają nabrać tempa dopiero w latach 2030–2040, a zainstalowana moc ma sięgać od 519 do 710 GW. Szacuje się, że faktyczny czas budowy zajmie od 7 do 13 lat. Spośród 63 budowanych obecnie reaktorów atomowych prawie połowa (28) przypada na Chiny; kolejne miejsca zajmują Indie (6), Turcja, Rosja i Egipt. Jedynym państwem UE, gdzie trwa budowa reaktora, jest Słowacja. Prace toczą się ponadto w Wielkiej Brytanii i w Ukrainie. Doświadczenie w konstruowaniu elektrowni atomowych mają firmy działające na innych kontynentach – w społeczeństwach zachodnich firmy zajmują się głównie serwisowaniem. Taki stan rodzi spore ryzyka – ostatnie projekty oparte o technologie Evolutionary Power Reactor (EPR) znacząco przekraczały zarówno zakładany czas, jak i pierwotny budżet.

obserwatorfinansowy.pl


W czerwcu 2022 r. Intel przedstawił pewne szczegóły dotyczące procesu Intel 4 (znanego jako „7 nm” przed zmianą nazwy w 2021 r.): pierwszy proces firmy wykorzystujący EUV, 2x większa gęstość tranzystorów w porównaniu z Intel 7 (znanym jako „10 nm” ESF (Enhanced Super Fin) przed zmianą nazwy), zastosowanie miedzi pokrytej kobaltem do najcieńszych pięciu warstw połączeń, o 21,5% wyższa wydajność przy mocy iso lub o 40% niższa moc przy częstotliwości iso przy 0,65 V w porównaniu z Intel 7 itd. Pierwszym produktem Intela wyprodukowanym na Intel 4 był Meteor Lake, włączony w drugim kwartale 2022 r. i zaplanowany do wysyłki w 2023 r. Intel 4 ma odstęp bramki wynoszący 50 nm, zarówno żebro, jak i minimalny odstęp metalu wynoszący 30 nm oraz wysokość biblioteki 240 nm. Pojemność metal-izolator-metal wzrosła do 376 fF/μm², czyli około 2x w porównaniu z Intel 7. Proces zoptymalizowano pod kątem zastosowań HPC i obsługiwano napięcie od <0,65 V do >1,3 V. Szacunkowa gęstość tranzystorów WikiChip dla Intel 4 wynosiła 123,4 Mtr./mm², czyli 2,04x w porównaniu z 60,5 Mtr./mm² dla Intel 7. Jednakże komórki SRAM o dużej gęstości zwiększyły się tylko o 0,77x (z 0,0312 do 0,024 μm²), a komórki o wysokiej wydajności o 0,68x (z 0,0441 do 0,03 μm²) w porównaniu z Intel 7.

en.wikipedia.org


Pozwólcie, że wyjaśnię nieco bardziej: nazwy procesów używane przez odlewnie stały się obecnie w zasadzie materiałem marketingowym, a nie dokładnym opisem fizycznym węzła (z wyjątkiem Intela). Samo reklamowanie węzła jako 7 nm FinFET lub 10 nm FinFET nie oznacza, że ​​jest on rzeczywiście węzłem 7 nm lub 10 nm. Myślę, że w tym przypadku (w mojej próbie wyjaśnienia) najbardziej odpowiednim punktem odniesienia jest odległość między bramkami tranzystorów (Tranistor Gate Pitch). Jest to miara, która zazwyczaj jest bardzo dobrym wskaźnikiem „prawdziwego” węzła używanego przez odlewnię.

Aby podać punkt odniesienia, odstęp bramek tranzystorowych „prawdziwego” węzła 22 nm wynosi 90 nm (lub 45 nm, jeśli mierzysz w połowie odstępu). Węzeł Intela 22 nm miał odstęp bramek tranzystorów wynoszący dokładnie 45 nm. Dla porównania, odstęp bramek tranzystorów wszystkich węzłów FinFET 14 nm/16 nm ma odstęp bramek tranzystorów wynoszący ~90 nm. Oznacza to, że fizycznie rzecz biorąc, procesy te są w rzeczywistości równe węzłowi 22 nm Intela. Prawidłowy opis fizyczny węzła FinFET 14 nm/16 nm od TSMC/GloFo i Samsunga to 20 nm z FinFET. Ale hej, skoro uzyskujesz przewagę wydajnościową dzięki przejściu na FinFET (w porównaniu z planarnym) na tym samym etapie fizycznym, dlaczego nie nazwać go niższym węzłem, prawda? Przecież większość rynku nie potrafi odróżnić, który jest który.

