niedziela, 18 stycznia 2026



Robert Czulda, Defence24.pl: Zanim przejdziemy do kwestii amerykańskiej polityki zagranicznej i bezpieczeństwa, a także Donalda Trumpa, chciałbym porozmawiać chwilę o Ukrainie. Twierdzisz, że wojna na Ukrainie nie jest konfliktem regionalnym. Dlaczego?

Dr Robbin Laird: Od samego początku Putin nie planował, żeby to była tylko wojna regionalna. Zawsze była to wojna przeciwko Europie. Ale jest głębszy aspekt, który często umyka uwadze: to pierwszy raz od czasów najazdów Mongołów, kiedy mocarstwa azjatyckie biorą bezpośredni udział w dużej wojnie na europejskiej ziemi. To samo w sobie czyni ją wojną globalną. Kiedy Trump powrócił do władzy, nie dostrzegał tego elementu. Wojna na Ukrainie jest definiującym konfliktem o zasięgu globalnym, który przekształca układ sił w Europie, Azji i Arktyce.

Jak ta wojna wpisuje się w szersze zmiany w polityce zagranicznej Stanów Zjednoczonych?

Stany Zjednoczone przechodzą fundamentalną transformację, obejmującą co najmniej trzy administracje. Każda kolejna administracja stara się odwrócić politykę poprzedniej, a jednak istnieje więcej ciągłości, niż przyznaje większość obserwatorów, szczególnie między pierwszą a drugą kadencją Trumpa.

Ludzie są sfrustrowani, próbując zinterpretować administrację Trumpa. Nie mam trudności ze zrozumieniem ich frustracji. Ale ostatecznie problem każdego amerykańskiego prezydenta w tym okresie historii to globalny charakter wyzwań, przed którymi stoimy. Faktem jest, że Stany Zjednoczone już nie rządzą globalnym porządkiem. Trump, pomimo wszystkich swoich wad, jest w tym bardziej realistyczny niż tradycyjne elity strategiczne, które wciąż udają, że Waszyngton kontroluje „porządek oparty na zasadach”.

(...)

Jak wojna zmieniła Rosję?

Putin zniszczył Rosję. Cofnął ją politycznie, gospodarczo i wojskowo, w stronę czegoś przypominającego lata dziewięćdziesiąte. W Rosji rośnie niechęć do jego rządów, nawet jeśli nie zawsze jest to widoczne.

Obecnie jest człowiekiem zdesperowanym, coraz bardziej zależnym od Chin. W tym momencie Putin jest bliższy roli podporządkowanej pionka Pekinu niż niezależnego aktora strategicznego. To sprawia, że zakończenie wojny jest znacznie trudniejsze, ponieważ desperacja i zależność to niebezpieczne połączenie.

(...)

Retoryka Trumpa jest często krytykowana. Czy nie podważa ona polityki zagranicznej?

Oczywiście, bombastyczna retoryka Trumpa z pewnością nie pomaga. Ale pod tymi słowami kryje się znacząca ciągłość w amerykańskim wsparciu dla Europy.

Stany Zjednoczone nie mają realnej alternatywy poza dalszym wspieraniem europejskich wysiłków obronnych, zwłaszcza teraz, gdy Europejczycy w końcu zaczynają traktować własne bezpieczeństwo poważnie. Pytanie nie brzmi, czy Stany Zjednoczone będą wspierać Europę, ale w jaki sposób.

Obraz jest nieuporządkowany. Stany Zjednoczone nadal wzmacniają Europę militarnie, w tym poprzez Drugą Flotę, nawet jeśli polityczne komunikaty pozostają chaotyczne.

Wielu ludzi nie lubi Donalda Trumpa, i to jest w porządku. Sam nie uważam, że jest sympatycznym człowiekiem. Jego się chyba nie da lubić. Ale ostateczna rzeczywistość jest taka, że Europa musi rozpocząć renesans własnej obrony, szczególnie po stronie infrastruktury.

W naszej książce z 2020 roku moja żona i ja argumentowaliśmy, że infrastruktura jest nawet ważniejsza niż struktura sił. Bez realistycznej logistyki, mobilności i zdolności przemysłowych siły militarne są bez znaczenia.

Od tamtego czasu nastąpił rzeczywisty postęp. Europejczycy i Amerykanie w końcu zdają sobie sprawę, że brakuje nam głębi w zakresie rezerw amunicji, odporności logistycznej i zdolności przemysłowych. Zbyt długo zlecaliśmy zbyt wiele na zewnątrz.

To nie jest jedynie kryzys militarny. To kryzys cywilizacyjny dla Zachodu. Zachód przyjął globalizację jako doktrynę ekonomiczną. Chiny nie zrobiły tego samego. Pekin prowadził strategię merkantylną w ramach zglobalizowanego systemu, podczas gdy Zachód rozmontowywał własną bazę przemysłową.

Starcie między tymi dwoma podejściami jest teraz w pełni widoczne. Wojna Rosji, oparta na przekonaniu Putina o łatwym zwycięstwie podobnym do aneksji Krymu, dodatkowo ujawniła tak słabość rosyjskiej armii, jak i szerszą kruchość zachodnich założeń.

Jest więc wiele dużych zmian, które nie są objęte żadną spójną koncepcją w administracji Trumpa. Ale nie sądzę, aby większość ludzi miała spójną wizję i rozumienie tych zagadnień.

W pewnym sensie światopogląd Trumpa jest bardziej realistyczny niż większość tradycyjnych strategów w Stanach Zjednoczonych. Ci myślą w kategoriach bloków i sojuszy, podczas gdy świat już tak nie wygląda. Jeden z moich przyjaciół zwykł mawiać, że Trump jest prezydentem transformacyjnym, ale wynik tej transformacji wcale nie jest jasny.

Co wydarzy się dalej, też nie jest pewne. Ale globalna wojna na Ukrainie jest konfliktem definiującym w wielu, wielu wymiarach i regionach. To coś, czego nikt nie przewidział – gdzie byśmy byli w 2022 r. i gdzie będziemy w 2026.

(...)

Porozmawiajmy o Trumpie i jego drugiej kadencji. W czym to prezydentura różni się od pierwszej kadencji?

Pierwsza administracja Trumpa objęła władzę w 2017 roku z mandatem, który jej zwolennicy interpretowali jako przywrócenie „tradycyjnej” Ameryki. Samo to przywrócenie było radykalną transformacją ortodoksji republikańskiej i kwestionowało fundamentalne założenia amerykańskiego rządzenia, które panowały od zakończenia zimnej wojny. Trump I był napędzany odrzuceniem tego, co jego architekci postrzegali jako fundamentalne przewartościowanie priorytetów Ameryki w erze Obamy, zarówno w kraju, jak i za granicą.

W polityce zagranicznej Trump I kwestionował powojenny konsensus dotyczący globalnego przywództwa Stanów Zjednoczonych. Doktryna „America First” odrzucała multilateralizm, co znalazło odzwierciedlenie w wycofaniu się z TPP, Porozumienia Paryskiego w sprawie klimatu i porozumienia nuklearnego z Iranem. Instytucje międzynarodowe postrzegano nie jako mnożniki siły, lecz jako ograniczenia suwerenności Stanów Zjednoczonych wykorzystywane przez inne państwa.

