wtorek, 10 lutego 2026



Pierwszy odcinek reportażu Marii Wiernikowskiej z Kanału Zero o jej wyjeździe do Rosji wzbudził szerokie zainteresowanie medialne. Odbił się szerokim echem w środowiskach zajmujących się sprawami międzynarodowymi, a zwłaszcza obszarem poradzieckim i samą Rosją. To nie może dziwić – w końcu mówimy o największym państwie na świecie, które z racji przeszłości i swojej polityki często wywołuje fascynację lub uzasadnione obawy czy po prostu przerażenie. Natomiast z powodu zaostrzania represji, a następnie inwazji na Ukrainę polscy dziennikarze, analitycy i naukowcy zajmujący się Rosją nie mają tam generalnie wstępu. W tym również ja, piszący te słowa – zostałem zatrzymany i wydalony z Federacji Rosyjskiej latem 2018 r. W taki sposób Rosja zmniejsza krąg ludzi opowiadających o niej. Stąd nie dziwi fakt, że wielu odbiorców usiłuje zaspokoić swoją ciekawość. Zwłaszcza że w ostatnich latach część środowisk medialno-eksperckich sama rozhuśtała narrację o sytuacji w Rosji, na zmianę wieszcząc jej upadek albo wróżąc nową Jałtę. Wróćmy jednak do kluczowego pytania.

Czy Maria Wiernikowska udźwignęła wyzwanie?

Nie jestem dziennikarzem, więc moja krytyka ograniczy się do kilku bardziej naukowych uwag. Po pierwsze, odnoszę wrażenie, że autorka reportażu uległa złudzeniu „prostego ludu rosyjskiego”. W pierwszym odcinku rozmawia ona głównie z przechodniami, pracownikami drobnego handlu czy też kelnerami, którzy kolektywnie odpowiadają: A my, prosty lud, na nikogo nie napadamy. Niektórzy z nich dodają, że na Ukrainie Rosja się broni, a generalnie winni są ci na Zachodzie. Rozmowy te są naturalne, prowadzone w sposób spontaniczny, a sami Rosjanie jawią się przyjaźnie.

Problem w tym, że mimo naszej bliskości językowej oraz częściowo etnicznej, przedstawiciele „prostego ludu” żyją w innym, mało znanym Polakom świecie. Przez zdecydowaną większość dziejów Rosji lud żył niejako obok państwa, bo instytucja państwa została tam stworzona odgórnie – przez władcę i jego wojskowe otoczenie. Dlatego w tym scentralizowanym, zbiurokratyzowanym i zmilitaryzowanym kraju ludność jest przedmiotem, a nie źródłem władzy. I lud ma tego świadomość, utwierdzoną indoktrynacją, poczuciem niemocy i brakiem ustrojowo-politycznej sprawczości. Jak opowiada mi jeden z liderów rosyjskiej emigracji, wielu Rosjan, nawet tych nastawionych antyputinowsko, oburzają sankcje czy ograniczenia wizowe dla nich na terenie Unii Europejskiej, bo w ich świadomości to państwo rosyjskie, w tym sam Putin, jest winne wojny, a nie „prosty lud”. Nie odczuwają winy, bo postrzegają się jako byt odrębny od państwa.

Dodam, że nigdy w Rosji nie doświadczyłem dyskryminacji, a ten „prosty lud” pomagał lub gościł mnie, jak tylko mógł i potrafił. Jednocześnie nie mam żadnych złudzeń, że kiedy władze państwa wezwą do boju czy innego politycznego szaleństwa, część tego ludu lojalnie stanie w szeregu i pomaszeruje, choćby nawet na Warszawę. Pozostała część wycofa się w życie prywatne lub skupi się na sferze zawodowej, żeby po prostu przeżyć. Sam reżim zresztą lubi wysyłać komunikat do świata zewnętrznego: jesteśmy pokojowym państwem, spójrzcie tylko na ten dobry, prosty lud.

gazetaprawna.pl


Pod koniec VIII wieku, u szczytu potęgi, państwo tybetańskie zajmowało większą powierzchnię niż cesarstwo chińskie, obejmując całą Wyżynę Tybetańską, tj. dzisiejszy Tybet i Qinghai, część Pamiru i Kaszmiru, większość Ujgurii oraz prowincji Sichuan, Gansu i Yunnan (w 763 roku sięgnęło nawet Chin właściwych). Tubo mniej więcej dziesięciokrotnie ustępowało Chinom pod względem liczby ludności. Było przy tym znacznie bardziej zróżnicowane etnicznie i gorzej zorganizowane. W kontaktach dwustronnych Tybetańczycy byli jednak stroną dużo bardziej aktywną, do nich też należała przewaga militarna, niekiedy wręcz miażdżąca, ale w żadnym razie niewynikająca z dominacji liczebnej. Za wytwór fantazji uznać trzeba więc statystyki z kronik dynastii Tang, szacujące przeciętny stan osobowy wojsk tybetańskich na 1.270.789 żołnierzy. Historiografia chińska skrzętnie przemilcza niewygodny wątek tybetańskiej przewagi militarnej, szczególnie szkodliwy propagandowo w świetle chińskich roszczeń wobec Tybetu.

Stosunki między Tybetem a Chinami w wiekach VII i VIII były relacjami między mocarstwami równymi sobie. Fakt ten znajdował wyraz we wspomnianych traktatach, łącznie z najważniejszym, zawartym w 822 roku, i nie został zanegowany ani przez ówczesnych cesarskich kronikarzy, ani też ich następców. Dowodem może być wyryta w 1794 roku w Lhasie inskrypcja mandżurskiego ambana (cesarskiego rezydenta w Tybecie) He Lina, w której podkreślano, że „w czasach dynastii Tang (618–907) i Song (960–1279) stosunki między Chinami a Tybetem były przyjazne, ale Tybet nie zaliczał się do wasali Chin”.

Jerzy Bayer Waldemar J. Dziak - Tybet

poniedziałek, 9 lutego 2026



Izrael zaostrza prawo okupacyjne na Zachodnim Brzegu Jordanu w sposób niezgodny z porozumieniami pokojowymi z Oslo i prawem międzynarodowym. To kolejny krok w kierunku przejęcia własności nad terytoriami okupowanymi bez otwartej aneksji.

👉 Anulowanie zakazu sprzedaży/zakupu gruntów palestyńskich przez osoby, które nie są lokalnymi mieszkańcami (zgodnie z prawem międzynarodowym osadnicy takimi nie są). To prawo sprzed 1967, które miało chronić terytoria palestyńskie. Teoretycznie nic w tym niezwykłego, gdyby nie kompletna dominacja osadników. Usunięcie prawa można tłumaczyć równouprawnieniem, ale w praktyce sprowadza się do przyspieszenia przejmowania ziem przez osadników.

