środa, 18 marca 2026



Pozwólcie, że wyjaśnię nieco bardziej: nazwy procesów używane przez odlewnie stały się obecnie w zasadzie materiałem marketingowym, a nie dokładnym opisem fizycznym węzła (z wyjątkiem Intela). Samo reklamowanie węzła jako 7 nm FinFET lub 10 nm FinFET nie oznacza, że ​​jest on rzeczywiście węzłem 7 nm lub 10 nm. Myślę, że w tym przypadku (w mojej próbie wyjaśnienia) najbardziej odpowiednim punktem odniesienia jest odległość między bramkami tranzystorów (Tranistor Gate Pitch). Jest to miara, która zazwyczaj jest bardzo dobrym wskaźnikiem „prawdziwego” węzła używanego przez odlewnię.

Aby podać punkt odniesienia, odstęp bramek tranzystorowych „prawdziwego” węzła 22 nm wynosi 90 nm (lub 45 nm, jeśli mierzysz w połowie odstępu). Węzeł Intela 22 nm miał odstęp bramek tranzystorów wynoszący dokładnie 45 nm. Dla porównania, odstęp bramek tranzystorów wszystkich węzłów FinFET 14 nm/16 nm ma odstęp bramek tranzystorów wynoszący ~90 nm. Oznacza to, że fizycznie rzecz biorąc, procesy te są w rzeczywistości równe węzłowi 22 nm Intela. Prawidłowy opis fizyczny węzła FinFET 14 nm/16 nm od TSMC/GloFo i Samsunga to 20 nm z FinFET. Ale hej, skoro uzyskujesz przewagę wydajnościową dzięki przejściu na FinFET (w porównaniu z planarnym) na tym samym etapie fizycznym, dlaczego nie nazwać go niższym węzłem, prawda? Przecież większość rynku nie potrafi odróżnić, który jest który.

Porozmawiajmy teraz o węźle 14 nm Intela z FinFET-ami. Proste obliczenia pokazują, że jeśli węzeł 22 nm ma odstęp między bramkami tranzystorów (TIP) 90 nm, to prawdziwy węzeł 14 nm z odpowiednim skalowaniem fizycznym powinien mieć skalowanie odstępu między bramkami tranzystorów (skurcz) o ponad 63%. Mimo to, Intel wprowadził 14 nm z FinFET-ami i w przeciwieństwie do fabryk produkujących wyłącznie tranzystory, nie jest to ten sam węzeł fizyczny, co 22 nm. Intelowi udało się osiągnąć skurcz o około 30-40% w porównaniu z idealnym skurczem wynoszącym 63% (połowa odstępu między bramkami tranzystorów Intel dla 14 nm FinFET wynosi 35 nm), co choć nie jest idealne, jest znacznie bliższe prawdziwemu węzłowi 14 nm niż którykolwiek z konkurencyjnych produktów, które wyraźnie wykorzystują węzły 20 nm i wyższe.

Oto więc, aby naprawdę zrozumieć pozycję Intela na rynku odlewniczym i ustalić, czy stracił on jakąkolwiek realną przewagę w branży, musimy odłożyć na bok zasłonę niewidzialności w materiałach marketingowych i ocenić go na zasadzie porównywania jabłek z jabłkami. Kiedy TSMC mówi, że przejdzie na 10 nm do przyszłego roku – tak naprawdę oznacza to, że przejdzie na pomiar półskoku bramki tranzystorowej (Transistor Gate Half Pitch) wynoszący około 35 nm – jest to coś, co Intel osiągnął w zeszłym roku. Innymi słowy, będzie korzystał z 14 nm back end of line (BEOL), ale ponieważ dodanie FinFET-ów daje mu wzrost wydajności, który dałoby przejście na planarny proces 10 nm – nazywają to procesem 10 nm FinFET.

Jest jednak pewien haczyk: TSMC twierdzi, że przejdzie na litografię w ekstremalnym ultrafiolecie po procesie 10 nm i jest jedną z pierwszych odlewni, które wdrożyły technologię EUV. Konwencjonalnie rzecz biorąc, możliwości zastosowanego lasera można obliczyć za pomocą prostego wzoru, dzieląc długość fali przez 2. Ponieważ EUV ma długość fali 13,5 nm, można z łatwością drukować płytki w procesie 7 nm (teoretyczny limit wynosi 6,75 nm, który można łatwo rozszerzyć do 5 nm za pomocą takich sztuczek jak multiwzorcowanie)

(...)

Porozmawiajmy teraz o Intelu. Firma już oświadczyła, że ​​nie musi korzystać z EUV w procesie 10 nm i planuje je stosować w węzłach mniejszych niż 10 nm (choć, szczerze mówiąc, mówi o tym od czasu węzła 45 nm) – i można być pewnym, że jeśli Intel przejdzie na EUV, jego długoletnia przewaga w tym obszarze technologicznym się utrzyma (niezależnie od tego, co mogą sugerować nazwy węzłów w reklamach). Chociaż klienci ASML pozostają tajemnicą, Intel jest oczywistym wyborem, biorąc pod uwagę jego ogromne udziały w firmie. Jeśli jednak wierzyć tej niedawnej reklamie, nie wygląda na to, żeby miało to nastąpić (lub miało nastąpić później niż pozostałe).

Wniosek : Wielu analityków wskazywało na fakt, że Intel miał problemy z przejściem na proces 14 nm, a 10 nm i 7 nm będą jeszcze trudniejsze. Jednak, jak już wyjaśniłem w artykule, problemy wynikały z faktu, że proces był znacznie mniejszy niż u innych firm i w ogóle nie porównywalny z węzłem FinFET 16 nm firmy TSMC, który w rzeczywistości ma 20 nm w przypadku FinFET-ów.

Dlatego na samym końcu artykułu przedstawię swoją opinię: Jest całkiem możliwe, że 7 nm nie pojawi się przed rokiem 2021/2022 (biorąc pod uwagę tempo PAO, 10 nm utrzyma się co najmniej do 2020 roku), a także jest bardzo prawdopodobne, że węzły procesowe będą sprzedawane jako 7 nm przez różne odlewnie przed Intelem. Nie jest jednak możliwe (a raczej wysoce nieprawdopodobne), aby Intel stracił pozycję lidera w zakresie procesu pod względem faktycznego fizycznego węzła. Aby tak się stało, musimy założyć, że nie przejdzie na EUV wraz z innymi, a biorąc pod uwagę, że Intel ma największy udział (14,37%) w firmie produkującej skanery EUV: ASML Holdings, wydaje się to bardzo, bardzo mało prawdopodobne.

Sep 10, 2016

wccftech.com

wtorek, 17 marca 2026


 
Pomimo trwających ponad dwa lata negocjacji wciąż nie udało się uzyskać zgody na przeniesienie do Polski produkcji pocisków rakietowych do systemu HIMARS, nazywanego w Polsce Homar-A. Źródła Defence24.pl wskazują, że jest to szczególnie trudny punkt w rozmowach, który powoduje impas negocjacyjny. Polska chce powiązać budowę zdolności produkcji rakiet z kolejnym zamówieniem na wyrzutnie, ale na razie program znalazł się na zakręcie. Na stole jest ponad 100 wyrzutni, a w dalszej partii ponad 300, ale doświadczenia Ukrainy pokazują, że zakup wyrzutni bez gwarancji produkcji pocisków traci sens.

