piątek, 30 stycznia 2026



Jeszcze do niedawna rynek półprzewodników lizał rany po postpandemicznej recesji. Magazyny pękały w szwach, a ceny leciały na łeb na szyję. Dziś sytuacja zmieniła się o 180 stopni, a rozkręcony na dobre boom AI znalazł sobie kolejną “ofiarę”. Tym razem padło na pamięci RAM, których cena wystrzeliła i pociągnęła za sobą zyski i wyceny wielkiej trójki. Dla konsumenta oznacza to jedno: droższe PC, ale dla inwestorów: eldorado.

Tak jak w przypadku chipów mamy do czynienia z bardzo wąskim gronem producentów, tak samo w przypadku pamięci operacyjnej w centrum tego zamieszania stoją trzej giganci, którzy kontrolują niemal 100% światowej produkcji pamięci. To koreańskie SK Hynix i  Samsung oraz amerykański Micron. 

Dlaczego to właśnie pamięć i jej producenci stali się nagle języczkiem u wagi? Jak nie wiadomo, o co chodzi, to chodzi o pieniądze, a w cyfrowym świecie walutą jest nie dolar czy euro, a przepustowość. Nowoczesne LLM-y to cyfrowe giganty ważące dziesiątki gigabajtów, które muszą być błyskawicznie przesyłane do jednostek obliczeniowych. 

(...)

Czym więc jest ten „święty graal” o nazwie HBM? Aby zrozumieć różnicę, musimy spojrzeć na to, jak dane podróżują. Tradycyjna pamięć RAM (obecnie w najnowszej iteracji DDR5) w Twoim komputerze to bardzo szybki kurier na motocyklu. Porusza się szybko, ale może zabrać ze sobą tylko niewielką paczkę naraz. To świetne rozwiązanie do gier (gdyby ceny nie poszły w górę) i systemu Windows.

AI potrzebuje jednak czegoś innego. Pamięć HBM (High Bandwidth Memory) to ogromny pociąg towarowy. Może i nie pędzi tak szybko jak motocykl, ale ciągnie za sobą tysiące wagonów jednocześnie. W dodatku kontenery, które ciągnie są piętrowe - dzięki technologii pionowego układania kości (3D Stacking), inżynierowie stworzyli pamięć o niespotykanie szerokiej „bramie” przesyłowej. Zamiast jednej wąskiej ścieżki mamy tu tysiącpasmową autostradę. Efekt? Podczas gdy topowe DDR5 przesyła dane z prędkością ok. 100 GB/s, najnowsze układy HBM3e osiągają zawrotne 1200 GB/s na jeden stos. To właśnie ta brutalna przepustowość pozwala „karmić” nienasycone procesory AI.

Skoro przepustowość to pieniądz, to mennicą XXI wieku stały się fabryki w Korei i USA. To one decydują o tym, jak szybko rozwija się AI, a rynek wycenia tę władzę na miliardy dolarów. Niekwestionowanym liderem tego wyścigu stał się południowokoreański SK Hynix. Firma, która przez lata żyła nieco w cieniu Samsunga, dostarczając pamięci do naszych laptopów i smartfonów (możecie ich znać chociażby z kości RAM od G.Skill czy Kingston), postawiła wszystko na jedną kartę - rzeczone pamięci HBM (High Bandwidth Memory) i co ważne w czasie, gdy konkurencja spała.

Opłaciło się. Dziś, dzięki partnerstwie z Nvidią to właśnie kości Hynixa napędzają najpotężniejsze akceleratory AI na świecie.

W ostatnim kwartale zysk operacyjny firmy wzrósł o zawrotne 137% rdr, a inwestorzy, widząc w Hynixie głównego beneficjenta boomu, wywindowali kurs akcji o ponad 200% w zaledwie pół roku i aż 330 procent w skali całego roku. 

Tuż za nim podążają Amerykanie z Micron Technology. Ich wyniki to dowód na zmianę warty w branży. Jeszcze niedawno kondycja firmy zależała od chimerycznego rynku smartfonów, ale najnowsze raporty (za IV kwartał fiskalny) nie pozostawiają złudzeń: przychody wystrzeliły o 93% rok do roku (do 7,75 mld USD), wyciągając firmę z dołka finansowego. 

Kluczowa liczba to jednak przychody z samego segmentu serwerowego, które wzrosły o gigantyczne 152%, detronizując rynek konsumencki. Co więcej, zarząd ogłosił, że ich moce produkcyjne dla najdroższych kości HBM są już całkowicie wyprzedane. 

Giełda zareagowała na te wieści błyskawicznie - akcje poszybowały w górę, a dziś Micron wyceniany jest blisko 390 procent wyżej niż przed rokiem. 

W tej układance jest jeszcze jeden trzeci gracz - Samsung, który choć początkowo został w tyle za SK Hynix w wyścigu, teraz nadrabia zaległości masą i wolumenem produkcji. Zysk operacyjny ich działu chipów (DS Division) w ostatnim kwartale wzrósł niemal trzykrotnie kwartał do kwartału, wyciągając dywizję z miliardowych strat notowanych jeszcze rok wcześniej. W ostatnim raporcie firma pochwaliła się zyskiem na poziomie 6,45 biliona wonów (ok. 4,7 mld USD). 

Wycena w ciągu roku wzrosła z kolei o przeszło 200 procent. 

Jeśli jesteście graczami i liczyliście, że obecne wzrosty to tylko chwilowa zadyszka rynku, to tak się nie stanie. W analizach największych banków inwestycyjnych, jak podaje agencja Bloomberga, coraz częściej pada termin „Memory Supercycle”. To rzadkie zjawisko, w którym popyt strukturalnie przewyższa podaż nie przez kwartał, a przez lata. 

Skąd więc ten pesymizm dla portfeli konsumentów? Tu wracamy do brutalnej fizyki produkcji. Wyprodukowanie zaawansowanej pamięci HBM jest znacznie bardziej skomplikowane i „powierzchniożerne” niż w przypadku standardowego RAM-u. Branżowa "zasada kciuka" mówi, że moce przerobowe wafla krzemowego potrzebne do stworzenia 1 GB pamięci HBM, „pożerają” możliwość wyprodukowania aż 3 GB tradycyjnego DDR5. Producenci mają więc prosty wybór: albo produkować masowo tanią pamięć do laptopów, albo przestawić linie na ultradrogą pamięć dla Nvidii. Wybór, patrząc na marże, jest oczywisty.

Widać to zresztą już w działaniach firm i prowadzi do sytuacji wręcz kuriozalnych. Najlepszym przykładem jest tu Samsung, gdzie dział produkcji pamięci zaczął odmawiać priorytetowego kontraktowania kości do smartfonów produkowanych przez… dział mobilny Samsunga. 

Analitycy z TrendForce nie pozostawiają złudzeń - czeka nas kolejna fala podwyżek. Prognozy na pierwszą połowę 2026 roku mówią o skokach cen kontraktowych DDR5 nawet o 30-60%, chociaż dotychczasowe wzrosty i tak są już drastyczne. 

Co gorsza, rykoszetem dostaje też starszy standard DDR4, ale zamiast tanieć z racji na wymianę generacyjną, również drożeje, bo jest tańszy w zakupie i jeszcze dostępny, ale… nikt już nie chce go produkować. Mechanizmy rynkowe widać tu jak na gołej dłoni. 

Jaki jest z tego wniosek dla przeciętnego Kowalskiego? Żyjemy w czasach, w których "dane to nowa ropa", a pamięć RAM stała się tankowcem do ich przewożenia. Dopóki giganci tacy jak Google, Microsoft czy OpenAI będą toczyć wyścig zbrojeń, pompując biliony w infrastrukturę, dopóty my, konsumenci, będziemy płacić swoisty "podatek od AI" przy zakupie każdego laptopa i podzespołu.

