poniedziałek, 5 stycznia 2026



2 stycznia Wołodymyr Zełenski przeprowadził szereg zmian kadrowych w strukturach odpowiedzialnych za politykę bezpieczeństwa państwa. Kluczowe roszady to postawienie na czele Biura Prezydenta (BP) Kyryła Budanowa, dotychczasowego szefa wywiadu wojskowego (HUR), dymisja szefa Służby Bezpieczeństwa Ukrainy Wasyla Maluka oraz wskazanie Mychajła Fedorowa, pierwszego wicepremiera i szefa resortu transformacji cyfrowej, jako nowego ministra obrony (jego poprzednik Denys Szmyhal objął resort energetyki) – (...). Prezydent uzasadnił przetasowania koniecznością uczynienia BP centrum decyzyjnym państwa zajmującym się rozwiązywaniem kwestii strategicznych, w tym dotyczących dalszego rozwoju sił obrony. Kolejnymi zadaniami stojącymi przed BP będą prowadzenie negocjacji pokojowych oraz nadzór nad blokiem siłowym. Służyć temu mają inne zmiany kadrowe (pierwszym zastępcą Budanowa został doświadczony dyplomata Serhij Kysłycia), postawienie na czele HUR Ołeha Iwaszczenki – byłego zastępcy Budanowa – oraz zmiana szefa Państwowej Straży Granicznej.

Reset kadrowy Zełenskiego sygnalizuje, że Ukraina jest zdeterminowana, by zakończyć wojnę, lecz zarazem gotowa do kontynuowania oporu zbrojnego, jeśli międzynarodowe rozmowy na temat pokoju nie przyniosą rezultatu. Zapowiada też chęć odbudowy autorytetu BP i uczynienia z niego centrum koordynacji polityki bezpieczeństwa i działań dyplomatycznych, w którym Budanow może stać się de facto głównym doradcą prezydenta ds. bezpieczeństwa narodowego. W kontekście wewnętrznym nominacja popularnego szefa HUR ma odbudować wizerunek głowy państwa po skandalu korupcyjnym, a w przyszłości – ograniczyć jego szanse na sukces wyborczy (gdyby Zełenski kandydował).

Komentarz
  • Nominacja Budanowa kończy trwający od listopada okres przejściowy w pracy BP, zapoczątkowany dymisją Andrija Jermaka (...). Wybór szefa HUR, kojarzonego z udanymi ofensywnymi operacjami specjalnymi przeciwko Rosji i cieszącego się dużą popularnością, można interpretować jako próbę przywrócenia autorytetu BP. Budanow znajdował się wcześniej w konflikcie z Jermakiem, który miał dążyć do ograniczenia jego bezpośrednich kontaktów z prezydentem. Testem skuteczności nowego szefa BP będzie przeprowadzenie zmian kadrowych w podległej mu strukturze, gdzie nadal pracują osoby związane z poprzednikiem. W kontekście polityki wewnętrznej powołanie Budanowa – według sondaży wygrywającego z Zełenskim w przyszłych wyborach prezydenckich – można postrzegać jako zabieg mający ograniczyć jego samodzielną pozycję polityczną, a zarazem wystawić na większą krytykę ze strony mediów i społeczeństwa.
  • Zakres postawionych zadań sygnalizuje, że Budanow może de facto stać się głównym doradcą Zełenskiego ds. bezpieczeństwa narodowego. Ma on wzmocnić ukraińską grupę negocjatorów i mieć silniejszy niż jego krytykowany na Zachodzie poprzednik mandat do reprezentowania głowy państwa podczas rozmów z odpowiednikami z USA i krajów europejskich na temat zakończenia wojny. Szerzej zaś nominacja Budanowa – oficera znanego ze skutecznych i śmiałych operacji na terytorium Rosji – ma zapowiadać, że w razie fiaska negocjacji pokojowych Ukraina pozostanie zdeterminowana do kontynuacji wysiłku wojennego i nie przystanie na fundamentalne ustępstwa.
  • Fedorow ma przyspieszyć przełom technologiczny w dziedzinie obronności państwa. Jest on głównym architektem jego cyfryzacji, cieszy się zaufaniem Zełenskiego, był rozpatrywany jako kandydat na szefa BP, a pod jego adresem nie są kierowane oskarżenia o nadużycia finansowe. Nominacja ta ma ukazywać wolę ograniczenia korupcji i uzdrowienia sytuacji w obszarze zamówień obronnych, także poprzez dalsze objęcie ich procesem digitalizacji. Jego poprzednik, Szmyhal, w trakcie krótkiego urzędowania (od lipca 2025 r.) zaczął wdrażać rozwiązania w tym zakresie. Obecnie oczekuje się, że podobne działania przeprowadzi w resorcie energetyki, wymagającym gruntownej sanacji po ujawnieniu skandalu korupcyjnego (...) i w kontekście zintensyfikowania odbudowy niszczonej przez Rosjan krajowej infrastruktury.
  • Wyzwaniem dla Budanowa będzie zbudowanie relacji z nowym szefem Służby Bezpieczeństwa Ukrainy (SBU). Zełenski zdecydował się odwołać Maluka mimo sprzeciwu sporej części środowisk wojskowych (m.in. dowódcy III Korpusu Andrija Bileckiego czy dowódcy Połączonych Sił Zbrojnych Ukrainy Mychajła Drapatego), podkreślających zasługi jego i służby w walce z agresorem. Jednocześnie jednak ciążą na nim zarzuty odpowiedzialności za działania mające osłabić niezależność instytucji antykorupcyjnych (...).
  • Nie należy oczekiwać osłabienia pozycji wywiadu wojskowego i zmian w sposobie jego funkcjonowania. Następcą Budanowa został Iwaszczenko – doświadczony oficer HUR, w przeszłości zastępca szefa służby i szef Służby Wywiadu Zagranicznego. Jego powołanie oznacza zachowanie ciągłości kadrowej i kontynuowanie ofensywnych operacji specjalnych na terytorium Rosji.
osw.waw.pl


Premier Łotwy Evika Silina poinformowała w niedzielę wieczorem, że na Morzu Bałtyckim w pobliżu Lipawy wykryto uszkodzenie światłowodu należącego do prywatnego operatora i biegnącego do Litwy.