Przypomnijmy, że od 2022 roku Polska realizuje budowę artylerii rakietowej dwutorowo. W ramach programu Homar-K stopniowo realizowane są dostawy i transfer technologii systemu koreańskiego na bazie zestawu Chunmoo (w końcu 2025 roku podpisano umowę na produkcję rakiet w Polsce, wcześniej - na transfer technologii wyrzutni). Łącznie przewidziano 290 wyrzutni Homar-K. Z kolei program Homar-A zakładał uzyskanie przez Polskę zdolności produkcji wyrzutni i pocisków do amerykańskich systemów HIMARS, których zaplanowano - obok Chunmoo - nawet około 500.

Zakup wyrzutni Homar-A, czyli spolonizowanych HIMARS, jest więc jednym z priorytetów rozwoju Sił Zbrojnych RP. Polska zabiega od dłuższego czasu o zgodę USA na produkcję podstawowej amunicji do nich, czyli pocisków GMLRS. Z nieoficjalnych informacji Defence24.pl wynika, że właśnie przeniesienie produkcji jest trudnym punktem w rozmowach i na razie nie ma na to zgody strony amerykańskiej.

(...)

Polska od dłuższego czasu zabiegała o możliwość umieszczenia na terenie naszego kraju produkcji rakiet GMLRS, w ramach programu Homar-A. To kryptonim zakupu spolonizowanego systemu HIMARS. Zgodę Departamentu Stanu na zakup aż 486 wyrzutni Polska otrzymała jeszcze w lutym 2022 roku, nieco ponad pół roku później – we wrześniu 2023 roku - podpisano umowę ramową z koncernem Lockheed Martin.

Podobnie jak w wypadku drugiego programu Homar-K (koreański), na bazie wyrzutni Chunmoo, zakładano głęboką polonizację. Obok integracji polskiego systemu zarządzania walką Topaz, co nie miało miejsca przy pierwszym zakupie dywizjonu HIMARS z 2019 roku, w Polsce miały powstawać nie tylko wyrzutnie i pojazdy, ale i pociski rakietowe typu GMLRS.

Dodajmy jeszcze, że program na bazie technologii koreańskiej jest realizowany zgodnie z założeniem polonizacji. W pierwszej umowie wykonawczej z 2022 roku wpisano zastosowanie polskich podwozi i systemu Topaz, w drugiej z 2024 roku – transfer technologii wyrzutni i budowę kontenerów startowych, a w trzeciej z końca 2025 roku – produkcję pocisków przez polsko-koreańską spółkę joint venture.

Z kolei rozmowy we współpracy z Amerykanami przebiegają dużo wolniej. Po podpisaniu umowy ramowej na przełomie 2023 i 2024 roku ujawniono, że założeniem MON jest podział zamówienia na dwie części, w pierwszej 126, a w drugiej dalsze 360 wyrzutni. Strona polska niezmiennie utrzymywała założenie, by w Polsce były produkowane pociski GMLRS.

defence24.pl


Internet jest pełen krzyków ludzi, którzy po raz pierwszy włączyli VPN. Nie, nie mówię o tych, którzy jeszcze wczoraj popierali każde kichnięcie władzy, a dziś poczuli się jak głupcy. W ich przypadku można tylko poczuć złośliwą satysfakcję i trochę się zasmucić z powodu braku podstawowych umiejętności tworzenia logicznych powiązań.

Mówię o tych, którzy do tej pory próbowali żyć we własnej rzeczywistości, mając jak najmniejszy kontakt z władzą — nie o opozycjonistach, lecz raczej o tych, których pogardliwie miesza się z błotem.

Zdecydowanie nie podobają mi się takie wyzwiska, ponieważ z podejrzliwością podchodzę do wezwań, by stać się bohaterami — nie, nikt nie jest do tego zobowiązany, a czas bohaterów nadchodzi zwykle z powodu obecności łotrów i głupców.

Chodzi raczej o ludzi czynu. Ktoś jest zawodowo zaangażowany i nie czuje się gotowy, by zrezygnować z życiowego powołania, a także ze związanych z tym zobowiązań. Ktoś nie może porzucić bliskich, którzy go potrzebują. Albo jest ktoś, kto naprawdę kocha ojczyznę i nie rozumie, dlaczego to on ma ją stracić, a nie ci, którzy psują jej życie. Ogólnie rzecz biorąc, są to zazwyczaj ludzie aktywni, mądrzy, ale całkowicie świadomie odcięci od agendy politycznej i gotowi znosić kaprysy władzy tak długo, jak długo nie przeszkadza to ich sprawie i życiu.

Co może pójść nie tak? Zdecydowana większość rosyjskiego społeczeństwa okazała się właśnie takimi konformistami. Narzekali, skarżyli się sobie nawzajem, ale znosili to wszystko, dostosowywali się. Rządź i ciesz się, że masz spokój z narodem. Po co było sięgać po wyłącznik?

Nie, przyczyna jest jasna: władza znowu przechytrzyła samą siebie. Z entuzjazmem budowała cyfrowy gułag, marząc, by wszystko było jak w Chinach: własne komunikatory, sieci społecznościowe, platformy handlowe — i wszyscy wychwalają mądrą politykę partii i przywódcę kraju osobiście, a wszelkie szkodliwe Facebooki i Google'e stoją smutno przy zaporze ogniowej, nie mogąc jej pokonać. I by na każdym rogu były kamery, rozpoznające, że nie uśmiechasz się lojalnie, nawet jeśli masz maskę. I by masa programistów przetwarzała ogromne zbiory danych napływających z każdego zakątka.

Ale wtedy pojawił się Iran. I stało się jasne (a mądrzy wiedzieli to od zawsze), że cały ten system inwigilacji może działać również w drugą stronę. I nie potrzeba do tego ogromnej machiny państwowej, a jedynie zespołu dobrych hakerów.

I oto te same kamery rozpoznają nie tylko twarze zwykłych obywateli, ale także twarze bardzo ważnych osób. A cały zbiór danych może przeanalizować ktoś inny. I tak dalej, i tym podobne.

I władza się przestraszyła.

/Ciekawa rosyjska autoteoria spiskowa, przy okazji usprawiedliwianie głównej części społeczeństwa - red./

(...)

Obywatele, którzy do tej pory słabo rozumieli, jaką rolę w ich życiu odgrywa internet, ale lubili przytaczać jako argument za życiem w Rosji wspaniałe usługi, od e-administracji po dostawy i carsharing, nagle znaleźli się sam na sam z rzeczywistością, w której proponuje się im budki telefoniczne. Co prawda z internetem. Młodsi nawet nie znają tego słowa.

A właścicielka firmy marketingowej pisze przez VPN: "pomóżcie, ratujcie, co robić?". Połowa regionalnych dziennikarzy, którzy utrzymywali przyzwoity poziom życia dzięki współpracy z federalnymi mediami (nawiasem mówiąc, całkowicie prorządowymi), ubolewa: "oto my, głupcy, ci, którzy pisali do zakazanych emigracyjnych i zachodnich mediów, od dawna żyją z VPN i innymi gadżetami, w skrajnym przypadku wyjadą — a co my mamy robić?".