👉 Upublicznienie niejawnych ksiąg wieczystych. To się wiąże z punktem poprzednim pozwalając na zidentyfikowanie palestyńskich właścicieli i wywarcie na nich presji, w celu nakłonienia do zakupu. Również Izrael usuwa mechanizmy chroniące te księgi wieczyste przed fałszerstwem, co z kolei pomoże nielegalnie pozbawiać Palestyńczyków ziemi. 

👉 Uproszczenie procedur zakupu gruntów na terytoriach okupowanych poprzez ograniczenie procedur biurokratycznych i kontroli chroniących przed fałszerstwami.

👉 Reaktywacja Komitetu ds. Nabywania Gruntów, czyli organu rządowego aktywnie wykupującego grunty na potrzeby osadnictwa.

👉 Rozszerzenie izraelskiego nadzoru nad infrastrukturą w strefach A (pełna autonomia) i B (autonomia administracyjna), co w praktyce oznacza odrzucenie fundamentalnych zapisów traktatów izraelsko-palestyńskich. 

👉 Przeniesienie kompetencji dot. zagospodarowania przestrzennego w Hebronie z administracji palestyńskiej do izraelskiej (okupacyjnej), co także jest sprzeczne z porozumieniami. 

👉Wzmocnienie kontroli izraelskiej nad miejscami świętymi,  w tym nad Grotą Patriarchów w Hebronie i Grobem Racheli w Betlejem, co także jest sprzeczne z porozumieniami. 

🗣️ To bezprecedensowe kroki nie tylko umacniające izraelską okupację Zachodniego Brzegu Jordanu, ale stwarzające mechanizmy rozbudowy osadnictwa i  wysiedlania ludności Palestyńskiej. W ostatnich miesiącach, na skutek pogromów, Palestyńczycy zostali wysiedleni z kilku wsi i osad przez osadników żydowskich wspieranych przez siły bezpieczeństwa. Teraz staje się to oficjalną polityką rządu Izraela. Działania te potępiły kraje arabskie i państwa Unii Europejskiej, co w praktyce nie będzie miało żadnego znaczenia na rozwój wypadków na terytoriach okupowanych.

x.com/JarekKociszewsk


Sąd w Hongkongu skazał w poniedziałek 78-letniego magnata prasowy Jimmy'ego Laia na 20 lat więzienia na mocy ustawy o bezpieczeństwie narodowym. Organizacje praw człowieka alarmują, że biorąc pod uwagę wiek i stan zdrowia skazanego, jest to w praktyce wyrok śmierci dla symbolu ruchu demokratycznego, skazanego za zmowę z obcymi siłami.

Sąd, złożony z sędziów wyznaczonych bezpośrednio przez władze, w uzasadnieniu wyroku uznał, że czyny Laia były "zaplanowane z premedytacją" i należały do "najcięższej kategorii" przestępstw. Podkreślono, że oskarżony był "siłą napędową" spisku mającego na celu skłonienie USA i innych państw do nałożenia sankcji na Chiny oraz blokady Hongkongu. Lai miał wykorzystywać swoją gazetę "Apple Daily" jako narzędzie politycznego lobbingu i podżegania do nienawiści wobec rządu, dążąc - zdaniem sądu - do "upadku" Komunistycznej Partii Chin. Sąd odrzucił wniosek obrony o zmniejszenie wyroku w związku ze stanem zdrowia Laia, uznając czyny oskarżonego za "szczególnie poważne".

78-latek nie przyznał się do winy, określając się mianem "więźnia politycznego".

Międzynarodowe organizacje nie kryją oburzenia, mówiąc jednym głosem o "sądowej farsie". "Ten werdykt to ostatni gwóźdź do trumny wolności prasy w Hongkongu" - oceniła Jodie Ginsberg z Committee to Protect Journalists (CPJ). Wtórował jej Human Rights Watch, nazywając karę "okrutną i niesprawiedliwą", która w efekcie stanowi "wyrok śmierci". Thibaut Bruttin z organizacji Reporterzy bez Granic (RSF) przywołał tragiczną historię noblisty Liu Xiaobo, który zmarł w chińskim więzieniu. - Nie możemy pozwolić, by Laia spotkał podobny los. Kurtyna opada, to całkowity upadek niezależnego dziennikarstwa - podkreślił w oświadczeniu Bruttin.

Również władze Tajwanu skrytykowały "prześladowanie polityczne" Laia, wzywając do jego natychmiastowego uwolnienia. "Surowy wyrok wydany wobec Jimmy'ego Lai na mocy hongkońskiej ustawy o bezpieczeństwie narodowym nie tylko pozbawia go wolności osobistej i narusza wolność słowa oraz wolność prasy, ale także odmawia obywatelom podstawowego prawa do pociągania rządzących do odpowiedzialności" - oświadczyła tajwańska Rada ds. Chin Kontynentalnych (MAC).

Ogłoszeniu wyroku towarzyszyły nadzwyczajne środki ostrożności i silna obecność policji, która kordonem odgrodziła gmach sądu. Na sali rozpraw, oprócz rodziny skazanego i przedstawicieli zagranicznych konsulatów, pojawił się m.in. 94-letni kardynał Joseph Zen, emerytowany biskup Hongkongu i symbol oporu wobec Pekinu. Przed budynek sądu przybyli także byli pracownicy zamkniętego przez władze "Apple Daily", by okazać solidarność z dawnym szefem.

Lai, który posiada także brytyjskie obywatelstwo, został wcześniej skazany na kary pozbawienia wolności w innych postępowaniach i przebywa w więzieniu od 2020 r. Jest przetrzymywany w izolatce, a rodzina i prawnicy wielokrotnie alarmowali o znacznym pogorszeniu jego stanu zdrowia.

Jest najgłośniejszą ofiarą przepisów o bezpieczeństwie narodowym, wprowadzonych przez Pekin w odpowiedzi na masowe protesty z 2019 roku. Krytycy wskazują, że prawo to, kryminalizujące secesję i zmowę z zagranicą, posłużyło do całkowitego stłumienia opozycji demokratycznej i niezależnych mediów w byłej brytyjskiej kolonii.

PAP

niedziela, 8 lutego 2026



GRU, czyli rosyjski wywiad wojskowy, to elita armii i służb Federacji Rosyjskiej. Nie bez powodu jego dewiza brzmi: "Выше нас - только звёзды", co można przetłumaczyć: "Nad nami są tylko gwiazdy". Aleksiejew od lat znajdował w podobnym miejscu - czyli niemal na samym szczycie tej struktury. Od 2011 r. pełnił funkcję szefa sztabu i pierwszego zastępcy dowódcy GRU. Odpowiadał za planowanie i nadzór nad operacjami specjalnymi, a częścią z nich kierował osobiście.