Producenci pamięci po chudych latach wreszcie trafili na swoją żyłę złota i nie zamierzają szybko odkręcać kurka z podażą dla rynku konsumenckiego. Zwłaszcza że giganci nie planują zwalniać z tempem inwestycji. Chociażby tylko Meta w najnowszym raporcie finansowym Meta zadeklarowała, że w samym 2026 roku firma planuje wydać na infrastrukturę AI astronomiczną kwotę, między 115 a 135 miliardów dolarów. To niemal podwojenie wydatków z poprzedniego roku. 

bankier.pl


Putin wita swojego nowego pana, czyli "sukcesy" w Syrii – Władimir Władimirowicz ściska dłoń nowemu prezydentowi Syrii, który dopiero co obalił jego poprzedniego sojusznika Assada. Oczywiście Rosja, jak na bogate mocarstwo przystało, zapłaci za odbudowę syryjskich miast. Baza w Al-Kamiszli? Już jej nie ma, kolejny "gest dobrej woli". Wygląda na to, że szachy 5d Putina polegały na uwiązaniu się w wojnie trwającej dłużej niż Wojna Ojczyźniana i na braku możliwości reagowania na to co się dzieje poza Ukrainą 🤡

Prędkość kontynentalna, czyli 15 metrów dumy – "Druga armia świata" ustanowiła historyczny antyrekord w ostatnich dniach: tempo natarcia wynosi 15 metrów dziennie. To najwolniejsza ofensywa w historii wojen od 100 lat.

Rosyjski sen: Wódka, trumna i nowy dom – Mieszkanka obwodu orłowskiego szczerze wyznaje plan na życie: mąż zabija za pieniądze, ona pije. Po co iść do pracy? To jest ten słynny "Ruski Mir" w pigułce – moralne dno.

Inwestycja życia: Mąż zamieniony na telefon od oszusta – Historia z internetu, która brzmi jak ponury żart. Kobieta wysłała męża na wojnę dla pieniędzy, mąż zginął w tydzień, przyszły miliony, a ona po pijaku przelała wszystko telefonicznym oszustom, którzy na koniec krzyknęli jej w słuchawkę "Sława Ukrainie!". Patriotyzm kończy się tam, gdzie zaczyna się głupota, a pieniądze z krwi znikają szybciej niż rosyjskie rezerwy walutowe. xD

Syria się buduje, Czelabińsk zamarza – Putin obiecuje odbudowę Syrii, a tymczasem w Czelabińsku domy zamieniają się w lodowe jaskinie przy -30 stopniach. Para bucha z rur, lód na ścianach, ale urzędnicy twierdzą, że "dom jest skomplikowany". Priorytety są jasne: Arabowie dostaną nowe miasta, a Rosjanie dostaną nowe obietnice i zapalenie płuc. Przecież nie można pozwolić, by obywatele żyli lepiej niż mieszkańcy zbombardowanego Aleppo.

Bohaterowie są potrzebni tylko w telewizji – Pilot, który w 2003 roku uratował 160 pasażerów lądując w polu, teraz jest ścigany o 119 milionów rubli i pracuje jako kurier. Z kolei "bohater" obecnej wojny wrócił na wózku, bez połowy głowy i z 36 kolegów zostało ich pięciu. Wniosek? Ojczyzna kocha cię tylko wtedy, gdy jesteś mięsem armatnim, a jak przeżyjesz i zrobisz coś dobrego, to i tak cię zniszczy.

Zgniły Zachód, gdzie dają jeść – Wideo z francuskiego Auchan pokazuje półki uginające się od zablokowanych w Rosji towarów. Straszna męczarnia w tej Europie, nie to co w Rosji – stabilność, mróz i Ch**ło niedługo dłużej na stołku niż Stalin. Aż żal patrzeć, jak ci biedni Francuzi muszą jeść to mięso, zamiast cieszyć się smakiem wielkiej, imperialnej biedy.

/Streszczenie i tłumaczenie materiału wideo z YT, kanał Oszukany Rosjanin - red./

x.com/AryoSomeGumul


Zamknięty system finansowy Chin jest jednym z kluczowych filarów ich pozycji gospodarczej. To właśnie z tym walczy Trump.

Żeby to zrozumieć, trzeba sięgnąć do koncepcji Niemożliwej Trójcy, która pokazuje, że Chiny grają według zupełnie innych zasad niż kraje zachodnie.

Według koncepcji (...), dla państwa możliwe są tylko 2 z 3 opcji:  

1. Stały (zarządzany) kurs waluty.  

2. Niezależna polityka monetarna (możliwość ustalania własnych stóp procentowych).  

3. Swobodny przepływ kapitału (możliwość inwestowania pieniędzy za granicę i z zagranicy bez ograniczeń).  

Chiny świadomie rezygnują z 3-jki. Dlaczego? 

Chiny nie potrzebują zagranicznego kapitału. Ich system pozwala generować dowolną ilość kredytu i finansować co im się akurat podoba (oczywiście tworzy to ryzyko politycznych patologii). Dzięki temu np. eksport chińskich samochodów może mocno rosnąć bez równoległego drastycznego osłabienia juana.

W normalnych warunkach, gdyby Chiny miały niskie stopy procentowe, a np, USA wysokie (tak jak teraz), kapitał uciekałby z Chin, osłabiając je. W modelu chińskim ten mechanizm jest po prostu zablokowany.

Nie jest to model do wdrożenia w żadnym innym kraju. Do tego ma on szereg wad - więzi kapitał obywateli, tworzy niepotrzebne nadwyżki mocy produkcyjnych. To z kolei prowadzi do globalnych wojen cenowych, a w konsekwencji – do wojen celnych, bo świat nie jest w stanie wchłonąć tych nadwyżek bez niszczenia własnego przemysłu.

Właśnie m.in dlatego Trump sięga po cła - nie da się wygrać rynkowo z graczem, który gra na kodach i operuje poza klasyczną logiką zysku i straty.

Co ważne - w tym systemie nigdy juan nie zagrozi dolarowi - przypomnijcie sobie sytuację, kiedy Rosja chciała wykorzystać juana do interwencji.

x.com/luke_skiba


Trump skrytykował środową decyzję banku centralnego o wstrzymaniu obniżania stóp procentowych w długim wpisie na swoim portalu społecznościowym Truth Social. Mimo że decyzja była szeroko spodziewana i podjęta przez 10 z 12 członków komitetu Fed, prezydent skupił swoją krytykę na prezesie Rezerwy Federalnej Jerome Powellu, który, jego zdaniem, odmówił obniżki stóp, nie mając ku temu żadnego powodu.

"Szkodzi naszemu krajowi i jego bezpieczeństwu narodowemu. Powinniśmy mieć znacznie niższe stopy procentowe teraz, gdy nawet ten kretyn przyznaje, że inflacja nie jest już problemem ani zagrożeniem. Kosztuje Amerykę setki miliardów dolarów rocznie w całkowicie niepotrzebnych i nieuzasadnionych KOSZTACH ODSETEK" - napisał Trump.

Wbrew jego słowom Powell nie ocenił w środę, że inflacja nie jest problemem, lecz że pozostaje na podwyższonym poziomie - choć wyraził przekonanie, że jej współczynnik może zmniejszyć się w okolicach połowy roku.

Trump dodał, że USA powinny mieć niskie stopy ze względu na cła i swoją siłę, twierdząc przy tym, że inne państwa są "bankomatami wypłacającymi niskie stopy (...) tylko dlatego, że USA im na to pozwalają". Zdaniem prezydenta USA wysokie cła, które nałożył na towary z reszty świata, mogłyby być wyższe.

"Innymi słowy, byłem bardzo miły, uprzejmy i delikatny dla krajów na całym świecie. Jednym ruchem pióra do USA napłynęłoby o MILIARDY dolarów więcej, a te kraje musiałyby wrócić do zarabiania pieniędzy w tradycyjny sposób, a nie na plecach Ameryki. Mam nadzieję, że wszyscy docenią, choć wielu nie, to, co nasz wspaniały kraj dla nich zrobił" - napisał prezydent. Ocenił jednak, że cła uczyniły Amerykę "dużo silniejszą i potężniejszą niż wszelkie inne kraje" i z powodu tej siły powinny mieć najniższe stopy procentowe na świecie.