Agenda Trumpa I opierała się na kilku założeniach: że globalizacja faworyzuje elity i zagranicznych konkurentów kosztem amerykańskich pracowników; że imigracja zmienia kulturę i rynek pracy bez odpowiedniego uwzględnienia obywateli; że poprawność polityczna tłumi uzasadnione skargi i interesy większości; oraz że sojusznicy Stanów Zjednoczonych korzystają z amerykańskiego bezpieczeństwa, prowadząc jednocześnie niekorzystną politykę handlową.

Wdrożenie napotkało poważne przeszkody, w tym opór biurokracji, establishmentu republikańskiego oraz utratę większości w Izbie Reprezentantów w 2018 roku. Wiele zmian opierało się na prezydenckich porozumieniach wykonawczych i było łatwo odwracalnych. Pandemia COVID-19 zakłóciła narrację gospodarczą administracji i doprowadziła do awaryjnego rozszerzenia władzy federalnej, co stało w sprzeczności z jej deregulacyjnym podejściem.

(...)

Styl przywództwa Trumpa jest często opisywany jako chaotyczny. Czy to sprawiedliwa ocena?

Trump rządzi bardziej jak Franklin Roosevelt niż większość nowoczesnych prezydentów, lekceważąc biurokrację i opierając się na nieformalnych sieciach. To może być skuteczne. Przykład odbudowy relacji z Filipinami jest tego dowodem. Kluczową osobą w tym procesie był człowiek zarządzający Trump Towers w Manili. Tak działa Trump, ale równocześnie powoduje to nieprzewidywalność.

Nieprzewidywalność może wzmacniać odstraszanie. Xi Jinping i Władimir Putin nie mogą łatwo przewidzieć działań Trumpa, ale osłabia to przejrzystość i budowanie konsensusu w kraju i za granicą.

Głębszy problem polega na tym, że system bezpieczeństwa narodowego Stanów Zjednoczonych jest zepsuty od dziesięcioleci. Silni doradcy ds. bezpieczeństwa narodowego są rzadkością, a prezydentura coraz bardziej odłącza się od Kongresu i opinii publicznej. Trump nie jest wyjątkiem. Powiesz mi, kto kierował administracją Bidena? Ja nie mam pojęcia.

Bardzo ważne jest odbudowanie kultury strategicznej adekwatnej do globalnych wyzwań, przed którymi stoimy. Nie chodzi mi o Donalda Trumpa. Chodzi mi o to, jakie strategie powinniśmy prowadzić? Co stworzymy na Zachodzie? Jaką strukturę obronną Europy? Kto jest „w grze”, kto „poza”? Węgry i Słowacja to nóż w plecach wobec tego, co musimy zrobić. Ale jak sobie z nimi poradzić? Jak poradzić sobie z Rosją po Putinie? Bo Putin nie przetrwa wiecznie.

Jaką Rosję możemy mieć? Czy Rosja może się zmienić? Jak byśmy mogli ją zmienić? Co realistycznie możemy z nimi zrobić? Bo nadal mamy ogromny problem Arktyki. I tu ludzie zapominają o Donaldzie Trumpie. Ma obsesję na punkcie Arktyki. Jest pierwszym prezydentem, który poruszył tę kwestię. Z jednej strony jego polityka wobec Grenlandii jest nieco absurdalna. Ale pod tym kryje się pełne uznanie, że główne zagrożenie dla Stanów Zjednoczonych pochodzi bezpośrednio z Arktyki.

(...)

Czy Europa wciąż ma znaczenie dla Stanów Zjednoczonych?

Europa ma własny problem z podziałami wewnętrznymi. Ale, co ważniejsze, uważam, że dla większości Amerykanów Europa po prostu nie ma już takiego znaczenia, jak kiedyś. To w dużej mierze kwestia pokoleniowa. Amerykańska uwaga przeniosła się w inne rejony — Ameryka Łacińska, Afryka, Pacyfik — bez jasnego konsensusu co do tego, co właściwie próbujemy osiągnąć. W efekcie nie ma spójnej wizji globalnej.

Można napisać pracę o globalnej strategii Stanów Zjednoczonych, ale lepiej porozmawiać z Elonem Muskiem i sektorem technologicznym. Oni mają globalną strategię. Jedną z najważniejszych zmian w Stanach Zjednoczonych jest to, że poważne myślenie strategiczne nie odbywa się już w rządzie. Dzieje się ono w sektorze prywatnym, co stanowi poważne wyzwanie.

(...)

Marco Rubio niedawno powiedział, że wojna na Ukrainie „nie jest wojną Ameryki”. Co nam to mówi o priorytetach Stanów Zjednoczonych?

Z wąskiej perspektywy nie jest to wojna Ameryki. To wojna europejska. Ale nie jest to tylko wojna europejska, ponieważ Rosja stanowi również bezpośrednie zagrożenie bezpieczeństwa dla Stanów Zjednoczonych. Wypowiedzi takie jak Rubio są skierowane do amerykańskiej opinii publicznej, zmęczonej niekończącymi się wojnami.

Problem polega na tym, że to nie jest naprawdę kwestia wyboru. Trump sam to odkrył – im więcej rozumiał z wojny na Ukrainie, tym bardziej zdawał sobie sprawę, jak głęboko wpływa ona na interesy Stanów Zjednoczonych, niezależnie od tego, czy mu się to podobało, czy nie. To niechętne zaangażowanie, a nie entuzjastyczne.

Mimo to, największym długoterminowym zagrożeniem dla Stanów Zjednoczonych nie jest Putin, lecz Chiny, a w szczególności strategia Chin polegająca na włączaniu krajów takich jak Brazylia, Australia czy Rosja jako dostawców surowców naturalnych do nowej globalnej struktury sił.

To wyzwanie jest znacznie poważniejsze niż powolne niszczenie Rosji pod rządami Putina. Zniszczenia, jakie Putin wyrządził rosyjskiej klasie naukowej i technicznej, są zdumiewające. Jego kraj się kurczy. Retoryka Rubio nie pomaga, ale Waszyngton ostatecznie nie ma wyboru i musi się angażować.

Z naszej europejskiej perspektywy najbardziej niepokojącym elementem polityki Trumpa jest oczywiście podejście do Rosji. Jak oceniasz ten element? Jak postrzegasz nasze europejskie argumenty i obawy?

Cóż, uważam, że pierwsze pytanie tak naprawdę brzmi – czy moglibyście mi powiedzieć, jaka jest europejska strategia wobec Rosji? Jestem zaskoczony tym, że od czasu upadku Związku Radzieckiego nie istnieje w Europie żadna spójna wizja Rosji. A gdy państwa takie jak Polska „weszły do Europy”, stały się problemem dla europejskiego spojrzenia na Rosję. Europa traktowała Rosję jako partnera transakcyjnego, w ramach budowy nowej Europy i tak dalej.