Lista operacji, które planował i koordynował, jest bardzo długa. Obejmuje m.in. działania tzw. zielonych ludzików podczas aneksji Krymu, kierowanie rosyjskimi siłami specjalnymi oraz prywatnymi armiami w Syrii i Afryce, nadzór nad Grupą Wagnera, a także planowanie rosyjskiego uderzenia na Kijów w 2022 r. Według nieoficjalnych źródeł podlegać miała mu również komórka odpowiedzialna za eliminowanie osób uznanych przez Kreml za niewygodne. To z jej działalnością łączona jest m.in. próba otrucia Siergieja Skripala przy użyciu nowiczoka.

Najprawdopodobniej to Aleksiejew odpowiadał również za przetransportowanie w 2014 r. systemu rakietowego 9K37 Buk dla prorosyjskich separatystów - systemu, z którego później zestrzelono samolot MH17 linii Malaysia Airlines.

W 2017 r. za swoją służbę został odznaczony tytułem Bohatera Federacji Rosyjskiej. Złotą Gwiazdę wręczył mu osobiście Władimir Putin.

Nic więc dziwnego, że w piątkowy poranek generał Aleksiejew czuł się bezpiecznie. Mimo trzech zamachów na rosyjskich generałów, do których doszło w Moskwie w ciągu ostatniego roku, nie miał ochrony. Po wyjściu z mieszkania ruszył w stronę windy.

Nie dotarł.

Padły trzy strzały. Rosyjskie media do dziś nie są zgodne co do przebiegu wydarzeń. Część z nich twierdzi, że generał został trafiony w plecy i była to próba egzekucji rodem z "Ojca chrzestnego". Inne, w tym dziennik "Kommiersant", informują, że został postrzelony w nogę, rękę i klatkę piersiową, a tylko jego opór i walka z napastnikiem pozwoliły mu przeżyć. Jak było naprawdę - nie wiadomo.

Pewne jest natomiast, że sąsiedzi szybko zaalarmowali służby. Wezwano pogotowie, a sprawna akcja ratunkowa zakończyła się powodzeniem. Wiceszef GRU przeżył. Rosyjskie media podały nawet wczoraj, że po operacji odzyskał przytomność.

Pozostaje pytanie: co robił w mieszkaniu przy ulicy Wołokołamskiej bez ochrony?

Ze względu na osobiste bezpieczeństwo tymczasowo mieszkał w lokalu należącym do GRU - tak brzmi wersja oficjalna.

Według nieoficjalnych informacji, sąsiedzi z bloku, w którym doszło do zamachu, poinformowali służby, że generał nocował u znacznie młodszej od siebie kochanki, z którą ma małe dziecko. Oficjalnie Aleksiejew ma 63-letnią żonę i dorosłe dzieci, a także wille w prestiżowej części Moskwy oraz apartament w centrum miasta.

Ulica Wołokołamskaja znajduje się niemal na obrzeżach Moskwy. Mieszkanie, z którego wychodził generał, mieści się na 24. piętrze. Piętro wyżej czekał zamachowiec. Miał wejść do budynku podczas nocnej zmiany ochrony. Otworzył domofon własnym kluczem. Ubrany był w za dużą kurtkę, kapelusz i maseczkę, która całkowicie zasłaniała twarz, co znacznie utrudniało jego identyfikację.

Początkowo niektóre rosyjskie media informowały nawet, że za zamachem stała kobieta sprzątająca klatkę schodową. Później jednak pojawiły się informacje, że służby pokazują mieszkańcom zdjęcia zamaskowanego mężczyzny. Co ciekawe, w budynku nie ma nagrań z monitoringu, a atak nastąpił dokładnie w momencie zmiany dyżuru ochrony wieżowca. Ochroniarze pracujący w nocy odebrali telefon od sąsiadów, którzy słyszeli strzały, przekazali zgłoszenie swoim zmiennikom i poszli do domów. Ochrona dzienna wjechała windą na 24. piętro z opóźnieniem, jednak zamachowca już tam nie było. Najprawdopodobniej w tym samym czasie zszedł po schodach i opuścił budynek.

W sobotę rosyjskie media poinformowały o zatrzymaniu dwóch osób, które miały stać za zamachem. Nie wiadomo jednak, czy są to faktyczni sprawcy ani - co najważniejsze - na czyje zlecenie został przeprowadzony atak.

Kreml szybko wskazał winnych. Kilka godzin po ataku minister spraw zagranicznych Rosji Siergiej Ławrow oskarżył Ukrainę o próbę sabotowania rozmów pokojowych. - To prowokacja mająca na celu destabilizację procesu pokojowego - oświadczył.

Federalna Służba Bezpieczeństwa Rosji poinformowała w niedzielę o zatrzymaniu w Zjednoczonych Emiratach Arabskich i deportacji do Rosji podejrzanego o próbę zamachu. Według komunikatu FSB jest nim 66-letni Lubomir Korba - obywatel Rosji, urodzony w obwodzie tarnopolskim ówczesnej ZSRR. Rosyjskie służby podkreślają, że Korba jest ukraińskiego pochodzenia.

W tym samym oświadczeniu rosyjski kontrwywiad wymienił również nazwiska dwóch innych osób posiadających rosyjskie obywatelstwo, określanych jako "wspólnicy" zamachowca. To 66-letni Wiktor Wasin oraz 55-letnia Zinaida Serebricka, która - jak twierdzi FSB - zbiegła na Ukrainę. Rosyjscy blogerzy i komentatorzy powiązani z władzami już przekonują, że Kijów nie będzie w stanie wyprzeć się związku z tym zamachem i że będzie musiał tłumaczyć się z tej sprawy przed prezydentem USA Donaldem Trumpem.

Zupełnie inaczej sytuację oceniają jednak zachodnie służby specjalne. Według źródeł "The Washington Post", nie wierzą one w zaangażowanie Ukrainy w próbę zamachu na Aleksiejewa.

- Ukraińskie służby przeprowadzały podobne operacje w przeszłości, ale byłoby prawdziwym szaleństwem robić to właśnie teraz - powiedział dziennikowi były wysokiej rangi funkcjonariusz amerykańskiego wywiadu.

Ukraińcy mają powody, by nienawidzić Aleksiejewa. Dla nich jest zdrajcą - pochodzi z Ukrainy, urodził się niedaleko Winnicy. Był również odpowiedzialny za los obrońców Mariupola wziętych do niewoli. To on był głównym negocjatorem Kremla podczas rozmów o wyjściu ukraińskich wojsk z kombinatu Azowstal w maju 2022 r. Miał wówczas obiecywać przestrzeganie konwencji genewskich i godne traktowanie jeńców. Zamiast tego były tortury i głodzenie więźniów.

(...)

Z drugiej strony modus operandi nie pasuje do ukraińskich służb. Poprzedni rosyjscy generałowie ginęli w eksplozjach ładunków wybuchowych. W 2024 r. zginął generał Igor Kiriłłow - bomba została ukryta w rowerze elektrycznym przy wejściu do jego mieszkania. W zamachach na generała Jarosława Moskalika w kwietniu 2025 r. oraz Faniła Sarwarowa w grudniu ubiegłego roku użyto samochodów-pułapek. Do tego termin - w trakcie rozmów w Abu Zabi - wydaje się bardzo ryzykowny dla Ukrainy.

wp.pl

sobota, 7 lutego 2026



Tomasz Sajewicz: Nieliczne, jak na skalę chińską.