Główna instytucja decyzyjna Fed, Federalny Komitet ds. Operacji Otwartego Rynku (FOMC), zdecydowała w środę o pozostawieniu referencyjnej stopy procentowej na dotychczasowym poziomie, 3,5-3,75 proc., przerywając serię trzech kolejnych obniżek. Powell tłumaczył to postanowienie chęcią zachowania ostrożności w obliczu korzystnej sytuacji gospodarczej, nadal wysokim stopniem niepewności co do dalszych perspektyw, a także poziomem inflacji, wciąż pozostającym powyżej 2-procentowego celu Fed. Odnosząc się do ceł, Powell po raz kolejny ocenił, że większość członków FOMC uważa, że wiążą się one z jednorazową podwyżką cen, a nie długotrwałą inflacją.

PAP

czwartek, 29 stycznia 2026



Premier Kanady Mark Carney oświadczył, że oczekuje ze strony USA poszanowania dla suwerenności Kanady. Odniósł się w ten sposób do doniesień czwartkowych mediów, że separatyści z Alberty kontaktują się z administracją amerykańską w sprawie oderwania tej prowincji od Kanady.

"Oczekuję, że amerykańska administracja będzie szanować suwerenność Kanady" - powiedział Carney, dodając we francuskiej części swojej odpowiedzi: "Cały czas, bez wyjątków". Podczas konferencji prasowej z premierami kanadyjskich prowincji i terytoriów Carney został zapytany, czy działania amerykańskiej administracji uważa za próby wpływania na kanadyjską politykę.

Carney dodał, że poruszył tę kwestię w rozmowie z prezydentem USA Donaldem Trumpem, zaś zapytany, czy Trump kiedykolwiek sam podjął temat separacji Alberty odpowiedział: "Nie".

Wcześniej w czwartek premier Kolumbii Brytyjskiej, sąsiadującej z Albertą, David Eby nazwał separatystów "zdrajcami". Podczas konferencji prasowej podkreślił, że rozumie chęć przeprowadzenia referendum, "ale jechać do obcego kraju i prosić o pomoc w zniszczeniu Kanady? Jest na to starodawne słowo - a tym słowem jest zdrada".

Zaś premier Alberty Danielle Smith, której konserwatywna partia UCP popiera działania "suwerennościowe" Alberty, dodała, że "zawsze" jasno się opowiadała za "silną i suwerenną Albertą w ramach silnej Kanady". Winą za separatystyczne nastroje obarczyła poprzedniego premiera Kanady Justina Trudeau i podkreśliła, że mieszkańcy Alberty muszą zobaczyć nadzieję i to, "że Kanada działa".

Premier Kanady i premierzy prowincji zareagowali w ten sposób na czwartkowy artykuł w "Financial Times" ("FT"), w którym napisano, że przedstawiciele administracji Trumpa odbyli kilka tajnych spotkań z liderami Alberta Prosperity Project (APP), grupy opowiadającej się za secesją prowincji od Kanady. Do spotkań tych doszło trzykrotnie od kwietnia 2025 roku, a kolejne spotkanie planowane jest na luty. Liderzy APP zamierzają wystąpić o pożyczkę w wysokości 500 mln dolarów na sfinansowanie potrzeb prowincji w przypadku referendum w sprawie niepodległości.

W ub.r. o takich spotkaniach i pożyczce donosił m.in. portal faktchekingowy DeSmog i kanadyjski magazyn TheTyee.

W zeszły piątek separatystów w Albercie poparł amerykański sekretarz skarbu (minister finansów) Scott Bessent, wypowiadając się dla skrajnie prawicowego kanału Real America’s Voice (Głos Prawdziwej Ameryki).

Cytowany w "FT" rzecznik amerykańskiego Departamentu Stanu oświadczył, że jego resort "regularnie spotyka się z przedstawicielami społeczeństwa obywatelskiego", ale nie zostały podjęte żadne zobowiązania. Źródło znające stanowisko Bessenta poinformowało dziennikarzy, że ani on, ani inni pracownicy ministerstwa finansów nie wiedzieli o propozycji pożyczki i nie zamierzają jej omawiać.

APP zbiera obecnie podpisy pod petycją o referendum w sprawie odłączenia Alberty od Kanady. Jednak wcześniej, w październiku ub.r., ponad 456 tys. osób podpisało się pod petycją o referendum w sprawie zgody na pozostanie Alberty jako prowincji w Kanadzie. Termin referendum nie został jeszcze podany.

Natomiast na początku stycznia grupa narodów indiańskich (First Nations) z Alberty zaskarżyła do sądu rząd Alberty za umożliwianie działalności separatystycznej APP. Indianie przypomnieli, że rząd Alberty jest związany traktatami, które narody indiańskie podpisywały z Koroną brytyjską jeszcze przed powstaniem prowincji i bez zgody Indian nie ma możliwości odłączenia Alberty od Kanady.

PAP


Tim Cook najwyraźniej poczuł się zmuszony do wydania oświadczenia. W wewnętrznym komunikacie skierowanym do pracowników koncernu Apple — który nieprzypadkowo szybko trafił do wielu amerykańskich mediów — wykazał się zaskakującą emocjonalnością. Napisał, że jest "głęboko wstrząśnięty wydarzeniami w Minneapolis" i osobiście poinformował prezydenta Donalda Trumpa o swoim zaniepokojeniu. Dodał, że priorytetem jest teraz złagodzenie napięć.

"Wierzę, że Ameryka jest najsilniejsza, gdy realizujemy nasze najwyższe ideały, gdy traktujemy każdego z godnością i szacunkiem, bez względu na to, kim jest i skąd pochodzi, oraz gdy akceptujemy nasze człowieczeństwo. W tym tygodniu odbyłem owocną rozmowę z prezydentem, podczas której przedstawiłem mu swoje poglądy i doceniam jego otwartość na kwestie, które są ważne dla nas wszystkich" — napisał prezes Apple w komunikacie.

Fakt, że czuł się zmuszony do zabrania głosu, może mieć również związek z tym, że spotkał się z krytyką opinii publicznej i własnych pracowników. Zaledwie kilka godzin po tym, jak w sobotę pielęgniarz Alex Pretti został zabity w Minneapolis przez funkcjonariuszy ICE, Cook uczestniczył w wieczornym wydarzeniu w Białym Domu. Atmosfera wydawała się być wesoła — po zakończeniu Cook obejrzał "Melania": nowy film o pierwszej damie Melanii Trump.

(...)

Giganci technologiczni, tacy jak Meta czy Microsoft, stali się nieodzownym elementem drugiego co do wielkości kompleksu wojskowego na świecie. Kristi Noem, sekretarz bezpieczeństwa krajowego Stanów Zjednoczonych, nie ukrywa, że jej departament przeznacza ogromne kwoty na wzmocnienie ochrony granic.

Republikanka twierdzi, że dzięki "Wielkiej, pięknej ustawie" ("The One Big Beautiful Bill Act") jej departament otrzymał "niesamowicie duże środki". Według "Washington Post" pierwsza transza sięga do 6 mld dol. (21 mld zł). Wkrótce kwota ta może znacznie wzrosnąć. Biznes związany z wojskiem i ochroną granic jest zabezpieczony na lata.

Również funkcjonariusze ICE coraz częściej korzystają z produktów koncernów technologicznych, zwłaszcza Palantir [amerykańskiej firmy tworzącej produkty do analizy dużych zbiorów danych]. Nic więc dziwnego, że dotychczas w zarządach w Kalifornii i Teksasie starano się unikać otwartego krytykowania prezydenta. Dlatego też obecne wyrazy zaniepokojenia ze strony Doliny Krzemowej są bardzo ostrożne.