Tymczasem fundamentalne pytania pozostają bez odpowiedzi. Jak będzie wyglądać relacja Europy z Rosją po Putinie? Co z Arktyką, energią i handlem? Te kwestie są jedynie zawieszone przez wojnę, nie rozwiązane, a będą kształtować przyszłość Europy. Nie można ignorować Rosji pod względem gospodarczym na zawsze.

Dla Stanów Zjednoczonych problem jest naprawdę egzystencjalny. Nasza elita strategiczna – wielu z nich szkolonych w tym, co żartobliwie nazywam „Szkołą Nieistotności Johna F. Kennedy’ego” – wciąż przywiązuje się do fantazji o globalnej roli Ameryki. To absurdalne.

Globalna wojna na Ukrainie zaburzyła dotychczasowy porządek, ale nie pomogła nam znaleźć kierunku, w którym powinniśmy iść. Dlatego uważam, że warto, aby ludzie tacy jak my zadawali pytania – dokąd zmierzamy i z jaką Rosją będziemy mieli do czynienia?

(...)

Jak Polska powinna interpretować retorykę Trumpa i zobowiązania Stanów Zjednoczonych w ramach NATO, w tym Artykuł 5?

Retoryka Trumpa często różni się od rzeczywistości, choć oczywiście retoryka sama w sobie też ma znaczenie. Poza tym wciąż mamy prasę, która podkręca każde wypowiedzi, które jej się nie podobają, szczególnie Trumpa. Ale spójrzmy na działania. Pierwsza wizyta sekretarza obrony Stanów Zjednoczonych była do Polski. Zobowiązania wobec Polski zostały utrzymane. Trump lubi Polskę. Szanuje kraje, które traktują obronę poważnie. Utrzymaliśmy zobowiązania wobec Polski i będziemy je utrzymywać.

Ignoruj szum. Skup się na możliwościach. Stany Zjednoczone wciąż mają globalny zasięg militarny. Mamy F-35, który zapewnia wielką siłę ognia. Potęga powietrzna w Europie jest głęboko zintegrowana, prawie automatyczna w zakresie procedur i współdziałania.

Gdyby Rosja poważnie zagroziła Polsce lub państwom bałtyckim, drabina eskalacji jest bardzo krótka. Kolejnym krokiem byłaby obecność militarna nad Ukrainą. Nie jesteśmy papierowym tygrysem. Nie mamy już sił powietrznych, jakie mieliśmy kiedyś, ale wciąż dysponujemy wielkimi możliwościami. Zaledwie 52 F-35 zmiażdżyły Iran. Druga Flota, odpowiedzialna za działania na Północnym Atlantyku, została odbudowana za Trumpa. Ta formacja została ukierunkowana na zaopatrzenie Europy. Jesteśmy w Polsce. Rosja to rozumie, nawet jeśli Putin, jako zdesperowany człowiek, może źle to ocenić.

Ale, powtórzę, problem tkwi w retoryce, która tworzy wrażenie luki. A to zawsze jest problem. Fałszywa retoryka jest równie niebezpieczna.

Za administracji Bidena mieliśmy stałą fałszywą retorykę o tym, jak silni jesteśmy. Ale w ostatnim roku kadencji Bidena osiągaliśmy zaledwie 70% celów rekrutacyjnych. Za Trumpa wypełnialiśmy zobowiązania w nadmiarze. (...)

Jeśli spojrzysz całościowo, można powiedzieć, że niektóre elementy retoryki były bardzo niefortunne. Niektóre wypowiedzi były bezpośrednie i ignorowane, jak to, co powiedział Hegseth w Polsce. Nie wiem, jak można być bardziej bezpośrednim niż on.

defence24.pl

sobota, 17 stycznia 2026



Skala cyfrowej izolacji kraju od 2022 r. weszła na zupełnie nowy poziom. Eksperci mówią o celowo "dostrojonych" wyłączeniach internetu — selektywnych i bardziej wyrafinowanych, polegających na blokowaniu konkretnych platform społecznościowych.

Dzięki temu reżim może utrzymywać odcięcie dłużej. Przykładowo instytucje państwowe wciąż mogły korzystać z wybranych usług, podczas gdy społeczeństwo praktycznie "znikało z sieci". Iran w ostatnich latach konsekwentnie modernizował swoje narzędzia cenzury — częściowo dzięki zagranicznej pomocy. Za jednego z kluczowych partnerów uchodzi Pekin: Chiny przekazują Teheranowi know-how z zakresu nadzoru opartego na sztucznej inteligencji oraz cenzurowania internetu.

(...)

Jeszcze w 2022 r. — jak twierdził Musk — w Iranie działało zaledwie około stu terminali Starlink. Były przemycane i ukrywane, a ich użytkownicy nieustannie ryzykowali konfiskatę sprzętu. W kolejnych latach opozycja miała jednak zorganizować systematyczne przerzuty kolejnych urządzeń. Według jej szacunków w Iranie aktywnych może być nawet 50 tys. terminali Starlink.

(...)

Reżim doskonale zdaje sobie z tego sprawę. Według doniesień z Iranu władze próbują zakłócać częstotliwości satelitarne, a także blokować sygnał GPS, którego terminale używają do ustawiania anten względem satelitów. Amerykańskie media informowały, że w ciągu ostatnich 48 godz. ruch danych przesyłany przez satelitę spadł o około 80 proc.

Technologia Starlink — zwłaszcza po doświadczeniach z Ukrainy — stała się jednak znacznie mniej podatna na zakłócenia. Eksperci już dzielą się praktycznymi metodami utrzymania połączenia satelitarnego. Problem władz jest taki, że nadajniki zakłócające mogą obniżyć przepustowość, ale nie są w stanie całkowicie przerwać komunikacji. A do koordynowania protestów często wystarczają nawet krótkie wiadomości tekstowe ważące kilka kilobajtów.

Musk wciąż nie wykorzystał natomiast swojej najmocniejszej karty: najnowsza generacja satelitów potrafi nawiązać bezpośrednie połączenie radiowe z wybranymi telefonami komórkowymi — bez potrzeby użycia terminala naziemnego (ang. "Direct to Cell"). Wśród kompatybilnych urządzeń znajdują się m.in. popularne w Iranie smartfony Samsunga ze średniej półki.

onet.pl\Die Welt


Rosyjscy dostawcy telekomunikacyjni (np. Protei) mieli pomagać irańskim operatorom komórkowym w budowie systemów, które potrafią znacznie więcej niż tylko podsłuchiwanie rozmów.

Przy ich wsparciu reżim rozwijał nawet systemy zarządzania ruchem, które na bieżąco analizują sytuację w mieście i pozwalają wcześnie wykrywać tworzące się struktury protestu.

Teheran dysponuje gęstą siecią kamer monitoringu — i nie chodzi wyłącznie o "bezpieczeństwo". Kamery służą też do późniejszego rozpoznawania demonstrantów, identyfikowania ich twarzy i aresztowań już po zakończeniu protestów.

Szczególnie dotkliwe okazało się to, że od 8 stycznia 2026 r. mułłowie doprowadzili do ogólnokrajowej blokady internetu — podczas gdy instytucje rządowe nadal pozostawały online (aktywny był nawet profil Chameneiego na platformie X).