W moich różnych komunikatorach, czasem bardzo egzotycznych, pojawiają się i znikają dawno zapomniane nazwy. I ogólny chór — jaki VPN działa? Wszyscy zlekceważyli zakaz reklam i prowadzą zaciekłe spory, który jest lepszy i jak najlepiej za niego płacić. Pozostali biegają po sklepach, powtarzając: "mapy, pager, dwie krótkofalówki".

Niezadowolenie dało o sobie znać nawet u niezwykle lojalnego i z racji pełnionej funkcji zobowiązanego do usprawiedliwiania całej sytuacji rzecznika prasowego prezydenta, Dmitrija Pieskowa. Jak, mówi urzędnik, będziemy teraz przekazywać nasze poglądy zagranicznej publiczności? Jak będziemy prowadzić propagandę? Jak, jak? Gołębiami, oczywiście.

Mądrzy ludzie mówią: władza, widząc taką reakcję społeczną, się cofnie. Panika opadnie. 

(...)

Właśnie przetoczyła się fala publikacji, że regiony ograniczają wydatki na opiekę zdrowotną. Rozważania o tym, jak sprawić, by chorzy zdrowieli, są tak intensywne, że proponuje się już wydawanie leków na cukrzycę wyłącznie osobom pracującym. Nie proponuje tego byle kto, ale naukowcy z Narodowego Centrum Medycznego Endokrynologii. Mówią oni, że jest to uzasadnione ekonomicznie. I tak nie ma pieniędzy na zapewnienie leków dla wszystkich.

Wygląda na to, że nadeszły ciężkie czasy, kiedy trzeba liczyć każdą kopiejkę, kiedy stoisz przed trudnym wyborem — kto ma żyć, kto ma żyć dobrze, a kto — jak Bóg da. 

onet.pl\The Moscow Times


Sabotowanie przez Pekin ukraińskich i zachodnich wysiłków na rzecz zakończenia wojny, wraz z pojawianiem się nowych dowodów na chińskie wsparcie dla Rosji, spowodowało zmianę polityki Kijowa. Od wiosny 2025 r. władze ukraińskie coraz aktywniej przedstawiały ChRL jako sojusznika Moskwy, upubliczniając przykłady chińskiej pomocy. W kwietniu pokazały opinii publicznej wziętych do niewoli obywateli Chin walczących po stronie Rosji w obwodzie donieckim. Prezydent Zełenski oświadczył wówczas, że co najmniej 155 obywateli ChRL uczestniczy w konflikcie po stronie agresora, a są oni rekrutowani przez Rosję za pośrednictwem mediów społecznościowych przy milczącej akceptacji Pekinu.

Kilka dni później Kijów po raz pierwszy otwarcie oskarżył Pekin o bezpośrednią pomoc wojskową dla Moskwy. Zełenski ujawnił, że Chiny dostarczają okupantom uzbrojenie, materiały wybuchowe, a także obrabiarki i komponenty przeznaczone dla przemysłu zbrojeniowego, a obywatele ChRL uczestniczą w ich produkcji na terytorium Rosji. Zarzucił również Pekinowi wstrzymanie eksportu na Ukrainę i do państw Zachodu powszechnie wykorzystywanych na froncie dronów DJI Mavic, przy kontynuacji ich dostaw dla Moskwy.

Ukraińscy producenci bezzałogowców, którzy w zasadzie od początku wojny importują komponenty do dronów z ChRL, twierdzą ponadto, że chińskie firmy, przy akceptacji państwa, priorytetyzują rosyjskich klientów, a nawet eksportują tam całe linie produkcyjne. W kwietniu 2025 r. Ukraina po raz pierwszy zdecydowała się na objęcie sankcjami podmiotów z Chin. Proces ten jest kontynuowany, od tego czasu nałożono restrykcje na kilkadziesiąt firm. Na liście znalazły się m.in. przedsiębiorstwa zaangażowane w transfer technologii podwójnego zastosowania, produkcję rakiet Iskander oraz dostawy komponentów do dronów.

Dalsze zaostrzenie kursu wobec Pekinu odzwierciedla zatrzymanie w lipcu przez Służbę Bezpieczeństwa Ukrainy dwóch obywateli ChRL pod zarzutem próby wywiezienia dokumentacji dotyczącej ukraińskiego kompleksu rakietowego RK-360MC „Neptun”. Upublicznienie tej sprawy dowodzi, że w percepcji Kijowa Pekin stał się częścią problemu, a nie jego rozwiązaniem, i większe korzyści Ukraina może odnieść, krytykując Chiny, niż dążąc do zneutralizowania ich wpływu na agresora. W sierpniu Zełenski wykluczył ChRL jako potencjalnego gwaranta bezpieczeństwa dla swojego kraju, uzasadniając to brakiem zaufania wynikającym z jej pasywności wobec rosyjskiej inwazji w 2014 i 2022 r. Zarzucił także Pekinowi współpracę z Moskwą w zakresie rozpoznania satelitarnego wykorzystywanego do przeprowadzania ataków m.in. na obiekty infrastruktury energetycznej. Wydaje się, że Kijów ostatecznie wyzbył się iluzji, iż Pekin da się przekonać do działań powstrzymujących agresję Rosji.

Ważnym kontekstem zmiany polityki ukraińskiej wobec Chin było też zwycięstwo w wyborach prezydenckich w USA Trumpa, który w kampanii określał je jako głównego adwersarza i zapowiadał szybkie zaprowadzenie pokoju między Rosją a Ukrainą. Kijów liczył, że ujawnianie kolejnych przykładów sojuszu Xi–Putin ostudzi nadzieje Trumpa i jego administracji na rozluźnienie relacji między Rosją a Chinami. W tej logice wsparcie dla Ukrainy leżałoby w interesie Waszyngtonu, gdyż uderzenie w kluczowego sojusznika Pekinu nie tylko osłabiłoby Rosję na europejskim teatrze działań, lecz także poskromiło ambicje Chin na Pacyfiku, w tym wobec Tajwanu. Poprzez sankcje na firmy z ChRL i konsekwentne upublicznianie chińskiego zaangażowania na rzecz Moskwy Kijów podkreśla związek między teatrem europejskim a pacyficznym, dążąc do utrzymania obecności USA na tym pierwszym.

Na to, że asertywne działania Kijowa wobec ChRL są adresowane również do Waszyngtonu, wskazuje porozumienie Ukrainy i USA z 30 kwietnia 2025 r. Dokument ten ma zapewnić kluczową rolę Amerykanów w powojennej odbudowie. Kijów wyklucza z tego procesu państwa wspierające Rosję, w tym Chiny, które wcześniej deklarowały gotowość udziału w nim. Taka decyzja wpisuje się w logikę administracji Trumpa – skoro to Waszyngton poniósł największy ciężar wsparcia Ukrainy, Pekin nie powinien czerpać zysków z odbudowy.