Sam Altman, prezes OpenAI, powiedział jasno i wyraźnie. — ICE posuwa się za daleko. Istnieje ogromna różnica między deportacją brutalnych przestępców a tym, co dzieje się obecnie, i musimy jasno to rozróżnić — stwierdził.

Następnie jednak w komunikacie wysłanym do pracowników przemycił pochlebstwo pod adresem prezydenta. "Kocham Stany Zjednoczone i ich wartości demokracji i wolności i będę wspierał ten kraj z całych sił. Prezydent Trump jest bardzo silnym przywódcą i mam nadzieję, że sprosta temu wyzwaniu i zjednoczy kraj. Reakcje z ostatnich godzin dodają mi otuchy i mam nadzieję, że dzięki przejrzystym dochodzeniom uda się przywrócić zaufanie" — napisał.

Krytyka ze strony Doliny Krzemowej jest następstwem listu protestacyjnego z początku tygodnia. Podpisało go 60 szefów przedsiębiorstw, w tym znanych firm, takich jak 3M, United Health czy sieć handlowa Target. Zamaskowani funkcjonariusze ICE wielokrotnie wpadali do ich sklepów i zatrzymywali w nich osoby, które podejrzewali o nielegalny pobyt w kraju.

"W tym trudnym dla naszej społeczności czasie wzywamy do pokoju i ukierunkowanej współpracy między lokalnymi, stanowymi i federalnymi przywódcami" — napisali w poniedziałkowym liście.

Teraz, gdy dyrektorzy firm technologicznych, tacy jak Cook i Altman, wyrazili swoje stanowisko, krytyka ze strony świata biznesu powinna ucichnąć, przynajmniej na razie. Niezadowolenie panuje tam już od dłuższego czasu, ale prawie nikt nie odważył się wejść w konflikt z administracją Trumpa.

(...)

Niepokojące obrazy z Minneapolis nie wywołują jednak sprzeciwu wszystkich firm technologicznych. Palantir na przykład najwyraźniej poczuł się zmuszony uzasadnić swoje działania przed pracownikami, ale powstrzymał się od publicznych oświadczeń na temat ostatnich wydarzeń.

Dzięki oprogramowaniu Palantir ICE może generować widoki map, zaznaczać punkty newralgiczne lub całe dzielnice, w których przebywa wiele potencjalnych migrantów, a tym samym planować naloty. Dzięki monitorowaniu w czasie rzeczywistym funkcjonariusze ICE mogą również śledzić ruchy wybranych osób — na przykład poprzez informacje o ich podróżach i lotach, metadane z telefonów komórkowych lub inne ślady cyfrowe.

Jak donosi platforma śledcza Wired, wśród pracowników Palantir rośnie niezadowolenie z wykorzystywania oprogramowania przez funkcjonariuszy ICE. Niedawno zadali kierownictwu krytyczne pytania dotyczące przykładowo celowości dalszej współpracy z ICE. "Moim zdaniem ICE to ci źli. Nie jestem dumny z tego, że firma, dla której tak chętnie pracuję, bierze w tym udział" — napisał jeden z pracowników na Slacku. Nie są jednak znane żadne wypowiedzi zarządu w tej sprawie.

Drugi przypadek śmiertelnego postrzelenia przez funkcjonariuszy ICE w Minneapolis w ciągu kilku tygodni wywołał również nową debatę na temat prawa do posiadania broni — co może stać się poważnym problemem dla Trumpa. — Nie wolno posiadać broni, nie wolno wchodzić z bronią, to nie jest możliwe — powiedział prezydent USA przed dziennikarzami, zaprzeczając w ten sposób drugiej poprawce do konstytucji, która zasadniczo zezwala Amerykanom na noszenie broni.

Wypowiedzi te spotkały się ze szczególnym sprzeciwem jednego z najpotężniejszych lobby w USA: National Rifle Association (NRA, Krajowego Stowarzyszenia Strzeleckiego), od dziesięcioleci jednego z największych i najbardziej wpływowych darczyńców Partii Republikańskiej. Niezadowolenie budzi również to, że prezydent stosuje podwójne standardy: podczas publicznych wydarzeń MAGA organizowanych przez jego zwolenników w wielu miastach USA często pojawiają się ciężko uzbrojeni demonstranci.

Teraz jednak NRA i inne amerykańskie lobby broni palnej domagają się "pełnego śledztwa" w sprawie zabójstwa Alexa Prettiego. NRA wydało oświadczenie — wypowiedź prokuratora federalnego Billa Essayli, który stwierdził, że osoby noszące broń narażają się na to, że zostaną legalnie zastrzelone przez funkcjonariuszy, nazwało "niebezpieczną i błędną". Essayli napisał wcześniej w serwisie X: "jeśli zbliżasz się do policji z bronią, istnieje duże prawdopodobieństwo, że będzie ona miała prawo do oddania strzału. Nie rób tego!".

NRA natomiast nie zgadza się z twierdzeniem administracji Trumpa, że to Pretti sprowokował strzały. "Odpowiedzialne głosy publiczne powinny poczekać na zakończenie pełnego śledztwa i nie generalizować ani nie potępiać przestrzegających prawa obywateli. Czekając na te fakty i uzyskanie jaśniejszego obrazu sytuacji, wzywamy decydentów politycznych do uspokojenia sytuacji, aby zapewnić bezpieczeństwo swoim wyborcom i funkcjonariuszom organów ścigania" — czytamy w oświadczeniu.

onet.pl

środa, 28 stycznia 2026



Na początku XIX wieku na dworze cesarskim zaczęło maleć zainteresowanie Tybetem. Wraz ze słabnięciem mandżurskich Chin osłabła kontrola, stając się w połowie wieku XIX czysto nominalną: jeden z ambanów skarżył się, że jest w Lhasie gościem, nie gospodarzem. Tybet odzyskał część terenów wcielonych do pozostałych prowincji, a nawet stoczył wojny z Ladakhiem (1842) i Nepalem (1856) bez udziału Qingów. Mandżursko-chińska armia niewiele by zresztą pomogła, bo garnizon wojskowy w Lhasie stopniał do setki żołnierzy, w większości cierpiących na syfilis, zwany od tej pory w Tybecie „chińską chorobą”. Wykorzystując osłabienie imperialnego centrum, Tybetańczycy odmówili korzystania ze złotej urny, a następnie zgodzili się na rozwiązanie kompromisowe. Lamaistyczni duchowni wybierali swojego kandydata zgodnie z buddyjskimi procedurami, a potem to właśnie tabliczkę z jego imieniem cudownym trafem wyciągał z urny amban. Raz nawet, by zagwarantować wybór zgodny z wolą Buddy i cesarza, w urnie umieszczono trzy tabliczki z imieniem tylko jednego, właściwego kandydata. Potem w ogóle dano sobie spokój z urną.

Tybet rządził się sam, w izolacji, pasującej zresztą miejscowym. W 1815 roku zakazano wjazdu cudzoziemcom (czytaj: Europejczykom), których nie lubiano, bo „zagrażali buddyzmowi”. Z tego powodu nie wpuszczono do Tybetu Mikołaja Przewalskiego, który do końca życia daremnie marzył o zobaczeniu Lhasy. Raz miał nawet pozwolenie chińskich władz, ale Tybetańczycy je zignorowali. Podobnie zrobili z brytyjskimi ofertami rozwinięcia handlu i z brytyjsko-chińską delimitacją granicy w Himalajach, uczynioną ponad ich głowami. Na tle Brytyjczyków Rosjanie wydali się Tybetańczykom jednak znośniejsi, więc Dalajlama XIII zrobił ruch w ich stronę, wysyłając swoich przedstawicieli do cara. Petersburgowi to odpowiadało, Rosjanie byli zainteresowani Dachem Świata z przyczyn strategicznych (Wielka Gra z Anglią), imperialistycznych (kolejny potencjalny obszar do podboju, Rosja to lubi) oraz mistycznych – nad Wołgą wielu wierzyło, że car Aleksander I, ten od Boże, coś Polskę, wcale nie zmarł, tylko zrzekł się tronu i udał się do Tybetu. Ot, taka rosyjska wersja ezoterycznych mitów o Jezusie w Kaszmirze.