Porozmawiajmy teraz o węźle 14 nm Intela z FinFET-ami. Proste obliczenia pokazują, że jeśli węzeł 22 nm ma odstęp między bramkami tranzystorów (TIP) 90 nm, to prawdziwy węzeł 14 nm z odpowiednim skalowaniem fizycznym powinien mieć skalowanie odstępu między bramkami tranzystorów (skurcz) o ponad 63%. Mimo to, Intel wprowadził 14 nm z FinFET-ami i w przeciwieństwie do fabryk produkujących wyłącznie tranzystory, nie jest to ten sam węzeł fizyczny, co 22 nm. Intelowi udało się osiągnąć skurcz o około 30-40% w porównaniu z idealnym skurczem wynoszącym 63% (połowa odstępu między bramkami tranzystorów Intel dla 14 nm FinFET wynosi 35 nm), co choć nie jest idealne, jest znacznie bliższe prawdziwemu węzłowi 14 nm niż którykolwiek z konkurencyjnych produktów, które wyraźnie wykorzystują węzły 20 nm i wyższe.

Oto więc, aby naprawdę zrozumieć pozycję Intela na rynku odlewniczym i ustalić, czy stracił on jakąkolwiek realną przewagę w branży, musimy odłożyć na bok zasłonę niewidzialności w materiałach marketingowych i ocenić go na zasadzie porównywania jabłek z jabłkami. Kiedy TSMC mówi, że przejdzie na 10 nm do przyszłego roku – tak naprawdę oznacza to, że przejdzie na pomiar półskoku bramki tranzystorowej (Transistor Gate Half Pitch) wynoszący około 35 nm – jest to coś, co Intel osiągnął w zeszłym roku. Innymi słowy, będzie korzystał z 14 nm back end of line (BEOL), ale ponieważ dodanie FinFET-ów daje mu wzrost wydajności, który dałoby przejście na planarny proces 10 nm – nazywają to procesem 10 nm FinFET.

Jest jednak pewien haczyk: TSMC twierdzi, że przejdzie na litografię w ekstremalnym ultrafiolecie po procesie 10 nm i jest jedną z pierwszych odlewni, które wdrożyły technologię EUV. Konwencjonalnie rzecz biorąc, możliwości zastosowanego lasera można obliczyć za pomocą prostego wzoru, dzieląc długość fali przez 2. Ponieważ EUV ma długość fali 13,5 nm, można z łatwością drukować płytki w procesie 7 nm (teoretyczny limit wynosi 6,75 nm, który można łatwo rozszerzyć do 5 nm za pomocą takich sztuczek jak multiwzorcowanie)

(...)

Porozmawiajmy teraz o Intelu. Firma już oświadczyła, że ​​nie musi korzystać z EUV w procesie 10 nm i planuje je stosować w węzłach mniejszych niż 10 nm (choć, szczerze mówiąc, mówi o tym od czasu węzła 45 nm) – i można być pewnym, że jeśli Intel przejdzie na EUV, jego długoletnia przewaga w tym obszarze technologicznym się utrzyma (niezależnie od tego, co mogą sugerować nazwy węzłów w reklamach). Chociaż klienci ASML pozostają tajemnicą, Intel jest oczywistym wyborem, biorąc pod uwagę jego ogromne udziały w firmie. Jeśli jednak wierzyć tej niedawnej reklamie, nie wygląda na to, żeby miało to nastąpić (lub miało nastąpić później niż pozostałe).

Wniosek : Wielu analityków wskazywało na fakt, że Intel miał problemy z przejściem na proces 14 nm, a 10 nm i 7 nm będą jeszcze trudniejsze. Jednak, jak już wyjaśniłem w artykule, problemy wynikały z faktu, że proces był znacznie mniejszy niż u innych firm i w ogóle nie porównywalny z węzłem FinFET 16 nm firmy TSMC, który w rzeczywistości ma 20 nm w przypadku FinFET-ów.

Dlatego na samym końcu artykułu przedstawię swoją opinię: Jest całkiem możliwe, że 7 nm nie pojawi się przed rokiem 2021/2022 (biorąc pod uwagę tempo PAO, 10 nm utrzyma się co najmniej do 2020 roku), a także jest bardzo prawdopodobne, że węzły procesowe będą sprzedawane jako 7 nm przez różne odlewnie przed Intelem. Nie jest jednak możliwe (a raczej wysoce nieprawdopodobne), aby Intel stracił pozycję lidera w zakresie procesu pod względem faktycznego fizycznego węzła. Aby tak się stało, musimy założyć, że nie przejdzie na EUV wraz z innymi, a biorąc pod uwagę, że Intel ma największy udział (14,37%) w firmie produkującej skanery EUV: ASML Holdings, wydaje się to bardzo, bardzo mało prawdopodobne.