- Jestem w kontakcie z odpowiedzialnymi organami. Policja prowadzi dochodzenie w sprawie i wyjaśnia okoliczności - oświadczyła premier na platformie X.

Jak podała agencja LETA śledczy zakładają, że kabel między Lipawą a litewską Połągą mógł uszkodzić statek, który według danych sił zbrojnych minął infrastrukturę, a następnie zmienił kurs.

W niedzielę wieczorem funkcjonariusze weszli na pokład jednostki w porcie w Lipawie. Statek jak i załoga nie została dotąd zatrzymana, ale policja nie wyklucza żadnego scenariusza, badając sprawę również pod kątem umyślnego zniszczenia lub uszkodzenia publicznej sieci telekomunikacyjnej.

Według łotewskich służb dokładne przyczyny incydentu nie są jeszcze znane. Do awarii doszło w piątek na wodach łotewskich - przekazał szef Centrum Zarządzania Kryzysowego Arvis Zile.

Incydent nie wpłynął na łotewskich użytkowników sieci telekomunikacyjnych. Lokalne media odnotowują, że operatorem kabla jest szwedzka firma Arelion.

To drugi w ostatnich dniach przypadek uszkodzenia podwodnego kabla na Bałtyku.

31 grudnia doszło do uszkodzenia kabla fińskiego operatora w strefie ekonomicznej Estonii. Fińska policja podejrzewa, że kabel mógł zostać przerwany przez kotwicę statku towarowego Fitburg płynącego z Petersburga w stronę Izraela.

W niedzielę sąd w Helsinkach zgodził się na aresztowanie obywatela Azerbejdżanu, jednego z członków 14-osobowej załogi statku. Na innego członka załogi, Rosjanina, policja nałożyła zaś zakaz podróżowania.

PAP

sobota, 3 stycznia 2026



Prezydent USA Donald Trump powiedział w sobotę, że Stany Zjednoczone będą bardzo zaangażowane w dalszy rozwój sytuacji w Wenezueli i że chce dać Wenezuelczykom wolność. Zapewnił, że nie pozwoli, by Nicolas Maduro został zastąpiony przez kogoś, kto będzie kontynuował jego politykę.

Trump opowiadał o nocnej operacji schwytania przywódcy Wenezueli Nicolasa Maduro podczas wywiadu na żywo w telewizji Fox News. Prezydent stwierdził, że Maduro "do końca chciał negocjować". Trump dodał, że chociaż ok. tygodnia wcześniej żądał od Maduro ustąpienia, to ostatecznie zdecydował, że nie będzie już z nim negocjował.

Prezydent przyznał, że decyzja o rozpoczęciu operacji "mogłaby okazać się bardzo głupia, gdyby się nie udała", ale zaznaczył, że nie mógł pójść na układ z Maduro bo "to co zrobił z narkotykami było bardzo złe". Oskarżył go też o sprowadzanie do USA przestępców.

Trump przekazał, że schwytany przez siły USA Nicolas Maduro przebywa obecnie na okręcie desantowym USS Iwo Jima i zmierza do Nowego Jorku, by usłyszeć zarzuty związane z przestępczością narkotykową.

Pytany o dalsze kroki po obaleniu Maduro, prezydent USA zaznaczył, że nie pozwoli na kontynuację dotychczasowego reżimu, choć nie podjął jeszcze konkretnej decyzji.

- Cóż, podejmujemy tę decyzję teraz. Nie możemy ryzykować i pozwolić, by ktoś inny przejął władzę i kontynuował to, co było. Dlatego podejmujemy tę decyzję teraz. Będziemy w nią bardzo zaangażowani. Chcemy zapewnić wolność narodowi, z którymi chcemy mieć dobre relacje. Myślę, że Wenezuelczycy są bardzo, bardzo szczęśliwi, ponieważ kochają Stany Zjednoczone - powiedział Trump.

- Nie możemy ryzykować - po tym, jak wczoraj wieczorem zrobiliśmy tę niesamowitą rzecz - by ktoś inny przejął władzę, tak byśmy musieli to zrobić ponownie. Nikt nie jest w stanie nas powstrzymać - dodał później.

Pytany, czy chce, by władze przejęła szefowa opozycji Maria Corina Machado, odparł "będziemy musieli zobaczyć", zaznaczając, że kraj wciąż ma wiceprezydentkę (Delcy Rodriguez).

Trump dodał przy tym, że członkowie reżimu Maduro nie byli wobec niego lojalni, a tych, którzy pozostaną lojalni, czeka ciężki los. Ocenił jednak, że większość ludzi reżimu "nawróciła się" i że ta postawa będzie brana pod uwagę. Zaznaczył, że wybory prezydenckie w Wenezueli były sfałszowane, podobnie jak - jego zdaniem - przegrane przez niego wybory w USA w 2020 r.