W efekcie doszło do krótkotrwałego zbliżenia tybetańsko-rosyjskiego. Car gościł wysłanników dalajlamy, Tybetańczycy zaczęli wpuszczać rosyjskich szpie…, znaczy: podróżników, krążyły plotki o dostawach rosyjskiej broni. Wszystko to bardzo denerwowało Brytyjczyków, co w połączeniu z odrzucaniem przez Tybetańczyków propozycji rozmów i konsekwentną izolacją przywiodło wicekróla Indii, lorda Curzona (tego od późniejszej wschodniej linii granicznej Polski), do decyzji o zbrojnej interwencji w Tybecie.

Poprowadził ją w latach 1903–1904 pułkownik Francis Younghusband, wówczas kiplingowski imperialista, uczestnik Wielkiej Gry i rywal polskiego generała carskiej armii Bronisława Grąbczewskiego w Pamirze. Younghusband po kolonialnemu szybko rozwiązał spory: karabiny maszynowe Maxim okazały się skuteczniejsze od tybetańskich świętych amuletów chroniących przed kulami. Zginęło od sześciuset do trzech tysięcy Tybetańczyków przy stratach Brytyjczyków wynoszących około czterdziestu poległych. Lhasa padła, Dalajlama uciekł do Mongolii, Younghusband wymusił otwarcie handlu i wkrótce po tym wrócił do Indii. Historia ta skończyłaby się jak wiele podobnych w czasach  kolonialnych, jednoliniową wzmianką w zakurzonych podręcznikach lub zatartą inskrypcją na którymś z pomników brytyjskich w Kalkucie, gdyby nie jedno.

W Tybecie Younghusband miał wizję. Już po zmasakrowaniu Tybetańczyków i zajęciu Lhasy brytyjski komisarz doświadczył objawienia w tybetańskich Himalajach. Odczuł „miłość do całego świata”, zrozumiał, że „ludzie są w swoich sercach bogami”, a nawet pożałował podboju Tybetu. Był to początek jego ewolucji z kolonialnego oficera w pradziadka hippisów. Zaczął wierzyć w kosmiczne promienie; telepatię; Matkę Ziemię oraz obcych na planecie Altair; szukał nowego Chrystusa i wszystko to opisał w licznych książkach. Dołączył do rosnącej od drugiej połowy XIX wieku grupy zachodnich poszukiwaczy sensu życia z pomocą mądrości Wschodu, obejmującej między innymi amerykańskiego oficera Henry’ego Steela Olcotta i rosyjską szlachciankę Jelenę Bławatską, założycieli Towarzystwa Teozoficznego, tłumaczkę buddyjskiego kanonu z Pali Carolyn Rhys-Davies, malarza symbolistę Nikołaja Roericha i wielu innych.

Takie były prapoczątki ruchu New Age.

Michał Lubina - Chiński obwarzanek


Gdy KPCh przejęła władzę w Chinach pod koniec lat 40., wprowadziła centralnie zarządzaną gospodarkę planową. W 1958 Mao Zedong utworzył system dziedzicznego zezwolenia na pobyt stały, który określał, gdzie ludzie mogli pracować. Mieszkańcy zostali, najogólniej mówiąc, skategoryzowani jako pracownicy „miejscy” lub „wiejscy”. Pracownik chcący przenieść się ze wsi do miasta by podjąć pracę w sektorze innym niż rolniczy, musiał ubiegać się o pozwolenie w odpowiednich organach administracji. Liczba pracowników, którym pozwalano na takie przeniesienie była ściśle kontrolowana. Migrujący pracownicy potrzebowali sześciu pozwoleń, by starać się o pracę w prowincji innej niż ich pierwotna. Osobom, które pracowały poza obszarem, do którego zostały oficjalnie przypisane, nie przysługiwały racje zboża, zakwaterowanie z miejsca pracy lub opieka zdrowotna. Edukacja, zatrudnienie, małżeństwo i inne aspekty życia były kontrolowane.

Założeniem hukou miało być ograniczenie masowej migracji z obszarów wiejskich do miast dla zapewnienia równowagi strukturalnej w obliczu istnienia ogromnej populacji ubogich rolników. System hukou był narzędziem scentralizowanej gospodarki planowej. Poprzez regulację pracy gwarantował licznym przedsiębiorstwom państwowym odpowiednią liczbę nisko opłacanych pracowników.

Przez pewien okres Chińskie Ministerstwo Bezpieczeństwa Publicznego kontynuowało uzasadnianie systemu hukou na podstawie przesłanki o porządku publicznym, a także dostarczało danych demograficznych dla rządowej polityki centralnego planowania.

System hukou jest usprawiedliwiany przez niektórych uczonych jako podnoszący stabilność Chin dzięki lepszemu monitorowaniu „osób namierzonych”, które według standardów partii są politycznie podejrzane. Ciągle pozostaje to istotną funkcja hukou.

Od około roku 1953 do 1976 policja okresowo robiła obławy na osoby nie posiadające ważnego pozwolenia stałego pobytu, umieszczała je w centrach zatrzymań i wydalała z miast. Przepisy administracyjne wydane w roku 1982, znane jako „areszt i repatriacja” upoważniały policję do zatrzymań ludzi i ich „repatriacji” do miejsca stałego zamieszkania.

Chociaż w teorii od jednostki wymaga się, by mieszkała na terenie, do którego jest przypisana na mocy zezwolenia, w rzeczywistości system w dużej mierze się załamał. Po reformach rynku w Chinach nieoficjalna migracja do miast i znalezienie pracy bez ważnego zezwolenia stały się możliwe. Reformy ekonomiczne stworzyły naciski, które pobudziły migrację z głębi kraju na wybrzeże. Dostarczyły również impulsu dla władz do niewprowadzania kontroli migracji.

(...)

Od około roku 1953 do 1976 egzekwowanie praw związanych z miejscem zamieszkania doprowadziło do wyodrębnienia się najniższej klasy społecznej. Podczas gdy mieszkańcy miast cieszyli się gamą społecznych, ekonomicznych i kulturowych korzyści, ośmiuset milionowa populacja wsi chińskiej była traktowana jako obywatele drugiej kategorii. Tym niemniej jednak partia rządząca poczyniła pewne ustępstwa względem rolników, by uczynić życie na wsi możliwym do zniesienia.

W latach 1978–2001 Chiny przeszły od kapitalizmu państwowego do kapitalizmu rynkowego. Na obrzeżach miast stworzono strefy produkujące towary na eksport, gdzie pracownikami w najcięższych warunkach były głównie kobiety. Ograniczenia mobilności imigrantów były wszechobecne. Tymczasowi pracownicy byli zmuszani do niepewnej egzystencji w noclegowniach firm lub w slumsach.

Wpływ systemu hukou na imigrantów stał się szczególnie uciążliwy w latach 80., po tym jak setki milionów osób zostały wypchnięte z państwowych korporacji i spółdzielni. Od lat 80. około 200 milionów Chińczyków żyje poza oficjalnym miejscem zameldowania. W miastach cierpią z powodu o wiele niższego dostępu do edukacji i usług rządowych. Pod pewnymi względami ich status społeczny i ekonomiczny jest podobny do statusu nielegalnych imigrantów. Miliony rolników, którzy opuścili swe ziemie, utknęło na marginesie miejskiego społeczeństwa. Oskarża się ich tam o bycie przyczyną rosnącej przestępczości i bezrobocia. Pod presją mieszkańców miast (posiadających miejski hukou), ich władze wprowadzają dyskryminujące prawa.