Z rosyjską pomocą Iran przez lata budował cyfrową infrastrukturę kontroli (tzw. internet governance), która pozwala selektywnie blokować komunikatory, strony internetowe oraz połączenia VPN.

onet.pl\Bild


Przez wiele lat dotowaliśmy Danię i wszystkie kraje Unii Europejskiej oraz inne kraje, nie pobierając od nich ceł ani żadnych innych form wynagrodzenia. Teraz, po wiekach, nadszedł czas, aby Dania się odwdzięczyła – stawką jest pokój na świecie! Chiny i Rosja pragną Grenlandii, a Dania nic nie może z tym zrobić. Obecnie mają dwa psie zaprzęgi jako ochronę, jeden z nich został niedawno dodany. Tylko Stany Zjednoczone Ameryki pod wodzą PREZYDENTA DONALDA J. TRUMPA mogą grać w tę grę, i to z wielkim powodzeniem! Nikt nie tknie tego świętego kawałka ziemi, zwłaszcza że zagrożone jest bezpieczeństwo narodowe Stanów Zjednoczonych i całego świata. Na dodatek Dania, Norwegia, Szwecja, Francja, Niemcy, Wielka Brytania, Holandia i Finlandia udały się na Grenlandię w nieznanym celu. To bardzo niebezpieczna sytuacja dla bezpieczeństwa i przetrwania naszej planety. Te kraje, które grają w tę bardzo niebezpieczną grę, naraziły się na ryzyko, którego nie da się utrzymać ani utrzymać. Dlatego też, w celu ochrony pokoju i bezpieczeństwa na świecie, konieczne jest podjęcie zdecydowanych działań, aby ta potencjalnie niebezpieczna sytuacja zakończyła się szybko i bez zadawania pytań. Począwszy od 1 lutego 2026 r. wszystkie wyżej wymienione kraje (Dania, Norwegia, Szwecja, Francja, Niemcy, Wielka Brytania, Holandia i Finlandia) zostaną obciążone 10% taryfą celną na wszystkie towary wysyłane do Stanów Zjednoczonych Ameryki. 1 czerwca 2026 r. taryfa wzrośnie do 25%. Taryfa ta będzie należna i płatna do czasu osiągnięcia porozumienia w sprawie całkowitego i całkowitego zakupu Grenlandii. Stany Zjednoczone starają się przeprowadzić tę transakcję od ponad 150 lat. Wielu prezydentów próbowało i miało ku temu powody, ale Dania zawsze odmawiała. Teraz, ze względu na Złotą Kopułę i nowoczesne systemy uzbrojenia, zarówno ofensywne, jak i defensywne, potrzeba NABYCIA jest szczególnie ważna. Setki miliardów dolarów są obecnie wydawane na programy bezpieczeństwa związane z „Kopułą”, w tym na ewentualną ochronę Kanady. Ten niezwykle genialny, ale niezwykle złożony system może działać z maksymalnym potencjałem i wydajnością, ze względu na kąty, metry i granice, tylko jeśli ten kraj zostanie w nim uwzględniony. Stany Zjednoczone Ameryki są natychmiast otwarte na negocjacje z Danią i/lub każdym z tych krajów, które naraziły tak wiele na ryzyko, pomimo wszystkiego, co dla nich zrobiliśmy, w tym zapewnienia maksymalnej ochrony, przez tyle dekad. Dziękujemy za uwagę!

DONALD J. TRUMP
PREZYDENT STANÓW ZJEDNOCZONYCH AMERYKI

truthsocial.com/@realDonaldTrump


Obecna fala protestów rozpoczęła się od konfliktu władz ze strajkującymi sprzedawcami z Wielkiego Bazaru Teherańskiego. Pod koniec 2025 r. w Iranie skumulowały się negatywne wskaźniki gospodarcze – doszło do załamania wartości riala wobec dolara, hiperinflacji na poziomie 42% i skoku cen żywności o 70% w skali roku. Powodem wybuchu niezadowolenia społecznego były też skutki przywrócenia dotkliwych sankcji ekonomicznych USA i UE w związku z postępami programu nuklearnego Iranu oraz ujawnioną słabością władz w trakcie tzw. wojny 12-dniowej z Izraelem. Protesty Irańczyków szybko nabrały charakteru politycznego. Przyjęto hasła usunięcia z urzędu najwyższego przywódcy Alego Chamenei oraz wprowadzenia wolności politycznej i przestrzegania praw człowieka. Podobnie jak podczas protestów z 2022–2023 r., demonstracje ogarnęły większość z 31 prowincji tego 92-milionowego kraju. W odpowiedzi reżim wprowadził pełną blokadę internetu, co utrudnia koordynację protestów oraz szybką weryfikację informacji napływających z Iranu. Według jego władz do 11 stycznia br. w zamieszkach zginęło 36 funkcjonariuszy policji, Strażników Rewolucji i milicji Basidżów, ale liczba ta może być wyższa. W tym samym czasie według organizacji Iran Human Rights mogło zginąć 20 funkcjonariuszy i 50 cywilów. Dane te wydają się zaniżone i nie odzwierciedlają szybko rosnącej w ostatnich dniach liczby zabitych i rannych w zamieszkach.

pism.pl

piątek, 16 stycznia 2026



Panujące na wschodniej Ukrainie niskie temperatury, częste opady śniegu, krótkie dni i bardzo duża wilgotność mocno wpływają na prowadzenie działań wojennych. Zwykle w nocy temperatury oscylują wokół -15 st. Celsjusza, ale w Donbasie i części Zaporoża potrafią spaść do nawet -30 st. Mróz utrudnia logistykę, spowalnia pojazdy i zwiększa ryzyko awarii, a pokrywa śnieżna wpływa na mobilność piechoty i ciężkiego sprzętu.

Dodatkowo ograniczona widoczność podczas opadów, częste mgły i mniej godzin światła słonecznego zmniejszają możliwości prowadzenia pełnych operacji dziennych i sprzyjają walkom prowadzonym w mniejszej skali i na krótki dystans. Z tego powodu znacznie ograniczona została działalność bezzałogowców. Nieco lepsze warunki panują na Zaporożu i właśnie tam przeniósł się ciężar walk.

Rosjanie wciąż utrzymują inicjatywę taktyczną pod Hulajpolem. Udało im się umocnić przyczółek nad Janczurem, utrzymując pozycje w pobliżu wsi Pryłuki. Słabo obsadzony odcinek, broniony przez elementy 122. Brygady Obrony Terytorialnej, został przełamany przy niewielkim oporze.

Z drugiej strony, w rejonie Stepnohirska rosyjskie postępy zostały czasowo zahamowane ukraińskim kontratakiem, w wyniku którego ukraińskie pododdziały dotarły do centrum miejscowości. Brakuje jednak wiarygodnych informacji potwierdzających trwałe utrzymanie tych pozycji. Jednocześnie rosyjskie próby pogłębienia okrążenia miasta, prowadzone zarówno od wschodu, jak i od zachodu, zakończyły się niepowodzeniem.