Chiny ignorują działania Kijowa. Ukraińskie doniesienia dotyczące zaangażowania Pekinu w pomoc Moskwie nie zdołały znacząco zmienić zachowawczej polityki Unii Europejskiej i zwiększyć presji na ChRL w tej sprawie. W stosunku do Waszyngtonu prowadzi ona własną grę dyplomatyczną i nie wierzy, że Kijów będzie mógł wpłynąć na postrzeganie konfliktu na Ukrainie przez obecną administrację USA w sposób, który zaszkodziłby interesom Chin. Dodatkowo interwencjonistyczna polityka Trumpa stworzyła nowe osie polaryzacji na Globalnym Południu. Z tego powodu po jego zwycięstwie w wyborach prezydenckich Pekin przestał stwarzać pozory działań na rzecz znalezienia pokojowego rozwiązania konfliktu na Ukrainie. Równocześnie unika ostrych ruchów wobec Kijowa, aby bardziej nie zrazić do siebie sympatyzującej z nim części światowej opinii publicznej.

Z punktu widzenia Kijowa próby włączenia Pekinu we własne działania na rzecz pokoju, przede wszystkim w kwestii respektowania integralności terytorialnej Ukrainy analogicznie do polityki „jednych Chin”, przyniosły skutek odwrotny od zamierzonego. W związku z tym zmiana polityki ukraińskiej na bardziej konfrontacyjną wobec ChRL wydaje się trwała. Będzie się ona opierać na konsekwentnym demonstrowaniu chińskiej współpracy z Moskwą oraz rozszerzaniu sankcji na współpracujące z Rosją podmioty gospodarcze z Chin. Jednocześnie ważnym kontekstem pozostanie rozwój stosunków między ChRL i USA. Tak długo, jak Waszyngton nie będzie gotowy do zwiększenia nacisku na Pekin – w odpowiedzi na jego współpracę z Moskwą – oraz wsparcia dla Kijowa, Ukraina będzie dążyła do utrzymania kanałów dialogu z chińskim kierownictwem. ChRL pozostaje jej głównym partnerem handlowym, z obrotem towarów przekraczającym 21 mld dolarów, co stanowi ok. 16,8% ukraińskiego handlu zagranicznego (z wielką dysproporcją na rzecz importu).

Konfrontacyjna polityka Kijowa ma jednak pewne granice. Nie chce on dawać Pekinowi pretekstów do bardziej otwartego i większego bezpośredniego wsparcia Kremla w wojnie, a także odcięcia samej Ukrainy od dostaw chińskich komponentów. Dotyczy to w szczególności komponentów do masowo produkowanych tam dronów FPV, kupowanych przez ukraińskie firmy bądź poprzez pośredników – proceder, który Pekin wydaje się tolerować, ale ma narzędzia jego przerwania. W tym kontekście można odbierać zarówno wizytę w Pekinie wiceministra spraw zagranicznych Serhija Kysłycy (obecnie pierwszego zastępcy szefa Biura Prezydenta) w grudniu 2025 r., której tematami były handel, współpraca międzynarodowa i proces pokojowy, jak i spotkanie ministrów spraw zagranicznych Andrija Sybihy i Wanga Yi na marginesie Konferencji Bezpieczeństwa w Monachium w lutym br., po którym zapowiedziano przekazanie pomocy dla ukraińskiego sektora energetycznego.

Polityka ChRL wobec pełnoskalowej rosyjskiej inwazji na Ukrainę w dalszym ciągu będzie realizować dwa podstawowe cele, niezależne od stosunków bilateralnych z Kijowem. Pierwszym jest potrzeba utrzymania przyjaznego Chinom reżimu w Rosji, zdolnego wiązać militarnie i politycznie Zachód w Europie, a jednocześnie budować napięcia w relacjach transatlantyckich. Przekłada się to na zacieśnianie współpracy gospodarczej i politycznej oraz rekordowe poziomy wymiany handlowej. Chiny stały się kluczowym źródłem wsparcia gospodarczego dla Rosji, znacznie zwiększając import rosyjskiej ropy, gazu i węgla, co zapewniło Moskwie tak potrzebne dochody w obliczu sankcji zachodnich. W przewidywalnej przyszłości nie ulegnie to zmianie. Działania nowej administracji amerykańskiej zmniejszyły też prawdopodobieństwo porażki militarnej Kremla, a jednocześnie wydatnie osłabiły presję USA na Pekin w sferze jego pomocy dla Moskwy.

Drugim celem Pekinu stało się dyplomatyczne wykorzystanie wywołanej wojną na Ukrainie polaryzacji między Globalną Północą a Globalnym Południem, która umożliwiała Pekinowi budowę luźnego sojuszu przeciwko Zachodowi. Bezpośrednie apele Ukrainy do państw GP i próby stworzenia własnych kanałów dialogu zostały odebrane jako zagrożenie dla chińskich ambicji przywództwa. Sytuację zmienił powrót do Białego Domu Trumpa, którego działania, oraz wcześniej wojna w Gazie, nasiliły napięcia na innych polach, mocno antagonizując większość państw GP wobec USA. To pozwoliło Pekinowi na odzyskanie pewności siebie w relacjach z tym gronem i ułatwiło neutralizację zabiegów Kijowa w pozyskaniu poparcia tej grupy państw.

W efekcie tak długo, jak nie ulegnie gwałtownej zmianie polityka obecnej administracji amerykańskiej, należy się spodziewać kontynuacji chińskiej pomocy dla Rosji, sabotowania zabiegów Ukrainy o wsparcie przez GP, a także ignorowania apeli zachodnich przywódców o wywarcie skutecznej presji na Kreml. Relacje dwustronne z Kijowem mają w tym wymiarze dla Pekinu znaczenie trzeciorzędne.

osw.waw.pl

poniedziałek, 16 marca 2026



Sąd Najwyższy to nic więcej niż niesprawiedliwa organizacja polityczna, która splądrowała kraj - powiedział prezydent USA Donald Trump we wpisie na temat decyzji Sądu o unieważnieniu części ceł. Trump wyraził też oburzenie zablokowaniem śledztwa przeciwko prezesowi Fed Jeromowi Powellowi.

W długim wpisie zamieszczonym późnym wieczorem czasu lokalnego Trump w ostrych słowach potępił Sąd Najwyższy i cały wymiar sprawiedliwości w USA, który oskarżył o upolitycznienie, korupcję i nieuwzględnianie woli prezydenta. Szczególny gniew wyraził na lutowy wyrok Sądu, który unieważnił cła nałożone przez niego na podstawie ustawy sankcyjnej IEEPA.

"Decyzja, która miała dla mnie największe znaczenie, to CŁA! Sąd wiedział, jakie jest moje stanowisko i jak bardzo pragnę tego zwycięstwa dla naszego kraju, a zamiast tego postanowił potencjalnie rozdać biliony dolarów krajom i firmom, które od dziesięcioleci wykorzystują Stany Zjednoczone" - napisał Trump. Zapowiedział, że - mimo dotychczasowych wyroków nakazujących szybki zwrot pobranych ceł - będzie walczył o to, by do tego nie doszło.