Sep 10, 2016

wccftech.com

wtorek, 17 marca 2026


 
Pomimo trwających ponad dwa lata negocjacji wciąż nie udało się uzyskać zgody na przeniesienie do Polski produkcji pocisków rakietowych do systemu HIMARS, nazywanego w Polsce Homar-A. Źródła Defence24.pl wskazują, że jest to szczególnie trudny punkt w rozmowach, który powoduje impas negocjacyjny. Polska chce powiązać budowę zdolności produkcji rakiet z kolejnym zamówieniem na wyrzutnie, ale na razie program znalazł się na zakręcie. Na stole jest ponad 100 wyrzutni, a w dalszej partii ponad 300, ale doświadczenia Ukrainy pokazują, że zakup wyrzutni bez gwarancji produkcji pocisków traci sens.

Przypomnijmy, że od 2022 roku Polska realizuje budowę artylerii rakietowej dwutorowo. W ramach programu Homar-K stopniowo realizowane są dostawy i transfer technologii systemu koreańskiego na bazie zestawu Chunmoo (w końcu 2025 roku podpisano umowę na produkcję rakiet w Polsce, wcześniej - na transfer technologii wyrzutni). Łącznie przewidziano 290 wyrzutni Homar-K. Z kolei program Homar-A zakładał uzyskanie przez Polskę zdolności produkcji wyrzutni i pocisków do amerykańskich systemów HIMARS, których zaplanowano - obok Chunmoo - nawet około 500.

Zakup wyrzutni Homar-A, czyli spolonizowanych HIMARS, jest więc jednym z priorytetów rozwoju Sił Zbrojnych RP. Polska zabiega od dłuższego czasu o zgodę USA na produkcję podstawowej amunicji do nich, czyli pocisków GMLRS. Z nieoficjalnych informacji Defence24.pl wynika, że właśnie przeniesienie produkcji jest trudnym punktem w rozmowach i na razie nie ma na to zgody strony amerykańskiej.

(...)

Polska od dłuższego czasu zabiegała o możliwość umieszczenia na terenie naszego kraju produkcji rakiet GMLRS, w ramach programu Homar-A. To kryptonim zakupu spolonizowanego systemu HIMARS. Zgodę Departamentu Stanu na zakup aż 486 wyrzutni Polska otrzymała jeszcze w lutym 2022 roku, nieco ponad pół roku później – we wrześniu 2023 roku - podpisano umowę ramową z koncernem Lockheed Martin.

Podobnie jak w wypadku drugiego programu Homar-K (koreański), na bazie wyrzutni Chunmoo, zakładano głęboką polonizację. Obok integracji polskiego systemu zarządzania walką Topaz, co nie miało miejsca przy pierwszym zakupie dywizjonu HIMARS z 2019 roku, w Polsce miały powstawać nie tylko wyrzutnie i pojazdy, ale i pociski rakietowe typu GMLRS.

Dodajmy jeszcze, że program na bazie technologii koreańskiej jest realizowany zgodnie z założeniem polonizacji. W pierwszej umowie wykonawczej z 2022 roku wpisano zastosowanie polskich podwozi i systemu Topaz, w drugiej z 2024 roku – transfer technologii wyrzutni i budowę kontenerów startowych, a w trzeciej z końca 2025 roku – produkcję pocisków przez polsko-koreańską spółkę joint venture.

Z kolei rozmowy we współpracy z Amerykanami przebiegają dużo wolniej. Po podpisaniu umowy ramowej na przełomie 2023 i 2024 roku ujawniono, że założeniem MON jest podział zamówienia na dwie części, w pierwszej 126, a w drugiej dalsze 360 wyrzutni. Strona polska niezmiennie utrzymywała założenie, by w Polsce były produkowane pociski GMLRS.

defence24.pl


Internet jest pełen krzyków ludzi, którzy po raz pierwszy włączyli VPN. Nie, nie mówię o tych, którzy jeszcze wczoraj popierali każde kichnięcie władzy, a dziś poczuli się jak głupcy. W ich przypadku można tylko poczuć złośliwą satysfakcję i trochę się zasmucić z powodu braku podstawowych umiejętności tworzenia logicznych powiązań.

Mówię o tych, którzy do tej pory próbowali żyć we własnej rzeczywistości, mając jak najmniejszy kontakt z władzą — nie o opozycjonistach, lecz raczej o tych, których pogardliwie miesza się z błotem.

Zdecydowanie nie podobają mi się takie wyzwiska, ponieważ z podejrzliwością podchodzę do wezwań, by stać się bohaterami — nie, nikt nie jest do tego zobowiązany, a czas bohaterów nadchodzi zwykle z powodu obecności łotrów i głupców.