Również pod Dobropilem rosyjskie próby sforsowania rzeki zostały skutecznie powstrzymane. Ukraińskie kontrataki przeprowadzone przez 110. Samodzielną Brygadę Zmechanizowaną i 33. Pułk Szturmowy doprowadziły do odzyskania utraconych pozycji, mimo poniesionych strat w sprzęcie pancernym.

Ponownie problemem na tym odcinku jest system dowodzenia i publiczne kłótnie oficerów tam walczących. Relacje żołnierzy i oficerów w mediach społecznościowych ponownie informują o chronicznym braku koordynacji pomiędzy brygadami zmechanizowanymi, jednostkami Obrony Terytorialnej oraz skierowanymi w rejon działań pułkami szturmowymi.

Prowadzi to do chaosu organizacyjnego, sporów kompetencyjnych i sytuacji granicznych, w tym odmowy wykonywania rozkazów oraz ich siłowego egzekwowania. Dowództwo 17. Korpusu nie może sobie z tym zupełnie poradzić.

(...)

Trwa piąta zima wojny ukraińsko-rosyjskiej i Rosjanie wciąż nie tylko nie wyposażyli swoich żołnierzy w odpowiedni sprzęt, ale nawet nie wyszkolili ich do działań w zimowych warunkach pogodowych. Wydaje się, że rosyjskie dowództwo w ogóle nie zauważa, że wciąż żołnierze walczą w grubych, nieporęcznych i ograniczających ruchy mundurach.

Kolejnym problemem jest jakość wykonania, która znacznie odbiega od zachodnich standardów. Zwłaszcza odkąd Rosjanie musieli zacząć zamawiać mundury w północnokoreańskich szwalniach. Zresztą rosyjskie fabryki również znacznie obniżyły poziom. Nieprzemakalność jest dość umowna, podobnie jak niepalność, a jakość jest na tyle niska, że po miesiącu używania tego munduru nadaje się on do śmietnika.

ak słaby stan umundurowania powoduje, że znów, jak w poprzednich zimach, znacznie rośnie stopień strat niebojowych. Wedle tegorocznych danych nawet do 30 proc. wszystkich rannych rosyjskich żołnierzy było hospitalizowanych z powodu odmrożeń. Problem utrzymuje się na tym samym poziomie od początku wojny.

Odmrożenia stały się jednym z kluczowych czynników obniżających gotowość bojową rosyjskich pododdziałów piechoty. Dotyczy to przede wszystkim jednostek obsadzających pozycje pierwszej linii, często w prowizorycznych umocnieniach polowych, bez stałego zaplecza logistycznego. Utrzymywanie pozycji w warunkach niskich temperatur, wysokiej wilgotności, braku ogrzewania i ograniczonego dostępu do suchej odzieży prowadzi do masowych urazów kończyn dolnych i górnych.

(...)

W Donbasie Rosjanie cały czas próbują atakować. Znacznie jednak spadła częstotliwość ataków, a przede wszystkim ich liczebność. Rosjanie w natarciu wykorzystywali ograniczoną widoczność, szczególnie w godzinach porannych i wieczornych, co komplikowało ukraińskie próby kontrataków i osłabiało skuteczność rozpoznania. Miało to ułatwić niewielkim grupom piechoty infiltrację ukraińskich pozycji. Do ataku wysyłano grupy w wielkości zaledwie trzech do pięciu żołnierzy.

Ukraińcy wykorzystali przerwę operacyjną do przeprowadzenia kilku miejscowych kontrataków pod Rodynskim, Myrnohrad i Udacznym. W każdym z tych miejsc udało się nieco odsunąć linię styku na wschód. Pokazuje to, że Ukraińcy wciąż mają zdolności do odrzucenia Rosjan, a jedyną przewagą putinowców jest ich większa liczebność.

Po odepchnięciu Rosjan Ukraińcy rozpoczęli wzmacnianie i porządkowanie własnych linii obronnych, przed spodziewanym wznowieniem działań zaczepnych w przyszłym tygodniu. Zwykle bowiem rosyjskiej przerwy operacyjne trwają ok. dwóch tygodni. Ukraińcy muszą bardzo dobrze wykorzystać ten czas, bo przy bardzo niskiej zastępowalności strat i wyczerpaniu walczących w Donbasie jednostek każde wznowienie działań zaczepnych przez Rosjan od razu powoduje początkowo spore postępy.

Żołnierze 13. Brygady Gwardii Narodowej Ukrainy "Chartia" zawiesili ukraińską flagę na ruinach budynku rady miejskiej, w którym broniła się jedna z odizolowanych rosyjskich grup. Tym samym ostatni z rosyjskich punktów oporu w centrum miasta /Kupiańsk - red./ został zlikwidowany.

onet.pl\Newsweek


Waszyngton (PAP) - Liderka wenezuelskiej opozycji Maria Corina Machado powiedziała, że wręczyła w czwartek medal noblowski prezydentowi USA Donaldowi Trumpowi podczas ich spotkania w Białym Domu. Podkreśliła też, że nie ufa tymczasowej prezydentce Delcy Rodriguez, z którą współpracuje administracja Trumpa.

Machado poinformowała o wręczeniu medalu Trumpowi podczas rozmowy z dziennikarzami i tłumem swoich zwolenników przed Kapitolem, gdzie spotkała się z grupą senatorów.

- Tak, wręczyłam prezydentowi Trumpowi Nagrodę Nobla (…) w uznaniu jego wyjątkowego oddania na rzecz naszej wolności - powiedziała opozycjonistka. Mówiła, że wręczając medal, powiedziała Trumpowi, że to dla niej symboliczny gest, bo 200 lat wcześniej francuski dowódca w amerykańskiej wojnie o niepodległość generał Lafayette wręczył medal z wizerunkiem George’a Washingtona Simonowi Bolivarowi, ojcu niepodległości Wenezueli, jako gest wspólnej walki Amerykanów i Wenezuelczyków przeciwko tyranii.

- 200 lat później naród Bolivara daje medal narodowi Washingtona, tym razem medal Pokojowej Nagrody Nobla - dodała.

Podczas spotkania na Kapitolu z senatorami obu partii Machado powiedziała, że jest bardzo wdzięczna Trumpowi, i zaznaczyła, że jego interwencja 3 stycznia w Wenezueli zmieniła historię tego kraju na zawsze i na dobre. Powiedziała też, że administracja Trumpa jest świadoma, że by 8 mln wenezuelskich emigrantów mogło wrócić do kraju, "muszą zostać odbudowane instytucje, respektowane prawa człowieka, zagwarantowana wolność słowa, praworządność i nowy autentyczny proces wyborczy".

- Naciskałam i będę naciskać na to, by Wenezuela miała prezydenta wybranego w wyborach i czuję się dumna, że z nim współpracuję - oświadczyła, odnosząc się do Edmunda Gonzaleza Urrutii, kandydata opozycji powszechnie uznawanego za zwycięzcę ostatnich wyborów prezydenckich w Wenezueli.
Machado podkreśliła jednocześnie swoją nieufność do Delcy Rodriguez, która tymczasowo stanęła na czele państwa po tym, jak USA odsunęły od władzy i pojmały Nicolasa Maduro. Zaznaczyła, że Rodriguez jest częścią starego reżimu i że "jedyne, co reżim umie robić skutecznie, to grać na czas i wykorzystywać wysiłku czynione w dobrej wierze". Dodała też, że do pojednania narodowego nie może dojść bez sprawiedliwości i głębokiej reformy kraju.