Trump zdawał sie bagatelizować obawy o to, że Stany Zjednoczone będą zmuszone do długiego zaangażowania w sprawy wewnętrzne Wenezueli, jak w przypadku interwencji w Iraku. Prezydent podkreślił, że musiał podjąć działania zbrojne przeciwko Wenezueli, porównując przemyt narkotyków i wywołane nim ofiary przedawkowań do wojny.

- Myślę, że to wysyła sygnał, że nie będziemy już dalej pomiatani jako kraj przez te kraje, gdzie chcemy być politycznie poprawni cały czas. Oni zabijają naszych ludzi. Gdybyśmy mieli wojnę i stracili 300 tys. ludzi (...) w wojnie secesyjnej zginęło 600 tys. - kontynuował.
Prezydent bardzo chwalił też postawę wojska, kontrastując błyskawiczną i "chirurgiczną" operację z rosyjską inwazją Ukrainy.

- Nikt nie jest w stanie nas powstrzymać. Nikt nie ma takich zdolności, które my mamy. Wiecie, kiedy patrzyłem na wojnę Rosji, która trwa i trwa, i trwa, i wszyscy giną... to takie prymitywne, prymitywne, to okropne - powiedział Trump.

Pytany o kwestię wenezuelskiej ropy naftowej w świetle prowadzonej dotąd blokady handlowej teog państwa, Trump odparł: - Cóż, myślę, że będziemy w to mocno zaangażowani. Co mogę powiedzieć, mamy najwspanialsze firmy naftowe na świecie, największe, najlepsze i będziemy bardzo zaangażowani.

Prezydent dodał później, że "pozwoli innym krajom mieć ropę" i dlatego nie spodziewa się, by Chiny stanowiły problem w kontekście Wenezueli.
Trump powiedział, że USA były przygotowane do uderzenia od kilku dni i były gotowe także na drugą falę uderzeń. Relacjonował, że oglądał operację "jak w telewizji".

- Byliśmy otoczeni przez mnóstwo ludzi, w tym generałów, którzy wiedzieli o wszystkim, co się działo. To było bardzo skomplikowane, niezwykle skomplikowane - opowiadał. Naprawdę, po prostu weszli, włamali się do miejsc (...) wyważyli stalowe drzwi, które zostały tam zamontowane właśnie w tym celu i (Maduro i jego żona-PAP) zostali wyprowadzeni w ciągu kilku sekund. Nigdy czegoś takiego nie widziałem - kontynuował Trump.

Dodał, że według jego wiedzy w wyniku operacji nikt nie zginął, choć kilka osób zostało rannych. Na miejsce wróciły też wszystkie amerykańskie samoloty i śmigłowce, choć jeden śmigłowiec został uszkodzony.

PAP


Będziemy w rządzić Wenezuelą do czasu przeprowadzenia bezpiecznej, porządnej i rozsądnej transformacji - ogłosił w sobotę prezydent USA Donald Trump podczas konferencji prasowej. Sugerował, że wojska USA utrzymają obecność w Wenezueli i oznajmił że dotychczasowa wiceprezydentka Delcy Rodriguez jest gotowa do współpracy z USA.

Trump ogłosił swoje plany dla Wenezueli po schwytaniu przywódcy Nicolasa Maduro przez siły amerykańskie w sobotę nad ranem. Podczas konferencji prasowej w swojej posiadłości Mar-a-Lago na Florydzie prezydent USA zapowiedział, że to Ameryka będzie w praktyce rządzić Wenezuelą. Ogłosił, że amerykańskie firmy naftowe wejdą do tego kraju, by odbudować przemysł naftowy i zagroził, że w razie oporu ze strony reżimu, USA są gotowe zaatakować ponownie.

- Będziemy rządzić krajem do czasu, aż uda nam się przeprowadzić bezpieczną, właściwą i rozsądną transformację. Nie chcemy angażować się w to, by ktoś inny objął władzę i mielibyśmy taką samą sytuację, jak przez ostatnie długie lata - powiedział Trump.

Amerykański prezydent podkreślił, że chce "pokoju, wolności i sprawiedliwości dla wspaniałego narodu Wenezueli, w tym dla wielu Wenezuelczyków, którzy obecnie mieszkają w Stanach Zjednoczonych i chcą wrócić do swojego kraju".

Trump nie sprecyzował, kto konkretnie ma rządzić krajem, mówiąc tylko, że będzie to "grupa" i że nazwiska zostaną ogłoszone później. Zasugerował jednak, że dotychczasowa wiceprezydentka i sojuszniczka Maduro Delcy Rodriguez zgodziła się pójść na współpracę.

- Ona właśnie została zaprzysiężona, ale, jak wiecie, została wybrana przez Maduro. Marco (sekretarz stanu Rubio) pracuje nad tym bezpośrednio. Właśnie z nią rozmawiał i zasadniczo jest gotowa zrobić to, co naszym zdaniem jest konieczne, aby uczynić Wenezuelę ponownie wielką - powiedział Trump. - Ona odbyła długą rozmowę z Markiem i powiedziała: "zrobimy cokolwiek zechcecie" - dodał.

Prezydent pytany o rolę liderki opozycji, noblistki Marii Coriny Machado, odparł, że jest ona "miłą kobietą, ale nie cieszy się szacunkiem w kraju".