Marcin Jacoby: One były szokujące, bo w ogóle były! Nie dlatego, że pojawiły się na nich miliony ludzi, tylko dlatego, że tu było może sto osób, a tam trzysta – ale byli w stanie się w ogóle skrzyknąć i zebrać, mieli odwagę i możliwości, żeby stanąć i coś powiedzieć. Częściowo były to przecież hasła polityczne. A w większości hasła: „przestańcie w końcu z tą polityką zero-COVID, mamy tego dość”.

TS: Tak, choć wydaje mi się, że protesty te były bardzo na rękę Komunistycznej Partii Chin – wręcz na nie czekano. Według jednej z teorii protesty zostały sztucznie zainicjowane po to, aby partia mogła mieć jakikolwiek pretekst, żeby odejść od covidowego zamordyzmu.

MJ: Tak. Nam na Zachodzie często się wydaje, że istnieją w Chinach jakieś środowiska dysydenckie, setki osób, które mają już jakieś koncepcje przejęcia władzy. Tymczasem tam nie ma żadnych środowisk dysydenckich! Partia jest stumilionowym konglomeratem trzymającym w garści absolutnie wszystko. I jest wszędzie. W każdej firmie, w każdej organizacji studenckiej Chińczyków za granicą jest komórka partyjna. Po prostu wszędzie, wszędzie! Jak w takim razie można się zorganizować? Jak protestować? 

Bogdan Góralczyk: Jeśli chodzi o umacnianie się Xi Jinpinga, czy dochodzenie do jedynowładztwa, tak to nazwijmy, trzeba wyróżnić dwa momenty krytyczne. Pierwszy to skuteczna akcja przeciwko Bo Xilaiowi, który był autentyczną, programową i osobową alternatywą. To było działanie szybkie i skuteczne. Drugi moment, który Zachód przeoczył, nastąpił w 2014 roku, kiedy nawet szef banku centralnego i minister finansów, ale nie sam Xi Jinping, wezwali do budowania społeczeństwa umiarkowanego dobrobytu na skróty. Pan Tomek powinien pamiętać, jak Chińczycy na przedbiegi lecieli do banków i składali swoje oszczędności, studenci zapożyczali siebie, swoje dziewczyny, teściów, no i napompowali bańkę w pół roku. Bańka w czerwcu i lipcu 2015 roku pękła, aż zablokowali giełdę. A gdy po pół roku, po tąpnięciu, otworzyli giełdy w styczniu roku następnego, to raz jeszcze stracono na nich sześć czy siedem punktów procentowych. Chiny straciły przez osiem czy dziewięć miesięcy bilion (czyli tysiąc miliardów) dolarów i stały. Dla mnie był to dowód, że władza jest nienaruszalna, skoro nie wzbudziło to masowych protestów społecznych. We wszystkich innych państwach świata ze Stanami Zjednoczonymi włącznie, jeżeli byśmy stracili w ciągu niespełna roku bilion dolarów, takie protesty musiałyby wybuchnąć. Przecież ocenia się, że ponad 80 milionów Chińczyków straciło nawet oszczędności życia! Był też taki przypadek, że biznesmen chiński wykupił ziemię i zaczął przekopywać kanał równoległy do Panamskiego. Przegrał on właśnie na tym kryzysie i od tamtej pory wszystko stanęło… I od tamtej pory aż do dziś środki na bezpiekę są większe niż na armię – a armia przecież rośnie szybko i nieustannie. Oznacza to, że charakter władzy się zmienił. Podważone zostało częściowo zaufanie niektórych obywateli do partii i do władzy, więc władza sięgnęła po asertywne środki przymusu i coraz mocniej je stosuje. A kolejną cezurą niewątpliwie był COVID, czego pan Tomek sam doświadczył, siedząc w kontenerze, bo czytałem jego relację…

TS: Panowie, was to jakby w ogóle nie przeraża…

BG: Przeraża. Dlatego pojechałem do ChRL, po czterech latach, dopiero w listopadzie 2023 roku. Nie chciałem doświadczać tamtejszych wymazów i lockdownów.

TS: A nie przeraża was makroskala tego, że żyjąc w XXI wieku, prawdopodobnie po raz pierwszy w historii świata byliśmy w sytuacji, że wdrożono aż do tego stopnia tak ogromny eksperyment kontroli społecznej, na tak dramatyczną skalę? Jak w ogóle objąć to rozumem, że miliard czterysta milionów osób jest poddanych totalnej kontroli, ponieważ nieszczęsny WeChat, którego wciąż jeszcze nie wykasowałem, rzeczywiście taką kontrolę totalną zapewnia?

MJ: Ja jednak ponownie wkroczyłbym z narracją z początku naszej rozmowy: to, co się dzieje w Chinach, jest też wypadkową zmian światowych.

BG: Oczywiście.

MJ: Jestem zatrwożony stopniem zmapowania indywidualnych preferencji użytkowników przez media społecznościowe. Jestem zatrwożony brakiem odpowiedzialności w rozwijaniu sztucznej inteligencji. Jestem zatrwożony stopniem ubezwłasnowolnienia obywateli – u nas na szczęście tylko na poziomie konsumpcyjnym, jako klientów. W Chinach odbywa się to na poziomie wolności osobistych. Chiny wpisują się w jakiś technokratyczny zły sen, który sami sobie tworzymy, teraz, na całym świecie.

BG: Orwellowski.

TS: Główne pytanie jest więc takie: czy Chińczycy są w stanie obudzić się z tego snu sami? Czy oni widzą jakieś tego symptomy?

MJ: Nie, Tomek.

BG: Musiałoby się stać coś wstrząsającego.

(...)

TS: Nie chcę, żeby to pytanie zabrzmiało tak bardzo naiwnie, jak zabrzmiało w twoich ustach, ale co twoim zdaniem może skłonić Chińczyków do tego, żeby zaczęli zadawać sobie pytanie: „gdzie ja żyję?”. A może taka sytuacja im pasuje?