- Kto zainwestuje w Wenezueli, jeśli nie będzie istniało tam niezależne sądownictwo i prawo własności nie będzie respektowane? - pytała.
Podczas wizyty w Waszyngtonie Machado towarzyszyły tłumy zwolenników śpiewających wenezuelskie piosenki i wykrzykujących hasła "wolność" i "uwolnić więźniów politycznych".

Donald Trump nie skomentował jak dotąd spotkania z Machado, ale rzeczniczka Białego Domu Karoline Leavitt powiedziała, że prezydent nie zmienił zdania co do tego, że noblistka nie jest w stanie rządzić Wenezuelą.

- Ocena prezydenta (…) opierała się na realiach na miejscu. Była realistyczną oceną opartą na tym, co prezydent czytał i słyszał od swoich doradców i zespołu ds. bezpieczeństwa narodowego - dodała. Leavitt podkreśliła, że obecna tymczasowa prezydentka Wenezueli Delcy Rodriguez bardzo dobrze współpracuje z administracją Trumpa.

- Rząd tymczasowy w Wenezueli jest niezwykle chętny do współpracy i jak dotąd spełnił wszystkie żądania oraz prośby Stanów Zjednoczonych i prezydenta. I myślę, że wszyscy widzieliście, jak to się dzieje. Oczywiście mieliśmy umowę energetyczną o wartości 500 mln dolarów, która została zawarta w dużej mierze dzięki współpracy pani Rodriguez. Wenezuela i pani Rodriguez potwierdziły również, że nastąpi uwolnienie więźniów politycznych - powiedziała rzeczniczka.

Z Waszyngtonu Oskar Górzyński (PAP)


Kijów (PAP) - Ukraina ma zapasy paliwa na ponad 20 dni, jednak sytuacja w atakowanym przez Rosję systemie energetycznym kraju jest bardzo słaba - powiedział w piątek wicepremier, minister energetyki Denys Szmyhal, odpowiadając na pytania posłów Rady Najwyższej (parlamentu).

- Ukraina jest w pełni zabezpieczona (jeśli chodzi o - PAP) paliwo. Mamy zapasy na ponad 20 dni. Więcej szczegółów nie mogę ujawnić z tej trybuny, gdyż jest to informacja wrażliwa i poufna - oświadczył.

Mówiąc o stanie systemu energetycznego, niemal codziennie atakowanego przez rosyjskie drony i rakiety, minister przyznał, że najgorzej jest w Kijowie i obwodzie kijowskim oraz w regionach: odeskim, dniepropietrowskim, charkowskim, a także na terenach w pobliżu frontu.

- Sytuacja jest bardzo skomplikowana. W niektórych miastach i regionach przygotowania do zimy zostały zignorowane. W ciągu dwóch dni na stanowisku zobaczyłem, że wiele spraw wyraźnie ugrzęzło. Będziemy aktywnie porządkować sytuację i przyspieszać procesy - powiedział Szmyhal, który został mianowany na wicepremiera i ministra energetyki w środę.

Poinformował, że w usuwanie awarii w systemie energetycznym i ciepłowniczym zaangażowanych jest ok. 15 tys. specjalistów.

Wicepremier zwrócił się też do biznesu o ograniczenie zużycia prądu. - Oddzielnie i usilnie apeluję do biznesu o wyłączenie neonów i ekranów. Jeśli posiadacie zbędną energię, oddajcie ją ludziom. To będzie wasz wkład w stabilizację systemu energetycznego - powiedział Szmyhal.

Stan ukraińskiej energetyki gwałtownie pogorszył się po rosyjskich zmasowanych atakach w nocy z 8 na 9 stycznia. Moskwa wypuściła wówczas na Ukrainę m.in. rakietę balistyczną Oriesznik, która uderzyła w obwodzie lwowskim. W wielu miastach mieszkańcy zmagają się z brakiem prądu, wody i dostaw ciepła.

W środę prezydent Wołodymyr Zełenski poinformował, że w następstwie tych ataków Ukraina wprowadza stan wyjątkowy w energetyce.

W piątek w południe w Kijowie temperatura powietrza wynosiła minus 11 stopni Celsjusza. Według mera stolicy Witalija Kliczki w mieście rozstawiono 1,2 tys. tzw. punktów niezłomności. Są to duże namioty, w których mieszkańcy mogą ogrzać się, wypić gorącą herbatę i naładować sprzęty elektroniczne.

Z Kijowa Jarosław Junko (PAP)

czwartek, 15 stycznia 2026



Przekładając procenty Ukrainy na konkrety: Rosjanie w ciągu 2025 roku skoncentrowali się na próbie zdobycia resztki obwodu donieckiego. Widać to wyraźnie po zliczeniu podawanych codziennie przez ukraińskie dowództwo ataków na danych kierunkach działań. Sumując te, które pokrywają front w obwodzie donieckim, otrzymujemy wynik rzędu 60 procent wszystkich, w tym dominujący kierunek pokrowski z wynikiem 35 procent. Poręczne zestawienie tych danych przygotował ukraiński profil na Telegramie "Oko Horusa".

Największe natężenie ataków w obwodzie donieckim przełożyło się też na największe zdobycze terenowe. Zwłaszcza na zachód od Doniecka, na pograniczu obwodów donieckiego i zaporoskiego. Jednak i tak oznacza to w najlepszych wypadkach zajęcie do około 30 kilometrów w linii prostej. Na przestrzeni roku. Na pozostałych odcinkach Rosjanie osiągnęli znacznie mniej. Miejscami na pograniczu obwodu ługańskiego, donieckiego i charkowskiego (rejon Łymania) jest to około 20 kilometrów, ale w większości pozostałych miejsc jeszcze mniej. Z ważniejszych miejscowości w 2025 roku Rosjanom udało się zająć Pokrowsk i sąsiedni Myrnohrad, choć do dzisiaj nie mają pełnej kontroli nad ich ruinami. Wzięli też pobliski Toreck i Czasiw Jar, a dalej na południe Wiełyką Nowosiłkę, co pozwoliło im osiągnąć relatywnie duże sukcesy na pograniczu z obwodem zaporoskim. W ostatnich dniach roku wzięli też Siewiersk, położony na północ od ruin Bachmutu, gdzie Ukraińcom udawało się trzymać front w miejscu przez dwa lata. Na pewien czas wzięli też ważny Kupiańsk, ale Ukraińcy zdołali go w ciągu dwóch miesięcy odbić, co było ich jedynym istotnym sukcesem ofensywnym tego roku. Rosjanie oczywiście zdołali też na początku 2025 roku dokończyć operację oczyszczenia z Ukraińców obwodu kurskiego. Wyprowadzona w tym samym miejscu parę miesięcy później ofensywa na ukraińskie Sumy, skończyła się porażką. Ukraińcy zdołali zablokować Rosjan w rejonie przygranicznym.