Zagroził innym urzędnikom związanym z Maduro, że podzielą jego los, jeśli nie będą spełniać żądań USA. Trump zapowiedział, że członkowie jego gabinetu będą współpracować z Wenezuelczykami, by "upewnić się, że Wenezuela jest w dobrym stanie".

- Bo jeśli po prostu odejdziemy, kto przejmie władzę? Nie ma nikogo, kto mógłby ją przejąć - powiedział. Pytany o złe doświadczenia USA w podobnej sytuacji w Iraku, Trump odparł, że Ameryka miała wtedy innego prezydenta. Dodał też, że działania w Wenezueli nie będą się wiązać z żadnymi kosztami, a USA otrzymają rekompensatę za wszystkie wydatki.

Trump zapowiedział, że siły USA będą stacjonować w Wenezueli, lecz będzie to obecność ograniczona do obiektów naftowych.

- Będziemy obecni w Wenezueli, jeśli chodzi o przemysł naftowy, ponieważ musimy tam być, wysyłamy tam naszą wiedzę specjalistyczną. Możemy więc potrzebować czegoś (obecności wojska-PAP), ale nie za dużo - deklarował Trump. - Będziemy wydobywać ogromne bogactwo z ziemi, a to bogactwo trafi do Wenezuelczyków i osób spoza Wenezueli, które kiedyś tu mieszkały, a także do Stanów Zjednoczonych Ameryki w formie rekompensaty za szkody wyrządzone nam przez ten kraj - dodał. Odniósł się do nacjonalizacji przemysłu naftowego i wywłaszczenia amerykańskich firm przez poprzednika Maduro, Hugo Chaveza. Zaznaczył, że "Ameryka nigdy nie pozwoli, aby obce mocarstwa okradały nasz naród lub zmuszały nas do wycofania się z naszej półkuli".

Prezydent USA przedstawiał sobotnią interwencję jako pokaz amerykańskiej siły i powrót do realizacji doktryny Monroe z 1823 r., która w praktyce wyznaczała zachodnią półkulę jako amerykańską strefę wpływów. W zamian USA deklarowały nieinterwencję w sprawy Europy.

- Zgodnie z naszą nową Strategii Bezpieczeństwa Narodowego, Amerykańska dominacja na półkuli zachodniej nigdy więcej nie będzie kwestionowana - zaznaczył. Mówił, że działania reżimu Maduro i jego poprzednika Hugo Chaveza, w tym współpraca z przeciwnikami Ameryki, stanowiły "rażące naruszenie podstawowych zasad amerykańskiej polityki zagranicznej, sięgające ponad dwóch stuleci, aż do czasów doktryny Monroe".

- Doktryna Monroe to poważna sprawa, ale znacznie ją wyprzedziliśmy. Teraz nazywa ją dokumentem Donroe - żartował Trump.

Prezydent zapewniał jednak, że "wyprostuje" sprawy z Rosją, która wspierała reżim Maduro, zaś inne państwa, jak Chiny, otrzymają wenezuelską ropę naftową. Sugerował jednak, że dopóki wenezuelski przemysł naftowy nie zostanie odbudowany, embargo na ropę z Wenezueli pozostanie w mocy.

Sekretarz stanu USA Marco Rubio powiedział, że Maduro otrzymał wiele szans i "hojnych ofert" oddania władzy, lecz "zachowywał się jak dziki człowiek" i spotkały go konsekwencje. Rubio przedstawił los Maduro jako przykład tego, czym się kończy lekceważenie ostrzeżeń i gróźb Trumpa. Powiedział przy tym, że gdyby był na miejscu zaprzyjaźnionego z Maduro reżimu na Kubie, "byłby co najmniej zaniepokojony". Sam Trump zagroził przy tym prezydentowi Kolumbii Gustavo Petro, którego również oskarżył o umożliwianie przemytu narkotyków do USA.

- On ma fabryki kokainy (...) On produkuje kokainę i wysyła ją do Stanów Zjednoczonych. Więc musi uważać na swój tyłek - powiedział Trump, odpowiadając na krytykę ze strony Petro dotyczącą interwencji w Wenezueli.

Trump już wcześniej groził, że siły USA mogą uderzyć na zakłady produkujące narkotyki w Kolumbii.

Mówiąc o szczegółach sobotniej operacji, Trump oznajmił, że atak na Caracas był "operacją jakiej nie widziano od czasu II wojny światowej" i sugerował, że na jej czas amerykańskie służby wyłączyły w stolicy Wenezueli światła. Trump przyznał jednak, że operacja była ryzykowna i mogła się zakończyć utratą życia przez wielu Amerykanów, utratą dużej ilości sprzętu i uszczerbkiem na "godności".

Przewodniczący Kolegium Połączonych Szefów Sztabu gen. Dan Caine powiedział, że operacja była bardzo szczegółowo przygotowywana od dawna, lecz jej start został opóźniony o cztery dni ze względu na pogodę. Poinformował, że w operacji udział wzięło ponad 150 samolotów, dronów i śmigłowców.

- Po miesiącach pracy naszych kolegów z wywiadu, którzy starali się odnaleźć Maduro i zrozumieć, jak się poruszał, gdzie mieszkał, dokąd podróżował, co jadł, w co się ubierał i jakie miał zwierzęta, na początku grudnia nasze siły zostały przygotowane do działania - relacjonował Caine.

Trump miał wydać rozkaz o godz. 22.46 w piątek czasu lokalnego (4.46 rano w Polsce), o godz. 1.01 siły specjalne dotarły do posiadłości Maduro, a o 3.29 powróciły nad Morze Karaibskie, zawożąc Maduro na pokład okrętu USS Iwo Jima, na pokładzie którego ma się udać do USA.