Chodzi raczej o ludzi czynu. Ktoś jest zawodowo zaangażowany i nie czuje się gotowy, by zrezygnować z życiowego powołania, a także ze związanych z tym zobowiązań. Ktoś nie może porzucić bliskich, którzy go potrzebują. Albo jest ktoś, kto naprawdę kocha ojczyznę i nie rozumie, dlaczego to on ma ją stracić, a nie ci, którzy psują jej życie. Ogólnie rzecz biorąc, są to zazwyczaj ludzie aktywni, mądrzy, ale całkowicie świadomie odcięci od agendy politycznej i gotowi znosić kaprysy władzy tak długo, jak długo nie przeszkadza to ich sprawie i życiu.

Co może pójść nie tak? Zdecydowana większość rosyjskiego społeczeństwa okazała się właśnie takimi konformistami. Narzekali, skarżyli się sobie nawzajem, ale znosili to wszystko, dostosowywali się. Rządź i ciesz się, że masz spokój z narodem. Po co było sięgać po wyłącznik?

Nie, przyczyna jest jasna: władza znowu przechytrzyła samą siebie. Z entuzjazmem budowała cyfrowy gułag, marząc, by wszystko było jak w Chinach: własne komunikatory, sieci społecznościowe, platformy handlowe — i wszyscy wychwalają mądrą politykę partii i przywódcę kraju osobiście, a wszelkie szkodliwe Facebooki i Google'e stoją smutno przy zaporze ogniowej, nie mogąc jej pokonać. I by na każdym rogu były kamery, rozpoznające, że nie uśmiechasz się lojalnie, nawet jeśli masz maskę. I by masa programistów przetwarzała ogromne zbiory danych napływających z każdego zakątka.

Ale wtedy pojawił się Iran. I stało się jasne (a mądrzy wiedzieli to od zawsze), że cały ten system inwigilacji może działać również w drugą stronę. I nie potrzeba do tego ogromnej machiny państwowej, a jedynie zespołu dobrych hakerów.

I oto te same kamery rozpoznają nie tylko twarze zwykłych obywateli, ale także twarze bardzo ważnych osób. A cały zbiór danych może przeanalizować ktoś inny. I tak dalej, i tym podobne.

I władza się przestraszyła.

/Ciekawa rosyjska autoteoria spiskowa, przy okazji usprawiedliwianie głównej części społeczeństwa - red./

(...)

Obywatele, którzy do tej pory słabo rozumieli, jaką rolę w ich życiu odgrywa internet, ale lubili przytaczać jako argument za życiem w Rosji wspaniałe usługi, od e-administracji po dostawy i carsharing, nagle znaleźli się sam na sam z rzeczywistością, w której proponuje się im budki telefoniczne. Co prawda z internetem. Młodsi nawet nie znają tego słowa.

A właścicielka firmy marketingowej pisze przez VPN: "pomóżcie, ratujcie, co robić?". Połowa regionalnych dziennikarzy, którzy utrzymywali przyzwoity poziom życia dzięki współpracy z federalnymi mediami (nawiasem mówiąc, całkowicie prorządowymi), ubolewa: "oto my, głupcy, ci, którzy pisali do zakazanych emigracyjnych i zachodnich mediów, od dawna żyją z VPN i innymi gadżetami, w skrajnym przypadku wyjadą — a co my mamy robić?".

W moich różnych komunikatorach, czasem bardzo egzotycznych, pojawiają się i znikają dawno zapomniane nazwy. I ogólny chór — jaki VPN działa? Wszyscy zlekceważyli zakaz reklam i prowadzą zaciekłe spory, który jest lepszy i jak najlepiej za niego płacić. Pozostali biegają po sklepach, powtarzając: "mapy, pager, dwie krótkofalówki".

Niezadowolenie dało o sobie znać nawet u niezwykle lojalnego i z racji pełnionej funkcji zobowiązanego do usprawiedliwiania całej sytuacji rzecznika prasowego prezydenta, Dmitrija Pieskowa. Jak, mówi urzędnik, będziemy teraz przekazywać nasze poglądy zagranicznej publiczności? Jak będziemy prowadzić propagandę? Jak, jak? Gołębiami, oczywiście.

Mądrzy ludzie mówią: władza, widząc taką reakcję społeczną, się cofnie. Panika opadnie. 

(...)

Właśnie przetoczyła się fala publikacji, że regiony ograniczają wydatki na opiekę zdrowotną. Rozważania o tym, jak sprawić, by chorzy zdrowieli, są tak intensywne, że proponuje się już wydawanie leków na cukrzycę wyłącznie osobom pracującym. Nie proponuje tego byle kto, ale naukowcy z Narodowego Centrum Medycznego Endokrynologii. Mówią oni, że jest to uzasadnione ekonomicznie. I tak nie ma pieniędzy na zapewnienie leków dla wszystkich.