BG: Na tę chwilę moim zdaniem pasuje, ponieważ nadal znajdują się na ścieżce wzrostu. Władza i propaganda chińska gra bardzo umiejętnie i coraz mocniej na nutach antyamerykańskich, do czego przygotowywano społeczeństwo bardzo długo. To jest niezwykle nośne: można pokazać tym Zachodniakom to, co poprzedni szef resortu spraw zagranicznych, Yang Jiechi, zrobił na Alasce, kiedy przy włączonych kamerach pouczał delegację amerykańską, że Chinom nie można już nic dzisiaj z zewnątrz dyktować. Dla Chińczyka to jest balsam: „możemy wreszcie tym byłym kolonialistom i imperialistom pokazać miejsce w szeregu”. Duma narodowa po prostu w nich kipi i jest pompowana od przedszkola. Jest pompowana również w mediach, widzimy to codziennie. Dodajmy do tego wycieczki do miejsc Długiego Marszu, urodzin Mao Zedonga itd. Chiny znajdują się na tym etapie, że myślą o sobie jako o „stronie zwycięskiej”. Pokazują przecież strzelaniny w Stanach Zjednoczonych, czy ruch „Black lives matter”. To wszystko jeszcze w Chinach gra. Myślę, że przebudzeniem mogłaby być jakaś straszna klęska Rosji, z którą Chiny jednak się dogadują – i ta ekipa, i Xi Jinping osobiście, dogadują się z Putinem. Drugim papierkiem lakmusowym absolutnie jest Tajwan, szczególnie gdyby Chiny dostały lanie, bo wówczas ten wizerunek nowego bóstwa, nowego cesarza, nowego wodza i szefa partii zostałby podminowany, jeśli nie zachwiany. I to jest dopiero ten moment. Ale na razie ja go nie widzę.

Tomasz Sajewicz Marcin Jacoby Bogdan Góralczyk - Nowa gra w Chińczyka

piątek, 6 lutego 2026



Sowiecki agitator, dowolnie powielający chińskie tezy propagandowe, B. Aleksandrow, w broszurze ideologicznej pt. Tybet pisze m.in., że: „pod przykrywką hasła «niepodległości Wielkiego Tybetu» Anglicy usiłowali w latach 1937–1939 zorganizować przy pomocy przedstawicieli kół lamajsko-feudalnych zbrojny pochód na Chiny”. Dalej precyzuje, że „imperializm brytyjski już od dawna starał się wyzyskać pojęcie «etnografi cznego» Tybetu po to, aby wystąpić w roli «zjednoczyciela» ziem tybetańskich, czyli podporządkować swojej władzy olbrzymią część Chin w Centralnej Azji”. Aleksandrow twierdzi też, że „Lhasa bezspornie uznała zwierzchnią władzę Chin”, a Dalajlama V (1622–1682) „udał się do Pekinu, by otrzymać od cesarza chińskiego zgodę i zatwierdzenie swej władzy nad Tybetem”. Wbrew faktom historycznym podaje też, że „knowania brytyjskiego imperializmu w Tybecie i próby rozpętania wojny przeciw Chinom we wschodnim Tybecie skłoniły władze Lhasy do szukania, za pośrednictwem panczenlamy, porozumienia z Chinami”, a „rozmowy na ten temat przerwała dopiero śmierć dalajlamy w grudniu 1934 roku [...]. Zarówno sytuacja polityczna, jak i obrządek lamaistyczny wymagały powrotu panczenlamy jako regenta do Lhasy, celem przejęcia władzy nad wyznaniem i krajem w okresie przejściowym aż do znalezienia nowego «wcielenia» dalajlamy. W roku 1935 panczenlama powrócił do Lhasy jako głowa lamaizmu i pełnomocnik centralnego rządu chińskiego”.

Publikacje tego typu były ważne ze względu na wydźwięk propagandowy, natomiast błędy merytoryczne (łącznie z datą zgonu Dalajlamy XIII, rolą panczenlamy etc.) były normą. Na przykład Panczenlama IX nie był regentem, „głową lamaizmu”, pełnomocnikiem rządu chińskiego, nikt w Lhasie nie korzystał z jego mediacji, do Tybetu nie powrócił, choć chciał i powrót planował, ale zmarł w drodze. Aleksandrow komentuje obecność kilku Brytyjczyków i Amerykanów w Lhasie pod koniec lat czterdziestych XX wieku słowami: „Wysyłani do Tybetu amerykańscy agenci i wywiadowcy badają kraj wzdłuż i wszerz pod kątem widzenia warunków strategicznych i ekonomicznych, organizują spiski i prowadzą demoralizującą propagandę za oderwaniem Tybetu od Chin”.

Jerzy Bayer Waldemar J. Dziak - Tybet


Siły rosyjskie prawdopodobnie zajęły Hulyaipole — miasto o przedwojennej populacji liczącej około 13.000 – po trzech miesiącach walk i jest mało prawdopodobne, aby poczyniły szybkie postępy poza Hulyaipole bez pozbawienia priorytetów innych obszarów linii frontu. Geolokalizowany materiał opublikowany 6 lutego pokazuje siły ukraińskie uderzające w pozycje rosyjskie w północnym Zaliznychnem (na zachód od Hulajpola), co wskazuje, że siły rosyjskie we wcześniejszym terminie zbliżyły się za Hulajpole. W ciągu ostatnich kilku tygodni ISW nie zaobserwowało dowodów na to, że siły ukraińskie w dalszym ciągu utrzymują pozycje obronne w Hulajpolu, a schemat niedawnych rosyjskich infiltracji i natarcia na tym obszarze sugeruje, że siły rosyjskie utrzymują miasto. Siły rosyjskie rozpoczęły stosunkowo szybkie postępy w kierunku Hulajpola na początku listopada 2025 r., po wielomiesięcznej kampanii przechwytywania powietrza na polu bitwy (BAI), która pogorszyła ukraińską logistykę i zdolność do utrzymywania sił frontowych i obrony przed późniejszymi rosyjskimi operacjami lądowymi. Siły rosyjskie po raz pierwszy przedostały się do Hulajpola od połowy do końca listopada 2025 r., rozpoczęły konsolidację pozycji w mieście do połowy grudnia 2025 r. i twierdziły, że zajęły Hulajpole 27 grudnia. Postępy te były uzależnione zarówno od warunków pogodowych panujących na tym obszarze, jak i od ustalenia przez Rosję priorytetu wysiłków. Stosunkowo szybki postęp Rosji w kierunku Hulajpola wykorzystywał sezonowe mgliste i deszczowe warunki pogodowe, które utrudniały ukraińskie operacje dronów uderzeniowych i rozpoznawczych, co umożliwiło siłom rosyjskim gromadzenie sił i natarcie pod mniejszym zagrożeniem. Te warunki pogodowe nie trwały jednak długo, ponieważ siły rosyjskie wkroczyły na obszar zabudowany Hulyaipole, a warunki zimowe zaczęły pogarszać działania piechoty od końca grudnia 2025 r. Rosyjskie dowództwo wojskowe wysłało także elementy co najmniej trzech połączonych armii zbrojnych (CAA) na obszary na wschód i północny wschód od Hulajpola, pozbawiając jednocześnie priorytetu inne sektory linii frontu. Siły rosyjskie początkowo próbowały utrzymać jednoczesne natarcie w kierunkach Hulajpole i Oleksandriwka, ale brakowało im siły bojowej, aby utrzymać oba wysiłki, co spowodowało, że rosyjskie dowództwo wojskowe pozbawiło kierunku Oleksandriwka /siły - red./. Siły rosyjskie konsekwentnie udowadniały, że nie są w stanie zbudować wystarczająco dużych rezerw, aby móc zalać /personelem/ odcinek frontu bez przerzutu personelu z innych obszarów. Siły rosyjskie mogą dążyć do przyspieszenia natarcia w kierunku Hulajpola, aby wesprzeć potencjalną ofensywę latem 2026 r. w kierunku miasta Zaporoże od południa, ale prawdopodobnie nie są w stanie lub nie chcą przerzucić sił i środków z innych sektorów linii frontu, aby osiągnąć taki cel.