System hukou jest nazywany „chińskim apartheidem”. Stopniowe rozluźnianie pewnych represyjnych aspektów systemu hukou od połowy lat 90. w dużym stopniu wyeliminowało przestrzenny wymiar apartheidu. Jednak hukou ciągle jest dziedziczny, więc główny element społecznego apartheidu pozostaje niezmienny.

(...)

Niektórzy uczeni z Chin kontynentalnych uważają, że system hukou, pomimo iż jest dyskryminujący, nie jest gorszy niż system paszportowy zatrzymujący obywateli krajów rozwijających się przed osiedleniem się na Zachodzie. System ten został nazwany globalnym apartheidem. /Piękna bzdura - red./

pl.wikipedia.org

wtorek, 27 stycznia 2026



Wojska rosyjskie kontynuują zmasowane ataki kombinowane na infrastrukturę energetyczną. Od 20 stycznia wieczorem do 27 stycznia rano agresor użył łącznie 1072 dronów, z czego 965 uderzeniowych „szahedów”, oraz 24 pocisków balistycznych i manewrujących. Obrońcy zadeklarowali zneutralizowanie 929 bezzałogowców oraz zestrzelenie 14 rakiet.

Do najbardziej zmasowanego ataku doszło w nocy z 23 na 24 stycznia, kiedy to Rosja użyła ponad 375 dronów i kilkunastu rakiet różnego typu (m.in. przeciwokrętowych pocisków Cyrkon). Celami były obiekty infrastruktury energetycznej i mieszkalnej w Kijowie (jedna osoba zginęła, kilka zostało rannych, a ponad 800 tys. abonentów pozostało bez prądu), w Charkowie (atak trwał dwie i pół godziny, rannych zostało 30 osób, uderzono m.in. w szpital położniczy) i innych miastach (łącznie ponad 170 obiektów, w tym 80 budynków mieszkalnych). W ataku na stolicę uszkodzone zostały m.in. budynki kompleksu klasztornego Ławry Peczerskiej, wpisanej na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Jak podkreśliła 25 stycznia premier Julija Swyrydenko, skutki uderzenia, ze względu na uszkodzenia wyrządzone w poprzednich dniach oraz nadzwyczaj trudne warunki pogodowe, były dla sektora energetycznego najpoważniejsze od 2022 r. – aż 85% odbiorców na całej Ukrainie miało zostać pozbawionych dostępu do energii elektrycznej (jak dotąd udało się przywrócić dostawy prądu dla 60% użytkowników).

W ciągu ostatniego tygodnia celami ataków rosyjskich były obiekty infrastruktury energetycznej na całej Ukrainie – ucierpiały Zaporoże (20, 21, 25 stycznia – atak trwał łącznie kilkanaście godzin), Krzywy Róg (21 stycznia), Charków (20, 21, 23, 25, 26 stycznia – pozbawionych prądu zostało ponad 1,1 mln mieszkańców miasta i całego obwodu charkowskiego), Chersoń (21 i 27 stycznia – trafiony został m.in. wieżowiec mieszkalny w centrum miasta), Dniepr (22 stycznia), Sumy (23 stycznia), Odessa (26 i 27 stycznia) oraz miejscowości w obwodach żytomierskim (23 stycznia), czernihowskim (24 stycznia), mikołajowskim (26 stycznia) i lwowskim (27 stycznia).

W nocy z 22 na 23 stycznia Siły Obrony Ukrainy dokonały ataku bezzałogowych statków powietrznych na należące do spółki Pienzanieftieprodukt magazyny paliw w Penzie. Opublikowane zdjęcia satelitarne świadczą o tym, że całkowicie zniszczony został co najmniej jeden zbiornik paliwa, zaś kilka innych nosi ślady uszkodzeń. Baza ta to część koncernu Rosniefti i jeden z największych obiektów paliwowych w regionie. W jej skład wchodzi 18 zbiorników o łącznej pojemności ok. 21,6 tys. m³. Obiekt odpowiada za zaopatrywanie w paliwa sektora cywilnego i jednostek wojskowych Federacji Rosyjskiej oraz pełni funkcję regionalnego punktu przeładunkowo-dystrybucyjnego. Penza znajduje się ponad 500 km od granicy z Ukrainą.

W nocy z 25 na 26 stycznia ukraińskie drony uderzeniowe zaatakowały infrastrukturę rafinerii Sławiańsk EKO w Sławiańsku nad Kubaniem w Kraju Krasnodarskim. Zgodnie z komunikatem opublikowanym przez Sztab Generalny Sił Zbrojnych Ukrainy trafione miały zostać elementy instalacji przerobu ropy naftowej. Skala zniszczeń pozostaje jednak nieznana.

(...)

26 stycznia Fedorow poinformował, że jednostki wojskowe, które przystąpiły do programu „Armia Dronów. Bonus” wyeliminowały w ubiegłym roku 240 tys. rosyjskich żołnierzy, a także dokonały 62 tys. trafień w lekki sprzęt wojskowy wroga, 29 tys. trafień w sprzęt ciężki oraz 32 tys. w bezzałogowe statki powietrzne. Ogółem ukraińskie drony są odpowiedzialne za prawie 820 tys. trafień w cele nieprzyjaciela. Wśród najbardziej skutecznych formacji znalazły się Ptaki Madiara, Jednostka Specjalna SBU Alfa oraz Grupa Łazara.

21 stycznia ukraiński wywiad wojskowy (HUR) opublikował dane dotyczące przedsiębiorstw zaangażowanych w produkcję rosyjskich pocisków manewrujących 9M727 wykorzystywanych w systemie rakietowym Iskander-K. Według ustaleń wywiadu kluczowym przedsiębiorstwem w cyklu produkcyjnym jest Biuro Badawczo-Konstrukcyjne „Nowator”, należące do koncernu Ałmaz-Antiej. HUR ujawnił również dane dotyczące 39 rosyjskich oraz jednego białoruskiego przedsiębiorstwa, które uczestniczą w produkcji głowic bojowych, silników turboodrzutowych i ich komponentów, satelitarnych oraz bezwładnościowych systemów nawigacyjnych, a także innych elementów elektronicznych wykorzystywanych w pociskach Iskander-K. Szczególną uwagę wywiad zwrócił na fakt, że 8 z 41 wymienionych przedsiębiorstw nadal nie zostało objętych sankcjami żadnego z państw należących do koalicji sankcyjnej. Wśród nich znalazły się m.in.: Tambowskie Zakłady „Elektropribor”, JSC „Wysokie Technologie” i Wołżańskie Zakłady Elektromechaniczne.

24 stycznia zastępca szefa Służby Wywiadu Zagranicznego Ukrainy Ołeh Łuhowskyj wskazał, że białoruski kompleks wojskowo-przemysłowy został silnie zintegrowany z rosyjskim, a ponad 80% białoruskich firm uczestniczy w realizacji Rosyjskiego Państwowego Zamówienia Obronnego oraz Państwowego Programu Zbrojeń Rosji na lata 2025–2034. Białoruskie przedsiębiorstwa zajmują się m.in.: naprawą broni pancernej i rakietowo-artyleryjskiej, obsługą sprzętu łączności i systemów automatycznego sterowania, serwisem sprzętu lotniczego, dostarczaniem pocisków artyleryjskich i systemów bezzałogowych.

Podczas wystąpienia na Forum w Davos 22 stycznia prezydent Wołodymyr Zełenski przekonywał, że Rosja traci obecnie 35 tys. żołnierzy miesięcznie. Stanowi to według niego znaczący skok w porównaniu do szacunków sprzed roku, gdy najeźdźca tracił 14 tys. żołnierzy miesięcznie. Podkreślił przy tym, że armia rosyjska mobilizuje od 40 tys. do 43 tys. ludzi miesięcznie, jednak ok. 10–15% z nich dezerteruje lub zostaje rannych podczas walk.