Caine potwierdził, że podczas operacji nie zginął żaden amerykański żołnierz, lecz dwóch odniosło rany. Uszkodzony został jeden śmigłowiec. W trakcie ataku wojska USA wielokrotnie uderzały też w "samoobronie" w siły wenezuelskie, jednak generał nie podał z jakim skutkiem. W początkowej fazie operacji USA zniszczyły też wenezuelskie systemy obrony powietrznej.

PAP


Kolumbia poinformowała w sobotę o rozmieszczeniu swoich wojsk przy granicy z Wenezuelą, a Hiszpania zadeklarowała gotowość mediacji w celu pokojowego rozwiązania konfliktu po tym, jak amerykańskie wojska zaatakowały Caracas. Atak USA potępiły Rosja i Iran.

Prezydent Kolumbii Gustavo Petro wezwał do zwołania posiedzenia Organizacji Państw Amerykańskich (OPA) oraz Rady Bezpieczeństwa ONZ, w której Kolumbia zasiada od początku roku jako niestały członek.

Petro poinformował też o rozmieszczeniu wojsk na granicy z Wenezuelą, a także wysłaniu tam służb ratunkowych na wypadek masowego napływu uchodźców z Wenezueli.

Hiszpania, która ma tradycyjnie silne interesy w Ameryce Południowej, wezwała do "deeskalacji i umiaru", deklarując gotowość do mediacji "w celu osiągnięcia pokojowego rozwiązania obecnego kryzysu".

Rosyjskie MSZ potępiło w sobotę "akt zbrojnej agresji" USA wobec Wenezueli, wzywając do "zapobieżenie dalszej eskalacji i skupienie się na znalezieniu wyjścia z sytuacji poprzez dialog".

Amerykański atak potępił również Iran, sojusznik Wenezueli, nazywając działania USA "rażącym naruszeniem suwerenności narodowej i integralności terytorialnej". W czerwcu USA przeprowadziło również ataki lotnicze na irańskie instalacje jądrowe.

Prezydent Kuby Miguel Diaz-Canel wezwał do "pilnej" reakcji społeczności międzynarodowej w związku z "brutalnym atakiem" USA na "naszą strefę pokoju".

"Wolność posuwa się naprzód!" - napisał z kolei na X prezydent Argentyny Javier Milei, bliski sojusznik Trumpa.

Państwa europejskie, takie jak Niemcy, Włochy i Belgia na bieżąco obserwują rozwój sytuacji w Wenezueli, skupiając się w chwili obecnej na bezpieczeństwie obywateli tych państw.

(...)

Około godz. 2 nad ranem czasu lokalnego (godz. 7 w Polsce) w sobotę w stolicy Wenezueli słychać było eksplozje i nisko przelatujące samoloty. Rząd wenezuelski oskarżył o ataki USA.

Kilka godzin później prezydent USA Donald Trump poinformował na swoim portalu społecznościowym Truth Social, że operację przeprowadziły z powodzeniem Stany Zjednoczone, a Maduro wraz z żoną zostali schwytani i wywiezieni z kraju.

PAP


Agencja Kyodo podała w zeszłym, tygodniu ktoś z rządu powiedział, że Japonia potrzebuje broni jądrowej. „Uważam, że powinniśmy posiadać broń jądrową” – powiedział informator, który ma być zaangażowany w opracowywanie polityki bezpieczeństwa w rządzie premier Sanae Takaichi, zaznaczając jednocześnie, że takie posunięcie jest obecnie nierealne.

Podczas rozmowy z dziennikarzami źródło zostało zapytane o pomysł posiadania broni jądrowej. Źródło stwierdziło: „Ostatecznie możemy polegać tylko na sobie.” Jednak osoba ta dodała również: „Nie jest to coś, co można zrobić szybko, tak jak pójście do sklepu spożywczego po zakupy”. Inne źródła rządowe poinformowały wcześniej, że premier rozważa zmianę trzech zasad nieatomowych, które zabraniają posiadania, produkcji lub zezwalania na wprowadzanie broni jądrowej.

Podobno tym źródłem jest nie kto inny jak obecny minister obrony Shinjiro Koizumi. Bez względu na to kto stoi za tym przeciekiem, to należy pozazdrościć Japończykom trzeźwej oceny sytuacji. Takie wypowiedzi mają jednak na razie charakter „puszczania szczura” – wprowadzić anonimowo do dyskusji publicznej nową ideę, aby zobaczyć jak zareagują inni. W tym wypadku liczy się przede wszystkim japońska opinia publiczna i Waszyngton.

Wielu Japończyków ceni sobie pacyfistyczną powojenną konstytucję, a wspomnienia ataków atomowych na Hiroszimę i Nagasaki są wciąż żywe. Dążenie do zdobycia broni jądrowej jest również sprzeczne z OFICJALNĄ polityką na rzecz stworzenia świata bez broni jądrowej. Realnie jednak Japonia od lat utrzymuje się w gotowości do zbudowania broni jądrowej w ramach strategii tzw. ostatniej śrubki. Czyli mieć wszystko gotowe, ale nie dokonać ostatniego kroku. Według rożnych szacunków Japonia potrzebowałaby od 6 do 24 miesięcy, aby mieć broń jądrową – wiele zależy także od środków przenoszenia, stworzenia możliwości „drugiego uderzenia.”