"Nasz Kraj został niepotrzebnie SPLĄDROWANY przez Sąd Najwyższy Stanów Zjednoczonych, który stał niczym więcej, niż niesprawiedliwą Organizacją Polityczną używaną jako broń" - oznajmił. Zarzucał przy tym sądowi, że nie uznał jego protestów wyborczych w 2020 r. za zasadne, choć - jak twierdzi - bezsprzecznie udowodniono, że zostały rzekomo sfałszowane.

Trump narzekał, że część sędziów nominowana przez republikańskich prezydentów, w tym niego samego, głosuje przeciwko tym, którzy ich nominowali i nie "trzymają się razem" jak sędziowie Demokratów.

Prezydent Stanów Zjednoczonych wyraził też oburzenie z powodu zablokowania w piątek przez sąd federalny wezwania do sądu członków zarządu Rezerwy Federalnej w śledztwie przeciwko jej prezesowi Jerome'owi Powellowi w sprawie wysokich kosztów remontu budynków Fed. Sędzia w tej sprawie uznał, że prokuratura federalna przedstawiła "zero dowodów" na winę Powella, podczas gdy "góra dowodów" przemawiała za tym, że śledztwo jest motywowane politycznie.

"Jak to możliwe, że tego absolutnie okropnego prezesa Rezerwy Federalnej, Jerome'a "Spóźnionego" Powella, nie można nawet objąć śledztwem za jego okropną pracę?" - pytał Trump. "Jak to możliwe, że przekroczył budżet o miliardy dolarów i ma lata opóźnienia w realizacji prostego remontu małego kompleksu Rezerwy Federalnej w Waszyngtonie, gdzie doprowadził do absolutnej katastrofy - studni bez dna i wstydu dla naszego kraju na oczach całego świata!" - dodał.

PAP


Prezydent USA Donald Trump ostrzegł w wywiadzie dla "Financial Times", że jeśli sojusznicze państwa nie włączą się w działania na rzecz otwarcia cieśniny Ormuz, będzie to "bardzo złe dla przyszłości NATO". Zagroził też przełożeniem swojej wizyty w Chinach, jeśli Pekin również nie wesprze USA.

W rozmowie telefonicznej z gazetą Trump zaapelował do państw europejskich o przyłączenie się do amerykańskich działań wojennych w Iranie. Zaznaczył, że Europa i Chiny, w odróżnieniu od USA, są silnie uzależnione od ropy z Zatoki Perskiej.

- To tylko stosowne, żeby ci, którzy czerpią korzyści z cieśniny, pomogli zapewnić, żeby nie stało się tam nic złego - powiedział Trump. - Jeśli nie będzie odpowiedzi albo odpowiedź będzie negatywna, myślę, że to będzie bardzo złe dla przyszłości NATO - dodał.

Trump wyraził jednak pesymizm co do tego, czy sojusznicy odpowiedzą na jego apel. - Mamy coś, co nazywa się NATO. Byliśmy bardzo mili. Nie musieliśmy pomagać im z Ukrainą. Ukraina jest tysiące mil od nas (...) Ale pomogliśmy im. Teraz zobaczymy, czy oni pomogą nam. Bo od dawna mówię, że będziemy dla nich, ale oni nie będą dla nas. I nie jestem pewien, czy byliby - mówił gazecie.

Zapytany, jakiej pomocy oczekuje, Trump odpowiedział: "Cokolwiek będzie potrzebne". Argumentował, że sojusznicy powinni wysłać okręty do usuwania min, których Europa posiada znacznie więcej niż USA. Chciałby też "ludzi, którzy wyeliminują złych aktorów wzdłuż irańskiego brzegu", sugerując wysłanie europejskich oddziałów komandosów do zwalczania irańskich operacji z użyciem dronów i min morskich w Zatoce.

- Uderzamy w nich bardzo mocno. Nie zostało im nic poza robieniem drobnych kłopotów w Cieśninie, ale ci ludzie czerpią z niej korzyści i powinni pomóc nam ją patrolować. My im pomożemy. Ale oni też powinni tam być. Potrzeba dużo ludzi, żeby pilnować niewielu - mówił Trump.

Trump wyraził szczególne niezadowolenie z postawy Wielkiej Brytanii. - Wielką Brytanię można uznawać za sojusznika numer jeden, najstarszego itd., ale kiedy poprosiłem ich, żeby przyszli, nie chcieli przyjść - zżymał się. - A kiedy w zasadzie wyeliminowaliśmy zdolności zagrożenia ze strony Iranu, powiedzieli: "no dobrze, wyślemy dwa okręty", a ja odpowiedziałem: "potrzebujemy tych okrętów, zanim wygramy, a nie po tym, jak wygramy" - relacjonował. - Od dawna mówię, że NATO to ulica jednokierunkowa - dodał.

Trump twierdził, że ewentualne zagrożenie dla sojuszniczych jednostek w Zatoce byłoby minimalne, bo USA "zdziesiątkowały" Iran. Europejscy sojusznicy ponieśli już jednak straty w konflikcie, bo w czwartek w irańskim ataku dronowym w Iraku zginął francuski żołnierz. W niedzielę w bazie w Kuwejcie zniszczony został włoski samolot.

Trump ostrzegł też, że USA są gotowe do ponownych uderzeń na wyspę Chark, irański hub eksportu ropy, niszcząc infrastrukturę naftową.

- Możemy to uderzyć w pięć minut. I nie mogą nic na to poradzić - przekonywał.

Zapytany, czy Rosja pomaga Iranowi danymi satelitarnymi do namierzania amerykańskich i izraelskich systemów antybalistycznych, Trump odparł: "Nie wiem, jak to wygląda. Ale można też argumentować, że my pomagaliśmy Ukrainie. Trudno powiedzieć: ­celujecie w nas, skoro pomagaliśmy Ukrainie". Trump stwierdził - wyolbrzymiając rzeczywistą kwotę - że jego poprzednik Joe Biden przekazał Ukrainie 350 mld dolarów w gotówce i sprzęcie. - Więc trudno powiedzieć: "co wy robicie?", skoro my robiliśmy to samo".

Prezydent USA oznajmił też, że pomocy oczekuje również od Chin i że powinno to się zdarzyć przed planowaną wizytą w Pekinie pod koniec marca. Trump zaznaczył, że nie może czekać do końca marca, bo "Dwa tygodnie to długo". Dodał, że wizyta może zostać przesunięta, lecz nie sprecyzował, o ile.
Jak zaznaczył dziennik, wypowiedzi Trumpa padły w dniu, gdy sekretarz skarbu Scott Bessent spotkał się w Paryżu ze swoim chińskim rozmówcą, wicepremierem He Lifengiem w sprawie przygotowań do szczytu.