Ogólnie wszystkie wymienione wyżej tereny, nie miały znaczenia strategicznego. Rosjanie nie zdołali nigdzie całkowicie przełamać ukraińskiej obrony ani wykorzystać jej lokalnych zapaści. Nie mają już możliwości prowadzić wojny zmechanizowanej rodem z klasycznych podręczników wojskowości. Takiej, dla której postęp o 30 kilometrów w linii prostej podczas działań ofensywnych jest przeciętnym wynikiem dziennym, a nie rocznym. To, co udaje im się osiągać, to wykrwawiać Ukraińców, wywoływać ciągłe sytuacje kryzysowe, które ukraińskie dowództwo musi zażegnywać, nie mogąc liczyć na chwilę oddechu. Wywołuje to poważne problemy po stronie Ukrainy, która zmaga się z katastrofalnym niedoborem siły żywej i poważnymi problemami w organizacji działania wojska. Chodzi głównie o szkolenie i dowodzenie. Towarzyszy temu ogromna skala dezercji i ucieczek z frontu. Pod koniec 2025 roku osiągnęła ona poziom ponad 20 tysięcy przypadków miesięcznie. Chodzi tylko o te oficjalnie raportowane. Ukraińcy mają rekrutować co miesiąc niewiele więcej ludzi, więc w ostatecznym rozrachunku, po uwzględnieniu strat w boju, bilans wychodzi mniej więcej na zero lub jest wręcz na minusie. Aktualnie sami Ukraińcy określają to jako swój najpoważniejszy problem.

gazeta.pl


Pomijając wojowniczą retorykę Trumpa, Rubio miał mieć w zanadrzu "nieodpartą ofertę kupna", jak podaje NBC. Ameryka mogłaby zapłacić nawet 700 mld dol. [ponad 2,5 bln zł, według obecnego kursu walut] za wyspę o powierzchni 2,17 mln km kw.

W zamian Dania ogłosiła wzmocnienie obecności wojskowej, aby ostudzić zapędy Amerykanów. Na podobny ruch zdecydowało się kilka państw europejskich, w tym Niemcy, Szwecja i Norwegia. Rząd w Berlinie wyśle kilkunastu żołnierzy Bundeswehry. Premier Szwecji Ulf Kristersson poinformował w środę, że kilku szwedzkich oficerów jest w drodze na największą wyspę świata. Norwegia wysłała z kolei dwóch wojskowych, których zadaniem na miejscu ma być rozpoznanie możliwości współdziałania z sojusznikami.

onet.pl\Bild


Narracja o zagrożeniu dla Ameryki Północnej ze strony Chin i Rosji z powodu słabej obrony Grenlandii jest oficjalnym głównym argumentem Donalda Trumpa, mającym zmuszać go do tego, co robi. Czyli wywierania ostrej presji na Danię, włącznie z groźbami militarnymi, aby Grenlandię oddała USA.

Hipokryzja fundamentalnego argumentu Amerykanów jest potrójna. Po pierwsze sami od dekad tylko redukowali swoje zdolności do działania w Arktyce i dopiero w ostatnich kilku latach zaczęli temu realnie przeciwdziałać, choć powoli. Po drugie nie ma żadnych dowodów na jakąś wzmożoną aktywność Chińczyków i Rosjan na wodach okalających Grenlandię. Po trzecie współpracujące państwa NATO dominują nad północnym Atlantykiem i tą częścią Arktyki. Rozbijanie Sojuszu to niszczy.

Amerykanie mogą mieć na Grenlandii praktycznie tyle wojska, ile by chcieli. Zapewnia im to umowa z Danią z 1951 roku. Kopenhaga nigdy nie czyniła wojsku USA specjalnych problemów, a nawet pomagała mu tuszować poważne wpadki na wyspie. Nie zmieniło się to w ostatnich latach. Zmieniło się natomiast to, że poczynają już od przełomu lat 60. i 70. Amerykanie sami zaczęli redukować swoją obecność na Grenlandii. W szczytowym okresie mieli na niej około 10 tysięcy żołnierzy i liczne bazy, ponieważ to nad Arktyką miały lecieć ku USA radzieckie bombowce strategiczne. Od lat 60. to zagrożenie zostało zastąpione przez lecące kosmosem rakiety międzykontynentalne, więc argument za utrzymywaniem istotnych sił w bardzo mało przyjaznym klimacie Grenlandii stracił sens. Aktualnie w jednej bazie Pituffik Amerykanie mają około 150 ludzi, którzy obsługują głównie wielki radar wczesnego ostrzegania przed owymi rakietami, oraz systemy łączności z satelitami. Z własnego wyboru. Gdyby chcieli, to w samej bazie Pituffik jest miejsce na kilka razy większą obsadę. Nie mają jednak realnej potrzeby.

Analogicznie jeszcze pod koniec zimnej wojny zaczęła się atrofia zdolności Amerykanów do działania na trudnych wodach arktycznych. Bo to nie jest tak, że wokół Grenlandii mogą normalnie pływać zwykłe okręty wojenne. Znaczna powierzchnia tego akwenu zamarza na wiele miesięcy. Do ciągłego patrolowania Arktyki potrzeba lodołamaczy. Tych Amerykanie mają obecnie sztuk 2.5. Pół, ponieważ najstarszy i największy z nich USCGC (skrót od określenia jednostki patrolowej Straży Wybrzeża USA) Polar Star, jest w służbie od połowy lat 70 i ostatnie dwie dekady spędza w znacznej części w stoczni na naprawach i remontach. Jego bliźniak USCGC Polar Sea od 2010 roku jest nieaktywny po rozległej awarii silników. Służy jako zapas części zamiennych. Do tego mają większy rozmiarami lodołamacz USCGC Healy z końca lat 90., ale o niższej klasie lodowej, czyli zdolny pływać w cieńszym lodzie niż starsi bracia. Trzecia jednostka to kupiony doraźnie w 2024 roku cywilny statek do obsługi platform wiertniczych na wodach okalających Alaskę, USCGC Storis.

Doraźny zakup był konieczny, ponieważ z powodu dekad ignorowania tematu, zdolność Straży Wybrzeża USA (USCG) do operowania w Arktyce spadła do krytycznie niskiego poziomu. Flota wojenna (US Navy) tym tematem się nie zajmuje, poza wysyłaniem atomowych okrętów podwodnych na patrole pod lodem. Ich głównym zadaniem jest śledzenie i ewentualne niszczenie swoich rosyjskich odpowiedników. Patrole na powierzchni i dbanie o to, co się dzieje w strefie wyłączności ekonomicznej, to zadanie USCG. Ta natomiast w ostatniej dekadzie momentami nie miała nawet jednego lodołamacza, kiedy akurat USCGC Polar Star i Healy się zsynchronizowały z awariami oraz pobytami w stoczniach.