(...)

zawielkimmurem.net


Rok 2025 oznaczał koniec wojennego wzrostu gospodarczego Rosji z lat 2023-24. Po dwóch latach ekspansji przekraczającej 4 proc. wzrost PKB w 2025 r. ma wyhamować do ok. 1 proc. lub mniej, a te same czynniki hamujące utrzymają się najprawdopodobniej także w 2026 r.

To może być ostatni rok samowolki Putina. "Zbierać dochody, skąd tylko się da" [OPINIA]
Gospodarka w dużej mierze wyczerpała już tymczasowe bodźce, które napędzały wzrost w latach 2023 i 2024. W 2023 r. szybki rozwój był efektem odbicia po szoku z 2022 r., kiedy to gospodarka musiała błyskawicznie przestawić się na produkcję wojenną.

W 2024 r. wzrost gospodarczy opierał się na innym filarze: gwałtownym wzroście wydatków państwa. Wydatki federalne wzrosły wówczas o ok. jedną czwartą, osiągając poziom 40,2 bln rubli [ponad 1,8 bln zł] wobec 32,35 bln rubli [ok. 1,45 bln zł] w 2023 r., co przełożyło się na zwiększenie popytu w gospodarce.

W 2025 r. te czynniki były w dużej mierze nieobecne i nie widać wyraźnego bodźca, który mógłby ponownie ożywić wzrost w 2026 r.

W połączeniu ze stopami procentowymi na poziomie ok. 16 proc., które mają ograniczać inflację, wskazuje na to, że gospodarka wejdzie w stan stagnacji. W tym czasie decydenci w Moskwie starają się zachować równowagę między wzrostem a stabilnością cen.

(...)

Dochody z ropy i gazu w 2025 r. mają wynieść teraz 8,7 bln rubli [ok. 338 mld zł], znacznie poniżej pierwotnie planowanych 10,9 bln rubli [ok. 486 mld zł]. W obliczu spowolnienia gospodarczego i presji na ceny ropy, 2026 r. prawdopodobnie przyniesie kolejny rok słabych wpływów budżetowych.

Bank Światowy przewiduje, że globalna nadpodaż ropy obniży ceny Brent z przeciętnych 68 dol. za baryłkę w 2025 r. [243 zł] do ok. 60 dol. w 2026 r. [215 zł] — najniższego poziomu od pięciu lat.

(...)

Oficjalnie wydatki na obronę narodową mają wynieść 13,5 bln rubli [603 mld zł] w 2025 r. i 12,93 bln rubli (577 mld zł) w 2026 r. Jednak rzeczywiste wydatki, uwzględniające także wydatki niejawne, prawdopodobnie będą wyższe.

Rosja nie ujawnia pełnych wydatków wojskowych w swoim budżecie federalnym, publikując jedynie planowane kwoty.

Czasami urzędnicy podają częściowe dane. W grudniu ub.r. minister obrony Andriej Biełousow poinformował, że wydatki na obronność wyniosą 7,3 proc. PKB w 2025 r.

Przy szacowanym PKB na poziomie 217,3 bln rubli [9,7 bln zł] w 2025 r. oznacza to faktyczne wydatki obronne rzędu 15,86 bln rubli [708 mld zł], czyli znacznie powyżej kwot przedstawionych w budżecie.

onet.pl\The Moscow Times

piątek, 2 stycznia 2026



— Chiny poczyniły postępy w kierunku większej niezależności w wielu strategicznych obszarach, podczas gdy my byliśmy zajęci rosyjskim zagrożeniem i wieloma innymi kryzysami — mówi Eva Seiwert, ekspertka ds. chińskiej polityki zagranicznej i bezpieczeństwa w Mercator Institut, wiodącym think tanku zajmującym się Chinami w Berlinie.

Już w 2021 r. Pekin ogłosił w swoim ówczesnym planie pięcioletnim cel [stworzenia] "gospodarki dwuobiegowej". W ramach wewnętrznego obiegu gospodarczego Chiny produkują na własny rynek, korzystając z czysto wewnętrznego łańcucha produkcji. Korzyść dla Pekinu jest oczywista: — W przypadku globalnego konfliktu, w którym kraj mógłby być narażony na ewentualne sankcje ze strony Zachodu, Chiny byłyby bardziej odporne dzięki swoim przygotowaniom — wyjaśnia Seiwert.

W obiegu zewnętrznym produkują na rynek globalny. W 2025 r. świat — a przede wszystkim Niemcy — muszą przyznać, że ta strategia się sprawdziła. Paryż postawił na innowacyjność swoich firm, w wyniku czego Francja produkuje obecnie wiele zaawansowanych technologicznie produktów, a na przykład chińskie samochody elektryczne zastępują niemieckie limuzyny na ulicach Szanghaju jako symbol statusu społecznego.

Dla Mercedesa, BMW czy Porsche oznacza to utratę ważnego rynku eksportowego — coś, przed czym ostrzegała chińska strategia, zalecając podejście "ograniczania ryzyka". Jednak wielu szefów przedsiębiorstw w dużej mierze zignorowało to ostrzeżenie. W końcu nawet za rządów Scholza, podobnie jak w dobrych latach Merkel, mogli oni podróżować do Chin rządowym samolotem, aby rozwijać swoją działalność.

(...)