Wygląda na to, że nadeszły ciężkie czasy, kiedy trzeba liczyć każdą kopiejkę, kiedy stoisz przed trudnym wyborem — kto ma żyć, kto ma żyć dobrze, a kto — jak Bóg da. 

onet.pl\The Moscow Times


Sabotowanie przez Pekin ukraińskich i zachodnich wysiłków na rzecz zakończenia wojny, wraz z pojawianiem się nowych dowodów na chińskie wsparcie dla Rosji, spowodowało zmianę polityki Kijowa. Od wiosny 2025 r. władze ukraińskie coraz aktywniej przedstawiały ChRL jako sojusznika Moskwy, upubliczniając przykłady chińskiej pomocy. W kwietniu pokazały opinii publicznej wziętych do niewoli obywateli Chin walczących po stronie Rosji w obwodzie donieckim. Prezydent Zełenski oświadczył wówczas, że co najmniej 155 obywateli ChRL uczestniczy w konflikcie po stronie agresora, a są oni rekrutowani przez Rosję za pośrednictwem mediów społecznościowych przy milczącej akceptacji Pekinu.

Kilka dni później Kijów po raz pierwszy otwarcie oskarżył Pekin o bezpośrednią pomoc wojskową dla Moskwy. Zełenski ujawnił, że Chiny dostarczają okupantom uzbrojenie, materiały wybuchowe, a także obrabiarki i komponenty przeznaczone dla przemysłu zbrojeniowego, a obywatele ChRL uczestniczą w ich produkcji na terytorium Rosji. Zarzucił również Pekinowi wstrzymanie eksportu na Ukrainę i do państw Zachodu powszechnie wykorzystywanych na froncie dronów DJI Mavic, przy kontynuacji ich dostaw dla Moskwy.

Ukraińscy producenci bezzałogowców, którzy w zasadzie od początku wojny importują komponenty do dronów z ChRL, twierdzą ponadto, że chińskie firmy, przy akceptacji państwa, priorytetyzują rosyjskich klientów, a nawet eksportują tam całe linie produkcyjne. W kwietniu 2025 r. Ukraina po raz pierwszy zdecydowała się na objęcie sankcjami podmiotów z Chin. Proces ten jest kontynuowany, od tego czasu nałożono restrykcje na kilkadziesiąt firm. Na liście znalazły się m.in. przedsiębiorstwa zaangażowane w transfer technologii podwójnego zastosowania, produkcję rakiet Iskander oraz dostawy komponentów do dronów.

Dalsze zaostrzenie kursu wobec Pekinu odzwierciedla zatrzymanie w lipcu przez Służbę Bezpieczeństwa Ukrainy dwóch obywateli ChRL pod zarzutem próby wywiezienia dokumentacji dotyczącej ukraińskiego kompleksu rakietowego RK-360MC „Neptun”. Upublicznienie tej sprawy dowodzi, że w percepcji Kijowa Pekin stał się częścią problemu, a nie jego rozwiązaniem, i większe korzyści Ukraina może odnieść, krytykując Chiny, niż dążąc do zneutralizowania ich wpływu na agresora. W sierpniu Zełenski wykluczył ChRL jako potencjalnego gwaranta bezpieczeństwa dla swojego kraju, uzasadniając to brakiem zaufania wynikającym z jej pasywności wobec rosyjskiej inwazji w 2014 i 2022 r. Zarzucił także Pekinowi współpracę z Moskwą w zakresie rozpoznania satelitarnego wykorzystywanego do przeprowadzania ataków m.in. na obiekty infrastruktury energetycznej. Wydaje się, że Kijów ostatecznie wyzbył się iluzji, iż Pekin da się przekonać do działań powstrzymujących agresję Rosji.

Ważnym kontekstem zmiany polityki ukraińskiej wobec Chin było też zwycięstwo w wyborach prezydenckich w USA Trumpa, który w kampanii określał je jako głównego adwersarza i zapowiadał szybkie zaprowadzenie pokoju między Rosją a Ukrainą. Kijów liczył, że ujawnianie kolejnych przykładów sojuszu Xi–Putin ostudzi nadzieje Trumpa i jego administracji na rozluźnienie relacji między Rosją a Chinami. W tej logice wsparcie dla Ukrainy leżałoby w interesie Waszyngtonu, gdyż uderzenie w kluczowego sojusznika Pekinu nie tylko osłabiłoby Rosję na europejskim teatrze działań, lecz także poskromiło ambicje Chin na Pacyfiku, w tym wobec Tajwanu. Poprzez sankcje na firmy z ChRL i konsekwentne upublicznianie chińskiego zaangażowania na rzecz Moskwy Kijów podkreśla związek między teatrem europejskim a pacyficznym, dążąc do utrzymania obecności USA na tym pierwszym.