PAP

sobota, 14 marca 2026



Hans Morgenthau pisał, że państwo, które wprost twierdzi, że zależy mu tylko na potędze i nie zasłania się żadnym ideologicznym uzasadnieniem swojej polityki, stawia się w niekorzystnej, a być może nawet skazanej na klęskę pozycji. Trump pewnie nie czytał Morgenthaua, a jego otoczenie zachowuje się jak patrycjusze za Nerona: klaszcz albo giń! Towarzyszą temu tak absurdalne wypowiedzi jak ta, że można było przejąć irański okręt „Dena” ale jego zatopienie przyniosło więcej „funu”. Okręt ten był nieuzbrojony i nie należał do Sepah (Korpus Strażników Rewolucji Islamskiej), nie zmierzał do Iranu, lecz szukał azylu w porcie w Sri Lance. W Iranie obowiązuje też powszechna służba wojskowa, więc służący na nim marynarze to po prostu zwykli Irańczycy, których rodziny być może były przeciwnikami reżimu.

Zresztą w innych nalotach zginęło już około 1,5 tys. irańskich cywilów, niszczona jest infrastruktura, która służy nie tylko reżimowi, ale zwykłym Irańczykom. To na nich spadł czarny deszcz, gdy bombardowane były rafinerie, i to ich dotknie bombardowanie stacji desalinacyjnych, takich jak na wyspie Keszm. Amerykański prezydent zbył pytanie o ten nalot absurdalną sugestią, że „Irańczycy obcinają niemowlakom głowy, a kobiety przecinają na pół”, co, obok opowieści o strasznych prześladowaniach chrześcijan w Iranie (również fałszywych), wpisuje się w coraz bardziej kuriozalną propagandę wojenną USA i Izraela.

Jedno jest pewne, w takiej sytuacji Trump zabija sympatie proamerykańskie w irańskim społeczeństwie, jego nadzieję na wolność i pomaga reżimowi konsolidować naród wokół idei obrony ojczyzny (a przy okazji ustroju). Garstki monarchistów krzyczących, że zabicie 150 dziewczynek w nalocie na szkołę w Minab to cena warta poniesienia za obalenie reżimu, tego obrazu nie zmienią. Wiadomo już zresztą, że żadnego powrotu Rezy Pahlawiego do Iranu nie będzie i Trump nie jest tym w ogóle zainteresowany.

Nie będzie też żadnej ofensywy Kurdów na Iran. Trump wycofał się z tego, bo myślał, że jak obieca Kurdom broń i pieniądze, to ci z ochotą będą umierać w starciach z Sepah. Tymczasem postawili oni konkretne żądania polityczne i domagali się gwarancji ich spełnienia. Trump nie miał zamiaru niczego takiego dawać, więc ogłosił, że to on nie chciał udziału Kurdów. Problem też w tym, że z wszystkich amerykańskich przywódców Trump budzi najmniejsze zaufanie Kurdów. Festiwal niemądrych pomysłów nie skończył się jednak na Kurdach, bo dywagowano również o zaangażowaniu Beludżów, Azerów i Arabów z Ahwazu. Pomysły te porażały ignorancją i oczywiście zostały zarzucone.

(...)

W przypadku wszystkich poprzednich wojen, w tym wojny w Afganistanie i Iraku za George’a Busha juniora, działał efekt gromadzenia się wokół flagi i wzrostu poparcia dla prezydenta po rozpoczęciu wojny. W tym wypadku tego nie ma – wręcz przeciwnie, mnożą się kpiny z nieprzygotowania Trumpa i jego ekipy, co było nie do pomyślenia w przypadku poprzednich wojen. Wzrost cen benzyny oraz inne koszty gospodarcze wywołane wojną z każdym dniem będą dodatkowo zwiększać jej niepopularność, prowadząc Republikanów do klęski wyborczej w listopadzie. Demokraci bowiem jednoznacznie są jej przeciwni. Bezpośredni koszt wojny to ok. 900 mln USD dziennie, nie licząc wartości strat wywołanych atakami odwetowymi. Wątpliwe, by dla amerykańskiego wyborcy pocieszający był fakt, że straty Irańczyków są większe.

Na tym zresztą opiera się strategia Iranu. Chodzi o maksymalizację globalnych kosztów wojny, tak by wywołać presję na jej zakończenie. W szczególności wzrost jej niepopularności wśród amerykańskich wyborców ma doprowadzić do tego rezultatu. Póki co, to działa, a Trump samymi tweetami o tym, że USA „uderzy 20 razy mocniej”, jeśli Iran będzie blokował Zatokę Perską, nic nie zdziała, bo i tak naloty są już prowadzone na maksymalną możliwą skalę. Islamska Republika pokazała ponadto, że nie boi się gróźb USA i zamierza konsekwentnie realizować swoją strategię.

Tymczasem próba rozwiązania sytuacji poprzez udzielanie gwarancji państwowych USA w miejsce ubezpieczeń nie powiodła się, a kraje Zatoki alarmują – że sytuacja staje się krytyczna. W związku z wypełnieniem zbiorników konieczne jest wstrzymywanie produkcji, a zapasy w wielu krajach uzależnionych od importu ropy szybko się kończą (w Pakistanie oceniane są na 30 dni). (...)

Dlatego już widać, że USA sięgają po to, co uznały za alternatywę – dostawy rosyjskie. W pierwszej kolejności udzieliły Indiom wyłączenia z sankcji na kupno rosyjskiej ropy. Co prawda na 30 dni, ale już wiadomo, że ten okres możez ostać przedłużony. Smaczku dodaje tu fakt, że raptem miesiąc temu wysokimi cłami Trump zmusił Indie do przerwania kupowania ropy od Rosji. (...)

Wzajemnie sprzeczne wypowiedzi Trumpa nie pozwalają na stwierdzenie tego, pod jakimi warunkami gotowy będzie on przerwać wojnę – zwłaszcza że zapowiedział on, że decyzję podejmie w uzgodnieniu z Netanjahu. Tymczasem izraelski premier chce, by trwała ona permanentnie (bez względu na to, co deklaruje publicznie), bo wtedy będzie można zawiesić wybory parlamentarne, które, w razie wygranej opozycji, zaprowadziłyby go do więziennej celi. Zainteresowany byłby również eskalacją, jaką byłoby wciągniecie w konflikt innych państw oraz doprowadzenie do interwencji lądowej. Natomiast Trump z jednej strony deklaruje, że właściwie to już można ogłosić zwycięstwo, a z drugiej – iż oczekuje bezwarunkowej kapitulacji, w tym uzgodnienia z nim wyboru Najwyższego Przywódcy.

Ta ostatnia deklaracja mogła przyczynić się do wyboru Modżtaby Chameneiego na Najwyższego Przywódcę, gdyż zwolennicy tego wyboru mogli podkreślać, że tylko tak pokażą, że całkiem odrzucają naciski amerykańskiego prezydenta. A wybór ten nie wróży dobrze. Oznacza on bowiem wzmocnienie roli Sepah, z którym Modżtaba Chamenei jest blisko związany. (...)

W tym kontekście warto zwrócić uwagę na całkowicie sprzeczne deklaracje Trumpa: jeśli bowiem twierdzi on obecnie, że Iran był bliski uzyskania broni nuklearnej, to znaczy, że USA (wbrew twierdzeniom tego samego Trumpa) nie zdołały poważnie zaszkodzić temu programowi w czasie wojny 12-dniowej (i nie mają takich zdolności). Zabicie Alego Chameneiego może stać się pretekstem do uznania nieważności jego fatwy uznającej broń nuklearną za niezgodną z islamem. Wpisuje się to zresztą w pewien wzorzec, bo gdyby Netanjahu z Trumpem nie doprowadzili do upadku porozumienia w sprawie irańskiego programu nuklearnego (JCPOA), to problemu by w ogóle nie było.  (...)