— Nie zauważyliśmy, kiedy staliśmy się zależni. Teraz Pekin ma kilka atutów, które może wykorzystać, aby osiągnąć swoje cele — mówi Seiwert, znawczyni Chin. Oficjalnie Komunistyczna Partia Chin postawiła sobie za cel, aby w setną rocznicę powstania Chińskiej Republiki Ludowej — czyli w 2049 r. — zastąpić Stany Zjednoczone jako światową potęgę. Dyplomata Wu ostrzega: — Xi Jinping jest już bardzo stary [ma 73 lata]. Chce sam osiągnąć ten sukces, więc pracuje nad tym, aby nastąpił on wcześniej.

Wszystko inne jest obecnie podporządkowane temu celowi. — Pekin toczy wielki konflikt ze Stanami Zjednoczonymi — mówi Seiwert. Stosunki z Europą mają drugorzędne znaczenie, ale nie mogą też popaść w ruinę. — W sprawie Nexperii i przepisów dotyczących eksportu metali ziem rzadkich Chiny pokazały, jak potrafią celowo wykorzystywać instrumenty gospodarcze. Ten scenariusz zagrożenia wisi teraz jak miecz Damoklesa nad naszą gospodarką.

Przesłanie Chin jest jasne: nie próbujcie powstrzymywać naszego postępu ani nie przeciwstawiajcie się nam sankcjami. W przypadku konfliktu o Tajwan Chiny miałyby bardzo wiele atutów w starciu z Europą. Francois Wu nie rozumie jednak europejskiego defetyzmu wobec przewagi Chin.

Jako mały kraj Tajwan pokazał, jak uwolnić się od zależności gospodarczej. Pomimo odłączenia się od Chin, jego wyniki gospodarcze są na rekordowym poziomie. Wu interpretuje sprawę Nexperii raczej jako sygnał słabości. — Chiny potrzebują zaawansowanej technologii i know-how z Zachodu, aby zakończyć własną modernizację — mówi. Europa powinna być świadoma tego źródła siły i wykorzystać je.

Również Eva Seiwert zidentyfikowała punkt zaczepienia. — Naszym atutem jest nasz rynek — mówi. Chiny wytwarzają ogromne nadwyżki produkcyjne, których muszą się pozbyć. W rzeczywistości borykają się z kryzysem na rynku nieruchomości i słabnącym popytem wewnętrznym. W związku z tym kraj ten jest uzależniony od dobrego dostępu do rynków eksportowych — w przeciwnym razie grozi mu niestabilność gospodarcza.

onet.pl\Die Welt


W krótkim artykule i z dosyć prosto wyłożoną argumentacją Zhao Jian, założyciel i prezes Instytutu Xijing oraz prezes Instytutu Badań Strategicznych w Centrum Rozwoju Finansowego Głównych Ekonomistów w Szanghaju, pisze o rozejściu się danych oficjalnych dotyczących PKB a nastrojami konsumentów czy przedsiębiorców w ChRL. Myślę, że warto przytoczyć obszerne fragmenty.

Zhao przyznaje, że „wzrost PKB utrzymuje się powyżej 5%, rosnąc wraz z dochodami gospodarstw domowych. Rozwijają się nowe branże — biomedycyna, układy scalone, sztuczna inteligencja, robotyka i nowe źródła energii — a turystyka krajowa przeżywa niespotykany dotąd rozkwit. Nadwyżka handlowa przekroczyła 1 bln USD, ustanawiając rekord w historii światowego handlu. Nawet giełda cieszy się hossą, a indeks Shanghai Composite wzrósł o 17%, a indeks ChiNext o 50%.

Jednak nastroje na ulicach są ponure. Panuje powszechne poczucie trudności: biznes jest trudny, brakuje miejsc pracy i, paradoksalnie, 80% inwestorów detalicznych na tej „hossie” traci pieniądze.”

Odpowiedź Zhao jest brutalna: „Problem nie polega na tym, że dane są fałszywe. [SIC!] Problem polega na tym, że Narodowe Biuro Statystyczne mierzy produkt krajowy brutto (PKB) — wskaźnik wzrostu produkcji — ignorując to, co można nazwać „bogactwem krajowym brutto” (BKB), czyli wskaźnikiem skumulowanej wartości aktywów. Główną sprzecznością w dzisiejszej gospodarce Chin jest zderzenie 20 bln RMB (2,8 bln USD) wzrostu PKB z oszałamiającą utratą 200 bln RMB (28 bln USD) bogactwa narodowego w ciągu ostatnich trzech lat.„1

Te 28 bilionów USD, które zniknęły z gospodarki ChRL, to oczywiście efekt krachu na rynku nieruchomości. Chociaż partii udało się zapobiec niekontrolowanemu upadkowi sektora, ale nie oznacza, że zapobiegła zniszczeniu aktywów z nim związanych. Efekt jest druzgocący dla nastrojów i stanu portfeli Chińczyków. Zhao pisze o tym dosadnie: „Ponieważ to zniszczenie bogactwa najsilniej dotyka osoby fizyczne, wzrost PKB w ujęciu ogólnym nie stanowi żadnego pocieszenia. Z punktu widzenia rachunkowości PKB pełni rolę krajowego „rachunku zysków i strat”, który nie uwzględnia utraty wartości aktywów. Tymczasem poczucie dobrobytu przeciętnego obywatela zależy od jego osobistego bilansu (który się kurczy) i rachunku przepływów pieniężnych (który jest napięty).”