Na to, że asertywne działania Kijowa wobec ChRL są adresowane również do Waszyngtonu, wskazuje porozumienie Ukrainy i USA z 30 kwietnia 2025 r. Dokument ten ma zapewnić kluczową rolę Amerykanów w powojennej odbudowie. Kijów wyklucza z tego procesu państwa wspierające Rosję, w tym Chiny, które wcześniej deklarowały gotowość udziału w nim. Taka decyzja wpisuje się w logikę administracji Trumpa – skoro to Waszyngton poniósł największy ciężar wsparcia Ukrainy, Pekin nie powinien czerpać zysków z odbudowy.

Chiny ignorują działania Kijowa. Ukraińskie doniesienia dotyczące zaangażowania Pekinu w pomoc Moskwie nie zdołały znacząco zmienić zachowawczej polityki Unii Europejskiej i zwiększyć presji na ChRL w tej sprawie. W stosunku do Waszyngtonu prowadzi ona własną grę dyplomatyczną i nie wierzy, że Kijów będzie mógł wpłynąć na postrzeganie konfliktu na Ukrainie przez obecną administrację USA w sposób, który zaszkodziłby interesom Chin. Dodatkowo interwencjonistyczna polityka Trumpa stworzyła nowe osie polaryzacji na Globalnym Południu. Z tego powodu po jego zwycięstwie w wyborach prezydenckich Pekin przestał stwarzać pozory działań na rzecz znalezienia pokojowego rozwiązania konfliktu na Ukrainie. Równocześnie unika ostrych ruchów wobec Kijowa, aby bardziej nie zrazić do siebie sympatyzującej z nim części światowej opinii publicznej.

Z punktu widzenia Kijowa próby włączenia Pekinu we własne działania na rzecz pokoju, przede wszystkim w kwestii respektowania integralności terytorialnej Ukrainy analogicznie do polityki „jednych Chin”, przyniosły skutek odwrotny od zamierzonego. W związku z tym zmiana polityki ukraińskiej na bardziej konfrontacyjną wobec ChRL wydaje się trwała. Będzie się ona opierać na konsekwentnym demonstrowaniu chińskiej współpracy z Moskwą oraz rozszerzaniu sankcji na współpracujące z Rosją podmioty gospodarcze z Chin. Jednocześnie ważnym kontekstem pozostanie rozwój stosunków między ChRL i USA. Tak długo, jak Waszyngton nie będzie gotowy do zwiększenia nacisku na Pekin – w odpowiedzi na jego współpracę z Moskwą – oraz wsparcia dla Kijowa, Ukraina będzie dążyła do utrzymania kanałów dialogu z chińskim kierownictwem. ChRL pozostaje jej głównym partnerem handlowym, z obrotem towarów przekraczającym 21 mld dolarów, co stanowi ok. 16,8% ukraińskiego handlu zagranicznego (z wielką dysproporcją na rzecz importu).

Konfrontacyjna polityka Kijowa ma jednak pewne granice. Nie chce on dawać Pekinowi pretekstów do bardziej otwartego i większego bezpośredniego wsparcia Kremla w wojnie, a także odcięcia samej Ukrainy od dostaw chińskich komponentów. Dotyczy to w szczególności komponentów do masowo produkowanych tam dronów FPV, kupowanych przez ukraińskie firmy bądź poprzez pośredników – proceder, który Pekin wydaje się tolerować, ale ma narzędzia jego przerwania. W tym kontekście można odbierać zarówno wizytę w Pekinie wiceministra spraw zagranicznych Serhija Kysłycy (obecnie pierwszego zastępcy szefa Biura Prezydenta) w grudniu 2025 r., której tematami były handel, współpraca międzynarodowa i proces pokojowy, jak i spotkanie ministrów spraw zagranicznych Andrija Sybihy i Wanga Yi na marginesie Konferencji Bezpieczeństwa w Monachium w lutym br., po którym zapowiedziano przekazanie pomocy dla ukraińskiego sektora energetycznego.

Polityka ChRL wobec pełnoskalowej rosyjskiej inwazji na Ukrainę w dalszym ciągu będzie realizować dwa podstawowe cele, niezależne od stosunków bilateralnych z Kijowem. Pierwszym jest potrzeba utrzymania przyjaznego Chinom reżimu w Rosji, zdolnego wiązać militarnie i politycznie Zachód w Europie, a jednocześnie budować napięcia w relacjach transatlantyckich. Przekłada się to na zacieśnianie współpracy gospodarczej i politycznej oraz rekordowe poziomy wymiany handlowej. Chiny stały się kluczowym źródłem wsparcia gospodarczego dla Rosji, znacznie zwiększając import rosyjskiej ropy, gazu i węgla, co zapewniło Moskwie tak potrzebne dochody w obliczu sankcji zachodnich. W przewidywalnej przyszłości nie ulegnie to zmianie. Działania nowej administracji amerykańskiej zmniejszyły też prawdopodobieństwo porażki militarnej Kremla, a jednocześnie wydatnie osłabiły presję USA na Pekin w sferze jego pomocy dla Moskwy.