Trump nie ma obecnie dobrych opcji. Może wycofać się z wojny za tydzień lub dwa, twierdząc, że Iran został całkowicie rozbrojony. Ale dla państw regionu ten przekaz będzie niewiarygodny. (...)

Inną opcją jest eskalacja. Już obecnie wojna rozlała się na Liban, a Iran wciąż nie sięgnął po wszystkie swoje możliwe środki asymetryczne. Nie jest jasne, czy jemeńscy Huti nie chcą angażować się w tę wojnę, czy też raczej trzymani są w odwodzie.

defence24.pl

piątek, 13 marca 2026



Sędzia federalny w Waszyngtonie zablokował wystawione przez prokuraturę wezwania kierownictwa Rezerwy Federalnej do złożenia zeznań w śledztwie przeciwko jej prezesowi Jerome'owi Powellowi. Sędzia zarzucił administracji Donalda Trumpa motywację polityczną i brak dowodów.

Sędzia James Boasberg ogłosił swoją decyzję w ostro krytycznym wobec prokuratury orzeczeniu, w efekcie blokując śledztwo przeciwko Powellowi w sprawie kosztów renowacji budynków Rezerwy Federalnej, czyli banku centralnego USA.

"Cała góra dowodów wskazuje na to, że rząd doręczył te wezwania Radzie (Gubernatorów Fed), aby wywrzeć presję na jego przewodniczącego, by ten zagłosował za obniżeniem stóp procentowych lub zrezygnował" - napisał sędzia James Boasberg. "Z drugiej strony, rząd nie przedstawił praktycznie żadnych dowodów, które pozwoliłyby podejrzewać przewodniczącego Powella o popełnienie przestępstwa; wręcz przeciwnie, jego uzasadnienia są tak nikłe i bezpodstawne, że sąd może jedynie stwierdzić, że mają one charakter pretekstowy" - dodał.

Decyzję sądu niemal natychmiast potępiła prowadząca sprawę przeciwko Powellowi szefowa prokuratury federalnej w Waszyngtonie Jeanine Pirro.

- Sędzia aktywista odebrał nam narzędzie, wtrącając się i uniemożliwiając ławie przysięgłych nawet uzyskanie, a co dopiero wysłuchanie dowodów. Ograniczył zdolność ławy przysięgłych do badania przestępstw - powiedziała Pirro, zarzucając sędziemu kierowanie się niechęcią do prezydenta Trumpa. - W rezultacie Jerome Powell jest dziś skąpany w immunitecie, co uniemożliwia mojemu biuru prowadzenie śledztwa w sprawie Rezerwy Federalnej. To jest złe i pozbawione podstaw prawnych - dodała. Zapowiedziała odwołanie się od decyzji.

Pirro zarzuciła Powellowi, że ignorował wcześniejsze pytania i wnioski prokuratury, a po otrzymaniu przez członków Rady wezwania do sądu "udawał ofiarę" i zaczął dzwonić do swoich politycznych sojuszników. Twierdziła też, że śledztwo przeciwko Powellowi jest uzasadnione, bo koszty renowacji Fed przekroczyły pierwotne założenia o miliard dolarów.

Śledztwo przeciwko prezesowi Fed wstrząsnęło Waszyngtonem i wywołało ostrą reakcję samego zainteresowanego, który oskarżył administrację o motywację polityczną i zamach na niezależność banku centralnego.

- Groźba postawienia zarzutów karnych jest konsekwencją tego, że Rezerwa Federalna ustala stopy procentowe na podstawie naszej najlepszej oceny tego, co będzie służyć społeczeństwu, a nie zgodnie z preferencjami prezydenta - powiedział Powell w styczniu br.

Trump wielokrotnie w przeszłości starał się wpływać na decyzję Powella w sprawie stóp procentowych, nieraz uciekając się do obelg pod jego adresem, nazywając go m.in. "kretynem". Otwarcie mówił też, że chciał zwolnić go z jego funkcji, lecz powstrzymali go przed tym jego doradcy zaniepokojeni reakcją rynku.

Śledztwo przeciwko Powellowi wywołało też szereg krytycznych reakcji ze strony Republikanów w Kongresie. Senator Thom Tillis zapowiedział, że zablokuje proces zatwierdzenia następcy Powella, Kevina Warsha, dopóki sprawa nie zostanie rozwiązana.

PAP


Mirosław Haładyj: - A nie ma tutaj niebezpieczeństwa, o które pytałem na początku? Tzn. gdyby pojawiła się na stole oferta dla Rosji od USA: my się nie wtrącamy, wy bierzecie Europę Środkową, ale za to jesteście z nami przeciwko Chinom? Taki scenariusz jest dla nas oczywistym zagrożeniem, ale według niektórych analityków wcale nie jest nierealny.

dr hab. Michał Lubina z UJ: Największe zagrożenie w tym scenariuszu, który pan kreśli, polega na tym, że Rosjanie wzięliby to, co dają Amerykanie, ale nie poszliby z nimi. I właśnie tu tkwi cały problem. Rosja z przyjemnością grałaby w taką grę — to przecież jej cel. Rosjanom wcale nie zależy na otwartym występowaniu przeciwko Chinom. Co tak naprawdę mogliby zyskać, idąc przeciwko Chinom? Między Rosją a Chinami nie ma realnych punktów zapalnych. Jeśli istnieją jakieś dawne zaszłości, to raczej po stronie Chin wobec Rosji. Ale Chiny nie zrobią w tej sferze żadnych nierozważnych ruchów, bo muszą skoncentrować się na rywalizacji z Ameryką i ją przetrwać. Więc tak naprawdę Rosja nie ma nic do zyskania kosztem Chin. W Azji jest raczej defensywna, skupiona na utrzymaniu obecnego stanu posiadania. Jednak znając rosyjską skłonność do zdrad, a może raczej umiejętność dyplomatycznego rozgrywania różnych ofert i możliwości, najbardziej prawdopodobny scenariusz jest taki, że Rosja przyjęłaby to, co Zachód jej oferuje, ale z Zachodem przeciwko Chinom i tak by nie poszła. A to dla nas byłby absolutnie najgorszy wariant.

- Czyli nie ma szans na oderwanie Rosji od Chin?

Nie jestem jednak przekonany — i mówię to z pewną ostrożnością, bo nie zajmuję się Amerykanami ani szerzej Zachodem — czy w gruncie rzeczy nie chodzi USA o coś innego: żeby Rosja była przynajmniej neutralna. Bo my cały czas mówimy o wybieraniu stron, a być może zaszliśmy za daleko i celem jest po prostu utrzymanie Rosji w neutralności, bez opowiadania się po żadnej ze stron. Pozostaje więc kwestia oceny. Natomiast poleganie na Moskwie byłoby dla USA nierozsądne, a dla nas — dosłownie zabójcze. I trzeba pamiętać: to nie jest gra, na którą mamy wpływ.