Autor też bardzo umiejętnie pokazuje, że takie mierniki jak PKB nie pokażą tego problemu, ponieważ „mierzą [one] przepływy roczne, a nie stan bogactwa utraconego w wyniku deflacji aktywów. (…) Firma może wykazywać przyzwoity rachunek zysków i strat („bez korekty z tytułu odpisów aktywów”), ale jeśli jej bilans jest w fatalnym stanie, a przepływy pieniężne nie istnieją, jej długoterminowe perspektywy są ponure. I odwrotnie, w okresie reform sprzed kilkudziesięciu lat PKB Chin było niskie, ale oczekiwania zapewniały silny bilans zaufania. Dzisiaj rachunek zysków i strat wygląda dobrze, ale bilans jest w fatalnym stanie.”

Nawet fenomenalny wzrost eksportu niewiele zmienia, ponieważ, jak pisze Zhao, zmieniła się jego struktura. „Wcześniej eksport był napędzany przez branże pracochłonne, takie jak tekstylia i meble, które miały wysoki mnożnik zatrudnienia dla małych przedsiębiorstw. Obecnie eksport jest zdominowany przez kapitałochłonne sektory „nowej trójki” — układy scalone, baterie słoneczne i pojazdy elektryczne. Są to obszary działalności wielkich korporacji o wysokim stopniu automatyzacji. Ożywienie eksportowe po prostu nie przekłada się na sytuację przeciętnego pracownika tak jak kiedyś.”

No cóż, pod zasłoną potiomkinowskich miast, gdzie trafia większość turystów i świeżo co upieczonych ekspertów od Chin z Youtuba, nie dzieje się najlepiej i czasami warto poczytać samych Chińczyków. Tylko nie tych na smyczy Wydziału Propagandy KC KPCh. Zwłaszcza na koniec roku, kiedy pożyteczni idioci będą trąbić o sukcesach chińskiej gospodarki, rzucając zaczarowanymi liczbami PKB.

zawielkimmurem.net


Narodowy Instytut Finansów i Rozwoju (NIFD) – państwowy think-tank, wcześniej część Chińskiej Akademii Nauk Społecznych – podał, że na koniec września proporcje długu do produktu krajowego brutto wyniósł 302,3%. Liczba ta obejmuje zadłużenie gospodarstw domowych, instytucji rządowych i przedsiębiorstw niefinansowych. Mówiąc inaczej zadłużenie Chin jest ponad trzykrotnie większe od wielkości gospodarki, a spowolnienie gospodarcze tylko grozi zwiększeniem tego obciążenia.

Według mojej wiedzy, to chyba drugi raz, kiedy oficjalnie mówi się o przekroczeniu psychologicznej granicy 300% zadłużenia w stosunku do PKB.  W czerwcu podano po raz pierwszy, że wskaźnik ten osiągnął ten pułap. Oficjalnie łączne saldo zadłużenia przekracza obecnie 400 bln RMB (57 bln USD). W rzeczywistości, jak pisałem już o tym wielokrotnie, zadłużenie gospodarki ChRL przekroczyło trzykrotność PKB już kilka lat temu.

Chociaż przedsiębiorstwa i gospodarstwa domowe wahają się przed zaciąganiem nowych długów w obliczu spowolnienia gospodarczego, to wskaźnik zadłużenia sektora rządowego w stosunku do PKB wzrósł o 2,2 punktu procentowego od końca czerwca do 67,5% na koniec września, co wynikało z większej emisji obligacji rządowych w celu sfinansowania infrastruktury i innych projektów. Władze regionalne również zwiększyły emisję obligacji, aby zastąpić ukryte zadłużenie ulokowane w pozabudżetowych instrumentach finansowych.

Niemniej, konsumpcja i inwestycje ulegają dalszemu spowolnieniu na wskroś całej gospodarki,, zwłaszcza w sektorze prywatnym i gospodarstw domowych, co zwiększa ryzyko deflacji zadłużenia.

Pekin może ciągnąc to jeszcze przez jakiś czas, ale nie w nieskończoność.

Co dalej?

(...)

zawielkimmurem.net

czwartek, 1 stycznia 2026



Tak, gospodarka USA rośnie szybciej. Ale zanim otworzysz szampana (lub wylejesz łzy nad Europą), zobacz, skąd ten wzrost się bierze. To nie jest magia wolnego rynku, to trzy konkretne sterydy:

Doping Demograficzny: USA rośnie, bo rośnie jej populacja (a dokładnie rośnie imigracja). Europa demograficznie się kurczy. To jak wyścig dwóch firm: jedna (USA) zatrudnia tysiące nowych pracowników, druga (UE) nie. Ta pierwsza ma większy przychód, ale czy pojedynczy pracownik żyje lepiej? Wzrost PKB per capita wcale nie jest tak drastycznie różny, jak ten nominalny.

Kult Orki (Godziny Pracy): Przeciętny Amerykanin pracuje rocznie o kilkaset godzin więcej niż Niemiec czy Francuz. Amerykański wzrost PKB bierze się w dużej mierze z tego, że oni po prostu mniej odpoczywają. Europa kupiła sobie czas wolny za niższe PKB. To wybór cywilizacyjny: chcesz mieć nowy iPhone co rok (USA) czy miesiąc płatnego urlopu w wakacje (UE)?

Iluzja Dolara: Większość tej przepaści z ostatniej dekady to efekt umocnienia dolara. Gdyby przeliczyć PKB po parytecie siły nabywczej (PPP), różnica drastycznie maleje. Amerykanin zarabia więcej dolarów, ale płaci nimi kosmiczne rachunki za czynsz, żłobek i lekarza, które w biednej Europie są często o połowę tańsze.

Więc tak - USA jest większą maszyną do robienia pieniędzy. Ale Europa wciąż jest lepszą maszyną do życia.

x.com/Maciej__Czajka