Drugim celem Pekinu stało się dyplomatyczne wykorzystanie wywołanej wojną na Ukrainie polaryzacji między Globalną Północą a Globalnym Południem, która umożliwiała Pekinowi budowę luźnego sojuszu przeciwko Zachodowi. Bezpośrednie apele Ukrainy do państw GP i próby stworzenia własnych kanałów dialogu zostały odebrane jako zagrożenie dla chińskich ambicji przywództwa. Sytuację zmienił powrót do Białego Domu Trumpa, którego działania, oraz wcześniej wojna w Gazie, nasiliły napięcia na innych polach, mocno antagonizując większość państw GP wobec USA. To pozwoliło Pekinowi na odzyskanie pewności siebie w relacjach z tym gronem i ułatwiło neutralizację zabiegów Kijowa w pozyskaniu poparcia tej grupy państw.

W efekcie tak długo, jak nie ulegnie gwałtownej zmianie polityka obecnej administracji amerykańskiej, należy się spodziewać kontynuacji chińskiej pomocy dla Rosji, sabotowania zabiegów Ukrainy o wsparcie przez GP, a także ignorowania apeli zachodnich przywódców o wywarcie skutecznej presji na Kreml. Relacje dwustronne z Kijowem mają w tym wymiarze dla Pekinu znaczenie trzeciorzędne.

osw.waw.pl

poniedziałek, 16 marca 2026



Sąd Najwyższy to nic więcej niż niesprawiedliwa organizacja polityczna, która splądrowała kraj - powiedział prezydent USA Donald Trump we wpisie na temat decyzji Sądu o unieważnieniu części ceł. Trump wyraził też oburzenie zablokowaniem śledztwa przeciwko prezesowi Fed Jeromowi Powellowi.

W długim wpisie zamieszczonym późnym wieczorem czasu lokalnego Trump w ostrych słowach potępił Sąd Najwyższy i cały wymiar sprawiedliwości w USA, który oskarżył o upolitycznienie, korupcję i nieuwzględnianie woli prezydenta. Szczególny gniew wyraził na lutowy wyrok Sądu, który unieważnił cła nałożone przez niego na podstawie ustawy sankcyjnej IEEPA.

"Decyzja, która miała dla mnie największe znaczenie, to CŁA! Sąd wiedział, jakie jest moje stanowisko i jak bardzo pragnę tego zwycięstwa dla naszego kraju, a zamiast tego postanowił potencjalnie rozdać biliony dolarów krajom i firmom, które od dziesięcioleci wykorzystują Stany Zjednoczone" - napisał Trump. Zapowiedział, że - mimo dotychczasowych wyroków nakazujących szybki zwrot pobranych ceł - będzie walczył o to, by do tego nie doszło.

"Nasz Kraj został niepotrzebnie SPLĄDROWANY przez Sąd Najwyższy Stanów Zjednoczonych, który stał niczym więcej, niż niesprawiedliwą Organizacją Polityczną używaną jako broń" - oznajmił. Zarzucał przy tym sądowi, że nie uznał jego protestów wyborczych w 2020 r. za zasadne, choć - jak twierdzi - bezsprzecznie udowodniono, że zostały rzekomo sfałszowane.

Trump narzekał, że część sędziów nominowana przez republikańskich prezydentów, w tym niego samego, głosuje przeciwko tym, którzy ich nominowali i nie "trzymają się razem" jak sędziowie Demokratów.

Prezydent Stanów Zjednoczonych wyraził też oburzenie z powodu zablokowania w piątek przez sąd federalny wezwania do sądu członków zarządu Rezerwy Federalnej w śledztwie przeciwko jej prezesowi Jerome'owi Powellowi w sprawie wysokich kosztów remontu budynków Fed. Sędzia w tej sprawie uznał, że prokuratura federalna przedstawiła "zero dowodów" na winę Powella, podczas gdy "góra dowodów" przemawiała za tym, że śledztwo jest motywowane politycznie.

"Jak to możliwe, że tego absolutnie okropnego prezesa Rezerwy Federalnej, Jerome'a "Spóźnionego" Powella, nie można nawet objąć śledztwem za jego okropną pracę?" - pytał Trump. "Jak to możliwe, że przekroczył budżet o miliardy dolarów i ma lata opóźnienia w realizacji prostego remontu małego kompleksu Rezerwy Federalnej w Waszyngtonie, gdzie doprowadził do absolutnej katastrofy - studni bez dna i wstydu dla naszego kraju na oczach całego świata!" - dodał.

PAP


Prezydent USA Donald Trump ostrzegł w wywiadzie dla "Financial Times", że jeśli sojusznicze państwa nie włączą się w działania na rzecz otwarcia cieśniny Ormuz, będzie to "bardzo złe dla przyszłości NATO". Zagroził też przełożeniem swojej wizyty w Chinach, jeśli Pekin również nie wesprze USA.