understandingwar.org

środa, 4 lutego 2026



W kwestii przynależności Tybetu chińscy naukowcy, wbrew realiom historycznym, próbują politycznie wykazać również wspólną genealogię obu narodowości, np. na podstawie badania antygenów krwi. Ich zdaniem Tybetańczycy wywodzą się od dawnych mieszkańców południowego Gansu i Qinghaiu z okresu paleolitu i neolitu. Jest to o tyle dziwne, że transponując dzisiejsze realia etniczne i polityczne na tamtą epokę, badacze nie zwracają uwagi na oczywisty fakt, iż owi dawni mieszkańcy Gansu i Qinghaiu nie należeli do narodowości Han.

Chińscy naukowcy-propagandziści sięgają także do pradziejów języka, uznając za jeden z dowodów pokrewieństwa obu narodowości istnienie ok. 600 wspólnych leksemów /leksem to podstawowa, abstrakcyjna jednostka słownikowa języka, obejmująca wyraz wraz z jego wszystkimi formami gramatycznymi i odmianami - red./, zaświadczonych w pracach lingwistycznych, w tym m.in. partykuł syntaktycznych. W pracach językoznawców podaje się, że liczba leksykalizmów starotybetańskich (zachowanych w formie pisanej) i starochińskich (zaklasyfikowanych przez chińskich językoznawców według kryteriów współczesnej, a nie ówczesnej, znacznie odmiennej fonetyki języków chińskich!), które wykazują podobieństwa fonetyczne (w wygłosach sylab), waha się między 211 a ponad 1000. Naukowcy chińscy nie biorą jednak pod uwagę zapożyczeń językowych wynikających z kontaktów obu narodowości, ponieważ szkodzi to przyjętej a priori tezie o wspólnych korzeniach.

Podobnie ma się rzecz z chronologią procesów lingwistycznych, którą żongluje się w tej argumentacji dowolnie, usiłując porównywać ze sobą konstrukcje syntaktyczne /konstrukcje syntaktyczne to uporządkowane sposoby łączenia wyrazów i morfemów w większe całości (frazy, zdania) zgodnie z zasadami składni danego języka. Badają one funkcje wyrazów (podmiot, orzeczenie), ich zależności (zgoda, rząd, przynależność) oraz szyk - red./, które dzieli od siebie ok. 2 tys. lat, oraz systemy fonetyczne, odległe od siebie o 1300 lat. Zachowane zabytki piśmiennictwa obu narodowości dzielą bowiem całe wieki: chińskie mają dużo wcześniejszą metrykę, ponieważ najstarsze znane zabytki piśmienne – znaki pisma wypalone na kościach wróżebnych – pochodzą z czasów dynastii Shang-Yin (chiń. Shāng-Yīn), z lat 1766–112214 p.n.e., natomiast najstarszym zapisem języka tybetańskiego jest wyryta na kolumnie Szöl/Zhol w Lhasie inskrypcja z 767 roku n.e..

Stosując podobne kryteria antropologiczne bądź lingwistyczne, można by równie szybko udowodnić np. (z racji pokrewieństwa języków indoeuropejskich) przynależność Indii do Europy lub odwrotnie, przynależność Sycylii do któregoś z państw skandynawskich (ze względu na wędrówki Normanów), przynależność Irlandii do Czech bądź Szwajcarii jako kolebek Celtów etc.

W tym kontekście nie dziwi przedstawianie w chińskiej literaturze historycznej i propagandowej dziejów Tybetu jako części historii Chin, jakby samodzielne państwo tybetańskie nigdy nie istniało i nie mogło istnieć, a konflikty militarne między Tybetem a Chinami miały charakter wojen czy nawet potyczek wewnętrznych. Zgodnie z szablonem ideologicznym i propagandowym eksponuje się w tej literaturze elementy wspólne (np. traktaty pokojowe), a maksymalnie marginalizuje rozbieżności, kontrowersje czy konflikty (np. liczne wojny, powstania antychińskie, ignorowanie arbitralnych posunięć władz chińskich przez Tybet). Często stosowanym zabiegiem redakcyjnym stało się w tych publikacjach cytowanie jedynie wybranych fragmentów kronik, zapisów, wypowiedzi, tzn. wyłącznie pod kątem przydatności do danej argumentacji, a nie zgodnie z faktami.

Jak już wielokrotnie podkreślano, całkowicie obiektywne chińskie opracowania prawie nie istnieją.

Jerzy Bayer Waldemar J. Dziak - Tybet


Patriot PAC-3 vs Iskandery-M i Onyks 

W nocy z 2 na 3 lutego  miał miejsce kolejny rosyjski dobrze skoordynowany atak rakietowy na obiekty na Ukrainie. 

Rosjanie odpalili łącznie ponad 520 środków napadu powietrznego (śnp): 
 32 rakiety balistyczne Iskander-M, oraz S-300 jako wabie owych 
28 lotniczych rakiet manewrujących Ch-101, oraz morskich Kalibr 
7 rakiet lotniczych  Ch-32, 
4  rakiety przeciwokrętowe Onyks, 
450 bezpilotowców z czego około 300 Szachedów. 
 
Ukraińska OPL na terenie całego kraju strąciła:
4 Onyksy, 11 Iskanderów-M lub S-300, 2x Ch-32, 20x rakiet manewrujących, ponad 412 bezpilotowców.

Tylko aglomeracja Kijowa była broniona przez baterię Patriota PAC-3. Tam też Rosjanie przeprowadzili najcięższy atak celując w: 
- elektrownia i elektrociepłownia CHP-5
- elektrownia i elektrociepłownia CHP-4
- elektrownia Tripila
- podstacja 750kV "Kijów"
Na ww cele  odpalono nie mniej niż: 
4 Onyksy, ~18 Iskanderów-M, 7 Ch-32,  6 Ch-101, ponad 200 bezpilotowców na cele: 

Trafione zostały: 
- elektrownia i elektrociepłownia CHP-5, minimum cztery trafienia Iskanderami-M. Obiekt zniszczony. 
- elektrownia i elektrociepłownia CHP-4 minimum dwa trafienia rakiet balistycznych. Obiekt poważnie uszkodzony. 
- podstacja 750kV "Kijów" Pięć trafień obszarowych w obiekt rakietami lotniczymi. Obiekt lekko uszkodzony. 
- nie mam danych o Tripili. 