O potrzebie zbudowania nowych lodołamaczy było wiadomo od dawna. W 2010 roku oficjalnie opisano to w analizach, ale dopiero w 2017 roku program Polar Security Cutter ruszył na dobre i otrzymał realne finansowanie. Planowane są 3 bardzo duże lodołamacze, największe w historii USA. Na 2 już podpisano kontrakty. Jednak prace idą jak po grudzie i zamiast wstępnie planowanego początku służby pierwszego w 2024 roku, aktualnie mowa o 2030 roku. Główny problem jest taki, że Amerykanie utracili zdolność do budowy dużych lodołamaczy i muszą się uczyć od nowa. Jednocześnie w 2025 roku zaczęto pośpiesznie program zakupu do 11 mniejszych takich jednostek nazwanych Arctic Security Cutter. W ostatnich dniach ubiegłego roku podpisano kontrakt z Finami, którzy na budowie lodołamaczy się znają. 4 pierwsze mają powstać w Finlandii, reszta w USA. Pierwszy ma zostać zbudowany może do 2028 roku, jednak to tylko wstępne założenie.

Wymownym faktem mówiącym o spojrzeniu USA na Arktykę jest to, gdzie wszystkie aktualne lodołamacze USCG mają swój port macierzysty. Seattle w stanie Waszyngton. Zachodnie, pacyficzne wybrzeże USA. Stamtąd bliżej do tak naprawdę głównego obszaru zainteresowania USA w Arktyce, czyli wód okalających Alaskę. Bo tak naprawdę wokół Grenlandii nie ma tłumów chińskich i rosyjskich okrętów, jak to lubią powtarzać Trump i jego zwolennicy. Warto się przyjrzeć na przykład alarmistycznie zatytułowanemu raportowi Departamentu Bezpieczeństwa Krajowego z jesieni 2025 roku, który powielały amerykańskie media. Niestety już zniknął z oficjalnej strony. Stwierdzono w nim, że aktywność Chin w Arktyce zwiększyła się w sposób "bezprecedensowy" i "rekordowa" liczba chińskich jednostek działa w tym regionie, co uzasadnia działania Białego Domu. Faktyczne dane były takie, że w 2025 roku zaobserwowano łącznie 5 chińskich cywilnych statków badawczych na wodach arktycznych w pobliżu Alaski. Obserwowały je wspólnie samoloty amerykańskie i kanadyjskie. Rok wcześniej były to 3. W żadnym z komunikatów nie pojawiła się informacja, aby Chińczycy zbliżyli się do Grenlandii. Byli około 3 tysięcy kilometrów dalej, po drugiej stronie Morza Arktycznego.

Fakt jest bowiem taki, że do Grenlandii Chińczykom bardzo daleko. Zwłaszcza ich flocie wojennej. Najkrótsza droga wiedzie obok Alaski i przez cieśninę Beringa (gdzie lotnictwo i flota USA panują), potem bardzo trudnymi do nawigacji wodami Morza Arktycznego. Wyprawa wymagająca ciężkiego lodołamacza albo bardzo korzystnej pogody. Chińczycy nie mają ani jednej takiej jednostki. Wszystkie ich cywilne lodołamacze badawcze nadają się tylko do wypadów arktycznych w cienkim lodzie. Nie do stałego operowania w Arktyce. W planach jest budowa cywilnego ciężkiego lodołamacza, ale bez konkretów. Flota mogłaby próbować wysyłać pod lody Arktyki w rejonie Alaski atomowe okręty podwodne, ale Amerykanie mają w tym zakresie taką przewagę techniczną i doświadczenia (na przykład znajomość kształtu dna jest bezcenna i to pewnie badają między innymi cywilne chińskie lodołamacze), że byłoby to bez mała działanie samobójcze. Wyprawa dookoła świata (koszmar logistyczny z uwagi na brak pewnych przyjaznych portów) i podejście do Grenlandii od południa z Atlantyku to kolejna wyprawa wodami zdominowanymi przez floty NATO.

Znacznie większe zdolności do operowania w pobliżu Grenlandii mają Rosjanie. Jednak tylko teoretycznie. Po pierwsze ich Flota Północna stacjonująca na wybrzeżach Morza Arktycznego, jest priorytetowo skupiona na kontroli Morza Barentsa i Karskiego. Według ich doktryny mają one stanowić "bastion", w którym skrywają się atomowe okręty podwodne z rakietami balistycznymi. Jeden z dwóch kluczowych elementów triady jądrowej Rosji. Drugim zadaniem Floty Północnej jest próba zwalczania sił NATO na północnym Atlantyku. Głównie przy pomocy atomowych okrętów podwodnych, ponieważ flota nawodna Rosjan jest w kiepskim stanie i nie stanowi realnego zagrożenia. O pomysłach na atakowanie Grenlandii, czy położonych daleko za nią USA, nigdy nie było mowy. Flota Północna nie ma do tego absolutnie sił. Aktualnie posiada 1 średni okręt desantowy i 2 małe, które nie nadają się do długotrwałego operowania w Arktyce i mogą przewieźć bardzo skromny desant liczący łącznie około 500 ludzi oraz kilkadziesiąt pojazdów. Abstrahując od tego, po co miałby on być wysadzany na niemal całkowicie bezludnym wschodnim wybrzeżu Grenlandii? Nie bez powodu przez dekady zimnej wojny, kiedy siły zbrojne ZSRR były znacznie większym wyzwaniem, nikt tak naprawdę nie planował żadnej bitwy o tę wyspę. Szykowano się do walki z radziecką flotą próbującą przebijać się na północny Atlantyk i atakować konwoje na trasie USA-Europa, ewentualnie wykonującą desanty na północy Norwegii. Nawet bitwa o znacznie łatwiej osiągalną Islandię była traktowana w kategoriach fantastyki.

Oczywiście Rosjanie mają największą flotę cywilnych ciężkich lodołamaczy z napędem jądrowym, którą ciągle modernizują. Budują obecnie długą serię (7 zamówionych) nowych jednostek projektu 22220. Ich głównym zadaniem jest umożliwianie żeglugi statków transportujących surowce wzdłuż północnych wybrzeży Rosji. W przyszłości być może też zwiększonego ruchu na trasie Azja-Europa przez tak zwaną Drogę Północną, czyli wzdłuż tychże arktycznych brzegów Rosji. Ma temu pomóc ocieplający się klimat. Jednak pomimo wielu deklaracji i planów na przestrzeni ostatnich dwóch dekad, ruch na niej pozostaje skromny. W rekordowym 2024 roku przewieziono nią, nie licząc wewnętrznego transportu rosyjskiego, 3 miliony ton ładunku, podczas gdy roczny przeładunek portów UE, licząc tylko jednostki oceaniczne, to ponad miliard ton. Po prostu tradycyjna trasa przez Ocean Indyjski jest znacznie pewniejsza, bo nie wymaga nadzwyczajnych przygotowań na spotkanie z lodem czy ciężką pogodą. Podobnie wygląda realizacja nagłaśnianych propagandowo planów eksploatacji złóż surowców w Arktyce. Po agresji na Ukrainę i zerwaniu współpracy z gospodarkami zachodnimi są one faktycznie zawieszone.

gazeta.pl