24 stycznia podczas ataku na śmigłowce w rejonie Kropywnyckiego siły rosyjskie po raz pierwszy użyły „szahedów” wyposażonych w terminale satelitarne Starlink. Dzięki temu Rosjanie są w stanie na bieżąco koordynować lot bezzałogowców i precyzyjnie trafiać w cel.

23 stycznia ukraińska Służba Wywiadu Zagranicznego podała, że Kreml zatwierdził tzw. Strategię zrównoważonego rozwoju obwodu azowskiego do 2040 r. – dokument, który pod pozorem długofalowego planowania społeczno-gospodarczego ma na celu uzasadnienie nielegalnej aneksji tymczasowo okupowanych terytoriów Ukrainy oraz ich włączenie do rosyjskiej przestrzeni prawnej, administracyjnej i gospodarczej. Strategia formalnie obejmuje siedem podmiotów Federacji Rosyjskiej, w tym Autonomiczną Republikę Krymu oraz okupowane obwody: doniecki, ługański, chersoński i zaporoski. Dokument stanowi kolejny krok w kierunku legitymizacji okupacji przy użyciu narzędzi biurokratycznych i ekonomicznych. Zakłada m.in.: poprawę jakości usług komunalnych dla 2,58 mln osób, stworzenie „komfortowych warunków życia” dla 750 tys. mieszkańców, osiągnięcie poziomu 23,6 mln przyjazdów turystycznych rocznie. Zapowiedziano również utylizację zatopionych statków na Morzu Azowskim oraz daleko idące zmiany w systemach gospodarki wodnej rzek Don i Dniepr. W dokumencie nie znalazły się informacje o źródłach finansowania strategii.

21 stycznia mer Kijowa Witalij Kliczko przekazał, że od początku roku ze stolicy Ukrainy wyjechało ok. 600 tys. osób. Biuro prasowe mera wyjaśniło, że liczba ta opiera się na danych rozliczeniowych operatorów telefonii komórkowej. Na obecną sytuację wpływają m.in. wyjazdy mieszkańców do innych miast, przedłużone ferie, a także nauka zdalna – wielu studentów uczestniczy w zajęciach online, przebywając poza stolicą. 23 stycznia Kliczko zaapelował do mieszkańców – zarówno tych, którzy pozostają w mieście, jak i tych, którzy mają możliwość opuszczenia go – o przygotowanie zapasów żywności, wody oraz niezbędnych leków. Jak podkreślił, sytuacja jest bardzo trudna i może ulec dalszemu pogorszeniu.

Kijowska Miejska Administracja Wojskowa nie potwierdziła doniesień o wyjeździe ponad pół miliona osób, twierdząc, że gdyby ze stolicy wyjechała tak duża liczba abonentów, którym dostarczana jest energia elektryczna, sytuacja w energetyce prawdopodobnie nie byłaby tak krytyczna. 26 stycznia prezydent Zełenski poinformował, że w Kijowie niemal 60% odbiorców pozostaje bez dostaw energii elektrycznej, a ok. 1,2 tys. bloków mieszkalnych w stolicy nadal nie ma ogrzewania. Wskazał zarazem, że najtrudniejsza sytuacja panuje też w obwodach kijowskim, charkowskim, sumskim, czernihowskim oraz dniepropetrowskim. Ministerstwo Spraw Wewnętrznych zwiększa liczbę punktów wsparcia i ogrzewania dla mieszkańców (w Kijowie funkcjonuje obecnie ponad 1,3 tys. tzw. punktów niezłomności, zapewniających mieszkańcom dostęp do podstawowych usług w warunkach kryzysowych). Zełenski zaznaczył, że kluczowe jest utrzymanie działania stacji bazowych łączności komórkowej. Premier oraz minister obrony mają zweryfikować dane dotyczące zwolnienia od służby wojskowej pracowników firm energetycznych i przedsiębiorstw komunalnych usuwających skutki rosyjskich ataków.

osw.waw.pl


Milblogerzy: Kontrolowana opozycja

Zachodnie media czasem przedstawiają rosyjskich "blogerów wojennych" - milblogerów - jako niezależnych świadków, "prawdę opowiadających". To bardzo naiwne. W Rosji nie ma niezależności. Jest jedno - stopień przywiązania do systemu.

Blogosfera "Z" - tak się ją czasem określa - narodziła się z rozczarowania. W 2022 roku oficjalne komunikaty Ministerstwa Obrony Rosji stały się nieważliwe nawet dla własnych żołnierzy. Przepaść między słowami a rzeczywistością była zbyt wielka.
Kreml stanął przed wyborem. Albo monopolizować całą informację (bardzo trudne i ryzkowne) - i zostać ośmieszonym. Albo pozwolić krytyce taktycznej, logistycznej, personalnej - pod warunkiem, że strategiczna będzie zakazana.
Wybrał drugie. Efektem jest sieć kanałów Telegramu, które każdego dnia opowiadają o porażkach, korupcji, głupich generałach - ale zawsze kończą się słowami: trzeba walczyć. Trzeba mobilizować się. Trzeba wygrać. 

Te kanały rosną szybko. Np. "Dwaj Majorowie" zwęszyli zasięgi z 740 tysięcy do 1,17 miliona subskrybentów w ciągu kilku miesięcy. Czemu? Bo prawie mówią prawdę. Prawie jest tu różnicą.

Reguły tej gry są nienazwane, lecz jasne - Krytykować można logistykę, taktykę, generałów. Krytykować nie można decyzji Putina, celów wojny, samej operacji. Ton musi być: patriota rozczarowany, ale nie zdrajca.

I to działa. 

Kreml toleruje to, bo to wentyl bezpieczeństwa. Ludzie mogą wrzeszczeć w kanałach Telegramu - i nie będą się buntować. Służy to wszystkim i dla obywateli, gdyż są "alternatywnie" doinformowani, a i  blogerzy zyskują zasięg oraz znaczenie, Kreml ma nad tym ma kontrolę.
Ale ta kontrola jest pozorna. Bo nikt w tych kanałach nie wie, że mogą być wykorzystywane do czegoś innego.

Pytanie czy milblogerzy wiedzą, co publikują?

To jest centralne pytanie mojej analizy. Gdy kanał Z-blogera publikuje szczegółową narrację o tablecie Achmedowa - czy opowiadają fakt, który znają z wewnątrz? Czy publikują dezinformację, którą komuś zależy rozpowszechniać? Czy może konstruują narrację ex post facto z rzeczy, które widzieli, ale źle je zinterpretowali? 

Odpowiedź jest prosta - nie wiemy. I to jest właśnie sedno gry cieni.

x.com/Maciej_Korowaj


PAP: Kim przed strajkiem w Stoczni Gdańskiej był Lech Wałęsa?

Krzysztof Brożek: W sierpniu 1980 roku nie miał jeszcze skończonych 37 lat. Był żonaty, niedawno urodziło mu się szóste dziecko. Należał do nielegalnych Wolnych Związków Zawodowych. Jako reportażysta i historyk staram się przede wszystkim słuchać innych, a nie komentować i oceniać. Ale jeśli już miałbym pokusić się o charakterystykę Lecha Wałęsy, to powiedziałbym, że jest to self-made man. Pochodzi z chłopskiej rodziny, wyrwał się ze wsi, wyjeżdżając do Gdańska, gdzie został elektrykiem w stoczni. W tamtym czasie to już był wyznacznik awansu, a w nim mimo to wciąż grała ambicja, by osiągnąć coś więcej. Znajdował się w różnych sytuacjach, stykał się z różnymi ludźmi i ciągle podpatrywał, uczył się i tworzył siebie na nowo.

PAP: Rozmawiał pan z kolegami i sąsiadami Wałęsy ze Stogów. Jak go postrzegało najbliższe środowisko?