Niżej film pokazujący straty i trafienia przeciwrakiet PAC-3 systemu Patriot. Można policzyć 6 do 8 trafień z których kilka ma miejsce w cele manewrujące.  Jest to dość zbieżne z faktem że minimum 6 Iskanderów-M trafiło w cele z około 18 odpalonych z tym że na nagraniu widać też dość wolno opadające cele balistyczne - mogą to być stosowane jako wabie rakiety S-300. 

Niestety Rosjanie od roku zdecydowanie zwiększyli skuteczność swoich ataków co wynika po pierwsze z bardzo małego zapasu PAC-3 po stronie ukraińskiej (szacunkowo mniejszego niż ilość odpalanych rakiet balistycznych!)  a po drugie z innego sposobu planowania i wykonywania uderzeń. Rosjanie nauczyli się tak koordynować ataki środków napadu powietrznego aby w bardzo krótkim przedziale czasu uderzały na poszczególne cele jednoczasowo z próbą zduszenia baterii Patriotów (SEAD) dokonywanym przez inne środki rażenia. Inaczej rzecz ujmując mamy sytuację w której np Geranie oraz  Onyksy i część Iskanderów próbuje porazić SD Baterii i radary Patriota  i w tym samym momencie następuje zgrane w czasie uderzenie na elektrociepłownie.  Oczywiście pojawiają się od roku doniesienia o próbach nowych (w terminalnej fazie ataku) manewrów przeciwrakietowych Iskanderów-M ale nie jest to nic nowego dla tego kompleksu (zdolności takowe znane są już dla rakiet przedprodukcyjnych)  zaś zdolności manewrowe rakiet kompleksu Iskander nawet obliczeniowo nigdy nie wykraczały poza możliwości obliczeniowe MPQ-65 i kinematyczne PAC-3MSE. 

Głównym problemem pozostaje jednak za mała ilość rakiet PAC-3MSE po stronie ukraińskiej.

x.com/wolski_jaros

wtorek, 3 lutego 2026



Oddziaływanie cywilizacji chińskiej na resztę świata wyrażano za czasów etnicznie chińskiej dynastii Ming (1368–1644) i mandżurskiej dynastii Qing (1644–1911) w formie trzech koncentrycznych kręgów. Pierwszy z nich obejmował obszary schińszczone: Koreę, Wietnam, Tajwan, Wyspy Ryūkyū i – w czasach Mingów – Japonię; drugi – stepy, pustynie i góry na północy i północnym zachodzie imperium (Mongolię, Tybet, Ujgurię, Mandżurię) oraz trzeci – Japonię (za Qingów), Azję Południowo-Wschodnią i subkontynent indyjski. Tybet i Mongolia, mimo bliskości geografi cznej, nigdy nie przyjęły kultury chińskiej, ale jedynie zaadaptowały do swoich potrzeb niektóre jej elementy, dlatego umieszczanie ich w kategorii, w której znalazły się np. Japonia, Korea i Wietnam, tzn. kraje poddane bardzo silnemu oddziaływaniu kultury chińskiej, jest wielkim uproszczeniem. Paradoksem historii stało się to, że kraje bardziej zsinizowane są obecnie samodzielne, natomiast te niepodatne na wpływ kultury chińskiej pozostają w granicach Chin (Tybet, Ujguria, południowa część Mongolii, zwana Mongolią Wewnętrzną). 

U szczytu swej potęgi – za czasów mandżurskiej dynastii Qing w XVIII wieku – Chiny, zgodnie z sinocentrycznym rozumieniem świata, arbitralnie zaliczały do grona swoich wasali nie tylko wspomniane wcześniej państwa i regiony Azji, ale także np. Anglię, Holandię, Rosję, Portugalię i Państwo Papieskie.

Jak wcześniej wspomniano, poczucie wyższości wobec innych nacji, ze względu na przypisywaną sobie rolę „rozsadnika” cywilizacji, było obecne w Chinach niemal od zarania dziejów. Do tej teorii wyższości rasy chińskiej nad wszystkimi obcymi dopasowano „ideologicznie” nawet najstarsze chińskie mity. Ów etnocentryzm stanowi nieodłączny motyw najstarszych zabytków chińskiego piśmiennictwa, a tym samym integralny składnik całej cywilizacji chińskiej. Najważniejszą rolę przypisywano pierwszym starożytnym chińskim państwom-miastom, otoczonym „morzem barbarzyńców” i zmuszanym do ciągłej obrony przed nimi.

Zdaniem większości badaczy, w tym również samych Chińczyków, nie rasa stanowiła o różnicy między Chińczykami a „barbarzyńcami”, lecz kultura, tzn. znajomość kultury w pojęciu i wydaniu chińskim lub jej brak. Podstawowym wyznacznikiem identyfi kacji stało się kryterium kulturalizmu, tzn. przynależność do kręgu cywilizacji chińskiej, w tym przestrzeganie pryncypiów konfucjanizmu i znajomość pisma hieroglifi cznego. Dlatego też pochodzenie etniczne w przypadku Chin – podobnie jak i u ludów sąsiednich, np. Tybetańczyków czy Mongołów – było kategorią właściwie nieznaną (choć niektórzy autorzy tybetańscy dostrzegają w chińskim stanowisku elementy wyraźnie rasistowskie). Rozumowanie to przeniesiono na płaszczyznę państwa, przez co w tradycyjnej chińskiej filozofii i etyce społecznej państwo zdecydowanie plasuje się przed i ponad narodowością, dlatego też państwu należy się pierwszeństwo.

Sinocentryczna konstrukcja myślowa legła u podstaw autocentrycznego stosunku do świata i kontaktów z nim: w tradycyjnej dyplomacji chińskiej nie znano pojęcia traktatu, w którym druga strona byłaby wobec Chin równoprawna. Formalny kontakt z Chinami musiał zatem rozpoczynać się od zaakceptowania chińskiego systemu wartości przez inne narody i kraje, tzn. konieczności złożenia Chinom trybutu i automatycznego uznania supremacji cesarza oraz jego mandatu do sprawowania rządów nad całym światem. Natomiast nieposłuszeństwo ze strony innych narodów („barbarzyńców”) i odrzucanie tych norm oznaczało – z punktu widzenia Chin – nie tylko arogancję, zuchwalstwo i bezczelność, lecz także ignorancję oraz naruszenie ustalonego porządku wszechświata i sprzeciwianie się woli Niebios. Wszelkie układy z innymi krajami interpretowano w Chinach wyłącznie jako hołdownicze, a pojęcie „więzów” między innymi państwami i krajami a Chinami uznawano za oczywiste podporządkowanie się Chinom. Rozumowanie to cesarze chińscy wspierali konkretnymi posunięciami: politycznymi mariażami w ramach dyplomacji matrymonialnej, które z władców innych państw w chińskiej optyce czyniły „młodszych krewnych”, nadawaniem sugerujących zależność od Chin tytułów (często pompatycznych, formalnych i pozbawionych realnych podstaw), przyznawaniem uprawnień w handlu z Chinami, stosowaniem zasady wykorzystywania jednych barbarzyńców w celu zwalczania innych (chiń. yĭyízhìyí, yĭyí gōngyí, yĭyí fáyí) oraz znanej nie tylko w Chinach polityki „dziel i rządź” (chiń. fēn’érzhìzhī), a także metody luźnej kontroli (jīmíbùjué), polegającej na względnej tolerancji, ale i represjach w przypadku niesubordynacji. Często zdarzało się i tak, że uzurpowana przez chińskich monarchów władza nad barbarzyńcami była czystą fikcją i wytworem sinocentrycznej wyobraźni, co zresztą klasa rządząca uświadamiała sobie, ale otwarcie nie mogła przyznać w obawie przed utratą twarzy i tym samym autorytetu. Na użytek publiczny stosowano zgrabną formułę, która z jednej strony pozwalała na zachowanie twarzy i pozorów, a z drugiej i tak oddawała faktyczny stan rzeczy: „rządzić, nie rządząc” (chiń. bú zhì zhì zhī).