- A jest w ogóle możliwe, żeby Rosja była neutralna?

Tak. To jest możliwe. Ale wszystko zależy od ceny. Bo tak naprawdę kwestia rozgrywa się o to, że zarówno Amerykanie, jak i Chińczycy chcieliby wygrać tę konfrontację bez walki. Ale to wcale nie musi się tak skończyć. I dopóki ich rywalizacja toczy się na niwie gospodarczo-politycznej, dopóty Rosja nie jest aż tak istotna. Z prostego powodu — z gospodarczego punktu widzenia Rosja nie ma światu wiele do zaoferowania. Ma surowce, ale surowce są zastępowalne; inne państwa też mają ropę i gaz. Owszem, Rosja ma dobre położenie geograficzne, chociażby ze względu na Arktykę, ale to również nie jest atut nie do zastąpienia.

- A co w przypadku wojny?

Jeżeli rywalizacja amerykańsko-chińska weszłaby w fazę gorącą i doszłoby do konfrontacji — czy to o Tajwan, czy o Morze Południowochińskie, czy o Morze Japońskie, właściwie gdziekolwiek na Dalekim Wschodzie — to wtedy Rosja, ze swoim arsenałem nuklearnym i położeniem geograficznym, zaczyna odgrywać fundamentalną rolę. Myślę, że właśnie tu leży największy problem — w takim scenariuszu neutralność Rosji byłaby Zachodowi bardzo potrzebna. Możemy sobie bowiem wyobrazić sytuację, w której Chiny atakują Tajwan lub kolejne wyspy na Morzu Południowochińskim, Amerykanie muszą zareagować, a Rosja w tym momencie może uderzyć na wschodnią flankę Europy. USA zostają wówczas przyciśnięte do ściany. Mają wojnę na dwa fronty i oczywiście wybiorą front pacyficzny. Do tego warto pamiętać, że na Dalekim Wschodzie, jeśli chodzi o potencjał konwencjonalny, Chiny mają przewagę nad Stanami Zjednoczonymi.

- Czyli na razie możemy być spokojni?

Jak powiedziałem, dopóki nie ma wojny, dopóki nie ma gorącego konfliktu, znaczenie Rosji nie jest aż tak duże. Ale w momencie, gdyby — nie daj Bóg — coś się zaczęło, znaczenie Rosji natychmiast rośnie, a ona świetnie o tym wie i będzie licytować wysoko. Dlatego módlmy się o pokój na Dalekim Wschodzie — bo już wystarczy wojna w Ukrainie, która, dopóki front się nie załamie, pozostaje w miarę stabilna i w pewnym sensie od nas oddalona. Natomiast jeśli na Dalekim Wschodzie zacząłby się ruch, wtedy wchodzi przedstawiona tu logika — logika wojenna — która automatycznie winduje znaczenie Rosji. A dopóki mamy stan okołopokojowy albo regionalny konflikt, taki jak w Ukrainie, globalna rola Rosji nie jest aż tak istotna. Zresztą widać to było po sankcjach: Zachód odciął się od Rosji, Unia przestała kupować rosyjskie surowce — i dało się funkcjonować. To nie jest tak, że Rosja jest światu niezbędna. Natomiast gdyby doszło do pełnoskalowej wojny, kalkulacja wyglądałaby zupełnie inaczej.

- Czy to oznacza, że Rosja, bez względu na to, czy pozostanie w stanie wojny, czy quasi-pokoju z Ukrainą, i tak już jest wygrana? "Romansując", w cudzysłowie, z Zachodem, nawet pod czujnym okiem Chin, otrzymuje propozycje, które mają dla niej realną wartość. I, jak pan zauważył, gdyby ziścił się dla nas ten najbardziej czarny scenariusz, to finalnie oznaczałoby to, że w takim konflikcie Rosja wygrywa wszystko.

Tak, tylko że Rosja musi jeszcze wytrzymać gospodarczo, bo tak naprawdę nie wiemy, w jakim jest stanie, a prowadzi wojnę na wyniszczenie. Oczywiście, prowadząc taką wojnę z Ukrainą, ma szansę ją wygrać, a nawet prawdopodobnie wygra. Natomiast przy wsparciu dla Ukrainy z Zachodu ten rezultat nie jest już tak jednoznaczny, dlatego że każdy kolejny miesiąc i każdy kolejny rok oznacza dla Rosji dalsze straty — ludzkie i gospodarcze. I tu pojawia się pytanie, kto kogo przetrzyma przy tym stoliku. Rosja potrafi świetnie grać dyplomatycznie, ale w pewnym momencie jej gospodarka może po prostu nie dźwignąć tego ciężaru. Jest to więc pytanie, jak powiedzieliby Rosjanie, Leninowskie: kto kogo — кто кого. I z tej perspektywy działania Trumpa wobec Ukrainy i szerzej wobec Unii są szczególnie przykre. Wcześniej można było jeszcze mieć nadzieję, że nasz sąsiad razem z Zachodem, który podaje mu taką polityczną i militarną "kroplówkę", będzie w stanie doprowadzić Rosję do jakiegoś przesilenia. Może nie do rozpadu, ale do perturbacji gospodarczych, które wymusiłyby ustępstwa. A w momencie, gdy Amerykanie zaczynają grać inną grę, ta nadzieja częściowo pryska.

krakow.dlawas.info

czwartek, 12 marca 2026



Gdy rosną ceny ropy naftowej, Stany Zjednoczone zarabiają dużo pieniędzy, ale ważniejsze jest powstrzymanie Iranu przed zdobyciem broni jądrowej - oświadczył w czwartek prezydent USA Donald Trump na swoim portalu społecznościowym.

"Stany Zjednoczone są zdecydowanie największym producentem ropy na świecie, więc kiedy ceny ropy rosną, zarabiamy dużo pieniędzy. ALE dla mnie jako prezydenta bardziej interesujące i ważniejsze jest powstrzymanie imperium zła, Iranu, przed zdobyciem broni nuklearnej i zniszczeniem Bliskiego Wschodu i w zasadzie świata. Nie pozwolę na to!" - napisał Trump w serwisie Truth Social.

W związku z wojną i irańską blokadą cieśniny Ormuz, kluczowej dla eksportu ropy z Zatoki Perskiej, ceny surowca wystrzeliły w poniedziałek do poziomu blisko 120 dolarów za baryłkę, choć następnie spadły do około 90 dolarów /Ropa Brent kosztuje około 100 dolarów - red./

(...)

PAP


Ukraina nauczyła się zabijać Shahedy, będąc nimi atakowana. Od 2022 roku Rosja wystrzeliła tysiące irańskich Shahedów w kierunku ukraińskich miast, elektrowni i pozycji wojskowych. Ukraińscy inżynierowie nie badali Shaheda w laboratorium. Badali jego upadek przez sufity ich sypialni. Dokonali inżynierii wstecznej zagrożenia, zbudowali przechwytywacze skalibrowane do jego dokładnego profilu lotu, sygnatury radarowej i charakterystyki termicznej, a następnie wystawili je pod ostrzał.

x.com/shanaka86