W rozmowie telefonicznej z gazetą Trump zaapelował do państw europejskich o przyłączenie się do amerykańskich działań wojennych w Iranie. Zaznaczył, że Europa i Chiny, w odróżnieniu od USA, są silnie uzależnione od ropy z Zatoki Perskiej.

- To tylko stosowne, żeby ci, którzy czerpią korzyści z cieśniny, pomogli zapewnić, żeby nie stało się tam nic złego - powiedział Trump. - Jeśli nie będzie odpowiedzi albo odpowiedź będzie negatywna, myślę, że to będzie bardzo złe dla przyszłości NATO - dodał.

Trump wyraził jednak pesymizm co do tego, czy sojusznicy odpowiedzą na jego apel. - Mamy coś, co nazywa się NATO. Byliśmy bardzo mili. Nie musieliśmy pomagać im z Ukrainą. Ukraina jest tysiące mil od nas (...) Ale pomogliśmy im. Teraz zobaczymy, czy oni pomogą nam. Bo od dawna mówię, że będziemy dla nich, ale oni nie będą dla nas. I nie jestem pewien, czy byliby - mówił gazecie.

Zapytany, jakiej pomocy oczekuje, Trump odpowiedział: "Cokolwiek będzie potrzebne". Argumentował, że sojusznicy powinni wysłać okręty do usuwania min, których Europa posiada znacznie więcej niż USA. Chciałby też "ludzi, którzy wyeliminują złych aktorów wzdłuż irańskiego brzegu", sugerując wysłanie europejskich oddziałów komandosów do zwalczania irańskich operacji z użyciem dronów i min morskich w Zatoce.

- Uderzamy w nich bardzo mocno. Nie zostało im nic poza robieniem drobnych kłopotów w Cieśninie, ale ci ludzie czerpią z niej korzyści i powinni pomóc nam ją patrolować. My im pomożemy. Ale oni też powinni tam być. Potrzeba dużo ludzi, żeby pilnować niewielu - mówił Trump.

Trump wyraził szczególne niezadowolenie z postawy Wielkiej Brytanii. - Wielką Brytanię można uznawać za sojusznika numer jeden, najstarszego itd., ale kiedy poprosiłem ich, żeby przyszli, nie chcieli przyjść - zżymał się. - A kiedy w zasadzie wyeliminowaliśmy zdolności zagrożenia ze strony Iranu, powiedzieli: "no dobrze, wyślemy dwa okręty", a ja odpowiedziałem: "potrzebujemy tych okrętów, zanim wygramy, a nie po tym, jak wygramy" - relacjonował. - Od dawna mówię, że NATO to ulica jednokierunkowa - dodał.

Trump twierdził, że ewentualne zagrożenie dla sojuszniczych jednostek w Zatoce byłoby minimalne, bo USA "zdziesiątkowały" Iran. Europejscy sojusznicy ponieśli już jednak straty w konflikcie, bo w czwartek w irańskim ataku dronowym w Iraku zginął francuski żołnierz. W niedzielę w bazie w Kuwejcie zniszczony został włoski samolot.

Trump ostrzegł też, że USA są gotowe do ponownych uderzeń na wyspę Chark, irański hub eksportu ropy, niszcząc infrastrukturę naftową.

- Możemy to uderzyć w pięć minut. I nie mogą nic na to poradzić - przekonywał.

Zapytany, czy Rosja pomaga Iranowi danymi satelitarnymi do namierzania amerykańskich i izraelskich systemów antybalistycznych, Trump odparł: "Nie wiem, jak to wygląda. Ale można też argumentować, że my pomagaliśmy Ukrainie. Trudno powiedzieć: ­celujecie w nas, skoro pomagaliśmy Ukrainie". Trump stwierdził - wyolbrzymiając rzeczywistą kwotę - że jego poprzednik Joe Biden przekazał Ukrainie 350 mld dolarów w gotówce i sprzęcie. - Więc trudno powiedzieć: "co wy robicie?", skoro my robiliśmy to samo".

Prezydent USA oznajmił też, że pomocy oczekuje również od Chin i że powinno to się zdarzyć przed planowaną wizytą w Pekinie pod koniec marca. Trump zaznaczył, że nie może czekać do końca marca, bo "Dwa tygodnie to długo". Dodał, że wizyta może zostać przesunięta, lecz nie sprecyzował, o ile.
Jak zaznaczył dziennik, wypowiedzi Trumpa padły w dniu, gdy sekretarz skarbu Scott Bessent spotkał się w Paryżu ze swoim chińskim rozmówcą, wicepremierem He Lifengiem w sprawie przygotowań do szczytu.

PAP