(...)

Etnografowie chińscy są zdania, że na obszarze Chin status takich narodowości jak np. Tybetańczycy, Mongołowie, Ujgurzy czy Mandżurowie jest taki sam jak grup etnicznych – Afroamerykanów, Azjatów, Latynosów – w Stanach Zjednoczonych. Jest to jednak ewidentne uproszczenie, świadczące o niezrozumieniu tematu: Afroamerykanie, Azjaci, Latynosi w Stanach Zjednoczonych są ludnością napływową, natomiast Tybetańczycy, Mongołowie, Ujgurzy, Mandżurowie na terytorium Chin są ludnością rdzenną na zamieszkanych przez siebie obszarach. Ludnością napływową jest natomiast narodowość Han – to Chiny przyszły do nich, a nie oni do Chin.

Zdaniem chińskiego etnografa i demografa Ma Ronga, skądinąd kompetentnego autora doskonałych opracowań dotyczących populacji Chin: „społeczność międzynarodowa nie powinna zachęcać żadnych grup etnicznych do tego, aby szły w kierunku «nacjonalistycznego separatyzmu» i dążyły do «niepodległości»”, ponieważ „takie działanie jest egoistyczne i szkodliwe dla będącego ich obiektem kraju oraz dla ładu światowego”. Można z tego wysnuć wniosek, że jedyną formą bytu dla danej narodowości powinna być przynależność do Chin, podczas gdy niezależność byłaby dla niej zgubą. Jeszcze dziwniej brzmi w tym kontekście inny pogląd Ma Ronga, według którego „zasada samookreślenia nie powinna być praktykowana w dzisiejszym świecie”, co niemal zakrawa już na próbę ideologicznego uzasadnienia kolonializmu oraz potępienia niepodległości.

Obecnie w stosunku do 55 grup etnicznych odmiennych od narodowości Han używa się w ChRL terminu „mniejszości etniczne” (chiń. shàoshù mínzú – dosł. narodowości mniejszościowe). W odczuciu wielu narodowości – zwłaszcza tych z własną, wielowiekową państwowością, odmienną kulturą i tradycją, a nawet odrębnością cywilizacyjną – termin „mniejszości etniczne” ma odcień pejoratywny i pogardliwy, świadcząc o sinocentryzmie i świadomym przyznawaniu przez władze ChRL wyższego statusu narodowości Han.

Takie stanowisko reprezentują nawet wybitni naukowcy chińscy. Socjolog Fei Xiaotong podczas wykładu w grudniu 1988 roku w Hongkongu powiedział m.in.: „Narodowość Han, od czasu pojawienia się na świecie, stała się jądrem koncentracji. Jej przedstawiciele promieniowali we wszystkich kierunkach na okoliczne obszary i absorbowali inne grupy, czyniąc je częścią nich samych [...]. Ponieważ reżimy władców wywodzących się z narodowości niechińskich były na ogół krótkotrwałe, najeźdźcy z innych mniejszości następowali szybko jeden po drugim i w efekcie wszyscy zostali wchłonięci przez Hanów [...]. Ale mniejszości narodowe generalnie stoją niżej od ludności Han pod względem poziomu kultury i techniki, niezbędnego do rozwoju nowoczesnego przemysłu i z trudem przychodzi im realizacja projektów przemysłowych we własnych regionach [...]. Dlatego naszą zasadą jest to, aby grupy lepiej rozwinięte pomagały mniej rozwiniętym [...]”. Fei Xiaotong na określenie struktury etnicznej Chin zaproponował określenie „pluralistyczna jedność”, opierając się zarazem na założeniu, że poszczególne narodowości zawsze zgodnie egzystowały na obszarze Chin. Termin „pluralistyczna jedność” stanowi co najmniej eufemizm, obliczony na zachowanie ideologicznie poprawnego wizerunku, kamufl ującego znacznie odmienne realia, natomiast operowanie założeniem, że Chiny pozostawały w obecnym kształcie terytorialnym od wieków, to nic innego jak naginanie historii do aktualnych potrzeb propagandowych i politycznych.

(...)

Komunistyczny rząd chiński, zainspirowany modelem sowieckim, a także państwowotwórczą filozofią założyciela Republiki Chin – Sun Yat-sena –
i jego następcy Czang Kaj-szeka, obficie korzystał z teorii wyższości kulturowej narodowości Han. Za słuszną uznał też potrzebę„wspomagania” niżej stojących mniejszości oraz promowania integracji, która w wydaniu chińskim była tożsama z asymilacją (chiń. tónghuà) bądź sinizacją (chiń. Hànhuà, Huáhuà lub láiHuá). Nieco złagodzoną wersję tej polityki zaczęto wprowadzać dopiero w epoce modernizacji i otwarcia (tj. od 1979 roku), gdy przyznano, że asymilacja nastąpiła „w wielu przypadkach”. Nacisk położono jednak na etniczne „przemieszanie” (chiń. rónghé). W obszernej publikacji Taushi Dalai (Przejrzeć Dalaja) można nawet znaleźć wypowiedzi Mao Zedonga na temat genetycznej przewagi narodu chińskiego, uwidaczniającej się u osób mieszanego pochodzenia. Dobitnie wyraził to Zhu Rongji, premier ChRL w latach 1997–2002, który – nie kryjąc pogardy dla reszty świata – stwierdził: „Chińczycy to najmądrzejszy naród. Ma najwyższy poziom inteligencji”. Zgodnie z ofi cjalną tezą „cały naród chiński złożony z wielu grup etnicznych dążył do jedności wszystkich narodowości”. Mao nie krył zresztą pogardy dla odmienności kulturowej innych narodowości i potrafi ł – cytując Marksa – oznajmić np. Dalajlamie XIV w 1954 roku, że „religia to opium”.

Jerzy Bayer Waldemar J. Dziak - Tybet