K.B.: Ci, którzy byli mu nieżyczliwi, widzieli w nim megalomana i człowieka pazernego na życie. Ci, którzy mu sprzyjali, dostrzegali pracowitość, aktywność i charyzmę. Wydaje się, że mówili o tej samej cesze Wałęsy, tylko w zależności od własnego nastawienia oceniali ją negatywnie lub pozytywnie. Każdy w jego środowisku się zmieniał, ale Wałęsa dokonywał zmian z jakąś zapalczywością, coś go pchało i kazało być aktywnym nawet w sytuacjach, w których to innych drażniło, a nawet mogło mu zaszkodzić.

(...)

PAP: Wałęsa podpisał zobowiązanie do współpracy 21 grudnia 1970 roku, kilka dni po masakrze robotników, gdy wojsko i milicja zastrzeliły 16 osób. Został zastraszony?

K.B.: Na około ośmiuset zatrzymanych w tych dniach demonstrantów dokumenty współpracy podpisało stu czterdziestu. Z samej Stoczni Gdańskiej – trzydziestu kilku. Spośród różnych komitetów strajkowych na Wybrzeżu – czternastu. Wałęsa nie powiedział o tym podpisie nawet żonie. Jak wyglądały takie werbunkowe przesłuchania, opowiedział mi stoczniowiec Jerzy K., TW „Kolega”, który swojej późniejszej żonie też o tym nie wspomniał. Został wezwany na przesłuchanie, bo esbecja dowiedziała się, że ukrywa broń. Milicjant posadził go na krześle i zostawił samego w pokoju. Po długim czasie drzwi się otworzyły i weszło dwóch nieumundurowanych esbeków. Jeden stanął z przodu, drugi z tyłu. Jeden miał do niego powiedzieć coś w tym sensie: „Ty skurwysynu, co ci się partia i nasz system nie podoba?”.

Nim zdążył odpowiedzieć, otrzymał uderzenie na tyle silne, że spadł z krzesła. Podniósł się, usiadł z powrotem, a funkcjonariusze wyszli.

Wrócił milicjant, zabrał go na pobranie odcisków palców i znów zostawił samego w pokoju na długi czas. Wrócili esbecy i powiedzieli mu, że jego sytuacja jest tragiczna i zaczęli go zastraszać: „Pistolet przecież miałeś, po to braliśmy te odciski palców, odciski są twoje, z tego pistoletu strzelano w Białostockiem chyba i został zraniony człowiek, i piętnaście lat masz na dzień dobry”. Gdy się odezwał, znów otrzymał cios. Zalał się krwią, stracił dwa zęby, kazali mu wyjść i w łazience przepłukać usta. Gdy wrócił, czekało na niego, jak powiedział, „dwóch bardzo dobrych wujków”. Zaczęli go przepraszać, przeklinać poprzedników, zaproponowali mu papierosa i kawę. W końcu jeden powiedział: „Jeśli ty nam pomożesz, to my tobie pomożemy. My będziemy się z tobą kontaktować, chcemy na bieżąco wiedzieć, jaka jest sytuacja w stoczni. Umowa jest taka: dopóki nie jesteś wrogiem systemu, nie ma sprawy w sądzie”. Dali mu do podpisania dokument, że nie będzie z nikim o tym rozmawiał.

PAP: To wiarygodna relacja?

K.B.: Dla mnie tak. Mimo upływu lat, widziałem, jak Jerzy K. podczas opowiadania cały drżał i co chwilę musiał uspokajać się wypaleniem papierosa. Aż momentami czułem niezręczność nagrywania, bo sam, siedząc za kamerą, miałem skojarzenie, że tym razem ja go przesłuchuję.

PAP: Na czym polegała działalność Wałęsy jako TW?

K.B.: Największą aktywność TW „Bolek” przejawiał przez pierwsze kilkanaście miesięcy od zwerbowania. Jego zadaniem było obserwować nastroje wśród załogi i meldować o planowanych strajkach. Po Grudniu ‘70, po donosach kolegów, nie tylko zresztą „Bolka”, bardziej aktywnych robotników spotkały realne represje: zwolnienie z pracy, przeniesienie na gorsze stanowisko, cofnięcie meldunku w Gdańsku, zwolnienie żony z pracy, niekończące się wezwania na formalne i nieformalne przesłuchania, pogróżki, pobicia. Trzeba pamiętać, że donosy „Bolka” nie były jedynym powodem do stosowania represji. SB nie ufała swoim źródłom. Dobrym przykładem jest TW „Kolega”, o którym opowiadałem. Donosił  na „Bolka”, a „Bolek” na niego. Może nam się to wydawać smutnym paradoksem, ale to tylko zwykła esbecka kuchnia. Źródła donosiły na siebie, bo SB ich w ten sposób kontrolowała, a ich informacje weryfikowała.

W esbeckich materiałach znalazłem taką charakterystykę „Bolka”: „jest to człowiek bardzo wybuchowy, częstokroć nie analizuje swoich wypowiedzi, potrafi z rzeczy stosunkowo błahych robić problemy. W związku z tym musi być często kontrolowany”.

Po kilkunastu miesiącach jego aktywność osłabła, bo większość niepokornych została już ze stoczni usunięta, a sytuacja opanowana.

PAP: W autobiograficznej „Drodze nadziei” Wałęsa napisał: „W pracy wspominam ten okres jako okres porażek ludzkich i zawodowych, okres moralnych klęsk”.

K.B.: Jeden z donosów kończy słowami: „Mój cel jedyny i nadrzędny wychować porządnie i bezkolizyjnie dzieci, ja już się nie liczę – częściowo przegrałem życie – ale to wielki splot wydarzeń”. W 1972 roku „Bolek” pokwitował tylko trzy gratyfikacje, ostatnią w maju, na łączną sumę 1600 zł – to wartość niecałej miesięcznej pensji. W następnym roku dwa pokwitowania, a liczba donosów zmalała do trzynastu w stosunku do z 51 w 1971 roku. Można przyjąć, że niezbyt liczne gratyfikacje były już wtedy dla SB tylko formą podtrzymania kontaktu z mało już aktywnym tajnym współpracownikiem. W 1975 roku aktywność TW „Bolka” spadła do zera.

PAP: Z pańskiej książki „Wałęsa. Gra o wszystko” wynika, że w tym czasie Wałęsa coraz częściej wchodził w konflikt z przełożonymi.

K.B.: Wałęsa coraz częściej krytykował kierownictwo wydziału i stoczni, a wobec pogarszającej się sytuacji w kraju punktował wzrost cen, niskie zarobki, męczące nadgodziny oraz nieudolność partii i administracji. Rząd uważał za śrubę, partię w stoczni porównywał do przedłużenia tej śruby, a związkowców uległych władzy do manekinów. „Pytam się, gdzie po obronę może zwrócić się jednostka napotykająca się na złego szefa czy przełożonego. Czy zawsze musi być pokonana i odejść ze spuszczoną głową? (…) Chcemy oszczędzać i szukać rezerw, ale weście się do pracy kierownicy, projektanci, dajcie przykład na najprostrzą, łatwiejszą drogę. Przecież przykłady można mnożyć, widać waszą ułomność” – to fragment przemówienia, które sam zapisał na kartce, a następnie przekazał SB. Ale esbecy nie chcieli słuchać jego rad, tylko zagrozili mu zwolnieniem z pracy, jeśli nie powściągnie swojego temperamentu. Tak się nie stało. Przeciwnie – Wałęsa uznał, że jego zwolnienie byłoby bezprawne, więc próbował interweniować u dyrektora i związków zawodowych. Koniec końców 30 kwietnia 1976 roku po przepracowaniu prawie dziewięciu lat w stoczni został zwolniony. Półtora miesiąca później został wyrejestrowany jako TW.

Z ostatnich notatek o nim można się dowiedzieć, że krzyczał na esbeków przez telefon, był arogancki, nie chciał nawet się z nimi spotkać.

dzieje.pl